Anabella – Rozdział CLXVIII

Anabella – Rozdział CLXVIII

– O której zaczynasz te zajęcia? – zapytał Majk, kiedy pośpiesznym krokiem zmierzali do samochodu zaparkowanego na jednej z osiedlowych uliczek w sąsiedztwie nowego lokalu na Koncertowej. – Jedenasta?

– Dziesiąta pięćdziesiąt – sprostowała, otulając się szczelniej szalikiem, gdyż temperatura oscylowała dziś w okolicach zera.

– Zdążysz, podwiozę cię pod same drzwi – zapewnił ją, wyjmując z kieszeni telefon i zerkając na ekran. – Jest dopiero za dwadzieścia pięć.

– Spokojnie, można liczyć pół godziny, mam przecież jeszcze kwadrans akademicki – odparła z humorem. – Zwykle z tego nie korzystam, więc jak raz się zdarzy, to chyba mi wybaczą.

– Przepraszam, elfiku. Nie sądziłem, że to tyle potrwa, byłem pewien, że o dziesiątej dawno będzie po wszystkim. W każdym razie bardzo ci dziękuję, to była kluczowa interwencja. Teraz już Lidia będzie radzić sobie sama.

Był piątek, oboje wracali właśnie z porannego odbioru pierwszej fazy remontu wykonanego w nowym lokalu na Koncertowej, gdzie o ósmej spotkali się z kierownikami trzech pracujących tam ekip robotników. Ponieważ była to kluczowa faza projektu, Majkowi zależało na obecności przy tym zarówno Izy, jak i Lidii, jednak wczesna godzina spotkania, zważywszy na to, że wszyscy troje poprzedniej nocy pracowali aż do zamknięcia lokalu na Zamkowej, wymagała od nich nie lada wysiłku. Majk, totalnie niewyspany, z pogniecioną twarzą i nieogolonymi policzkami, podjechał po Izę na Bernardyńską spóźniony o kilka minut, a ponieważ na domiar złego wpadli w poranne korki w centrum miasta, dojechali na miejsce z poślizgiem ponad kwadransa. Od tamtej pory wydawało się, że tego właśnie kwadransa brakuje im na każdą z dalszych czynności, jakby pierwsze opóźnienie uruchomiło nieuchronne i niemożliwe do zatrzymania domino.

Niemniej ustalenia poczynione na Koncertowej były budujące, podstawowy remont i przebudowa sali w stanie surowym zostały zakończone tydzień przed terminem, dzięki czemu robotnicy mogli przejść do fazy wykończenia lokalu. Iza jak zwykle z podziwem patrzyła na Majka, który, choć o tej porannej porze ledwo przytomny, ze wzburzoną, niedoczesaną fryzurą i czerwonymi z niewyspania oczami, negocjował z wykonawcami kolejne punkty planu ze swobodą biznesmena z wieloletnim doświadczeniem, szefa rozwijającej się, kwitnącej w oczach firmy. Jakże inny byl w tej roli niż jeszcze dzień wcześniej, kiedy oboje, wracając z wizyty w szpitalu u pani Ireny, na kilkanaście minut, jakie zabrał im dojazd do pracy na Zamkową, nawiązali do porzuconej w weekend rozmowy w trybie terapii! Czasu na nią było co prawda niewiele, ale jednak wystarczająco, by mogła spojrzeć na nową sytuację pogodniej i z dystansem – bo czy nie najważniejsze było to, że on wreszcie czuł się lepiej? Wielotygodniowy kryzys, którego wznowy obawiały się obie z Lodzią, wydawał się zażegnany, o czym sam Majk zapewnił ją po raz kolejny explicite.

Proszę, nie bój się już o mnie, moja dobra wróżko – powiedział ciepło, kiedy zaparkowali na chodniku na tyłach kamienicy. – Przysięgam, że co by się nie działo, już nigdy nie odwalę takiego numeru jak tamten z piciem brandy. Zachowałem się jak gówniarz, wiem o tym i więcej tego nie zrobię, dałem ci na to moje słowo i dotrzymam go. A co do Anabelli – uśmiechnął się, zerkając na nią znad kierownicy i wyłączając silnik – to porozmawiamy o niej jeszcze nieraz, ale to nic pilnego, elfiku. Pośpiech jest wręcz niewskazany, a terapia przecież i tak nadal trwa, prawda?

Co takiego było w tych słowach, że w ułamku sekundy ukoiły jej zszarpane nerwy? Na pewno ponowienie przysięgi związanej z brandy, bo fakt, że nie musiała się o to martwić, w istocie był uspokajający. Ale przecież nie tylko to! Czy mogła kryć przed samą sobą, że w jego słowach kluczowe dla niej były te dwa – nic pilnego? To oznaczało, że ciągle miała czas, by nacieszyć swymi okruszkami, zanim… zanim… A może owo „zanim” nigdy nie nastąpi? Po co więc martwić się na zapas? Po co wciąż powtarzać w głowie tamte słowa?

Nadal czekam na moją prawdziwą Anabellę

Wszak oczekiwanie to, dla niego będące nową nadzieją na przyszłość, dla niej było szansą na jeszcze jeden dzień życiodajnego status quo, które pozwoli na co dzień zakosztować smaku szczęścia. Im dłużej on będzie czekał, tym dłużej ona będzie mogła cieszyć się jego bliskością i tymi drobnymi lecz jakże fundamentalnymi gestami, które na przestrzeni ostatnich dwóch lat obojgu przyniosły uleczenie poranionych dusz. Niewinny dotyk, przyjacielski uścisk ramion, który żartobliwie nazywał doładowaniem elfowej energii, jej palce w jego włosach, a czasem nawet muśnięcie jego ust na dłoni czy czole… Owszem, kiedy przyjdzie „prawdziwa Anabella”, to będzie musiało się skończyć, jednak nic i nikt nie odbierze jej wspomnień, na których zbieranie ciągle jeszcze miała czas. Terapia, choć już odniosła sukces, nadal trwała, ponieważ on tego chciał i potrzebował, dla niej zaś już sama ta świadomość wystarczała, by odzyskać dobry humor.

A zatem czy najlepszą strategią w tej dziwnej sytuacji zawieszenia nie było przestać snuć czarne scenariusze, lecz po prostu żyć z dnia na dzień i cieszyć się każdą chwilą jego obecności? Te chwile musiały jej wystarczyć, dlatego nie warto było zaburzać ich złymi myślami. Zwłaszcza że owe złe myśli, w tym bolesne ukłucia bezpodstawnej zazdrości, były przecież tylko ułudną zmorą, która jak dotąd nie znajdowała odbicia w rzeczywistości. Jak on to powiedział a propos Pabla? Po co stwarzać sobie problemy tam, gdzie ich nie ma? Słuszne słowa, do których i ona powinna się zastosować.

Drugim źródłem pozytywnych emocji był ogrom ciepła i sympatii, jakie okazała jej wczoraj odwiedzona w szpitalu babcia Majka. Starsza pani, blada jak widmo i jakby jeszcze szczuplejsza niż wcześniej, nawet w tak ekstremalnych warunkach nie przestała być wytworną damą z nienagannie uczesanymi śnieżnobiałymi włosami, elegancko ubraną w kremową koszulę nocną z koronkowymi falbankami, która stylem bardzo przypominała tamtą – seledynową. Czy to na mocy tego skojarzenia przez cały czas wizyty u niej Iza czuła na przemian wyrzuty sumienia świętokradcy i chwytające za gardło wzruszenie? A może raczej chodziło o to, że pani Irena była kolejną osobą, z którą, poprzez wspomnienie drogich zmarłych, od pierwszej chwili połączyło ją porozumienie dusz?

Tak czy inaczej od wczoraj, po kilku ostatnich źle przespanych nocach, powrócił do niej względny spokój ducha i pełna wewnętrznej pogody akceptacja życia takim, jakie było. Bo czy nie było piękne nawet w tym całym dzisiejszym pośpiechu i niedospaniu, od którego momentami aż kręciło się w głowie? A ten zakręcony, półprzytomny Majk z zaczerwienionymi oczami, który dopiero po godzinie negocjacji z robotnikami na dobre się obudził… Czy można wyobrazić sobie większe szczęście, niż być przy nim w takiej właśnie zwykłej, najzwyklejszej chwili?

– A niech to wszyscy diabli! – sarknął właśnie, zmuszony do mocnego hamowania przed światłem, które z pomarańczowego zmieniło się na czerwone. – Widziałaś? Zabrakło nam dwóch sekund!

– Spokojnie, szefie – odparła wesoło, przechylając się, by na chwilę położyć mu dłoń na ramieniu. – O co te nerwy? Jak nie zdążę na zajęcia, to trudno, świat się nie zawali. Zapomniałeś, co ci mówiła babcia? Nie wzywaj diabła!

Majk spojrzał na nią znad kierownicy z komicznie skrzywioną miną.

– Widzę, że zawiązałyście już z babcią koalicję przeciwko mnie. Jedna zabrania mi kląć, druga pić brandy… Jak tak dalej pójdzie, to niewiele mi zostanie z tego życia – westchnął, przybierając minę męczennika. – Ale co zrobić? Kiedy wchodzi się w sztamę z aniołami, trzeba trzymać fason. Powiedz, elfiku, co mam dzisiaj załatwić na twój Dzień Francuski? – zmienił zgrabnie temat, nim zdążyła zareagować. – Będę miał teraz wolne pasmo, mógłbym na przykład zamówić ci plakaty. Zmieniamy coś w tych poprzednich poza datą?

– Nic, ale ja bym wolała, żebyś w tym wolnym paśmie pojechał się wyspać – odparła prosząco Iza. – Plakaty możemy załatwić w poniedziałek, a ty…

– Spokojnie – machnął ręką. – Odechciało mi się już spać, zaraz skoczę do firmy, walnę sobie jakąś porządną kawę na pobudzenie zmysłów i ruszam do boju. Czyli tylko zmiana daty i dodruk? – upewnił się. – A menu?

– Menu też gotowe, uzupełniłam listę alergenów, plik jest gotowy w komputerze. W bieżących, nazwa DF-listopad.

– Okej, super, znajdę sobie. Merci, Mademoiselle.

Merci à vous, Monsieur – uśmiechnęła się, wymownym gestem wskazując mu sygnalizator, na którym świeciło się już zielone światło. – Allez-y.

Pokiwał głową, odwzajemniając jej uśmiech. Ciemnozielony opel ruszył z wigorem ze skrzyżowania i pomknął w stronę miasteczka akademickiego, wyprzedzając brawurowo inne samochody.

***

Korytarze i schody uczelni były wyjątkowo zatłoczone, trwała bowiem przerwa między zajęciami, która dodatkowo wypadała w porze obiadowej, więc liczni studenci przemieszczali się głównie w stronę barku i stołówki. Iza i Marta tradycyjnie usiadły z kawą z automatu na szerokim parapecie korytarza na pierwszym piętrze, skąd miały świetny widok zarówno na widoczny przez okno zewnętrzny dziedziniec, jak i z góry na hol przy szatni, gdzie obecnie kłębił się wielokolorowy, rozkrzyczany tłum.

– Ale przecież to nie będzie biba do białego rana, posiedzimy co najwyżej do północy – tłumaczyła perswazyjnym tonem Marta. – Kinia chce, żeby to była bardzo grzeczna impreza, chodzi głównie o zapoznanie się z dziewczynami ze strony pana młodego. Czyli raczej wieczorek integracyjny przy lampce wina niż jakiś zwariowany wieczór panieński z milionem atrakcji, których i tak nikt nie zdąży przygotować. A poza tym Kini będzie przykro, jak nie przyjdziesz. Naprawdę nie dasz rady się zorganizować? Chociaż na dwie-trzy godzinki?

– No okej, na dwie albo trzy może bym dała radę – westchnęła złamana tą argumentacją Iza. – Chociaż tyle rzeczy nagromadziło mi się w tym ostatnim tygodniu listopada, że serio nie wiem, jak się wyrobię… A z drugiej strony masz rację, Kini mogłoby być przykro, a tego bym nie chciała. Więc postaram się, Martuś.

Rozmowa dotyczyła wieczorku panieńskiego, jaki Kinga zdecydowała się zorganizować na kilka dni przed ślubem, a ściślej w środę, czyli w dzień poprzedzający wyjazd Izy do Warszawy na spotkanie z Madi. Jako że zarówno na ten dzień, jak i na dzień wesela musiała wziąć wolne w pracy, w zamian odrabiając swoje godziny w innych terminach, a do tego doszło przesunięcie w grafiku związane z zaplanowaną na najbliższą sobotę parapetówką na Bernardyńskiej, jeszcze jeden wieczór zaległości mocno komplikował jej sytuację nawet pomimo zmniejszonego wymiaru godzin pracy na sali, jaki wpisał jej do nowej umowy Majk. Jednak, choć w pierwszej chwili była zdecydowana odmówić udziału, wizja sprawienia przykrości wychodzącej za mąż koleżance szybko przekonała ją do zmiany zdania.

– Ty i tak już jesteś niemożliwym outsiderem – zauważyła krytycznie Marta, zanurzając usta w kawie. – Tylko praca, praca, praca i nic więcej. A potem na wesele Kini z kim? Z Danem. Pff! Jak tak dalej będziesz robić, to… ale co ja ci będę tłumaczyć po raz dwusetny? Sama wiesz, co będzie.

– Mhm, wiem – uśmiechnęła się z pobłażaniem Iza, również upijając łyka kawy. – Nikogo sobie nie znajdę i do końca życia zostanę starą panną. Trudno, Martuś. Może zresztą właśnie taki los mi odpowiada?

– Nie wygłupiaj się, Iza – w głosie Marty jak zawsze w takich kontekstach zabrzmiała nuta poirytowania. – Pamiętasz, jak mówiłaś mi przy Radku, że wyleczę się z niego i jeszcze będę szczęśliwa? Radziłaś mi, żebym jak najszybciej o nim zapomniała i szła dalej. No i miałaś rację, bo tak się właśnie stało, dzisiaj wręcz się cieszę, że Radek sam się wyeliminował. A ty co? Będziesz wiecznie rozpamiętywać tego swojego chłopaka, z którym ci nie wyszło? Przecież to bez sensu! Trzeba się otrzepać i iść dalej!

– Wcale go nie rozpamiętuję – wzruszyła ramionami. – Wręcz przeciwnie, kiedy tylko zdarza mi się o nim pomyśleć, tym bardziej cieszę się odzyskaną wolnością. I nie mam zamiaru zmieniać tego stanu rzeczy jeszcze bardzo długo. A może nigdy?

– Ale przecież taka wolność jest nudna! – pokręciła głową Marta. – Ja sobie nawet nie wyobrażam, że mogłabym nie mieć mojego Patrysia. Czułabym się, jakby mnie ktoś zamknął w pustej studni!

– Czasem lepiej w pustej niż w wypełnionej wodą – zauważyła filozoficznie Iza. – Przynajmniej nie brakuje powietrza i są jakieś szanse na przeżycie…

Urwała zdziwiona, gdyż właśnie na dole, na środku holu za plecami Marty jak na zawołanie dostrzegła postać, o której rozmawiały. Patryk? A może tylko ktoś do niego podobny? Patryk przecież, jak zapewniała Marta, w tym tygodniu miał zostać w Warszawie i nie wybierał się do Lublina. Kim mógł być w takim razie ten łudząco do niego podobny młody mężczyzna? Widziała go tylko z półprofilu stojącego pod jednym z filarów i intensywnie wypatrującego czegoś w tłumie, jakby czekał tam na kogoś i bał się go przeoczyć. Już miała zwrócić na niego uwagę koleżanki, kiedy pomyślała, że przecież, jeśli on tu na kogoś czeka, to właśnie na Martę, prawdopodobnie chce jej zrobić niespodziankę, więc czy nie głupio byłoby ją zepsuć? Nawet jeśli osobiście nie przepadała za Patrykiem.

– Żartuj sobie dalej – żachnęła się nieświadoma niczego Marta, pociągając kolejnego łyka kawy z papierowego kubka. – A ja mówię poważnie, Iza. Straciłaś świetną okazję, zresztą już nie pierwszą, do zapoznania się z kimś fajnym. Taka impreza jak wesele u Kini nie trafia się często, a ty w ogóle tego nie doceniasz!

– Doceniam, Martusiu – odparła w roztargnieniu, nie spuszczając z oczu sylwetki Patryka za filarem holu. – Ale nie martwię się straconą okazją, bo jestem pewna, że takich trafi się niebawem jeszcze sporo. Może następne wesele na roku będzie twoje? – mrugnęła do niej przekornie. – Hmm? Zaprosisz mnie przecież, żeby dać mi szansę na rehabilitację, co?

– A właśnie! – ożywiła się natychmiast Marta. – Jak myślisz, któraś z nas, tak jak Kinia, wyjdzie za mąż jeszcze w czasie studiów? Ja raczej nie – zaznaczyła z powagą. – Nie planuję takich szybkich ruchów, no co ty! Jak już, to najwcześniej po magisterce. Ale nie powiem, że nie poszłabym na następne wesele koleżanki z roku.

– Koleżanki albo kolegi – zauważyła żartobliwie Iza. – Dlaczego wykluczasz Zbyszka albo Kubę? Może to któryś z nich pierwszy pójdzie w ślady Kini?

– Zbyszek? – prychnęła Marta. – Moim zdaniem, nie ma takiej opcji… no, chyba żeby wpadł. Ale nie sądzę. Jego typuję jako przedostatniego w kolejce, ex aequo z Kubą. Bo ostatnie miejsce w moim rankingu oczywiście zajmujesz ty!

Iza roześmiała się, podnosząc w górę kciuk i jednocześnie zerkając z góry na obserwowanego młodego mężczyznę, który właśnie opuścił swoje miejsce za filarem, by zagadnąć kogoś na środku korytarza. Rozpoznała jego rozmówcę od razu – był to Daniel. A zatem nie było już wątpliwości, że tym drugim rzeczywiście był Patryk, który prawdopodobnie pytał go o Martę.

– Ale zawsze możesz podnieść się w tym rankingu – zaznaczyła lojalnie Marta. – Ja cię jeszcze na straty nie spisuję, bo nadal mam nadzieję, że w końcu się ogarniesz. Nawet chciałabym zobaczyć, jak trafia cię taki sam piorun jak Kinię i Andrzeja… o, to by był dopiero piękny widok!

Daniel, któremu Patryk najwyraźniej zadał jakieś pytanie, pokiwał głową i wskazał mu schody prowadzące na pierwsze piętro w przeciwnej części korytarza. No tak, w tamtych salach zajęcia często mieli zarówno poloniści, jak i romaniści, więc nic dziwnego, że skierował go intuicyjnie właśnie tam. Jednak Patryk, który znał już trochę ten budynek, gdyż kilka razy był tu z Martą, mógł przecież najpierw sam sprawdzić sale na pierwszym piętrze, pod które nieraz ją odprowadzał. Czy to nie dziwne, że pytał o drogę osobę z innego kierunku? A z drugiej strony – czy to ważne? Tak czy siak za chwilę tu trafi i Marta będzie miała wielką niespodziankę, dzięki której przestanie przynajmniej prawić jej kazania.

– Nie ma takiej opcji, Martuś – zapewniła ją z uśmiechem, dopijając swoją kawę i wskazując, by zrobiła ze swoją to samo. – No, ale już, kończ kawę, bo przerwa się kończy. Musimy wracać.

– No nie! – westchnęła Marta, zerkając na zegarek i z niechęcią podnosząc się z parapetu. – Faktycznie, kiedy to zleciało? Ale mi się nie chce iść na ten wykład…

– Nie marudź, będzie fajnie! – odparła wesoło Iza, energicznym gestem posyłając swój kubek do kosza. – Zobaczysz, to będzie wykład twoich marzeń!

Marta spojrzała na nią krzywo i popukała się palcem w czoło, na co Iza tylko się roześmiała, wskazując jej drogę ku sali. Była tak święcie przekonana, że zastaną tam Patryka, a przynajmniej że ów dotrze tam lada moment, że jego nieobecność zarówno przed, jak i po wykładzie bardzo ją zdziwiła. Zaś kiedy obie wyszły z uczelni i ruszyły chodnikiem w stronę skrzyżowania, na którym tradycyjnie rozchodziły się ich drogi, a po Patryku wciąż nie było ani śladu, na owo zdziwienie nałożyło się nieprzyjemne wrażenie, że coś tu jest nie tak.

„Może jednak się pomyliłam i to wcale nie był Patryk?” – pomyślała, zmierzając szybkim krokiem w stronę centrum. – „Dobrze, że nic jej nie mówiłam, bo tylko bym się skompromitowała. Może to serio był tylko ktoś do niego podobny? Stał daleko, a swoją drogą to w ogóle mam wrażenie, że ostatnio pogorszył mi się wzrok… Jeszcze kilka takich numerów i będę musiała sprawić sobie okulary!”

***

– Serio, pięknie tu masz, Iza – podsumowała po raz kolejny Ola, rozglądając się po salonie na Bernardyńskiej, gdzie wszystkie sześć siedziały od pół godziny na zlocie czarownic, sacząc czerwone wino. – Najbardziej podoba mi się, że zrobiłaś takie mega jasne, nowoczesne wnętrze, a przy tym udało ci się utrzymać klimat starej kamienicy. To zupełnie co innego niż mieszkanie w bloku.

– No – przyznała Klaudia. – Fajne masz te wysokie sufity, z półtora metra wyższe niż u mnie, od razu inaczej się oddycha. Niby jeden pokój, ale ta przestrzeń… Masz rację, Olciu, takie mieszkania w starym budownictwie to zupełnie co innego niż w bloku, ja też zaczynam coraz bardziej je doceniać.

– Pokażę wam zdjęcia sprzed remontu – przypomniała sobie Iza, zrywając się z miejsca, by wyciągnąć z półki nad biurkiem jeden z albumów w oprawionych w brązowy skaj. – O, popatrzcie. To było z czasu, kiedy jeszcze stały tu wszystkie stare meble. Spora zmiana, co?

Zdumione okrzyki koleżanek, które chętnie rzuciły się do oglądania zdjęć, sprawiły jej przyjemność, jaką czuła zawsze, kiedy z dumą prezentowała swoje mieszkanie znajomym. Zdjęcia, które przed remontem zrobiła na pamiątkę starego wystroju wnętrza z czasów pana Szczepana, wywoływały największe wrażenie na mocy porównania ze stanem obecnym, który również udokumentowała fotograficznie w kolejnym albumie, by pochwalić się nim Robertowi i Amelii. Zresztą, odkąd wprowadziła się tu w końcu września, marzyła o tym, by siostra i szwagier osobiście odwiedzili ją wraz z Klarą w Lublinie, wiedziała jednak, że to marzenie, zważywszy na ich obowiązki w Korytkowie, będzie musiała odłożyć co najmniej do następnego lata.

– No dobra, zaczynajmy naszą naradę czarownic, zanim wpadną tu chłopaki – powiedziała Wiktoria, kiedy obejrzany album spoczął wreszcie zamknięty na brzegu stołu. – Iza, polej mi jeszcze tego bordeaux, co? Jest pyszne. A Klaudia opowiada – wskazała na siedzącą na kanapie koleżankę. – No co robisz taką krzywą minę? Miałaś nam dokończyć historię o niewiernym Bartku.

– Właśnie! – podchwyciła Gosia. – Są jakieś nowe wieści? Widziałaś się z Mileną?

– Widziałam się – skinęła głową Klaudia, również chętnie podstawiając swój kieliszek serwującej wino Izie. – No, nie żałuj, lej do pełna, Iza… o tak, dzięki. I wiecie co? Z jednej strony jestem rozczarowana, a z drugiej muszę przyznać, że poniekąd się tego spodziewałam. Zwłaszcza po tym, co mówiły Lidzia i Gosia, a potem też Iza o różowych okularach.

– Ale że co? – zapytała zdezorientowana Ola. – Chcesz przez to powiedzieć, że Milena mu wybaczyła?

– No nie, wybaczyć, to nie wybaczyła – zaprzeczyła Klaudia. – I mówi, że nie wie, czy da radę kiedykolwiek mu to zapomnieć. Ale faktem jest, że przyjęła go z powrotem i dała mu drugą szansę.

– O! – zdumiały się chórem dziewczyny.

– Jednak – szepnęła Lidia.

– Jednak – podchwyciła z przekąsem Klaudia. – Mówi, że robi to tylko i wyłącznie ze względu na dobro dziecka, więc obiektywnie można to zrozumieć, ale jak sobie pomyślę o praktycznej stronie tej decyzji… brr! Zwłaszcza ze kilka dni wcześniej mówiła mi całkiem co innego, wręcz zarzekała się, że po takiej akcji nie wytrzyma z nim pod jednym dachem pięciu minut.

– No, a co myślałaś? Zabajerował ją – wzruszyła ramionami Wiktoria. – Odkąd powiedziałaś, że zgodziła się pojechać z nim do domu, żeby pogadać na osobności, to ja też się tego spodziewałam.

– A ja nie – pokręciła głową Ola. – Byłam pewna, że da mu popalić tak, jak na to zasługiwał. Czyli co, Klaudziu? Wyszło na to, że twój wysiłek, żeby ukarać gnoja, jednak poszedł na marne?

– Nie uważam tak – odparła spokojnie Klaudia, upijając łyka wina. – On i tak został ukarany, ja postąpiłam zgodnie ze swoim sumieniem, a Milena niech sobie robi, co chce. Skoro uznała, że tak będzie lepiej dla córki, to dlaczego mam się w to wtrącać? Jej sprawa. Mnie na szczęście ten problem już nie dotyczy.

– Masz rację, każdy powinien działać zgodnie ze swoim sumieniem – przyznała Iza, która, nalawszy odrobinę wina również sobie, dopiero teraz zasiadła na krześle po przeciwnej stronie stołu. – Ja jestem w stanie zrozumieć decyzję kobiety, która woli poświęcić siebie, żeby nie odbierać dziecku ojca. Przynajmniej przez jakiś czas, bo nie sądzę, żeby taka sklejanka długo wytrzymała – zaznaczyła. – Ale jednak, kiedy w grę wchodzi dziecko, sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż tam, gdzie tego dziecka nie ma. Ja bym w każdym razie tej Mileny nie potępiała.

– Ja też – zgodziła się Lidia.

– Ale przecież ja jej nie potępiam! – obruszyła się Klaudia. – Jej sprawa, co z tym robi, ja jestem szczęśliwa, że udało mi się zakończyć temat i nie muszę się już tym przejmować. Dostałam nauczkę, na drugi raz będę ostrożniejsza, a jej mogę tylko współczuć, że dalej będzie się z tym dupkiem męczyć.

– Fakt, chociaż ja myślę tak jak Iza, że to raczej długo nie potrwa – stwierdziła z przekonaniem Wiktoria. – On się przecież nie zmieni, tacy psychopaci nie zmieniają się nigdy, a ona tylko straci idealną szansę, żeby pozbyć się go na własnych warunkach. Przecież on na drugi raz będzie dużo ostrożniejszy. Uprzedzony, uzbrojony, nie?

– Właśnie! – podchwyciła Gosia. – Założę się, że gnojek wyciągnie wnioski i na przyszłość zadba o to, żeby zabezpieczyć się od każdej strony. Zwłaszcza finansowo. Moim zdaniem, Milena na własne życzenie traci to, co dzięki Klaudii było jej największą przewagą, czyli efekt zaskoczenia. Jeśli teraz da się zmiękczyć, a facet znowu zrobi coś podobnego, to drugiej takiej okazji na rozegranie go raczej już nie będzie miała.

– To też prawda – zgodziła się Iza.

– Trudno – wzruszyła ramionami Klaudia. – Ja dałam jej do ręki gotowca, miała wszystkie narzędzia do tego, żeby obedrzeć go ze skóry, ale skoro nie chce tego robić, to przecież nie będę jej do tego namawiać, nie? Zwłaszcza że w tle jest to dziecko, a jakie ja mam prawo ingerować w jego los? Zdziwiło mnie tylko to, że Milena nagle zrobiła taką woltę o sto osiemdziesiąt stopni i… wiecie co? – zastanowiła się. – Miałam takie niejasne wrażenie, że na tym ostatnim spotkaniu nie była ze mną całkiem szczera.

– To znaczy? – zaciekawiła się Ola.

– W takim sensie, że zachowywała się zupełnie inaczej niż wcześniej, jakoś tak nienaturalnie, wręcz sztywno, jak automat. Może Bartek nagadał jej jakichś bzdur i nastawił przeciwko mnie? Wcale bym się nie zdziwiła, z niego jest naprawdę wybitny manipulator – skrzywiła się z niechęcią. – A z drugiej strony ciężko mi uwierzyć, że po tym wszystkim jeszcze by się złapała na jego ściemę. Sama nie wiem, dziewczyny – westchnęła, rozkładając ręce w geście bezradności. – Może ona jednak ma mi za złe, że rozwaliłam jej życie? Trudno. Musiałam zrobić to, co zrobiłam. Nie powiem, że nie mam po tym kaca, ale jakbym zataiła przed nią prawdę, miałabym jeszcze większego.

– Dobrze zrobiłaś, Klaudziu – powiedziała łagodnie Iza. – Nie miej wyrzutów sumienia, bo jej życie i tak było rozwalone, a rozwalił je Bartek, a nie ty. Zresztą to by się prędzej czy później samo wydało, ty tylko trochę przyśpieszyłaś ten proces, a do tego dałaś jej do rąk naprawdę mocne karty. Tak jak powiedziałam, rozumiem decyzję Mileny i uważam, że nie można jej potępiać, ale z drugiej strony to, co powiedziała Gosia, też ma sens. Bo wiesz co? – dodała, przyglądając się z zastanowieniem Klaudii. – Ta jej zmiana zachowania względem ciebie faktycznie jest podejrzana, nawet bardziej niż zmiana decyzji z sprawie Bartka. Tak cię słucham i staram się wyobrazić sobie samą siebie na jej miejscu… z kimś w pewnym sensie podobnym do niego, w sytuacji, gdy już mamy dziecko… i powiem ci, że, kurczę, słabo to wygląda. Brałaś pod uwagę opcję, że on ją może czymś szantażować?

W salonie zapadła cisza, wszystkie oczy jak na komendę zwróciły się na Klaudię.

– Szantażować? – powtórzyła niepewnie. – Nie mam pojęcia, ale niby czym? To raczej ona mogłaby szantażować jego.

– Nie wiem, stawiam tylko hipotezę – odparła spokojnie Iza. – Tak mi przyszło do głowy, kiedy Wika nazwała Bartka psychopatą, bo to rzeczywiście trochę tak wygląda. Ale fakt, że to już nie twoja sprawa, więc nie musisz się tym martwić, ani tym bardziej myśleć za Milenę. Przecież ona ma swój rozum i skoro zdecydowała, że da wiarołomcy drugą szansę, to widocznie ma swoje powody.

– Też tak myślę – zgodziła się Wiktoria. – Ja bym na jej miejscu pozbyła się gada jak najprędzej, ale ja nie mam dzieci, więc trudno mi ocenić, na ile to może wpłynąć na taką decyzję. Z nas sześciu tylko jedna Lidia może się w tej kwestii kompetentnie wypowiedzieć.

– No właśnie, Lidziu – podchwyciła Ola. – Co ty byś zrobiła na miejscu Mileny?

Lidia, która od początku imprezy przysłuchiwała się rozmowie z roztargnioną miną, od czasu do czasu wtrącając tylko pojedyncze półsłówka, pokręciła głową, jakby niezadowolona, że została wywołana do odpowiedzi.

– Nie wiem, Olciu – odparła ponurym tonem. – Serio, nie wiem, bo nigdy nie dostałam nawet szansy, żeby móc się nad tym zastanowić. Mój eks, w przeciwieństwie do Bartka, jednoznacznie wybrał kochankę, a ze mną się nie patyczkował, po prostu wywalił mnie na zbity pysk z mieszkania razem z dziećmi, a na odchodne zagroził, że jeśli polecę z tym do sądu, to zatrudni adwokata i odbierze mi chłopców.

– Co za sukinsyn! – prychnęła z oburzeniem Gosia.

– Nie odebrałby ci dzieci, spokojna głowa – zapewniła ją Wiktoria. – Z punktu widzenia prawnego nie miałby na to żadnych szans. Powinnaś była z nim walczyć, jeszcze by się zdziwił, jak sąd przyznałby ci rację i porządne alimenty.

– Wiem, głupia byłam – zgodziła się Lidia. – On tylko tak gadał, chciał mnie nastraszyć i pozbyć się mnie tanim kosztem, przecież potem w ogóle się chłopcami nie interesował. Do tej pory nie chce ich znać, wpłaca tylko na nich po dwie stówki alimentów, bo byłam na tyle głupia, że zgodziłam się na taką kwotę i podpisałam wszystko, co chciał. Ale wtedy byłam w takim psychicznym dole, że nie nie miałam siły walczyć, poza tym uniosłam się honorem… ech! Szkoda gadać. Nawet nie chce mi się do tego wracać, wolałabym zapomnieć o nim raz na zawsze.

– Ale wiesz, że mogłabyś jeszcze teraz pociągnąć go do odpowiedzialności przed sądem? – zapytała Iza, wspominając twarz Agnieszki. – Jakby zerknął na to dobry adwokat…

– Nie, Iza, daj spokój – machnęła niecierpliwie ręką Lidia. – Poradzę sobie sama, nie będę ścigać tego gnojka i szarpać sobie nerwów, na szczęście na razie mam jeszcze co do garnka włożyć. Chociaż nie przeczę, że logistycznie jest ciężko – dodała z westchnieniem. – Gdyby nie mama, nie miałabym z kim zostawiać chłopców, kiedy wychodzę do pracy, na opiekunkę nocną przecież mnie nie stać, a mama też ma już sześćdziesiątkę na karku i ze zdrowiem u niej różnie. Ale jakoś dajemy sobie radę – zaznaczyła, widząc pełne współczucia spojrzenia koleżanek. – I choćbym miała na głowie stanąć, zrobię wszystko, żeby moim dzieciom nigdy niczego nie zabrakło.

– Jesteś bardzo dzielna, Lidziu – oceniła z uznaniem Klaudia. – I jeszcze wzięłaś na siebie taką odpowiedzialność z tym nowym lokalem… Serio, podziwiam cię.

– Ja też – podchwyciły pozostałe dziewczyny, posyłając Lidii życzliwe spojrzenia.

– Moje problemy przy twoich to śmiech, a ja nawet z takim głupim Bartkiem nie mogę sobie do końca poradzić psychicznie – ciągnęła Klaudia. – Więc nawet nie chcę sobie wyobrażać, jakie ty masz obciążenia przy dwojgu dzieciaków, w dodatku nawet nie w swoim mieszkaniu, tylko kątem u mamy. Ile wy tam macie pokoi? – zaciekawiła się.

– Jeden – odparła smętnie Lidia, wskazując na przestrzeń wokół siebie. – Taki mniej więcej jak ten. Mieszkanie ma może trochę więcej metrażu niż u Izy, bo kuchnia i łazienka są większe, ale to dosłownie różnica kilku metrów.

– Tylko jeden pokój? – zdumiała się Ola.

– I gnieciecie się tam we czwórkę? – dodała ze zgrozą Wiktoria.

– Aha. Chłopcy mają piętrowe łóżko i wydzielony parawanem kącik do zabawy, a my z mamą śpimy na wspólnej kanapie, bo na osobne łóżka już nie ma miejsca. Ale mam nadzieję, że to tylko stan przejściowy – podkreśliła. – W końcu zbiorę pieniądze na wkład własny do kredytu i wyprowadzimy się na swoje. Mam tylko nadzieję, że mama nadal będzie mi pomagać wieczorami, bo póki oni są jeszcze mali, bez niej sobie nie poradzę.

– A nie lepiej sprzedać to małe mieszkanie na poczet wkładu własnego, wziąć kredyt i razem z mamą przeprowadzić się na większe? – zastanowiła się Iza. – Jakbyś znalazła jakieś fajne trzypokojowe, to może warto by zainwestować?

– No właśnie! – podchwyciła Gosia. – Iza ma rację, Lidziu. Przecież dla was trzy pokoje to minimum. Jeden dla mamy, jeden dla chłopców i jeden dla ciebie.

– Myślałam o tym – przyznała Lidia. – Ale boję się, że póki co nie podołam z takim kredytem. Mama ma bardzo niską emeryturę, ledwo starcza jej na leki, czynsz i przeżycie do pierwszego. Oczywiście, odkąd u niej mieszkam, dokładam się do czynszu i płacę rachunki – zaznaczyła. – Ale jak doliczyć do tego koszty jedzenia, ubrań dla chłopców, koniecznych rzeczy do przedszkola i szkoły… Wiecie, jak to jest. Studnia bez dna. Więc skąd jeszcze wziąć kasę na raty kredytu?

– Odkujesz się – zapewniła ją ciepło Iza, w duchu postanawiając, że poprosi Majka o jak największą podwyżkę dla Lidii, kiedy tylko ta obejmie nowe stanowisko. – Teraz może jeszcze faktycznie trochę za wcześnie na taki kredyt, ale za rok albo dwa na pewno już sporo nazbierasz i będziesz mogła o tym pomyśleć.

– Zwłaszcza po tym awansie na kierowniczkę lokalu – mrugnęła do niej Wiktoria. – Szef za takie fuchy zawsze płaci ekstra, a jak rozkręcisz mu placówkę i zajmiesz się wszystkim, żeby nie musiał za bardzo zawracać sobie tym głowy, to za parę miechów wróżę ci naprawdę świetny zarobek. Nie, Iza?

– Tak jest – przyznała z powagą Iza. – Masz na to gwarancję, Lidziu.

– Dziękuję – odparła ze wzruszeniem Lidia. – Nie chcę się powtarzać, ale ta praca u was to dla mnie po prostu gwiazdka z nieba. Dwa lata temu, jak byłam w najgorszym dole, nawet nie marzyłam, że tak szybko uda mi się znaleźć miejsce, gdzie mogłabym zarabiać przyzwoite pieniądze. Już nie mówiąc o takim awansie, bo za to powinnam szefa po rękach całować. Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego wybrał akurat mnie, chociaż jestem młodsza stażem od was… To jest dowód ogromnego zaufania i ja go nie zawiodę, choćby nie wiem co.

Iza uśmiechnęła się tylko, po raz kolejny uniesiona falą dumy i szczęścia z trafionej sugestii, jaką poddała Majkowi. Wszak gdyby nie jej rekomendacja, on sam pewnie by o Lidii nie pomyślał… Ale czy musiała się tym chwalić? Niech ta zasługa idzie w pełni na jego konto, jej sprawi to podwójną radość, a jemu zagwarantuje tym większą lojalność Lidii. Zwłaszcza że Lidia, zaraz po Karolinie, była drugą osobą, którą Iza zatrudniała osobiście, przez co czuła za nie obie szczególną odpowiedzialność, podobnie jak za swój trzeci nabytek do zespołu czyli Zuzię. I o ile Karolina zawiodła na całej linii, o tyle z Lidii i Zuzi jako mocnych punktów zespołu mogła być naprawdę dumna.

– Ale muszę powiedzieć wam coś jeszcze, dziewczyny – dodała Lidia. – Dobra praca i pieniądze to jedno, ale drugie, za co dałabym się pokroić, to jest to, jakie jesteście wy. To, że tak życzliwie mnie przyjęłyście i że mogę z wami szczerze porozmawiać, bo tego to mi naprawdę bardzo brakowało. Mam wprawdzie jedną przyjaciółkę jeszcze z podstawówki, ale ona mieszka w Londynie, ma tam męża, dzieci i swoje życie, więc tylko czasami możemy pogadać przez telefon albo przez Internet. A to jednak nie to samo niż na żywo, zwłaszcza z osobami, które nas rozumieją.

– Od tego przecież jesteśmy, Lidziu – odparła ciepło siedząca tuż przy niej Klaudia, obejmując ją ramieniem. – Każdy tego potrzebuje, ja przecież też trułam wam o Bartku i jestem pewna, że bez tych naszych babskich pogaduszek, klubu zawiedzionych kobiet i integracyjnego wina, do tej pory bym się po tym nie podniosła. Nie ma to jak zlot czarownic! – podkreśliła wesoło, uroczyście podnosząc w górę pusty kieliszek, na co pozostałe dziewczyny parsknęły śmiechem. – Pani gospodyni, proszę więcej wina! Opijmy to, zanim przyjdą tu chłopaki i trzeba będzie uważać na słowa! No już! Kobiecy toast!

Iza posłusznie poderwała się, łapiąc za otwartą butelkę wina i wskazując Wiktorii korkociąg, aby otworzyła kolejną.

– Tak jest! – zawołała. – Komu wina? Dawać kieliszki! Lidziu? Trochę, tylko dwie kropelki, okej?… Ola?

– Uwaga! Klaudia wznosi kobiecy toast! – zaznaczyła Wiktoria, wyciągając korek z nowej butelki i dolewając wina Gosi, a potem sobie. – Tylko, Klaudziu, przyłóż się do tego, please! Ma być profesjonalnie, z przemówieniem!

– Taaaak! – ucieszyły się koleżanki, Klaudia zaś pokiwała głową na znak, że nie ma nic przeciwko temu. – No to już! Wstajemy, czy pijemy na siedząco?

– Siedźcie, ja wstanę! – oznajmiła, podnosząc się z kanapy z napełnionym po brzegi kieliszkiem w dłoni, który wyciągnęła przed siebie ponad stół. – Z okazji naszego drugiego zlotu czarownic w tym pięknym, nowym mieszkaniu naszej wiedźmy dowodzącej Izy, mam zaszczyt wznieść toast za nas wszystkie tu zebrane, honorowe członkinie klubu zawiedzionych kobiet, i za nasze hasło… czekajcie, jakie będzie nasze hasło? – przerwała sobie, zerkając z zastanowieniem po zebranych, na co dziewczyny gruchnęły śmiechem.

– Jesteś nieprzygotowana! – zawołała Gosia. – Przemówienie toastowe powinno być…

– Dobra, już wiem! – przerwała jej Klaudia. – Za nasze hasło Wolność od facetów! Dziewczyny, kielichy w górę! Pijemy za wolność!

– Za wolność! – odkrzyknęły chórem pozostałe koleżanki łącznie z Lidią i zgodnie wychyliły po łyku wina. – Za wolność i niepodległość!

– Za wolność tymczasową – sprostowała Ola, kiedy Klaudia usiadła z powrotem na swoim miejscu. – Bo ja za długo w takim reżimie nie wytrzymam.

– Ale przecież dobrze ci idzie! – zauważyła wesoło Gosia. – Wytrzymasz, spokojnie! Ile jeszcze zostało nam do wypełnienia naszych ślubów czystości, dziewczyny? Pięć miesięcy?

– Pięć – pokiwała głową Wiktoria. – Do Wielkanocy, a Wielkanoc jest w połowie kwietnia.

– E, to mało – skrzywiła się Klaudia. – Nawet nie zdążymy dobrze posmakować tej wolności. Nie wiem jak wy, ale ja dołożę sobie indywidualnie co najmniej drugie tyle.

– I słusznie – uśmiechnęła się z przekorą Ola. – Jak chcesz posmakować wolności, to musisz dobrze się zabezpieczyć, moja droga. Bo Bartek Bartkiem, ale ja widziałam, że inni też już ostrzą sobie na ciebie zęby i chętnie nakłoniliby cię do złamania ślubów. A przynajmniej jeden.

– Kto taki? – zaciekawiła się Lidia.

– Ja wiem, ja wiem! – zaśmiała się Wiktoria, mrugając do zdezorientowanej Klaudii.

– Ja też wiem – parsknęła z rozbawieniem Iza.

– No to fajnie, że wy wiecie, bo ja nie wiem nic – zauważyła pobłażliwie Klaudia. – Zechcecie mnie oświecić w tej materii?

– No mów, Gosia, bo ja też nie wiem! – domagała się Lidia. – Kto?

– No przecież Tym! – wyjaśniła jej Gosia. – Nie widziałaś na szkoleniu? Ciągle rwał się, żeby atakować Klaudię i być jej osobistym agresorem! Niby żarty, ale tak naprawdę to są klasyczne końskie zaloty w stylu wczesnej podstawówki!

Dziewczyny roześmiały się, tylko Klaudia skrzywiła się i popukała palcem w czoło.

– Dajcie spokój, nawet sobie nie żartujcie – pokręciła głową z niesmakiem. – Tymek tylko jaja sobie robił, a że padło na mnie, bo walczyłam z nim na pierwszym szkoleniu, to czysty przypadek.

– Aha, przypadek! – prychnęła Ola. – Ja też walczyłam z nim na pierwszym szkoleniu, a do mnie jakoś się nie przystawia, nie? Oczywiście nie mówię, że tego żałuję – zaznaczyła. – Nie jestem ani trochę zazdrosna i chętnie oddam ci, Klaudziu, pierwszeństwo na tym polu!

– Dzięki, ale raczej nie skorzystam – wydęła wargi Klaudia, na co koleżanki zareagowały jeszcze weselszym wybuchem śmiechu.

Raczej! – podchwyciła Gosia. – Słyszałyście? Słówko raczej mimo wszystko daje chłopakowi szansę!

– Przestańcie! – roześmiała się Klaudia. – Gosia, nie łap mnie za słówka, co? Wiem, że to żarty, ale nie denerwujcie mnie, wypraszam sobie takie komentarze! Mówię wam, że Tymek się tylko wygłupia – dodała poważniej. – A ja nie chcę się z nim konfliktować, bo po tej akcji detektywistycznej mam u niego wielki dług wdzięczności, tak jak zresztą u Chudego, Kacpra i Zuzi. Nie mieszajcie już tym w kotle, stare wiedźmy, proszę was, okej? Nie chcę słuchać takich tekstów nawet w żartach.

– Okej! – odparła pojednawczo Ola. – Oczywiście, że to tylko żarty, tym bardziej że przed Tymkiem chronią cię nie tylko śluby czystości, ale i ta cała wasza klątwa Anabelli.

Na dwa ostatnie słowa przy stole nagle zrobiło się cicho. Choć Ola wypowiedziała je kpiącym tonem, po minach dziewczyn widać było, że dotknęły wrażliwego punktu, o którym każda z nich od ostatniego zlotu czarownic musiała w głębi duszy myśleć. Po plecach Izy przebiegł zimny dreszcz.

– No, z tą klątwą to ja w sumie nie wiem – odezwała się z namysłem Wiktoria. – Jak na razie niby wszystko się zgadza, ale jednak wyjątkiem jest Kacper. Ma już u nas umowę na pełny etat, a z Kasieńką wszystko mu się układa jak najlepiej i chyba nie zanosi się, żeby to się miało zmienić. Zakochany po uszy, ona zresztą też. Widziałyście, jakim wzrokiem na niego patrzy? Jak w obrazek!

Dziewczyny z uśmiechem pokiwały głowami, wspominając wesołą scenę prezentacji Kasi, którą dumny jak paw Kacper kilka dni wcześniej przyprowadził do Anabelli.

– Fajna dziewczyna – oceniła ciepło Gosia. – I mam nadzieję, że usidli tego wariata definitywnie, oboje są taką dobraną parą! Ale zauważ, Wika, że Kacper ma wprawdzie pełny etat, ale umowę dostał dopiero dwa tygodnie temu – dodała poważniejszym tonem. – I jeszcze nie na stałe. Skąd wiecie, może klątwa zaczyna działać dopiero, jak podpisze się umowę na czas nieokreślony?

Iza, zmrożona każdą z tych uwag, słuchała ich ze ściśniętym sercem, były bowiem werbalizacją jej własnych obaw i podskórnych niepokojów. Niby absurd, nadinterpretacja, ale jeśli?…

– Prawda, trzeba będzie pilniej go poobserwować, jak już dostanie umowę na stałe – zgodziła się Wiktoria. – Chociaż akurat w jego przypadku mam szczerą nadzieję, że to nie zadziała.

– Ja też – dodała z powagą Gosia. – Szkoda by było i jego, i Kasieńki.

– Przestańcie, przecież to głupie! – prychnęła z politowaniem Ola. – Tak tylko zażartowałam, a wy dalej wydurniacie się z tą klątwą… To jest jakaś kompletna bzdura!

– Taka sama jak twoja bransoletka? – zapytała z niewinną miną Wiktoria.

Ola niespokojnie poruszyła się na miejscu, odruchowo poprawiając na nadgarstku bransoletkę z różowym serduszkiem.

– No nie… to jest co innego – odparła nieco zbita z tropu, zerkając na Izę. – Przyznaję, że w to musiały się wmieszać jakieś czary-mary naszej głównej wiedźmy, w tym punkcie mnie zagięłyście. Ale klątwa Anabelli? No proszę was. Nigdy w to nie uwierzę. A jak będziecie mnie dalej tym denerwować – dodała wesoło – to po Wielkanocy osobiście odbiję Klaudii Tyma i udowodnię wam, że się mylicie!

Roześmiały się wszystkie z żartu, a choć w śmiechu tym zabrzmiała sztuczna nutka, był to dokonały pretekst, żeby czym prędzej porzucić niewygodny wątek.

– Słuchajcie, ja proponuję jeszcze jeden toast! – zmieniła pośpiesznie temat Iza, podnosząc swój kieliszek i spoglądając na Lidię. – Mianowicie za Lidzię, za jej chłopców i za to, żeby za rok, a najdalej za dwa mogli świętować Boże Narodzenie w nowym, dużym mieszkaniu! W takim, gdzie każdy będzie miał swój własny pokój!

– Taaak! Brawo! – zakrzyknęły dziewczyny, chętnie chwytając za kieliszki. – Za Lidzię!

– I za Klaudię! Żeby się jak najszybciej pozbierała po idiocie!

– I za Olę, żeby przełamała klątwę! – zaśmiała się Wiktoria. – Olciu, cała nasza nadzieja w tobie! Ale to nie wcześniej niż po Wiekanocy, pamiętaj!

Znów polało się wino i wesoła rozmowa potoczyła się dalej, schodząc teraz na bardziej neutralne tematy, w tym kwestię wystroju wnętrz, zwłaszcza na niewielkim metrażu, do czego nieustanną inspiracją było mieszkanie Izy. Styl, w jakim urządziła swoje cztery kąty, szczególnie podobał się Lidii, która doceniała jasną kolorystykę, zapewniając, że w swoim hipotetycznym lokum zastosowałaby podobne rozwiązania. Nim zdążyły się zorientować, trzy z sześciu stojących na stole butelek wina zostały opróżnione, a kiedy Wiktoria, odkorkowawszy czwartą, rozlewała kolejną porcję do kieliszków, w przedpokoju rozległo się energiczne pukanie do drzwi.

Wszystkie sześć z zaskoczeniem spojrzały na nowy zegar ścienny, jaki Iza zaledwie kilka dni wcześniej zakupiła do swojego salonu – wskazywał godzinę osiemnastą dwie.

– Ej, to chyba już chłopaki! – zawołała, podrywając się z miejsca. – Czekajcie, idę otworzyć!

– Schowajmy tylko te puste butelki! – dodała Ola, zwijając szybko ze stołu trzy opróżnione butelki i chowając je za róg kanapy. – Udawajmy, że dopiero zaczynamy, bo będą się z nas nabijali!

– No i co z tego? – wzruszyła ramionami Klaudia. – Niech się nabijają. Czy to jakiś wstyd machnąć sobie czasem butelczynę na zwyżkę humoru?

Tymczasem Iza otworzyła w przedpokoju drzwi wejściowe i roześmiała się na widok pięciu zaproszonych panów, którzy, widocznie umówiwszy się wcześniej na wspólne przybycie, stawili się w komplecie i na znak stojącego z przodu szefa złożyli jej zgodny, zamaszysty ukłon.

– Meldujemy się, chère Mademoiselle! – zawołał Majk, bez wahania korzystając z jej zapraszającego gestu, by wejść do przedpokoju. – Nous voilà! Zwarci, gotowi i uzbrojeni po zęby w procentowe dobra doczesne! No już, ładujemy się, panowie! – dodał, odwracając się do swoich towarzyszy. – Tylko od razu ściągać mi katany i buciory! Tom, wciągnij bebech, bo się tu nie pomieścimy! Dziewczyny już są?

Odpowiedział mu gromki okrzyk zebranych w salonie koleżanek, na co przybyli odpowiedzieli równie gromkim śmiechem, posłusznie ściągając z siebie kurtki i buty. W niewielkim przedpokoju zapanował ścisk i kotłowanina, wieszak na ścianie szybko się przepełnił, a do ustawionych na podłodze butów dziewczyn dołączyło kolejnych pięć par, tym razem męskich, z których ostatnie, należące do Kacpra, jak zwykle wylądowały pod ścianą w wyniku fantazyjnego i hałaśliwego kopnięcia ich właściciela.

– Siemanko, Iza! – zawołał ów rozpromieniony jak słońce, chwytając gospodynię w ramiona i witając ją głośnym cmoknięciem w policzek. – No cześć… pięknie pachniesz, jak zawsze… mmm… Kurde, muszę ci coś powiedzieć! Wszystkim muszę! I to zaraz! Aha, i żebym nie zapomniał. Masz pozdrowienia od stryja Stacha!

– Dzięki! – odparła wesoło Iza. – No, puszczaj mnie już, wariacie! Rozbierzcie się tutaj i chodźcie do środka. O, a co to jest? – zdziwiła się, gdyż w tym momencie Majk, przejąwszy z rąk Toma jedną z dwóch szarych papierowych toreb, wyciągnął ją ku niej z uśmiechem. – To dla mnie?

– Mhm, dla ciebie, ale chodźmy na chwilę do kuchni, muszę to odwinąć. Tego rodzaju prezentu nie wypada wręczać w opakowaniu. Tom, na co czekasz? Idziecie z chłopakami eksponować nasze dary na stole! – zakomenderował, wskazując mu wejście do salonu i popychając lekko w tamtym kierunku również Chudego i Antka. – No, dawać, frajerzy, nie stójcie tak jak parasole w kącie! Jeszcze ktoś pomyśli, że się wstydzicie! Antonio! Avanti! No już! Wjazd na scenę!

Wejście mężczyzn do salonu powitał kolejny wesoły okrzyk zebranych tam pań, a także rumor przesuwanych krzeseł i wystawianego na stół szkła, należało bowiem zrobić przybyłym miejsce, korzystając ze wszystkich dostępnych zasobów meblowych Izy. Harmider i zamieszanie, które przy tym powstały, były na tyle głośne, że niewątpliwie słychać je było również u sąsiadów, dlatego Iza w duchu pogratulowała sobie, że tego ranka zadbała o to, by uprzedzić ich o imprezie.

Majk tymczasem wszedł za nią do kuchni i zdeponował na środku stołu torbę, z której wyciągnął jakiś przedmiot owinięty w kawałek tkaniny o strukturze koca i zabezpieczony z wierzchu plątaniną taśmy klejącej.

– Co to jest? – zapytała zaintrygowana.

– Zaraz zobaczysz – mrugnął do niej porozumiewawczo. – Jak parapetówa, to i prezent dla pani domu musi być parapetowy, n’est-ce pas? Czekaj… Masz tu jakieś nożyczki?

– W salonie – odparła Iza, zawracając w stronę przedpokoju. – Zaraz przyniosę.

– Nie, zostaw! – zatrzymał ją, sięgając do kieszeni spodni, skąd wyjął kluczyki samochodowe od opla oraz pęk kluczy do domu i firmy. – Poradzę sobie, mam tu parę gadżetów, w tym mini-nożyczki… o, widzisz? Muszę tylko ciachnąć tę taśmę.

Mówiąc to, odłożył kluczyki samochodowe na lodówkę, a spośród drugich wysupłał zawieszkę z małą latarką, którą zawsze nosił przy sobie, a która po rozłożeniu kryła w sobie mikro-zestaw narzędziowy w postaci niewielkich nożyczek i otwieracza do kapsli. Iza uśmiechnęła się z rozrzewnieniem, zerkając na jego bujną czuprynę, która błyszczała zdrowo w świetle kuchennej lampy, kiedy w skupieniu pochylał się nad kluczami.

„Promyczku” – szepnęła jej dusza na tle tumultu i wesołego przekrzykiwania dobiegającego z salonu. – „Jak ja cię kocham…”

Czy księżycowa dusza Majka jakimś cudem usłyszała głos jej duszy, czy był to tylko przypadek, że właśnie w tym momencie podniósł czujnie głowę i spojrzał na nią, nim zdążyła zrekomponować zbyt rozanieloną twarz? Ich oczy spotkały się tylko na ułamek sekundy, jednak to wystarczyło, by przeskoczyła przez nie dziwna iskra, gwałtownie przyśpieszając rytm serca Izy, a z ust Majka zmiatając zawadiacki uśmiech, który nosił na nich jak wygodną maskę. Czy tylko mu się zdawało? Czy znowu się mylił i za dużo sobie wyobrażał? A jeśli?…

Iza czym prędzej odwróciła się i sięgnęła do szuflady kuchennej szafki, wyciągając z niej tasak do mięsa, który podała mu energicznym ruchem.

– Może spróbuj tym? – zaproponowała z głupia frant. – Takie małe nożyczki mogą nie dać rady, a tym też da się ciachnąć, co tam tylko trzeba.

– Aha, pokaż! – podchwycił Majk, również przybierając neutralny wyraz twarzy. – Patrz, nie wpadłem na to! Po co nożyczki, jak można załatwić to zwykłym toporem?

Chętnie przejął od niej nóż i kilkoma wprawnymi ruchami przeciął gęstą sieć taśmy klejącej, po czym ostrożnie odwinął tkaninę, wyjmując z jej środka doniczkę z rośliną o długich, cienkich liściach przypominających źdźbła trawy.

– Ach! – szepnęła zdziwona Iza, od razu rozpoznając przedmiot.

Był to kwiat, który Majk od kilku miesięcy hodował w swoim salonie i który w sierpniu podlewała na jego prośbę, gdy był na urlopie. Skojarzenia z nim związane nie były najmilsze jej sercu, jednak on nie mógł przecież o tym wiedzieć.

– Musiałem opakować go porządnie, żeby nie przemarzł po drodze – wyjaśnił jej rzeczowo. – Woziłem go pół dnia w samochodzie, a dzisiaj rano było minus jeden, więc wolałem nie ryzykować. Proszę, elfiku. To mój prezent dla ciebie. W sam raz na parapet, hmm?

Iza wyciągnęła rękę i delikatnym gestem palca pogładziła jeden z liści.

– Dziękuję – odpowiedziała cicho. – Ale jak to… dajesz mi swój własny kwiatek? Ten, który kazałeś mi podlewać w wakacje? Mówiłeś, że bardzo ci na nim zależy.

– Bo zależy mi – przyznał spokojnie, zbierając tkaninę i poszarpane kawałki taśmy ze stołu, by wrzucić je z powrotem do papierowej torby. – Czekaj, posprzątam ci to… Kupiłem go parę miechów temu u kwiaciarza na mieście, jego nazwa rzuciła mi się w oczy na wystawie. Zdziwiłem się, bo niby taki niepozorny, ale jak zakwitnie, to nic go nie przebije. Problem tylko w tym, że mam go już prawie pół roku, a on za cholerę nie chce zakwitnąć – rozłożył ręce. – Podlewam go, nawożę, przestawiam, żeby znaleźć optymalne miejsce… i nic. Więc pomyślałem, że może zakwitnie u ciebie – uśmiechnął się. – I niniejszym oddaję go pod twoją władzę w nadziei, że swoją elfikową mocą w jakiś tobie tylko wiadomy sposób uruchomisz drzemiący w nim potencjał.

Iza pokręciła głową sceptycznie.

– No, nie wiem… Jeśli ty nie dałeś rady, to ja bym i na moje moce zbytnio nie liczyła. Ale może po prostu on jest jeszcze młody i na zakwitnięcie trzeba poczekać trochę dłużej? W każdym razie bardzo ci dziękuję – uśmiechnęła się. – Będę o niego dbać. A w ogóle co to jest za kwiatek? – zapytała z ciekawością, werbalizując w ten sposób pytanie, które chciała postawić mu od dawna. – Mówiłeś, że rzuciła ci się w oczy jego nazwa… no to jak on się nazywa?

– Kwiat paproci! – zaśmiał się Majk, chowając klucze do kieszeni. – Może liście się nie zgadzają, ale cała reszta już tak. Jak zakwitnie, przyniesie właścicielowi szczęście – mrugnął do niej znacząco. – Mnie się do tej pory nie udało, więc daję go tobie, chociaż i tak na jedno wychodzi… No to co? Wracamy do frajerów? – ruchem głowy wskazał w stronę salonu, skąd wciąż dobiegały chóralne śmiechy i gwar wesołej rozmowy. – Mam nadzieję, że zostawili dla nas trochę miejsca i na twojej szampańskiej parapetówie nie będziemy musieli siedzieć na parapecie!

***

– Ej, ja pierwszy chcę coś powiedzieć! – zgłosił się Kacper, kiedy cała jedenastka, ulokowana na wszelkich możliwych miejscach do siedzenia w salonie Izy, zakończyła wzajemne rozdawanie sobie kieliszków i nalewanie do nich wina. – Szefie, proszę o głos!

– Mnie? – zdziwił się wesoło Majk, teatralnym gestem wskazując na siedzącą po przeciwnej stronie stołu Izę. – Panią domu proś! Głosu co do zasady udziela gospodyni, ja też jestem tu tylko gościem!

Iza z uśmiechem przyglądała się Kacprowi, który, jak nie omieszkała zauważyć od pierwszej sekundy, był w doskonałym humorze. Ów nie opuszczał go zresztą ostatnio ani na chwilę, a szczęście odbijające się na jego sympatycznej, jak zwykle niedogolonej twarzy sprawiało jej niemal taką samą przyjemność jak ongiś szczęście widziane w oczach Amelii, gdy ta odkrywała w sobie rodzące się uczucie względem Roberta.

„Założę się, że zaraz nawiąże do Kasieńki” – pomyślała z rozbawieniem. – „On ostatnio o niczym innym nawet nie potrafi gadać!”

– Udzielam głosu Kacprowi! – oznajmiła uroczyście, sięgając po leżący na stole metalowy otwieracz do butelek i stukając nim lekko w jedną z nich. – Uwaga, szanowni państwo, proszę o ciszę! Nasz kolega jako pierwszy chce wznieść toast za dzisiejsze spotkanie!

– Za spotkanie, ale nie tylko! – zaznaczył swym tubalnym głosem Kacper, natychmiast podrywając się z krzesła i podnosząc w górę kieliszek. – Mam wam coś do powiedzenia… coś bardzo, ale to baaaardzo ważnego! Od wczoraj czekam na ten moment i już mnie, kurde, po ścianach nosi!

– No to mów! – zachęciła go Ola, podczas gdy pozostali uciszyli się w zaintrygowaniu. – Nie trzymaj nas w niepewności!

– Iza, tylko się nie pogniewaj, że mówię to wszystkim, a nie najpierw tobie! Rano nie chciałem zawracać ci głowy, na telefon to się zresztą nie nadaje, a jak już trafia się impreza i wszyscy są, to ja muszę się pochwalić od razu! Bo normalnie zaraz pęknę!

Zebrani roześmiali się, patrząc na niego wyczekująco.

– No to nie pękaj, tylko gadaj! – zawołała Wiktoria, wymieniając rozbawione spojrzenia z Klaudią i Gosią. – Domyślamy się, że to pewnie zasługa Kasieńki?

– A jak! – odparł dumnie Kacper, wiodąc po zebranych rozanielonym wzrokiem. – Mojej Kasieńki kochanej! Mojej różyczki, co tak mnie kocha, że sam w to, kurde, nie wierzę! A ja ją jeszcze bardziej! Tak, że zwariować idzie!

Tu złapał się wolną ręką za głowę, a potem zamaszystym gestem położył ją na sercu.

– No dobra, stary, wal! – zaśmiał się ubawiony tą romantyczną pantomimą Majk. – Bo że kochasz Kasieńkę jak wariat, to my już dawno wiemy! Ba, cała dzielnica już o tym słyszała, jak nie całe miasto! Ale jaka konkluzja? Żenisz się, czy jak?

– A żeby szef wiedział!!! – wrzasnął radośnie Kacper, wyciągając ku niemu rękę w geście zapraszającym do przybicia piątki. – Żenię się, kurde bele!!! Zgadł szef! Żenię się z Kasieńką!!!

– Łaaaał!!! – ryknęli naraz wszyscy zebrani i huknęła owacja, aż zadrżały szyby w nowych oknach Izy. – Serio?!!!

– A co! – huknął się dumnie pięścią w pierś, przybiwszy najpierw z Majkiem siarczystą piątkę. – Pewnie, że serio! Wczoraj już nie wytrzymałem! Tak mnie poniosło, że oświadczyłem jej się, a ona powiedziała tak!!!

Skwitowała to kolejna gromka owacja zespołu, po czym wszyscy, zerwawszy się z miejsc, rzucili się w jego stronę, przepychając się w ciasnej przestrzeni, by pogratulować mu każdy z osobna. Nawet Lidia, która do takich tematów podchodziła z wielkim dystansem, nie mogła powstrzymać się od uściskania sympatycznego kolegi i złożenia mu serdecznych życzeń szczęścia.

– Gratulacje!!! – przekrzykiwali się jedni przez drugich. – Ale numer!!! Nie no, nie wierzę! Dziewczyny, świat się kończy! Kacper usidlony na amen! Ej, pijemy toast! Wszyscy razem! Za Kacpra i Kasieńkę!!!

Szczęknęło szkło i uroczysty toast został spełniony wśrod zgiełku i owacji. Mile zaskoczona takim obrotem sprawy Iza również uściskała roześmianego od ucha do ucha przyjaciela, mimo woli wspominając dyskusję o klątwie Anabelli, jaką zaledwie godzinę wcześniej przeprowadziły z koleżankami. Jakaż to była odpowiedź na ich wątpliwości i hipotezy! Natychmiastowa i nokautująca! Pozostałe dziewczyny również musiały o tym pomyśleć, gdyż wszystkie sześć wymieniły znaczące spojrzenia nad stołem, przy czym mina Oli wyrażała triumfalne pytanie: a nie mówiłam?

„I chwała Bogu!” – pomyślała z radością Iza. – „W tej sprawie lepiej, żeby wygrał zdrowy racjonalizm Oli niż nasze hipotezy, a na razie, jak widać, wygrywa. Przecież gdyby klątwa miała zadziałać, Kacper miałby już kłopoty, a jest wręcz przeciwnie!”

Zerknęła spod oka na roześmianego, rozgadanego Majka i nagle inna myśl przebiegła jej przez głowę. Wyleczyłem się elfiku… A jeśli to miało jakiś związek? Jeśli sukces terapii i uzdrowienie go z beznadziejnego uczucia, które leżało u podstaw założenia firmy, wystarczyły, by anulować albo chociaż osłabić klatwę Anabelli? Klątwę, która definitywnie zostanie zniesiona, gdy na horyzoncie pojawi się prawdziwa Anabella…

Serce na krótką chwilę ścisnęło jej się boleśnie, jednak odruchem coraz lepiej wyćwiczonej woli zdołała nad tym zapanować. O nie, nie teraz. Miała przecież o tym nie myśleć. Zresztą tak właśnie miało być. Tak było dobrze. Czy najpiękniejszym widokiem na świecie nie była dla niej jego uśmiechnięta twarz i oczy, z których od kilku tygodni wreszcie zniknął ukryty smutek? Tego musiała się trzymać i tylko o tym pamiętać!

– Co tu się dzieje, ludzie! – zaśmiał się serdecznie Majk, klepiąc Kacpra po plecach przyjacielskim gestem. – Jakaś klęska urodzaju? Już drugi frajer z moich znajomych się żeni! Co was tak wszystkich wzięło na poważne decyzje matrymonialne? I żeby to jeszcze była wiosna, kiedy zakochanym odbija palma! Ale przecież mamy listopad!

– A kto jeszcze, szefie? – zaciekawiła się Wiktoria.

– E, nie… nikt od nas – odparł wymijająco, rzucając rozbawione spojrzenie Izie. – Taki jeden dawny klient, skojarzyło mi się, bo on też dopiero co się zaręczył. Jakaś moda na to nastała, jak babcię kocham!

– Moja koleżanka z roku też wychodzi za mąż już za dwa tygodnie – dodała wesoło Iza, czym prędzej odsuwając od siebie niewygodne myśli. – Rzeczywiście, listopad w tym roku to wyjątkowo urodzajny miesiąc!

– Kacper, no to mów! – dopytywała tymczasem Gosia. – Kiedy ślub?

– Jeszcze nie wiem! – rozłożył ręce Kacper. – Ja bym chciał jak najszybciej, nawet jakbym miał kredyt wziąć! Pal licho, gdzie będziemy mieszkać, coś się wynajmie i już! Byle razem! Ale Kasia mówi, że nagle to po diable i najpierw trzeba się porządnie przygotować – zaznaczył. – No to co zrobić? Ja w takich sprawach decyzję zostawiam kobiecie! Człowiek honoru jestem!

– Nie człowiek honoru, tylko pantofel zwyczajny – zauważył z pobłażaniem Majk, na co wszyscy znów gruchnęli śmiechem. – Pełnoobjawowy.

– Pantofel? – zdziwił się Kacper.

– Szef ma na myśli pantoflarza – wyjaśniła mu ze śmiechem Wiktoria. – To taki gość, co we wszystkim słucha żony!

– A, to tak, pewnie! – ucieszył się, znów kładąc rękę na sercu. – Oczywiście! Ja we wszystkim będę słuchał Kasi! Wczoraj z góry jej to obiecałem!

Towarzystwo znów ryknęło śmiechem, tylko Chudy skrzywił się z niesmakiem.

– No to nieźle się wkopałeś, stary – podsumował z przekąsem. – I to na własne życzenie.

– O tak! – potwierdził radośnie Kacper. – Na własne życzenie! Walczyłem o to jak lew i wywywalczyłem! Nareszcie!!! Wkopałem się po uszy i jestem taki szczęśliwy, że aż mi, kurde, we łbie szumi!

– Szumi to ci raczej od piwska! – zaśmiał się Antek, wskazując na trzymany przez niego w ręce kufel, do którego Majk dolewał już dwa razy.

– Od piwska i od szczęścia – zgodził się niezrażony dzisiaj niczym Kacper, podnosząc w górę szklankę napełnioną do połowy bursztynowym płynem. – Ale od szczęścia bardziej! No, Chudy! Nie czepiaj się, tylko pij ze mną! Za moją Kasieńkę!

Chudy z rozbawieniem podniósł swoją szklankę i bez protestu wychylił z nim toast.

– A ty, Łukasz, uważaj! – zawołała znacząco Ola, celując w niego palcem. – Bo jak i ciebie dopadnie strzała Amora, to dopiero będzie jazda! Zresztą wiesz, co ci powiem? Ja coś czuję, że ten Amorek krąży koło ciebie coraz bliżej…

Skwitowała to kolejna salwa śmiechu, która podwoiła się, gdy zdegustowany Chudy popukał się palcem w czoło, wzruszając ramionami. Żarty posypały się teraz jak z rękawa, nie oszczędzając zarówno jego, jak i uszczęśliwionego po uszy Kacpra, po którym wszystkie docinki spływały dziś jak woda po kaczce. Ponieważ jednocześnie obficie polał się alkohol, zarówno wino, które zostało po zlocie czarownic, jak i to przyniesione przez panów w ilości sześciu butelek wraz z dwoma dwunastopakami piwa, rozmowa potoczyła się wartko i wkrótce zeszła na inne tematy, mniej lub bardziej powiązane z wiadomością dnia, w tym na kwestię działalności detektywistycznej Chudego.

Majk, który o sprawie Bartka słyszał tylko piąte przez dziesiąte, zażądał przy tej okazji zrelacjonowania mu jej w szczegółach, a ponieważ Klaudia nie robiła już z tego tajemnicy, kolejnych kilkadziesiąt minut upłynęło na omawianiu zawiłości tej historii zarówno od strony obyczajowo-moralnej, jak i humorystycznej. Tym razem jednak, jako że dziewczyny zdążyły już wyczerpać ów temat w swoim gronie, prym w dyskusji wiedli panowie, włączając w to nawet milczącego dotąd Toma, któremu, ku dyskretnemu rozbawieniu koleżanek i kolegów, dopiero po dwóch piwach zaczął rozwiązywać się język.

– Ja bym takiemu jaja urwał – stwierdził z obrzydzeniem.

– Dziękuję, Tomciu – ukłoniła mu się wesoło Klaudia. – Szkoda, że nie zgłosiłeś się wcześniej, chętnie zamówiłabym u ciebie tę usługę!

Towarzystwo znów roześmiało się.

– Ale fakt, że niezły frajer z tego Bartka – przyznał z rozbawieniem Majk. – W sumie ustawił się modelowo, chociaż trzeba być niezłym naiwniakiem, żeby wierzyć, że taka misterna konstrukcja prędzej czy później nie runie. Zwłaszcza jak wmiesza się w to detektyw Chudy i jego ekipa – mrugnął do siedzącego obok ochroniarza.

– E, to była bułka z masłem – machnął ręką Chudy. – Mnie zresztą nie imponują takie konstrukcje, zawsze z przyjemnością będę je rozwalał. Fakt, że podjąłem się tego głównie dla adrenaliny, po to, żeby pokazać Marcinowi, że potrafię działać w terenie, no i żeby pomóc Klaudii, ale jednak taka akcja wciąga osobiście. I na koniec fajnie jest dowiedzieć się, że dupek oberwał za swoje.

Klaudia, która znów sięgnęła po butelkę z winem i nalała sobie do kieliszka aż po brzegi, spojrzała na niego z milczącą wdzięcznością.

– Czyli, tak od technicznej strony, głównie śledziliście go z ukrycia? – zapytał Majk. – Czy prowadziliście jeszcze jakieś inne działania operacyjne?

– Na początku tylko śledzenie z ukrycia – przyznał spokojnie Chudy. – Ale potem, kiedy trzeba było się upewnić, zwłaszcza co do blondyny, wprowadziliśmy też interwencje terenowe.

– To znaczy? – podchwycił Antek.

– To znaczy, że ktoś z nas szedł do jej mieszkania, żeby naocznie sprawdzić, czy typ tam rzeczywiście jest. Na przykład raz Tym udawał gazownika, co przyszedł sprawdzić szczelność instalacji, a innym razem Kacper poszedł opukiwać kaloryfery.

– No – uśmiechnął się z dumą Kacper. – Kaloryfer jest w każdym pomieszczeniu, no to wszędzie musiałem wleźć, nie? No i nakryłem kolesia od razu, siedział w sypialni na golasa pod kołdrą, hehe! – zarechotał. – Żebyście widzieli jego minę!

– Ja widziałam na nagraniu – prychnęła z pogardą Klaudia, wychylając swoje wino. – Żałosny gnojek.

– Opowiedzcie nam to w szczegółach – poprosił Antek. – Nagrywaliście go? To jest w ogóle zgodne z prawem?

Ponieważ dziewczyny znały już doskonale całą historię, przysłuchiwały się tylko zabawnej konwersacji panów, wymieniając między sobą uśmiechy.

– Jakby na to nie spojrzeć, paskudna przygoda – podsumował Majk, otwierając kolejną puszkę z piwem. – Współczucie, Klaudia, chociaż z drugiej strony, patrząc obiektywnie, rozmachu temu dżentelmenowi nie można odmówić.

– Mnie tam taki rozmach nie kręci – skrzywił się z niesmakiem Antek. – Szefa może tak, bo szef sam ma rozmach, ale dla mnie ten Bartek to zwyczajny dupek.

– Pięknie powiedziane – zgodziła się ciepło Klaudia. – Dzięki za dobre słowo, Antoś, nie ma to jak koleżeńskie wsparcie, zwłaszcza z męskiej strony. Ale szefowi to ty tak znowu nie docinaj – uśmiechnęła się do dolewającego kolegom piwo Majka. – Jestem pewna, że nawet on, mimo ogromnych możliwości, aż takiego rozmachu jak mój Bartuś nie ma.

Rozbawiony tą uwagą Majk przeciągnął nonszalancko dłonią po włosach z miną człowieka, który wcale nie jest pewien, czy podziela tę opinię. Zebrani parsknęli śmiechem, zaś Kacper uroczyście uderzył się ręką w pierś.

– A ja bym nigdy tak nie zrobił! – oznajmił uroczyście. – Człowiek honoru jestem! Żeby mi się nie wiem jak inne laski podobały, żony bym nie oszukał!

– Ja też nie – odparł spokojnie Majk. – Tylko najpierw trzeba by ją mieć, a nie każdy pali się do tego tak jak ty, frajerze.

– Właśnie! – zgodził się z przekąsem Chudy.

– Właśnie! – powtórzyła dobitnie Ola, przenosząc znaczące spojrzenie z jednego na drugiego, na co wszyscy pozostali znów wybuchli śmiechem.

„Żartuj sobie, promyczku” – pomyślała z melancholią Iza, pilnując, by z jej własnej twarzy nie zszedł rozbawiony uśmiech. – „Teraz przynajmniej wiem, że to cię już nie boli. O ile tak jest rzeczywiście, bo może do pewnego stopnia dalej grasz?”

– Ej, słuchajcie, ja mam ochotę dzisiaj się powydurniać! – zawołała nagle Wiktoria. – Jeszcze chyba nigdy nie spotykaliśmy się poza robotą w takim dużym gronie! I to z alkoholem! Pogadajmy o czymś fajnym i głupim, co? Tak jak teraz! Szefie! Po starszeństwie! Niech szef pierwszy rozwinie ten wątek!

– Jaki wątek? – podniósł brwi w górę Majk.

– No ten! Matrymonialno-uczuciowy! Jak już szef go zaczął, to wypada dokończyć!

– Ale to Kacper zaczął! – oburzył się żartobliwie Majk. – Wypraszam sobie! Proszę mnie nie pociągać do odpowiedzialności za nieswoje zbrodnie!

– Oj tam, nie bądźmy tacy drobiazgowi! – wtrąciła się Klaudia. – Nieważne, kto zaczął, pociągnijmy to! Będzie wesoło! Ja też mam ochotę powygłupiać się i odstresować!

– Ja też! – podchwyciła z entuzjazmem Ola. – Wika ma rację, jeszcze nigdy nie spotkaliśmy się w takim gronie, trzeba korzystać z okazji. Ej, wiecie co? Mam pomysł! Zróbmy ranking potencjalnych ofiar Amora w zespole Anabelli! Nawet jak nie w praktyce, to chociaż w teorii! Niedługo andrzejki, możemy sobie powróżyć, kto z nas jako pierwszy po Kacprze wpadnie jak śliwka w kompot! Co wy na to? Ha! Wika?

Wiktoria z satysfakcją podniosła w górę kciuk, pozostałe dziewczyny zawtórowały jej, zaś Majk, Antek i Chudy spojrzeli po sobie i wszyscy trzej jak na komendę wykrzywili twarze w komicznym grymasie. Całe towarzystwo znów ryknęło zgodnym śmiechem.

– Ja jestem za! – podchwyciła Gosia, na której obliczu wypite wino manifestowało się w postaci płomiennych rumieńców. – I mam już nawet swojego kandydata!

Po czym, przybierając niewinną minę, zerknęła znacząco na Chudego, wywołując tym w towarzystwie kolejny wybuch wesołości.

– Nic z tego, Małgorzato – zapewnił ją z pobłażaniem wysoki ochroniarz, spokojnie pociągając ze szklanki solidny łyk piwa. – Nie ze mną te numery.

– A założymy się? – zaśmiała się Wiktoria. – Ja też typuję ciebie, Łukasz, bo sama na własne oczy widziałam tego Amora, co nad tobą krąży! Małego Amorka, co jeszcze nie umie strzelać prosto w serce, ale bardzo wytrwale ćwiczy – zaznaczyła ku uciesze koleżanek. – Poczekaj… oj, poczekaj, ty cwaniaku! Jeszcze się doigrasz!

Chudy roześmiał się wraz z resztą towarzystwa i pokręcił głową.

– Nie ma takiej opcji, Wika – odparł z przekonaniem. – Możecie od razu skreślić mnie z listy, ja nigdy nie dam się ustrzelić żadnemu Amorowi.

– Ja też – dodał z powagą Antek.

– Ja tak samo – zaznaczyła równie poważnym tonem Lidia, która dzisiaj wyjątkowo nie żałowała sobie wina, przez co na jej policzki również wypełzły lekkie rumieńce. – Nie popełnia się dwa razy tych samych błędów.

– Oj tam, gadanie! – machnęła ręką Klaudia, mocno już wstawiona po wypiciu w ciągu ostatnich trzech godzin największej ze wszystkich ilości wina. – W tych sprawach nie ma co się deklarować na sto procent! Ja na przykład w przyszłości niczego nie wykluczam, chociaż teraz z wiadomych względów na minimum rok albo dwa wypadam z gry. Muszę odpocząć psychicznie. Dziewczyny zresztą też, tyle że one wycofują się tylko na pół roku – uśmiechnęła się po kolei do koleżanek. – A właściwie teraz to już tylko na pięć miesięcy!

– Z możliwością przedłużenia na czas nieokreślony – zastrzegła Lidia.

– Pięć miesięcy? – podchwycił zdziwiony Antek. – Dlaczego akurat tyle?

– Bo na tyle złożyłyśmy śluby panieńskie – odpowiedziała mu pogodnie Gosia.

Antek wytrzeszczył na nią oczy i omal nie zachłysnął się piwem, również Chudy, Kacper i Tom skamienieli ze szklankami w połowie drogi między stołem a ustami. Tylko Majk, zerknąwszy spod oka na Izę, uśmiechnął się, nie manifestując przy tym ani cienia zdziwienia. Odwzajemniła mu porozumiewawczy uśmiech, z nostalgią wspominając terapię tuż po Dniu Francuskim i dotyk jego dłoni w swych włosach. Czy to, że wówczas tak niefortunnie się zatruła, nie było w pewnym sensie darem niebios?

– Co?! – zarechotał się Kacper. – Śluby panieńskie? A co to takiego?

– Uroczysta obietnica, że będziemy trzymać się z daleka facetów – wyjaśniła mu z powagą Ola. – Obowiązuje nas wszystkie aż do Wielkanocy.

– Wszystkie? – zdumiał się Tom, wiodąc wzrokiem po koleżankach.

– W sensie, że wszystkie tu obecne – sprostowała dla porządku Wiktoria. – Klaudię, Olę, Izę, Gosię, Lidzię i mnie. Tylko nas sześć, pozostałych dziewczyn z zespołu nie.

– O! – zawołał równie zaskoczony Kacper. – Patrzcie! To was jest aż tyle? A ja myślałem, że tylko Iza ma inwersję!

– Po różnych sercowych perypetiach, które spotkały każdą z nas, doszłyśmy do wniosku, że czas odpocząć, dlatego założyłyśmy sześcioosobowy klub zawiedzionych kobiet – podjęła wyjaśniająco Wiktoria. – I przyjęłyśmy regulamin, w którym najważniejszym punktem jest tymczasowy ale za to bezwzględny szlaban na facetów.

– Nabawiłyśmy się alergii na pierwiastek męski – dodała z powagą Ola. – Oczywiście to dotyczy wszystkich facetów, więc nie bierzcie tego do siebie, chłopaki – zastrzegła, widząc, że Antek i Tom spoglądają po sobie z niepewnymi minami. – Wy jako nasi koledzy z pracy i tak jesteście na uprzywilejowanej pozycji, bo nie traktujemy was jako zagrożenie.

– Jasne! – skrzywił się komicznie Majk. – Doceniamy to, prawda, panowie?

Tymczasem Kacper nadal patrzył na Olę i Wiktorię szeroko otwartymi oczami.

– Ja pierdzielę – szepnął. – Śluby panieńskie… alergia… Powaliło was?

Wszyscy znów roześmiali się.

– Widzisz, Kacperku? – prychnęła wesoło Iza. – Jeszcze niewiele wiesz o kobietach!

–` A któż z nas wie dużo więcej niż on? – zapytał filozoficznie Majk, rozkładając ręce. – Rozgryźć kobiecą duszę to dla nas za trudne zadanie, dziewięćdziesiąt dziewięć procent męskiej wiary łamie sobie na tym zęby.

– E tam, szef akurat należy do tego jednego procenta, co zębów nie łamie! – zaśmiała się Wiktoria. – Bez fałszywej skromności! Rozpracowuje je szef i hurtowo, i detalicznie, widzieliśmy to na imprezach, zwłaszcza ostatnio! Kolejki się do szefa ustawiały, żeby zatańczyć chociaż jednego! A to i tak, jak myślę, tylko wierzchołek góry lodowej!

Rozbawiony Majk jednym haustem wychylił swoje piwo.

– No właśnie, szefie! – podchwyciła prowokująco Gosia. – Dlaczego szef z tego nie korzysta? My tu od lat kciuki trzymamy, a szef ciągle w kawalerskim stanie!

Podsumował to kolejny wybuch śmiechu podchmielonego towarzystwa. Iza, również nieco oszołomiona wypitym winem, pomyślała, że gdyby nie wpływ alkoholu, nikt z zebranych nie pozwoliłby sobie na takie żarty. Dziś jednak, na neutralnym gruncie poza firmą, standardowe bariery nie obowiązywały, tym bardziej że Majk podchodził do tego z wielkim humorem.

– No i zaczyna się – westchnął z żartobliwą rezygnacją. – Następny batalion zaciekłych heter będzie próbował nakłaniać mnie do założenia sobie kajdan wieczystych. Nie wystarczy wam, że na ochotnika rzucił się na żer ten oto frajer? – wskazał na Kacpra. – Zresztą, nawet gdybym chciał pójść w jego ślady, mam związane ręce. Nie mogę tego zrobić bez autoryzacji.

– Szef się nie da! – zaśmiał się Chudy, sięgając po kolejną puszkę i wyciągając ją w jego stronę. – Ani kroku w tył! Jeszcze piwka?

Majk stanowczym gestem odstawił szklankę na stół.

– Nie, dzięki. Wypiłem już dzisiaj swoje, na więcej norma mi nie zezwala.

– Eeeee! – zaprotestowali zgodnie pozostali panowie. – Jaka norma? Co tam szef wypił? Tyle co nic! Dopiero co zaczęliśmy!

– Wystarczy – przerwał im z powagą. – Nie namawiajcie mnie do grzechu, frajerzy. Wiem, że to tylko piwo, ale liczy się zasada, a ja metodycznie odzwyczajam się od dużych ilości alkoholu. Zwłaszcza mocnego.

– O! – zdziwiła się Wiktoria, unosząc w górę brwi.

– Serio – zapewnił ją wesoło. – Widzę, że mi nie wierzysz, królowo wszystkich drinków, ale jeszcze ci to udowodnię.

Iza uśmiechnęła się leciutko, nie patrząc na niego. Znała jego możliwości i wiedziała, że tego słabego piwa mógłby dzisiaj wypić bez wielkiej szkody jeszcze bardzo dużo, jednak skoro sam postawił sobie szlaban już w tym miejscu, nie miała zamiaru go od tego odwodzić. Tym lepiej. Ona zresztą też powinna uważać na alkohol.

„Za tydzień drugi Dzień Francuski” – pomyślała, wzorem Majka odstawiając na blat opróżniony tylko do połowy kieliszek. – „Jeszcze znowu, nie daj Boże, się zatruję… O nie, nie uśmiecha mi się powtórka z rozrywki!”

– Ale o co chodzi z tą autoryzacją, szefie? – zaciekawiła się Klaudia, przyglądając mu się podejrzliwie. – Kto ma szefowi coś autoryzować?

– No jak to kto? – wzruszył ramionami Majk, ruchem podbródka wskazując na Izę. – Ona. Co sobie myślicie? Przejęła papiery w mojej firmie, stała się mózgiem centrum operacyjnego i teraz nawet ja na wszystko muszę mieć jej pozwolenie. Bez jej zgody nie mogę zrobić nic, a już zwłaszcza się ożenić.

Towarzystwo, łącznie z Izą, roześmiało się, doceniając ten żart wraz z ukrytą w nim dyskretną dozą uznania dla jej roli w firmie.

– Iza! No to na co czekasz! Daj szefowi autoryzację! – zażądała Ola, nieco niezgrabnym ruchem ręki próbując dolać sobie wina do kieliszka.

– Cokolwiek by to znaczyło! – zaśmiała się Gosia.

– Tylko najpierw trzeba by mu wybrać odpowiednią kandydatkę! – dodała wesoło Wiktoria. – Ale nie martw się! My ci w tym pomożemy! Dla szefa wszystko!

– Dzięki, Wika – skłonił się żartobliwie Majk. – Jestem zobowiązany.

– No, no, Iza, nie wiedziałem, że twoja władza sięga tak daleko! – zaśmiał się Antek, wymieniając znaczące spojrzenia z Klaudią. – Ale mnie już w sumie nic nie zdziwi!

– Wspólnymi siłami da się osiągnąć każdy cel – przyznała rozbawionym tonem Iza. – To tylko kwestia czasu.

– Dokładnie! – zawołały gromko koleżanki. – Słyszy szef? Kwestia czasu! Ona wie, co mówi! Iza, trzymaj rękę na pulsie! A my kciuki! Za szefa i za owocne szukanie kandydatki! Niech szef da nam wreszcie dobry przykład!

Majk roześmiał się, spoglądając przy tym na Chudego, który przesłuchiwał im się z pobłażliwą miną, a następnie na Toma, który cichaczem, korzystając z zamieszania, wraz z Kacprem opędzlowywał na spółkę kolejną puszkę piwa.

– Okej, zgadzam się na wszystko! – podjął wesoło. – Ale o tę autoryzację będę ewentualnie prosił Izabellę nie wcześniej niż za pięć miesięcy. Czyli po Wiekanocy. Bo ja też, idąc za waszym przykładem, niniejszym składam na ten czas uroczyste śluby kawalerskie!

Oświadczenie to skwitował kolejny gromki wybuch śmiechu, który niewątpliwie było słychać nie tylko u bezpośrednich sąsiadów, ale i w całej kamienicy.

– No nie! – zawołała Wiktoria, uderzając rozwartą dłonią w stół. – Ja protestuję! Szef znowu chce się wymigać! Iza, nie pozwól na to! Nie wolno tak się ograniczać!

– A to niby dlaczego? – zapytał przekornie Majk. – Wam wolno składać śluby czystości, a mnie nie? Nie zgadzam się na takie podwójne standardy, droga pani! Do tematu wrócimy za pięć miesięcy, a do tego czasu wasz szef zamienia się w ascetycznego mnicha!

– Jasne!!! – zaśmiało się towarzystwo.

– Nie wierzycie? – uśmiechnął się. – No to zobaczycie. Dziewczyny założyły sobie dobrowolną zbiorową blokadę, więc ja też, w ramach kontrataku, zakładam własny klub. Klub zawiedzionych facetów czekających na lepsze czasy! Kto dołącza?

– Ja! – zgłosił się z entuzjazmem Antek. – Nie zostawię szefa samego!

– Szef wpisze i mnie – dodał spokojnie Chudy. – Tylko że ja ani nie jestem zawiedziony, ani na nic nie czekam. Ale dołączyć mogę, czemu nie?

– Tom, a ty? – zapytał Antek.

– Ja nie – odparł stanowczo Tom, co wywołało kolejną salwę śmiechu upojonych winem koleżanek.

– Bo co, Tomciu? – zagadnęła go wesoło Gosia. – Jakieś plany? Siedzisz tylko, nic nie mówisz, a może nie tylko Kacprowi powinniśmy gratulować?

– No… nie wiem – odpowiedział niepewnie Tom, zerkając spod oka na Izę, która uśmiechnęła się do niego ciepło ponad stołem. – Chyba nie. Ale po prostu nie wchodzę w to i już.

– E, jak tam chcesz! – machnął ręką Antek. – Dostaniesz porządnie po łbie, to sam przyjdziesz wpisać się na listę. Szefie, na razie jest nas trzech!

– Dobre i to! – stwierdził wesoło Majk, sięgając po świeży kieliszek na wino. – No to w takim razie jednak muszę złamać postanowienie i wypić z wami jeszcze trochę wina w ramach kawalerskiego braterstwa krwi. Wika, Iza, polejecie? Tylko symboliczne dwie kropelki dla dopełnienia formalności!

***

Minęła już północ, wymęczone żartami, śmiechem i wchłoniętym alkoholem towarzystwo uciszyło się już znacząco, przechodząc na rozmowę w mniejszych grupkach. Dla Izy stało się to okazją do porozmawiania wreszcie sam na sam z Kacprem, który dosiadł się do niej z kuflem piwa, by opowiedzieć jej szczegóły swych zaręczyn z Kasią.

– Kurde, Iza, jestem taki happy, że mnie normalnie roznosi – podsumował, obejmując ją ramieniem. – No, chodź, siostra! Muszę cię przytulić i podziękować ci za wszystko, co dla mnie zrobiłaś, bez ciebie to by się nie udało, serio. Tyle mi pomogłaś… Najpierw w pierdlu z panem mecenasem, bo to dzięki niemu trafiłem do celi z Jaśkiem i dostałem szansę pracy w kuchni, a bez tego nie poznałbym Kasieńki! Brr, nawet nie chcę o tym myśleć! – pokręcił głową ze zgrozą. – A teraz załatwiłaś mi robotę. Tylko nie mów, że nie miałaś z tym nic wspólnego! – uprzedził, widząc, że zamierza protestować. – Miałaś, miałaś. Szef jasno powiedział, że bierze mnie do roboty ze względu na ciebie i zaufa mi tylko dlatego, że ty mi ufasz. A ja go nie zawiodę, bo to tak, jakbym zawiódł ciebie, nie? O nie, nie ma takiej opcji! Ja człowiek honoru jestem.

Iza uśmiechnęła się, zerkając dyskretnie na Majka, który po przeciwnej stronie stołu rozmawiał w cztery oczy z Lidią, od czasu do czasu mechanicznym ruchem dłoni odgarniając sobie włosy z czoła. Jakże uwielbiała u niego ten bezwiedny gest! I jak wiele by dała, by móc znów wsunąć palce w te bujne, poskręcane kosmyki lśniące w świetle sufitowej lampy. Jak w tamten wieczór, gdy widziała go po raz pierwszy… W czasie ostatniej terapii, przerwanej alarmowym telefonem od babci Irenki, nie zdążyła tego zrobić, a już tak bardzo za tym tęskniła!

– A na tej robocie to cholernie mi zależy – ciągnął Kacper. – Kasia jest ze mnie dumna, że tak szybko znalazłem uczciwą pracę, a jak jej powiedziałem, że i dla Jaśka nagrałem stanowisko, to się prawie popłakała. No wiesz, ze wzruszenia, że niby taki dobry jestem, hehe! – zaśmiał się, ale widać było, że dotyka to wrażliwego miejsca w jego zakochanym sercu. – A ja co tam… to przecież nie moja zasługa, tylko twoja i szefa, ale że solidnie będę pracował, to macie jak w banku. U Chudego też – dodał, wskazując ruchem głowy na kolegę, który od kilku minut rozmawiał konspiracyjnie z Tomem. – Bo jak dobrze się połączy dwie fuchy, to i kasy więcej wpadnie, co nie? A ja teraz kasy będę bardzo potrzebował.

W okolicach godziny drugiej nad ranem Majk, powołując się na swój status nie tyle szefa ekipy co najstarszego wiekiem uczestnika imprezy, zarządził zbiorowy odwrót, by, jak podkreślił, dać gospodyni szansę wyspania się i zjedzenia niedzielnego śniadania wcześniej niż w południe. Iza, w istocie zmęczona ale szczęśliwa z udanego spotkania, skorzystała z tej okazji, by wykonać jeszcze jeden z góry zaplanowany gest.

– Jeszcze tylko ostatni toast tej imprezy – oznajmiła, wyciągając z głębi szafy i stawiając na stole butelkę francuskiego wina, które półtora miesiąca wcześniej dostała w prezencie od Krawczyka. – Chciałabym na sam koniec wypić z wami lampkę tego wyśmienitego wina za zdrowie osoby, która mi je podarowała. Wino jest z najwyższej półki i ma prawie osiemdziesiąt lat – zaznaczyła, na co Chudy, Kacper i Antek wytrzeszczyli ze zdziwienia oczy. – Obiecałam, że będę je piła w miłym sercu towarzystwie, więc skoro jesteście dzisiaj u mnie w takim super gronie, nie mogłabym przepuścić okazji. Wika, odkorkujesz?

– Jasne! – odparła Wiktoria, z zaciekawieniem chwytając za butelkę, by obejrzeć etykietę. – O jacie… chyba jeszcze lepsze niż tamto! Bo rozumiem, że to też jest od tego twojego chorego znajomego? – spojrzała na nią znacząco. – Tego od helikoptera, co wtedy u Klaudii piliśmy za jego zdrowie?

– Tak, dokładnie tak – skinęła głową, zerkając porozumiewawczo na Majka, który w odpowiedzi posłał jej aprobujący uśmiech. – I dzisiaj chciałabym to powtórzyć. Co prawda jedna butelka na jedenaście osób da nam co najwyżej po pół lampki, ale przecież liczy się nie ilość tylko jakość. Dobra, postawcie mi tu na środku swoje kieliszki… Wika, daj, ja poleję.

Przejąwszy butelkę z rąk Wiktorii, wprawnymi gestami rozlała rubinowy płyn do kieliszków, starając się, by w każdym znalazła się taka sama jego ilość, po czym z pomocą Lidii rozdała je wszystkim zebranym.

– Jeśli pozwolisz, Iza, ja wzniosę ten toast za frajera – zaproponował Majk, podnosząc się z miejsca. – Chciałbym, żeby wybrzmiała jedna rzecz.

Pozostali poszli za jego przykładem, zaś Iza dała mu znak, że chętnie zgadza się na propozycję. W salonie zapanowała teraz uroczysta cisza, jakby wszyscy instynktownie wyczuli powagę sytuacji.

– Szefie, a szef też zna tego człowieka? – zaciekawiła się Ola.

– Znam – skinął głową. – Zresztą wy wszyscy go znacie, przynajmniej z widzenia, ale skoro Iza nie życzy sobie wymieniać jego nazwiska, nie będę zdradzał, o kogo chodzi.

– Oooo! – zdumiały się dziewczyny. – Iza, serio? Znamy go?

– Tak – odparła zmieszana Iza. – Przez jakiś czas, zanim zachorował, był naszym klientem, więc… Kiedyś powiem wam, kto to jest i jak doszło do tego, że mam z nim kontakt, ale jeszcze nie teraz, okej? – dodała wymijająco. – Po prostu wypijmy za jego zdrowie.

– Tak jest – podjął spokojnie Majk. – Pomińmy tożsamość tego dżentelmena, ja też obiecuję, że kiedyś wszystkiego się dowiecie, ale teraz skupmy się wyłącznie na intencji tego toastu. Facet jest ciężko i nieuleczalnie chory, a Iza… cóż, chyba nie zdziwi was, jak powiem, że pomaga mu ogarnąć się duchowo w tej trudnej sytuacji. Znamy tę panią i wiemy, że gdzie tylko może, wszystkim niesie swoją anielską pomoc.

– To prawda – szepnęła Lidia.

– Dobrze powiedziane, szefie – przyznała Gosia, a Tom i Kacper pokiwali głowami na znak, że w pełni zgadzają się z tą opinią. – To jest faktycznie specjalność naszej wiedźmy.

– Otóż to – uśmiechnął się do niej Majk. – Połączenie cech wiedźmy i anioła daje magiczną mieszankę, która postawiłaby na nogi nawet umarlaka, chociaż oczywiście nikomu nie życzę, żeby miał powód to sprawdzać. Tak czy inaczej frajer, o którym mowa, jest pod duchową opieką tej oto najlepszej na świecie lekarki – szerokim gestem wskazał na Izę, która ze zmieszaną miną odwróciła wzrok. – I fakt, że to właśnie ona prosi o wypicie toastu za jego zdrowie, nie jest tu bez znaczenia, bo dzięki temu ten toast ma, a przynajmniej powinien mieć podwójną moc. Właśnie to chciałem podkreślić, zanim zanurzymy usta w tym oto wykwintnym trunku. A więc za zdrowie frajera, który ma szczęście być podopiecznym naszej anielskiej wiedźmy! – podsumował, podnosząc kieliszek uroczystym gestem. – Kimkolwiek jest i jakie grzechy ma na swoim sumieniu, wypijmy za jego zdrowie fizyczne, psychiczne i duchowe. Do dna!

– Dziękuję – uśmiechnęła się Iza, kiedy wszyscy, zachwycając się głębokim smakiem wina, dopełnili toastu i odstawili szkło na stół.

– A teraz wszyscy zrywać się i zmiatamy! – zarządził stanowczo Majk. – Tylko po cichu, żeby sąsiedzi nie mieli jutro do Izy pretensji. Tu mieszkają same stare dziadki, a w ich przypadku wyrozumiałość ma bardzo wąskie granice!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *