Anabella – Rozdział CLXXIV
Listopadowe pejzaże przewijające się w szybkim tempie za oknem pędzącego pociągu tonęły w promieniach zachodzącego powoli słońca, mimo że minęła dopiero piętnasta.
Listopadowe pejzaże przewijające się w szybkim tempie za oknem pędzącego pociągu tonęły w promieniach zachodzącego powoli słońca, mimo że minęła dopiero piętnasta.
– To jest świetny pomysł, Iza! – przyznała z entuzjazmem Amelia, wysłuchawszy relacji ze spotkania z Beatą. – Jak najbardziej może do nas dzwonić, zaraz uprzedzę Robcia i… wiesz co? Najlepiej będzie, jak spotkamy się na żywo, obie mogą wpaść do nas, usiądziemy sobie przy herbatce i pogadamy. Nie wiesz, kiedy będą w Suchej?
– A teraz zamknij oczy – zażądała Klaudia, sięgając do leżącej na blacie kosmetyczki. – I nie ruszaj się przez moment, żebym ci nie obsypała pudrem bluzki. Okej… cierpliwości, jeszcze pół minutki… już!… Dobra, możesz patrzeć.
Po godzinie szesnastej kadra Anabelli uległa częściowej zmianie – na barze Kamilę zastąpiła Wiktoria, której asystowała wciąż przyuczająca się do roli barmanki Iwona, zaś do grona pracujących przy obsłudze stolików kelnerek dołączyły Ola i Lidia.
– Zuzanko, przejmij za mnie B3, dobrze? – rzuciła pośpiesznie Iza, zatrzymawszy w przelocie przez salę młodszą koleżankę. – Muszę zajrzeć na chwilę do Antka.
Kiedy na schodach umilkły kroki opuszczających kamienicę gości, Iza wróciła do salonu i ze zmęczonym ale pełnym satysfakcji uśmiechem popatrzyła na zastawiony stół, oceniając, że jego posprzątanie nie będzie wymagało dużo pracy.
– O której zaczynasz te zajęcia? – zapytał Majk, kiedy pośpiesznym krokiem zmierzali do samochodu zaparkowanego na jednej z osiedlowych uliczek w sąsiedztwie nowego lokalu na Koncertowej. – Jedenasta?
Jest lepiej, elfiku – ogłosił długo wyczekiwany sms, który nadszedł w niedzielny poranek. – Gorączka minęła, powinno być okej. Jest z nią mój ojciec, a ja idę spać. Wieczorem będę w firmie i zajmę się wszystkim. Jeszcze raz dziękuję ci za wszystko. Majk.
– Żartujesz! Żeni się?! Bezcenna mina Majka, któremu na tę wiadomość literalnie opadła szczęka, była tak komiczna, że Iza z trudem zdołała powstrzymać parsknięcie śmiechem.
Kiedy srebrny peugeot Izy bez przeszkód wjechał na teren rozległej posiadłości Krawczyka, dziś skąpanej w mglistej poświacie pochmurnego listopadowego poranka, jej uwagę natychmiast przykuł fakt, że na wielkim placu wyłożonym kremowym piaskowcem nie było pusto jak podczas jej poprzednich wizyt, lecz stało tam kilka zaparkowanych samochodów.