Anabella – Rozdział CCLIX
– Jedziecie z wystawą do Brukseli? – zdziwiła się Ania. – Ale kiedy? Na koniec stażu czy już w tym tygodniu?
– Na sam koniec stażu – wyjaśniła Iza. – Tylko na jeden dzień, a potem będziemy wracać do Warszawy prosto stamtąd.
– Tak – potwierdziła Marta. – Już nawet przebukowałam bilety na samolot.
– Czyli włączyli was do składu ważnej delegacji? To duże wyróżnienie jak na stażystki – zauważył Jean-Pierre, a w jego oczach błysnęła duma i zadowolenie. – Przez tych kilka tygodni musiałyście zdobyć wielkie zaufanie Chloé, a zapewniam was, że to wcale nie jest proste.
– To zasługa Izy – zaznaczyła Marta. – Ona wszędzie, gdzie się pojawi, robi taką furorę.
– Nie przesadzaj – skrzywiła się Iza, nakładając sobie porcję sałatki, po czym uśmiechnęła się do Tosi, która bawiła się obok talerza wystrojoną w nową kokardę kotką Isabelle.
– O, w to nie wątpię – pokiwał głową Jean-Pierre. – Właśnie zrobiła tę furorę i u nas, a ja, wbrew pozorom, też na tym korzystam. Mówiąc krótko, jestem dumny z bycia waszym nieoficjalnym mentorem.
– Ja też jestem dumna! – zawołała ciepło Ania. – Może nie jako mentorka, bo to nie moje środowisko pracy, ale jako rodaczka bardzo! Opowiedz, Izunia, jak to się stało? Dlaczego wybrali akurat was?
Wywołana do odpowiedzi Iza przystąpiła zatem do opowiadania o decyzji Chloé, w dużym stopniu powiązanej z prośbą Arthura, a choć starała się jak najbardziej umniejszyć swoją rolę, Ania i Jean-Pierre nie mieli co do niej żadnych wątpliwości.
– Ty jednak jesteś niesamowita, wiesz? – podsumowała z uznaniem Ania. – Marta ma rację, gdzie nie wpadniesz, robisz furorę, masz wielki talent do pracy z ludźmi i do zyskiwania sobie ich sympatii.
– Zupełnie jak Michel – zauważył niewinnie Jean-Pierre, przyglądając się Izie spod oka.
Nie mylił się. Przez twarz dziewczyny, która nie patrzyła na niego, tylko na Anię, na dźwięk tego imienia przebiegł króciutki, delikatny promyk światła. Przypadek? Może. A może i nie.
– Serio, niezła z ciebie wiedźma! – ciągnęła żartobliwym tonem Ania. – Ale słuchaj… skoro ten cały Arthur tak cię poważa, to ja myślę, że na tym się nie skończy i po studiach kariera w dyplomacji stanie przed tobą otworem. Wręcz mam nadzieję, że tak się stanie, nadajesz się do tego jak rzadko kto.
– Dziękuję – uśmiechnęła się lekko Iza. – Kto wie? Jestem otwarta na różne opcje.
Choć nie miała zamiaru wspominać o stażu, jaki zaproponował jej Arthur, była to dobra okazja, by zostawić sobie tę furtkę otwartą, a przynajmniej lekko uchyloną. Marta, która wiedziała na ten temat więcej, spojrzała na nią pytająco, kiedy jednak Iza nakazała jej wzrokiem, aby się nie odzywała, pokiwała tylko głową i zajęła się swoją sałatką.
– Jestem pewna, że tak czy inaczej zrobisz wielką karierę – mówiła dalej Ania. – Jak nie w dyplomacji, to w czymkolwiek innym, ale na pewno to będzie coś dużego. Może w biznesie? Na obydwu tych polach masz ogromny potencjał, który ujawnia się na każdym kroku, prawda, chéri? – zwróciła się do męża.
– Zdecydowanie tak – przyznał spokojnie Jean-Pierre. – A jakby jeszcze połączyła swój potencjał z potencjałem innej, bardziej doświadczonej osoby, zwłaszcza w biznesie, to już w ogóle byłaby bomba atomowa.
– O, to na pewno! – podchwyciła żywo Ania. – I to przecież tylko kwestia czasu! Może spotkasz jakiegoś przystojnego dyplomatę albo biznesmena? – mrugnęła porozumiewawczo do Izy. – A najlepiej skrzyżowanie obu naraz. Ten Arthur, sądząc z tego, co mówisz, to już za stary grzyb, ale może ma na podorędziu jakichś młodych asystentów?
Wszyscy, łącznie z Izą, roześmiali się z żartu, przy czym ta podchwyciła tym razem uważne, świdrujące ją na wskroś spojrzenie Jean-Pierre’a. O co mogło mu chodzić? Patrzył na nią tak przenikliwie, jakby chciał prześwietlić jej duszę, ale jaki to mogło mieć związek z tematem młodych asystentów Arthura? Nie mógł przecież domyślać się stanu jej serca, niemniej w każdym takim wypadku trzeba było zachować ostrożność. Uśmiechnęła się zatem do niego tym promienniej, on zaś odwzajemnił jej pełen sympatii uśmiech.
– Tak czy inaczej to super wiadomość, dziewczyny – podjęła z satysfakcją Ania. – A dla nas podwójnie dobra, bo oboje z Jean-Pierrem mieliśmy wyrzuty sumienia, że w czasie waszego stażu, pomimo ambitnych planów, ciągle nie mamy jak i kiedy zabrać was na wycieczkę poza Liège.
Iza i Marta natychmiast wydały zgodny okrzyk protestu.
– Daj spokój, Aniu – pokręciła głową Iza. – To już byłoby za wiele.
– Mówię serio, taki był nasz plan – zapewniła ją Ania. – Nawet jesienią zapowiadałam ci, że jak przyjedziesz do nas na staż, to zabierzemy cię na weekend do Paryża, pamiętasz? Tyle że w międzyczasie sytuacja trochę się skomplikowała – uśmiechnęła się, czułym gestem kładąc sobie dłoń na brzuchu – i tym razem niestety nic z tego nie będzie. Chciałabym bardzo, ale na tym etapie z czystej ostrożności wolę już nie pakować się w żadne męczące podróże zagraniczne.
– Nie ma mowy – dodał stanowczo Jean-Pierre. – Ja sam bym na to nie pozwolił. Lekarz mówił, że w tych ostatnich tygodniach musisz się oszczędzać.
– Tak – pokiwała głową, rzucając mu ciepłe spojrzenie. – Lekarz nałożył mi kilka ograniczeń, bardziej prewencyjnie niż z przymusu, ale muszę się do nich ściśle zastosować. Dlatego Paryża nie mogłabym zaryzykować, natomiast mieliśmy plan, że w ostatni weekend stażu, czyli ten najbliższy, zabierzemy was na jeden dzień do Brukseli. To nie jest daleko, więc byłoby do zrobienia, ale niestety pojawiła się inna komplikacja, tym razem stricte organizacyjna. Mianowicie taka, że Jean-Pierre w czwartek wyjeżdża w delegację aż do Antwerpii i wróci dopiero w następny wtorek.
– Tak wyszło – rozłożył ręce Jean-Pierre. – Niefortunny termin, ale niestety nie mogę się z niego wymiksować. Swoją drogą w najbliższym czasie mamy istny wysp delegacji – zauważył z rozbawieniem. – Kiedy przed chwilą usłyszałem o tej waszej, od razu pomyślałem, jaki to ciekawy zbieg okoliczności.
– I niestety w ten sposób upadł nam nawet minimalistyczny plan wycieczki do Brukseli – dokończyła Ania. – Nawet dzisiaj rano o tym rozmawialiśmy i oboje mieliśmy wyrzuty sumienia, że nic z tego nie wyjdzie. Dlatego bardzo się cieszę, że wszystko tak się znakomicie złożyło i jednak pojedziecie do stolicy. Wprawdzie zawodowo, z wystawą, ale chyba będziecie miały chociaż parę godzin na zobaczenie miasta?
– Tak, mamy to przewidziane – zapewniła ją ciepło Iza. – Drugiego kwietnia specjalnie wracamy do Warszawy popołudniowym lotem, żeby mieć cały ranek na zwiedzanie. Dziękuję wam za troskę i za te miłe plany, kochani – skłoniła się ponad stołem najpierw Ani, a potem Jean-Pierre’owi – ale to naprawdę byłoby niepotrzebne. Już i tak tyle dla nas zrobiliście, że z naszej strony wręcz nieprzyzwoitością byłoby dalej do takiego stopnia korzystać z waszej życzliwości.
– Właśnie! – przyznała Marta.
– A tam, przestań, Iza! – machnęła ręką Ania. – Wiesz doskonale, że dla mnie to by była czysta przyjemność. No, ale cóż… tym razem niestety się nie uda. Za to następnym już musi – zaznaczyła stanowczo. – Bo przecież jeszcze nieraz u nas będziesz, prawda? Nie wyobrażam sobie, żeby to miał być ostatni raz.
Iza uśmiechnęła się leciutko i skinęła głową bez przekonania.
– Bezdyskusyjnie – zaznaczyła tonem nieznoszącym sprzeciwu Ania. – Musimy kiedyś pojechać razem do tego Paryża, a najlepiej, jak wybierzemy się tam całą bandą. Ciebie, Martusiu, też zapraszamy – zwróciła się do Marty. – Zwłaszcza tu, do Bressoux, bo mam nadzieję, że i ty od czasu do czasu będziesz tu zaglądać. A właśnie! – przypomniała sobie. – Powiedz, jak tam wczorajszy motocykl? Znowu szaleliście z Cédrikiem po całej okolicy jak dwójka piratów?
Wszyscy roześmiali się, a Marta, rzuciwszy Izie znaczące spojrzenie na znak, że pewne sprawy muszą pozostać tajemnicą, przystąpiła do entuzjastycznego raportu z wczorajszej wycieczki motocyklowej, całkowicie pomijając to, co działo się po niej. Ania i Jean-Pierre słuchali z wyraźnym rozbawieniem, ale i zaciekawieniem, podczas gdy Iza, przechyliwszy się do Tosi, pośpieszyła jej z pomocą w poprawianiu rozwiązanej przypadkiem kokardy na szyi kotki Isabelle.
***
– Ciociu, zobacz! – zwróciła się do Marty Tosia, prezentując jej pousadzane w kącie dywanu lalki i maskotki, wśród których królowały jak zawsze zajmujące honorowe miejsca piesek Michel i kotka Isabelle. – To jest nasza młoda para, zaraz wezmą ślub, a potem urządzimy im wesele.
– Aha – uśmiechnęła się Marta. – I my też jesteśmy zaproszeni?
– Ty i ciocia Iza – oznajmiła dziewczynka. – Bo mama z tatą już nieraz byli u nich na ślubie, dzisiaj nie muszą. Zresztą nie starczy dla nich miejsc.
Przysłuchujący im się z odległości dwóch metrów, siedzący na pobliskiej kanapie Ania i Jean-Pierre pokiwali posłusznie głowami, tłumiąc śmiech.
– To ile razy oni biorą ten ślub? – zdziwiła się Marta, zerkając z rozbawieniem na Izę, która właśnie podeszła i również przykucnęła obok Tosi.
– No… prawie w każdą niedzielę – odparła z zastanowieniem dziewczynka, marszcząc lekko nosek. – A czasami jak w niedzielę nie ma czasu, to robię im go w sobotę.
– Ale przecież wystarczy raz – zauważyła Marta. – Jak już wezmą ślub, to są mężem i żoną na zawsze, nie muszą powtarzać tego co tydzień.
– Prawdziwi ludzie nie muszą – zgodziła się Tosia. – Ale to są maskotki, a maskotki mogą się tak bawić co chwila, bo to jest tylko na niby. Ale bez gadania, teraz musicie mi pomóc – oznajmiła autorytarnie, podając Izie kawałek materiału wyglądający na odcięty fragment białej firanki. – Proszę, ciociu, ty załóż pannie młodej welon. A ty – wręczyła Marcie stosik miniaturowych różowych talerzyków dla lalek – przygotuj stół na przyjęcie. Musi być tyle talerzyków i kubeczków, żeby starczyło dla każdego.
Iza i Marta posłusznie zabrały się za wykonywanie przydzielonych im zadań, wymieniając ubawione spojrzenia z rodzicami dziewczynki. Zaczynała się poobiednia zabawa, jaką obiecały Tosi, zanim wrócą do domu, a ponieważ z powodu przyszłotygodniowej delegacji Jean-Pierre’a w kolejny weekend miało nie być rodzinnego obiadu w Bressoux, mała traktowała to jako formę pożegnania z ciociami z Polski.
Iza przystępowała do zabawy tym chętniej, że był to kolejny punkt programu, kiedy nie musiała bać się o kierunek, w jakim pójdzie rozmowa, dziś zresztą bardzo neutralna i w żadnym razie niepotwierdzająca jej porannych obaw. Niewątpliwie obecność Marty również była dla niej zaworem bezpieczeństwa, dzięki któremu jak dotąd unikała bezpośredniej rozmowy z Anią o Majku i Natalii, ale – co ważne – w zachowaniu Ani nie widziała nawet próby jej podjęcia. Żadnych aluzji, nawiązań, znaczących spojrzeń… Czyżby więc wieści z wczorajszego Dnia Francuskiego w Anabelli nie dotarły jeszcze do Bressoux? A może po prostu nie zdarzyło się tam nic wartego uwagi i to były tylko jej prywatne „strachy na Lachy”? Tak czy inaczej była to dla niej doskonała wiadomość – po ciężkiej nocy naznaczonej dręczącymi wytworami wyobraźni ten spokój na fali przyniósł jej przynajmniej tymczasową ulgę i pozwolił beztrosko spędzić niedzielne popołudnie w gościnnym domu państwa Magnon.
Kiedy przyjęcie weselne maskotek dobiegło końca, a Iza i Marta pomogły Tosi posprzątać po zabawie i odnieść zabawki do jej pokoju, dziewczynka zatrzymała Izę, oznajmiając, że chce z nią porozmawiać na osobności.
– Jasna sprawa! – powiedziała Marta, wycofując się do drzwi. – To ja w takim razie idę jeszcze porozmawiać z twoimi rodzicami.
– Tak, idź – skinęła głową Tosia. – Poopowiadaj im o motocyklach, oni to bardzo lubią.
Iza i Marta roześmiały się na to serdecznie. Kiedy tylko Marta wyszła, dziewczynka stanowczym gestem podała Izie niewielki przedmiot, który cały czas trzymała w zaciśniętej rączce. Był to kawałek zabawkowego tortu weselnego, jaki we trzy zbudowały z klocków lego na potrzeby przyjęcia z okazji ślubu maskotek i który podczas ostatniej godziny został pracowicie porozkładany na talerzyki i skonsumowany przez zaproszonych gości.
– To dla mnie? – zdziwiła się Iza, biorąc z jej rąk mały zlepek z klocków lego.
– Nie. Przecież ty swój kawałek już zjadłaś – przypomniała jej Tosia. – Ten jest dla wujka Majka.
– Ach… – niby nic, lecz serce Izy zabiło mocniej na sam dźwięk ukochanego imienia. – Rozumiem. Mam mu to przekazać?
– Tak – pokiwała głową dziewczynka. – Daj mu to ode mnie i powiedz, że to jest kawałek tortu weselnego pieska Michela i kotki Isabelle. Bardzo chciałabym, żeby i on mógł być na ich przyjęciu, ale go nie było… no to daj mu chociaż ten kawałek ciasta.
– Dobrze – uśmiechnęła się z rozbawieniem, zamykając kubik z klocków w dłoni. – Zaraz schowam go sobie do specjalnej kieszonki w torebce, żeby nie zgubić, i przekażę wujkowi, jak tylko wrócę do Lublina.
– A następnym razem przywieź go tu ze sobą – zaznaczyła Tosia. – On przecież jeszcze razu u nas nie był. Ja w Lublinie byłam już ze dwadzieścia razy, a on tutaj jeszcze nigdy!
– Nie był, bo ma dużo pracy – wyjaśniła jej łagodnie Iza. – Ale kiedyś na pewno przyjedzie.
– Musi. I to koniecznie w tym roku. Powiesz mu to?
– Powiem. Przekażę, że princesse Antoinette życzy sobie widzieć go w swoim pałacu w Bressoux. I że to jest jej rozkaz, którego nie można nie wykonać.
– Nie – pokręciła główką Tosia. – Powiedz mu, że to jest twój rozkaz. Wujek Majk mnie nie posłucha, mamy ani taty też, ale ciebie tak. Tylko ciebie – podkreśliła z przekonaniem, podnosząc w górę paluszek. – A najlepiej nie mów mu, żeby przyjechał, tylko po prostu sama go przywieź. Wtedy nie będzie mógł się wykręcić. Dobrze, ciociu? Jak następnym razem będziesz do nas jechać, zabierz go ze sobą.
Iza uśmiechnęła się smutno, do głębin duszy poruszona tymi szczerymi słowami ufnego, niewinnego dziecka, które przecież nie mogło wiedzieć, w jak delikatną strunę niechcący uderza.
– Zobaczymy, Tosieńko – odparła oględnie. – Wujek Majk sam o sobie decyduje, ja nie mogę tak po prostu spakować go do walizki i przywieźć do Bressoux.
Tosia roześmiała się i klasnęła w dłonie, zachwycona żartem.
– O tak! Tak! – zawołała wesoło. – Zapakuj go do walizki! I przywieź do nas samolotem!
– To by była bardzo ciężka walizka – zauważyła przekornie Iza. – Raczej bym jej nie uniosła.
– Mój tata by ci pomógł – zapewniła ją rezolutnie dziewczynka. – On jest bardzo silny, na pewno by dał radę. Ach! Ale by było! – złożyła z zachwytem rączki. – Otwieramy w domu walizkę, a ze środka wyskakuje wujek Majk! Hahaha! Ale by była zabawa!
Iza zawtórowała jej śmiechem, choć w duchu wcale jej do śmiechu nie było. Bo jak miała powiedzieć Tosi, że jeśli kiedyś wujek Majk przyjedzie do Bressoux, to na pewno nie z nią, ale z kimś innym?
– Ale ja wiem, że to tylko żarty – spoważniała Tosia. – Ludzi nie wolno przewozić w walizkach, pan policjant na lotnisku by was nie przepuścił. Dlatego wujek Majk musi przyjechać z tobą normalnie, na siedzeniu i ze swoim własnym biletem. Proszę, ciociu, przywieź go – podniosła na nią przymilne spojrzenie. – Dobrze? Przywieziesz?
– Powiem mu, żeby do was przyjechał – odparła wymijająco Iza. – A czy ze mną, czy sam, czy z kimś innym, to już on zadecyduje.
– Z tobą – oznajmiła stanowczo Tosia. – Chcę, żeby przyjechał z tobą. I najlepiej przyjedźcie dopiero za trzy miesiące, jak już urodzi się mój brat, dobrze? Przecież wujek Majk na pewno będzie chciał zobaczyć dzidziusia… – jej ciemne oczka zabłysły nagle podstępnie. – A ja będę mieć dla niego wieeeelką niespodziankę!
– Tak? – uśmiechnęła się Iza.
– Aha! Zobaczycie jaką! – zaśmiała się dziewczynka. – Teraz nic ci nie powiem, bo to przecież niespodzianka, ale to będzie coś, z czego wujek na pewno się ucieszy. To jak, obiecujesz, ciociu? – znów podniosła na nią proszące spojrzenie. – Zabierzesz go do nas następnym razem?
– Przekażę mu zaproszenie – obiecała Iza. – I ten pyszny tort z wesela twoich maskotek – rozwarła na chwilę dłoń, na której leżał kolorowy zbitek klocków lego. – Na pewno będzie mu smakował, a wiesz, że wujek na takich rzeczach wyjątkowo się zna.
– Zabierz go ze sobą i przywieź tutaj – powtórzyła powoli Tosia, patrząc jej stanowczo w oczy. – Pamiętaj. Prends-le avec toi – niespodziewanie przeszła na francuski. – Prends-le avec toi et amène ici, tante Isabelle[*].
– D’accord – uległa Iza, zaskoczona tym sprytnym zabiegiem dwujęzycznej dziewczynki, której ciemne, rezolutne oczka zdawały się ją hipnotyzować.
– Tu promets?
– Oui, je promets[**] – pokiwała głową.
„Ty mała wiedźmo!” – pomyślała jednocześnie z rozbawieniem. – „Spryciaro ty… ależ ty umiesz postawić na swoim!”
– No to umowa stoi – ucieszyła się Tosia, z powrotem przechodząc na polski, i chwyciwszy ją za rękę, pociągnęła w stronę wyjścia. – A teraz chodźmy, mama i tata już tam na nas czekają. Mamy pójść do ogrodu, wiesz? – dodała konspiracyjnie. – Pokażę ci moją własną grządkę, już wyrastają na niej takie małe listki tulipanów!
***
Elfiku, mam dwie sprawy do obgadania. Mogę zadzwonić wieczorem? Majk.
Tych kilka słów wiadomości tekstowej, które Iza znalazła w telefonie pod koniec przerwy obiadowej w pracy, natychmiast rozświetliły słonecznym blaskiem świat, który w Liège od rana tonął w deszczu i mgle. Jako że przerwa na lunch była dziś skrócona do maksimum, nie miała czasu, by się rozpisywać, wklepała zatem tylko krótkie:
Jasne, dam znać, jak będę wolna. I.
Choć perspektywa wieczornej rozmowy niepokoiła ją ze względu na wieści z Dnia Francuskiego, których obsesyjnie bała się już wczoraj w Bressoux, mimo wszystko była zapowiedzią okruszka szczęścia, wręcz sama w sobie była takim małym, drobniutkim okruszkiem, którego w ostatnich dniach znów dramatycznie jej brakowało. Poza tym sformułowanie „dwie sprawy do obgadania” brzmiało bardzo konkretnie i żadna z nich raczej nie dotyczyła Natalii – przynajmniej tak podpowiadała jej zmaltretowana ostatnio ale dziś dziwnie silna i stanowcza intuicja. Kiedy zatem wraz z Martą, Emmą i Romane wróciła do pracy na wielkim holu Centrum Kultury, poczuła w sobie przypływ niespożytej energii, która, płynąc z głębin serca i księżycowej duszy, w niewytłumaczalny sposób napędzała fizycznie jej mięśnie.
A pracy fizycznej dziś nie brakowało… Jako że do otwarcia wystawy zostało tylko pięć dni, po weekendzie przygotowania ruszyły w zdwojonym tempie. W poniedziałkowy poranek przyjechały wyprodukowane plansze ze zdjęciami, które należało zmontować i uzupełnić o napisy, a ponieważ pogoda była deszczowa, samo ich zabezpieczenie przed wilgocią, a następnie przeniesienie z parkingu i rozpakowanie zajęło ekipie Centrum Kultury dużo czasu i wysiłku. Zadaniem Izy, Marty, Emmy i Romane było poskładanie wielkich kartonów, w których przyjechały plansze, i przygotowanie ich do wywózki jako skompaktowanych paczek z makulaturą, a zważywszy, że materiału było bardzo dużo, po kilku godzinach czuły już to mocno w kościach.
– Nie wiem jak wy, ale ja czuję się dzisiaj jak koń pociągowy – sapnęła Romane, z trudem przenosząc i odkładając pod ścianę kolejną wielką paczkę poskładanej i przewiązanej sznurkiem tektury. – Nie wiem, czy nie wolałabym kopania fundamentów, to by była przynajmniej praca na świeżym powietrzu.
– No to nieźle byś się urządziła – pokiwała z politowaniem głową Emma. – Przecież dzisiaj leje jak z cebra. Nie lepiej ci z tą tekturą w ciepłym i suchym miejscu?
Na szczęście po południu do Centrum zjechała ekipa z Grivegnée, która, w większości złożona z mężczyzn, natychmiast przejęła zadania wymagające pracy fizycznej, dziewczyny mogły więc „odpocząć”, dołączając do zespołu zajmującego się pracochłonnym skręcaniem aluminiowych statywów i ustawianiem ich w holu. W międzyczasie plansze zostały porozkładane w najróżniejszych miejscach w całym budynku, bowiem przed zamontowaniem ich na statywy istniała konieczność przejrzenia całości i dodania przygotowanych osobno napisów, to jednak wszyscy zgodnie uznali za zadanie na kolejny dzień. Tak czy inaczej należało się z tym pośpieszyć, ponieważ w środę rano do Centrum miały zjechać rekwizyty powiązane ze współpracą międzynarodową, w tym kopie prototypów rozmaitych wspólnych rozwiązań technologicznych i inne artefakty, które również należało opracować i wyeksponować przy odpowiednich planszach.
W składzie zespołu z Grivegnée znalazł się oczywiście również Cédric, który uprzejmie przywitał się ze wszystkimi, w tym z Martą. Jak nie omieszkała zauważyć przyglądająca jej się ukradkiem Iza, na jego widok dziewczyna na kilka sekund pobladła jak ściana, jednak szybko się pozbierawszy, podała mu rękę, przybierając spokojną, neutralną minę. Ponieważ oboje przez cały czas zachowywali się w sposób całkowicie naturalny, niewtajemniczone w sprawę osoby, nawet Emma i Romane, nie mówiąc już o pozostałych pracownicach Centrum, nie miały szans domyślić się, że dwa dni wcześniej pomiędzy tą dwójką zaszło cokolwiek interesującego.
„Nieźle się maskuje” – pomyślała z uznaniem Iza, zerkając spod oka na Martę, która, pochylona wraz z Emmą nad oporną częścią do połowy zmontowanego statywu, rozmawiała z nią spokojnie i z uśmiechem. – „On zresztą też” – przeniosła ukradkowe spojrzenie na Cédrica, który kilkanaście kroków dalej, z zakasanymi rękawami koszuli, wraz z kolegą przenosił pod okno komplet ciężkich donic z kwiatami, które na czas wystawy należało usunąć ze środka holu. – „Gdybym nie wiedziała, co się wydarzyło w sobotę, pomyślałabym, że to całkowicie obcy sobie ludzie. Pytanie tylko, jak będzie się zachowywał, kiedy zostaną sami, bo jeśli w żaden sposób nie nawiąże do tej soboty, tylko, jak to się mówi, zniknie we mgle, to Martusia będzie miała odpowiedź jeszcze dzisiaj… i to całkiem jednoznaczną.”
Myśl ta zdawała się okazać proroczą, bowiem po zakończeniu pracy, kiedy wymęczona ekipa zbierała się do domu, panowie z Grivegnée pożegnali się jako pierwsi, zaznaczając, że dziś muszą jeszcze dokończyć kilka zaległych spraw w swojej macierzystej placówce, ale jutro zameldują się w Centrum z samego rana. To powiedziawszy, szybko zniknęli w wyjściu na parking, zabierając ze sobą również Cédrica, który nie zdążył – a może nie chciał? – pożegnać się indywidualnie z koleżankami.
– To co, lecimy prosto na chatę? – zapytała Marta, kiedy obie z Izą, opuściwszy już Plac św. Lamberta, kierowały się w stronę domu otulone w cienkie płaszcze przeciwdeszczowe, zakupione rano za radą Emmy w kiosku naprzeciwko Centrum. – Czy trzeba jeszcze zajrzeć do jakiegoś sklepu?
Jej zachowanie były całkowicie normalne, jednak uwadze czujnej na niuanse Izy nie umknęło lekkie drżenie głosu świadczące o z trudem skrywanych emocjach.
– Zajrzyjmy do sklepu – odparła po chwili zastanowienia. – O ile dobrze pamiętam, mleko już nam się kończy, a nie wiadomo, czy jutro będziemy miały czas i siłę na bieganie na zakupy. Kupiłabym też jakieś owoce i parę butelek wody na zapas.
– Okej – skinęła głową Marta. – To chodźmy.
W tym samym momencie za nimi rozległ się odgłos kroków biegnącego człowieka i odezwał się znajomy głos.
– Attendez! Marthe! Marthe et Isabelle!
Obie odwróciły się jak na komendę i kilka metrów za sobą zobaczyły postać Cédrica, który dobiegał do nich sprintem, zdyszany i mokry od deszczu, nie miał bowiem przy sobie parasola. Widząc, że na niego czekają, uśmiechnął się, błyskając śnieżnobiałymi zębami.
– Uff, myślałem, że już was nie dogonię – odetchnął, dopadłszy do nich, po czym natychmiast zwrócił się do Marty, sięgając po jej dłoń i ujmując ją w obie swoje. – Marthe… możemy porozmawiać sami? Na osobności? Przepraszam, Isabelle – zerknął przelotnie na Izę. – To raczej trochę potrwa. Wybaczysz, prawda?
Iza, widząc rozpromienioną minę Marty, bez wahania cofnęła się o krok.
– Oczywiście, Cédric – odparła spokojnie. – Nie ma problemu, nie będę wam przeszkadzać. Martusiu, ja w takim razie wracam do domu – dodała po polsku. – A po drodze zajdę jeszcze sama po to mleko.
– Dzięki, Iza – szepnęła z wdzięcznością Marta. – Jak coś, to jestem pod telefonem.
– Merci, Isabelle – dodał Cédric.
Ukłoniwszy się uprzejmie Izie, wskazał Marcie ręką, by poszła przed nim, po czym oboje oddalili się w kierunku majaczącej po drugiej stronie ulicy kafejki, w której wejściu zniknęli chwilę potem.
„A jednak jej nie olał!” – pomyślała z mieszaniną rozbawienia, satysfakcji, ale i lekkiego niepokoju Iza, otulając się ściślej celofanowym kapturem i ruszając w swoją stronę. – „No, no, zaczyna się robić coraz ciekawiej!”
Mimo że nie była przekonana co do dalekobieżnych perspektyw związanych z Cédrikiem, fakt, że już za tydzień z hakiem kończyły staż w Liège i wyjeżdżały stąd, był w jej oczach swego rodzaju gwarancją bezpieczeństwa, że Marta nie wpadnie w tę przygodę za głęboko i w razie czego w miarę łatwo będzie jej się po tym pozbierać. Tym bardziej że zalety tego romantycznego stażowego epizodu były ewidentne, a pierwszą i najważniejszą z nich była przyśpieszona terapia złamanego serca po Patryku, którego postać w zderzeniu z Cédrikiem po prostu nie wytrzymywała konkurencji. Jeśli więc ta przygoda miała być dla Marty lekarstwem na cierpienia, które tak bardzo sponiewierały ją przez ostatnie trzy miesiące, to zdecydowanie było warto – i musiałaby to przyznać nawet najsurowsza na świecie ciotka-przyzwoitka.
***
Kiedy Iza dotarła wreszcie z ciężkimi siatkami z zakupami do mieszkania na trzecim piętrze kamienicy i zmęczona opadła na krzesło w kuchni, myśli o Marcie i Cédricu, które dotychczas dominowały w jej głowie, powoli ustąpiły miejsca oczekiwaniu na telefon od Majka, z którym najchętniej porozmawiałaby już teraz, dopóki była w mieszkaniu sama. Do wieczora jednak było daleko, a ona nie chciała zawracać mu głowy przed umówionym czasem, dlatego, wysławszy mu tylko umówionego smsa, że jest już wolna i może rozmawiać w dowolnej chwili, po krótkim odpoczynku przy herbacie usiadła do laptopa i otworzyła katalog z pracą licencjacką, by dopisać choćby symbolicznie ze dwa zdania. Ku jej wielkiej satysfakcji udało jej się napisać nawet więcej, bo całe trzy i dopiero w połowie czwartego musiała sobie przerwać, bowiem odłożony na blat telefon zawibrował na dźwięk przychodzącego smsa. Nie była to jednak wiadomość od Majka, a od Amelii.
Cześć, Izunia. W sprawie Wery nadal nic się nie rozstrzygnęło, ale sytuacja jest rozwojowa, dzisiaj wieczorem będzie kolejne spotkanie Dyszaków i Andrzejczakowej u Krzemińskich. Zadzwonię, jak coś się wyjaśni. Trzymaj się, kochanie. A.
Iza wzruszyła lekko ramionami, odpisała krótkie ok, to czekam na wieści i odłożyła telefon, znów próbując skupić się na pracy. Zaburzona wena jednak już nie wróciła, dlatego, ledwo zdoławszy dokończyć przerwane zdanie, z niechęcią zatrzasnęła klapę laptopa i podeszła do okna, za którym nadal padał obfity, wiosenny deszcz.
„Wczoraj przecież był Dzień Wiosny” – przypomniała sobie. – „Dwudziesty pierwszy marca, a tutaj nikt tego nie obchodzi… nawet Ania zupełnie zapomniała. Czyli zima oficjalnie się skończyła? To chyba dobra wiadomość. Nadchodzi wiosna, pora roku zakochanych… pff! Jak zwykle nie dla mnie. W całym moim życiu jako szczęśliwa zakochana miałam tylko jedną wiosnę, a i to szybko okazało się złudzeniem.”
Choć wcale tego nie chciała, myśl ta, w połączeniu z smsem Amelii, przeniosła ją w odległą przeszłość sprzed sześciu lat, kiedy to nadchodząca wiosna była dla niej synonimem rozkwitającego szczęścia. Dokładnie pamiętała tamtą naiwną, zakochaną po uszy dziewczynę, na którą zaledwie kilka tygodni wcześniej wreszcie zwrócił uwagę jej wymarzony, błękitnooki idol. Pamiętała ów słodki zawrót głowy i świat widziany w najpiękniejszych barwach, przepełnioną marzeniami głowę i serce, które w radosnym rytmie wybijało na niewidzialnych klawiszach nieśmiałe nuty Mendelsona z przyszłości…
– Tfu! – prychnęła z niesmakiem, nie mogąc znieść wspomnienia własnej naiwności. – Głupia idiotko! Ależ byś się wpakowała!
Zderzenie tamtego cukierkowego obrazu z dziewczęcych marzeń z dzisiejszą rzeczywistością nie pozostawiało wątpliwości – wybrała wówczas najgorzej, jak tylko mogła wybrać, a do tego tkwiła w tym błędzie latami i to tak uparcie, że, patrząc obiektywnie, tylko cud mógł ją z tych opałów uratować.
„I ten cud się zdarzył” – pomyślała, wizualizując sobie przed oczami uśmiechniętą twarz Majka. – „Gdyby nie to, wcale niewykluczone, że dzisiaj byłabym na miejscu Weroniki. Co prawda ona ma jeszcze gorzej, bo ze mną Misiek być może… być może” – podkreśliła z przekąsem – „by się ożenił, podczas gdy jej chyba już nawet nie chce znać. Ale jaka to różnica? W sumie niewielka. Patrząc z perspektywy całego przyszłego życia, trudno o gorszą pułapkę niż codzienność z tym patologicznym egoistą.”
Mimo że po dwóch pierwszych dobach od rewelacji, jakie dotarły do niej z Korytkowa za pośrednictwem Amelii, starała się myśleć o tym jak najmniej, teraz, kiedy explicite postawiła się na miejscu Weroniki, sprawa ta wróciła nagle i dotarła do jej świadomości ze zdwojoną mocą. No stąd, ni zowąd wyobraziła sobie, jak to by było nosić w sobie nowe życie… nawet takie niechciane, jak kiedyś w przypadku Agnieszki, albo – jeszcze gorzej! – pochodzące od Michała Krzemińskiego, co teraz stało się udziałem Weroniki. Jak ona sama czułaby się w takiej sytuacji? Na pamięć wróciła jej na wpół zabawna, na wpół zniesmaczająca aluzja Wiktorii z październikowego Dnia Francuskiego, kiedy koleżanka właśnie tak zinterpretowała jej dolegliwości żołądkowe, a Majk, nakarmiony opowieściami Pabla, który we wrześniu widział ją z Michałem w hotelu Europa, wziął tę aluzję na poważnie i prawie w nią uwierzył. To było z jednej strony śmieszne, ale z drugiej tak głupie, że nawet teraz na samą myśl przewróciły jej się wnętrzności, jednak główną tego przyczyną była nie sama aluzja Wiktorii, ale tamta scena z hotelu, kiedy Michał przyciskał ją do ściany pod schodami, a jego ręce pchały się tam, gdzie nigdy nie powinny się były znaleźć.
„Brr!” – wzdrygnęła się z niesmakiem. – „To będzie już na zawsze jedno z najgorszych wspomnień w moim życiu. Całe szczęście, że przynajmniej dałam mu wtedy po pysku, to trochę niweluje tę stratę, chociaż i tak nie do końca.”
Znów, podobnie jak dwa dni wcześniej, kiedy Marta wróciła z wycieczki motocyklowej i opowiadała o upojnych chwilach z Cédrikiem, naszła ją myśl o tym, jak ubogie i pozbawione prawdziwego spełnienia było jej dotychczasowe życie uczuciowe. Tak naprawdę jedynym mężczyzną, z którym kiedykolwiek połączył ją pocałunek (nie mówiąc o czymś więcej), był właśnie – o hańbo! – Michał Krzemiński, a kolejne lata jej życia wcale nie zapowiadały się lepiej. Zresztą nawet ów kilkumiesięczny związek z Michałem był zaledwie krótkim epizodem na przestrzeni pustych dni wypełnionych marzeniami, złudzeniami i czekaniem na… właściwie na co? Zamknięta w kręgu ideałów, z sercem genetycznie ukształtowanym na wzór rodziców, którzy, podobnie jak pan Szczepan, umieli w życiu kochać tylko raz, była skazana na wieczne niespełnienie, którego sygnały uważny obserwator bez problemu mógłby wychwycić już dziś.
Ona sama też je widziała. Choćby teraz. Kiedy Marta otwierała serce na kolejną przygodę, w myśl żartobliwej zasady, że lepiej grzeszyć i żałować, niż na starość żałować, że się nie grzeszyło, ona pozostawała chłodna i zamknięta na takie pokusy, gdyż po prostu tak nie umiała. Nawet od pomyłki z Michałem Krzemińskim nie uratowała się sama, lecz w ostatniej chwili wyratował ją od niej Majk, sam również poturbowany niespełnionym uczuciem, w głębi duszy taki sam jak ona.
Niczego więcej nie musisz mi tłumaczyć, ja cię doskonale rozumiem. Jesteśmy tacy sami… jak to powiedziałeś? Wierni jak idioci.
Właśnie. Tacy sami, również pod względem korekty kursu serca, dopuszczalnej tylko jednorazowo. Albowiem tacy ludzie jak ona czy Majk, który wbrew świadomie roztaczanym wokół siebie pozorom również miał serce genetycznie stworzone do wierności, mogli przestawić ster księżycowej duszy tylko ten jeden jedyny raz… To zresztą stało się możliwe tylko i wyłącznie dzięki terapii złamanych serc, jakiej oboje z ufnością się poddali i z której w ostatecznym rozrachunku oboje wyszli zwycięsko. Ich przypadki jednak, choć z gruntu podobne, w niektórych kluczowych aspektach były inne i od tego też nie można było abstrahować. Wpatrzona w spływające po szybie kropelki deszczu Iza z melancholią chwytała cienkie niteczki analogii, które w obu przypadkach przebiegały podobnie, lecz różniły się fakturą i barwą – i zresztą może właśnie dzięki temu w pajęczej plątaninie zachowywały swą rozpoznawalność?
Majk, w przeciwieństwie do niej, wybrał dobrze, całym swym młodzieńczym sercem pokochał osobę, która była tego warta, a jego tragedia polegała „tylko” na tym, że nie było mu dane zdobyć jej wzajemności. Tę przeznaczenie zachowało dla Jean-Pierre’a i dziś, z perspektywy czasu, trudno byłoby powiedzieć, że los się pomylił. Przeciwnie, codzienne, widoczne gołym okiem rodzinne szczęście państwa Magnon jasno potwierdzało, że to była ich dobra droga, zaś nieświadomie (a może półświadomie?) odtrącony Majk musiał się jakoś z tym pogodzić. Jej przypadek był zupełnie inny, gdyż ona za pierwszym razem wybrała źle, popełniając typowy błąd głupiej, naiwnej nastolatki, ślepo zapatrzonej w przystojnego drania ze szkolnej ławy. Wierne z natury serce nie pomagało jej w uwolnieniu się od niego, mimo że los dawał jej w tym względzie szansę za szansą, latami podawał jej rękę, czy też, patrząc z dzisiejszej perspektywy, Bóg w swej łaskawości dawał jej znak za znakiem, że nie tędy droga. Dopiero Majk, próbując ratować samego siebie, uratował przy okazji i ją, swoją pełną ciepła i szacunku postawą pokazując jej, że można inaczej. Jak więc mogła go nie pokochać? Jego, właśnie jego, swego wybawiciela… jedynego mężczyznę, który nieświadomie potrafił rozpalić jej zmysły do czerwoności, lecz który nigdy, przenigdy nie przekroczył granicy przyjaźni, co tym bardziej potwierdzało, jak bardzo różnił się od takich typów jak Michał czy Victor.
Tak… lecz nie dla psa kiełbasa. Ona mogła być jedynie jego przyjaciółką, a na damsko-męskim „koncie” miała tylko Miśka Krzemińskiego, zapatrzonego w siebie narcyza, który dbał wyłącznie o własną przyjemność i w imię tej przyjemności w sierpniową noc pięć i pół roku temu zaprosił ją do motelowego pokoju w Małowoli. To właśnie na tamtej nocy, dla niej będącej bardziej traumą niż rozkoszą, zaczęły się i skończyły jej cielesne doświadczenia z mężczyznami, a w dodatku wszystko wskazywało na to, że tak już zostanie na zawsze. Nie wyobrażała sobie bowiem przełamania bariery zimnej ryby przez jakiegokolwiek innego mężczyznę niż ten, który w ramach korekty kursu serca przejął je na wyłączność i na wieki – takie już było przekleństwo jej wiernej księżycowej duszy, „wiernej do wyrzygu”, jak to kiedyś obrazowo ujął sam Majk.
A jednak chwila, w której czysto teoretycznie spróbowała postawić się na miejscu Weroniki, wywołała w jej duszy jeszcze inną tęsknotę… tęsknotę, u której podstaw leżał tłumiony lecz z biegiem lat coraz silniejszy instynkt macierzyński. W jej przekonaniu był to jedyny jasny punkt na czarnej mapie świata, w jakim znalazła się ta nieszczęsna dziewczyna, wręcz w tym względzie Iza do pewnego stopnia jej zazdrościła, a przynajmniej widziała niekwestionowane zalety tej skądinąd trudnej do pozazdroszczenia sytuacji. Albowiem Weronice, choć niewątpliwie w najbliższej przyszłości czekało ją wiele cierpienia, już na zawsze pozostanie coś, czego nie da się zastąpić niczym innym – nowe życie, które nosiła pod sercem, dziecko, które dzielnie uratowała od śmierci, choć musiała to zrobić wbrew komuś, kto nie był nawet godzien, by nazywać się jego ojcem.
Swoją drogą uderzająca analogia sytuacji Weroniki do tego, co niecałe dwa lata wcześniej przydarzyło się Agnieszce, rzucała się w oczy każdemu wtajemniczonemu w tę sprawę, również jej. W przypadku Agnieszki miała bardzo podobne myśli, zwłaszcza w czasie, kiedy Pepuś przyszedł już na świat, bowiem to właśnie on pośrednio przyniósł pojednanie między skłóconymi przyjaciółkami. Wówczas co prawda macierzyński zew nie odzywał się w niej jeszcze tak mocno jak teraz, jednak czuła już delikatny powiew tej tęsknoty i cichutką myśl o tym, że nowego życia nigdy, bez względu na okoliczności nie wolno traktować jak nieszczęście. Co prawda ojcem Pepcia był jakiś anonimowy Rafał, zaś w przypadku Weroniki był to Michał we własnej osobie, przez co Iza czuła się w jakimś sensie implikowana w to osobiście, jednak na jej refleksje związane z samym dzieckiem to nie miało aż tak dużego wpływu.
„Czy mogłabym pokochać dziecko Miśka?” – pomyślała, wpatrując się w deszczowy krajobraz miasta za oknem, po szybie którego spływały liczne kryształowe kropelki. – „Jestem pewna, że tak… przecież nie znienawidziłabym małej, niewinnej istoty za tak zwane grzechy ojców. Nie chciałabym oczywiście, żeby to mi się zdarzyło… na przykład wtedy, w motelu w Małowoli, bo patrząc wstecz, takie ryzyko było całkiem realne… ale gdyby już się stało, to zrobiłabym dokładnie to, co zrobiła Agnieszka, a teraz i Werka. Aga postąpiła dzielnie i dostała za to od losu wspaniałą nagrodę, bo przecież gdyby nie było Pepcia, nie byłoby i Piotrka. Ma ich obu, a nie miałaby nikogo… A ja co? Ja mam swoją wolność od Miśka” – wzruszyła ramionami z politowaniem. – „Wolność… niby ważna rzecz, ale jaką ma wartość, kiedy za nią idzie tylko pustka?”
Pustka! Właśnie to widziała przed sobą, patrząc w przyszłość, którą, pozbawiona tego, co najważniejsze, będzie mogła umeblować jedynie namiastkami sukcesu i spełnienia – rozwojem kariery zawodowej i charytatywną działalnością dobrej wróżki. I jedno, i drugie szło jej zresztą bardzo dobrze, co niewątpliwie było znakiem, że to jest właśnie jej droga, choćby nie wiadomo jak próbowała się przed tym bronić. Tylko co z tego?
„Kariera?” – skrzywiła się. – „Co mnie obchodzi jakaś cholerna kariera? Byle tylko mieć z czego żyć, sukcesy zawodowe do niczego nie są mi potrzebne, jeśli nie mogę dzielić ich i współtworzyć z nim…”
Przed oczami mignął jej dobrze znany obraz skąpanej w półmroku sali Anabelli i przemykająca w tempie błyskawicy między stolikami charakterystyczna sylwetka mężczyzny z rozczochraną ciemnoblond czupryną. Gdyby mogła tam zostać… rozwijać z nim tę firmę, cieszyć się każdym sukcesem, omawiać każdą porażkę, by wyciągnąć z niej wnioski na przyszłość…
„Przyszłość” – westchnęła. – „Bez ciebie nie ma dla mnie prawdziwej przyszłości, promyczku… tylko jakieś cienie i fantomy, wśród których będę musiała żyć i w dodatku robić coś pożytecznego.”
Kropelki deszczu nie spływały już teraz po szybie, lecz biły w nią z wielkim impetem – nad miasto nadciągała kolejna fala ulewy. Przez głowę Izy przebiegła ulotna myśl na temat Marty, która w tej aurze będzie musiała wracać do domu, jednak szybko znikła, ustępując miejsca scenie, która rozegrała się dawno, już ponad dwa lata temu, lecz która zawsze w czasie takiego deszczu prędzej czy później wracała jej przed oczy.
Zalana deszczem ulica na tyłach Zamkowej, staruszek w ortalionowej kurtce z nogą uwięzioną w obluzowanym wieku kanału, obok niego poirytowany, ale starający się mu pomóc mężczyzna w skórzanej kurtce i czarnej czapce, a w tle ona sama – zaniepokojona, nieco wystraszona studentka pierwszego roku, która wówczas na tyle słabo znała miasto, że przypadkiem zawędrowała właśnie tam. Dziś, gdyby znalazła się w tej samej sytuacji, raczej poszłaby o wiele prostszą, inną drogą… a jednak trafiła akurat tam, po to, by spotkać obu tych mężczyzn, którzy z biegiem czasu mieli stać się jej tak bliscy. Wówczas nawet przez chwilę nie mogła podejrzewać, że tak będzie, nie mogła spodziewać się ani tego, że starszy z nich ujrzy w niej swoją zmarłą pięćdziesiąt lat wcześniej żonę i na kanwie tego sentymentu w przyszłości zapisze jej mieszkanie, ani tym bardziej tego, że w młodszym z nich sama zakocha się kiedyś bez pamięci. Czy to nie był najlepszy przykład tego, jak nieprzewidywalne jest życie?
„Przewidywalnie nieprzewidywalne” – uśmiechnęła się smętnie, wspominając filozoficzne dywagacje Majka. – „Co znaczy, że można przewidzieć w nim tylko to, że prędzej czy później zdarzy się coś nieprzewidywalnego. Żadne z nas nie spodziewało się, że kiedykolwiek wyleczymy się z nietrafionej miłości… on z nieodwzajemnionej, ja z patologicznej… a jednak to się stało. Ale czy to znaczy, że każdy z nas dostał równe szanse?”
Spływająca po szybie kropla wody była tylko jedną z miliona kropel deszczu, który spadł dziś na Liège. A jednak była jedyna taka na świecie… jak łza, która symetrycznie, w dokładnie tym samym tempie popłynęła właśnie po policzku Izy.
____________________________________________
[*] Prends-le avec toi et amène ici, tante Isabelle (fr.) – Weź go ze sobą i przywieź tutaj, ciociu Isabelle.
[**] Tu promets? – Oui, je promets (fr.) – Obiecujesz? – Tak, obiecuję.