Anabella – Rozdział CXXVIII

Anabella – Rozdział CXXVIII

– Iza, dolać ci soku? – zapytała Lodzia. – Nie? Na pewno? A tobie, Jula?

– A daj! – zdecydowała się Julka, wyciągając ku niej pustą szklankę. – To już moja trzecia dolewka, ale ta wyciskana brzoskwinia jest tak pyszna, że trudno się powstrzymać.

– A ja wolę piwko – oznajmiła Nina sącząca z niewielkiego kufla belgijski przysmak, który krążył obecnie wśród gości i który Pablo szczodrze polewał wszystkim chętnym. – Żałujcie, że nie pijecie! Jest rewelacyjne, a na świeżym powietrzu smakuje po prostu bosko!

Lodzia, Julka i Iza spojrzały po sobie i uśmiechnęły się, wygodniej rozsiadając się w wiklinowych fotelach. Po zakończeniu uroczystej kolacji impreza przeniosła się do obszernego ogrodu, w którego dwóch różnych częściach goście rozstawili sobie stoliki i krzesełka z brązowego ratanu, przenosząc je w razie potrzeby z miejsca na miejsce, gdy ktoś chciał dołączyć do rozmowy w innej grupce. Na każdym z obu stolików, obstawionych przez Pabla kuflami oraz wielką ilością butelek z ekskluzywnym belgijskim piwem i innymi napojami, zapobiegliwa Lodzia nakazała załączyć lampkę odstraszającą komary, co przy zapadającym już coraz bardziej zmroku tworzyło nieco surrealistyczny widok, lampki te bowiem, rozstawione tu i tam po całym ogrodzie i emitujące różnokolorowe światło, wyglądały jak egzotyczne chińskie lampiony.

Większa grupa, ulokowana w samym centrum ogrodu przy okazałych krzewach hortensji, oprócz Justyny i Wojtka oraz Kajtka z Dominiką składała się z kolegów z pracy Pabla, do których dopiero pod koniec kolacji dołączyli wraz z żonami dwaj pozostali adwokaci z jego kancelarii. Gromada ta, pod wodzą brylującego tam gospodarza, rozprawiała nad czymś z ożywieniem, przekrzykując się i wśród wybuchów gromkiego śmiechu odkapslowując kolejne butelki piwa. W drugim końcu ogrodu, już przy linii rosnących tam brzóz, siedziała mniejsza grupka zajęta bardziej stonowaną rozmową, mianowicie Ania w towarzystwie Maćka i Asi oraz Majk z przysypiającym już powoli Edziem na kolanach, zaś trzecia gromadka, składająca się z gospodyni i jej rówieśniczych przyjaciółek, zasiadła przy drewnianym stole na stałe ustawionym na tarasie, skąd dziewczyny miały doskonały widok na ogród i mogły bez przeszkód obserwować wszystkich gości.

Ponieważ Julka i Nina nie czuły się komfortowo w towarzystwie dużo starszych od siebie przyjaciół Pabla, w naturalny sposób trzymały się nieco na uboczu, zaś Lodzia czuła się zobowiązana zajmować się nimi, by nie czuły się wyobcowane. Iza, która na poprzednich spotkaniach w tym gronie zazwyczaj zajmowała się nieobecnymi dziś Belgami, tym razem nie miała z góry przydzielonego konkretnego zajęcia, dlatego chętnie dołączyła do obu dziewczyn i Lodzi, by pomagać tej ostatniej w obowiązkach gospodyni. Jako że również na kolacji zajmowała miejsce przy Julce i Ninie, wszystkie trzy zdążyły już nawiązać spontaniczną nić porozumienia, tym bardziej że jako studentki mogły rozmawiać na tematy związane z uczelnią i zbliżającym się powoli rokiem akademickim.

– My to nie, ale Szymek może żałować, że nie załapał się na piwo – zauważyła Lodzia, spoglądając wymownie na Julkę. – Szkoda, że się tak przeziębił… Ale nic straconego, jak tylko zaczną się zajęcia, zrobimy powtórkową parapetówę w naszym młodszym gronie. Zaproszę cały nasz rok – uśmiechnęła się do Niny. – I zrobimy sobie bibę po studencku.

– O, super pomysł, Lodziu! – ucieszyły się obie dziewczyny. – Wszyscy będą zachwyceni!

– I wtedy Szymek musi już być – zaznaczyła Lodzia, zwracając się znów do Julki. – Ma się wyleczyć i na ten czas zakaz chorowania! Ty, Iza, tak samo. Bo ciebie oczywiście też zapraszam.

– Dziękuję – uśmiechnęła się Iza. – Jeśli tylko będę mogła w terminie, który ustalisz.

– Postaram się ustalić go tak, żeby wszystkim pasowało – zapewniła ją Lodzia. – A mój mąż uzupełni do tego czasu zapasy belgijskiego piwa, bo, jak widzicie na załączonym obrazku – tu wskazała na towarzystwo balujące się przy krzewach hortensji – dzisiaj z całej lodówki, którą miał napakowaną pod korek, nie zostanie pewnie ani kropelka!

Roześmiały się wszystkie. Lodzia dopiła resztę swojego soku, po czym, odstawiwszy szklankę na stół, podniosła się z krzesła.

– No dobrze – podjęła stanowczo. – Fajnie się tak siedzi, ale czas na kolejne obowiązki. Już prawie dwudziesta pierwsza, najwyższa pora, żeby Edi poszedł spać. Po południu wyspał się jak król, ale potem Majk tak go wymęczył, że pewnie leci mu przez ręce. Poza tym na bank ma już mokrą pieluchę. Idę po niego, a potem do kąpieli. Jula, pomożesz mi?

– Pewnie, bardzo chętnie! – zadeklarowała natychmiast Julka, podrywając się z krzesła.

– A ja mogę z wami? – zapytała przymilnie Nina. – Tak lubię patrzeć, jak Edi się kąpie!

– Jasne, Ninko – odparła wesoło Lodzia. – Nasz skubaniec będzie miał dzisiaj taką damską asystę, że ho-ho! Niejeden facet by mu pozazdrościł! Iza, ty też idziesz z nami? Jak już wszystkie, to wszystkie!

– Chętnie – zgodziła się bez wahania Iza.

– Dobra, to lecę po niego, a wy tu poczekajcie – poleciła organizatorskim tonem Lodzia. – Jak chcecie, to w międzyczasie możecie pozbierać te szklanki i zanieść do kuchni, potem będzie mniej sprzątania.

– Tak jest! – pokiwały głowami dziewczyny, posłusznie zabierając się za wykonanie zadania.

Lodzia zeszła po schodkach prowadzących z tarasu do ogrodu i ruszyła w stronę stolika pod brzozami, po drodze wywołując aplauz towarzystwa zebranego przy hortensji, przed którym musiała zatrzymać się na chwilę, by usprawiedliwić swoją nieobecność w ich gronie. Po wymianie kilku żartobliwych replik okraszonych wybuchami śmiechu lekko już podchmielonych gości, podeszła do Majka, by zabrać z jego rąk w istocie marudzącego już ze zmęczenia i trącego oczka Edzia.

Iza, która, odkąd przyjechała tu z Majkiem, dyskretnie usunęła się z jego orbity, by nie przeszkadzać mu w pogawędkach z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, przez cały wieczór mimochodem obserwowała z daleka wszystko, co robił, i na wpół bezwiednie notowała to w pamięci. Nie umknął zatem jej uwadze fakt, że niemal bez przerwy dotrzymywał towarzystwa Ani, która również, pod pretekstem wspólnej zabawy z Edziem, zdawała się dziś wyjątkowo intensywnie szukać z nim kontaktu i okazji do rozmowy. Czy w jakiś sposób wpłynęła na to nieobecność Jean-Pierre’a? Niewątpliwie tak. Choć Iza miała żelazną pewność, że w czysto przyjacielskiej relacji Ani i Majka niczego to nie zmieniało, sam fakt, że byli dziś niemal nierozłączni, był w jej oczach bardzo znaczący. Tak znaczący, że aż ją to bolało.

Ból ów, tępy i rozmyty, w nieprzyjemny sposób nakładał się na znajome poczucie tkwienia w pułapce, które towarzyszyło jej od wielu tygodni i którego mimo wielu prób nie umiała do końca się pozbyć. Wynikał niewątpliwie z solidarności i współczucia, jakie żywiła względem Majka – jako jego terapeutka wiedziała wszak lepiej niż inni, jak wysoką cenę będzie musiał wkrótce zapłacić za ten niezapomniany wieczór. Będzie to cena potwornego cierpienia z powodu na nowo rozdrapanych ran, które wcześniej zdążyły już tak ładnie się zabliźnić, a które teraz znów się otworzą, by za kilka dni, gdy Ania wyjedzie, wywołać w jego duszy psychiczną gangrenę. Ona sama, jako oddana przyjaciółka, oczywiście była gotowa nieść mu pomoc w trybie terapii, kiedy tylko będzie tego potrzebował, lecz na ile będzie w stanie realnie mu pomóc? Zapewne niewiele.

Iza bowiem nie wierzyła już w to, co w ciągu ostatnich miesięcy kilkukrotnie powtarzał jej w rozmowach w trybie terapii – w to, że Ania Lewicka-Magnon była dla niego zamkniętym rozdziałem z przeszłości. Jak miała w to uwierzyć, skoro przeczyło temu właściwie wszystko? Może i walczył ze sobą, ale co z tego, skoro w tej walce zataczał jedynie błędne koła, wciąż wracając do punktu wyjścia? Może i złamał dotrzymywaną przez wiele lat przysięgę dotyczącą walca, ale cóż znaczyło pokonanie jednego sentymentalizmu? Może przez moment rzeczywiście nosił w sobie epizodyczną wizję nowego otwarcia z kimś innym, z jakąś tam Wercią… lecz cóż z tego, skoro ta wizja nie potrwała długo i sam przyznał, że ostatecznie zakończyła się niepowodzeniem? Zresztą jak mogłoby być inaczej? Przecież jego wierne, wrażliwe serce od zawsze i na zawsze wypełniała tylko ona, ona jedna. Wyryta w nim na wieki Anabella.

Nadal kocham Anabellę… i będę ją kochał zawsze… do końca życia… Te słowa dudniły dziś w głowie Izy odległym, dręczącym echem, niemożliwe do zagłuszenia ani śmiechem i wesołym przekomarzaniem się gości zebranych w domu Lodzi i Pabla, ani własnymi myślami, którym starała się narzucać różne wątki, przy żadnym z nich nie będąc w stanie dłużej ich utrzymać. Patrząc z daleka na Anię, ubraną dziś jak zwykle z najwyższą elegancją w satynową sukienkę w kolorze morelowego beżu, na jej nienaganną sylwetkę i przepiękną twarz o ciemnych, fascynująco lśniących oczach, w pełni rozumiała sens owych słów, wypowiedzianych przez Majka w chwili, gdy zdawać by się mogło, że właśnie zaczynał uwalniać serce od swej niespełnionej miłości. Rozumiała nie tylko ich sens, ale również ich niepodważalność. Zresztą… co tu było do rozumienia? Nikt, również ona sama, choćby nie wiadomo jak bardzo się starała w trybie terapii i poza nim, nigdy nie zdoła pomóc Majkowi pokonać w sobie Anabelli. Albowiem Anabella była nie do pokonania. Wieczna i niezwyciężona, na zawsze, aż po śmierć.

Tak… to był właśnie ten pat, o którym Majk nieraz mówił z goryczą i który dziś Iza postrzegała jeszcze wyraźniej niż zwykle. Tak potwornie było jej go żal! Współczuła mu z całego serca, a jednocześnie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo musiał być dziś szczęśliwy, przez długie godziny mając Anię tylko dla siebie. Był szczęśliwy również teraz, właśnie teraz, kiedy troskliwym gestem przekazywał Lodzi marudzącego Edzia, a siedząca tuż obok Ania przytrzymała go za ramię, by poprawić dziecku zsuwający się z nóżki bucik. Była przy nim, bliziutko, tuż obok… tak blisko, że chwilami przypadkowo opierała się ramieniem o jego ramię… Wtedy czuł jej ciepło i mógł zaczerpnąć z niego energię na dalsze miesiące życia – tę najprawdziwszą, najpotężniejszą energię, której jeden impuls był wart więcej niż miliony takich doładowań baterii, jakimi ona, Iza, wspierała go nieraz w trybie terapii.

Bo czymże było to mizerne doładowanie „elfową” energią, jeśli nie śmieszną namiastką tego, czego naprawdę potrzebował? Wprawdzie sam o nie prosił, więc pewnie to mu nawet jakoś pomagało, na krótki czas faktycznie zaspokajało w nim naturalną potrzebę bliskości drugiego człowieka, ale czymże było wobec tego, co mogłaby mu dać Anabella? Czymże było wobec jednego jej spojrzenia, jednego przypadkowego dotyku, jednej sekundy spędzonej w jej obecności? Niczym – albo prawie niczym. Jedyną mizerną przewagą jej skromnej terapii było to, że przy niej, Izie, Majk przynajmniej nie musiał grać. Ona jedna wiedziała, jak wygląda jego prawdziwa twarz pozbawiona tej wesołej maski, o której przy kolacji z takim uznaniem mówiła Julka. Tego wieczoru, jak zauważyła, obnosił ją szczególnie ostentacyjnie, by tym lepiej ukryć pod nią tajemnice księżycowej duszy. Zwłaszcza przed Anią, która nie powinna niczego się domyślić, by mógł dalej karmić się nieświadomie rzucanymi przez nią okruszkami szczęścia.

Myśli te, poszarpane, nie do końca pomyślane, odpychane siłą woli, wciąż wracały jak natrętne muchy, psując Izie już i tak fatalny humor. Okruszki szczęścia! Te słynne okruszki, których Majk tak bardzo pragnął i o które nadal walczył, choć z góry było wiadomo, że prędzej czy później zapłaci za nie na nowo rozdartym sercem i rozpaczliwym poczuciem beznadziei. Tak ciężko było jej na to patrzeć! Wolałaby być teraz milion kilometrów stąd… Ach, gdyby wreszcie mógł się skończyć ten koszmarny wieczór!…

Zaniósłszy szklanki do kuchni, miała zamiar wrócić na taras, jednak okazało się to zbędne, gdyż przez przeszklone drzwi wchodziła już Lodzia w asyście Niny i Julki, z kwękającym, zmęczonym synkiem na rękach.

– No już, Edi, zaraz pójdziemy spać – mówiła do niego ciepło. – Ale najpierw wykąpiemy się, dobrze? Wrzucimy do wody twoje świecące zabawki kąpielowe, chcesz? Żabkę, krokodylka i hipcia, tak? Ach, jaki pan jest zmęczony, panie kierowniku! – zaśmiała się, gdyż Edzio właśnie otworzył buzię w przeciągłym, głośnym ziewnięciu. – Wujek dał ci dzisiaj zdrowo w kość, co? Ale założę się, że ty jemu też nie byłeś dłużny! Dobra, idziemy szybko do łazienki! Ciocie idą z nami, wiesz? Będą się z nami bawić krokodylkiem!

– Kokodila – wymamrotał swoim dziecięcym głosikiem Edzio. – Edi pać…

– Taaak, Edi pójdzie spać! – potwierdziła wesoło Lodzia, wymieniając uśmiechy z dziewczynami. – Ale najpierw do łazienki… no już!

Mówiąc to, pobiegła z nim w stronę pięknie wykończonej na błękitno łazienki, zaś Nina i Julka ruszyły ze śmiechem za nią, zostawiając w tyle Izę, która podążyła za nimi w nieco wolniejszym tempie. Nagle zatrzymała się jak wryta, słysząc za sobą własne imię wymówione znajomym damskim głosem.

– Iza! Poczekaj!

Była to Ania, która śladem Lodzi i Edzia wpadła do domu przez otwarte drzwi tarasu i uradowana widokiem Izy, natychmiast podbiegła do niej, chwytając ją za rękę.

– Poczekaj, kochanie… chcę z tobą pomówić – rzuciła gorączkowo. – Poświęcisz mi kilka minutek, dobrze?… Lea! – krzyknęła za szwagierką. – Zabieram ci Izę!

– Okej! – odkrzyknęła Lodzia już z wnętrza łazienki, z której chwilę potem, oprócz śmiechu Julki i kwękania Edzia, dobiegł dźwięk lejącej się wody.

Zadowolona z takiego obrotu sprawy Ania energicznym gestem pociągnęła Izę za rękę w stronę uchylonych drzwi sypialni, oświetlonej teraz tylko jedną małą lampką umieszczoną na ścianie. Wisiał tam znany już od dawna Izie wielki portret Lodzi trzymającej bukiet niezapominajek, który dziś podczas zwiedzania domu wzbudził wyjątkowy zachwyt towarzystwa. Usadziwszy idącą za nią bezwolnie dziewczynę na brzegu łóżka, Ania również opadła obok, ani na chwilę nie puszczając jej dłoni. Iza, już dawno uprzedzona przez Lodzię, że szwagierka będzie chciała pomówić dziś z nią na osobności o sprawie Victora, prędzej czy później spodziewała się takiego zaproszenia do rozmowy, jednak w trakcie przyjęcia, kiedy po krótkim przywitaniu Ania zdawała się nie zwracać na nią uwagi, prawie zupełnie o tym zapomniała. Zresztą nie miała dziś do tego głowy… właściwie to nie miała dziś głowy do niczego.

– Izunia, tak się cieszę, że wreszcie cię złapałam! – zagadnęła żywo Ania. – Ciągle mi gdzieś uciekasz! Wiem, że pomagałaś Lei w kuchni, to przemiłe z twojej strony, ale przez to prawie cię dzisiaj nie widziałam. A muszę, koniecznie muszę z tobą porozmawiać! – zaznaczyła stanowczo. – To jest jeden z powodów, dla których przyjechałam do Lublina, i nie wyjadę stąd, dopóki tego nie załawię.

– Oczywiście, Aniu – uśmiechnęła się blado. – Jestem do twojej dyspozycji.

Ania sięgnęła po jej drugą dłoń i ścisnęła obie w swoich, przyglądając jej się przez dłuższą chwilę z uwagą, jakby widziała ją po raz pierwszy w życiu.

– Jak dobrze znowu cię widzieć, kochanie – powiedziała ciepło, a jej aksamitne, ciemne oczy zabłysły najszczerszą sympatią. – Super dzisiaj wyglądasz, wiesz? Ta bluzeczka pasuje ci cudownie, powinnaś często ubierać się w tym kolorze.

Iza spuściła oczy, a serce mocniej jej zabiło na wspomnienie dzisiejszej rozmowy w samochodzie i niemal identycznego komplementu, jaki usłyszała z ust Majka. To było jakby wieki temu… jakby w innym świecie…

– I masz prześliczny wisiorek z półksiężycem – dodała Ania, przyglądając się błyszczącej ozdobie na jej szyi. – Taki delikatny wzór, idealnie dobrany do tej bluzki. A przede wszystkim jakby stworzony dla ciebie.

Serce Izy, nie wiedzieć czemu, zabiło jeszcze mocniej.

– Dziękuję – szepnęła zmieszana.

– Stęskniłam się za tobą, Izunia – ciągnęła tym samym ciepłym tonem Ania. – Niby znamy się niedługo, ale nie masz pojęcia, jak bardzo zapadłaś mi w serce. Nie widziałyśmy się od kwietnia, to już prawie pół roku, a ja po tym, co się wtedy stało, nie mogłam nawet do ciebie zadzwonić. Znaczy, niby mogłam – skorygowała się dla porządku. – Ale uznałam, że tak nie wypada i że muszę z tobą porozmawiać osobiście. Porozmawiać i przeprosić cię. Domyślasz się za co, prawda?

Iza pokiwała, a następnie pokręciła głową.

– Tak… ale to nie jest powód do przeprosin, Aniu.

– Owszem, jest – odparła stanowczo. – Obie wiemy, o co chodzi, więc pozwól, że będę z tobą całkowicie szczera. Nie powinnam była tak ordynarnie, publicznie swatać cię z Victorem, a przyznaję ze wstydem, że niestety to robiłam. I to świadomie – zaznaczyła. – Co prawda dopiero później dotarło do mnie, jak egoistyczne to było z mojej strony, wtedy tego nie rozumiałam, naprawdę wierzyłam, że ty i Vic macie się ku sobie. Tak bardzo zachwyciła mnie myśl, że moja historia w twoim przypadku się powtórzy i że zamieszkasz blisko mnie w Bressoux… Gdyby tak się stało, byłabym przeszczęśliwa! Ale jednak nie powinnam była traktować tego awansem jako czegoś oczywistego – zaznaczyła ze skruchą. – To było bardzo nieładne i niedyskretne z mojej strony.

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, Iza pokręciła tylko głową na znak protestu.

– Tak, tak, Izunia, nie zaprzeczaj. Tego wieczoru, kiedy Vic tak pięknie zaśpiewał dla ciebie u Majka, a potem poszliście razem na włóczęgę po Lublinie, wszyscy byliśmy pewni, że wrócicie jako para. Ale kiedy na drugi dzień zobaczyliśmy jego minę… – pokręciła głową. – To był szok i zimny prysznic dla nas wszystkich. Ja wtedy od razu zrozumiałam, jak strasznie się pomyliliśmy, bo ty jednak powiedziałaś mu „nie”. I zrobiło mi się tak strasznie wstyd… Dopiero wtedy zrozumiałam, jak paskudnie na ciebie naciskaliśmy i przytłaczaliśmy cię tymi uwagami i żartami na jego temat. A ty, zawsze taka dobra, taka grzeczna, nic nam nie mówiłaś, tylko znosiłaś to w milczeniu. Przepraszam cię za to, Iza.

– Ale przecież ja nigdy nie miałam do ciebie o to żalu – odpowiedziała cicho Iza, podnosząc na nią oczy. – Naprawdę. Owszem, tak jak mówisz, trochę mnie to przytłaczało, ale ja też w sprawie Vica zachowywałam się dwuznacznie i byłam za mało stanowcza. Nie przepraszaj mnie za coś, czemu sama jestem sobie w dużym stopniu winna.

– Nie licytujmy się, aniołku – pokręciła głową Ania. – Proszę, nie bierz na siebie mojej winy, bo ja też mam swoje sumienie i wiem, że ono nie jest czyste. Po prostu powiedz, że przyjmujesz moje przeprosiny, i zamkniemy tę sprawę. Dobrze?

– Dobrze – zgodziła się chętnie. – Przyjmuję przeprosiny, chociaż są naprawdę niepotrzebne. Przecież ja bym się nigdy na ciebie nie pogniewała, Aniu…

Wymawiając te słowa, z całą mocą poczuła, że były w stu procentach prawdziwe. Owszem, tamte kwietniowe uwagi i aluzje całego towarzystwa na temat jej i Victora rzeczywiście przytłaczały ją wówczas i sprawiały jej przykrość, ale przecież nie obwiniała o to Ani! W końcu nie tylko ona swatała ją na wyrost z Victorem, a poza tym, obiektywnie rzecz ujmując, to były tylko żarty, wygłaszane życzliwie i bez żadnej złośliwości.

Zresztą… Iza po prostu nie umiałaby się gniewać na Anię. I nie chodziło tylko o wdzięczność za życzliwe i gościnne podjęcie jej zimą w Bressoux, ale o gorącą sympatię i podziw, jakie od początku budziła w niej siostra Pabla. Mimo że, jako obiekt niespełnionej miłości i źródło cierpień najdroższego przyjaciela, mogłaby przecież wywoływać w niej zupełnie inne uczucia, Iza nie czuła do niej ani cienia żalu. Ani o katastrofę z Victorem, w której udział Ani był co najwyżej marginalny, ani o cierpienie Majka, któremu również nie była winna, bo cóż mogła poradzić na to, że nie odwzajemniła jego uczucia, całym sercem pokochawszy Jean-Pierre’a? Zwłaszcza w tym ostatnim przypadku, choć patrząc na Anię i rozmawiając z nią, Iza nigdy nie umiała do końca zapomnieć o dramacie złamanego serca Majka, obwinianie jej o to byłoby czystym absurdem. Bo czy można mieć pretensje do słońca o to, że świeci?

Gdzieś z oddali, jakby z samego dna jej duszy, wróciły do niej dawne słowa Majka. Każdy, kto nosi w sobie pragnienie ideału będzie biegł jak wariat za słońcem… Ale jaką możemy mieć pewność, że ono jest tym prawdziwym?… tym, które naprawdę daje życie i oświetla drogę?... Ech, co za skojarzenie! Dlaczego akurat to jej się teraz przypomniało? Przecież to zupełnie nie pasowało do kontekstu.

– Jesteś przecudowną dziewczyną, Iza – oznajmiła z powagą Ania, jeszcze mocniej ściskając jej dłonie w swoich. – Wyjątkową. Wcale się nie dziwię, że Vic tak się w tobie zadurzył, a z drugiej strony cieszę się, że mu odmówiłaś, bo w przeciwnym razie to, co wykonał w międzyczasie, byłoby nie do wybaczenia. Wiesz, o czym mówię, prawda? Lea zapewniała mnie, że przekazała ci te informacje – spojrzała na nią badawczo, na co Iza pokiwała głową twierdząco. – No właśnie. Widzisz, mnie wtedy naprawdę było żal Vica, bo po tamtej akcji w Lublinie gołym okiem było widać, że bardzo mu na tobie zależało. Ale potem, kiedy dowiedziałam się o tamtym… o tym, co nabroił z tą Gaëlle… to nie ukrywam, że byłam na niego oburzona. I ze względu na nią, i ze względu na ciebie, nie mówiąc już o tym, jak byłam zła na samą siebie za to, że własnoręcznie chciałam wciągnąć cię w takie bagno. Na szczęście ty zachowałaś rozum, którym ja kompletnie się nie popisałam – dodała smutno. – Jesteś bardzo mądrą dziewczyną, Izunia, moja mama powtarza to z każdym razem, kiedy o tobie mowa. A właśnie! – przypomniała sobie. – Przecież mama prosiła, żeby cię pozdrowić! Muszę się natychmiast z tego wywiązać! A zatem niniejszym uroczyście przekazuję ci pozdrowienia i zaproszenie na herbatkę od mojej rodzicielki!

– Ach, dziękuję! – uśmiechnęła się Iza. – To miłe. Sama też już o niej myślałam, bo dawno się nie odzywałam i zaczynam mieć wyrzuty sumienia. Pozdrów ją ode mnie, Aniu, jeśli możesz… a ja postaram się niedługo do niej zadzwonić.

–- Przekażę jej twoje pozdrowienia i promesę kontaktu z wielką przyjemnością – zapewniła ją Ania. – Ogromnie się ucieszy, bo naprawdę bardzo cię polubiła i często o tobie wspomina.

– Strasznie mi miło – szepnęła ze wzruszeniem. – Dziękuję.

– A wracając do tego, o czym mówiłyśmy – spoważniała znowu Ania. – W sprawie Victora podjęłaś najlepszą możliwą decyzję, a ja dziękuję Bogu, że mimo wszystko udało ci się w nim nie zakochać. Tak przynajmniej powiedziała mi Lea – spojrzała na nią, na co Iza znów pokiwała głową. – Uff… to dla mnie wielka ulga, Iza, bo wiem, jaki jest Vic. On naprawdę potrafi podobać się kobietom, udowodnił to już wiele razy, a ponieważ na tobie wyjątkowo mu zależało, bardzo łatwo mogłaś wpaść mu w sidła. Przykro mi tak o nim mówić – dodała smutno – bo zawsze bardzo go lubiłam, a Jean-Pierre tym bardziej, ale co zrobić, skoro taka jest prawda? Myślałam, że Vic to poważny facet, a on niestety nawalił, i to prawie pod każdym względem. Jedynym pocieszeniem w tej całej aferze jest to, że ty na tym nie ucierpiałaś, a przynajmniej nie tak mocno, jak mogłabyś ucierpieć, gdyby… no wiadomo – westchnęła. – Nawet strach o tym mówić w obecnej sytuacji. Chociaż wyobrażam sobie, że wtedy, w kwietniu, też nie było ci do śmiechu.

– Nie było – przyznała cicho Iza, mimo woli wzdrygając się na wspomnienie koszmarnej nocy oświadczyn Victora. – Ale masz rację, że gdybym się w nim zakochała, byłoby mi nieporównywalnie ciężej. Ja też dziękuję Bogu, że mnie od tego uchronił. A z drugiej strony… ja naprawdę bardzo polubiłam Vica – dodała z żalem. – Tak fajnie mi się z nim gadało po francusku! Szkoda, że to się musiało tak skończyć. Powiedz mi, Aniu… co dzieje się z nim teraz? Mam nadzieję, że jakoś się ogarnął?

Ostatnie dwa pytania zadała ciszej, jakby obawiając się, czy Ania nie uzna ich za niewłaściwe i czy w ogóle zechce na nie odpowiedzieć. Ona jednak najwyraźniej nie widziała w tym problemu.

– Ogarnął się to może za dużo powiedziane – odparła w zamyśleniu. – Mam o nim kilka nowych informacji, wprawdzie tylko z niepotwierdzonych źródeł, więc staram się nie rozpowiadać ich na prawo i lewo, ale tobie oczywiście powiem. Zacznę od tego, że, jak już chyba mówiła ci Lea, Victor po tej akcji w Polsce całkowicie zerwał z nami kontakt. Jean-Pierre’owi do tej pory jest z tego powodu bardzo przykro.

Iza spojrzała na nią z przestrachem, tknięta nagłą, nieprzyjemną myślą.

– I pewnie ma o to żal też do mnie – powiedziała cicho, spuszczając głowę. – Boję się spekulować, dlaczego nie ma go dzisiaj z tobą w Lublinie, ale jeśli…

– Przestań, Iza! – przerwała jej surowo Ania. – Nawet nie próbuj myśleć w tę stronę, bo bardzo się pomylisz! Jean-Pierre nie ma do ciebie o nic żalu, jest dokładnie tego samego zdania co ja. Niby o co miałby cię obwiniać? Przecież to nie ty nawaliłaś, tylko Victor. To raczej my oboje mamy wyrzuty sumienia, że naraziliśmy cię na tę niepotrzebną przygodę, przywożąc go w tamtym roku do Lublina.

– Ach, nie! – zaprotestowała Iza. – Teraz to ty przesadzasz, Aniu. Lodzia wspominała mi o tych twoich skrupułach, ale to przecież absurd! Ja absolutnie tak tego nie odbieram.

– Wiem i jestem ci za to wdzięczna – odpowiedziała łagodnie Ania. – Mówię to tylko po to, żeby pokazać ci drugą stronę medalu. Musisz raz na zawsze zrozumieć, że tu nie ma ani grama twojej winy. Nie wolno ci tak myśleć, Iza.

– Okej – szepnęła.

– Ale wróćmy do Vica. Oboje z Jean-Pierrem rozumiemy, dlaczego on tak się zdystansował, to oczywiste, że po tym, co się stało, nie byłoby mu zbyt miło widywać się z nami. Może zresztą bał się, że będziemy chcieli go nawracać w sprawie Gaëlle? Nie wiem. Jednak mimo wszystko wobec Jean-Pierre’a, który zawsze uważał go za jednego ze swoich ulubionych przyjaciół, naprawdę mógł zachować się trochę inaczej. No, mniejsza o to – machnęła ręką. – W każdym razie nie myśl, Izunia, że mój Jean-Pierre mógłby mieć do ciebie jakikolwiek żal. To jest przekochany chłopak o najzłotszym sercu na świecie i nawet gdyby chciał, nie umiałby być tak niesprawiedliwy. Nie mówiąc już o tym, że on też bardzo cię polubił i chętnie zobaczyłby cię znowu u nas w Bressoux, gdybyś tylko zgodziła się nas odwiedzić – dodała znacząco. – Bo pamiętaj, że ja tamtego zaproszenia nie wycofałam i nadal je podtrzymuję. Co prawda wakacje nam przepadły, bo nie było na to klimatu, ale ty i tak od początku nie chciałaś przyjechać w lecie… a, czekaj! – złapała się za głowę. – Przecież miałam zapytać o twoją siostrzenicę! Lea wspominała mi wczoraj, że urodziła się szczęśliwie, a ty zdążyłaś już nawet zostać jej mamą chrzestną, tak?

– Tak – uśmiechnęła się uspokojona jej zapewnieniami Iza. – Urodziła się bez problemu, jest zdrowiutka, już ochrzczona i niedługo skończy dwa miesiące. Ma na imię Klara – dodała. – To imię po mojej zmarłej mamie, a jej babci.

– Ach… czyli twoja mama już nie żyje? – szepnęła Ania, patrząc na nią ze współczuciem.

– Nie żyje – potwierdziła smutno. – Zmarła niecałe pięć lat temu na raka.

– Boże drogi, nie wiedziałam… Bardzo mi przykro, kochanie.

– Dziękuję, Aniu. Już zdążyłam się z tym pogodzić i to mnie nie boli tak jak na początku, wiem zresztą, że oni oboje żyją w innym, lepszym świecie… bo mój tata też już dawno odszedł na tamtą stronę – dodała dla wyjaśnienia, na co Ania pokręciła głową i mocniej ścisnęła jej dłoń. – W każdym razie, wracając do Klarci, mała jest już na świecie, a ja cieszę się, że mogłam pomóc siostrze w tamtym najtrudniejszym czasie. Dlatego rozumiesz… nawet gdyby sprawa z Victorem nie potoczyła się tak, jak się potoczyła, to i tak w wakacje nie mogłabym odwiedzić was w Bressoux. Co nie znaczy, że nie jestem wdzięczna za twoje zaproszenie – zaznaczyła. – Bo jestem, i to bardzo.

– Rozumiem, oczywiście, że rozumiem, teraz jeszcze bardziej – pokiwała głową Ania. – Mój ty dzielny aniele, jak ja cię podziwiam… Nawet nie wyobrażasz sobie, jaka to dla mnie radość i ulga, że możemy dzisiaj porozmawiać i wyjaśnić to wszystko! Teraz, kiedy wiem już na pewno, że nie masz do mnie żalu, czuję się zupełnie inaczej, jakby jakiś wielki kamień spadł mi z serca. Natomiast co do zaproszenia do Bressoux, to ono cały czas jest aktualne – podkreśliła znacząco. – Bardzo bym chciała, żebyś znowu nas odwiedziła, mówię to najszczerzej, jak tylko się da. Jean-Pierre i Tosia też bardzo by się ucieszyli, u nas w domu zawsze jesteś miłym gościem. Owszem, nie będę ukrywać, że wtedy, w kwietniu, kiedy odmówiłaś mi przyjazdu na wakacje, było mi trochę przykro, ale później skojarzyłam to ze sprawą Victora i wszystko stało się jasne. Ja sama zresztą też mam nieczyste sumienie, bo ze wstydem przyznaję, że zapraszając cię wtedy, myślałam po trosze o stworzeniu okazji dla Victora… a w dalszej perspektywie o wintegrowaniu cię w środowisko Bressoux, gdzie, jak miałam nadzieję, wkrótce zamieszkasz blisko mnie. Widzisz, jaki to człowiek potrafi być głupi i naiwny? – uśmiechnęła się smutno. – Ale teraz to już przeszłość, do której nie będziemy wracać, prawda, kochanie?

Iza pokiwała głową i korzystając z tego, że Ania wciąż trzymała jej dłonie w swoich, odwzajemniła jej serdeczny uścisk.

– Dziękuję ci – podjęła wyraźnie ucieszona tym drobnym gestem kobieta. – To dla mnie takie ważne! Sama nie wiem, jak to się stało, że tak szybko zaczęło mi zależeć na twojej przyjaźni, ale zależy mi na niej bardzo, a od dzisiaj jeszcze bardziej niż wcześniej. Posłuchaj, Iza, a gdybyś znowu wpadła do nas w zimie? – dodała w natchnieniu. – Teraz, kiedy atmosfera się oczyściła, wiesz już przecież, że nie zapraszam cię tam dla Vica, tylko ze szczerej sympatii i przyjaźni, którą z całego serca chciałabym podtrzymać i rozwinąć. Tak fajnie nam się gadało w Bressoux, pamiętasz? Byłabym szczęśliwa, gdybyśmy mogły to powtórzyć. W Lublinie nigdy nie ma czasu na dłuższe rozmowy, mam tu za dużo osób, z którymi widuję się tylko od czasu do czasu, a które przecież do mnie nie przyjadą. Ty jako jedyna z moich polskich znajomych świetnie znasz francuski, więc w Bressoux nie czujesz się wyobcowana, poradziłabyś sobie bez pudła, nawet gdybyś zgubiła się na mieście – zażartowała. – Oczywiście nie mówię o świętach, bo na pewno chcesz je spędzić z rodziną, ale co powiesz na przełom grudnia i stycznia, tak jak wtedy?

– Niestety, drugi rok z rzędu nie będę mogła wyrwać się w tym czasie za granicę, Aniu – odparła z żalem Iza. – Dziękuję ci bardzo, to przemiłe z twojej strony, ale naprawdę nie wchodzi w grę. Pomijając wyjazd do rodziny, będę potrzebna w pracy. Na pewno jak co roku będzie bal sylwestrowy, przy którym będę musiała pomóc, zająć się organizacją przygotowań… Nie mogę znowu zostawić z tym szefa samego.

Ania uśmiechnęła się i pokręciła z dezaprobatą głową.

– Ach, ten tyran Majk – powiedziała ciepło. – Co on by bez ciebie zrobił? Jest od ciebie uzależniony jak ćpun od kokainy! Ale wiesz co? Kiedyś zaproszę do Bressoux was oboje! Wtedy nie będziecie się mogli licytować, kto zostaje w firmie, żeby harować, podczas gdy inni się bawią. Ha! Dopnę swego, zobaczysz! Oboje musicie choć trochę oduczyć się tego chorobliwego pracoholizmu, Majk jest w tym po prostu niemożliwy! Ty zresztą też. Dlaczego nie chcesz dać sobie chwili wytchnienia? Zrobiłabyś mi tą wizytą taką przyjemność…

Iza spuściła wzrok, świadoma tego, że w słowach Ani było bardzo dużo racji. Wszak i ona nieraz starała się wyperswadować Majkowi rzeczony pracoholizm, tymczasem sama zachowywała się dokładnie tak jak on. I zresztą podobnie jak on robiła to celowo. Oboje uciekali w pracę, żeby zabić myśli, zapomnieć o udrękach księżycowych dusz… Jednak prawdą było, że na dłuższą metę to nie był dobry pomysł. A z drugiej strony, choć bardzo chętnie odwiedziłaby jeszcze raz Liège, czy w tej sytuacji w ogóle wypadałoby jej tam jechać? Ania w lot odczytała tę ostatnią myśl.

– Czekaj… a może ty się boisz, że spotkasz tam Victora? – podjęła z zastanowieniem, przyglądając się jej zmieszanej minie. – No tak, to przecież oczywiste! Bez obaw, o to możesz być spokojna, Iza – zapewniła ją stanowczo. – Widzisz, jaka ze mnie gapa? Znowu namieszałam i zaczęłam od końca, nie dokończyłam przecież tego, co miałam ci powiedzieć o Victorze. Mówiąc krótko, Vica nie ma już w Bressoux. Wyprowadził się pod koniec lipca, a kilka dni temu wystawił swój dom na sprzedaż.

– Ach! – Iza nie mogła powstrzymać okrzyku zdumienia.

– Tak – pokiwała głową Ania. – To jest wiadomość z ostatniej chwili, chociaż o jego wyjeździe wiedzieliśmy już wcześniej. Myśleliśmy, że może chciał zmienić klimat i pojechał na jakiś czas do rodziców albo do brata, ewentualnie do Brukseli czy jeszcze gdzieś indziej, ale że po wakacjach wróci. Jednak okazało się, że nie. Jakieś dwa tygodnie temu Jean-Pierre spotkał przypadkiem na ulicy Didiera i on powiedział mu, że Vic już w czerwcu rozwiązał umowę o pracę z domem kultury. A to, w połączeniu ze sprzedażą domu, ewidentnie znaczy, że pali za sobą mosty.

– Rozwiązał umowę… – szepnęła jeszcze bardziej zaskoczona Iza.

– Aha, i to w tajemnicy przed wszystkimi. Jean-Pierre właśnie o to ma do niego największe pretensje – zaznaczyła Ania. – Przykro mu, że po tylu latach przyjaźni dowiedział się o takich ważnych rzeczach nie bezpośrednio od Vica, tylko od osoby trzeciej. No, ale trudno… jest, jak jest. W każdym razie Victor zerwał zobowiązania i wyniósł się z Bressoux w nieznanym kierunku, a jeśli uda mu się niebawem sprzedać dom, to z tym miejscem już w ogóle nic nie będzie go łączyło. Zresztą pewnie właśnie taki jest jego plan. Tak czy inaczej, patrząc na to z twojej perspektywy, teren w Bressoux jest czysty i możesz bez przeszkód przyjechać nas odwiedzić.

– Tak, rozumiem – pokiwała głową Iza. – Dziękuję ci, Aniu, to dla mnie rzeczywiście ważna informacja. Ale przyznam, że szokuje mnie decycja Vica o zerwaniu umowy z domem kultury. Przecież oni od października mieli rozpoczynać projekt w Polsce!

– Tak, wiem, nas też to zaskoczyło – przyznała Ania. – Zwłaszcza że to Vic był pomysłodawcą tego projektu i jego głównym motorem napędowym. Godzinami potrafił nam o nim opowiadać, a kiedy dostali finansowanie cieszył się jak dziecko, studiował mapę Warszawy i prawie pakował walizki, żeby jechać do Polski. I nagle taki zonk… No, ale cóż, taką podjął decyzję, a o jej kulisach nas nie informował, więc trudno mi ocenić, co nim kierowało.

– Oczywiście – zgodziła się skwapliwie Iza.

– Tak czy inaczej straciliśmy z nim kontakt – ciągnęła Ania. – Numer telefonu zmienił już dawno, zresztą nie będziemy go tropić, skoro sobie tego nie życzy. O tym, że jego dom jest na sprzedaż, dowiedzieliśmy dosłownie kilka dni temu i nie mieliśmy czasu sprawdzić tej informacji, zresztą Jean-Pierre nawet nie chce jej sprawdzać. Jeśli dom się sprzeda, to i tak się o tym dowiemy, to tylko parę kilometrów od nas.

– Jasne – zgodziła się Iza. – A czy wiadomo coś o niej… o Gaëlle?

– Niewiele – pokręciła głową Ania. – Z tego, co słyszałam od Alice, która zna się z jej kuzynką, Gaëlle dalej mieszka tam, gdzie mieszkała, w Liège. Ja osobiście jej nie znam, ale kiedyś, jakieś może dwa lata temu, Jean-Pierre pokazał mi ją z daleka na letnim festynie w Bressoux. Pewnie przyjechała tam na zaproszenie Vica, chociaż wtedy to mnie zbytnio nie interesowało, więc nie drążyłam tematu. Bardzo ładna dziewczyna, tyle mogę powiedzieć. Pamiętam ją tylko jak przez mgłę. Natomiast jeśli chodzi o jej dziecko, to nie mam na ten temat żadnych nowych informacji – dodała. – Z moich obliczeń wynika, że urodzi się dopiero na przełomie listopada i grudnia, czyli trochę czasu jeszcze im zostało, ale jakie ma plany w związku z tym i co definitywnie zamierza zrobić Victor, tego nie wiem. Niby zobowiązał się płacić na dziecko, jeśli test DNA potwierdzi jego ojcowstwo, ale w czasie, kiedy to deklarował, nikt nie podejrzewał, że wyprowadzi się z Bressoux i spali za sobą mosty. Mam nadzieję, że przynajmniej zostawił Gaëlle jakiś kontakt do siebie. Choćby po to, żeby mogła go zawiadomić, jak dziecko się urodzi.

– Właśnie – westchnęła Iza, która zawsze, kiedy myślała o Victorze i Gaëlle, nie mogła oprzeć się skojarzeniu z Agnieszką i jej przygodą z Rafałem. – Mam nadzieję, że on się jednak na nią nie wypnie i nie zniknie bez śladu… i że ona nie znienawidzi za to tego dziecka.

– Ja też mam taką nadzieję, kochanie – przyznała smutno Ania. – Ale to już nie zależy od nas, oni muszą poradzić sobie z tym sami.

– To prawda – szepnęła.

W tonącej w półmroku sypialni Lodzi i Pabla na kilka chwil zapadła cisza. Wiszący na ścianie portret pani domu sprawiał w tym oświetleniu niezwykłe wrażenie trójwymiarowości, które zafascynowało Izę. Tak jakby namalowany świat otwierał się przed nią i zapraszał w swoją przestrzeń… Wydawało jej się, że skądś zna to uczucie. Czy kiedyś, nawet całkiem niedawno, nie przeżyła już czegoś podobnego? Ania przyglądała się w milczeniu swojej towarzyszce, nadal serdecznym gestem trzymając obie jej dłonie w swoich.

– Tak czy inaczej zostawmy to już – podjęła w końcu łagodnie. – To nie jest przyjemny temat ani dla mnie, ani tym bardziej dla ciebie, dlatego przepraszam, że musiałam do niego wrócić. Po prostu zależało mi na tym, zamknąć go z tobą jakoś tak… po ludzku. Myślę, że to nam się udało, i jestem ci za to bardzo wdzięczna. Oczywiście gdybym dowiedziała się czegoś nowego i sprawdzonego o Vicu – zaznaczyła – to przekażę ci te informacje, albo osobiście, albo przez Leę. Ale teraz nie drążmy już tego. Dokończmy raczej nasze negocjacje co do twojej wizyty w Bressoux, dobrze? – dodała weselszym tonem. – Obiecasz mi, że jeszcze to przemyślisz?

Iza uśmiechnęła się i pokiwała głową twierdząco.

– Obiecuję – odparła bez wahania.

– O, tak już lepiej! – ucieszyła się Ania. – Nawet po twoim głosie słyszę, że mniej się wahasz, a to bardzo dobry znak! Bo widzisz, kochanie… ja nie chciałabym zmuszać cię do tej wizyty, wolałabym, żebyś sama miała ochotę nas odwiedzić.

– Odwiedzę was z miłą chęcią – zapewniła ją Iza, nagle urzeczona wizją, którą przez ostatnie miesiące z założenia odrzucała. – Zwłaszcza że… no cóż, teraz to ja będę egoistką, ale odkąd urwał mi się kontakt z Victorem, nie mam za wiele okazji, żeby poćwiczyć francuski. W wakacje to wręcz wcale, słucham tylko biernie radia. A jak przypomnę sobie nasze codzienne rozmowy z Jean-Pierrem przy śniadaniu… i tę waszą pyszną kawę…

– Ach! – roześmiała się Ania, puszczając jej dłonie i obejmując ją na chwilę obydwoma ramionami. – Moja ty kochana… to mi się podoba! Właśnie to chciałam usłyszeć! Widzisz, jak dobrze, że porozmawiałyśmy o tych trudnych sprawach? To nam od razu zmieniło perspektywę! Umówmy się więc, że będę czekać na sygnał, chociaż sama też od czasu do czasu odezwę się i upomnę o swoje – zastrzegła wesoło. – Na pewno znajdziemy jakiś konsensus, jeśli chodzi o terminy. A co do języka, to cóż… – dodała z podstępną miną. – Ja wprawdzie, jako urodzona Polka, nie dorównuję Jean-Pierre’owi ani Vicowi, ale… si tu veux, on peut passer au français tout de suite. Tu vas t’exercer un peu avec moi!*

Ah, pourquoi pas? – uśmiechnęła się Iza. – Volontiers!**

– W takim razie opowiedz mi coś więcej o twojej siostrzenicy – ciągnęła po francusku Ania. – I ogólnie o tym, jak minęły ci wakacje, jakie masz plany na nowy rok akademicki… o wszystkim, co tylko przyjdzie ci do głowy!

Szczerze podekscytowana tą niespodziewaną sposobnością do porozmawiania trochę po francusku, do czego ostatnio w istocie nie miała okazji, Iza z wielką chęcią, skupiając się na właściwym doborze słów, opowiedziała Ani o narodzinach Klary i swym pracowitym urlopie w Korytkowie. To w naturalny sposób skierowało jej opowieść na wątek wypadku Pepusia i jego rekonwalescencji, tym bardziej że od wczoraj wiedziała od Amelii, iż drugiego września dziecko wreszcie zostało wypisane ze szpitala i wraz z matką mogło wrócić do domu. Ania, która w lipcu słyszała o tym od Lodzi, gdy ta pamiętnego wieczoru dzwoniła do niej z prośbą o modlitwę za Pepusia, bardzo ucieszyła się dobrymi wieściami, gdyż, jak zapewniła Izę, oboje z Jean-Pierrem mocno trzymali za niego kciuki, mimo iż był dla nich całkowicie anonimowym dzieckiem.

– Wystarczyło nam wiedzieć, że to prośba od ciebie – zaznaczyła ciepło.

Na nowo wzruszona tamtą przyjacielską solidarnością oraz życzliwością, jaką dziś manifestowała względem niej Ania, uskrzydlona możliwością poćwiczenia wypowiedzi w języku obcym i poczuciem, że pomimo długiej przerwy idzie jej znakomicie, Iza czuła, że na sercu robi jej się nieco lżej i powoli zaczyna odzyskiwać dobry humor. Rozmowa, w której instynktownie wolała poruszać jak najbardziej neutralne tematy, zeszła teraz na sprawy bieżące, w tym na kwestię dobiegającego już końca remontu na Bernardyńskiej. Żywo zainteresowana tym Ania, której jedną z cichych pasji było gustowne wykańczanie wnętrz, zasypała ją milionem pytań, a także poprosiła o pokazanie zdjęć. Jako że torebka Izy wraz ze schowanym w niej telefonem została na wieszaku w holu, obie uznały, że teraz nie ma sensu po nie biegać, jednak Iza musiała obiecać, że kiedy tylko remont definitywnie się zakończy, podeśle Ani do oceny pełną dokumentację zdjęciową jego ostatecznych efektów.

Dyskusja, nadal z rozpędu prowadzona po francusku, toczyła się tak naturalnie i przyjemnie, że obydwie kompletnie straciły poczucie czasu, nieświadome tego, że od momentu, kiedy rozpoczęły rozmowę, minęła już prawie godzina. Nie zauważyły również, że oto w uchylonych drzwiach sypialni pojawiła się sylwetka Majka, który zajrzał tam ostrożnie i na widok zastanego obrazka znieruchomiał jak wryty w podłogę. Niekiedy bowiem człowiek miewa wrażenie, jakby na krótki moment kwintesencja życia skupiała się w jednym punkcie wszechświata – i dla niego to był właśnie jeden z owych momentów.

Ania dostrzegła go pierwsza.

– Ach, Majk! – zawołała wesoło po polsku, zrywając się z łóżka i podbiegając, by otworzyć szerzej drzwi. – No wchodź, wchodź, wariacie jeden, nie tajniacz się za drzwiami! I gadaj, czego tu szukasz! Podsłuchujesz cudze rozmowy?

Majk roześmiał się, wchodząc do środka.

– Ba, chętnie bym podsłuchał, o czym dwie piękne damy gawędzą sobie na osobności – przyznał. – Ale jak miałbym to zrobić, skoro nadajecie w narzeczu, z którego kapuję tylko piąte przez dziesiąte?

Iza i Ania spojrzały po sobie i prychnęły śmiechem.

– Swoją drogą to już jest perwersja, dziewczyny – zaznaczył z żartobliwą dezaprobatą. – Żeby dwie rodowite Polki zaszywały się po kątach po to, żeby gadać po francusku… Jakaś klątwa czy co? A niech to! – pokręcił głową. – Wychodzi na to, że jednak będę musiał się nauczyć tego cholernego języka.

– Ha! – zaśmiała się z satysfakcją Ania. – I widzisz? Zaczynasz się nawracać! A jak mówiłam, że nikt z was od tego nie ucieknie, to nie chciałeś mnie słuchać.

– Nie chciałem – przyznał stoicko. – Ale teraz stwierdzam, że muszę to przemyśleć.

Monsieur zawsze mi powtarzał, że nie cierpi francuskiego – wyjaśniła Izie Ania. – I upierał się, że pod żadnym pozorem nie będzie go używał. Lea uczy się i robi postępy, Paweł też coraz lepiej sobie radzi w tych rozmowach o polityce z Jean-Pierrem, a ten uparty osioł – tu sięgnęła ręką, by żartobliwie wytargać Majka za ucho – ciągle tylko nie i nie!

Iza uśmiechnęła się smutno, odwracając oczy. Majk zerknął na nią ukradkiem.

– Ale nadrobimy to – ciągnęła wesoło Ania. – Osobiście pouczę cię tego barbarzyńskiego narzecza! Zresztą zależy mi na tym szczególnie, bo mam wobec ciebie tajny plan!

– Plan? – zdziwił się.

– Aha, plan związany z Bressoux – uśmiechnęła się, mrugając znacząco do Izy. – Iza mi pomoże, prawda, Izunia? Już my się za ciebie weźmiemy! Zresztą zaczniesz już dzisiaj – dodała stanowczo, lekkim gestem kładąc mu dłoń na ramieniu. – Mamy jeszcze do dokończenia naszą rozmowę, więc przy okazji nauczę cię paru wyrażeń po francusku, a jutro cię z nich przepytam. Okej, Monsieur?

– Tak jest, Madame – skłonił się z uśmiechem Majk. – To będzie dla mnie zaszczyt.

Ania roześmiała się, podnosząc rękę, by z sympatią pogładzić go po policzku.

– Ech, ty drabie kochany… No dobra, umowa stoi, a teraz mów, czego tu szukasz? Przyszedłeś po coś konkretnego czy tylko tak sobie?

– Przyszedłem po Izę – odparł rzeczowo.

Iza, która przysłuchiwała się tej rozmowie ze ściśniętym sercem, podniosła na niego zdziwione spojrzenie.

– Już jedziemy do domu?

– Ech, nie! – uśmiechnął się rozbawiony. – Co za pomysł! Nie śmiałbym tak wcześnie ulotnić się z imprezy, to byłby afront dla naszych gospodarzy. Chodzi o parę minut rozmowy z panem mecenasem w jego nowym, wypasionym gabinecie. Sprawdził mi wstępnie te papiery od lokalu na Czechowie i projekt ewentualnej umowy – wyjaśnił jej. – Towarzycho akurat trochę się rozintegrowało, poszli grupkami na nocne przechadzki po okolicy, więc mamy z Pablem chwilę czasu, żeby o tym pogadać. Z nim i z Maćkiem. A ja chciałbym, żebyś i ty przy tym była.

– Tak jest, szefie – odparła posłusznie.

Ania przyglądała się na przemian jednemu i drugiemu

– A niech was! – pokręciła głową z dezaprobatą. – Tak jest, szefie… Wstydziłbyś się, Majk! Nawet na imprezie nie odpuścisz i koniecznie musisz załatwiać interesy zawodowe? I jeszcze wciągasz w to Izę! Ja wiem, że to twoja prawa ręka i że bez niej jesteś jak dziecko we mgle, ale przypominam ci uprzejmie, że teraz nie jesteście w pracy, więc dałbyś jej trochę spokoju! Ty pracoholiku niemożliwy, tyranie z piekła rodem!

– Przepraszam, Madame, ale tym razem to nie jest mój pomysł, tylko inicjatywa pana mecenasa – odparł z rozbawieniem Majk. – To on zwołuje tajne komplety w swoim gabinecie, ja tylko się dostosowuję. Nie wypada mi przecież odmówić twojemu znakomitego bratu.

– No tak, pod tym względem mój braciszek jest dokładnie taki sam jak ty – przyznała Ania. – Gdyby nie Lea, to pewnie spałby w robocie w jakimś śpiworze, a porządny obiad zjadłby może raz na tydzień. Ale dzisiaj to już naprawdę przegiął, osobiście zmyję mu za to głowę. Albo nie, lepiej! Przekabluję wszystko Lei… o! Już ona zrobi z nim porządek!

– Ech, biedny pantofel! – zaśmiał się Majk. – Chyba niechcący wkopałem go w niezłe tarapaty. Muszę zaraz uprzedzić go lojalnie, na co się naraża, żeby mógł się jakoś przygotować do obrony!

– I tak w niczym mu ta niewyparzona gęba nie pomoże – zapewniła go Ania. – Dostanie za to taki łomot, że aż mu w pięty pójdzie, już ja się o to postaram. A ty, Iza, nie dawaj się tak manipulować temu bezczelnemu zakapiorowi! – dodała wesoło do swej towarzyszki, ruchem głowy wskazując na Majka. – Albo przynajmniej zażądaj, żeby za pracę po godzinach zapłacił ci trzy razy tyle!

– Jeśli chodzi o to, jeszcze nigdy nie miałam powodu, żeby narzekać – zaznaczyła Iza.

– Zapłacę i pięć razy tyle – odparł z powagą Majk. – Każdą stawkę, ile tylko będzie chciała.

– Przestań… – pokręciła głową zmieszana.

– I bardzo słusznie! – zgodziła się z satysfakcją Ania. – Za takie wyskoki powinieneś za każdym razem obrywać po kieszeni. A ty, Iza, nie kryguj się, tylko korzystaj. Zachciało się panu biznesmenowi załatwiać interesy na imprezie, to niech chociaż za to buli! No, żartuję… – zaśmiała się, ujmując oboje pod łokcie i żartobliwym gestem wypychając ich za drzwi. – Idźcie już sobie popracować, idźcie! Przecież wiem, że bez tego nie dożylibyście do rana! Izunia, dziękuję ci za rozmowę, cudownie się gadało. I pamiętaj, że trzymam cię za słowo!

– Oczywiście, Aniu – uśmiechnęła się.

– A z tobą, Majk, widzimy się jeszcze – dodała znacząco Ania, wychodząc za nimi na hol. – Na razie idę poszukać Lei, pewnie usypia Edika, ale potem wracam i biorę się za ciebie! Musimy dokończyć rozmowę!

– Z przyjemnością, Madame – ukłonił się z uśmiechem Majk. – Melduję się u pani natychmiast po zakończeniu audiencji u pana mecenasa.

Ania znów pokręciła głową z dezaprobatą i raz jeszcze uśmiechnąwszy się porozumiewawczo do Izy, skierowała się w stronę schodów wiodących na poddasze. Majk popatrzył za nią przez chwilę, po czym przeniósł spojrzenie na Izę, która czekała cierpliwie ze wzrokiem wbitym w podłogę.

– Tędy, elfiku – powiedział ciepło, wskazując jej kierunek w głąb parterowej części holu. –Postaramy się załatwić to szybko.

***

– Dzięki, stary – powiedział Majk, podnosząc się z krzesła i odkładając przeanalizowane dokumenty na brzeg biurka. – To dla mnie nieoceniona pomoc. Zostawię to na razie tutaj, wezmę, jak będę jechał na chatę, okej?

– Jasna sprawa – uśmiechnął się Pablo, zerkając na gości zebranych w jego domowym, elegancko urządzonym gabinecie. – To co, kochani? Wracamy do ogrodu? Muszę zaraz się meldować, inaczej żona obedrze mnie ze skóry za nielegalne załatwianie spraw zawodowych w paśmie do tego nieprzeznaczonym.

Iza, Majk i Maciek, który jako osoba kontaktowa również brał udział w rozmowie dotyczącej wynajmu lokalu na Czechowie, spojrzeli po sobie i parsknęli śmiechem.

– Nie trać czasu, frajerze – przyznał wesoło Majk. – Każda minuta działa na twoją niekorzyść! Ale nie martw się – dodał uspokajająco. – Pójdę pierwszy i sprawdzę, jak wygląda sytuacja, a jeśli okaże się, że Lodzia czai się za rogiem z wałkiem do ciasta, dam ci sygnał, żebyś bezzwłocznie bunkrował się w swoim luksusowym schowku na szczotki!

Wszyscy czworo roześmiali się, była to bowiem aluzja do okoliczności, w jakich Pablo poznał Lodzię, co zostało dziś publicznie przypomniane przy okazji popołudniowego zwiedzania domu. Jednym z pomieszczeń budzących szczególne zainteresowanie był w istocie przestronny schowek pod schodami, podobny do analogicznego pomieszczenia w rodzinnym domu Lodzi, gdzie Pablo, jak zapewniał w żartach, w podbramkowych sytuacjach zamierzał chronić się przed agresywną żoną. Ponieważ o Lodzi, dziewczyny o anielskiej twarzy i przemiłym sposobie bycia, można było powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że była agresywna, motyw schowka budził tym większe rozbawienie wśród przyjaciół, którzy dzisiejszego wieczoru nie szczędzili sobie na ten temat żartów.

– Będę ci wdzięczny – uśmiechnął się Pablo, idąc za nimi w stronę drzwi. – Bo chciałbym jeszcze zamienić dwa słowa na osobności z Izą.

Iza zatrzymała się w progu i odwrócila się zdziwiona.

– Ze mną?

– Tak – skinął głową. – Tylko kilka zdań, ale to ważne.

– Ach, okej – odparła, dopiero teraz domyślając się, o co mogło mu chodzić. – Oczywiście.

Majk, który, sadząc po zupełnie naturalnej minie, zdawał się być uprzedzony o zamiarze Pabla, przyjacielskim gestem klepnął Maćka po ramieniu.

– Okej, to oni niech sobie gadają, a my spadamy! – zarządził energicznie. – Idziemy wybadać teren, spróbujemy trochę obłaskawić Lodzię, a przy okazji zahaczymy o kuchnię i przeeksplorujemy tę słynną lodówkę frajera. Co ty na to? Zobaczymy, jakie jeszcze ekskluzywne piwo chowa tam przed nami!

– A, chętnie, chętnie – zgodził się z uśmiechem Maciek. – Od tego gadania już mi w gardle zaschło, małe przepłukanie przewodów nigdy nie zaszkodzi.

– Bardzo proszę! – zaśmiał się Pablo. – Eksplorujcie, ile chcecie, tylko zostawcie ze dwa dla mnie, jeszcze nie zdążyłem się rozkręcić!

Kiedy za kolegami zamknęły się drzwi, wskazał Izie krzesło, na którym wcześniej siedziała, a sam, zamiast za wielkim biurkiem, które stanowiło główny mebel w jego gabinecie, zasiadł na miejscu zajmowanym uprzednio przez Majka.

– Mam do ciebie dwie sprawy – powiedział rzeczowo. – Pierwsza dotyczy twoich interesów w Korytkowie. Twoich i twojej koleżanki Agnieszki. Z tym wszystko jest okej – zapewnił, widząc zaniepokojenie na jej obliczu. – Rozmawiałem ostatnio z Bartkiem, opowiedział mi, jak wygląda sytuacja z postępowaniem w sprawie tego wypadku. No i cóż… tam ogólnie wszystko jest w powijakach, to na pewno jeszcze trochę potrwa. Sprawa o alimenty też utknęła, niestety, teraz sądy są przeciążone i papiery długo czekają w kolejce.

– To nic – odparła spokojnie Iza. – Poczekamy, ile będzie trzeba. Aga ma z czego żyć, teraz nawet bardziej niż w zeszłym roku, bo po wypadku dostała wsparcie finansowe od ludzi i to jej jeszcze na długo wystarczy. To bardziej kwestia sprawiedliwości, której powinno stać się zadość.

– Tak jest – zgodził się Pablo. – Zadbamy o to, żeby temu dżentelmenowi się nie upiekło, ale niestety trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość. Z kolei sprawa dotycząca wypadku nadal jest w przygotowaniu w prokuraturze i to też może jeszcze trochę potrwać. Zwłaszcza że na szczęście nie było ofiar śmiertelnych.

– Rozumiem – skinęła głową, patrząc na niego uważnie. – Bardzo ci dziękuję, Pablo, twoja pomoc jest nieoceniona. Martwi mnie tylko sprawa pieniędzy za usługi adwokackie, bo to nie było chyba do końca wyjaśnione. Oczywiście Agnieszka rozliczy się z mecenasem Giziakiem, tak jak trzeba – zaznaczyła. – Zapomniałam porozmawiać z nią o tym, ale mam nadzieję, że już wszystko między sobą ustalili. Dopytam ją o to.

– Nie, daj spokój – zaprotestował Pablo. – W rozliczenia finansowe to wy się nie wtrącajcie, proszę cię. Nie chcę, żeby Bartek brał pieniądze od tej dziewczyny.

– Ale…

– Spokojnie. Mam z nim układ, który obydwu nas urządza, i zapewniam cię, że nie będzie na tym stratny. Wręcz przeciwnie. W tym fachu pieniądze to nie wszystko – wyjaśnił jej z powagą. – Tu liczy się przede wszystkim doświadczenie i pozycja w środowisku, a wtedy i z pieniędzmi nie ma kłopotu. Tak czy inaczej załatwimy z Bartkiem rzecz po naszemu i stricte między sobą. Nie mówmy już o tym, okej?

– Okej – odparła posłusznie. – Dziękuję ci, Pablo. W imieniu Agnieszki i w moim też.

– Nie ma za co – uśmiechnął się. – Wszystko, co robię w tej sprawie, robię dla ciebie. Nie tylko w ramach spłaty długu wdzięczności, ale też tak po prostu, z sympatii. Również ze względu na to, jak przepadają za tobą najbliższe mi osoby, moja żona, moja siostra, mój najlepszy kumpel… Zaczarowałaś nawet moją mamę! – mrugnął do niej wesoło. – A to dla mnie najlepsza rekomendacja, jeśli chodzi o ludzi, z którymi warto trzymać bliski kontakt.

– Dziękuję – szepnęła Iza, spuszczając oczy, dziś już po raz drugi wzruszona sygnałem sympatii płynącym do niej zaocznie ze strony pani Lewickiej.

– Natomiast co do tej drugiej sprawy – podjął Pablo, poważniejąc – to pewnie domyślasz się, o czym chcę z tobą mówić.

– Tak – pokiwała głową, odważnie podnosząc na niego wzrok. – O Krawczyku, prawda?

– Tak jest. Majk przekazał mi, że w poniedziałek wybierasz się do niego w odwiedziny – skrzywił się. – Nie potrafił w racjonalny sposób wytłumaczyć mi, dlaczego to robisz, powiedział tylko, że to twoja decyzja, którą on musi uszanować, i takie tam bla-bla-bla. Mnie to nie satysfakcjonuje, Iza – zaznaczył stanowczo. – Po tym, co ten bydlak odwalił względem mojej żony, nie mówiąc już o tym, co potem przydarzyło mu się w mojej obecności, czuję się upoważniony do monitorowania tej sprawy. Muszę nieustannie trzymać rękę na pulsie, żeby uniknąć problemów na przyszłość – wyjaśnił jej. – Dlatego chciałbym usłyszeć z twoich ust, po co się do niego wybierasz i czy to jest naprawdę konieczne.

Iza znów odwróciła wzrok, z jednej strony świadoma faktu, że Pablo miał prawo o to pytać, z drugiej tknięta nagłą wątpliwością co do własnych racji. A jeśli to, co miała zamiar zrobić, rzeczywiście było tylko niepotrzebnym pakowaniem się w kłopoty? Skoro i Pablo, i Majk byli przeciwni jej wizycie u Krawczyka… Jednak w następnej sekundzie, jakby w odpowiedzi na tę wątpliwość, w pamięci mignęly jej dwa obrazy – pomięty i poplamiony atramentem list od milionera oraz zapłakane błękitne oczy Magdaleny. Skojarzenie tych dwóch wizji uderzyło ją prosto w serce, paradoksalnie przywracając spokój ducha.

– Oczywiście ani ja, ani Majk nie możemy cię zatrzymać – ciągnął Pablo, nie doczekawszy się odpowiedzi. – Ale nie wolno nam zapominać, że gnojek, pomimo swojej choroby, podobno bardzo poważnej, nadal jest niebezpieczny. Podejmujesz duże ryzyko, Iza.

Pokiwała głową, jednak jego ostrzegawczy ton tym razem nie zrobił na niej wrażenia.

– Tak, wiem – odparła spokojnie. – Ale już obiecałam, klamka zapadła i nie będę się z tego wycofywać. Mówiąc szczerze, nie potrafię do końca wytłumaczyć, dlaczego zgodziłam się z nim zobaczyć – dodała w zamyśleniu. – Myślę, że głównie ze współczucia i dla uspokojenia sumienia, bo jeśli prawdą jest, że on jest tak bardzo chory, to gdyby coś mu się stało… w sensie, że gdyby przegrał z chorobą, to ja… Wiem, że nabroił jak rzadko kto, ja sama dostałam od niego po uszach wcale nie gorzej niż ty, Pablo, i gdyby był zdrowy, nie byłoby w ogóle opcji, żeby się z nim widywać. Ale teraz… Napisał mi, że to sprawa życia i śmierci. W kontekście jego choroby to brzmi na tyle znacząco, że jeśli nie dowiem się, o co chodzi, a on… Jestem pewna, że to by mnie męczyło do końca życia.

Pablo przyglądał jej się z poważną miną, jednak w jego ciemnobrązowych oczach tliły się ciepłe ogniki sympatii.

– Okej, rozumiem – pokiwał głową. – Nie pochwalam tego, ale wiem, co masz na myśli. I teraz kapuję też, co chciał powiedzieć Majk. Ma frajer rację. Jesteś aniołem dobroci, Izabello, a aniołom nie przeszkadza się w robocie.

Uśmiechnęła się, kręcąc głową w niemym geście protestu.

– Tak, Iza, wiem, co mówię – ciągnął stanowczo. – Po tym, co wykonał ten bydlak, nie powinniśmy mieć dla niego ani cienia współczucia, wręcz powinniśmy się cieszyć, że oberwał za swoje, i życzyć mu, żeby wyciągnął wnioski z tego kopa od losu. Ale to jest myślenie zgodne z logiką umysłu – zaznaczył. – Natomiast ty działasz według logiki sumienia. Co prawda jako racjonalista wolałbym, żebyś tego nie robiła, ale szanuję to. Bardzo szanuję. Zresztą przyznam ci się… tak całkowicie między nami… że kiedy dowiedziałem się, jak poważna jest ta jego choroba i że niekoniecznie wyjdzie z tego żywy, nawet mnie to trochę ruszyło. Dlatego nie będę cię odwodził od tej wizyty – skonkludował. – I mimo że cholernie mi się to nie podoba, daję ci zielone światło.

– Dziękuję – szepnęła.

– Proszę cię tylko, żebyś była bardzo ostrożna – zastrzegł, na co Iza skwapliwie pokiwała głową. – Podziwiam twoją odwagę, ale jednak obaj z Majkiem będziemy o ciebie drżeli. Dlatego w razie jakichkolwiek numerów natychmiast dzwoń do niego, okej?… Super. Mam też prośbę osobistą – dodał z wahaniem, a jego twarz oblekła się czarną chmurą. – Mianowicie, gdyby na tym spotkaniu okazało się, że gnojek nie odpuścił i nadal szuka kontaktu z moją żoną, to proszę, żebyś nie ukrywała przede mną tej informacji.

– Oczywiście, Pablo – zgodziła się chętnie. – Sama, szczerze mówiąc, też trochę się tego obawiam, dlatego tym bardziej chcę to wyjaśnić. Tak czy inaczej obiecuję, że niczego przed tobą nie zataję.

– Świetnie – skinął głową, podnosząc się z krzesła, na co i ona poderwała się do pionu. – Bardzo ci dziękuję. Iza. To tyle z mojej strony, mógłbym jeszcze pociągnąć temat, ale nie chcę już dłużej cię męczyć. Wracajmy na imprezę.

__________________________________________________

* Si tu veux, on peut passer au français tout de suite. Tu vas t’exercer avec moi (fr) – Jeśli chcesz, możemy od razu przejść na francuski. Poćwiczysz sobie trochę ze mną!

** Pourquoi pas? Volontiers! (fr. ) – Czemu nie? Chętnie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *