Anabella – Rozdział CCLVI
– Isabelle, mamy jeszcze foldery z programem festiwalu filmowego? – zapytała Romane w ferworze obsługi kłębiących się w sklepiku z pamiątkami klientów. – Czy poszła już ostatnia paczka?
– Isabelle, mamy jeszcze foldery z programem festiwalu filmowego? – zapytała Romane w ferworze obsługi kłębiących się w sklepiku z pamiątkami klientów. – Czy poszła już ostatnia paczka?
– No więc dzwoniłam w tej sprawie do Justysi – oznajmiła Ania, dolewając sobie odrobinę soku pomarańczowego do szklanki. – Nie patyczkowałam się, tylko wprost zapytałam ją o Majka, powiedziałam, że o wszystkim wiem i że ma natychmiast zdać mi raport z frontu.
„Nie dam rady, zwariuję!” – myślała Iza, drepcząc w kółko między kuchnią a pokojem i nie mogąc znaleźć sobie miejsca. – „Muszę gdzieś wyjść, przespacerować się… wyciszyć te cholerne myśli! Nie ma opcji, żebym w ogóle otwierała komputer, i tak nic nie napiszę.”
– Zobaczcie, może być taki design? – zapytał Cédric, odwracając ku Izie i Marcie ekran swojego laptopa. – Czy wolicie, żeby tło było ciemniejsze?
– Merci, Jean-Pierre! – rzuciła ciepło Iza, wysiadając z samochodu, którym ów podwiózł ją pod same drzwi kamienicy. – Et au revoir!
– Nie, one teraz nie mogą – zaprotestowała Chloé, zwracając się do Cédrica, który przed południem zameldował się w Centrum Kultury i odszukał Izę i Martę, oznajmiając, że ma teraz pasmo na to, by popracować nad polską częścią wystawy. – Za dziesięć minut mają trzygodzinny dyżur w sklepie z pamiątkami, Romane dzisiaj nie ma, Emma nie może zostać sama z całą obsługą, a ja w tym momencie nie mam nikogo innego na zastępstwo. – No, ale ja celowo przełożyłem sprawy…
Skąpane w czarodziejskim wieczornym zmierzchu ulice Liège, na których powoli zaczynały zapalać się latarnie, wiodły przed siebie urokliwymi zaułkami, za każdym rogiem odkrywając przed przechodniami kolejne niespodzianki.
– Mamy już potwierdzone informacje z najważniejszych polskich miast i regionów, które współpracują z Walonią – zameldowała Iza, odkładając telefon i zwracając się do Chloé. – Właśnie rozmawiałam z Katowicami, mają przesłać nam na maila sekretariatu szczegóły i zdjęcia do wyboru. Na jutro możemy to zebrać i przedstawić wstępny raport.
Budynek Centrum Kultury położony w jednej z ulic niedaleko Placu św. Lamberta był o tyle łatwy do znalezienia, że powiewały przed nim trzy wielkie flagi – belgijska, walońska oraz flaga Unii Europejskiej. Iza i Marta, które zgłosiły się tam zaraz po otwarciu, zostały życzliwie przyjęte na staż przez kierowniczkę placówki o imieniu Chloé, która, jak się okazało, doskonale znała Jean-Pierre’a i Anię Magnon z rozmaitych lokalnych wydarzeń kulturalnych związanych z tańcem.
Przygotować się do lądowania! – zabrzmiał komunikat pilota wygłoszony najpierw po francusku, a potem po angielsku. Na ten znak w kabinie samolotu wszczęło się lekkie zamieszanie, pasażerowie poprawiali się na swoich miejscach i sprawdzali zapięcie pasów. Iza i Marta, które od ponad godziny siedziały obok siebie w milczeniu, każda zatopiona w swoich myślach, ocknęły się teraz i spojrzały po sobie z lekkim uśmiechem.