Anabella – Rozdział CCLX

Anabella – Rozdział CCLX

Kropelki wody nadal spływały po szybie, teraz już jednak dużo wolniej, deszcz bowiem stopniowo tracił na sile. Słotna szaruga zlewała się z zapadającym powoli zmierzchem, a miasto zaczynało rozświetlać się coraz liczniejszymi światełkami, skrząc się w kroplach deszczu tuż przed oczami stojącej wciąż przy oknie Izy. Ta nie płakała już, zresztą tę jedną epizodyczną łzę, która wypłynęła w sumie bez powodu, trudno nazwać płaczem… Po prostu stała i próbowała nie myśleć o niczym, patrząc na skąpane w deszczu miasto w biernym oczekiwaniu na powrót Marty.

Dzwonek telefonu, który zostawiła na blacie stołu, wyrwał ją z zamyślenia. Podeszła i podniosła aparat, a na widok wyświetlonego na ekranie imienia, pomimo ciężkich myśli sprzed kilku chwil, jej twarz natychmiast rozjaśnił promienny uśmiech. Jak on to robił, że dzwonił zawsze wtedy, kiedy było jej ciężko na duszy i kiedy tak bardzo potrzebowała usłyszeć jego głos? Znów nieświadomie nadciągał jej z pomocą, za chwilę go usłyszy – nic innego nie miało znaczenia!

– Hej, elfiku – rozbrzmiał ów głos, emanujący ciepłem i radością. – Jak tam, wolne pasmo nadal aktualne? Czy zgodnie z umową odeślesz mnie na wieczór?

– Aktualne, oczywiście że aktualne! – zapewniła go wesoło. – Gdyby były komplikacje, dałabym znać, wręcz dobrze, że dzwonisz teraz, bo mam więcej spokoju, niż pewnie będę mieć wieczorem, kiedy wróci Marta.

– Poszła sama szlajać się po mieście?

– Lepiej! Poszła romansować z Cédrikiem, a on z góry zapowiedział, że to trochę potrwa – odparła żartobliwym tonem. – Więc podejrzewam, że tak szybko nie wróci, a ja dzięki temu mam całą chatę dla siebie.

– No to dla zachowania równowagi ty też w tym czasie powinnaś z kimś poromansować – zauważył podobnym tonem Majk. – To podobno dobre dla zdrowia, nie tylko psychicznego.

Iza uśmiechnęła się. Co tam. W tym momencie nic nie mogło zbić jej z planszy.

„Jasne, wal po garach, bardzo proszę” – pomyślała z przekąsem. – „Komandos przecież musi trochę poćwiczyć, żeby nie wyjść z wprawy, nie?”

– Niestety nie mam z kim – odparła pogodnie. – A zresztą zimne ryby są zdrowe z natury i nie potrzebują takich dopalaczy.

Majk parsknął śmiechem po drugiej stronie linii.

– Podobno na bezrybiu i rak ryba – zauważył. – Pytanie tylko, czy zimne rybki lubią stare raki… Ja w każdym razie twardo stoję na stanowisku, że nie ma takiej zimnej ryby, której nie dałoby się rozgrzać, chociaż w twoim przypadku to zadanie ekstremalnie trudne. Ale pamiętasz chyba baśń o smoku wawelskim, hmm? Ognisty frajer zeżarł niejednego śmiałka, ale w końcu przyszedł taki, który go pokonał.

– No pięknie, dzięki, szefie! – zaśmiała się Iza. – Porównujesz mnie do smoka wawelskiego? Nie dość, że wiedźma, zimna ryba, to jeszcze smok… a do tego elf czyli rodzaj szkaradnego gnoma – podkreśliła z rozbawieniem. – Moje poczucie własnej wartości rośnie z każdą sekundą.

– I prawidłowo – odparł spokojnie. – Taka baśniowa istota jak ty jest tylko jedna na świecie, pomijając, że wszystkie te stwory, wiedźmy, smoki i tak dalej to są tylko twoje maski. Wszystkie z wyjątkiem jednej – zaznaczył. – Mianowicie z wyjątkiem elfa, bo nim jesteś naprawdę, tyle że chyba nie zgadzamy się co do jego definicji.

– Na pewno nie do końca – przyznała. – Ale to już są drobiazgi, a dowodów na moją wiedźmową naturę też nie brakuje, więc nie zgodzę się, że to tylko maska. Tak czy inaczej jako smok mogłabym romansować tylko z drugim smogiem – podkreśliła żartobliwie. – Ewentualnie z jakimś cyklopem czy innym potworem, a tu, w Liège, niestety nie widzę żadnego godnego siebie osobnika.

Majk znów parsknął śmiechem.

– Wcale mnie to nie dziwi – odparł z satysfakcją. – Mam wręcz poważne wątpliwości, czy na całym świecie w ogóle znajdzie się taki osobnik. Twoja poprzeczka, moim skromnym zdaniem, jest ustawiona zbyt wysoko, dlatego obawiam się, że z czasem będziesz musiała trochę spuścić z tonu i obniżyć ją na tyle, żeby chociaż jeden frajer dał radę doskoczyć. Nawet jeśli nie przeskoczyć, to chociaż doskoczyć, co i tak jest niebanalnym wyzwaniem.

– Pomyślę o tym – zapewniła go wesoło Iza. – Ale to może kiedyś, jak już wiedźma zestarzeje się na tyle, że nie będzie miała prawa wydziwiać. A póki co cenię sobie wolność – skrzywiła się lekko, wspominając swoje refleksje sprzed paru chwil – w tym zwłaszcza wolną chatę. Po dzisiejszej dniówce miałam taki mętlik w głowie, że przez ostatnią godzinę z przyjemnością posłuchałam ciszy, a teraz z równie wielką przyjemnością porozmawiam sobie z moim szefem przez telefon. No, mów – zażądała. – Nie dzwonisz przecież po to, żeby gadać ze mną o smokach i potworach, pisałeś o jakichś dwóch konkretnych sprawach. To dotyczy firmy?

– Tak, chociaż nie tylko – odparł Majk. – No cóż… skoro nie chcesz rozmawiać ze mną o smokach, potworach i romansach z elfami, to rzeczywiście musimy zejść na ziemię.

„O romansach z elfami” – powtórzyła w myśli Iza. – „Bardzo śmieszne.”

– Ale najpierw dokończ mi o sobie – zastrzegł. – Aż tak ciężka była ta dniówka? Co wy tam dzisiaj robiliście?

– Pracowaliśmy nad instalacją wystawy – wyjaśniła. – A to robota prawie w stu procentach fizyczna, więc zdrowo nam dała w kość. Ja na szczęście jestem zaprawiona w boju, przy niektórych dniówkach u ciebie w firmie taka jazda jak dzisiaj to pikuś, ale dziewczyny już pod koniec naprawdę wymiękały.

– Wyobrażam sobie. I na czym to polegało, nosiliście jakieś graty? W sensie eksponatów?

– Nie do końca. Eksponaty będziemy nosić dopiero w środę, dzisiaj na tapecie były same plansze. Ale gdybyś widział, jakie to cholerstwo jest gigantyczne i ile tego jest!

W krótkich słowach opowiedziała mu, na czym polegały dzisiejsze zadania w Centrum Kultury, opisując to w możliwie najbardziej humorystyczny sposób. Jak to często bywało w rozmowie z Majkiem, każda jej minuta potęgowała wrażenie, jakby serce stawało się odrobinę lżejsze, a myśli jaśniejsze. Czy zresztą nie na tym polega prawdziwa terapia? Nawet jeśli ta pierwotna, całkowicie amatorska, była już zakończona, nawet jeśli to było tylko z rozpędu lub z przyzwyczajenia, efekt, który kiedyś pozwolił im wzajemnie uleczyć rany księżycowych dusz, trwał, wciąż tak samo silny jak na początku. Zwykła pogawędka o niczym, a właśnie tak niezwykła w swojej zwyczajności! Zupełnie jak ta cisza, w której nieraz siedzieli długimi kwadransami, a która nie ciążyła i nie przeszkadzała, lecz przeciwnie, koiła nerwy i w magiczny sposób dodawała energii. Cudowna zwyczajność, która była możliwa tylko z nim. I to nawet przez telefon, bo co dopiero gdyby fizycznie był obok, gdyby mogła dotknąć jego włosów… Tak szalenie już za tym tęskniła!

– Więc tak to w skrócie wyglądało, a jutro będzie dalszy ciąg – podsumowała. – I to potrwa aż do soboty, kiedy będzie otwarcie, a kilka dni potem pewnie będziemy musiały pomóc przy pakowaniu tego wszystkiego, żeby przewieźć do Brukseli… no po prostu niekończąca się historia. Ale wystarczy już tego bredzenia o wystawie, to w sumie nic ciekawego, robota jak robota. Teraz mów ty, Michasiu – dodała poważniejszym tonem. – O jakich dwóch sprawach chciałeś ze mną pogadać?

– Pierwszą jest raport z sobotniego Dnia Francuskiego – odparł rzeczowo. – Jak wiadomo, impreza była wyjątkowa, chociażby z racji tego, że po raz pierwszy od pół roku odbyła się bez udziału swojej gospodyni i założycielki.

– Tak – odparła niepewnie Iza, uznając, że to znakomita okazja, by załatwić chociaż jedną niewygodną rzecz od ręki. – I problem w tym, że na następnym Dniu chyba znowu jej nie będzie.

– Jak to? – zaniepokoił się Majk.

– Chodzi o to, że właśnie wtedy muszę być w Korytkowie – oznajmiła z zakłopotaniem. – Przepraszam, szefie… Wiem, że po tylu moich nieobecnościach to już totalne przegięcie, ale nie mam niestety wpływu na terminy. Agnieszka i Piotrek biorą wtedy ślub, a ja mam być świadkiem Agi, już jej to obiecałam.

– Ach, rozumiem! – w jego głosie zabrzmiała ulga. – No jasne… skoro tak, to nie ma dyskusji, elfiku, priorytety to priorytety. Ale co ty powiesz? Ślub? Już teraz? Tak szybko się zorganizowali?

– Wręcz piorunująco szybko – ona też poczuła wielką ulgę, że ma to już za sobą. – Piotrkowi zależało na tempie, a ponieważ nie organizują żadnego wielkiego weseliska, mogli wyrobić się w terminach stricte potrzebnych na załatwienie formalności. Jak widać, da się to załatwić w niecałe dwa i pół miesiąca.

– W teorii da się nawet szybciej – zauważył Majk. – Kiedyś pan mecenas zrobił mi uczony wykład na ten temat, podobno wystarczy miesiąc i jeden dzień. Sam na razie się tym nie interesowałem, ale pamiętam, że to było coś w ten deseń.

„Na razie” – powtórzyła w myśli wyczulona na wszelkie znaczące sformułowania Iza.

– To zresztą dotyczy głównie tak zwanych podbramkowych sytuacji – mówił dalej Majk. – Ale dwa i pół miesiąca to też niezły wynik, dlatego doceniam sprintera Piotrka i wcale mu się nie dziwię, że włączył takie turbo. No cóż, Izula, wiadomo, że musisz tam być – podsumował. – I dobrze, że mówisz mi to już teraz, do tego czasu przecież coś wymyślimy. Może przełożymy Dzień Francuski na inną datę? Czekaj, niech spojrzę w kalendarz… ten ślub jest osiemnastego?

– Nie, dwudziestego czwartego.

– Czyli nie w przedostatnią, tylko w ostatnią sobotę miesiąca – zauważył przytomnie. – Bo kolejna to już pierwszy maja.

– Ach… faktycznie – przyznała skonfundowana. – Przecież kwiecień ma trzydzieści dni. Widzisz, jak się rozpędziłam? Nie popatrzyłam w kalendarz i byłam przekonana, że dwudziesty czwarty to przedostania…

– Ale nie, czekaj! – przerwał jej. – Cholera, zapomniałem, że osiemnastego są urodziny Lodzi i Pabla! Obiecałem frajerowi, że wpadnę do nich do domu na przyjęcie, ty zresztą też dostaniesz zaproszenie, wiem to z nieoficjalnych źródeł – podkreślił z humorem. – Czyli Dzień Francuski w przedostatnią sobotę faktycznie odpada, bo ani ty, ani ja nie posiedliśmy jeszcze daru bilokacji.

– Chociaż czasem już nam do tego niewiele brakuje – zauważyła wesoło.

– Otóż to! – zaśmiał się. – A właściwie to, jak się uprzeć, można uznać, że już to umiemy, wystarczy, że ty jesteś tam, a ja tu. No dobra, elfiku pomyślimy, jak ogarnąć te kwietniowe imprezy. W sumie wczoraj na Dniu Francuskim daliśmy radę bez ciebie, więc w razie czego i kolejny raz jakoś sobie poradzimy. Natomiast obiecaj, że w maju już będziesz – zażądał stanowczo. – Ostatnia sobota wypada dwudziestego drugiego, chciałabym wtedy połączyć Dzień Francuski i moje urodziny… Trzeci raz już mi się chyba nie wymigasz, hmm?

Iza natychmiast przypomniała sobie Arhura i jego propozycję, czując, jak na serce spada jej ogromny, dławiący ciężar. Urodziny Majka… magiczna data zaporowa, kiedy prawdopodobnie już wszystko będzie wiadome… a może właśnie tego dnia on ogłosi przyjaciołom słodką wieść? Ona zaś, gospodyni Dnia Francuskiego, będzie podawać wszystkim świeże talerzyki i kieliszki, pilnując, by na stole nie zabrakło przystawek.

In fuga salus – zabrzmiał echem w jej głowie głos księdza Tomasza. – Ratunek w ucieczce…

– A któż to wie, co trafi się za dwa miesiące? – odparła lekkim, żartobliwym tonem. – Jeszcze znowu sypną się jakieś szybkie śluby albo coś… i to niekoniecznie panieńsko-kawalerskie, ale te prawdziwe.

– No… – zastanowił się Majk. – W sumie masz rację, to niewykluczone. Zaraz okaże się, że właśnie wtedy będziesz honorowym gościem na przykład na ślubie Bastka… bo on chyba już niebawem planuje założyć sobie te kajdany, hmm?

– Chyba tak – zgodziła się, zadowolona, że udało jej się ominąć niebezpieczny temat. – Mam się z nim widzieć czwartego, zobaczę, jaka jest sytuacja. Ale, jak mówisz, to wcale nie jest niewykluczone.

– A ślub Miśka? – zagadnął od niechcenia. – Też się tam wybierasz?

Iza wzdrygnęła się. Choć miała wielką ochotę opowiedzieć mu o aferze z Weroniką, uznała, że po pierwsze to zbyt obszerny temat, by zaczynać go teraz, przez telefon, i dopuścić do tego, by zdominował rozmowę, a po drugie skoro obiecała Amelii zachowanie ścisłej tajemnicy, to najlepiej będzie, jak rzeczywiście na razie nie będzie wspominać o tym nikomu, nawet jemu.

– Nie – odparła stanowczo. – Nie mam zaproszenia, a nawet gdybym je miała, na pewno bym się tam nie wybrała.

– Hmm… no dobra, to nad majem zastanowimy się później – podsumował z nutą satysfakcji Majk. – W razie czego najwyżej przełożymy naszą imprezę o tydzień, na ewentualne problemy będziemy reagować na bieżąco. Grunt to elastyczność – podkreślił – a w tym nikt nas nie pokona, prawda, mały elfie?

– Tak jest – przyznała. – Ale zobacz, znowu zjechaliśmy z tematu… i przepraszam, bo to była moja wina. Mów w końcu, jak było wczoraj na Dniu Francuskim? Na razie z raportu wiem tylko tyle, że sobie poradziliście.

– Mhm, poradziliśmy sobie doskonale – zapewnił ją Majk. – Dziewczyny w kuchni wprowadziły nawet nową potrawę do menu, a ja pozwoliłem sobie autoryzować ją w twoim imieniu. Mam nadzieję, że nie skrócisz mnie za to o głowę?

– Zastanowię się, może cię ułaskawię – uśmiechnęła się. – Zależy, jaka to potrawa.

– Bœuf bourgignon – wymówił prawie idealnie.

– Ach, bœuf bourgignon… dobry wybór.

– Mhm. Wspominałaś kiedyś o tym, ale zostawiliśmy przećwiczenie przepisu na dalszą przyszłość, a teraz w końcu to zrobiliśmy. Sprowadziliśmy do tego wielką dostawę wołowiny, zresztą właśnie wtedy Chudy rozpierdzielił vana… ha! – zaśmiał się. – Może to przez to, że wiózł mięcho na nieautoryzowaną potrawę? Przyznaj się, mała wiedźmo, to była twoja robota?

– Oczywiście – odparła spokojnie Iza. – Na drugi raz zastanowicie się, zanim zrobicie coś bez mojej autoryzacji.

– Trafiło! – przyznał wesoło Majk. – Nauczkę popamiętamy raz na zawsze, ale nie powtarzaj tego już więcej, co? Naprawa vana kosztowała mnie prawie dwanaście tysięcy.

– Dwanaście? – zaniepokoiła się. – To dużo. Ubezpieczenie tego nie pokryło?

– Wycenili szkodę na siedem, resztę musiałem dobulić sam. Nie wiedziałem, że te podzespoły są tak cholernie drogie… no, ale teraz przynajmniej auto jest jak nowe, przy okazji kazałem zrobić cały serwis, będzie z tym spokój na co najmniej rok. Do vana zresztą zaraz wrócimy, na razie dokończę ci raport z imprezy, hmm? Przede wszystkim chciałem ci zameldować, że zgodnie z planem przeprowadziliśmy tę zbiórkę dla protegowanej Madi.

– Ach, właśnie! – podchwyciła żywo Iza. – Miałam cię o to pytać, ale przez te smoki i potwory kompletnie wypadło mi z głowy. I jak? Udało się?

– Moim skromnym zdaniem, udało się znakomicie. Oczywiście poczekamy na feedback od Madi, jestem z nią w kontakcie telefonicznym, ale wydaje mi się, że efekt powinien być przyzwoity. Mnóstwo ludzi robiło przelewy na bieżąco, zresztą powiem ci, że zdjęcie tej dziewczynki na najnowszej ulotce niestety robi wrażenie.

– Nie widziałam – westchnęła Iza. – Bardzo źle wygląda Karolinka?

– O wiele gorzej niż na tamtym pierwszym zdjęciu, różnicę widać gołym okiem. Mam nadzieję, że nie zbieramy tej kasy na darmo… ale cóż, walczyć trzeba. Póki jest nadzieja, nie można się poddawać.

– Nie można – przyznała. – Podobno szanse są duże, tylko te koszty…

– Robimy, co możemy, Izula. Ja sam rzuciłem trochę kasy na to konto, oby się przydała.

– Dziękuję, Michasiu. A słuchaj… przysłałbyś mi zdjęcie tej ulotki? Ja też bym coś wpłaciła. Ewentualnie poproszę o to Madi.

– Zaraz ci przyślę, mam tu jeszcze kilka pod ręką, chociaż trzeba przyznać, że prawie wszystkie, które miałem, poszły. Tak czy inaczej zadanie wykonane, elfiku. A co do tej drugiej sprawy, to, jak już wspomniałem, dotyczy właśnie vana. Naprawiłem go po tej stłuczce, ale jednak ciężko było bez niego, przez tydzień stał w warsztacie, a dostawy musiały być obsługiwane na bieżąco, zwłaszcza pod Dzień Francuski. Poradziliśmy sobie oczywiście, zaadaptowaliśmy opla i peugeota, w obydwu złożyłem tylną kanapę i mieliśmy dwa mini dostawczaki, ale to jednak była tylko doraźna prowizorka. Dlatego, nauczony tym doświadczeniem oraz biorąc pod uwagę potrzebę obsługi już nie tylko Zamkowej, ale i Koncertowej, zdecydowałem, że kupno jeszcze jednego vana to już nie fanaberia, a konieczność.

– A tak, pisałeś mi to w smsie – przypomniała sobie Iza. – I co? To już jest podjęta decyzja? Czy dopiero plan?

– Decyzja zdecydowanie podjęta, chociaż dla dopełnienia formalności dzwonię do ciebie w celu uzyskania autoryzacji – odparł z rozbawieniem. – Wolę nie ryzykować zemsty tak zwanej dobrej wróżki, wystarczy mi kłopotów jak na jeden miesiąc.

Iza parsknęła śmiechem.

– Nie przesadzaj. W tym punkcie akurat autoryzacja zarządczyni zaplecza nie jest wymagana, potrawy francuskie to co innego, ale tabor samochodowy to nie moja działka. Tu decyzja należy wyłącznie do prezesa firmy.

– Tak mówisz? Okej, mimo to prezes woli dmuchać na zimne i jednak poprosić o zatwierdzenie decyzji przez… jak to nazwałaś?… zarządczynię zaplecza?

– Aha – uśmiechnęła się. – Myślę, że to dobrze obrazuje moją rolę w twojej firmie.

– Hmm… ciekawy punkt widzenia – w głosie Majka znów zabrzmiało rozbawienie. – Mam nadzieję, że w swoim czasie będziemy go jeszcze negocjować, chociaż słowo zaplecze akurat mi się w tej etykiecie podoba. Ma dużo różnych znaczeń i dobrze oddaje twoją wielofunkcyjność, której wachlarz, jak ufam, będzie się tylko rozszerzał. Ale powiedz mi wprost, elfiku, nie wymiguj się. Autoryzujesz kupno nowego dostawczaka?

– Oczywiście, szefie – odparła ciepło. – Wiem, że to tylko takie żarty, bo moje zdanie w tym względzie nie ma żadnego znaczenia, potrzeba jest potrzebą i nie ma z tym dyskusji. Ale autoryzuję, jak najbardziej. Zresztą to ty wykładasz na to kasę.

– Mhm. Dziękuję za nihil obstat, Mademoiselle. To nie są żadne żarty, tylko standardowa procedura, a twoje zdanie jest tu kluczowe, o czym doskonale wiesz. Z kasą nie ma problemu, chociaż oczywiście zachowam w tym zdrowy rozsądek, o to bądź spokojna. Raty pokryją się z bieżących zysków praktycznie niezauważalnie, zwłaszcza że, jak wiesz, samochód w całości idzie w koszty, odpiszemy go sobie od podatku. Zrobiliśmy dzisiaj symulację finansową i przy obecnych dochodach wychodzi wręcz na to, że możemy pozwolić sobie na taki z lepszej półki.

„Zrobiliśmy” – wychwyciła natychmiast Iza.

– O, to super – odparła lekko. – Masz już coś na oku?

– Aha. Myślę o peugeocie. Kupiłbym go w tym samym salonie co tamtego, mają w ofercie też dostawczaki i to całkiem funkcjonalne, a do tego w przyzwoitej cenie. Co ty na to, kochanie?

– Bardzo dobry pomysł. Jesteś u nich sprawdzonym klientem, więc może nawet dadzą ci jakąś zniżkę za lojalność?

– Właśnie na to liczę. Wziąłem od nich aktualny folder, jak będę miał wolną chwilę, przyjrzę się jeszcze dokładniej tym autom i wyślę ci zdjęcia tych, które ewentualnie by nas interesowały. Zerkniesz i powiesz mi, co o nich myślisz, hmm?

– No… moim zdaniem, powinieneś zasięgnąć opinii innych, zwłaszcza chłopaków – zastrzegła. – Ja niezbyt znam się na samochodach, a na dostawczych to już wcale. To ma być van na Koncertową?

– Nie wiem jeszcze, któryś z nich na pewno pójdzie tam, a drugi musi zostać na Zamkowej – odparł jakby nieco zbity z tropu. – Później się zastanowimy, który gdzie trafi, wszystko zależy od tego, co ostatecznie kupimy.

W przedpokoju rozległ się hałas otwieranych i zamykanych drzwi – to wracała Marta.

– Tak czy inaczej wszelkie roszady i tak zostawimy sobie na kwiecień – ciągnął Majk – i jak wrócisz, wszystko sobie przedyskutujemy. Plan nadal jest taki, że wracasz drugiego?

– Tak – odparła Iza, uśmiechając się do Marty, która właśnie zajrzała do pokoju i widząc, że przyjaciółka rozmawia przez telefon, wycofała się do kuchni. – Ale wracamy wieczornym lotem, dlatego do Lublina zjedziemy pewnie dopiero koło północy.

– Ma was kto odebrać z lotniska?

– Tak, tata Marty wiózł nas w tamtą stronę i zadeklarował, że zabierze nas też z powrotem.

– Okej. Gdyby jednak coś się zmieniło, daj znać, zorganizujemy jakiś transport dla elfika. W razie jakichkolwiek komplikacji dzwoń do mnie natychmiast, dobrze?

– Dobrze, Michasiu – uśmiechnęła się. – Dziękuję. W pracy będę w sobotę trzeciego, niech Wika nie zapomni uwzględnić mnie w grafiku na pierwszy tydzień kwietnia.

– Nie zapomni, nie bój się – zapewnił ją wesoło. – Dziewczyny też już za tobą tęsknią, nawet wczoraj rozmawialiśmy o tym w szerszym gronie, dopytywały, kiedy wracasz.

– Naprawdę? – ucieszyła się. – Jak miło…

– A co myślisz? Wszystkim już się dłuży czas do twojego powrotu. Chociaż jak tak spojrzeć obiektywnie, dużo już go nie zostało, półtora tygodnia to nie wieczność. Firma, z trudem bo z trudem, ale jakoś to wytrzyma.

Iza uśmiechnęła się smutno. Firma… jasne. Nadal była przecież królową zaplecza, potrzebną w logistyce i organizacji. Swoją drogą sformułowanie zarządczyni zaplecza (słowa królowa nie odważyła się użyć, brzmiałoby zbyt megalomańsko) spodobało się Majkowi, bo nie mogło się nie spodobać – rzeczywiście idealnie oddawało jej rolę w jego firmie. Na szczęście nikt w tej roli nie był niezastąpiony, więc w razie czego, gdyby nie wytrzymała psychicznie i musiała uciekać…

– Ciekaw jestem, jak ty odbierasz teraz subiektywny upływ czasu – zagadnął. – Pewnie przy tym zachrzanie dni lecą ci jak szalone, a kiedy przyjdzie czas wyjazdu, będziesz żałować, że staż potrwał tak krótko, hmm?

– Nie – odparła spokojnie. – Tu jest bardzo fajnie, a doświadczenie, jakie zdobywamy, jest nie do przecenienia, ale jednak z radością wrócę do Polski. Uwielbiam podróżować, ale raczej krótko i koniecznie z perspektywą powrotu do mojego miejsca na ziemi. A tym zdecydowanie jest Polska.

Na kilka sekund po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

– No i proszę, prawdziwa, rodowita Polka – odezwał się w końcu Majk. – Chociaż Polska to szerokie pojęcie, a ty masz w tej chwili co najmniej dwa własne miejsca na tym terytorium, Korytkowo i Lublin. Jedno to dom rodzinny, drugie dom nabyty, zobaczymy, który z nich ostatecznie wygra. Jeśli chodzi o mnie, mam oczywiście swojego faworyta.

Iza parsknęła śmiechem, choć do śmiechu wcale jej nie było.

– Zobaczymy – przyznała. – Zawsze przecież może trafić się jakieś trzecie miejsce na dom, tego nie da się z góry przewidzieć. Ważne tylko, żeby było w Polsce.

„Jak Warszawa” – pomyślała, znów wizualizując sobie w pamięci twarz Arthura. – „Nie przepadam za tym miastem, ale przecież wszędzie da się żyć. Poza tym jest niedaleko Lublina, w sam raz na ucieczkę bez palenia mostów.”

– Mam nadzieję, że się nie trafi – mruknął Majk.

– A co do subiektywnego upływu czasu – ciągnęła Iza, chcąc jak najszybciej zejść ze śliskiego tematu – to u mnie nic się nie zmieniło. Nadal mam to dziwne poczucie, że on płynie albo strasznie wolno, albo strasznie szybko, ale tak naprawdę nigdy w sam raz.

– Mhm, ja mam to samo – przyznał Majk. – Świetnie to ujęłaś, mały elfie. Nigdy w sam raz… ja też dokładnie tak to odczuwam. Skubany frajer albo ciągnie się jak glut, albo leci na łeb, na szyję, że ciężko wyrobić się w dobie, a co najciekawsze, nie zawsze da się złapać schemat, według którego to się dzieje. To chyba zależy od splotu różnych czynników, nie tylko od nagromadzenia obowiązków, ale też od perspektyw, humoru… od zapasu energii, paliwa, w baku… i od nadziei – dokończył ciszej.

Iza zagryzła wargi. Nadzieja. Znowu to okrutne słowo. Czy każdy podjęty temat prędzej czy później musiał zbaczać w jakąś niebezpieczną stronę? Zwłaszcza kiedy wchodzili na teren filozofii księżycowej. Kiedyś, jeszcze niedawno, tak bardzo to lubiła… Jak to się stało, że dziś coraz bardziej bała się takich zjazdów w księżycowe ścieżki, że czuła się wśród nich jak na polu minowym? Przecież to kompletnie nie miało sensu. Zaraz po powrocie trzeba będzie wziąć tego byka za rogi i przecierpieć najgorsze, wysłuchując wreszcie, co miał jej do powiedzenia. Lepszy już otwarty tekst i jasno postawiona sprawa, niż te ciągłe aluzje, które przecież doskonale rozumiała, choć on wciąż myślał, że nie… A z drugiej strony sama była sobie winna. Kiedy jest się takim tchórzem, to się za to płaci.

– Czasem z tym jest lepiej, czasem gorzej – ciągnął przyciszonym głosem Majk. – Pamiętam, jak w najgorszych czasach, kiedy nie miałem żadnej nadziei i leczyłem się katorżniczą pracą i tarzaniem w bagnie, czas potrafił lecieć bardzo szybko, a ja w sumie się z tego cieszyłem, bo dzięki temu nie musiałem za wiele myśleć o przeszłości czy przyszłości. Ich dla mnie nie było, liczył się tylko… a nawet nie liczył się, tylko po prostu był… dzień dzisiejszy. W tamtych czasach świetnie bym się dogadał z niejakim Epikurem, ale życie jest nieprzewidywalne i sytuacja na tyle się zmieniła, że dzisiaj już nie chciałbym mieć z tym frajerem nic do czynienia. Z dwojga złego wolę przeczekać te ciągnące się w nieskończoność dni i godziny, które jednak czasami mijają jeszcze szybciej niż w tamtych głupich czasach pod hasłem carpe diem… Dziwne to wszystko, ale jest tak, jak mówisz, elfiku. Jak myślisz, czy to możliwe, że kiedyś, kiedykolwiek, czas zacznie płynąć „w sam raz”? A może to tylko jeszcze jedno złudzenie?

Iza uśmiechnęła się. Z jednej strony bała się tej jego filozofii, ale z drugiej wciąż kochała ją całym sercem, zwłaszcza rozmowy o czasie. Byle nie nawiązywał w nich do Natalii… lecz jak tego od niego wymagać? Nie miała przecież do tego prawa.

– Sama się czasem nad tym zastanawiam – odparła w zamyśleniu. – Wydaje mi się, że zdarzają się chwile, kiedy płynie „w sam raz”, ale to jest raczej rzadkość ściśle powiązana z rutyną. W tym sensie, że kiedy wpadamy w rutynę, a nasze dni są w dużym stopniu powtarzalne, czas każdego z nich leci podobnie – wyjaśniła. – Oczywiście na przestrzeni lat ten upływ może mieć różne tempo, ale w rutynowym rytmie z dnia na dzień wydaje się taki sam. Natomiast kiedy coś wytrąca nas z rutyny i zaburza ten ciąg, czas w naszym subiektywnym odczuciu natychmiast reaguje, czyli przyśpiesza albo zwalnia w zależności od okoliczności. A takich okoliczności ciągle jest mnóstwo, więc de facto nawet trudno jest popaść w prawdziwą, długotrwałą rutynę.

– Hmm… dobre – przyznał z uznaniem Majk. – Rzeczywiście coś w tym jest. Codziennie dzieje się tyle rzeczy, które zaburzają nam rutynę, że tak naprawdę nikt z nas nie ma czasu jej zaznać, a przez to czas odwala różne cuda. Podoba mi się ta koncepcja, Izulka… Doprecyzowałbym tylko, że okoliczności, o których mówisz, nie są jednakowej wagi, niektóre z nich są kluczowe, a inne na tyle mało ważne, że prawie niezauważalne.

– No tak, prawda – zgodziła się.

– Największy wpływ na subiektywne odczucie czasu mają okoliczności, które są dla nas najważniejsze… okoliczności albo ludzie, wokół których te okoliczności się budują – zaznaczył. – W moim przypadku zdecydowanie przeważa to drugie i zresztą to, że moje życie kręci się de facto wokół jednej ważnej dla mnie osoby, samo w sobie jest dla mnie źródłem szczęścia. Łapiesz, o czym mówię, hmm?

Iza nabrała mocno powietrza w płuca, starając się jednak zrobić to bezszelestnie.

– Tak – odparła cichym i pomimo prób zapanowania nad sobą nieco zbyt drżącym głosem. – O Anabelli.

– O Anabelli – powtórzył jak echo, a jego głos zadrżał przy tym jeszcze bardziej niż jej. – Twoja teoria o rutynie i okolicznościach, które ją zaburzają, jest o tyle dobra, że da się ją przyłożyć do indywidualnych przypadków. Na przykład u mnie subiektywny upływ czasu jest związany właśnie z jej osobą. Czas faktycznie płynie inaczej, kiedy ona jest blisko, kiedy słyszę jej głos… chociażby przez telefon… a inaczej, kiedy jej nie ma. Inaczej, kiedy czekam na umówione spotkanie, inaczej, kiedy istnieje szansa na spotkanie całkiem przypadkowe, a jeszcze inaczej, kiedy ta szansa w ogóle nie istnieje, bo… bo na przykład wyjechała gdzieś daleko. Na przykład do Belgii… tak jak kiedyś Ania – doprecyzował nieco nieswoim głosem.

„Albo do Bydgoszczy” – dodała w myśli z przekąsem Iza. – „To masz tak naprawdę na myśli, co?”

Cóż miała na to odpowiedzieć? Znowu te aluzje, którymi ewidentnie próbował przygotować teren pod rozmowę o tamtej, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo ją to bolało… Na kilka sekund na linii zapadła dziwna, ciężka cisza, na tle której dobrze było słychać Martę, która, szczękając w kuchni naczyniami, prawdopodobnie, jak wynikało ze specyfiki dobiegających stamtąd dźwięków, przygotowywała sobie kawę.

– Ale to nie jest związane z samą tylko obecnością czy nieobecnością – podjął po chwili ciszy nieco spokojniejszym tonem Majk. – To cała piramida różnych okoliczności, jak pięknie to nazwałaś… nadziei, marzeń, złudzeń… słów, z których każde może albo podnieść frajera na duchu, albo powalić go na glebę, nawet nieświadomie… ale przede wszystkim to jest filozofia czekania, a w niej rutyna jest praktycznie niemożliwa. Jak już kiedyś chyba wspominałem, dla mnie czas jest synonimem czekania, w którym, śmiem nieskromnie stwierdzić, mam już tyle doświadczenia, że powoli zbliżam się do poziomu mistrzowskiego. Tyle że czekanie czekaniu nierówne… Właściwie to do końca życia na coś się czeka.

– Na przykład na śmierć – zażartowała ponuro Iza. – I na życie wieczne.

– To też – przyznał z powagą. – Ale rzeczy ostateczne to najdalsza perspektywa, a najpierw są przecież inne, te pośrednie i bardziej przyziemne. Na przykład czekanie na szczęście. Ono przecież nie jest jednorazowe, ma swoje etapy… oczywiście pod warunkiem, że jakaś okoliczność nam go nie zablokuje. Pod warunkiem, że jest nadzieja i szansa na przyszłość. Powiedz mi, elfiku – znów zniżył głos prawie do zdławionego szeptu – czy ja jestem kretynem, że tak rozumuję? A może wcale nie mam na co czekać?

Iza pokręciła głową, czując, że oczy zaczynają ją niebezpiecznie szczypać. Opanowała się jednak, czując, że nie może tak ciągle milczeć albo odpowiadać tylko półsłówkami.

– Oczywiście, że masz – odparła stanowczo, ze wszystkich sił walcząc o to, by nadać swemu głosowi spokojną, ciepłą barwę. – I jestem pewna, że niebawem doczekasz się na swoje szczęście.

– Obiecujesz? – upewnił się ze smętnym rozbawieniem.

– Obiecuję – uśmiechnęła się blado. – I autoryzuję je z całego serca jako twoja prawa ręka oraz była terapeutka.

– A właśnie, mieliśmy dokończyć podsumowanie terapii – przypomniał jej znacząco. – Cały czas stoimy na etapie brandy i tego wieczoru, kiedy wypiłaś ją za mnie. Jak pewnie zauważyłaś, zwlekam z tym, bo akurat o brandy nie chcę mówić po łebkach, a na razie niestety, biorąc pod uwagę okoliczności – podkreślił to słowo – musiałbym się do tego ograniczyć. Brandy jest swego rodzaju symbolem, zwłaszcza że we wrześniu zeszłego roku nastąpił dalszy ciąg tej akcji, ściśle powiązany właśnie z tamtym wieczorem… mam takie niejasne wrażenie, że te dwa wieczory, które dzielił od siebie mniej więcej rok, to była swego rodzaju klamra spinająca w jedno pewien etap. No, ale o tym jeszcze pomówimy w swoim czasie i na pewno nie przez telefon… I widzisz? – dodał żartobliwie. – Znowu, nie wiedzieć kiedy, zjechaliśmy na filozofię księżycową w pełnej krasie. W rozmowie z tobą po prostu nie da się inaczej.

– To nie moja wina – zauważyła, również przybierając wesoły ton. – Sam to zacząłeś, a ja tylko dałam się wciągnąć. Zresztą i tak będę musiała powoli kończyć – dodała, zniżając konspiracyjnie głos – bo Martusia wróciła do domu i nie mam już tego komfortu rozmowy co wcześniej.

– Jasne! – podchwycił natychmiast Majk. – Już się zrywam z linii, elfiku, zwłaszcza że znów chyba trochę przegiąłem z tymi filozoficznymi aluzjami, więc tym higieniczniej będzie się odmeldować. Nie gniewaj się na starego frajera Majka, co miota się jak ryba w sieci… a raczej jak leciwy rak, o którym była mowa w preambule.

– Słucham? – parsknęła śmiechem Iza. – W jakiej znowu preambule?

– W tej o smoku wawelskim i dzielnym śmiałku, który nie dał się zeżreć bestii, tylko ją ujarzmił – wyjaśnił z rozbawieniem. – Tudzież o zimnej rybce, która nie spełnia życzeń, dopóki ktoś jej porządnie nie rozgrzeje. Uwielbiam filozofować z tobą na takie tematy, nie tylko o czasie czy złudzeniach… No, ale uciekam już, skarbie, nie będę wam przeszkadzał – spoważniał. – Zaraz wyślę ci zdjęcie tej ulotki od Madi, a na dniach może też wybrane zdjęcia aut z katalogu Peugeota. Mimo wszystko chciałbym poznać twoją opinię. On se tient au courant[*], hmm?

– Oui, mon chef – odparła wesoło. – Dziękuję ci za telefon, trzymaj się i do następnego!

Połączenie zakończyło się, na ekranie migała tylko kontrolka wskazująca na niski poziom naładowania baterii. Iza z westchnieniem sięgnęła po ładowarkę i podłączyła aparat, po czym odłożyła go na nocną szafkę i zwlekając jeszcze chwilę z udaniem się do kuchni, w zamyśleniu zapatrzyła się w okno.

„Słowa wpływają nie tylko na subiektywny upływ czasu, mój promyczku” – pomyślała smutno. – „One wpływają na wszystko… zwłaszcza na emocje. Kocham twój głos i wszelkie rozmowy z tobą, naszą księżycową filozofię i kreatywne metafory, ale kiedy zaczynasz o Anabelli, to nie daję rady. Niby nie mówisz bezpośrednio o Natalii, dzisiaj niby ani razu nie wypowiedziałeś jej imienia, ale co z tego, skoro i tak gadasz o niej bez przerwy?”

***

– Co, znowu ten tajemniczy nieznajomy? – zagadnęła wesoło Marta, gdy tylko Iza weszła do kuchni. – Wisisz i wisisz na tej linii, a ja tu czekam jak na szpilkach!

– Przepraszam, Martusiu – uśmiechnęła się, siadając naprzeciw niej przy stole. – O, widzę, że masz kawę, zostało może coś dla mnie?

– Pewnie! – Marta natychmiast zerwała się z miejsca i chwyciła dzbanek z zaparzoną kawą, po czym, sięgnąwszy na półkę po kubek, nalała doń płynu i postawiła przed nią uroczystym gestem. – Voilà! Czy życzy pani sobie do tego kapkę mleka?

– Nie, dzięki, wypiję czarną. No, opowiadaj! – zażądała stanowczo. – Jak było na randce? Ciotka-przyzwoitka prosi o pełny raport.

– Ech! – parsknęła śmiechem Marta, siadając z powrotem naprzeciw niej z oczami rozświetlonymi wewnętrznym blaskiem. – Już się robi, ciociu. Czy jak powiem, że było cudownie, to wystarczy?

– Absolutnie nie. Ciotka musi poznać wszystkie szczegóły, żeby móc na trzeźwo ocenić sytuację. Spowiadaj mi się ze wszystkiego i to już. Co robiliście przez tyle czasu?

– Wypiliśmy w kawiarni gorącą czekoladę z truskawkami, a potem włóczyliśmy się po deszczu – odparła rozmarzona. – W sumie to już po resztkach deszczu, bo jak wyszliśmy z knajpy, prawie przestało padać, a teraz jeszcze tylko trochę mży.

– Co za romantyczne tło – uśmiechnęła się Iza. – Rzeczywiście, masz jeszcze trochę mokre włosy. Żebyś tylko się nie przeziębiła.

– A, daj spokój, ciotuniu – machnęła ręką Marta. – Nawet jakbym miała się przeziębić, to i tak zrobiłabym to drugi raz. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czułam się taka… doceniona – dokończyła z wahaniem. – Bo szczęśliwa to już bywałam, ale doceniona w taki sposób jak teraz, to chyba jeszcze nigdy. Cédrica serio nie da się porównać do Radka czy Patryka. Tamci to byli gówniarze, a ten to jest dżentelmen.

– Mhm, brzmi dobrze. I co powiedział ci dżentelmen? O ile oczywiście można wiedzieć.

– Wszystkiego to wiadomo, że ci nie powiem – zaznaczyła przekornie Marta. – Ale tak ogólnie to muszę ci jeszcze raz podziękować, moja dobra ciociu, bo z tym dystansem to miałaś całkowitą rację. To, że wtedy uciekłam z kanapy, chyba w jakiś sposób zaimponowało Cédricowi, nie tylko nie jest na mnie zły, ale wręcz mam wrażenie, że nabrał do mnie jeszcze większego szacunku niż wcześniej. Oczywiście wcześniej też go miał – zaznaczyła. – W ogóle to jest bardzo kulturalny facet, który nie pcha się z łapami bez jasnego zaproszenia, ale teraz to idzie w taką stronę, że… Nie chcę zapeszać, ale kto wie? – uśmiechnęła się z rozmarzeniem. – Może historia Ani i Jean-Pierre’a jednak się powtórzy?

– O! – podchwyciła ze szczerym zaciekawieniem Iza. – Serio? Są do tego przesłanki?

– Obiecał mi, że przyjedzie do mnie do Polski, do Lublina – odparła z nieskrywaną dumą i radością Marta. – Zwłaszcza że przecież uwielbia podróże, a w Polsce jeszcze nigdy nie był. Oczywiście zaprosiłam go serdecznie, a on powiedział, że postara się przyjechać w czasie urlopu, który planuje wziąć na przełomie lipca i sierpnia.

– Hmm… ciekawe – pokiwała z uznaniem głową Iza. – Chyba faktycznie musiałaś zawrócić mu w głowie.

– Mam taką nadzieję. Co prawda nie powiedział mi jeszcze nic wiążącego, żadnego kocham cię ani nic w tym stylu, ale to chyba tym lepiej o nim świadczy, jak myślisz? Znamy się przecież dopiero kilka tygodni.

– Zdecydowanie tak – przyznała Iza. – Takie wyznania to zbyt poważna rzecz, żeby rzucać je lekko na wiatr, a jeśli ktoś tak robi, to znaczy, że nie traktuje ich serio.

– Właśnie! – podchwyciła Marta. – Patryk prawie od razu powiedział mi, że mnie kocha, a potem okazało się, ile to było warte. Odkochanie się zajęło mu jakieś trzy miesiące, może nawet mniej, nie wykluczam, że tuż przed ślubem Kini już tylko się ze mną męczył… Jak teraz przypominam sobie niektóre teksty, to nie mogę się nadziwić, jak mogłam być taką ślepą idiotką. No cóż, wtedy nie miałam twojej wiedzy i twojego zdrowego rozsądku ciotki-przyzwoitki! – zaśmiała się. – Ale teraz, kiedy już jestem grzeczna i się ciebie słucham, przyznaję, że masz całkowitą rację. Facet, który wyznaje miłość po trzech dniach czy nawet tygodniach, nie wie, o czym mówi.

– No… do każdego przypadku należy podchodzić indywidualnie – zastrzegła ostrożnie Iza. – Zakładam, że klasyczny coup de foudre naprawdę istnieje i że zdarzają się ludzie, którzy już po godzinie wiedzą, że są sobie, jak to się ładnie mówi, przeznaczeni. Ale sądzę, że to są raczej pojedyncze przypadki.

– Ja też tak myślę – zgodziła się z powagą Marta, dopijając swoją kawę. – I bardzo doceniam to, że Cédric nie idzie w ten schemat. Wręcz jest za tym, żebyśmy dali sobie czas i nie udawali zakochanych tylko dlatego, że wzajemnie wpadliśmy sobie w oko, ale pozwolili, żeby nasze uczucie rozwinęło się powoli.

– Serio, tak powiedział? – zdziwiła się Iza.

– Dokładnie tak. Chyba że coś źle zrozumiałam – spojrzała na nią z rozbawieniem – ale jeśli już, to przekręciłam tylko szczegóły, bo ogólna linia jest taka, jak mówię. I to dlatego w pracy Cédric przez cały czas, również dzisiaj, udawał, że nic się między nami nie dzieje. Tak naprawdę o wszystkim poza nami dwojgiem wiesz tylko ty, ale nawet ty nie widziałaś nas w żadnej jednoznacznej czy nawet dwuznacznej sytuacji.

– To prawda – przyznała Iza. – Gdybyś nie zdawała ciotce-przyzwoitce raportów na bieżąco, sądziłabym, że jeździcie tylko na motocyklu. No, może dzisiaj zaczęłabym już coś podejrzewać – zaznaczyła – bo jak Cédric dogonił nas w tym deszczu i złapał cię za ręce, to już wyglądało co najmniej dwuznacznie. Ale fakt, że nawet z tego mogłabyś się wykręcić.

– Przed tobą się nie wykręcam – podkreśliła Marta. – Ale, tak jak mówię, wiesz o tym tylko ty, inni na razie nie muszą. Nie chcemy się z tym afiszować.

– Z „tym”, to znaczy z czym? – zaciekawiła się Iza.

– No z naszym uczuciem – wyjaśniła tonem oczywistym Marta. – Cédric specjalnie nie zaczepiał mnie dzisiaj w pracy, żeby nie wywoływać niepotrzebnych plotek, z początku to mnie podłamało, bo myślałam, że ma mnie gdzieś, ale okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Mówi, że nie mógł się doczekać spotkania ze mną, ale w pracy nie chciał się wyrywać, uznał, że lepiej będzie nie obnosić się przed ludźmi z tym, że coś do siebie czujemy, tylko pozwolić temu spokojnie się rozwinąć. Poza tym nie chce narazić się Jean-Pierre’owi – zaznaczyła z rozbawieniem. – To w końcu on nas tu sprowadził, więc gdyby wyszedł z tego jakiś niefajny numer, jak to ujął Cédric, byłoby mu przed nim głupio. Powiedział, że powinniśmy dać sobie czas na lepsze poznanie się, zanim zaczniemy cokolwiek obnosić przed ludźmi, a ja uważam, że to jest bardzo rozsądne i na swój sposób delikatne podejście. Dlatego całujemy się tylko wtedy, kiedy nikt znajomy nas nie widzi – podkreśliła. – Na przykład dzisiaj w tym deszczu… pod moją foliową peleryną… Żebyś ty wiedziała, Iza, jakie to było romantyczne!

– Wyobrażam sobie – uśmiechnęła się Iza. – Ale co do tego, że nikt znajomy nie widzi… na to akurat nigdy nie ma gwarancji.

– No, racja – zgodziła się Marta. – Jak ktoś nas nakryje przez przypadek, to trudno, to będzie znaczyło, że tak chciał los, ale sami nie chcemy go prowokować. Dlatego proszę, Iza – dodała znacząco. – Nie mów o tym nikomu, okej? Zwłaszcza nikomu z Centrum, a już na pewno nie Ani i Jean-Pierre’owi. Niech to na razie będzie tajemnica.

– Jasne, Martuś – odparła Iza, w duchu nieco zaniepokojona myślą, że przed jedną osobą, czyli Majkiem, już się przecież wygadała. – Planujecie zachować tę tajemnicę do ostatniego dnia stażu?

– Co najmniej, ale potem pewnie też. Bo co to jest tych kilka tygodni? To zdecydowanie za mało, żeby kogoś naprawdę poznać. Wiem, wiem, jak to brzmi w moich ustach – pokiwała głową z pobłażaniem. – Ale ja się serio dużo od ciebie nauczyłam, a Cédric, jak się okazuje, myśli podobnie jak ja. Umówiliśmy się, że będziemy kontynuować naszą znajomość i kiedy wrócę do Polski, będziemy w stałym kontakcie mailowym i telefonicznym, a w wakacje on przyjedzie do mnie do Lublina.

– Super. Mam nadzieję, że ten plan się uda.

– Oczywiście, że się uda, musi się udać! On bardzo chce przyjechać, obiecał mi to, tym razem to ja zabiorę go na motocykl. Wyobrażasz to sobie, Iza? Dla mnie to jest takie… nie wiem nawet, jak to ująć… nierealne – westchnęła z głębi piersi. – Ale przecież dzieje się naprawdę, nie śni mi się, chociaż z wierzchu wygląda jak sen.

– I przynajmniej wyleczyło cię z Patryka – zauważyła stoicko Iza.

– O, totalnie! – przyznała Marta, krzywiąc się z niechęcią na wspomnienie byłego chłopaka. – Sama nie rozumiem, jak mogłam być taka głupia i tak długo leczyć się z tego palanta. Przecież on Cédrikowi nie jest godzien nawet butów czyścić!

– O ile pamiętam, pół roku temu dokładnie tak samo mówiłaś o Radku – przypomniała jej przekornie Iza. – I jeśli mam być szczera, to widzę, że teraz wykazujesz podobne objawy zaczadzenia jak wtedy, kiedy zaczynałaś z Patrykiem.

– No i co? – żachnęła się Marta. – Po prostu zakochałam się, nic na to nie poradzę. Ale tym razem przynajmniej mam hamulce – zaznaczyła – i stosuję się do cennych rad mojej niezrównanej ciotki-przyzwoitki.

– To prawda – uśmiechnęła się Iza. – Chociaż i to nie do końca.

– Oj tam, nie grymaś! – machnęła lekko ręką Marta. – Mówię ci, że jestem grzeczna, pół roku temu w takiej sytuacji już dawno leciałyby fajerwerki… Ale serio, Iza – spojrzała na nią poważnym wzrokiem. – Nie wygadaj się przed Emmą i Romane, ani przed państwem Magnon, dobrze? Oficjalna wersja jest taka, że spotykamy się z Cédrikiem prywatnie tylko po to, żeby pojeździć na Harleyu. Zresztą o tym i tak wszyscy wiedzą, więc niech tak zostanie.

– Oczywiście, Martusiu, nikomu nic nie powiem – obiecała jej z powagą Iza. – Swoją drogą sama jestem coraz bardziej ciekawa, co z tego finalnie wyniknie.

________________________________

[*] On se tient au courant (fr.) – jesteśmy w kontakcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *