Anabella – Rozdział CCLXIV
– Masz pozdrowienia od Dana – oznajmiła siedząca na łóżku Marta, kiedy wykąpana i przebrana w piżamę Iza wyszła z łazienki z umytymi włosami owiniętymi ręcznikiem.
– O, dzięki! – ucieszyła się. – Co tam u niego? Jak się czuje?
– Nienajgorzej, trochę jeszcze słaby, ale już się zbiera, nawet zaczyna wychodzić z domu. Wczoraj byli u niego kumple ze studiów, rozkręciła się fajna impreza, a w weekend idzie na miasto spotkać się z Renatą – spojrzała na nią znacząco. – Jednak.
– Aha – pokiwała głową Iza. – To chyba dobrze?
– Bardzo dobrze – stwierdziła spokojnie Marta, odkładając telefon na szafkę przy łóżku. – Może jednak coś z tego będzie, chociaż ja już się do niej zraziłam, niby jej nie znam, ale po tym długim milczeniu, kiedy Dan był sam w szpitalu, mam takie intuicyjne wrażenie, że bawi się nim. Ale nie chcę jej oceniać – zaznaczyła. – Wiadomo, że sama też była chora, pewnie musiała dojść do siebie, poza tym w Lublinie szalała ta nieszczęsna grypa, więc tym bardziej nie można mieć do niej pretensji, że nie odwiedzała go w tym czasie. Tyle że mogła częściej się odzywać przez telefon… no, ale nie moja sprawa – wydęła lekko wargi. – Ja w każdych okolicznościach i bez względu na wszystko będę trzymać za Dana kciuki.
– Ja też – zapewniła ją Iza. – Cieszę się, że z jego zdrowiem jest lepiej, a co do Renaty, to poczekajmy. Jak to się mówi w duchu biblijnym, po owocach ich poznacie.
– Właśnie – mruknęła ponuro Marta, wsuwając się pod kołdrę. – A niech to, ale jestem skamana… nóg to już w ogóle dzisiaj nie czuję, ja nie wiem, Iza, jak my jutro będziemy zwiedzać to miasto.
Iza odrzuciła ręcznik na łóżko i schyliła się nad szafką, gdzie leżała jej kosmetyczka.
– Chcesz tabletkę przeciwbólową? – zaproponowała, wyszukując w jednej z przegródek blister z lekarstwem. – Zawsze mam przy sobie na takie okazje, sama też dzisiaj wezmę, bo mam to samo. Pod kolanami tak mnie boli, że bez tego nie dam rady zasnąć.
– Daj – zgodziła się Marta, wyciągając rękę. – Faktycznie bez znieczulacza nie ma dzisiaj szans, chociaż z drugiej strony ja i tak czuję się, jakbym dostała jakimś drągiem w głowę.
Iza podała jej tabletkę i nową butelkę wody, po czym sięgnęła po swoją i obie w milczeniu przyjęły lek. Koszmarne zmęczenie po wystawowym maratonie z ostatnich dni osiągnęło dziś kulminację, a przecież to jeszcze nie był koniec, nazajutrz również czekał je bardzo intensywny dzień. Na szczęście przynajmniej etap stażu w Liège był już definitywnie zamknięty – późnym wieczorem ekipa z Centrum Kultury zakończyła pakowanie wystawy na samochód i ruszyła w drogę powrotną do Liège, wylewnie żegnając się ze stażystkami, które przez tych kilka tygodni wszyscy zdążyli bardzo polubić. Z Emmą i Romane dziewczyny miały już dawno wymienione numery telefonów, ustaliły więc tylko przy pożegnaniu, że to zdecydowanie nie jest ostatni raz, kiedy się widzą, bo nie tylko Iza i Marta na pewno jeszcze kiedyś zajrzą do Liège, ale również ich belgijskie koleżanki mają bezterminowe i serdeczne zaproszenie do Polski, gdzie zostaną po królewsku podjęte w Lublinie.
Obiecany telefon do Amelii, który Iza wykonała po powrocie do hotelu, dostarczył jej nowych emocji, jednak tych i tak jej nie brakowało. Ponowne spotkanie z Arthurem i wiążąca rozmowa z Frédérikiem, a zwłaszcza wyznaczony przez niego dramatycznie krótki termin na decyzję co do stażu w Warszawie, dręczyły nieustannie jej myśli. Nowe wieści w sprawie Michała, Weroniki i Aliny, choć sensacyjne, zagłuszyły ten problem tylko na krótko i szybko zeszły na drugi plan. Fizyczne zmęczenie, emocjonująca wizja powrotu do Polski już jutro, lecz przede wszystkim właśnie ta świadomość, że kluczową decyzję będzie musiała podjąć tak szybko, sprawiły, że nie naciskała na rozmowę z Martą, której ta od wczoraj rano konsekwentnie unikała.
Iza po jej zachowaniu wnioskowała, że motocyklowe pożegnanie z Cédrikiem nie odbyło się w spodziewany sposób, lecz coś musiało się stać – coś, przez co Marta już drugi dzień chodziła jak struta i nie chciała na ten temat rozmawiać. Nieobecność Cédrica w dniu wyjazdu delegacji z Liège do Brukseli w jej odczuciu też była znacząca, bo gdyby mężczyzna uparł się i naprawdę tego chciał, pomimo natłoku pracy mógłby przecież wpaść choć na chwilę, żeby pożegnać się z Martą tuż przed jej definitywnym opuszczeniem miasta. Uwadze Izy nie umknęło też, że przyjaciółka bardzo często i dość nerwowo zaglądała do telefonu, jakby czekała na jakąś wiadomość, a intuicja podpowiadała jej, że chodziło o wieści od Cédrica, który albo w ogóle się nie odzywał, albo pisał coś, co Martę jeszcze bardziej przygnębiało i wyprowadzało z równowagi.
„Może z tych jej wielkich planów po prostu nic nie wyszło?” – pomyślała, rozczesując włosy, kiedy Marta, nadal nie wykazując chęci do rozmowy, zagrzebała się już w pościeli i odwróciła do ściany. – „Myślała, że będą z Cédrikiem jak Ania i Jean-Pierre, a tu się okazało, że nic tego nie zapowiada? Albo po prostu się posprzeczali?”
Uporawszy się z włosami, nie chcąc zakłócać odpoczynku towarzyszki, czym prędzej zgasiła światło i sama wskoczyła pod kołdrę, z ulgą rozprostowując zmęczone nogi. Kiedy tylko przymknęła oczy, natychmiast pojawiła się przed nimi twarz Majka, który patrzył na nią uważnie, jakby czekał na jej odpowiedź na jakieś ważne pytanie. Ani przez chwilę nie miała wątpliwości, że była to kolejna reakcja jej wyobraźni na popołudniową rozmowę z Arthurem i Frédérikiem, bowiem w całej tej sprawie dla niej liczyło się tylko i wyłącznie jedno – co na to powie Majk.
„Jeśli powie mi, że nie chce, żebym wyjeżdżała, to prawdopodobnie nie będę w stanie mu się przeciwstawić” – pomyślała, siłą wygaszając ów ulotny obraz jego twarzy w wyobraźni. – „Wystarczy, że kiwnie palcem, a ja nie dam rady uciec… więc po co w ogóle snuć te dywagacje i zostawiać sobie furtki? Powinnam była od razu powiedzieć Arthurowi, że nie jestem zainteresowana, uciąć to u samego źródła i nie mieć teraz takich dylematów. Wrócić normalnie do pracy jako królowa zaplecza. Komandos przecież jakoś się wybroni…”
Lecz wtedy przed oczy wrócił jej inny obraz, raz już widziany we śnie – wyłożony marmurem budynek, w którym ona sama, stukając obcasami eleganckich szpilek na lśniącej podłodze, podchodzi do biurka, na którym leżą jakieś papiery, zaś w tle, jakby widziany w wielkim, wielowymiarowym lustrze, pojawia się postać kobiety w długiej łososiowej sukni… Natalia. Stoi bokiem do niej, ale po chwili odwraca się i patrzy jej prosto w oczy twardo, badawczo, jakby chciała przeniknąć na wskroś jej duszę i odkryć jej największą, najgłębiej skrywaną tajemnicę. Iza wzdrygnęła się, aż podskoczyła na łóżku, które lekko skrzypnęło.
„A jak jednak nie dam rady?” – pomyślała z niepokojem. – „Jeśli ksiądz ma rację i tkwienie w tym to męczarnia, a jedyny ratunek jest w dystansie i ucieczce?”
Marta również poruszyła się w ciemnościach.
– Iza? – szepnęła. – Nie śpisz?
– Nie, jeszcze nie – odszepnęła. – Przepraszam, że tak się wiercę, Martuś, już nie będę, nie wiedziałam, że to łóżko skrzypi. Wybudziłam cię?
– Nie, no co ty, ja przecież też nie śpię – westchnęła Marta, odwracając się na wznak. – Myślisz, że mogę zasnąć? Może uda się, jak ten lek zadziała, ale na razie nic z tego.
– Mnie też nogi nadal rwą – przyznała Iza. – Ale mam wrażenie, że już jest trochę lepiej, więc chyba zaczyna działać.
– Nie chodzi tylko o nogi – mruknęła Marta.
– A o co?
– Nie domyślasz się?
– Domyślam – odparła spokojnie. – O Cédrica?
– Mhm. Bystra z ciebie ciotka-przyzwoitka.
Iza skrzywiła się w ciemnościach.
– Jasne, bardzo trudna zagadka – odparła z pobłażaniem. – Przecież widzę, jak się zachowujesz. Odkąd wróciłaś z tego wtorkowego pożegnania na motocyklu, wyglądasz, jakby ktoś cię otruł, a do tego jeszcze skopał i rozjechał walcem. Ale celowo cię nie wypytywałam, bo po pierwsze nie było na to ani sekundy, a po drugie nie chciałam włazić z butami w twoje sprawy. Uznałam, że jak sama nic nie mówisz, to znaczy, że nie chcesz mówić.
– Chcę – westchnęła Marta. – Tylko strasznie mi głupio… i źle… Czaję się z tym od dwóch dni i nie mogę zebrać się na odwagę, po prostu nie wiem, jak ci to powiedzieć.
– No co ty, Martuś, nie żartuj sobie – ofuknęła ją łagodnie Iza. – Jak to nie możesz zebrać się na odwagę? Żeby porozmawiać ze mną? A co to ja jestem, jakiś potwór? I gryzę?
– Nie że potwór i że gryziesz… nie o to chodzi – odparła z wyraźnym zakłopotaniem Marta. – Po prostu jest mi strasznie głupio, bo widzę, jak bardzo miałaś rację, a ja cię nie posłuchałam. Od dwóch dni zastanawiam się, jak ugryźć z tobą ten temat, z początku myślałam jeszcze, że to się jakoś wyprostuje, ale dzisiaj już widzę, że nie, zwłaszcza po tym, co powiedziała mi Emma. I tym bardziej mi wstyd… Dlatego odważyłam się dopiero teraz, jak leżymy w łóżkach po ciemku i nie możesz widzieć mojej miny.
– Daj spokój, nie przesadzaj. Mów, co się stało. W jakim sensie mnie nie posłuchałaś? I co powiedziała ci Emma?
– Po prostu zrobiłam to, przed czym cały czas mnie ostrzegałaś – wyjaśniła ponuro Marta. –Przekroczyłam granicę, której ciotka-przyzwoitka zabroniła mi przekraczać.
– Poszłaś z Cédrikiem do łóżka? – domyśliła się.
– Niestety. I teraz cholernie tego żałuję.
– Hmm.
– Bardzo jesteś na mnie zła?
Iza uśmiechnęła się smutno w ciemnościach.
– Ani trochę – odparła nieco żartobliwym tonem. – Co najwyżej urwę ci za to łeb, ale to już jutro, bo dzisiaj nie mam siły.
– Aha, nabijaj się ze mnie, zasłużyłam sobie – westchnęła Marta. – A tak naprawdę to wcale mi nie do śmiechu. Kolejny raz zrobiłam z siebie idiotkę i to bardzo delikatnie mówiąc.
– Czyli jednak serce wzięło górę nad rozumem?
– Można to tak nazwać. Po prostu złamałam się i teraz nie mogę sobie tego darować. Od dwóch dni tak sobą gardzę, że najchętniej stałabym tylko w łazience przed lustrem i pluła sobie w twarz.
– Aż tak? – zdziwiła się Iza.
– Mhm. Mam do siebie ogromny żal, że znowu byłam taka głupia. Gdybym nie miała za sobą tych doświadczeń z Radkiem i Patrykiem, a do tego twoich rad, to jeszcze mogłabym się usprawiedliwić przed samą sobą, ale tak to niestety… Dałam ciała na całej linii, dosłownie i w przenośni.
– No cóż – odparła oględnie Iza. – Nie powiem, że ciotka-przyzwoitka jest zadowolona ze swojej podopiecznej, ale obiektywnie rzecz biorąc, to przecież jeszcze nie koniec świata.
– Dla mnie to jest jak koniec – zapewniła ją ponuro Marta. – Serio, Iza, nie mogę sobie tego wybaczyć. Najgorsze jest to, że poległam praktycznie w ostatniej chwili, wcześniej tak twardo się trzymałam, słuchałam się ciebie, a jednak ostatecznie dałam się podejść jak dziecko.
– Podejść? – zdziwiła się Iza. – Co masz na myśli?
– To, że on mnie po prostu zmanipulował. Dotarło to do mnie prawie od razu, ale wczoraj, po tym, co powiedziała mi Emma, mam już co do tego pewność i obiektywne potwierdzenie.
– Co ci powiedziała?
– To w ogóle był przypadek, że nawiązała do Cédrica, jakby czytała w moich myślach – odparła z poirytowaniem. – Ale tym lepiej, przynajmniej teraz wiem, na czym stoję, szkoda tylko, że o ten jeden dzień za późno… No więc Emma zapytała mnie wczoraj o sumaryczne wrażenia z tych wycieczek na motocyklu i tak trochę w żartach rzuciła, że dobrze, że z Cédrikiem tylko jeździłam na Harleyu, a nie nabrałam się na nic więcej, bo dzięki temu przynajmniej raz to dziewczyna wykorzystała jego, a nie on ją.
– Oho. Mocne.
– No. Aż mnie zmroziło. Zapytałam, co ma na myśli, a ona mi odpowiedziała, że nie chce go obgadywać, ale skoro już wyjeżdżam, to co jej szkodzi. Opowiedziała mi, że Cédric to jest świetnie wszystkim znany lokalny Casanova, który lubi dla sportu zaliczać dziewczyny, zwłaszcza takie spoza środowiska, z którymi potem łatwo zerwać kontakt. Podobno jest w tym bardzo skuteczny, łatwo owija sobie kandydatki wokół palca, bo jest przystojny i czarujący, umie je urabiać, a jak tylko uda mu się osiągnąć cel… wiadomo jaki, nie? – prychnęła – to sprytnie się wycofuje i powoli wygasza kontakt, co w przypadku dziewczyn spoza Liège jest podwójnie łatwe.
– Czyli ty byłaś idealnym celem – zauważyła Iza.
Przypomniała sobie pierwsze wrażenie, jakie zrobił na niej Cédric, zwłaszcza to, że kilka razy ni stąd, ni zowąd skojarzył jej się z Victorem. Jak się właśnie okazywało, tamta intuicja jej nie myliła, tyle że potem została zagłuszona przez pozory, jakie zachowywał, a także zapewnienia Marty o szlachetności jego zamiarów. Nie chciała jednak wspominać jej o tym, uznając, że w obecnej sytuacji wymądrzanie się i wygłaszanie retorycznych pytań typu a nie mówiłam? kompletnie mijałoby się z celem i byłoby tylko kopaniem leżącego.
– Obie byłyśmy na celowniku – podkreśliła Marta. – On z początku próbował podbijać do ciebie, nie wiem, czy to zauważyłaś, ale ja tak. Dopiero jak wyszła ta sprawa z Harleyem i zwęszył, że to jest dobry motyw na podryw, przerzucił się na mnie. Wtedy nie zwróciłam na to uwagi, myślałam, że po prostu wszystko samo się tak potoczyło, ale teraz widzę wyraźnie, jak lawirował, żeby wyczuć krew. Ty od razu postawiłaś mu szlaban, więc skupił się na mnie, widocznie uznał, zresztą słusznie, że jestem potencjalnie łatwiejszym łupem. A niech to, ależ jestem na siebie wściekła! Byłam taka głupia… jak tylko o tym pomyślę, to normalnie szlag mnie trafia… a raczej płakać mi się chce – jej głos rzeczywiście zadrżał, jakby naprawdę zbierało jej się na płacz. – Iza?
– No?
– Mogę wleźć na chwilę do ciebie pod kołdrę i przytulić się? – zapytała jeszcze bardziej łamiącym się głosem. – Nie daję sobie rady sama… psycha mi siada…
– Pewnie, właź! – odparła bez wahania Iza, odchylając swoją kołdrę, pod którą Marta, wyskoczywszy ze swojego łóżka, szybko się wsunęła i przylgnęła do niej jak dziecko, cała drżąca, wręcz roztrzęsiona. – No już, spokojnie… przytul się do ciotki i opowiadaj dalej, wyrzuć to z siebie. Zobaczysz, że zaraz będzie ci lżej.
Otuliła ją kołdrą, podniosła rękę i łagodnie pogładziła po włosach, przez co rozżalona Marta w kilka sekund rozpadła się całkowicie i zalała łzami.
– Tak się bałam, że znowu mnie opieprzysz – chlipnęła. – A ty jesteś dla mnie taka dobra, taka kochana… Boże, jak dobrze, że jednak się odważyłam i ci o tym powiedziałam…
– Bardzo dobrze, Martusiu – przyznała Iza, wciąż uspokajającym gestem gładząc ją po włosach. – Biedactwo… Niepotrzebnie bałaś się mojej reakcji, ja może i jestem w tych sprawach radykalna, ale przecież wiem, co znaczy ulec emocjom. Sama kiedyś popełniłam taki sam błąd, więc nikogo w takiej sytuacji nie potępiam.
– Tak, ale ty ten błąd popełniłaś tylko raz – zauważyła Marta, tuląc się do niej, aż Iza na ramieniu poczuła mokre ciepło jej łez. – I wyciągnęłaś z tego prawidłowe wnioski… a ja co? Już trzeci raz robię to samo, chociaż tak wyraźnie mnie przed tym ostrzegałaś.
– Spokojnie, nie stresuj się. Opowiedz mi najpierw wszystko po kolei. Jak to się stało, że jednak wylądowaliście w łóżku? Mieliście jechać tylko na przejażdżkę motocyklową.
– I pojechaliśmy – odparła ponuro Marta. – Tyle że znowu na koniec, tak jak tamtym razem, musieliśmy wrócić do niego do domu, żebym mogła przebrać się w swoje ciuchy i zostawić mu kombinezon. No i jakoś tak… dopiero potem uświadomiłam sobie, że tym razem on się zachowywał zupełnie inaczej niż wcześniej, że nagle zniknęło właśnie to, co podobało mi się w nim najbardziej. Czyli ten brak nacisku.
– Mhm, kapuję.
– I to nawet nie że naciskał otwarcie, tylko tworzył taką atmosferę… nie wiem, jak to powiedzieć, ale po prostu czułam, że oczekuje ode mnie więcej, a jeśli tego nie dostanie, to będzie urażony, że mu nie ufam. A ja oczywiście nie chciałam go urazić, poza tym on mi się naprawdę podoba… znaczy, podobał – poprawiła się szybko. – Bo to niestety jest przeszłość i wiem na pewno, że już nic z tego nie będzie. Zresztą nawet nie chcę, żeby było.
– Mocny zwrot akcji – przyznała Iza.
– No. Aż mi w pięty poszło. Nie mogę darować sobie, że dałam mu tę satysfakcję, zwłaszcza że wtedy, w ten ostatni wieczór, kiedy oddałam mu ten kombinezon i miałam wracać do domu, wystarczyłaby jeszcze odrobina silnej woli i wyszłabym z tego z tarczą. A tak… głupia idiotka! – fuknęła, a głos znów jej się załamał. – Najśmieszniejsze i najtragiczniejsze jest to, że jak to się już zaczynało dziać… kiedy uległam tej atmosferze i pozwoliłam, żeby szedł dalej i dalej… podświadomie czułam taki niepokój, opór, nie wiem, jak to nazwać. I nie chodziło tylko o to, że właśnie łamię słowo dane ciotce-przyzwoitce – zastrzegła. – Wtedy nawet nie myślałam o tym, co powie Iza, to było coś innego, coś we mnie… takie jakby przeczucie, że to nie jest do końca moja decyzja, tylko że zostałam zmanipulowana.
– Mhm. Mentalnie przymuszona – doprecyzowała Iza. – Znam to doskonale, tamten jeden raz, kiedy przekroczyłam tę granicę z chłopakiem, w którym byłam śmiertelnie zakochana, to zadziałało dokładnie w ten sam sposób. Wcale tego nie chciałam, bałam się, to był mój pierwszy raz i nie czułam się gotowa, ale przeważyło to, że nie chciałam sprawić mu przykrości. Po prostu bałam się, że jeśli się nie zgodzę, to on się na mnie obrazi albo wręcz zerwie ze mną… co potem zresztą i tak zrobił – uśmiechnęła się z politowaniem. – Więc właściwie nic nie ugrałam, bo nawet nie miałam z tego wielkiej przyjemności, chociaż post factum wmawiałam ją sobie rozumowo do głowy. No, nieważne… w każdym razie wiem, o co ci chodzi.
– U mnie było dokładnie tak samo – przyznała Marta. – Tyle że ja nie mogę powiedzieć, że byłam w Cédricu śmiertelnie zakochana, co oczywiście tym gorzej o mnie świadczy. Fakt, zauroczyłam się po uszy, wydawało mi się, że trafiłam na ideał, w dodatku miałam z tyłu głowy przykład państwa Magnon… pff! – prychnęła z pogardą. – Nie wiem, jak mogłam być taka głupia, ale ja naprawdę przez chwilę uwierzyłam, że z nami będzie tak samo, marzyłam, że ta romantyczna historia na linii Lublin-Liège powtórzy się i że ja będę jej bohaterką. Tyle że to wszystko prysło jak bańka mydlana w momencie, gdy on zaczął się tak zachowywać… naciskać… właściwie to naciskać, nie naciskając. Swoją drogą sprytne zagranie – dodała z pobłażaniem. – To pewnie jakaś konkretna technika psychologiczna, która na taką kretynkę jak ja niestety podziałała, chociaż w trakcie cały czas czułam, że coś tu nie gra. Nawet przez ułamek sekundy mignęło mi w głowie, że Jean-Pierre na pewno tak się nie zachowywał, kilka razy przypomnieli mi się też Radek i Patryk, ale nie miałam na tyle dużo silnej woli, żeby przerwać to i kazać się odwieźć do domu. Teraz cholernie tego żałuję, ale cóż… mleko się rozlało.
– Można to tak ująć – uśmiechnęła się z przekąsem Iza.
– A wracając do tego, co powiedziałaś a propos swojej akcji z tamtym chłopakiem, to niesamowite, ale ja czułam się tak samo – ciągnęła Marta. – W sensie tych dylematów, że nie chcę sprawić mu przykrości, ale też w sensie przyjemności, której przez te złe myśli z tyłu głowy prawie nie odczuwałam. To też mnie zaskoczyło, wcześniej byłam pewna, że gdyby puściły mi z Cédrikiem hamulce, to to byłby totalny kosmos, a tymczasem wcale tak nie było. Chyba miałam do niego ukryty żal, że przestał zachowywać się tak szarmancko jak wcześniej, że coraz bardziej przypominał mi Patryka… Albo po prostu nie byłam co do tego przekonana, tak jak powiedziałaś przed chwilą o sobie, nie czułam się gotowa. Sama nie wiem… w każdym razie to nie był żaden kosmos, tylko totalna porażka.
– No to słabo – przyznała Iza. – Myślałam, że przynajmniej przeżyłaś wieczór cudów.
– Wieczór cudów, pff! – prychnęła znów Marta. – Nawet sobie nie żartuj… Do pewnego momentu owszem, było super i gdybyśmy zatrzymali się w tym punkcie co wcześniej, na samych pocałunkach, to ja bym dalej tkwiła w tym zauroczeniu, wyjechałabym stąd ślepo zakochana i przez następne miesiące czekałabym jak na szpilkach na wiadomości od niego. Dalej marzyłabym o spotkaniu, o jego przyjeździe do Polski i powtórce historii Ani i Jean-Pierre’a. Oczywiście dzisiaj już wiem, że nic by z tego nie było, więc może jedyna korzyść jest taka, że oszczędzę sobie złudzeń.
– Tak – zgodziła się smutno Iza. – Złudzenia to straszna rzecz, trzeba z nimi walczyć, a na pewno pod żadnym pozorem ich nie pielęgnować.
– O ile wiesz, że są złudzeniami – zaznaczyła Marta. – Bo to się zwykle okazuje dopiero po czasie, z początku przecież zawsze myślisz, że to prawda. Więc może od tej strony dobrze się stało, że dostałam takiego kopa? Sama sobie zresztą na niego zapracowałam.
– Cédric od tamtej pory już się nie odzywał?
– Ani razu. Ale to mnie nie zdziwiło, spodziewałam się tego już po samym jego zachowaniu po fakcie.
– Jak się zachowywał?
– Beznadziejnie. Niby był miły, jak to on, ale nagle zaczęło mu się śpieszyć, żeby odwieźć mnie na chatę, wręcz mnie poganiał, żebym szybciej się zbierała. Czułam się okropnie. Pomijając to, że ja sama nie byłam przekonana co do tej akcji, to jeszcze on mi dołożył i potraktował mnie jak zbędny mebel. Powiedział, że muszę wracać, bo oboje mamy jutro ciężki dzień, zwłaszcza on ma kocioł w pracy i dlatego bardzo mnie przeprasza, ale jutro nie da rady wyrwać się z Grivegnée, więc musimy ostatecznie pożegnać się już dziś. Tak się śpieszył, że ledwo zdążyłam zebrać swoje rzeczy, a on już otwierał drzwi i stał w nich, dzwoniąc kluczykami od samochodu… Nie masz pojęcia, jakie to było upokarzające – głos załamał jej się i znowu się rozpłakała. – Poczułam się jak jakaś… pani lekkich obyczajów… albo coś takiego…
Iza przytuliła ją i powoli, cierpliwie gładziła ją po włosach, pozwalając płakać do woli. Choć raport Marty potwierdzał w stu procentach jej intuicje oraz słuszność rad, jakie dawała przyjaciółce już od czasów Radka, daleka była od triumfu czy nawet od ponurej satysfakcji. Z całego serca współczuła Marcie tego przykrego doświadczenia, a jednocześnie zazdrościła jej tego, co działo się teraz, w tym momencie – tego, że przytulona do niej, wypłakiwała swoje smutki, że wyrzucała z siebie ból i żal do samej siebie, oczyszczając w ten sposób duszę, a przez to nabierając sił na dalszą drogę. Ona sama nie miała tego luksusu. Cierpiąc niegdyś z powodu Michała, nie mówiła o tym nikomu, nie miała przyjaciółki, bo Agnieszka wówczas ją zdradziła, siostry nie chciała martwić, a z nikim innym nie była na tyle blisko, by móc mu się zwierzyć z takich rzeczy. Dopiero Majk… Z nim jednym mogła rozmawiać o tym otwarcie, gdyż on jeden w pełni ją rozumiał, sam przeżywając podobne rozterki duszy. Tyle razy wypłakiwała się na jego piersi, zrzucała z siebie balast cierpienia, uspokajała emocje zacumowana w bezpiecznej przystani jego ramion… Tak, lecz to już była przeszłość. Na mocy okrutnej ironii losu, który z lekarza duszy zamienił go w obiekt jej odrodzonych uczuć, a przez to w źródło jej bólu, nawet to zostało jej odebrane.
– Odwiózł mnie do domu i pocałował na pożegnanie – ciągnęła nieco już uspokojona Marta – ale czułam, że to był zupełnie inny pocałunek, taki jakby z obowiązku, dla zamknięcia sprawy. Już wtedy wiedziałam na sto procent, że źle zrobiłam, czułam się po prostu jak śmieć i gdybym mogła cofnąć czas o dwie godziny, to wszystko zrobiłabym zupełnie inaczej. Do tego bałam się powiedzieć o tym tobie, zwłaszcza w tamtym momencie nie chciałam, żebyś mnie o cokolwiek pytała, to mnie po prostu przerastało. Na szczęście było już późno, więc miałam nadzieję, że śpisz, ale z drugiej strony z tobą nigdy nic nie wiadomo, dlatego zanim weszłam do mieszkania, chyba z pół godziny przesiedziałam po ciemku na schodach na klatce, żeby chociaż trochę się uspokoić.
– Niepotrzebnie – zauważyła ze współczuciem Iza. – Ja już wtedy dawno spałam. Po tej dniówce w Centrum odjechałam natychmiast, jak tylko przyłożyłam głowę do poduszki.
– Wiem, fajnie ci, że tak umiesz – westchnęła Marta. – Ale tak to jest, jak się trzyma fason i nie pakuje w takie tarapaty jak ja… Podziwiam cię, Iza, wiesz? Nieraz dziwiłam się, że tak się dystansujesz od facetów, nawet czasem się z ciebie nabijałam, ale teraz widzę, ile masz w tym racji. Ty przynajmniej umiesz utrzymać serce na wodzy.
„Jasne” – pomyślała z pobłażaniem Iza. – „Jak cholera.”
– W każdym razie po tym pożegnaniu – słowo to Marta wymówiła z ironicznym przekąsem – byłam już pewna, że z tego nic dalej nie będzie, bo zwyczajnie dałam się zmanipulować i zaliczyć, a wczoraj jeszcze dobiła mnie Emma. Oczywiście zrobiła to nieświadomie, bo na szczęście nikt z Centrum nie ma pojęcia, na jakiej stopie byliśmy z Cédrikiem. Teraz już zresztą rozumiem, dlaczego tak nalegał, żeby na razie się nie ujawniać… nie chciał robić sobie syfu w środowisku, nie?
– Mhm. Możliwe.
– Nie możliwe, tylko pewne, ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Poza tym obawiał się, że ktoś mnie uświadomi, jaki z niego gagatek, więc przy ludziach udawał, że tylko razem pracujemy, Emma na przykład nie zauważyła nic a nic. Może też bał się, że to dotrze do Jean-Pierre’a i nie chciał mu podpaść, w każdym razie ma to swoje dobre strony o tyle, że o sprawie wiedzą tak naprawdę tylko trzy osoby, ja, Cédric i ty. Chociaż tyle szczęścia w tym nieszczęściu.
– To prawda. Jak to się mówi, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
– No. To już drugi plus w tym całym bagnie, a kto wie, może jest ich więcej? Ale ja i tak żałuję, że tak naiwnie dałam się wmanewrować – westchnęła. – Emma opowiadała mi o stylu Cédrica w żartach, wręcz cieszyła się, że nie udało mu się na mnie zapolować, bo z początku, kiedy zaczęliśmy jeździć na tym motocyklu, podejrzewała, że będzie próbował. I w sumie, gdyby nie ta moja skucha ostatniego wieczoru, wyszłabym z tego obronną ręką, oczywiście wkurzyłabym się, słysząc od Emmy te rewelacje, ale przynajmniej miałabym satysfakcję, że nie dałam się złapać w sidła Casanovy. Nawet gdybym dalej się łudziła, że ze mną będzie inaczej niż z innymi, że we mnie naprawdę się zakochał, to i tak byłabym o krok do przodu. Ale niestety… i żeby to był pierwszy raz! Przecież ja ten sam błąd popełniam już po raz trzeci! I to w dodatku z pełną świadomością, bo przecież tyle razy mnie ostrzegałaś… ech! Nigdy sobie tego nie daruję.
– Darujesz sobie – zapewniła ją spokojnie Iza. – Ten trzeci błąd widocznie też był do czegoś potrzebny, zwłaszcza że był trochę inny niż dwa wcześniejsze. Przynajmniej na przyszłość wyciągniesz wnioski i czwarty raz nie dasz się omotać.
– O nie, czwartego razu nie będzie – oznajmiła stanowczo Marta. – Koniec z tym, inaczej serio nie będę w stanie spojrzeć sobie w twarz w lustrze. To też mnie strasznie dołuje, ta świadomość bycia zabawką dla kolejnych facetów… bo nie oszukujmy się, że tak właśnie jest. I powiedz mi, dlaczego? Przecież ja nie jestem typem skoczka z kwiatka na kwiatek, za każdym razem angażuję się naprawdę, chciałabym związać się z kimś normalnym, kto by mnie naprawdę pokochał… z jakimś poważnym facetem, który nie robiłby sobie ze mnie jaj, nie traktował jak punkt do odhaczenia i tymczasową przygodę, która szybko się nudzi. A zawsze trafiam na takich dupków… dlaczego?
– Dlatego że właśnie tacy ci się podobają – wyjaśniła jej łagodnie Iza. – Zauważ, że oni wszyscy trzej reprezentują ten sam typ luźnego, przebojowego przystojniaka, który nie lubi tracić czasu, tylko szybko zmierza do jednego celu. Może każdy z nich stosował trochę inne sposoby, ale i tak mają ze sobą więcej podobieństw niż różnic.
– No wiem – westchnęła Marta. – Masz rację, podobają mi się właśnie tacy. I może czas już z tego wyrosnąć? Tylko jak rozpoznać, że ktoś jest taki a nie inny? Cédric do czasu świetnie się kamuflował, byłam przekonana, że jest zupełnie inny niż Patryk… a on po prostu zastosował tylko taką taktykę uśpienia mojej czujności. Urabiał mnie cierpliwie, a prawdziwą twarz ujawnił w ostatniej chwili, kiedy wiedział, że musi już grać va banque. Co prawda wyczułam to, ale i tak nie umiałam się zatrzymać, chyba do końca łudziłam się, że jednak jest inaczej. Więc jak następnym razem mam rozpoznać, z kim mam do czynienia?
– W bardzo prosty sposób, Martuś. Mówiłam ci to już ze sto razy. Musisz dać sobie czas, bo tylko czas jest w stanie pokazać, jakie ktoś ma zamiary. A właściwie to czas i tak zwane sytuacje trudne – doprecyzowała. – Mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, i moim zdaniem, to samo dotyczy też związków.
– No tak… masz rację – zgodziła się Marta. – Znowu nawaliłam z tym czasem. Gdybym wytrzymała do końca i nie dała Cédricowi satysfakcji z dokończenia dzieła, dzisiaj to ja miałabym tę satysfakcję. Wiadomo, że byłaby to smutna satysfakcja, ale przynajmniej miałabym poczucie, że zachowałam godność. A po tej przygodzie czuję się jak szmata.
– Przestań, Martuś, nie mów tak – zdyscyplinowała ją Iza. – Szmatą to jest Cédric, zakładając oczywiście, że to, co powiedziała ci Emma, to prawda, a chyba nie ma powodu w to wątpić. Trudno, wyszło, jak wyszło, popełniłaś nieprzyjemny błąd, ale nie ma sensu, żebyś się za niego aż tak obwiniała, nikt przecież nie jest nieomylny. Po prostu wyciągnij z tego wnioski i nauczkę na przyszłość, ale nie katuj się tym, bo nie warto. Żaden Cédric nie zasługuje na to, żebyś przez niego cierpiała, a tu na szczęście nie minęło na tyle dużo czasu, żebyś zdążyła zaangażować się w to na poważnie. Tak jak sama powiedziałaś, to było tylko mocne zauroczenie, które chyba zresztą już powoli ci przechodzi, hmm?
– Powoli przechodzi? Już całkiem mi przeszło! – prychnęła Marta. – Otrzeźwiałam tego samego wieczoru, kiedy tylko gnojek odkrył karty, nawet już w trakcie ich odkrywania, a cierpię głównie przez to, że zrobiłam z siebie taką beznadziejną idiotkę. Serio, nie rozumiem, jak mogłam nabrać się na taki standardowy bajer… Jak sobie przypomnę te jego ściemy, to, co mi opowiadał o wspólnym wyjeździe do Australii na oglądanie kangurów… wrr! Zatłukłabym go dzisiaj za to, a jeszcze chętniej zatłukłabym samą siebie. Ale trudno, trzeba uczyć się na własnych błędach – podsumowała twardo. – Szkoda, że musiało być ich aż tyle, zanim się czegoś nauczyłam, ale przysięgam, że ta nauka nie poszła w las i następnym razem już nie dam się tak łatwo podejść.
– Wierzę w to, Martusiu – zapewniła ją ciepło Iza. – Mówi się, że do trzech razy sztuka i widocznie ty potrzebowałaś wszystkich trzech, żeby wyciągnąć wnioski. Mam tylko nadzieję, że ten trzeci raz nie będzie cię kosztował tyle łez co dwa poprzednie.
– Nie, na pewno nie. Ja teraz jestem przede wszystkim wściekła, rozczarowana też, ale głównie wściekła i to bardziej na samą siebie niż na Cédrica, bo to, że się na nim w porę nie poznałam, to była tylko i wyłącznie moja wina. Boli mnie to, wiadomo, ale płakać za nim jak za Patrykiem na pewno nie będę – zaznaczyła stanowczo. – Co to, to nie, niedoczekanie. Tak jak powiedziałaś, on nie jest wart tego, żeby przez niego cierpieć. Patryk też nie był, ale to była jednak inna sytuacja, on nie spławił mnie tak bezczelnie po pierwszym razie, dopiero po trzech miesiącach… chociaż z drugiej strony to jaka to różnica? – wzruszyła ramionami. – Teraz widzę już wyraźnie, że jeden wart drugiego, to chyba wpływ tego mojego potrójnego doświadczenia… Ale serio, na tym koniec, Iza. Mam sprawdzoną teorię w postaci twoich mądrych rad, a do tego zaliczone praktyki, w które sama się bezmyślnie wpakowałam, więc nie ma opcji, żeby w przyszłości to nie zaprocentowało większą dawką rozumu i ostrożności. I to mnie trochę pociesza… to i twoja wyrozumiała reakcja – podkreśliła, przytulając policzek do jej ramienia. – Bardzo ci dziękuję. Jesteś aniołem.
– Nie przesadzaj – uśmiechnęła się w ciemnościach Iza, mimo woli wspominając podobne słowa w ustach Majka i Pabla. – Do anioła mi daleko, po prostu posłuchałam, co masz do powiedzenia, i cieszę się, że to chociaż trochę ci pomogło.
– Pomogło bardzo – zapewniła ją Marta. – Serio, już mi dużo lepiej, prawie jak ręką odjął. I ten lek chyba zaczął działać, bo już mnie nawet nogi nie bolą… Dobra, nie męczę cię już, wracam do siebie – zadecydowała nagle stanowczo i uścisnąwszy ją jeszcze raz, wygramoliła się z jej łóżka i przeniosła się na swoje. – Uff… ale ulga! Mam ci jeszcze kilka rzeczy do powiedzenia, ale to już drobiazgi, nie będę teraz zawracać ci głowy, musimy przecież chociaż trochę pospać. Pogadamy jutro na mieście albo na lotnisku.
– Mhm, jutro będziemy mieć cały czas tylko dla siebie – przyznała Iza, z przyjemnością układając się wygodniej i otulając kołdrą. – Masz rację, Martusiu, śpijmy już… Ty patrz, faktycznie, mnie też już nogi nie bolą – dodała nieco zdziwiona. – Nawet nie zauważyłam, kiedy przestały. Ale dobra, zamykam się już. Dobranoc.
***
Kiedy uspokojona nocną rozmową Marta, na którą w dodatku skutecznie podziałał lek przeciwbólowy, znieruchomiała na swoim łóżku, a idealną ciszę hotelowego pokoju zakłócał jedynie cichutki szmer jej równego oddechu, Iza ostrożnie sięgnęła po odłożony na nocną szafkę telefon, by sprawdzić, czy w międzyczasie niezauważenie nie przyszedł jakiś sms. Ponieważ pulpit powiadomień był czysty, wygasiła ekran, odłożyła aparat i otuliwszy się dokładnie kołdrą, przymknęła oczy, również starając się zasnąć. Jednak, mimo że i na nią tabletka przeciwbólowa zadziałała kojąco, sen uparcie nie przychodził przez długie minuty, które powoli acz nieubłaganie zamieniały się w kwadranse.
Mimo że z początku siłą rozpędu skupiała się jeszcze trochę na Marcie i Cédricu, a następnie na kilka minut wróciła do niej omawiana wcześniej z Amelią sprawa Michała, Aliny i Weroniki, wkrótce jej myśli znów pobiegły w stronę tego, co dręczyło ją najbardziej – do jej problemów osobistych. W jej głowie nieustannie, jak z nagranej płyty, odtwarzały się fragmenty rozmowy z Arthurem i Frédérikiem, w tym szczególnie jeden.
Niech to będzie dla pani wyzwanie. Przekonać do siebie swojego nowego szefa.
Nowego szefa! To zabrzmiało jak świętokradztwo! Szef był przecież tylko jeden… tego słowa nie używała nigdy wcześniej ani później a propos nikogo innego i wiedziała, że już na zawsze będzie jej się kojarzyć tylko i wyłącznie z Majkiem. Arthur, sam o tym nie wiedząc, trafił sztyletem prosto w jej serce, tym bardziej że tej opcji – opcji zmiany szefa – niestety nie mogła wykluczyć.
„Jak to ohydnie brzmi” – myślała z bólem. – „Zmienić szefa… jak zmienić rękawiczki! Niby w tym świecie to zupełnie normalne, ale w księżycowym świecie to potworna zbrodnia, której, jeśli do niej dojdzie, być może nigdy sobie nie wybaczę. Więc co zrobić? Zostać? Zostać i jakoś wytrzymać… Ale co, jeśli jednak nie wytrzymam?”
Znane jej dobrze z czasów Michała poczucie tkwienia w pułapce bez wyjścia dręczyło ją tym mocniej, im bardziej zbliżał się czas powrotu do Polski, a tym samym kurczył się czas na decyzję. Z każdą godziną miała go coraz mniej, a salomonowego rozwiązania dla tego pata nie było. Każda opcja niosła ze sobą poważne, wręcz fundamentalne konsekwencje, których wpływu na jej dalsze życie, co gorsza, dziś nie była w stanie do końca przewidzieć. Wszak jeśli odrzuci życiową szansę stażu w warszawskich kręgach biznesowo-dyplomatycznych, a potem okaże się, że jednak nie da rady wytrzymać w Anabelli, codziennie patrząc z boku na rodzinne szczęście Majka, wiadomo, że drugiej propozycji tego kalibru już nie dostanie. Jeśli ksiądz Tomasz się nie mylił – a nie mylił się raczej na pewno! – i jedynym jej długofalowym ratunkiem była ucieczka, to prędzej czy później i tak do niej dojdzie, lecz na o wiele gorszych warunkach. Odrzucając propozycję Arthura, która otwierała przed nią świetlane horyzonty błyskotliwej kariery zawodowej, raz na zawsze spali ten obiecujący most i być może do końca życia będzie żałowała tej decyzji, opartej jedynie na emocjach, a nie na rozumie.
„Gdybym mogła mieć nadzieję, nie złudzenia, spaliłabym ten most bez wahania, wręcz z przyjemnością” – pomyślała gorzko, wizualizując sobie przed oczami skąpaną w nastrojowym półmroku salę Anabelli. – „Dla mnie, promyczku, nie ma piękniejszego marzenia, niż móc zostać u ciebie w firmie, stanąć u twojego boku, zakasać rękawy i zachrzaniać codziennie dla wspólnego dobra i rozwoju. Razem kontynuować to piękne dzieło, które zacząłeś jedenaście lat temu i które powoli zamienia się w imperium. Tak bym chciała w tym uczestniczyć, pomagać ci we wszystkim, razem nie dosypiać nocy… to byłaby dla mnie prawdziwa pełnia życia! Ale niestety to marzenie jest typowym złudzeniem” – westchnęła cicho. – „I to takim z najgorszego gatunku, z tych najbardziej niebezpiecznych i nokautujących. Sama przed chwilą powiedziałam Martusi, że złudzeń pod żadnym pozorem nie wolno pielęgnować, tylko trzeba z nimi walczyć, więc muszę stosować się do tej zasady, a nie wprowadzać podwójne standardy.”
Równy oddech głęboko śpiącej Marty znów aktywował w jej sercu ową mimowolną zazdrość, która nawiedziła ją podczas rozmowy o Cédricu. Fakt, że Marta od początku nie kryła się przed nią z tą sprawą, lecz, przeciwnie, zwierzała jej się na bieżąco jako swojej zaufanej powierniczce żartobliwie zwanej ciotką-przyzwoitką, dawał jej komfort zrzucenia z siebie w trudnej chwili psychicznego balastu, ubrania ciężkich myśli w słowa i poczucia, że nie jest z tym sama. Ona, Iza, nie miała takiej możliwości, ponieważ nie miała nikogo, przed kim mogłaby odkryć swoją tajemnicę, nie wyrządzając tym żadnych szkód.
Bo i któż to mógłby być? Lodzia? Z wiadomych względów była wykluczona. Amelia? Iza nie chciała martwić siostry wieścią o swym beznadziejnym, niespełnionym uczuciu, zdecydowanie wolała, by ta sądziła, iż jej serce jest wolne i wciąż leczy się po ranach zadanych przez Michała Krzemińskiego. Agnieszka? Jako nieznająca Majka mieszkanka Korytkowa w teorii była dobrą kandydatką na powiernicę sercowej tajemnicy, jednak Iza odczuwała tu podświadomą blokadę. Mimo pojednania bolesny konflikt z przeszłości pozostawił na ich dawnej, czystej przyjaźni niewidzialną rysę, która sprawiała, że nie umiałaby się otworzyć przed Agnieszką w tak delikatnej sprawie. Może kiedyś, jak już od tamtych traumatycznych zdarzeń upłynie więcej przysłowiowej wody… ale jeszcze nie teraz. Marta? Ona też niestety odpadała. Pomimo swych ciężkich doświadczeń sercowych niestety wciąż nie rozumiała logiki genetycznie wiernego serca i księżycowej duszy, dlatego nie wydawała się Izie odpowiednią adresatką tak intymnych zwierzeń. Zwłaszcza że, nawet gdyby Iza nie podała jej imienia mężczyzny, o którym mowa, Marta na tyle znała jej życiową sytuację i krąg znajomych, że drogą eliminacji mogłaby się go domyślić. A wtedy zaczęłyby się niewygodne pytania, sugestie… może nawet próby dyskredytacji w jej oczach Majka, który w oczach Marty był z założenia „za stary”… jednym słowem wszystko to, na co lepiej się nie narażać. Zresztą po co, skoro straty i tak przewyższą korzyści?
A zatem, paradoksalnie, choć Iza nie raz i nie dwa służyła innym za powiernicę trudnych spraw, najwyraźniej będąc skazaną na los dobrej wróżki, sama nie mogła skorzystać z analogicznej usługi i z lekarza choć na chwilę zamienić się w pacjenta.
„Jak ten przysłowiowy szewc, co bez butów chodzi” – pomyślała z politowaniem. – „Nie ma to jak mądrość ludowa.”
Ta refleksja po raz kolejny doprowadziła ją do wniosku, że w tym przełomowym momencie jej życia na świecie była tylko jedna osoba, której mogła się zwierzyć otwarcie, nie obawiając się wydania tajemnicy – ksiądz Tomasz. Tylko jemu ufała wystarczająco mocno, by bez obaw otworzyć przed nim duszę, co zresztą raz już przecież zrobiła. Pokłosie tamtej krótkiej rozmowy przy spowiedzi nadal w niej pracowało i przynosiło namacalne skutki, z których najważniejszym było pozostawienie otwartej furtki na opcję stażu w Warszawie, jednak fakt, że wówczas nie zdążyli z księdzem omówić sytuacji szerzej i z większą ilością kluczowych szczegółów, pozostawił w niej rosnące poczucie niedosytu.
„Jak tylko wrócę do Lublina, wyślę mu smsa” – postanowiła, czując, że wreszcie zaczyna ogarniać ją delikatna mgiełka przedsennego odrętwienia. – „Najlepiej od razu w sobotę rano, w pierwszym możliwym terminie, żeby umówić się jak najszybciej. Właściwie chyba nie ma nic pilniejszego niż rozmowa z nim… tak bardzo potrzebuję jego obiektywnego osądu i duchowej rady!”
***
Choć w czasie zaplanowanego zwiedzania ścisłego centrum Brukseli zarówno Iza, jak i Marta były w nienajlepszych humorach, a Iza dodatkowo odczuwała skutki niewyspania, spacer po urokliwych uliczkach w okolicach Grand-Place nie mógł nie sprawić im estetycznej przyjemności, zwłaszcza że pogoda tego piątkowego przedpołudnia była wymarzona. W zachodniej Europie wiosna zagościła już na dobre, wręcz początek kwietnia był tak ciepły i słoneczny, że bardziej przypominał nie wiosnę, a wczesne lato.
– Ciekawe, czy w Polsce też jest tak ciepło – zastanowiła się Marta, przewieszając przez przedramię lekką bluzę, którą założyła rano, lecz którą z powodu wysokiej temperatury musiała teraz zdjąć i zostać w samej bluzce z krótkim rękawem. – Tata pisał tylko, że nie pada, ale prognoza jest taka, że wieczorem może pokropić, więc żebyśmy miały przy sobie coś z kapturem.
– Kaptur jak kaptur, ale długi rękaw lepiej mieć na pewno – stwierdziła Iza. – Zwłaszcza że przecież wylądujemy tam już w nocy, a o tej porze roku ciepłych wieczorów raczej trudno się spodziewać. Ty, zobacz! – zatrzymała się przed jedną z wystaw sklepowych. – Jaki wypasiony sklepik z czekoladą! Ja co prawda nakupiłam tego mnóstwo już w Liège, ale takich jak te jeszcze nie widziałam, więc może dobrałabym kilka najciekawszych? Jeszcze mi się zmieszczą w podręcznym.
– O, to ja też – zgodziła się natychmiast Marta. – No to już! Wbijamy!
Zakupy w sklepiku z rzemieślniczą belgijską czekoladą, po których udały się na dalsze zwiedzanie miasta, sprawiły, że ich podręczne plecaki nabrały dodatkowego ciężaru, a ponieważ hotel opuściły dość wcześnie rano, uznały, że czas już zatrzymać się gdzieś na obiad. Jednak nim zdecydowały się na wybór knajpki, Iza poprosiła Martę o zrobienie jej kilku zdjęć na tle starych, stylowych kamieniczek, po czym jedno z nich, zgodnie z obietnicą, wysłała do Majka, zaś całą ich serię również do Lodzi, Agnieszki i Amelii, do wszystkich z tym samym komentarzem.
Bruksela, Grand-Place. Pozdrowienia i do rychłego zobaczenia w Polsce! Iza.
Bardzo szybko zaczęły przychodzić odpowiedzi, w których trzy ostatnie adresatki wyrażały zarówno swój zachwyt nad pięknymi kadrami z Brukseli, jak i radość z jej zbliżającego się powrotu. Milczał tylko Majk, jednak, biorąc pod uwagę jego standardowe zabieganie, nie było w tym nic dziwnego, Iza schowała zatem telefon i wkrótce obie z Martą zasiadły na półotwartym tarasie restauracji mieszczącej się na pierwszym piętrze przepięknej kamienicy dawnego cechu kupieckiego.
– Jak się siądzie w takim mega miejscu, to od razu humor się poprawia – zauważyła z satysfakcją Marta, sięgając po kartę z menu. – Chociaż z drugiej strony, jak pomyślę sobie, że po powrocie trzeba będzie brać się za nadrabianie zajęć i kończenie pracy, to brr… aż mnie skręca. Ale tak ogólnie… ej, zobacz, jakie tu są ceny, jak z kosmosu! – dodała, wskazując palcem. – To chyba knajpa dla arystokracji.
– No i co? – wzruszyła ramionami Iza. – Raz się żyje, zjemy sobie dzisiaj jak arystokracja, a co! Ja stawiam.
– Absolutnie, mowy nie ma, płacę za siebie – zaprotestowała Marta. – Dostałyśmy na konto taki solidny dodatek za wystawę i delegację, że faktycznie możemy zjeść ostatni obiad na bogato. W dodatku w takim genialnym wnętrzu.
W tym momencie w kieszeni Izy zawibrował telefon, wyjęła go więc szybko i rzuciła okiem na ekran. Dzwonił Majk. Przeprosiła zatem Martę, zapowiadając, że za chwilę wróci, i pośpiesznie wyszła na korytarz kamienicy, gdzie było relatywnie pusto i cicho. Telefon w międzyczasie przestał już dzwonić, dlatego sama wybrała numer Majka i nawiązała połączenie zwrotne.
– Hej, elfiku – jego głos wydawał się zafrasowany. – Dzięki, że oddzwaniasz. I przede wszystkim dzięki za zdjęcie, kolejna perełka do kolekcji, tym razem pod tytułem Elfik w Brukseli. Wiem, że jesteś w terenie i pewnie nie masz czasu, ale muszę chwilę z tobą porozmawiać, nie mam teraz łba do pisania smsów.
– Coś się stało? – zaniepokoiła się.
– Niestety. Za moment ruszam do Rzeszowa, muszę kopsnąć się w trybie pilnym do rodziców. Babcia znowu w ciężkim stanie wylądowała w szpitalu.
– O kurczę – zmartwiła się Iza. – To samo co wtedy?
– Nie, tym razem chyba coś innego, bodaj śledziona. Nie znam szczegółów, dowiem się, jak tam dojadę, ojciec każe mi się stawić natychmiast. Babcia bardzo prosi, żebym do niej przyjechał, koniecznie chce mnie zobaczyć, a to, jak wiadomo, nie wróży dobrze – podsumował ponuro. – Mam złe przeczucia i co tu dużo gadać, boję się o nią jak cholera.
– A niech to – pokręciła z niepokojem głową Iza. – Obyś się mylił…
– Obym. W każdym razie muszę tam jechać i nie wiem, kiedy wrócę, najwcześniej jutro wieczorem albo nawet w nocy, ale niewykluczone, że będę musiał zostać tam do końca weekendu. A ponieważ ty jutro, zgodnie z grafikiem, masz już być w pracy, uznałem, że musisz o tym wiedzieć.
– Tak jest, Michasiu – odparła pośpiesznie. – Jutro będę na miejscu i wszystkiego dopilnuję, o to bądź spokojny. To oczywiste, że musisz tam jechać, oby tylko wszystko dobrze się skończyło… Twoja babcia to silna kobieta, mam nadzieję, że i tym razem wyjdzie z tego obronną ręką.
– Ja też mam taką nadzieję – westchnął Majk. – Jadę jej powiedzieć, że nie może mi tego zrobić, nie zgadzam się, żeby dała mi drapaka z tego świata akurat teraz. Umówiliśmy się, że poczeka, aż stary frajer jej wnuk się ogarnie, obiecała mi to, dobiliśmy targu, więc teraz nie może zrobić mi dywersji. A z drugiej strony, patrząc na niezmierzone pokłady pecha, jaki mnie ostatnio prześladuje, spodziewam się niestety i tego złego scenariusza… Proszę, elfiku, wyślij mi chociaż trochę twojej magicznej energii – dodał ciszej, a głos zadrżał mu i lekko się załamał. – Będę jej dzisiaj bardzo potrzebował. I zawiozę ją do babci.
Iza poczuła, jak ze wzruszenia ściska jej się gardło i serce, na kilka sekund całkowicie blokując mowę.
– Ile tylko trzeba… ile tylko mogę – wydukała z trudem. – Tylko co to pomoże, Michasiu?
– Jeśli coś ma babci pomóc, to najbardziej to – odparł z przekonaniem. – Lekarze oczywiście też niech robią swoje, ale ja babcię znam, ona na tym etapie potrzebuje zupełnie innej motywacji i właśnie jadę jej ją zawieźć. Zakaz zwijania żagli ode mnie i trochę elfikowej energii na wzmocnienie od ciebie… mogę jej to powiedzieć?
– Oczywiście – uśmiechnęła się leciutko. – Pozdrów ją serdecznie ode mnie i powiedz, że ja też zabraniam jej zwijać żagle. Wobec mnie również ma zobowiązania, obiecała mi, że jak wyzdrowieje, wróci do Lublina i że pójdziemy razem na ciastko z herbatą. Przypomnij jej to, dobrze?
– Jasne – ucieszył się Majk. – To kolejny znakomity argument, dziękuję ci, Izula. Zaszantażuję ją dzisiaj tak, że będzie miała innego wyjścia, niż pozbierać się do kupy i pozytywnie zareagować na leczenie. Obym tylko zdążył.
– Właśnie! – podchwyciła żywo. – Nie trać czasu, tylko jedź do niej, to teraz najważniejsze. Ja też będę bardzo mocno trzymać za nią kciuki, a jutro stawię się w pracy i wszystkim się zajmę. O to się nie martw, szefie.
– Dzięki, skarbie – odparł ciepło. – Nie martwię się, w firmie wszystko jest nagrane, boli mnie tylko, że kiedy wrócisz, mnie znowu nie będzie. Jak widać, na brak pecha ostatnio nie mogę narzekać, jak nie grypa, to akurat teraz takie coś… no, ale cóż, siła wyższa, nie będę z tym dyskutował, po prostu jadę robić swoje. Natomiast ty nie szalej tam jutro z robotą, najpierw odpocznij sobie porządnie po podróży – zaznaczył. – Dopilnuj tylko bieżących zadań, a papierami na biurku w gabinecie w ogóle się nie przejmuj. Umówiłem się z Natalią, że w poniedziałek wszystko poogarnia, to zresztą nic pilnego.
– Dobrze – szepnęła ze ściśniętym sercem Iza.
– No to lecę w trasę i nie przeszkadzam ci już – podjął konkludująco. – Wyślij mi jakiegoś smsa, jak dolecisz do Warszawy, okej? Ja dam ci znać co z babcią, a jutro w trakcie dnia mam nadzieję, że będę już orientacyjnie wiedział, kiedy wracam.
– Okej. Powodzenia, Michasiu.
– Trzymaj się, elfiku, jesteśmy w kontakcie. Pa!
Połączenie zakończyło się, Iza powoli schowała telefon do kieszeni i zawróciła w stronę restauracji, do czekającej na nią przy stoliku Marty.
„Natalia w poniedziałek wszystko poogarnia” – pomyślała po drodze. – „Chcesz przez to powiedzieć, że nie jestem już potrzebna przy papierach? Ech, nieważne… przestań Iza, znowu jesteś wredna i niesprawiedliwa. Oby tylko pani Irenka wróciła do zdrowia, to jest teraz najważniejsze!”