Anabella – Rozdział CCXXII
Sala Anabelli była wypełniona, ale nie po same brzegi, gdzieniegdzie jeszcze dało się dostrzec wolne miejsca, a nawet całe stoliki.
– O, jesteś już! – ożywiła się Klaudia, na którą Iza wpadła w połowie sali w głównym przejściu między stolikami. – I co? Jak tam Kacper?
– Tak sobie – westchnęła Iza. – A raczej bardzo źle. Kasieńka rzeczywiście z nim zerwała, oddała mu pierścionek zaręczynowy, ogólnie sprawa wygląda poważnie, chociaż mam cichą nadzieję, że wszystko z czasem jakoś się ułoży. Teraz to jest jeszcze na tyle świeże, że trudno wyrokować, co będzie dalej.
– Oby się naprawiło – westchnęła Klaudia. – Chociaż jeśli mamy rację z tą klątwą, to czarno to widzę, przecież właśnie tego się obawiałyśmy, nie?
– O, Iza! – włączyła się Ola, która na jej widok natychmiast skręciła ku nim spomiędzy stolików. – Co z Kacprem? Słyszałam od Klaudii, że Kasia go rzuciła, i chyba serio zacznę wierzyć w tę waszą klątwę… Ile on popracował u szefa na umowie na stałe? Miesiąc? I już to cholerstwo zadziałało? Jeśli okaże się, że to nie żarty, to ja wymiękam… nawet już teraz to jest dla mnie mentalnie nie do ogarnięcia!
– Miejmy nadzieję, że to tylko zbieg okoliczności, Olciu – odparła smętnie Iza. – I proszę, nie wycofuj się tak łatwo z pozycji zdroworozsądkowej. Ja sama czasem wolę wierzyć, że z tą klątwą to ty masz rację, a nie my.
– Ale póki co jednak nasza wersja się potwierdza – zauważyła ponuro Klaudia. – Jak widać, bałyśmy się o Kacpra wcale nie bez powodu. A niech to, strasznie mi go szkoda, to taki sympatyczny facet! I naprawdę oszalał na punkcie tej dziewczyny, a że jest w gorącej wodzie kąpany, zaczynam się o niego bać. Bo jeśli rzecz się nie naprawi, to on jeszcze sobie coś zrobi.
– Aha, już nawet o tym gadał – przyznała Iza. – Wymyślił, że pojedzie do jej bloku i skoczy na łeb z jedenastego piętra, genialny pomysł na rozwiązanie problemu, co? Przez pół godziny ćwiczyłam retorykę, żeby wybić mu to z głowy, mam nadzieję, że skutecznie.
– A jak nie? – zafrasowała się Ola.
– Nie wiem, Olciu, wszystko jest możliwe. Ja starałam się nastawić go pozytywnie, przekonać go, że nie powinien tracić nadziei, tylko popracować nad odzyskaniem Kasi.
– A nie wiesz, o co oni się w ogóle pokłócili? – zaciekawiła się Klaudia.
– Długa historia – odparła wymijająco. – Teraz nie ma czasu, opowiem wam może na zlocie czarownic, ale to już jak wrócę z urlopu. Może zresztą do tego czasu wszystko się ułoży?
– Jeśli to naprawdę klątwa Anabelli, to się nie ułoży – zauważyła sceptycznie. – A ja niestety coraz bardziej skłaniam się do takiej hipotezy.
– No to trzeba powiedzieć szefowi, żeby jak najszybciej zdjął tę klątwę! – rzuciła energicznie Ola. – Iza, powiedz mu! Niech się wreszcie bierze do roboty!
Ścisk serca sprawił, że Iza nerwowo odwróciła wzrok, zresztą zła o to na siebie, czuła bowiem, że koleżanki przyglądają jej się z najwyższą uwagą.
– Spoko, szef działa – uśmiechnęła się lekko Klaudia. – Wprawdzie na razie tylko w tle, ale pracuje nad sprawą, o to się nie bój.
– No wiem, wiem – zgodziła się Ola, wymieniając z nią znaczące spojrzenia. – Wczoraj znowu wychodzili gdzieś razem z Natalią… A propos, Iza, masz w tej sprawie jakieś nowe wieści?
– Niestety nie – odparła opanowanym tonem Iza, ściągając z siebie płaszcz. – Czekajcie, muszę to zdjąć, gorąco tu jak diabli… Właśnie wczoraj miałam się z nią spotkać, byłyśmy umówione na dokończenie rozmowy, ale znowu nie wyszło, bo wypadło jej coś pilnego.
– Aha! – zaśmiała się Ola. – No to już wiemy co!
– A swoją drogą szef był tu na chwilę i pytał o ciebie, Iza – dodała nawiasowo Klaudia, znów wymieniając z Olą wymowne spojrzenia. – Ale tylko na chwilę, bo zaraz musiał znowu gdzieś lecieć. Powiedziałam mu o Kacprze, przyjął to do wiadomości i poszedł sobie, ma wrócić dopiero przed północą.
Choć informacja ta potwierdzała tylko bolesne domysły, paradoksalnie postawiła Izę na nogi, dając jej pretekst do natychmiastowego zejścia z niewygodnego tematu.
– O, to świetnie, że mu powiedziałaś! – odparła, udając entuzjazm, choć serce miała zmrożone na lód. – Lidzia też już do mnie pisała, sytuacja na Koncertowej opanowana, a Kacper obiecał mi, że jutro będzie w pracy. Oby dotrzymał słowa… Dobra, dziewczyny, lecę do szatni się przebrać i zaraz staję wam do pomocy na sali. Wielkie dzięki za ogarnięcie sytuacji awaryjnej!
Po czym, nie czekając na odpowiedź, zwinnym krokiem ruszyła w stronę zaplecza, zostawiając koleżanki wciąż stojące w przejściu między stolikami. Ola i Klaudia popatrzyły po sobie i pokiwały głowami.
– Zaczynam w to odrobinę wierzyć, wiesz? – skonstatowała Ola. – Na razie tylko odrobinę, ale faktycznie, przez moment miała taką minę, że to naprawdę mogło być coś w rodzaju zazdrości. No i jak zaczęła ściągać ten płaszcz… oczywiście to wcale nie musiało być ze sobą powiązane, ale widziałaś, jak trzęsły jej się ręce, kiedy odwijała szalik?
– Jesteśmy na dobrej drodze – zauważyła z satysfakcją Klaudia. – Trzeba nad nią jeszcze trochę popracować, ale to mi zaczyna wyglądać całkiem obiecująco. Tylko w sprawie Naty lepiej już więcej tak nie łżyj – zastrzegła, rzucając jej karcące spojrzenie. – Szef przecież nigdzie z nią nie wychodził, urwał się z godzinę wcześniej, zanim ona zdążyła ogarnąć te papiery.
– No to co? – wzruszyła ramionami Ola. – Zawsze można obronić to tak, że wyszli jedno po drugim, w teorii przecież mogli spotkać się poza pracą, nie? To nawet nie jest jakieś wielkie kłamstwo, tylko lekkie podkolorowanie faktów. Sama mówisz, że trzeba nad tym pracować, no to pracuję, ten dzisiejszy efekt to, nie chwaląc się, głównie dzięki mnie.
– Prawda – zgodziła się oględnie Klaudia. – Dobrze zagrałaś, ale chodzi mi o to, że na dłuższą metę trzeba uważać z tym koloryzowaniem faktów. Kłamstwo ma krótkie nogi, o czym, nie przymierzając, najlepiej przekonał się mój kretyn Bartek – skrzywiła się z niesmakiem. – Iza przecież gada regularnie i z szefem, i z Natalią, jak będziemy przeginać z naciąganiem stanu rzeczy, to wszystko się wyda, a nie o to przecież chodzi. Swoją drogą założę się, że szef wpadł dzisiaj na chwilę tylko po to, żeby ją zobaczyć – uśmiechnęła się lekko. – Bał się, że pójdzie wcześniej do domu, zanim on zdąży wrócić z tych swoich spraw na mieście, a jak dowiedział się, że pojechała wspierać duchowo Kacpra, gołym okiem widać było, że jest rozczarowany. Pocieszył się dopiero, jak mu powiedziałam, że Iza ma tu jeszcze wrócić.
Ola pokiwała głową sceptycznie.
– Może i tak, ale w takim razie niech się bierze za nią szybciej, a nie czeka nie wiadomo na co. Jestem zresztą bardzo ciekawa, czy ta wasza teoria ze zdejmowaniem klątwy zadziała, bo gdyby to się sprawdziło, dałabym się przekonać do tych wszystkich klątw i duchów prawie na sto procent. Po tej bransoletce – zerknęła na błyskotkę na przegubie swojej dłoni – już i tak zaczynam skłaniać się do tezy, że coś w tym jest, zwłaszcza teraz, kiedy to się faktycznie niby sprawdza u Kacpra… A wracając do szefa, to jeśli klątwa działa, a on o tym wie, to jego moralnym obowiązkiem jest zdjąć ją jak najszybciej. Więc jeśli, jak twierdzisz, od dawna ma na oku Izę, to powiedz mi, dlaczego tak z tym zwleka?
– Nie wiem, mam wrażenie, że między nimi jest jakaś blokada – odparła z zastanowieniem Klaudia. – Podejrzewam, że od strony Izy, chociaż, jak wiadomo, nigdy nic nie wiadomo, a dopytywać jej nie możemy, to są zbyt delikatne sprawy, nie? Ale co do szefa, to jestem pewna, że on jest wtopiony po uszy, o to mogę się założyć w ciemno.
– Nie, ja się z tobą o nic nie zakładam – pokręciła głową Ola. – Już mi wystarczy na przestrogę przykład tej dzisiejszej akcji z Kacprem, to mnie normalnie wyrwało ze skarpetek. Kurczę, szkoda, że nie ma Wiki… jutro koniecznie musimy jej to opowiedzieć!
***
Zostawiwszy w szatni ubrania, Iza przypomniała sobie, że przed awaryjnym wyjściem na Narutowicza nie zdążyła zajrzeć do gabinetu i sprawdzić, czy nie ma dla niej jakichś papierów do opracowania. Nie było. Na biurku leżały jedynie kluczyki od peugeota, które zapewne zostawił tam Chudy albo Tym, Majk bowiem, gdyby to on je przyniósł, schowałby je raczej do szuflady.
Pustka gabinetu, w którym nie zapaliła światła, i te lśniące w padającej od drzwi poświacie korytarzowych lamp kluczyki samochodowe sprawiły, że Iza zawiesiła się na kilka sekund, znów czując w sercu nieprzyjemny acz znajomy ścisk. Peugeot był do dyspozycji ekipy, podobnie jak van, szef bowiem jeździł głównie swoim ulubionym oplem i dziś też pojechał nim gdzieś daleko, aż za miasto. Niedawno co prawda wrócił na chwilę do firmy, pewnie po to, by przekazać jeszcze jakieś dodatkowe zlecenie dla zespołu, zwłaszcza dla królowej zaplecza, ale potem znowu gdzieś wybył. Gdzieś – czyli gdzie? Pff… Czy to ważne, skoro jej i tak z nim tam nie było?
„To nie twoja sprawa, Iza” – skarciła samą siebie, zagryzając wargi. – „Co cię obchodzi, gdzie pojechał? Może nawet lepiej, że tego nie wiesz?”
A jednak to bolało. Bolało, kłuło, dręczyło… jak cieniutka igiełka, od której ukłuć wprawdzie się nie umiera, ale które powoli, z każdym kolejnym razem stają się uporczywą, nieznośną torturą. Jak przerwać ten niekomfortowy stan? Jak się przed tym bronić?
Nagle Iza poczuła irracjonalne lecz głębokie pragnienie chwycenia z blatu tych kluczyków, wskoczenia za kierownicę peugeota i pomknięcia nocnymi ulicami gdzieś daleko… najlepiej na koniec świata! Ach, pojechać tam, właśnie tam! W miejsce, gdzie kończyła się cywilizacja i gdzie rósł wielki dąb, dziś pewnie przysypany grubą warstwą śniegu, podobnie jak łąka, która w lecie kusiła niekoszoną trawą i zapachem dzikich ziół. Pojechać tam i wykrzyczeć to, co nosiła w sercu, wrzasnąć raz a dobrze, na całe gardło, do utraty tchu! Wywalić to z siebie tak, jak robił to Majk w chwilach, kiedy najbardziej cierpiał!
O tak, to mogłoby okazać się nawet skuteczne, tyle że niestety było nie do wykonania. W taką pogodę jak dziś, w dodatku w ciemnościach, pewnie nawet by tam nie trafiła, a na pewno nie zdołałaby podjechać polną drogą aż do stóp dębu, samochód po drodze zakopałby się w zaspach i musiałaby wzywać specjalistyczną pomoc, żeby go stamtąd wyciągnąć. Taka opcja zatem z góry odpadała, ale gdyby tak pojechać tam chociaż w wyobraźni… w jakiś sposób wysłać na to miejsce swoją duszę…
A może wcale nie tam, tylko gdzieś indziej? Przed oczy Izy wrócił obraz drugiej bliskiej sercu łąki – zalanej księżycowym światłem łąki na Lipniaku. A gdyby tak właśnie tam?… Wziąć peugeota i pojechać w tamto miejsce, zapewne również zasypane śniegiem, ale mimo wszystko w pełni dostępne i o wiele bardziej cywilizowane niż koniec świata. Tam trafiłaby na pewno, znała przecież drogę. Podjechałaby od tej drugiej strony, nie od tyłów posesji Lodzi i Pabla, bo w tamte wertepy samochód pewnie by nie wjechał o tej porze roku, ale od drogi, którą w listopadzie jechała autokarem na wesele Kingi i Andrzeja. Co prawda w tamtym miejscu, pustym, ale położonym dość niedaleko od zabudowań, nie mogłaby, jak na końcu świata, wyrzucić z siebie emocji, wrzeszcząc z bólu na całe gardło, ale i tak intuicyjnie czuła, że jej zmaltretowana zazdrością dusza odnalazłaby tam względne ukojenie. Znaleźć się tam sama, całkiem sama… właśnie tam…
Odgłos szybkich kroków na korytarzu wydał jej się znajomy aż do bólu. Jak to? Przecież to nie mógł być Majk, do północy jeszcze daleko! Zerknęła w napięciu na uchylone drzwi, w których ułamek sekundy później pojawiła się charakterystyczna sylwetka z czupryną rozczochraną w ów jedyny w całym świecie sposób.
– Iza?
– Tak, jestem tu – odparła zmieszana.
– Po ciemku? – zdziwił się, wchodząc do środka i przymykając drzwi.
– Tak… Dopiero co wróciłam i zajrzałam tylko na chwilę sprawdzić, czy nie ma faktur. Już miałam iść na salę, tylko…
– Poczekaj.
Podszedł do biurka i stanowczym gestem zapalił lampkę, której rozproszone światło wypełniło pomieszczenie, tworząc nastrój, który kochała najbardziej na świecie. Nastrój właśnie tego miejsca – gabinetu Anabelli, w którym w przeszłości rozegrało się tak wiele ważnych wydarzeń w jej życiu.
– Siadaj – Majk wskazał jej kozetkę, sam ściągając w międzyczasie kurtkę i niedbałym gestem rzucając ją na krzesło przy wejściu. – Musimy pogadać.
Usiadła posłusznie, z jednej strony zaniepokojona, o czym chciał z nią rozmawiać, z drugiej zaś uszczęśliwiona jego niespodziewaną o tej godzinie obecnością. Mężczyzna, którego twarz oblekała chmura bez cienia uśmiechu, zajął miejsce obok i bez wahania objął ją ramieniem, aż poczuła wionącą od niego falę chłodu, jaki przyniósł z zewnątrz.
– Miałeś być dopiero o północy – zauważyła ostrożnie.
– Mhm. Ale jestem wcześniej. I najważniejsze, że jednak rzutem na taśmę udało mi się uratować ten dzień.
– Jak to uratować? – zaniepokoiła się. – Coś poszło nie tak?
– Nie, przeciwnie, wszystko poszło świetnie, tyle że zawsze to jest coś za coś… Dobra, Izula, mów mi szybko, co z Kacprem – zażądał poważnym tonem. – Klaudia przekazała mi, że Kaśka go rzuciła. To prawda?
– Prawda – pokiwała smutno głową Iza.
– Ale dlaczego? Co się stało?
– To, czego się obawiałam – westchnęła. – Niestety.
Opowiedziała mu w zwięzłych słowach wszystko, co dotyczyło sprawy Kacpra, począwszy od zrelacjonowanego przez niego spotkania z panią Kazimierą, przez kłótnię z Kasią zakończoną oddaniem mu pierścionka zaręczynowego, aż do rozmowy, jaką ona sama z nim przeprowadziła, zanim kazała mu położyć się spać.
– Ogólnie wygląda to niedobrze – podsumowała. – Kacper jest totalnie załamany, ja mam nadzieję, że to się jeszcze jakoś ułoży, ale w takich sprawach, jak wiadomo, różnie może być. Kasia zawsze podkreślała, że najbardziej ceni u niego szczerość i to, że tyle lat czekał właśnie na nią… nic dziwnego, że teraz przeżyła szok, że tak ją okłamał. A tyle razy ostrzegaliśmy go z panem Stasiem… ech! – pokręciła głową. – Można tylko ufać, że powoli wszystko sobie wyjaśnią i że ona to przemyśli. Kacper przecież nie chciał źle, a że nic nie mówił Kasi o przeszłości, to tylko dlatego, że tak bardzo mu na niej zależało.
– Mhm – mruknął słuchający jej z ponurą miną Majk. – No niestety. Frajer latami jechał po bandzie i liczył, że mu się upiecze, a takie rzeczy trzeba czyścić od razu. Wiadomo, że to nie jest przyjemne, zwłaszcza kiedy patrzy się na swoje życie z nowej perspektywy, ja też znam to z autopsji. Wprawdzie nie gadałem z nim na ten temat, jeszcze nawet nie miałem okazji, ale podejrzewam, że ma to samo poczucie co ja… czyli że warto było czekać, a się nie poczekało. Cholernie niefajna sprawa.
– Tak, chociaż Kasia sama powiedziała, że wybaczyłaby mu te ekscesy z przeszłości, gdyby przyznał jej się do tego od razu, a nie udawał przed nią kogoś innego, niż naprawdę jest. A ja go przecież dokładnie o tym uprzedzałam… O takich rzeczach trzeba informować na samym początku, wtedy przynajmniej nie ma nieporozumień. Przecież to było oczywiste, że tak się to skończy.
– Trzeba informować, nawet jak ma się świadomość, że tego drugiego zaboli – przyznał Majk. – To nie jest łatwe, ale masz rację. Trzeba. Zazdrość wsteczna… zresztą tak samo jak prospektywna… może nie dopieka aż tak bardzo jak ta aktualna, kiedy akcja rozgrywa się bezpośrednio na naszych oczach, ale też potrafi nieźle dowalić. Więc im szybciej się przez to przejdzie, tym lepiej.
– Zazdrość wsteczna? – zaciekawiła się Iza, intuicyjnie wyczuwając, że miał na myśli dokładnie to, o czym ona sama chciała już nieraz porozmawiać. – I prospektywna?
– Mhm. Wsteczna, czyli taka, która dotyczy przeszłości, nawet tej dalszej, z czasów, kiedy jeszcze się nie znało tej drugiej osoby. A prospektywna to ta, której boimy się w przyszłości, antycypowana. Każde z nas miało do czynienia i z jedną, i z drugą, więc chyba wiesz, o co mi chodzi?
– Wiem – pokiwała głową.
– To zresztą kolejny dobry temat na sesję filozofii księżycowej – zauważył, jakby znów czytał w jej myślach. – Miałem nadzieję, że uda się nam kiedyś o tym pogadać, bo to mnie męczy od dawna… mimo wszystko. Raz już zresztą prawie zaczęliśmy, ale jakoś się rozmyło, nie pamiętam już dlaczego, możliwe, że ja sam uciąłem temat. A dzisiaj to nagle wraca… I w sumie skoro jutro będziesz tylko na popołudniowej zmianie, a w niedzielę jedziesz na dziesięć dni do Korytkowa, to czemu nie skorzystać z tej spontanicznej okazji i nie rozwinąć tego teraz?
– Tematu zazdrości?
– Aha. Oczywiście kontekstowo, nie ogólnie. U Kaśki zadziałała przecież właśnie zazdrość wsteczna, Kacper oberwał dzisiaj po łbie dokładnie za to. Owszem, za brak szczerości i głupie przemilczenia też, ale jestem przekonany, że za to przede wszystkim. Młoda niepotrzebnie go sobie wyidealizowała, a kiedy ta ropucha sąsiadka zdarła frajerowi maskę, nastąpił efekt czołowego zderzenia z tramwajem.
– Tak – przyznała Iza. – Klasyczny przypadek zderzenia oczekiwań i rzeczywistości.
– Mhm. Ale jeśli to ich tak spektakularnie znokautowało, to dlatego że żadne z nich dwojga nie ma sformatowanej księżycowej duszy – odparł w zamyśleniu Majk. – Tych, którzy ją mają, nie tak łatwo powalić na glebę, nawet kiedy boli. Wiesz coś o tym, prawda, elfiku?
– Wiem – szepnęła smutno.
Na pamięć natychmiast wróciły jej dwie sceny z nieodległej przeszłości. Najpierw pożałowania godny widok jej samej zawiniętej w zmiętoszoną kołdrę w salonie na Bernardyńskiej, cierpiącej po rozmowie z Lodzią, której opowieść z balu sylwestrowego w Nałęczowie zgasiła w niej zbyt pochopnie wzbudzone nadzieje. A potem scena ze skwerku na miasteczku akademickim, gdzie kilka tygodni temu Majk podwiózł na spotkanie z nią Natalię. Co ona wtedy przy nim powiedziała? To było coś, co miało związek z tym tematem… coś o zaręczynach kuzynki w Bydgoszczy?
Zaręczyny kuzynki z moim byłym chłopakiem, z którym kiedyś byliśmy nierozłączni...
Właśnie. Majk, właściciel doskonale sformatowanej księżycowej duszy, zrobił wówczas dobrą minę do złej gry i bezbłędnie ukrył to, co musiało się wówczas dziać w jego sercu. Ona sama zresztą od razu o tym pomyślała, zastanawiała się, na ile zabolały go takie słowa w ustach Natalii – jak widać, chyba rzeczywiście zabolały i bolały aż do teraz. I to była właśnie ta wspomniana zazdrość wsteczna.
– Mówiłaś mi kiedyś o tym – podjął po chwili ciszy. – O Miśku i o tych wszystkich laskach, które zdążył oblecieć, zanim zwrócił uwagę na ciebie… o tym, jak cię to bolało… Ja w przypadku Ani tego nie miałem, Jean-Pierre był jej pierwszym i jedynym facetem, więc mnie najbardziej kosiła zazdrość w trybie live, a potem też ta prospektywna, kiedy już wiedziałem, co się święci. Ale życie jest przewrotne, więc i ta wsteczna w końcu mnie dopadła… a co gorsza, są chwile, kiedy dalej trzyma – westchnął. – Dlatego rozumiem Kaśkę, a Kacprowi naprawdę życzę, żeby dał radę jakoś to ogarnąć.
Iza pokiwała głową, nie mając odwagi zapytać go o szczegóły owej „zazdrości wstecznej, która w końcu go dopadła”, mimo że on prawdopodobnie właśnie na to czekał. Jednak jeśli zacznie jej się zwierzać na temat byłych facetów Natalii i związanej z nimi zazdrości… Nie, to będzie dla niej nie do udźwignięcia, zwłaszcza tak nagle, z zaskoczenia. Już i tak miała dzisiaj wyjątkowo ciężki dzień.
– Nie wiem, jak to wygląda z punktu widzenia kobiety – ciągnął w zamyśleniu Majk – ale z punktu widzenia faceta, przynajmniej takiego frajera jak ja, to jednak cholernie działa na wyobraźnię. Myślę tu oczywiście o mojej Anabelli – zaznaczył, na co Iza znów w milczeniu pokiwała głową, w głębi serca na wszelki wypadek uruchamiając awaryjny tryb komandosa. – Sam, jak wiadomo, w przeszłości nie byłem święty, dlatego to, że ona kiedyś kochała kogoś innego, nawet mnie urządza… że kochała go i oddała mu się w całości – sprecyzował, zagryzając lekko wargi. – Tylko że jak uruchamia się pieprzona wyobraźnia, to czasem ciężko wytrzymać te obrazy. Mam na myśli te wstecz, z przeszłości, chociaż w sumie chyba jeszcze gorsze są te prospektywne… Dlatego, jak powiedziałem, rozumiem Kaśkę i jej reakcje, to jest bardzo ciężki temat, a ona w dodatku nie jest na to uodporniona tak jak ja czy ty.
– To prawda – przyznała Iza, z całego serca pragnąc zmienić bolesny temat. – Ale w tym wszystkim jest jeszcze coś innego, Majk… coś, czego my z dziewczynami boimy się najbardziej.
– Co? – spojrzał na nią czujnie.
– Klątwa – szepnęła.
– Ach, klątwa Anabelli… no tak – pokiwał głową, odwracając wzrok. – Też od razu o tym pomyślałem, chociaż cały czas staram się to jakoś zracjonalizować i przypisać zbiegowi okoliczności. Serio myślisz, że to przez to? – zerknął na nią znów z poważną miną.
– Nie uważam, że bezpośrednio przez to – sprostowała, zadowolona, że udało jej się zmienić albo przynajmniej odsunąć w czasie trudny wątek. – Kacper, jak mówię, sam jest sobie winien, to oczywiste, że od dawna prosił się o to, aż się doprosił. Ale ta klątwa to jest dodatkowa okoliczność, której, moim zdaniem, nie można lekceważyć.
– Racja – westchnął, cofając ramię, którym ją obejmował. – Może to i zbieg okoliczności, ale nie można zaprzeczyć, że stało się dokładnie to, co przepowiedziałaś. Jak tylko dałem mu umowę na stałe, spieprzyło mu się z Kasieńką… To co mam zrobić, elfiku? – zapytał ciszej, spuszczając głowę i zapatrując się w podłogę. – Dla jego własnego dobra wywalić go z roboty?
– Nie, tego nie możesz zrobić – pokręciła głową.
– Też tak uważam – zgodził się ponuro. – Przecież dopiero co wziął kredyt, musi go z czegoś spłacać, nie możemy jeszcze i od tej strony mu dowalić. Ale jeśli ta idiotyczna klątwa naprawdę działa? Nie chciałbym, żeby to była prawda, ale skoro ty tak mówisz, to wierzę w twoją intuicję… Muszę w nią wierzyć, do cholery, inaczej wszystko, na czym mi zależy, weźmie w łeb.
– Akurat na mojej intuicji bym nie polegała – skrzywiła się Iza. – Ale w przypadku klątwy mamy już za dużo danych, które po kolei potwierdzają tę teorię. Zresztą to nie tylko moja hipoteza.
– Wiem – pokiwał lekko głową, wciąż wpatrując się w podłogę. – Ale twoje zdanie jest dla mnie kluczowe, nie tylko w tym względzie. A co do klątwy, to wiadomo, że to spada głównie na mnie. Według waszej teorii, to ja jestem za nią odpowiedzialny i to ode mnie zależy jej zniesienie. Tak czy nie?
– Tak – pokiwała głową ze ściśniętym sercem.
– Dużo o tym myślałem, wiesz? Nawet jeśli to tylko teoria, to jednak czuję na karku tę odpowiedzialność. I źle mi z tym, elfiku.
– Ale dlaczego? – zapytała ze ściśniętym sercem, uznając, że jako jego przyjaciółka nie może dłużej unikać tematu, ani ślizgać się jedynie po jego powierzchni. – Może powinieneś wziąć byka za rogi i spróbować znieść klątwę? Uwolnić siebie, Kacpra, wszystkich nas… Przecież Anabella… mówiłeś, że odzyskałeś nadzieję i że wszystko idzie w dobrą stronę…
Urwała, czując, że dalej nie da rady utrzymać neutralnego tonu, jednak miała nadzieję, że to wystarczy. Gdyby on mógł wiedzieć, ile ją to kosztowało!
– W teorii tak – odparł cicho Majk. – Odzyskana nadzieja jest piękna, sama w sobie daje namiastkę szczęścia, ale dopóki się nie urzeczywistni, ta cholerna zazdrość prospektywna i tak będzie mnie gryzła. A jeśli moje marzenia wcale się nie spełnią? Ciągle się z tym liczę i boję się tego, Izuś. Boję się powtórki z przeszłości.
– Powtórki z przeszłości? – szepnęła.
– Mhm. Tego, że moja walka o serce Anabelli finalnie na nic się nie zda. Że co z tego, że będę blisko niej, że będę czekał cierpliwie, aż będzie na mnie gotowa… o ile w ogóle będzie, bo przecież do tego nie wystarczy tylko czas, na to nie ma się wpływu… co z tego, skoro wystarczy, że nagle pojawi się jakiś inny frajer, w którym ona zakocha się z dnia na dzień i pójdzie za nim jak ćma w ogień? A wtedy będzie po wszystkim. Wiem, że to głupie myślenie, ale nic na to nie poradzę… taki już ze mnie śmieszny i żałosny frajer.
Iza pokręciła głową, zdziwiona tym pesymistycznym przekazem w jego ustach. Czyżby wczoraj, podczas „pilnego” spotkania z tamtą, coś się między nimi wydarzyło? Coś zepsuło? Z jednej strony taka wizja była pokarmem dla jej duszy, ale z drugiej w jego głosie zabrzmiała tak przejmująca nuta rezygnacji i zmęczenia, że zrobiło jej się go szczerze żal.
– Dlaczego tak mówisz? – szepnęła, czując się trochę jak człowiek, który podkopuje podstawę śnieżnego zwału, który za chwilę zamieni się w lawinę. – Stało się coś złego?
Pokręcił głową, opierając łokcie na kolanach, wciąż wpatrzony w podłogę.
– Nie, kochanie – odparł cicho. – Nic złego. Po prostu cholernie źle znoszę rozstania.
„Ach, rozumiem” – pomyślała smutno. – „Pewnie ona znowu gdzieś wyjeżdża… albo już wyjechała, na przykład dzisiaj. Może znowu do Bydgoszczy? A wcześniej naopowiadała ci o swoich byłych z tamtych stron, przez co męczy cię zazdrość wsteczna. A niech to… Nawet nie mogę zapytać wprost, bo domyślisz się, że wiem, o kogo chodzi, a ty chyba nadal tego nie chcesz. Biedaku ty mój…” – serce zalała jej fala tkliwego współczucia. – „Jak ci pomóc?”
Cóż, był na to jeden niezawodny sposób, a ona do uruchomienia go potrzebowała tylko pretekstu, który właśnie się nadarzał. Ostrożnie, z bijącym sercem, podniosła rękę i wsunęła palce w jego włosy. Drgnął na ten dotyk i natychmiast, niczym zburzony domek z kart, przechylił się, kładąc głowę na jej kolanach – jakby właśnie na to czekał! Czy może istnieć coś piękniejszego niż taki niespodziewany okruszek szczęścia? Chwila, która rekompensuje wszystko, rozjaśnia najgorsze ciemności światłem, jakiego nie da się porównać z niczym innym?
Majk przytulił policzek do jej kolan z ufnością dziecka, które w tym prostym geście szuka ukojenia – ileż razy już tak robił! I jaką zawsze sprawiał jej tym radość! Zwłaszcza że w tej pozycji miała najlepszy dostęp do jego włosów, w które wsunęła teraz z przyjemnością obie dłonie.
– O tak – mruknął z satysfakcją. – Tak, Izula… dziękuję ci, że się domyśliłaś. Tak cholernie było mi tego trzeba…
Iza jednak uznała, ze musi wrócić do przerwanego wątku. Nie chcąc, by pomyślał, że lekceważy sobie jego słowa, zebrała się w sobie, by podjąć trudny temat, a wszak nie było na to lepszej okazji niż moment, kiedy czuła pod palcami znieczulającą miękkość jego włosów. Kiedy trzymała w nich dłonie i gładziła ich kosmyki, żadne zadanie dla komandosa nie wydawało jej się zbyt trudne!
– Ale co się stało, Michasiu? – zapytała ostrożnie. – Bo domyślam się, że kiedy mówisz o rozstaniu, chodzi ci o Anabellę… Wyjechała gdzieś?
Pokiwał lekko głową.
– Wyjeżdża – sprostował. – Obiektywnie nie na tak długo, ale dla mnie nawet jeden dzień to dużo. Straszny ze mnie frajer, wiem o tym, ale nic na to nie poradzę. I jeszcze ten Kacper… klątwa… Tak mi dzisiaj cholernie źle, elfiku…
Iza ze ściśniętym sercem przesiewała przez palce jego włosy, jak zawsze wkładając w to całą siebie, starając się z głębin duszy przesłać mu jak najwięcej księżycowej energii. Choćby sama miała się wykończyć, niech on nabierze psychicznych sił… i niech niczym się nie martwi! Anabella przecież go pokocha, prawdopodobnie już go kocha, to tylko on po latach cierpień ma takie kompleksy. Wyjeżdża gdzieś… Pewnie rozmawiali o tym wczoraj, kiedy obojgu „wypadło coś pilnego”, a może mówili o tym i dzisiaj? Może właśnie wrócił z pożegnania, które nie było dla niego satysfakcjonujące i po którym wciąż nie może się pozbierać?
Jak dobrze, że przynajmniej ona mogła być przy nim i w jakimś stopniu go pocieszyć! To przecież była jej rola. Im częściej on będzie tego potrzebował, tym jej życie będzie miało większy sens. Dziś jako dobra wróżka pocieszała już Kacpra, ale to się nie mogło w żaden sposób równać z pocieszaniem Majka! Chociaż ona sama przy tym cierpiała, miękkość jego włosów i ciepło bijące od jego przytulonego do jej kolan policzka były dla niej szczęściem samym w sobie!
– Myślisz, że nie chciałbym zdjąć tej cholernej klątwy? – zapytał z nutą bezradnego żalu w głosie. – Chciałbym bardzo, elfiku, o niczym innym nie marzę. Chciałbym wyjść już z tego klinczu, z tej ciągłej psychicznej szarpaniny… przestać się bać, że kiedy spróbuję sięgnąć po więcej, stracę to, co mam… że to wszystko okaże się falstartem albo, co gorsza, pomyłką. Chciałbym móc wreszcie zacząć normalnie żyć…
– Więc może spróbuj – powiedziała cicho, czując się przy tym jak zdrajczyni samej siebie. – Może kiedy przełamiesz się i powiesz jej, co czujesz, okaże się, że ona już od dawna jest na to gotowa?
Majk poderwał gwałtownie głowę z jej kolan, aż musiała cofnąć dłonie, i spojrzał jej w oczy przenikliwym, badawczym wzrokiem, który przeszył ją na wskroś. Wzrokiem, który przypominał tamto…
– Tak mówisz? – szepnął w napięciu.
W jego oczach było coś tak niesamowitego, tak szalona mieszanka żywej nadziei i determinacji, że Iza aż się wystraszyła. A jeśli doradzi mu źle? Jeśli jej przedwczesna rada poprowadzi go prosto do tego, na co sama wprawdzie po cichu liczyła, lecz czego jednocześnie, jako jego przyjaciółka, całym sercem się wstydziła – do rozczarowania? Czy mogła wziąć na siebie taką odpowiedzialność?
– Sama nie wiem, Majk – odparła zachowawczo. – Nie chciałabym się wtrącać w twoje delikatne sprawy, ale… może to jest jedyny sposób, żeby przełamać ten klincz, o którym mówisz?
Odetchnął z głębi piersi i znów zrezygnowanym gestem opuścił głowę na jej kolana.
– Pogłaskaj mnie jeszcze – poprosił cicho.
Iza bez słowa wsunęła z powrotem dłonie w jego włosy z poczuciem, że chyba nie powinna była mówić tego, co powiedziała. Dlaczego miała dziwne, niejasne wrażenie, że to go zraniło?
– Nie mogę, Iza – podjął po kilkunastu sekundach, kiedy już myślała, że nie skomentuje tego w żaden sposób. – Właśnie dlatego nie mogę.
– Dlatego? – nie zrozumiała. – To znaczy dlaczego?
– Właśnie dlatego – powtórzył z uporem, przyciskając mocniej policzek do jej kolan. – Pogłaskaj mnie jeszcze, skarbie… proszę, nie przerywaj. Bardzo mi dzisiaj tego trzeba, czuję się jak nędzna galareta, a raczej jak życiowy bankrut. Taki, który za dużo sobie wyobraża, a potem przez to cierpi. Tyle że jak sobie tego nie wyobrażać w takich pięknych chwilach? Jak? Nienawidzę się za to, że jestem takim cholernym, śmierdzącym tchórzem, a z drugiej strony uwielbiam nim być. Ja pierniczę, to jest nie do ogarnięcia… nie do przeskoczenia…
W jego głosie zabrzmiała nuta rezygnacji pomieszana z czymś w rodzaju ironicznego rozbawienia.
– Wytłumaczyć ci, dlaczego nie mogę pójść va banque? – mówił dalej. – Proszę bardzo. Wytłumaczę ci to na przykładzie. Wyobraź sobie, że przychodzi do ciebie taki, dajmy na to, Chudy. Albo Tom. Ewentualnie Antek czy kto tam sobie chcesz. Przychodzi do ciebie i nagle z głupia frant mówi ci, że cię kocha. Jak byś zareagowała?
Iza uśmiechnęła się smutno.
– Nie wiem – odparła zgodnie z prawdą. – Nawet sobie tego nie wyobrażam.
– No właśnie – pokiwał lekko głową.
– Ale to przecież nie ma nic do rzeczy, Majk. Twoja sytuacja jest inna, ja tu w ogóle nie widzę żadnej analogii do takiej abstrakcji jak Chudy wyznający miłość komukolwiek, a już zwłaszcza mnie – wydęła lekko wargi. – Chudy czy Antek to nie ty, a ja to nie Anabella… ona przecież musi wiedzieć, a przynajmniej się domyślać, że jesteś nią zainteresowany. Nie wierzę, że zastrzeliłbyś ją takim wyznaniem… że to by było, jak mówisz, z głupia frant.
– No właśnie – powtórzył z rezygnacją Majk. – Nie wierzysz. Ale jakbyś się o tym przekonała na własnej skórze, to byś musiała uwierzyć. I coś byś z tym musiała zrobić, hmm? Pytanie tylko, co.
– Nie wiem – znów pokręciła bezradnie głową.
– Otóż to, nie wiesz. Problem w tym, że niewiedza nie wyklucza totalnej katastrofy, a ja wolałbym tego nie sprawdzać.
– Ale przecież moje zdanie tu się nie liczy – zaprotestowała łagodnie.
– Liczy się – odparł spokojnie, wygodniej moszcząc sobie głowę na jej kolanach. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo się liczy, elfiku… Ale dobra, zostawmy już to. Tylko nie przerywaj – upomniał ją, wyczuwając, że zatrzymała ruch palców w jego włosach. – Jak tak mnie głaskasz po łbie i baterie się ładują, od razu wszystko jest inaczej. Zawsze tak było. I wiesz co? Chociaż współczuję Kacprowi jak cholera, jestem mu wdzięczny za to, że dzisiaj dał nam pretekst do tej rozmowy. Nawet jeśli zaraz, znając życie, wpadnie tu po nas jakiś frajer i trzeba będzie lecieć do roboty.
Iza gładziła go po włosach z tą samą myślą, którą właśnie wypowiedział na głos – że za chwilę to się przecież skończy. Że są w pracy, więc to będzie tylko kilka minut, mały okruszek szczęścia… ale przecież dobre i to! A każda upływająca sekunda działała na jej korzyść! Na ich korzyść. On przecież sam też przed chwilą powiedział, że dzisiaj bardzo tego potrzebował.
– No to porozmawiajmy jeszcze – podjęła. – Chciałeś mówić o zazdrości wstecznej i prospektywnej, to jest rzeczywiście bardzo mocny i ciekawy temat. Wsteczną rozumiem jak najbardziej, te obrazy z wyobraźni, o których mówisz… wiem, jak to jest. Ale jeśli chodzi o prospektywną, to jestem prawie pewna, że akurat ty nie masz do niej powodu. Nie powinieneś się tak zadręczać złymi myślami, Michasiu – dodała łagodnie, przesiewając przez palce bujne, sprężyste kosmyki jego włosów. – Widzę, że dzisiaj coś cię gryzie, ale zobaczysz, że wszystko dobrze się ułoży. Ja nie mam co do tego wątpliwości.
Pokręcił tylko głową, kryjąc twarz w jej kolanach, aż przez spódnicę poczuła elektryzujące ciepło jego oddechu.
„Moje ty kochanie” – pomyślała z czułością. – „Chciałabym, żebyś był szczęśliwy… a jednocześnie sama jestem szczęśliwa, kiedy jest ci źle, a ja mogę cię pocieszać! To już jest skrajna perwersja i moralny skandal, ale nic na to nie poradzę.”
Jego bliskość jak zawsze dodawała jej odwagi, a pragnienie wsparcia go, podbudowania na duchu i przywrócenia choć odrobiny nadwątlonej księżycowej energii dodatkowo zbroiło w niej niezłomnego komandosa. Ewidentnie chciał porozmawiać o swoich przeżyciach z ostatnich dni… o niej… więc cóż. Kiedyś to ją przecież i tak czekało, więc może im szybciej, tym lepiej?
– Co prawda nie wiem, co się dzieje między tobą i Anabellą – zagadnęła ostrożnie – i rozumiem, że nie chcesz mi na razie o tym opowiadać, żeby nie zapeszać. Obiecałeś, że powiesz wszystko w maju, więc czekam cierpliwie i mocno trzymam za ciebie kciuki, ale jeśli jest coś, o czym chciałbyś porozmawiać dzisiaj, to wiesz, że zawsze możesz… nawet tak tylko ogólnie, w duchu filozofii księżycowej.
– Wiem – pokiwał głową Majk, odwracając głowę na bok tak, że teraz znów przylgnął do jej kolan policzkiem. – I dziękuję ci za to, Izulka… dziękuję, moja dobra wróżko, za tę gotowość wsparcia, sesja filozofii to zawsze świetna rzecz. A propos – przypomniał sobie. – Jak ci poszedł egzamin?
– Zdałam – odparła z satysfakcją. – Na trzy plus.
– No i super. Trzy plus to spoko ocena, gratulacje. A co do naszej filozofii, to chętnie umówię się z tobą na jakąś dłuższą sesję, chociaż o sprawach, o których zacząłem mówić… o Anabelli… jednak będę musiał pogadać z kimś innym. Z facetem – zaznaczył. – Czyli de facto z Pablem, nikt inny w moim przypadku nie wchodzi w grę. I do diabła, naprawdę muszę to zrobić, bo czuję, że dłużej nie wytrzymam.
Iza pokiwała głową, nie przestając gładzić go po włosach, wcale nie dotknięta tym, że właśnie została odsunięta od tematu Anabelli. Przeciwnie, informacja, że Majk był gotowy na rozmowę w tej sprawie ze swym najlepszym męskim przyjacielem, mimo że jeszcze do niedawna tak się przed tym wzbraniał, ucieszyła ją i sprawiła jej szczerą ulgę. Bo czy dzięki temu ona sama nie będzie spokojniejsza? Pablo zdejmie z jej ramion ciężar tych zwierzeń i dyskusji o nich, a w dodatku będzie szczęśliwy, że może pomóc staremu kumplowi w obszarze, z którego na wiele lat z wiadomych względów został wykluczony. Lodzia tyle razy podkreślała, jak bardzo mu tego brakowało, więc to będzie z korzyścią dla wszystkich. Również dla niej.
– To bardzo dobry pomysł – przyznała. – Pablo przecież nie jest już w to uwikłany jako brat, więc odpada największa blokada, a rzeczywiście o takich sprawach najbardziej otwarcie rozmawia się z osobą własnej płci. Mimo wszystko.
– Nie do końca, elfiku – pokręcił lekko głową Majk. – Z nikim nie gada mi się o takich sprawach lepiej niż z tobą, Pablo to super kumpel i zawsze mogę na niego liczyć, ale niestety w tych najdelikatniejszych kwestiach ma czasami wrażliwość słonia. Jednak nie mam innego wyjścia… właśnie ze względu na tę blokadę, o której mówisz. Tak się składa, że moją życiową specjalnością jest pakowanie się w różne blokady i klincze, to chyba konsekwencja tej klątwy, którą, według waszej teorii, nałożyłem nie tylko na siebie. Bardzo chciałbym, żeby i to się skończyło, i oczywiście zawalczę o to w swoim czasie, chociaż Bóg jeden wie, jaki będzie tego efekt. Ale póki co muszę pogadać z Pablem… trochę inaczej niż z tobą, bez filozofii, po męsku, zresztą może właśnie taka formuła będzie na ten moment najlepsza?
– Na pewno nie zaszkodzi spróbować – zauważyła ciepło Iza.
– Tak zrobię. Oczywiście jak trafi się okazja, sam z siebie nie będę wywoływał wilka z lasu, ale kluczowe jest to, że jestem już na to gotowy. A co do tego, co dzieje się między mną i Anabellą – podjął, a głos zadrżał mu lekko ze wzruszenia – to dzieją się piękne rzeczy, elfiku… Tak piękne, że nie chcę ich stracić przez jakiś głupi ruch, a z drugiej strony boję się, że jak żadnego ruchu nie wykonam, stracę je i tak, i to może nawet wcześniej, niż myślę.
Iza skupiła całą swą uwagę na tym, by przy słowach, które cięły ją ostrzem noża na wskroś serca, w żaden sposób nie zmienił się ruch jej palców w jego włosach. Majk nie powinien wyczuć żadnej zmiany, nie mógł dostać najmniejszego pretekstu do tego, by domyślić się jej reakcji. To dopiero było wyzwanie dla komandosa! I na szczęście chwilę potem z dumą mogła stwierdzić, że poszło jej naprawdę nieźle.
– Natomiast jeśli chodzi o zazdrość wsteczną i prospektywną – ciągnął Majk – to przyznaję, że nadal nie mogę sobie poradzić z tym cholerstwem. Raz jest gorzej, jak dzisiaj, zanim tu przyszedłem, a raz lepiej, jak teraz, kiedy głaskasz mnie po włosach i ładuję się bezczelnie elfikową energią, chociaż oboje powinniśmy iść na salę do roboty. Ech, Izula… co ja bym bez tego zrobił? To jest dla mnie naprawdę lekarstwo na wszystko. Nie wiem, jak wytrzymam bez doładowania, kiedy pojedziesz do Liège, niby to tylko kilka tygodni, ale deficyt elfikowej energii będę miał głęboki jak Rów Mariański. Obiecaj mi, że jak tylko wrócisz z Korytkowa, naładujesz mnie na zapas, hmm?
– Oczywiście – uśmiechnęła się z rozkoszą w sercu. – Ile tylko będziesz chciał.
– Wiadomo, że tak całkiem na zapas się nie da – westchnął. – Ale chcę przynajmniej spróbować. Zresztą już teraz mi lepiej… dużo lepiej, taka promesa od razu działa na starego frajera krzepiąco i uzdrawiająco. A może połączymy to z kolejną sesją podsumowania terapii? Myślałem już o tym, wiesz? Tym razem chciałbym podjąć inny motyw przekrojowy i pogadać z tobą o brandy.
– Aha – pokiwała głową. – Dobrze.
– Zwłaszcza że w naszym podsumowaniu dochodzimy powoli do tamtego wieczoru, kiedy wypiłaś ją za mnie – zaznaczył. – A to był dla mnie jeden z momentów przełomowych terapii, od którego de facto zacząłem na serio odrywać się od dna… No, ale pogadamy o tym na spokojnie po twoim powrocie, teraz nie ma do tego warunków. I w ogóle wybacz, skarbie, że tak cię męczę – dodał, podnosząc powoli głowę z jej kolan. – Wiem, że miałaś już dzisiaj na warsztacie frajera Kacpra, a ja jeszcze dodatkowo ci dowalam. Ale musiałem. To było autentycznie silniejsze ode mnie. Cieszę się, że w ogóle cię tu zastałem, już myślałem, że to się nie uda, ale jednak stary frajer Majk miał dzisiaj trochę farta.
Iza, która cofnęła już posłusznie dłonie, poprawiając na sobie nieco zgnieciony kelnerski fartuszek, uśmiechnęła się tylko na te słowa.
– A co robimy z Kacprem? – zagadnął już innym, bardziej pogodnym tonem. – Mam dać mu jakieś fory na ten tydzień i wysłać do Lidii kogoś w zastępstwie?
– Absolutnie nie – zaprzeczyła stanowczo. – Ma wracać na stanowisko i działać normalnie, obiecał mi to. Sam wiesz, jak to jest – spojrzała na niego znacząco. – Na cierpienia sercowe nie ma lepszego antidotum niż praca.
– Racja. Oboje coś o tym wiemy, co, elficzku?
– Martwię się tylko trochę, żeby pod moją nieobecność nie został bez pomocy – ciągnęła z troską Iza. – Bo jeśli sytuacja się nie naprawi i Kasia dalej nie będzie chciała z nim gadać, to może się załamać już do końca, a załamany Kacper to wiadomo… nieobliczalna siła z przetrąconym rozumem.
Majk parsknął śmiechem, obejmując ją ramieniem, dokładnie tak jak na początku rozmowy. Po jego minie widać było, że humor wyraźnie mu się poprawił, dla niej zaś już samo to było okruszkiem szczęścia, których los sypnął jej dziś znowu wcale niemało, w dodatku tak niespodziewanie.
– Nie martw się, elfiku – powiedział ciepło. – Przyskrzynię gdzieś na dniach frajera i zgarnę go na męską rozmowę o tej niechlubnej sytuacji. Postaram się nie zdołować go bardziej, a wręcz podnieść na duchu, chociaż oczywiście nie mogę obiecać, że ten cel osiągnę. Tak czy inaczej spróbuję.
– Naprawdę, zrobiłbyś to? – ucieszyła się Iza.
– Pewnie – uśmiechnął się. – Pod nieobecność dobrej wróżki, jako jej przyboczny, muszę przejąć chociaż część jej obowiązków. Noblesse oblige, n’est-ce pas?
– Genialny pomysł – przyznała urzeczona. – Dziękuję, Michasiu. Od razu jestem spokojniejsza, dzięki tobie pojadę do domu wyluzowana i bez wyrzutów sumienia. Mimo wszystko martwi mnie ten Kacper i stan jego psychy w najbliższych dniach, ale jeśli ty weźmiesz go na rozmowę, to tak jakbym ja tu była i trzymała rękę na pulsie. Albo nawet lepiej. On cię bardzo szanuje – zaznaczyła. – A w tym przypadku myślę, że męska rozmowa bardzo mu się przyda, wręcz będzie dla niego najlepszym możliwym rozwiązaniem.
– Tym bardziej nie ma sprawy – odparł swobodnie Majk. – Wprawdzie cienki ze mnie psycholog, ale obiecuję, że przyłożę się do tego i postaram się stanąć na wysokości zadania.
– Dziękuję – szepnęła z radością.
– Nie ma za co, kochanie – odparł, po czym niespodziewanie sięgnął po jej dłoń i na chwilę podniósł ją do ust.
Elektryzujące muśnięcie jego warg, które przez króciutki moment uczuła na swojej skórze, sprawiło, że Izę przepełniła fala niebiańskiego szczęścia. Kolejny okruszek! Niby maleńki, prawie niezauważalny, a dla jej duszy jak królewska uczta!
– Zadzwonię do ciebie i zdam ci raport, jak już z nim pogadam – dodał Majk, puszczając jej dłoń i cofając ramię. – Zresztą bliżej dwudziestego i tak będę musiał się z tobą kontaktować telefonicznie w sprawie przygotowań do Dnia Francuskiego.
– Jasne, dzwoń, kiedy tylko trzeba. Jeszcze raz z góry bardzo ci dziękuję za Kacpra, to mnie uspokaja. Ale nie zapominaj też o sobie – spojrzała na niego znacząco. – I o rozmowie z Pablem.
– Nie zapomnę – zapewnił ją spokojnie. – W środę mam tu zjazd kumpelskiej paczki, wszyscy już się zapowiedzieli, Pablo z Lodzią oczywiście też będą. Szkoda tylko, że nie będzie ciebie.
„A czy ona będzie?” – zaciekawiła się w myśli Iza. – „Skoro wyjeżdża na krótko, jak powiedziałeś, to może do środy zdąży wrócić? A wtedy właśnie tym lepiej, że mnie tam nie będzie.”
– Ale odgrażają się, że będą też na Dniu Francuskim – ciągnął Majk. – Więc okazji do spotkania z Pablem i spółką nie zabraknie, a zawsze przecież mogę się z nim zgadać bonusowo. Wiadomo, że z synchronizacją czasową u nas obu różnie bywa, ale, jak to się mówi przynajmniej w teorii, dla chcącego nic trudnego. Powiedz, jutro będziesz jeszcze w pracy?
– Będę, ale tylko od dwunastej do szesnastej. A co?
– Nic, tak tylko pytam. I wracasz siedemnastego?
– Aha. Prosto na przygotowania do Dnia Francuskiego.
– I prosto na doładowanie starego frajera Majka – przypomniał jej znacząco.
– Tak jest – uśmiechnęła się. – To oczywiście w pierwszej kolejności, a zaraz potem na liście są te przygotowania. Myślę, że bez problemu ogarnę moją działkę w trzy dni, ale gdyby trzeba było coś wcześniej, to dzwoń, codziennie będę pod telefonem. Powiedz mi tylko, a propos tego konkursu piosenki, w który mnie wrobiłeś… co prawda z mojej własnej winy, wiem… to czy będę tam musiała robić coś nietypowego? Coś, do czego powinnam się jakoś szczególnie przygotować?
– Nie. Jedyne, co koniecznie musisz mieć, to jakąś odjechaną, wyróżniającą się sukienkę – zaznaczył. – Może być tamta srebrna z sylwestra, ale może być też inna, najlepiej jakaś długa. Bylebyś wyglądała jak ekspertka z kosmosu.
Iza parsknęła śmiechem, natychmiast wspominając swoją niezwykle twarzową kreację z wesela Kingi i żal, który wówczas czuła na myśl, że Majk nie mógł jej w niej zobaczyć. Czyżby teraz trafiała się okazja, żeby to nadrobić? Może to było głupie, ale mając świadomość, że w tamtej sukience wyglądała naprawdę korzystnie, z całego serca pragnęła mu się w niej pokazać i choć z góry wiadomo było, że niczego to nie zmieni, perspektywa ta mimo wszystko sprawiła jej antycypowaną przyjemność.
– To może faktycznie wezmę inną? – udała, że się zastanawia. – Też długą i odjechaną, ale w innym odcieniu, taką bardziej złotawą?
– Jak letni księżyc w pełni? – zagadnął od niechcenia Majk.
– Aha – uśmiechnęła się. – Właśnie coś w tym stylu. Może być, czy jednak lepiej do koncepcji będzie pasowała srebrna?
– Wszystko jedno, elfiku, w każdej będziesz wyglądać rewelacyjnie, o to jestem spokojny. Chodzi mi bardziej o to, żeby styl był wieczorowy, a nie służbowy – wyjaśnił. – W tym sensie, że dla dobra imprezy powinnaś wyraźnie wyróżniać się strojem na tle innych, natomiast kolor i szczegóły kreacji pozostawiam tobie.
– Okej – pokiwała głową, jeszcze raz wygładzając na sobie fartuszek. – Postaram się stanąć na wysokości zadania, szefie. To co? Chyba powinniśmy już iść? Obiecałam dziewczynom, że pomogę na sali, a od pół godziny jeszcze mnie tam nie widziały.
Majk pokiwał w milczeniu głową i pierwszy podniósł się z kozetki, ona zaś poszła za jego przykładem, przez co w pozycji stojącej znaleźli się dokładnie naprzeciwko siebie. Odruchowo podniosła na niego oczy, napotykając jego poważny wzrok.
– A co do koncepcji – powiedział, patrząc jej prosto w oczy – to Dzień Francuski jest tylko poligonem doświadczalnym, mały elfie. Jest pewien kolor sukni, w którym chciałbym cię kiedyś zobaczyć, chociaż w trochę innych okolicznościach niż praca i nie bezwarunkowo. A teraz rzeczywiście, wracajmy do roboty – dodał, postępując krok w stronę biurka, by zgasić lampkę, i wskazując jej drogę do drzwi. – Jak słusznie powiedziałaś, na pewnego rodzaju cierpienia nie ma lepszego antidotum niż praca, więc właśnie mamy okazję się wyżyć, do zamknięcia jeszcze trochę czasu nam zostało.