Anabella – Rozdział CCLVIII
– Wypuścili Dana do domu! – oznajmiła z radością Marta, pokazując Izie swój telefon, na ekranie którego wyświetlone było zdjęcie Daniela stojącego z torbą podróżną przed wejściem do szpitala. – Widzisz? To jest fota tuż po wyjściu. Zdążyli wczoraj wypisać go w ostatniej chwili przed weekendem!
– Super! – ucieszyła się Iza. – Czyli te wyniki w końcu mu się poprawiły?
Pochyliła się nad telefonem, by lepiej przyjrzeć się zdjęciu. Daniel wciąż wyglądał nie najlepiej, wyraźnie schudł, cerę miał bladą, a na głowie nadal nosił białą płócienną czapkę, która chroniła mu ranę pooperacyjną. Widać było jednak, że humor mu dopisuje, co nie dziwiło po prawie dwóch miesiącach spędzonych w szpitalu.
– Tak, poprawiły się – odpowiedziała Marta. – I w ogóle poprawiłyby mu się dużo wcześniej, gdyby lekarze zorientowali się, w czym rzecz.
– A w czym była?
– Winowajcą był lek przeciwbólowy – wyjaśniła. – Ten, który dawali mu przez cały czas, od samej operacji.
– Ach… i to on mieszał mu w wynikach?
– Mhm, i w samopoczuciu. Lekarze domyślili się, że to raczej nie są powikłania pooperacyjne, tylko że przyczyną może być zła tolerancja któregoś z leków. Więc wykluczali na próbę wszystkie po kolei, ale ten, ich zdaniem, był najmniej podejrzany, więc Dan dalej go dostawał, odstawili mu go dopiero na samym końcu, kiedy już brakowało im pomysłów. I wtedy okazało się, że to był wreszcie strzał w dziesiątkę.
– No to całe szczęście! – odetchnęła z ulgą Iza. – Co prawda trudno się nie wkurzyć, że przez jeden źle dobrany lek musiał siedzieć w tym szpitalu tyle czasu ponad normę, ale z drugiej strony trzeba się cieszyć, że to było tylko to. Bo ja już serio się bałam, że z tego wyjdzie coś dużo poważniejszego.
– Ja też – przyznała Marta. – Ciągle o nim myślałam, nawet jak nic ci nie mówiłam, męczyło mnie to strasznie, zwłaszcza kiedy porównywałam go z tą całą Renatą. Ona przecież wyszła ze szpitala zaraz po operacji, a jego trzymali tam jeszcze pełny miesiąc, więc to mi nie wyglądało za dobrze. Byłam już prawie pewna, że to znak jakichś komplikacji, prawdopodobnie przerzutów, które dopiero za jakiś czas wyjdą w badaniach, a to przy osłabieniu Dana byłaby katastrofa… No, ale na szczęście okazało się, że to tylko głupi lek przeciwbólowy, bo jak tylko mu go odstawili i dali w to miejsce inny, od razu poczuł się lepiej.
– Rewelacja – uśmiechnęła się Iza. – Oby teraz szybko się zrehabilitował i wrócił do pełni zdrowia, mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. A powiedz mi jeszcze, a propos tej Renaty… on nadal ma z nią kontakt?
– Ma – skrzywiła się lekko Marta. – Ale tylko telefoniczny, dopiero teraz, jak Dan wyszedł, mają pierwszy raz spotkać się na żywo na mieście. Tylko co z tego? Myślałam, że ona odwiedzi go w szpitalu, kiedy tak strasznie się nudził, teraz to już musztarda po obiedzie.
– No bo przecież była ta grypa i zakaz odwiedzin na oddziale – zauważyła przytomnie Iza.
– Tak, ale potem już zakaz znieśli i można było spokojnie tam wejść, a ona przez dwa tygodnie jakoś się nie pofatygowała. Dan niewiele o tym mówi, a ja nie chcę go dopytywać, ale wyczułam, że było mu przykro. Powiedział coś w stylu, że gdyby to ona została tam na tak długo, on na pewno by ją odwiedzał, a dzwoniłby nawet codziennie, żeby miała z kim pogadać, ale że rozumie, bo może dla niej szpital kojarzy się z traumą. No bez przesady! – prychnęła. – Jaka trauma, jak jej operacja super się udała i szybko stamtąd wyszła? Jeśli ktoś miał mieć traumę, to już prędzej Dan!
– Widzę, że masz do niej żal – zauważyła Iza.
– Oczywiście że tak – wzruszyła ramionami Marta. – Liczyłam, że kiedy mnie nie będzie w Lublinie, ona będzie go odwiedzać, że będzie miał kogoś do towarzystwa na co dzień, nie tylko od czasu do czasu. Ale, jak widać, pomyliłam się. Póki była w szpitalu, sama zabiegała o kontakt z Danem, a jak tylko wyszła, zapomniała o nim prawie całkowicie. No, ale czego się spodziewać po takiej przygodnej znajomości? – wydęła wargi. – A teraz nagle dzwoni do niego i chce się spotkać. Ja bym na jego miejscu kazała jej się wypchać.
– Ale Daniel chyba jej nie kazał? – uśmiechnęła się leciutko Iza.
– Nie, oczywiście że nie. Zgodził się bardzo chętnie i cieszy się z tego, bardzo czeka na to spotkanie. No to niech robi, co chce – znów wzruszyła ramionami z naburmuszoną miną. – Jego sprawa, ja się w to nie będę wtrącać. A zresztą co tam… najważniejsze, że wyszedł i czuje się dobrze – jej twarz przy tych słowach znów w mgnieniu oka się rozpromieniła. – I to jest wiadomość dnia!
– Na pewno to? – zapytała przekornie Iza. – A nie wycieczka motocyklowa z Cédrikiem?
– Okej, i to, i to – zgodziła się po krótkim namyśle Marta. – No co się tak głupio uśmiechasz? Przecież mogą być dwie wiadomości dnia!
***
Kiedy pod kamienicą rozległ się charakterystyczny warkot motocykla, a rozpromieniona Marta wypadła z mieszkania i zbiegła po schodach, Iza z uśmiechem stanęła przy oknie kuchni, by popatrzeć za nią z góry. Co prawda z tej perspektywy nie było widać ulicy bezpośrednio przy wejściu do budynku, a jedynie dalszą jej część schodzącą w dół, jednak zaledwie dwie minuty później znów rozległ się hałas silnika i motocykl z dwiema osobami na pokładzie przejechał tamtędy, nabierając prędkości. Marta była bez kombinezonu, w który miała przebrać się u Cédrica, ów bowiem dopiero dziś rano zdążył go dla niej wypożyczyć i przed wyjazdem za miasto zaprosił ją na chwilę do siebie na drugi koniec Liège, aby przy okazji pokazać jej, jak mieszka.
„No i dobrze” – stwierdziła z satysfakcją Iza, odchodząc od okna, kiedy motocykl zniknął za rogiem ulicy. – „Martusia pojechała poszaleć sobie z wiatrem we włosach, a ja w tym czasie przynajmniej odpocznę trochę mentalnie. A potem może siądę chociaż na godzinkę do licencjatu? Trzeba kuć żelazo póki gorące.”
Rzeczywiście, w ostatnich dniach obie z Martą, czując na plecach ciężar terminów, wpadły w rytm regularnej pracy nad licencjatem i praktycznie codziennie każda z nich spędzała chociaż pół godziny przed laptopem. Wymieniały się w tym bardzo sprawnie, a fakt, że dysponowały jednym komputerem, przez co każda z nich miała do niego ograniczony dostęp, sprawiał, że motywowały się wzajemnie i po otwarciu swoich plików nie traciły czasu, lecz efektywnie poświęcały się pisaniu.
Dla Izy, oprócz wiążącej się z tym satysfakcji i poczucia spełniania obowiązku, była to również kolejna metoda skutecznego zagłuszania myśli poprzez skupianie ich na czymś konkretnym i intelektualnie wymagającym. Podskórnie czuła, że teraz, dopóki jest w Belgii i ma na to czas, powinna napisać jak najwięcej, ponieważ kwiecień i maj mogą być dla niej wyjątkowo ciężkie, a wówczas, przy szybko rozwijających się wiadomych wydarzeniach, prawdopodobnie nie będzie miała ani siły, ani motywacji do pisania. Poza tym z tyłu głowy cały czas miała niewykluczoną przecież a wręcz na poważnie rozważaną perspektywę próbnego stażu w Warszawie, o którym mówił jej Arthur, a ponieważ ów staż miałby odbyć się już w pierwszej połowie maja, musiała również i to brać pod uwagę jako ewentualną przerwę w pracy nad licencjatem.
Zresztą nawet i bez tego kwiecień i maj zapowiadały się niezwykle intensywnie, a jednym z jej głównych zmartwień było logistyczne ustawienie obowiązków tak, by niczego nadmiernie nie zaniedbać. Po powrocie ze stażu obie z Martą będą przecież musiały ponadrabiać materiał z zajęć na kończącym się już powoli trzecim roku studiów, pozaliczać sprawdziany, na których były nieobecne, pouczyć się do kolejnych i w międzyczasie napisać do końca prace oraz przygotować się do obrony. Co prawda to ostatnie zadanie mogły przełożyć na wrzesień, Iza jednak była zdeterminowana, by zrobić to w pierwszym terminie i uwolnić sobie wakacje, bo kto wie, co w tym czasie będzie się działo chociażby w Korytkowie? Tam przecież wydarzenia również nabierały szalonego tempa i bez wątpienia będą mocno absorbować jej myśli i uwagę, sprawa Weroniki przecież dopiero się zaczynała… Poza tym studia studiami, dla niej najważniejsza była praca w Anabelli, a tam zwłaszcza kwiecień zapowiadał się problematycznie i to głównie pod względem logistycznym, pomijając nawet emocjonalnie wyczerpującą sprawę Natalii.
W istocie kwietniowy harmonogram Izy był już teraz bardzo napięty i przewidywał konieczność wzięcia kolejnych dni urlopu, co po miesiącu stażu i wyjeździe w lutym na ferie budziło w niej awansem wyrzuty sumienia. Wielkanoc, która wypadała w połowie miesiąca, sama w sobie zakładała wyjazd do rodziny do Korytkowa, ale przecież zaledwie dwa tygodnie później miał się odbyć ślub Agnieszki i Piotrka, w którego przygotowaniach powinna wszak wziąć przynajmniej symboliczny udział. Ponieważ wydarzenie było zaplanowane na dwudziestego czwartego kwietnia, pojawiała się niewygodna kolizja z Dniem Francuskim w Anabelli, a to oznaczało, że już drugi raz będzie nieobecna na cyklicznej imprezie, której w teorii była gospodynią… drugi raz, bo ten pierwszy wypadał dzisiaj.
Otóż to. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że na dzisiejszym Dniu Francuskim pojawi się Natalia, która w ostatnich tygodniach nie tylko często bywała w Anabelli, lecz przejęła tam też rolę prawej ręki Majka, na pewno jeśli chodzi o obsługę dokumentacji firmy, ale niewątpliwie nie tylko. Być może to właśnie jej szef lokalu powierzy dziś w zastępstwie rolę gospodyni, którą z racji nieobecności Izy będzie mogła pełnić również w kwietniu. A potem… potem nadejdzie maj, ów od dawna zapowiadany maj, kiedy Natalii skończy się umowa, a Majk, obchodzący w tym roku swoje trzydzieste piąte urodziny, będzie chciał pokonać wreszcie swój życiowy pat.
A ona? Czy zdoła to wytrzymać? Może jednak będzie musiała uciec? Skorzystać z oferty Arthura i choć na dwa pierwsze tygodnie maja uciec na ten staż, żeby nie patrzeć… nie widzieć… przynajmniej odrobinę odroczyć czekający ją ból, choć ten i tak był przecież nieuchronny. Tak czy inaczej, patrząc na to z perspektywy czysto organizacyjnej, ewentualny wyjazd na próbny staż do Warszawy wiązałby się z kolejną prośbą o urlop w pracy, to zaś pociągałoby za sobą wizję jeszcze jednej długiej nieobecności w Anabelli i rozczarowania tym Majka, który nadal bardzo na nią liczył. Kto wie zresztą, może właśnie w maju, kiedy będą się ważyć jego sprawy osobiste i to na nie będzie chciał poświęcić jak najwięcej czasu, królowa zaplecza będzie mu w firmie potrzebna bardziej niż kiedykolwiek wcześniej? Czy wówczas, jeśli on poprosi ją o przejęcie z tego powodu większej puli obowiązków, ona będzie w stanie mu odmówić?
Szybko jednak odsunęła od siebie tę myśl. Póki co to były przecież tylko luźne dywagacje, na razie nie chciała aż tak daleko wybiegać myślą w przyszłość, zwłaszcza dziś, kiedy półtora tysiąca kilometrów stąd miał się odbyć jej Dzień Francuski – po raz pierwszy bez niej. Usiadła zatem do licencjatu i z całych sił skupiła uwagę na kontynuowaniu wątku kilku polskich nagrobków na cmentarzu Père Lachaise. Był to już trzeci, najłatwiejszy i najprzyjemniejszy w realizacji rozdział pracy, gdzie po prostu musiała streścić i opisać po kolei zebrane materiały. Kiedy go skończy, zostanie jej tylko konkluzja oraz opracowanie bibliografii, nic więc dziwnego, że z każdym napisanym zdaniem jej zapał do pracy oraz poczucie satysfakcji rosły lawinowo.
Niemniej co za dużo, to niezdrowo, dlatego po około trzech godzinach intensywnej pracy, kiedy skończyła opisywanie trzeciego z pięciu wybranych przykładów, Iza poczuła, że czas na przerwę, zwłaszcza że nastała pora obiadowa, a ona była już głodna. Nie miała jednak weny do gotowania posiłku, więc, jako że na dworze trwała piękna, słoneczna pogoda, zamknęła laptopa, przebrała się i wyszła z domu, ruszając na poszukiwanie jakiejś niedrogiej restauracji, w której mogłaby zjeść lunch. Jak się wkrótce okazało, był to znakomity pomysł. Kiedy kilka przecznic dalej trafiła na przyjemne bistro i z talerzem pełnym przysmaków zasiadła przy niewielkim jednoosobowym stoliku ustawionym tuż przy oknie na ulicę, zrozumiała, że właśnie tego było dziś jej trzeba – spokojnego, smacznego obiadu spożytego w przyjemnym otoczeniu, a jednocześnie w całkowitej samotności.
Jedząc nieśpiesznie, przypatrywała się zatem przechodzącym za oknem ludziom, którzy, podobnie jak widziana tydzień temu Gaëlle, szli w swoją stronę, nie zdając sobie sprawy z tego, że ktoś obserwuje ich zza przyciemnionej, pokrytej reklamowymi napisami szyby. Sprawiało jej to dziś autentyczną przyjemność, koiło nerwy i wyciszało złe myśli, na które przecież jeszcze będzie miała czas. A może to był wyzwalający efekt ucieczki, o którym kilka tygodni temu mówił jej ksiądz Tomasz? Ucieczki, dystansu, odcięcia się od źródła cierpienia w myśl zasady czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal? Możliwe. Teraz nie chciała o tym myśleć, w ogóle nie chciała myśleć o niczym, po prostu patrzyła na przechodniów, delektując się smakiem obiadu z przyjemnym, ostatnio rzadko odczuwanym przekonaniem, że co by się nie wydarzyło, da sobie radę. Że pomimo bólu i trudnej do przewalczenia tęsknoty ostatecznie jakoś to będzie.
Telefon zadzwonił jej w kieszeni, kiedy dojadała resztki z talerza, zastanawiając się, czy francuskim zwyczajem nie zamówić sobie na koniec czarnej kawy. Sięgnęła po aparat i pokiwała z zadowoleniem głową na widok wyświetlającego się na ekranie imienia, które pojawiało się na nim bardzo rzadko, ale które po zapowiedzi Amelii spodziewała się zobaczyć tam w najbliższych dniach. Agnieszka.
„A propos ślubu” – domyśliła się. – „No właśnie!”
Rzeczywiście, Agnieszka dzwoniła w sprawie przygotowań do uroczystości, na której Iza miała być jej świadkiem. Przeprosiwszy ją najpierw gorąco za to, że zawraca jej głowę na zagranicznym stażu, opowiedziała o dotychczasowych etapach, przez jakie oboje z Piotrkiem zdążyli już przebrnąć w iście ekspresowym tempie, jednak ponieważ do wyznaczonej daty pozostał jedynie miesiąc z niewielkim okładem, potrzebowała omówić z nią ogólny plan tego wielkiego dnia i upewnić się, że będzie mogła na nią liczyć.
– Sobota dwudziesty czwarty kwietnia, pamiętam – zapewniła ją ciepło Iza. – Mam to wpisane do kalendarza jako priorytet, więc będę na bank, o to się nie martw, Aguś. Powiedz mi tylko, kiedy powinnam przyjechać do Korytkowa przed imprezą. Mam na myśli to, ile dni wcześniej będziesz potrzebowała mojej pomocy w przygotowaniach – doprecyzowała. – Bo muszę to sobie z góry zaplanować.
– Myślę, że wystarczy, jak przyjedziesz dwa dni wcześniej – odparła po krótkiej chwili zastanowienia Agnieszka. – Czyli w czwartek, tak, żebyśmy miały cały piątek na różne działania, bo ja w sobotę już do niczego nie będę mieć głowy. Ale na Wielkanoc też będziesz w Korytkowie? – upewniła się.
– Będę, oczywiście.
– To dobrze, wtedy pomożesz mi z sukienką, co? Umówiłam się wstępnie w Radzyniu u krawcowej, ma mi w tydzień uszyć coś fajnego, tylko muszę przywieźć jej materiał i wzór, a wtedy ona od razu wzięłaby przymiarki. Chciałabym, żebyś mi doradziła, jaki kolor wziąć i w ogóle… bo śnieżnobiały odpada, tak samo jak welon – zaznaczyła. – Jeśli o to chodzi, z wiadomych względów nie będę się wygłupiać, ale mimo wszystko chciałabym wyglądać ładnie.
– Jasne, Aguś – uśmiechnęła się Iza. – Ty i tak będziesz wyglądać ślicznie, czego byś nie założyła. Oczywiście, bardzo chętnie pojadę z tobą poszukać materiału, a od siebie od razu ci powiem, że widziałabym cię w jakimś ładnym odcieniu écru, najlepiej w takim bardzo jasnym i delikatnym, żeby pasował ci do cery. No, ale o tym pogadamy, jak przyjadę do Korytkowa, postaram się być nie później niż w Wielki Czwartek… Kurczę, czy ja dobrze liczę, że to będzie już za niecałe trzy tygodnie? – uświadomiła sobie ze zdziwieniem. – Ależ ten czas leci!
– No właśnie leci jak szalony! – podchwyciła żywo Agnieszka. – I tak, jak wiesz, nie planujemy wielkiej imprezy, z tym kompletnie byśmy się nie wyrobili, a poza tym wcale nam na tym nie zależy. Zrobimy tylko małe przyjęcie dla kilkunastu osób w domu u moich rodziców, tam jest więcej miejsca niż u mnie, już to ustaliłam z mamą.
– U twoich rodziców? – zdziwiła się Iza. – Myślałam, że w naszej nowej hali… Przecież nie musiałoby być u ciebie, tylko na parterze, tam, gdzie ma być restauracja.
– Nie, tam nie – odparła stanowczo Agnieszka. – Amelia i Robert proponowali mi, że możemy zrobić tam przyjęcie, ale ja nie chcę po raz kolejny korzystać z ich uprzejmości, już i tak mam dług wdzięczności, którego chyba nigdy nie spłacę. Poza tym Piotrek mówi, że póki lokal nie jest jeszcze wykończony, lepiej nie wpuszczać tam ludzi z zewnątrz, nawet z najbliższej rodziny, po co mają oglądać to wszystko i potem rozpowiadać, że to będzie restauracja? Krzemińscy i tak pewnie już to wiedzą, działalność szpiegowska w Korytkowie nie ma przecież sobie równych, ale po co kusić los?
Iza pokiwała głową z przekąsem.
– No tak, tu akurat Piotrek ma rację. Chociaż są rzeczy, które nawet korytkowskim szpiegom się nie śniły… Okej, zrobicie tak, jak będziecie uważali za stosowne – podkreśliła. – To przecież wasz dzień i wasza uroczystość, więc ważne, żebyście oboje pod każdym względem czuli się komfortowo.
– I tak nie będziemy do końca – odparła z przekąsem Agnieszka. – Imprezy z rodziną to nie jest to, co uwielbiam najbardziej, ale co zrobić? Wypada zaprosić rodziców moich i Piotrka przynajmniej na mały obiad z deserem. Na szczęście poza nimi będą sami przyjaciele – dodała weselszym tonem. – Czyli wasza rodzinka, Szymek… no, Szymek też należy do rodziny, ale to co innego… a do tego zdecydowałam się zaprosić Zosię i Werkę. W końcu razem pracujemy, widzimy się codziennie, siłą rzeczy mocno się z nimi zżyłam. Z kolei Piotrek zaprosił już Wojtka i Konrada, to jego najbliżsi kumple. Więc razem z Klarcią i Pepikiem robi nam się już kilkanaście osób.
– Faktycznie – przyznała Iza, mimo woli zastanawiając się, czy Weronika, o której sytuacji Agnieszka najwyraźniej jeszcze nic nie wiedziała, przyjmie zaproszenie. – Ale to zawsze tak jest, Aga. Niby zaprasza się tylko minimum, a tu okazuje się, że nawet to minimum ledwo się na chacie pomieści. To nic, damy radę, we wszystkim ci pomogę, myślę, że Mela też. A powiedz mi, jak tam Piotrek? – zagadnęła ciepło. – Pewnie jak zwykle mocno cię wspiera w tym całym zamieszaniu, prawda?
– Tak… jest cudowny – w głosie Agnieszki zabrzmiała nuta czułości i wzruszenia. – Właściwie to on wszystko załatwia, ja mam tylko zająć się swoim strojem i poczęstunkiem. Wziął na siebie wszystkie papiery, zabiera mnie tylko do Radzynia, jak trzeba coś podpisać, a wtedy jadę na gotowe i w ogóle nie muszę się tym przejmować. Poza tym cały czas pracuje u Roberta, a kiedy tylko może, pomaga mi przy Pepusiu i codziennie co najmniej przez godzinę robi z nim wszystkie zalecane ćwiczenia na nóżkę.
– Super – pokiwała z uznaniem głową Iza. – To też jest dla ciebie bardzo duża pomoc.
– Przeogromna! Ale jeszcze ważniejsze jest dla mnie to, jaki genialny moi chłopcy mają ze sobą kontakt, wiesz? Czasem celowo staję pod drzwiami, kiedy ćwiczą, i podsłuchuję, jak sobie gadają, jak Pepcio nazywa Piotrka tatą i jak on się z tego cieszy… i nieraz łzy mi lecą z oczu, po prostu nie mogę tego zatrzymać – głos zadrżał jej lekko. – Od razu przypomina mi się tamten straszny czas, kiedy wracałam do Korytkowa z niechcianym brzuchem i wydawało mi się, że już nic dobrego w życiu mnie nie czeka. A dzisiaj, kiedy mam ich obu… ech! W najodważniejszych marzeniach bym sobie takiego szczęścia nie wyśniła.
– I niech ono trwa już na zawsze – dodała ze wzruszeniem Iza. – Bardzo się cieszę, że tak ci się to wszystko szczęśliwie ułożyło, Aguś. Piotrek to dla ciebie prawdziwy dar z nieba, ale i on przecież stratny nie jest. Szykuje się już do przeprowadzki?
– Tak, składa właśnie u mnie w mieszkaniu szafę na wymiar, będzie trzymał tam swoje rzeczy. W pokoju Pepusia – podkreśliła już całkowicie rzeczowym głosem Agnieszka. – Powiedział, że nie chce ingerować w moje umeblowanie w salonie, bo jest piękne i przemyślane w każdym detalu, dlatego dołączy do Pepika i zrobią sobie razem męski pokój. To ma być tylko na parę lat, powoli spróbujemy zbudować ten dom pod lasem… bo podpisał już wstępną umowę kupna działki z tym Zawisławskim z Suchej, wiesz?
Na dźwięk tego nazwiska przed oczami Izy jak na zawołanie stanęła twarz matki z czasów, gdy jeszcze była zdrowa. Uśmiechnęła się do siebie z melancholią.
– O, to szybko – zauważyła. – Chociaż dziwię się, że w tym ukropie jeszcze i tym miał czas się zajmować.
– Ja też mu to mówiłam – przyznała z rozbawieniem Agnieszka. – Sugerowałam, żeby na razie odpuścił, przecież nie pali się, mamy gdzie mieszkać, więc żeby zajął się tym dopiero od maja, jak już załatwimy te wszystkie ślubne formalności. Ale weź mu to wytłumacz, on jest teraz nie do zatrzymania! – zaśmiała się, a w śmiechu tym rozbrzmiała tak czysta i radosna nuta, że Iza nie mogła się nie uśmiechnąć. – Powiedział mi, że musi kuć żelazo, póki gorące, bo jak zacznie zwlekać, to facet jeszcze się rozmyśli i nie sprzeda mu ziemi. No, może i trochę racja, zwłaszcza że ta działka faktycznie byłaby dla nas idealna i oboje już się mocno nastawiliśmy, że będziemy się budować właśnie tam. Chodzimy tam czasem z Pepciem na spacery… teraz śnieg już zszedł i robi się coraz ładniejsza pogoda, więc nawet nie ma już błota… i powiem ci, że powoli zaczynam przywiązywać się do tego miejsca. Formalnie ono jeszcze nie jest nasze, ale sercem już prawie tam mieszkamy i oboje bardzo byśmy się rozczarowali, gdyby ten plan się nie udał.
– Uda się, jestem pewna, że się uda – zapewniła ją z przekonaniem Iza, przyglądając się przez okno bistro kolejnym przechodzącym ludziom. – A Piotrek ma rację, że kuje to żelazo, różne rzeczy przecież w życiu się zdarzają. Skoro umowę przedwstępną ma już podpisaną, to teraz tylko pozostanie pomartwić się o pieniądze na kupno i działka będzie wasza.
– No, jeśli chodzi o samą działkę, pieniądze to nie problem – odparła Agnieszka. – Piotrek wpłacił Zawisławskiemu zadatek z własnych oszczędności, a za resztę, jak po ślubie będziemy dopinać transakcję, umówiliśmy się, że zapłacę ja. Dostałam już odszkodowanie za wypadek, więc to nie będzie problem, za dwa, najdalej trzy miesiące ziemia powinna być nasza. Gorzej z finansami będzie potem, jak zaczniemy stawiać dom, ale na to też powoli sobie nazbieramy. To jest przecież cel na ładnych kilka lat.
– Dokładnie – zgodziła się Iza, która na wzmiankę o odszkodowaniu natychmiast przypomniała sobie prośbę Zbyszka. – I do tego to będzie dla was wielka satysfakcja.
– Tak jest. A wracając do tej naszej imprezy, Iza… mam pytanie. Jak myślisz, powinnam zaprosić na poczęstunek też Dorotę?
– Hmm – zastanowiła się. – Nie wiem, Aguś. To zależy, w jak bliskich relacjach jesteście, to w końcu bliska przyjaciółka Meli, ale nie twoja, prawda? Moim zdaniem, nie musisz, chociaż oczywiście możesz… byleby to było zgodne z twoim przekonaniem, a nie robione na przykład po to, żeby sprawić przyjemność Meli.
– Nie, to nie o to chodzi – odparła Agnieszka. – Po prostu przyjęłam zasadę, że zapraszam dziewczyny ze sklepu, Zośka i Werka to moje najbliższe współpracownice, więc tu nie mam wątpliwości, ale Dorota też u nas często bywa i czasem pomaga mi w opiece nad Pepusiem. Niby robi to przy okazji, jak pilnuje Klary, ale jednak w jakimś sensie jest częścią naszego sklepowego zespołu… naszej małej sklepowej rodziny – poprawiła się, a po barwie jej głosu czuć było, że się uśmiecha. – Więc zastanawiam się, czy i jej nie zaprosić, nie chciałabym, żeby było jej przykro. Ona zawsze jest dla mnie miła i życzliwa, pamiętam, jak broniła mnie razem z Amelią, kiedy po tym koszmarnym powrocie z Warszawy korytkowskie jędze wzięły mnie na języki. Takich rzeczy się nie zapomina.
– A, jeśli tak, to jak najbardziej ją zaproś – odparła stanowczo Iza. – To przecież tylko jedna dodatkowa osoba, jej będzie miło, a ty nie będziesz potem miała wyrzutów sumienia. Zwłaszcza że Zosię i Weronikę zapraszasz z klucza zawodowego, a Dorotka częściowo to też klucz prywatny.
– Masz rację – ucieszyła się Agnieszka. – Dzięki, Izunia, właśnie takich kilku słów podsumowania trzeba mi było, na ciebie zawsze można liczyć, nawet w takich niby drobnych ale przecież ważnych sprawach. Zosię już zaprosiłam, jest zachwycona i obiecała, że zrobi dla mnie w prezencie coś super fajnego… hmm, ciekawe, czy to będzie na przykład torebka? – zastanowiła się i roześmiały się obie. – A Werkę dopiero zaproszę, bo w tamtym tygodniu jej nie było. Podobno jest chora, ale w poniedziałek już powinna wrócić, więc jak przy okazji zaproszę też Dorotę, to nawet nie będzie wyglądało, że jakoś szczególnie się nad nią zastanawiałam, nie?
– Aha – przyznała Iza. – Właśnie to będzie wyglądało bardzo naturalnie, jak zaprosisz je obie tego samego dnia.
„O ile Wera w ogóle przyjmie zaproszenie” – pomyślała z przekąsem. – „Bo na jej miejscu to nie wiem, czy miałabym ochotę na chodzenie po imprezach… no, ale miejmy nadzieję, że do dwudziestego czwartego kwietnia sytuacja już się wyklaruje.”
– No to super, tak zrobię – podsumowała z satysfakcją Agnieszka. – I czekaj, chyba coś jeszcze miałam ci powiedzieć… aha, właśnie! Masz pozdrowienia od Beaty i Emilii.
– O, dziękuję – uśmiechnęła się Iza, podnosząc się powoli z krzesła, by odnieść pusty talerz. – Widziałaś się z nimi?
– Nie, rozmawiałam tylko z Emi przez telefon. Zadzwoniłam, żeby poinformować je o dacie ślubu i przy okazji przeprosić, że nie robię na tyle dużego wesela, żeby zaprosić i je… no cóż, po prostu nie ten format. Na szczęście one się o to nie gniewają, rozumieją, że chcę zrobić tylko małe przyjęcie w kameralnym gronie, za to z wielką chęcią przyjadą na ślub do kościoła. Pewnie nie będzie wtedy za dużo czasu, żeby pogadać, ale przynajmniej się zobaczymy, a potem, gdzieś w wakacje, może umówimy się we cztery u mnie? Na pewno zadbam o to, żeby kontakt z nimi się nie urwał, to są takie fajne dziewczyny… No, ale wystarczy już tych wieści z Polski – podsumowała stanowczo. – Teraz ja, skoro już dzwonię do ciebie i zawracam ci głowę, chciałabym posłuchać trochę o tej twojej Belgii. Jak tam staż? Dużo macie pracy?
– Zaraz wszystko ci opowiem, Aguś – obiecała jej Iza, która właśnie odniosła talerz i przystanęła przed barem bistro, by przestudiować wypisane na ścianie menu. – Tylko poczekaj parę sekund, zamówię sobie kawę, dobrze?
– Zamówisz? – zdziwiła się Agnieszka. – To gdzie ty jesteś?
– W knajpie, właśnie zjadłam obiad i mam ochotę na małe espresso na deser… Poczekasz chwilkę na linii? Zaraz do ciebie wracam.
***
– Sorry, Iza – wymamrotała zaspana jeszcze Marta, wchodząc do kuchni, gdzie na stole czekało już na nią przygotowane przez Izę śniadanie. – Kurczę, nie miałam pojęcia, że już jest tak późno…
– Siadaj i nie gadaj! – przerwała jej wesoło Iza. – A raczej gadaj, musisz opowiedzieć mi, jak było wczoraj, ale to zaraz. Najpierw siadaj i jedz. Kawa czy kakao?
Marta potarła dłonią zaspane oczy i posłusznie opadła na krzesło.
– Kawa, oczywiście że kawa – odparła z półprzytomną miną. – Dzięki, Iza… i przepraszam, że wczoraj zjechałam tak późno, mam nadzieję, że cię nie obudziłam?
– Niestety nie – zażartowała Iza, stawiając przed nią kubek i napełniając go świeżo zaparzoną kawą, której porcję nalała też dla siebie. – A powinnaś była, bo ciekawiło mnie bardzo, jak ci poszedł ten motocyklowy wypad z Cédrikiem. Tamtym razem udało mi się nie zasnąć do twojego powrotu, więc miałam relację na gorąco, ale wczoraj cóż… po ciężkim sobotnim odpoczynku padłam jak mucha i zbudziłam się dopiero o piątej rano. A i to tylko przez to, że chrapałaś jak lokomotywa!
– Chrapałam? – zaniepokoiła się Marta.
– Aha. Zwykle to ci się nie zdarza, no, raz może słyszałam, ale to był drobiazg w porównaniu z tym, jak nadawałaś dzisiaj rano! – zaśmiała się. – Byłaś lepsza od budzika! Ale spoko, nie przejmuj się – dodała łagodnie, widząc jej niepocieszoną minę. – Byłam już wyspana, a dzięki temu wstałam na tyle wcześnie, że zdążyłam pójść na siódmą do kościoła, a potem jeszcze zrobić śniadanie. Na co masz ochotę? Buła z masłem i dżemem czy płatki? A może po polsku, kanapka z serem i wędliną?
Marta uśmiechnęła się blado, znów przecierając oczy i przeciągając się szeroko na krześle, po czym sięgnęła po kubek z kawą i z przyjemnością zanurzyła w nim usta.
– Poczekaj, daj mi najpierw napić się trochę kawy – mruknęła. – Przede wszystkim muszę się obudzić.
Iza pokiwała głową z lekkim uśmiechem, sama zabierając się za smarowanie sobie bagietki masłem i miodem. Zmęczenie i niedospanie Marty, a także wykazywane przez nią oznaki nienajlepszego humoru były jej bardzo na rękę. Mimo że sama z wierzchu celowo sprawiała wrażenie, że kipi energią i pozytywnym nastawieniem do świata, w rzeczywistości była to tylko gra mająca na celu ukrycie przed koleżanką męczących ją od wielu dni rozterek duszy, a także stresu, jaki odczuwała przed dzisiejszym obiadem w Bressoux. Obawiała się bowiem, że Ania znów uraczy ją jakimiś nowymi rewelacjami zasłyszanymi od Lodzi lub Justyny, zwłaszcza że wczoraj był ten Dzień Francuski… Co prawda miała nadzieję, że przepływ informacji nie będzie tak szybki, żeby do Ani zdążył dotrzeć raport z wczorajszej nocy, ale kto wie? Jeśli na Dniu Francuskim w Anabelli stało się coś spektakularnego z Natalią i Majkiem w rolach głównych, a do tego ktoś z paczki przyjaciół był na miejscu, to taka wiadomość rozniesie się zapewne lotem błyskawicy, a wówczas opcja, że już dziś dotrze do Ani, a tą drogą również do niej samej, była bardzo prawdopodobna.
Od piątkowej wymiany smsów Majk milczał, co oczywiście było całkowicie normalne, ona jednak nie umiała utrzymać na wodzach wyobraźni, która niemal bez przerwy podsuwała jej przed oczy męczące obrazy. Rozumiejąc doskonale, że generowała je zazdrość, której igłę czuła w sercu czasem bardziej, czasem mniej dokuczliwie ale praktycznie bez przerwy, starała się metodycznie odpychać je od siebie i jak najbardziej je racjonalizować. To jednak pomagało tylko częściowo. Momentami sama już nie mogła się zdecydować, czy lepiej być tutaj i nie wiedzieć, co obecnie dzieje się tam, w Lublinie, czy jednak korzystniej byłoby być tam i widzieć to na własne oczy. Wszak w obu przypadkach i tak cierpiała, tyle że w tym pierwszym bardziej z powodu wyobrażeń, podczas gdy w drugim byłoby to przynajmniej cierpienie oparte na faktach.
A wyobraźnia w istocie była bezlitosna. Wczoraj, kiedy Iza leżała już w łóżku i czekała na powrót Marty, natłok potencjalnych obrazów z trwającego w Lublinie Dnia Francuskiego udręczył ją aż do łez, chociaż nie miała żadnych dowodów na to, że w jakimkolwiek stopniu owe wizje były zgodne z rzeczywistością. A jednak były tak realne… tak szczegółowe… jakby widziała je na żywo! Widziała piękną kobiecą postać ubraną w długą łososiową suknię wieczorową… widziała ją w tańcu w ramionach Majka, z dłonią spoczywającą na jego ramieniu, pobłyskującą wypielęgnowanymi paznokciami pokrytymi lakierem dobranym idealnie do odcienia sukni… widziała jego rozanieloną twarz i prześlizgujące się po niej biało-czerwono-niebieskie błyski lamp dyskotekowych, które na Dzień Francuski Antek i Chudy ustawiali tylko w tych trzech kolorach… Oraz słyszała muzykę. To był tamten nieznany jej wcześniej utwór, usłyszany po raz pierwszy dwa miesiące temu.
Tu es ma femme… Je suis à toi…
Utwór, który wówczas wycisnął jej z oczu łzy i postawił w niezręcznej sytuacji, przez co potem musiała karkołomnie się tłumaczyć. Radosna, pozytywna piosenka o szczęściu w miłości, lecz dla niej paradoksalnie będąca symbolem cierpienia, zazdrości i bolesnego niespełnienia… Dlaczego to ją tak prześladowało? Może to było irracjonalne, ale prawie nie miała wątpliwości, że ów znaczący utwór wybrzmiał właśnie wczoraj – i że Majk kazał go zagrać dla tamtej. Dla swojej Anabelli.
Po tej nocnej wizji, tak plastycznej, jakby rozgrywała się przed jej oczami w realnym podglądzie na żywo, Iza długo płakała w poduszkę, próbując wyrzucić z siebie tłumione emocje i rozładować napięcie, od którego serce ściskało się na kamień. Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, jakie to było głupie, rozum podpowiadał jej stanowczo, że to przecież tylko wyobraźnia… lecz co z tego? To było silniejsze od niej. Znów wystarczył jeden dzień milczenia Majka, a owa nieszczęsna wyobraźnia dostawała szału, interpretując chwilową ciszę na fali jako sygnał, że o niej zapomniał… że ma na głowie ważniejsze sprawy… że kiedy konsumuje swoje okruszki szczęścia (a kto wie, może i cały kawałek tortu?), nie może przecież rozdrabniać się na myślenie o innych sprawach… zwłaszcza o przyjaciółce, która była gdzieś daleko, w Belgii, czyli prawie tak, jakby nie istniała.
Walka z ciężkimi myślami i wizjami wymęczyła ją do tego stopnia, że około północy, jeszcze przed powrotem Marty z przejażdżki motocyklowej zasnęła twardym snem, mimo że, niespokojna z powodu nieobecności koleżanki o tak późnej porze, obiecywała sobie na nią poczekać. Ku jej uldze, kiedy obudziła się wczesnym rankiem, Marta chrapała sobie smacznie na sąsiednim łóżku i na szczęście spała tak mocno, że nie obudził jej żaden z hałasów, jakie Iza niechcący powodowała podczas porannej krzątaniny przy wybieraniu się do kościoła. Z racji planu wyjazdu na obiad do Bressoux chciała udać się na mszę rano, nie tylko w ramach niedzielnego obowiązku, ale i z głębokiej potrzeby cierpiącego serca, by po raz kolejny zrobić to, co polecał jej ksiądz Tomasz – oddać swoją trudną sprawę Najwyższemu.
Niestety wizyta w kościele nie przyniosła jej dziś ulgi, a wręcz rozogniła noszone w duszy rany, bezlitośnie przypominając słowa księdza o konieczności ucieczki z beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znalazła, i szukania ukojenia z dala od źródła cierpienia. Bo czy to możliwe, że owym źródłem był Majk? Ukochany, jedyny, dla niej zawsze taki dobry i wyrozumiały, gotowy do pomocy w trudnych chwilach, czasem sam jej potrzebujący… Majk, którego jedno słowo, ba, sam dźwięk jego głosu potrafiły w ułamku sekundy ukoić każdy ból i przywrócić jej sens życia… Majk, którego jeden uśmiech rozświetlał jej świat aż po horyzont, a jeden dotyk wynosił jej duszę do gwiazd… A jednak.
Wpatrzona w ołtarz i zawieszoną nad nim czerwoną lampkę wieczystą dziś znów czuła ten sam niepokój, jaki przepełniał jej serce tuż po rozmowie z Arthurem. Czy tego właśnie chciał od niej Bóg? Czy właśnie to podpowiadał jej w swej nieskończonej dobroci, aby oszczędzić jej cierpienia? Czy było to rozwiązanie, którego kazał jej szukać ojciec, wysyłając ją na rozmowę do księdza Tomasza? I wreszcie – czy to, co wczoraj widziała w wyobraźni, było kolejnym znakiem, że nie tędy droga i że jednak powinna uciec od Majka? Oczywiście uciec tak, by bolało tylko ją, by on ucierpiał na tym jak najmniej, bez całkowitego palenia mostów, z zachowaniem jego przyjaźni – ale jednak uciec?
Po powrocie z kościoła, nie mogąc usiedzieć na miejscu, zajęła się przygotowywaniem śniadania w oczekiwaniu na przebudzenie się Marty. Stres związany z antycypowaną wizją tego, czego dziś może dowiedzieć się od Ani, choć irracjonalny, wciąż nie chciał jej opuścić, dlatego jedynym sposobem walki z nim wydało jej się skupienie uwagi na czymś innym. O Michale, Weronice i Alinie nie miała już ochoty myśleć, ten tłuczony z Amelią od pół tygodnia temat odpychał ją i budził niechęć, natomiast znakomitą odskocznią psychiczną mogło być założenie na twarz pogodnej, wręcz wesołej maski i wysłuchanie relacji Marty z wczorajszego spotkania z Cédrikiem. Kiedy zatem ta około dziesiątej wreszcie zwlekła się z łóżka, malujące się na jej obliczu zmęczenie i podminowanie paradoksalnie usatysfakcjonowały Izę, były bowiem obiecującą zapowiedzią interesującej opowieści, która miała wielkie szanse skutecznie odciągnąć jej uwagę od własnych problemów.
– No dobra, już – oznajmiła nieco przytomniejszym głosem Marta, wypiwszy duszkiem niemal cały kubek kawy. – Odpowiadając na twoje pytanie, chyba zjem tylko trochę płatków z mlekiem. Jakoś nie mam apetytu.
Iza natychmiast poderwała się z miejsca, sięgnęła po płatki kukurydziane, których porcję nasypała do porcelanowej miseczki, i postawiła ją przed Martą wraz z butelką mleka.
– No to proszę, zalej je sobie – powiedziała. – I mów, co tam się wczoraj działo? Masz podejrzanie niewyraźną minę i zastanawiam się, czy to tylko z niedospania, czy z jakiegoś innego powodu.
– I z tego, i z tego – odparła ponuro Marta, posłusznie odkręcając butelkę i zalewając sobie płatki mlekiem. – Sama nie wiem, co mam o tym myśleć, Iza… i chyba sama już nie wiem, czego tak naprawdę chcę.
– Mówisz o Cédricu?
– Mhm. To wszystko jest takie powalone, że wymiękam. Miałaś kiedyś tak, że stałaś okrakiem na skrzyżowaniu i nie wiedziałaś, w jaką stronę pójść?
– Bardzo często – uśmiechnęła się Iza. – To chyba w życiu normalne. Swoją drogą piękna metafora, Martuś, i jestem bardzo ciekawa, co cię do niej skłoniło. Co wyście tam wczoraj wyprawiali?
– W sumie niewiele – wzruszyła ramionami Marta, pochylając się nad miską z płatkami i z wyraźną niechęcią podnosząc porcję do ust. – Ale pewna granica została przekroczona i to jest właśnie najgorsze, bo teraz serio nie wiem, w jaką stronę pójść.
– Jaka granica?
– Jako ciotka-przyzwoitka nie będziesz ze mnie zadowolona – uśmiechnęła się blado. – Ale tylko do pewnego stopnia, ogólnie możesz być ze mnie dumna, bo nie poszłam na całość. Pozwoliłam mu się tylko pocałować.
– Aha – mruknęła Iza, podnosząc do ust swoją kawę. – I jak? Fajnie było?
– Cudownie! – westchnęła z rozmarzeniem Marta, odkładając łyżkę. – Cały dzień jeździliśmy na Harleyu, już samo to wystarczyłoby mi do szczęścia, ale na koniec czekał mnie jeszcze ten deser… i to zupełnie niespodziewanie, wiesz?
– Mhm, jasne – uśmiechnęła się z przekąsem Iza. – Przecież nikt by się tego nie spodziewał.
– Mówię serio. Przez całą wycieczkę Cédric zachowywał się bardzo neutralnie, z niczym nie wyskakiwał, po prostu jeździliśmy i razem sprawdzaliśmy osiągi motocykla. Nauczyłam się przy tym mnóstwo francuskiego słownictwa technicznego – zaznaczyła. – I co ciekawe, wszystko pamiętam.
– To efekt pasji – stwierdziła Iza. – Ja też to mam. Jak coś cię naprawdę interesuje, to chłoniesz to jak dziecko.
– No. To było dla mnie super kształcące, a jednocześnie takie przyjemne… dawno już nie czułam się tak komfortowo. Byłam bardzo wdzięczna Cédricowi, że nie sypie mi żadnych aluzji, tak jak kiedyś Radek czy Patryk, tylko zachowuje się normalnie. W każdym razie pojeździliśmy prawie cały dzień po różnych drogach, autostradach, nawet przejeżdżaliśmy przez jakiś park krajobrazowy nie po asfalcie, tylko po terenie. Harley na każdej nawierzchni jest genialny. Potem coś zjedliśmy i na koniec pojechaliśmy do niego do domu, bo musiałam z powrotem przebrać się z kombinezonu w moje ciuchy, nie?
Spojrzała na nią znacząco, znów ujmując w dłoń łyżkę i powoli, jakby z oporem nabierając na nią porcję płatków, mocno już rozmoczonych w mleku.
– I wtedy poszły konie po betonie? – domyśliła się Iza.
– Aha. Chociaż nie do końca – zaznaczyła Marta, podnosząc w górę palec. – Kiedy się przebrałam, Cédric zaprosił mnie jeszcze na lampkę wina. Sam pił tylko wodę, bo obiecał, że odwiezie mnie autem do domu, ale chciał mi dać skosztować jakieś ekskluzywne wino, które dostał od swojego ojca. Rocznik tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć.
– O! – zainteresowała się natychmiast Iza, mimo woli wspominając wciąż leżące u niej w szafie butelki markowego wina od Krawczyka. – Tego jednego to ci zazdroszczę! Wycieczek na motocyklu i sprawdzania osiągów ani trochę, ale tego winka bardzo. I co? Pewnie było pyszne?
– Mhm, dobre, chociaż jak dla mnie trochę zbyt wytrawne – skrzywiła się lekko Marta, wkładając do ust porcję płatków. – Ja wolę takie słodsze. Ale to nie o to chodzi, Iza.
– No wiem, wiem. Nie o winie chciałaś mówić, tylko o Cédricu. Poczęstował cię winem, wychyliliście toast i wtedy cię pocałował?
– Po jakimś czasie – sprostowała Marta. – Siedzieliśmy razem na kanapie… a dom ma piękny, mówię ci! Luksus po prostu. Siedzieliśmy i oglądaliśmy jego zdjęcia z podróży, ma całą półkę albumów i pokazywał mi je wszystkie po kolei. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy zrobiło się późno, dopiero jak była prawie północ, zorientowałam się, że muszę wracać na chatę. Ale on nie pozwolił mi wstać z tej kanapy… przytrzymał mnie, przytulił… i pocałował…
Znów odłożyła łyżkę, zapatrując się rozmarzonym wzrokiem w białe obłoczki za oknem, i w kuchni zapadła cisza, której Iza tym razem nie miała zamiaru przerywać. Choć nie zazdrościła Marcie przygody z Cédrikiem, a wręcz niepokoiła się o to, by przyjaciółka znów, tak świeżo po porażce z Patrykiem, nie wpakowała się w jakieś niepotrzebne kłopoty sercowe, ton jej głosu i blask oczu, kiedy o tym mówiła, sprawił, że i jej serce zadrżało delikatnie, tknięte nagłą igiełką melancholii. Przez głowę przebiegła jej myśl, jak ubogie było pod tym względem jej własne życie, zdominowane marzeniami, a właściwie złudzeniami i ciągłym beznadziejnym oczekiwaniem nie wiadomo na co… A może to Marta miała rację, że na swój sposób korzystała z życia? Przystojny, szarmancki Cédric niewątpliwie potrafił rozpalać kobiece zmysły, a choć ona, Iza, nie była ani trochę wrażliwa na jego urok, sama atmosfera, której echo wybrzmiało w opowieści Marty, poruszyła jakąś smętną nutę w jej duszy, budząc niewypowiedzianą słowami tęsknotę. Co ciekawe, nie była to nawet konkretna tęsknota za Majkiem, choć to jego bliskości i dotyku pragnęła na wyłączność… była to tęsknota za czymś nieokreślonym, dotąd chyba jeszcze nigdy niezaznanym… a może zaznanym tylko przelotnie, przez krótki ułamek sekundy gdzieś w przeszłości?
– Wiem, co powie moja ciotka-przyzwoitka – ciągnęła z mieszaniną pobłażania i zażenowania Marta. – Że poległam, że nie dałam rady, że nie umiałam się powstrzymać… wszystko to prawda, ale tylko na tym jednym etapie, bo, jak się domyślasz, mogłam w tym szaleństwie pójść o wiele dalej.
– Domyślam się – przyznała Iza. – Ale nie poszłaś.
– Nie poszłam – westchnęła, znów z oporem wracając do jedzenia rozmoczonych w mleku płatków. – I teraz trochę tego żałuję… a właściwie to żałuję przede wszystkim tego, że to się zatrzymało w takim głupim i niejednoznacznym miejscu.
– Czyli?
– No, że wylądowałam w takim beznadziejnym rozkroku… niedosłownie oczywiście – zaznaczyła i obie parsknęły śmiechem, po czym Marta znowu spoważniała. – Chodzi o to, że albo mogłam nie pakować się w te pocałunki… bo ich było więcej niż jeden… – wyjaśniła z zakłopotaniem – nie pakować się i zostać z nim na takiej zwykłej kumpelskiej stopie, jak od początku chciałam… albo olać to i pójść dalej, na całego, bez hamulców. Rozumiesz? Wszystko albo nic. A teraz tak się głupio zrobiło… i tak jakoś dziwnie… że przy następnym spotkaniu nawet nie wiem, jak mam się zachować.
– Pociesz się, że on będzie miał ten sam problem – zauważyła stoicko Iza. – To jest sytuacja całkowicie symetryczna.
– To prawda – zgodziła się Marta. – W tym sensie pociesza mnie też to, że za dziesięć dni już stąd wyjeżdżamy, więc jak będę chciała zerwać kontakt, to mogę to zrobić bez problemu, on też. Ale to nie zmienia faktu, że po wczorajszym mam strasznego kaca moralnego.
– Bo zgodziłaś się na pocałunki?
– Na pocałunki bez dalszego ciągu – podkreśliła Marta, odwracając oczy, jakby z zawstydzeniem. – Bo gdybym odmówiła całkowicie… w sensie uciekłabym z tej kanapy i nie pozwoliła na nic, to przynajmniej sprawa byłaby jasna. Ale ja nie tylko na to pozwoliłam, ale też się w to zaangażowałam, do pewnego momentu kompletnie puściły mi hamulce i to było… przecudowne… – znów westchnęła z rozmarzeniem. – Więc on miał podstawy, żeby myśleć, że zgadzam się na więcej… że tego chcę… A wtedy ja nagle pomyślałam: Boże, co ja robię? Chyba oszalałam! I co na to powie Iza?! Właściwie to ostatnie było dla mnie najbardziej trzeźwiące. Co na to powie Iza.
– Aha, jasne, zwalaj całą winę na mnie – pokiwała z pobłażaniem głową Iza.
– Nie zwalam, no co ty – Marta spojrzała na nią z wyrzutem. – Wręcz przeciwnie, to z mojej strony komplement dla ciebie, bo naprawdę to, co kładziesz mi do głowy od pół roku, wryło mi się w psychę i uważam, że masz w tym dużo racji. Miałaś ją w przypadku i Radka, i Patryka, więc dlaczego miałabyś jej nie mieć i tym razem?
– No… akurat tym razem nie pchałam się do dawania ci rad – zauważyła przytomnie Iza. – To ty sama poprosiłaś mnie, żebym cię pilnowała. Zresztą nawet nie miałam okazji robić tego aktywnie, bo przy kluczowych akcjach jeszcze ani razu mnie nie było.
– Nie było cię, ale jakbyś była – zapewniła ją Marta. – Ty nawet nie wiesz, jaki masz wpływ na ludzi, Izka! Niby oficjalnie nie muszę się ciebie słuchać, nie odpowiadam przed tobą ani nic, ale sama myśl o tym, co powiesz na moje ekscesy, zapala mi czerwoną lampkę w głowie. A to akurat jest dobre – zaznaczyła, celując w nią łyżką od płatków. – Po tym, jak dwa razy ostrzegałaś mnie, żebym nie śpieszyła się z… no, ze sprawami łóżkowymi, jak zwał, tak zwał… najpierw z Radkiem, a potem z Patrykiem, i ostatecznie w obu przypadkach okazało się, że miałaś rację, to już trudno mi od tego abstrahować. Fakt, kiedy opowiedziałam ci o Patryku, to już była musztarda po obiedzie, więc zebrałam od ciebie tylko ochrzan, za to z Radkiem ostrzegałaś mnie odpowiednio wcześnie, a ja i tak nie posłuchałam. I potem cholernie tego żałowałam, zwłaszcza za drugim razem, po Patryku. Tamten opieprz, który walnęłaś mi we wrześniu, wbrew pozorom poszedł mi w pięty… oczywiście wtedy jeszcze nie miałam zamiaru cię słuchać, byłam śmiertelnie zakochana w tym gnojku i rozum miałam odłączony, ale po weselu Kini nieraz sobie to przypominałam i plułam sobie w brodę, że nie posłuchałam cię w porę. Bo ty za każdym razem powtarzałaś mi to samo. Coś w stylu: Marta, poczekaj, nie tak szybko. Do czego tak pędzisz? Jak kocha, to i on poczeka, nic mu się nie stanie, a ty w ten sposób sprawdzisz, czy w ogóle warto. I to mi tak zapadło w mózg, że po tej porażce z Patrykiem, kiedy wyłam nocami w poduszkę, przysięgałam sobie, że następnym razem cię posłucham… że zastosuję się do tej twojej mądrej rady, choćby to miało być po moim własnym trupie. Dlatego kiedy wyczułam, że Cédric przyciąga mnie jak magnes, a do tego ma tyle punktów wspólnych z Patrykiem, że to nie może być przypadek, poprosiłam cię o usługę ciotki-przyzwoitki. A w twoim przypadku to działa tak, że nawet nie musisz być obok, wystarczy właśnie taka myśl, jaką miałam wczoraj w kulminacyjnym punkcie akcji. Co powie na to Iza.
– Hmm – pokiwała powoli głową Iza. – Mówiłaś to już tamtym razem. Nie wiedziałam, że aż tak wyprałam ci mózg.
– Wyprałaś – przyznała ciepło Marta. – I to była jedna z lepszych rzeczy, jakie ktokolwiek kiedykolwiek dla mnie zrobił. Ty i jeszcze Dan… tyle że on po prostu wspierał mnie bezwarunkowo w najtrudniejszym czasie i tego mu do końca życia nie zapomnę, ale ty zrobiłaś coś więcej, a na pewno coś innego. Przebiłaś się przez moje klapki na oczach i trafiłaś mi bezpośrednio do rozumu – wyjaśniła. – I wczoraj to przyniosło efekty, bo nie zaliczyłam całkowitej wtopy, w pewnym momencie dzięki tobie włączył mi się hamulec. Że trochę tego żałuję, to już inna sprawa – uśmiechnęła się jednym kącikiem ust, przełykając kolejną porcję płatków. – Po prostu żałuje tego moje serce i ciało, ale rozum wie, że to była słuszna decyzja.
Iza również odgryzła kawałek swojej bagietki z masłem i miodem, a następnie sięgnęła po kubek, by popić ów kęs kawą.
– Mówiłaś, że żałujesz tego w dwie strony – przypomniała jej spokojnie. – Z jednej tego hamulca, a z drugiej tego, że on w ogóle był potrzebny, bo gdybyś wycofała się z kanapy od razu, nie byłoby tematu. To teraz powiedz, czego żałujesz bardziej?
– No właśnie tu mam dylemat – westchnęła Marta. – Patrząc obiektywnie, czyli biorąc pod uwagę, że Cédrica znam dopiero od trzech tygodni i że ta znajomość raczej nie ma przyszłości, żałuję, że w ogóle dałam się w to wciągnąć i uległam. W tamtym tygodniu też przecież chciał mnie pocałować, ale nie pozwoliłam na to, też trochę żałowałam, ale przynajmniej dzięki temu miałam spokojną psychę. A teraz poszłam o krok dalej, chociaż obiecywałam i sobie, i tobie, że tego nie zrobię… więc żałuję, że moje obietnice i postanowienia okazały się niewiele warte, że nie potrafiłam zachować silnej woli. Ale z drugiej strony… kurczę, on mi się tak strasznie podoba, Iza! Tak mnie do niego ciągnie! Wczoraj to było takie niesamowite, czułam się jak… jak w jakimś filmie z Hollywood!
Iza wzdrygnęła się mimowolnie, wspominając ponure żarty z Amelią na temat Michała Krzemińskiego. Hollywood. To stanowczo nie było słowo, które mogło kojarzyć jej się dobrze.
– Bo widzisz – ciągnęła w zamyśleniu Marta z łyżką zawieszoną nad rozmemłanymi już całkowicie płatkami. – Mówiłam, że Cédric ma dużo punktów wspólnych z Patrykiem, i faktycznie ma, ale jednak w wielu rzeczach się różni. Zwłaszcza w tej najważniejszej.
– To znaczy?
– W tym, że nie naciska – wyjaśniła. – Ani się nie śpieszy. Wspominałam ci już o tym wcześniej, pamiętasz?
– Mhm. Wspominałaś.
– No właśnie. Od tej strony jest bardzo w porządku, kulturalny i szarmancki, w porównaniu do Patryka czy Radka po prostu niebo a ziemia i bardzo go za to doceniam. Wczoraj, chociaż poszły iskry i mógł spodziewać się tak zwanego dalszego ciągu, nie zachowywał się jak Radek, kiedy się wycofałam… nie obraził się, ani nie wkurzył na mnie, wręcz przeciwnie, przeprosił za to, że go poniosło, i potem ani przez sekundę nie dał mi poczuć, że się na mnie gniewa. Było już późno, więc odwiózł mnie do domu samochodem i przez cały czas czułam się traktowana po królewsku, zresztą i stąd biorą się te moje wyrzuty sumienia… On przecież mógł odebrać to tak, że sobie z nim igram. Sama nie wiem, Iza – pokręciła głową. – W chwili, kiedy to się działo, było cudownie, ale dzisiaj psychicznie czuję się średnio, chyba przez to, że wyszłam na idiotkę.
– Dlaczego na idiotkę? – wzruszyła ramionami Iza, spokojnie kończąc swoją bagietkę. – Ja uważam, że teraz jesteś właśnie w idealnej sytuacji.
– Serio? – Marta spojrzała na nią z uwagą. – W jakim sensie?
– W takim, że dopiero teraz zobaczysz, ile to jest warte. A nawet nie zobaczysz, bo na to i tak jest za wcześnie, tylko powoli zaczniesz to widzieć. Po takiej akcji, bez względu na to, czy po pierwszych iskrach nastąpił dalszy ciąg czy nie, jego zachowanie przy najbliższym kontakcie dużo ci powie. Nie masz czego żałować, Martuś – podkreśliła łagodnie – ani tym bardziej mieć wyrzutów sumienia, że się wycofałaś. Po trzech tygodniach znajomości masz do tego pełne prawo, a Cédric nie ma podstaw do czucia się oszukanym. Spójrz na to tak, że nie igrasz sobie z nim, tylko po prostu jesteś ostrożna, a to duża różnica, hmm? Jako twoja ciotka-przyzwoitka mówię ci to wprost: nie ma nic złego w tym, że się szanujesz.
– Mhm – pokiwała powoli głową Marta. – Rozumiem. W sumie wszystko zależy od punktu widzenia. I masz rację, to, jak Cédric będzie się zachowywał teraz, to będzie rodzaj testu, czy warto było w ogóle się w to pakować… a zwłaszcza czy warto ciągnąć to dalej. O ile oczywiście będzie jeszcze mną zainteresowany.
– Otóż to. Jeśli po falstarcie straci zainteresowanie i wycofa się, odpowiedź będziesz miała na talerzu. Natomiast jeśli będzie chciał to ciągnąć, tak jak kiedyś Jean-Pierre pociągnął znajomość na odległość z Anią, to… sama wiesz – uśmiechnęła się porozumiewawczo. – Po prostu daj działać losowi, oczywiście nadal pod czujnym okiem ciotki-przyzwoitki.
Marta roześmiała się, teraz już z o wiele pogodniejszą miną, odsuwając miseczkę z niedokończoną porcją płatków i dopijając tylko kawę.
– Tak jest, ciociu! – skłoniła jej się wesoło. – Co ja bym bez ciebie zrobiła… Obiecuję, że wszystko będę meldować ci na bieżąco. Mam tylko nadzieję, że nie gniewasz się za moją wczorajszą niesubordynację?
– Nie gniewam się – zapewniła ją łaskawie Iza. – Dzisiaj kary nie będzie, dostajesz tylko małe ciotczyne upomnienie.
– Dziękuję! – zaśmiała się. – Kurczę, już mi lepiej, wiesz? Nie ma to jak pogadać z tobą, to zawsze pomaga bez pudła. A co do Jean-Pierre’a i Ani – przypomniała sobie, odrzucając na plecy zmierzwione jeszcze po śnie włosy – to na którą jedziemy dzisiaj na ten obiad do Bressoux?