Anabella – Rozdział CCL
Skąpane w czarodziejskim wieczornym zmierzchu ulice Liège, na których powoli zaczynały zapalać się latarnie, wiodły przed siebie urokliwymi zaułkami, za każdym rogiem odkrywając przed przechodniami kolejne niespodzianki.
Skąpane w czarodziejskim wieczornym zmierzchu ulice Liège, na których powoli zaczynały zapalać się latarnie, wiodły przed siebie urokliwymi zaułkami, za każdym rogiem odkrywając przed przechodniami kolejne niespodzianki.
– Mamy już potwierdzone informacje z najważniejszych polskich miast i regionów, które współpracują z Walonią – zameldowała Iza, odkładając telefon i zwracając się do Chloé. – Właśnie rozmawiałam z Katowicami, mają przesłać nam na maila sekretariatu szczegóły i zdjęcia do wyboru. Na jutro możemy to zebrać i przedstawić wstępny raport.
Budynek Centrum Kultury położony w jednej z ulic niedaleko Placu św. Lamberta był o tyle łatwy do znalezienia, że powiewały przed nim trzy wielkie flagi – belgijska, walońska oraz flaga Unii Europejskiej. Iza i Marta, które zgłosiły się tam zaraz po otwarciu, zostały życzliwie przyjęte na staż przez kierowniczkę placówki o imieniu Chloé, która, jak się okazało, doskonale znała Jean-Pierre’a i Anię Magnon z rozmaitych lokalnych wydarzeń kulturalnych związanych z tańcem.
Przygotować się do lądowania! – zabrzmiał komunikat pilota wygłoszony najpierw po francusku, a potem po angielsku. Na ten znak w kabinie samolotu wszczęło się lekkie zamieszanie, pasażerowie poprawiali się na swoich miejscach i sprawdzali zapięcie pasów. Iza i Marta, które od ponad godziny siedziały obok siebie w milczeniu, każda zatopiona w swoich myślach, ocknęły się teraz i spojrzały po sobie z lekkim uśmiechem.
„To wcale nie jest zabawne, pani Ziuto” – myślała z ponurym wyrzutem Iza, zakładając spodnie i dopijając stojącą na brzegu stołu drugą już dziś kawę. – „Przecież w tym momencie całą odpowiedzialność za sprawę dinozaura zrzuca pani na mnie.
– No dobra, to też trzeba spakować od razu, żeby nie zapomnieć – podsumowała Marta, kiedy obie z Izą wyszły z uczelnianego Działu Współpracy z Zagranicą z plikami papierów w rękach. – Chociaż i tak tragedii by nie było, ubezpieczenie mamy chyba zapisane w systemie, nie?
Dziś przypomnę powieść, której nie wypada nie znać, bo choć krytycy byli sceptyczni i zaliczyli ją do kategorii „powieści dla kucharek”, czyli dzieł niezbyt ambitnych, za to mocno grających na emocjach, nie sposób zaprzeczyć, że od wielu dziesiątek lat zaczytują się w niej tłumy kobiet. Mowa oczywiście o Trędowatej, czyli słynnym melodramacie Heleny Mniszkówny, którego lektura wywoływała (i chyba dalej wywołuje) wypieki na policzkach czytelniczek i który na przestrzeni kilkudziesięciu lat doczekał się nawet niejednej ekranizacji.
– Możesz sobie żartować, Oleńko – podjęła Wiktoria, kiedy uczestniczki zlotu czarownic wróciły z kuchni do salonu z dymiącą kawą i herbatą – ale w przypadku Kacpra musisz przyznać, że klątwa Anabelli zadziałała modelowo.
– Szkoda, że dzisiaj bezalkoholowo – westchnęła z żalem Klaudia, nalewając sobie do szklanki soku porzeczkowego. – Jednak lepiej się gada na wspomagaczu… no, ale dobra, jakoś to przeżyję, najważniejsze, że udało nam się spotkać.
– Rozumiem cię doskonale, elfiku – pokiwał głową Majk, kiedy po obiedzie i wstawieniu naczyń do zmywarki znów zasiedli na wersalce w salonie Izy, by kontynuować rozmowę.