Anabella – Rozdział CCXXIV
– Ty patrz, jak sypie – skomentowała Marta, wpatrując się w okno taksówki, za którym w świetle ulicznych latarni wciąż tańczyły gęsto wielkie płatki śniegu. – Może już nie tak jak godzinę temu, ale jednak dalej daje czadu. Jeszcze trochę i zasypie nas na tej wiosce totalnie, a wtedy faktycznie będziemy musieli skorzystać z zaproszenia Zbyszka na noc – parsknęła śmiechem. – Ja w sumie nawet nie mam nic przeciwko temu, po tej filozofii mogę bez skrupułów przebalować cały weekend!
– Ja niestety nie – odparła sceptycznie Iza. – Jutro jadę do domu, do siostry, muszę zdążyć na pociąg o dwunastej czterdzieści. Mam nadzieję, że jednak nas nie zasypie i taksówki dadzą radę dotrzeć i do rezydencji Zbyszka, i z powrotem. Byłaś tam już kiedyś?
– No pewnie, nie pamiętasz? – wzruszyła ramionami Marta. – Przecież na pierwszym roku, jak robił bibę sylwestrową, właśnie u niego poznałam Radka.
– Ach… faktycznie! Sorry, zapomniałam, że to było u Zbyszka.
– Zapomniałaś, bo ciebie tam nie było – podkreśliła z przekąsem. – Na szczęście z dzisiejszej impry jako gość honorowy nie mogłaś się wykręcić.
Iza uśmiechnęła się, poprawiając sobie na kolanach torebkę.
– Dlaczego miałabym się wykręcać? Właśnie chętnie wyluzuję się z wami przed wyjazdem na urlop, byle oczywiście bez przesady, bo zastrzegam, że alkoholu nie mam zamiaru pić wcale. Co najwyżej jakiś symboliczny toast, ale nie więcej. Jutro czeka mnie podróż, nie chciałabym stawiać się w domu z kacem gigantem.
– Do kiedy tam będziesz?
– Do siedemnastego. I właśnie, Martuś… mam do ciebie prośbę. Będziesz mnie na bieżąco informować o Danielu? Ja oczywiście też będę do niego pisać, ale wiesz, jak to jest… nie o wszystko wypada go zapytać, poza tym on ma mieć tę operację piętnastego, więc wiadomo, że wtedy nie będzie z nim kontaktu. A ty od początku jesteś przy nim i zawsze masz najświeższe wieści.
– No, teraz już niekoniecznie będę na bieżąco – sprostowała Marta. – Skoro ma na miejscu tę swoją Renatę i mogą się wzajemnie wspierać, to po co jeszcze ja mam się tam pakować? Zwłaszcza że ani ze mnie brat, ani swat. Wręcz chciałabym trochę się wycofać, oddać jej pole, przecież za trzy tygodnie i tak wyjeżdżamy do Liège. Ale oczywiście będę trzymać rękę na pulsie – zaznaczyła. – Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze, ogarną tego guza i Dan powoli się podniesie, chociaż czy uda mu się uratować rok na studiach, to nie wiem – pokręciła z zafrasowaniem głową. – Obawiam się, że raczej nie.
– No i co z tego? – wzruszyła ramionami Iza. – Najwyżej skończy licencjat rok później i tyle. Ja zaczęłam studia dwa lata po maturze i jakoś z tym żyję, wręcz cieszę się, że w ogóle mogłam je zacząć, bo na tamtym etapie to wcale nie było oczywiste. A zdrowie to przecież podstawa.
– No racja, wszystko w życiu układa się tak, jak ma się układać – przyznała w zamyśleniu Marta. – Wkurzałam się strasznie na los, że tak po chamsku dowalił Danowi to choróbsko, ale może to właśnie było mu do czegoś potrzebne?
– Na przykład do tego, żeby poznać Renatę – dokończyła wspólną myśl Iza. – Kto wie?
– No. Na przykład.
– A słuchaj – przypomniała sobie. – Tak z zupełnie innej beczki. Nie wiesz, która z dziewczyn od nas z roku mogła wczoraj wieczorem szukać mnie w pracy?
Marta spojrzała na nią zdziwiona.
– Ciebie? W pracy? Wczoraj wieczorem?
– Aha. Koleżanka mówiła, że szukała mnie jakaś dziewczyna, ale nie przedstawiła się i nie zostawiła kontaktu. Zastanawiam się, kto to mógł być i czy przypadkiem nie ktoś od nas, zwłaszcza że wczoraj nie mogłam z wami zostać po egzaminie z filozofii. Nic nie wiesz? – upewniła się.
– Nic. Po co zresztą ktoś od nas miałby cię szukać, skoro rano się widzieliśmy i wszyscy mamy do siebie telefony? Poza tym dzisiaj impreza, więc jeśli ktoś coś chciał, to zgłosi się do ciebie u Zbyszka.
– No tak – pokiwała głową. – Ale masz rację, to raczej nie był nikt z naszego roku.
„Tylko w takim razie kto?” – zastanowiła się, po raz kolejny od wczorajszego wieczoru wracając myślami do smsa od Klaudii. – „Wolałabym, żeby to była któraś z dziewczyn z roku niż ktoś, hmm… groźniejszy. Klaudia mówi, że to była ładna szatynka w eleganckiej sukience, nic więcej nie zapamiętała, ale to już jakiś trop. A jeśli?… Nie, mam nadzieję, że nie. Ten opis świetnie by do niej pasował, ale po co niby Sylwia od Krawczyka miałaby mnie szukać? Chyba nie z nieuzasadnionej zazdrości o niego? Tylko tego by mi brakowało do kompletu!”
Myśl o tym, że osobą, która wczoraj jej szukała, mogła być Sylwia, przyszła jej do głowy z głupia frant zaledwie godzinę temu, kiedy wybierała się na imprezę do Zbyszka, i od tamtej pory ją prześladowała. Niby była to mało prawdopodobna hipoteza, ale spośród osób, które odpowiadałyby opisowi nakreślonemu przez Klaudię i które w dodatku nie dysponowałyby do niej numerem telefonu, Sylwia mimo wszystko pasowała całkiem nieźle. Zwłaszcza jeśli faktycznie była zazdrosna o względy Krawczyka, u którego Iza była zaledwie tydzień wcześniej… Uspokajał ją tylko jeden szczegół, mianowicie to, że Klaudia, mówiąc o niej, używała słowa dziewczyna, Sylwia zaś nie miała dziewczęcego wyglądu lecz dojrzałą, kobiecą urodę podkreśloną w dodatku mocnym makijażem.
„Może to jednak nie ona” – pomyślała z nadzieją, obserwując, podobnie jak milcząca już teraz Marta, śnieg padający za oknem samochodu. – „Klaudia nic nie wspomniała o makijażu, a to się u Sylwii wyjątkowo mocno rzuca w oczy. Makijaż i lakier na paznokciach. Zobaczymy, czy dzisiaj któraś z dziewczyn się ujawni, jak nie, to raczej na bank to był ktoś spoza uczelni. Może ktoś z Korytkowa albo z tamtych stron? Raczej nie, chyba że… Beti nie, bo jest blondynką, ale za to ciemną szatynką jest Emi… Nie, wróć, przecież one obie mają do mnie numer telefonu. Po co któraś z nich miałaby mnie szukać incognito? Trudno, nie rozkminię tego, nie ma szans, za mało danych. Zresztą może to nie było nic ważnego?”
***
Dom rodziców Zbyszka, w którym Iza znalazła się dziś po raz pierwszy w życiu, rzeczywiście robił ogromne wrażenie. Była to bogata, wolnostojąca rezydencja położona na rozległej działce i otoczona zadbanym ogrodem, przez co widać było, że jeśli czegoś tej rodzinie brakuje, to na pewno nie są to pieniądze. Podjeżdżające na jasno oświetlony podjazd taksówki wypluwały kolejne osoby, które wśród ożywionych rozmów rozbierały się z ubrań wierzchnich w wielkim holu i kierowały się do ogromnego salonu, gdzie czekał już zastawiony przekąskami i alkoholem stół.
Impreza, zgodnie z założeniem, miała charakter wsobny, czyli brali w niej udział wyłącznie studenci trzeciego roku romanistyki oraz Andrzej, który jako prawowity mąż Kingi został dopuszczony do tego elitarnego grona w drodze wyjątku. W naturalny sposób dominującymi tematami były zatem sprawy uczelniane, głównie zakończona właśnie sesja egzaminacyjna oraz plany na kolejny semestr. Jako że wszystkim udało się zaliczyć gramatykę opisową, a tylko dwie osoby, Kuba i Basia, poległy na egzaminie z filozofii, mając zresztą nadzieję na to, że za tydzień przejdą pomyślnie przez poprawkę, atmosfera szybko stała się luźna i wesoła, zwłaszcza gdy rozpieczętowana została większość postawionych przez Zbyszka butelek.
Ów, jako gospodarz, na otwarcie imprezy wzniósł oficjalny, uroczysty toast na cześć Izy, której, jak zaznaczył, zawdzięczał swój sukces gramatyczny, po czym z głośników w wielkim salonie poleciała muzyka i zabawa rozkręciła się na dobre. Wkrótce rozpoczęły się też bardziej kameralne pogawędki w mniejszych grupkach, a kiedy Iza, rozmawiająca w gronie najbliższych koleżanek na temat zbliżającego się wyjazdu do Liège, wróciła na chwilę do stołu, żeby dolać sobie soku, znienacka znów wyrosła przed nią postać Zbyszka, który konspiracyjnym tonem poprosił ją o rozmowę na osobności.
– Ale wyjdźmy stąd, okej? – zaznaczył, wskazując w stronę drzwi ręką uzbrojoną w wielki kufel z piwem. – Jak na osobności, to na osobności.
– Okej – odparła zdziwiona.
Dawszy z daleka znak Marcie, Weronice i Asi, że zaraz do nich wróci, podążyła zatem za Zbyszkiem, który, nonszalancko popijając po drodze piwo z kufla, zaprowadził ją w zupełnie przeciwległy kraniec rozległego parteru domu. Tam, w kącie za schodami, znajdowały się drzwi do niewielkiego pokoju urządzonego w ciemnym drewnie, z wielkim biurkiem i ścianą zabudowaną szafkami z mosiężnymi okuciami.
– To gabinet mojego starego – oznajmił jej, zamykając za sobą ciężkie drzwi, przez co odległy hałas muzyki i gwaru z salonu ucichł całkowicie. – Nikt nam tu nie będzie przeszkadzał, a chciałem na osobności, bo muszę pogadać z tobą na taki jeden trochę śliski temat.
– Jaki? – zapytała, zajmując wskazany przez niego fotel pod oknem.
Zbyszek opadł na drugi z foteli ustawiony naprzeciwko i pociągnął z kufla długiego łyka piwa.
– Mówiłaś, że w ferie wybierasz się do Korytkowa, tak?
– Aha. Jutro.
– Już jutro? – w jego głosie zabrzmiał niepokój. – Kurde. Myślałem, że dopiero w przyszłym tygodniu.
– Jutro. I zostaję do siedemnastego. A co? – zdziwiła się. – Jestem ci do czegoś potrzebna w Lublinie?
– Nie – pokręcił głową. – Nie o to chodzi… W sumie zresztą to bez znaczenia, i tak byś się dowiedziała. Prędzej czy później.
– Dowiedziała o czym? – spojrzała na niego podejrzliwie.
– O tym, że nie dotrzymałem umowy – odparł ponuro.
Iza patrzyła na niego z jednej strony zdziwiona, z drugiej zaniepokojona.
– Umowy?
– No. I wolę się przyznać od razu, chociaż wiem, że będziesz na mnie wściekła.
– O jakiej umowie mówisz?
– Nie wiesz? – spojrzał na nią znacząco. – A propos małej.
Iza wyprostowała się na fotelu, w jednej chwili domyślając się, co miał na myśli.
– Małej? – powtórzyła surowo. – Chodzi ci o Zosię?
– Mhm – pokiwał głową z ponurą miną. – O nią.
– Nawet mnie nie denerwuj! – rzuciła ostro. – Co znowu jej zrobiłeś? Odnowiłeś kontakt, tak?
– No – westchnął, po czym znów podniósł kufel do ust. – Mówiłem, że będziesz wściekła. Ale nie bój się. Krzywda jej się nie stała.
Iza patrzyła na niego jednocześnie zmrożona i zbulwersowana. Choć gdzieś z tyłu głowy odezwał się głos przypominający, że przecież miała się nie wtrącać w cudze sprawy, ten przypadek przecież był inny! Tu nie miała wątpliwości, że jej interwencja z grudnia była słuszna, wręcz była dumna, że dzięki temu udało jej się przyczynić do poprawy stanu psychicznego Zosi. To, że metodycznie chroniła tę dziewczynę przed własnym kolegą z roku, nie wynikało z żadnej złośliwości, tylko z analizy faktów – zwłaszcza z faktu, że po wakacyjnej przygodzie Zbyszek okazał się zwykłym, typowym „draniem z miasta” i w dodatku sam to przyznawał. Jednak problem w tym, że proces leczenia złamanego serca Zosi nie był jeszcze zakończony, przeciwnie, istniało ryzyko, że nadal znajdował się w fazie krytycznej!
– No wiesz co, Zbyszek! – fuknęła. – Jak mogłeś? Obiecywałeś, że zostawisz ją w spokoju!
– Obiecywałem – westchnął. – Ale nie dotrzymałem obietnicy. Trudno, Iza, wal mnie za to w ryj. Myślisz, że po co wypiłem już dzisiaj litra piwa?
– Nie bądź bezczelny! – prychnęła z oburzeniem. – Znieczulanie się alkoholem to nie jest rozwiązanie, wiesz? Poza tym co mi to da, że przyłożę ci po gębie? Owszem, mam na to wielką ochotę, ale jednak szkoda mi ręki. To i tak nic nie zmieni. Co zrobiłeś? Nie chlej tego, tylko mów! – huknęła na niego z poirytowaniem, widząc, że stoicko pociąga kolejnego łyka piwa. – Napisałeś do niej? Zadzwoniłeś?
– Gorzej. Pojechałem.
– Co?!
– Pojechałem do Korytkowa, żeby pogadać z nią face to face – wyjaśnił Zbyszek. – Sorry, Iza. Musiałem.
– Byłeś w Korytkowie? – pokręciła głową z niedowierzaniem. – Kiedy?
– Dwa tygodnie temu. W weekend przed ostatnim testem z opisówki.
– Dwa tygodnie temu?! – oburzyła się jeszcze bardziej. – I nic mi nie powiedziałeś?
– No nie – rozłożył ręce, z których jedna wciąż trzymała niedopity kufel piwa. – Przecież jakbym ci powiedział, to kazałabyś mi spadać na szczaw. I kto by mi pomógł z opisówką?
– O żesz ty! – fuknęła Iza, zaciskając dłonie w pięści. – Bezczelny jesteś, wiesz?
– Wiem – pokiwał głową ze skruchą. – Bezczelny i wyrachowany. Ale ja naprawdę musiałem, Iza. Jakbym nie pojechał i nie sprawdził, to ciągle by mnie to męczyło, a tak przynajmniej wiem mniej więcej, na czym stoję. I mówię ci, nie bój się o nią – zaznaczył z nutą ironii w głosie. – Nic jej przez to nie będzie, twarda jest. Jak ktoś tu oberwał po mordzie, to tylko ja sam.
Iza spojrzała na niego czujnie.
– Jak to?
– No tak – wzruszył ramionami. – Pojechałem tam, żeby sprawdzić… znaczy, żeby przekonać się, czy to w wakacje to było… no, czy dobrze zrobiłem, że to urwałem, nie? Ale tylko wyszedłem na kretyna.
– W jakim sensie?
– W takim, że ona w ogóle nie chciała ze mną gadać – wydął wargi i jednym haustem dopił resztkę piwa. – Potraktowała mnie jak gówno i kazała się odpieprzyć.
– O! – zdziwiła się, ale i ucieszyła Iza, czując w sercu uderzenie ulgi. – Serio?
– Aha. Może nie powiedziała tego tak dosłownie, ale ewidentnie to miała na myśli. Po prostu odmówiła gadania ze mną – doprecyzował, odstawiając pusty kufel na biurko ojca. – I to tak zajebiście twardo, jak nie ona. W sumie to nawet mi tym zaimponowała, od wakacji wyrobiła się, nie powiem… Bardzo jesteś na mnie zła?
– Bardzo – zapewniła go, w duchu nieco uspokojona i przede wszystkim dumna z reakcji Zosi. – Złamałeś naszą dżentelmeńską umowę. Prosiłam cię wyraźnie, żebyś więcej jej nie prześladował, tylko dał jej doleczyć psychę do końca, a ty mi to oficjalnie obiecałeś. I co? Taki z ciebie dżentelmen?
– Bez przesady – Zbyszek skrzywił się, jakby połknął cytrynę. – Nie bierz mnie pod włos, Iza, nigdy nie twierdziłem, że jestem dżentelmenem. A mała już się doleczyła, o to nie peniaj. Ja też miałem skrupuły, czy nie przegnę z tym spotkaniem, ale wyszło na to, że nic złego jej tym nie zrobiłem. Jak już, to samemu sobie.
Iza wydęła tylko wargi, z jednej strony zbulwersowana tą dywersją, z drugiej jednak pełna nadziei, że Zosi to faktycznie nie zaszkodzi, tym bardziej że Amelia nie meldowała jej ostatnio żadnych niepokojących wieści na jej temat.
„Ciekawe” – pomyślała mimochodem. – „Przecież gdyby wychwyciła cokolwiek dziwnego w jej zachowaniu, już by mi to przekablowała, ostatnio rozmawiałyśmy przez telefon ze trzy razy. A Zbyszek? Czyżby jego wizyta w Korytkowie przeszła niezauważona nawet dla takich profesjonalnych szpiegów jak Dorotka?”
Myśl ta mimo wszystko ją rozbawiła, choć pilnowała się, by na zewnątrz zachować surową minę.
– Zastanawiałem się, czy w ogóle ci o tym mówić – ciągnął Zbyszek. – Na pewno nie mogłem przed ostatnim testem z opisówki, nie opłacało mi się ci podpadać, ale potem też miałem opory. Pomyślałem, że jak już minie trochę czasu i sama zobaczysz, że małej nic złego się nie stało, to może będziesz dla mnie bardziej wyrozumiała. Nie chcę, żebyś się na mnie obraziła, to by była, kurde, katastrofa… dlatego miałem na razie się nie wyrywać i poczekać z tym, aż sprawa całkiem rozejdzie się po kościach. Ale jak się dowiedziałem, że na ferie jedziesz do Korytkowa, od razu pomyślałem, że mała pewnie i tak wszystko ci wyśpiewa, a jeśli dowiesz się od niej, a nie ode mnie, to będę miał podwójnie przewalone. Więc uznałem, że jednak muszę powiedzieć ci prawdę. I to dzisiaj.
Iza pokręciła głową z dezaprobatą.
– I tak masz przewalone – zapewniła go. – Bądź pewien, że zapamiętam ci ten afront na długo, a może nawet na zawsze. Ale dobra, skoro tak, to opowiedz mi to wszystko od początku – zażądała stanowczo. – Całą prawdę.
Zbyszek spojrzał na nią zaniepokojony.
– Opowiedzieć? Ze szczegółami?
– Aha. Ze szczegółami i bez ściemy. Jeśli chcesz chociaż minimalnie zrehabilitować się za zerwaną umowę, to przynajmniej wytłumacz mi, po jakiego diabła to zrobiłeś. I jak to wyglądało. Jutro jadę do Korytkowa i pewnie zobaczę się z Zosią, muszę wiedzieć, co dokładnie się zdarzyło, żeby mieć koncepcję tego, jak mam z nią rozmawiać. Może i nic jej nie jest, może jest twarda, ale ja to muszę sprawdzić sama. No już, opowiadaj, co zmalowałeś! – dodała ostrzej. – Tylko mów prawdę. I tak wszystkiego się dowiem, więc nawet nie próbuj mnie oszukiwać.
Zbyszek patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, po czym pokiwał głową z rezygnacją.
– Okej – westchnął, przechylając się w fotelu i sięgając do szafki lakierowanego biurka ojca, skąd wyjął butelkę markowej whisky. – Ale nie na sucho. Napijesz się ze mną?
Iza patrzyła z dezaprobatą, jak przechyla się jeszcze bardziej i bierze z półki kryształową szklankę z ozdobnego kompletu, który był tam wyeksponowany i podświetlony błękitną żarówką
– Nie – odparła stanowczo. – I tobie też bym nie radziła mieszać, sam mówiłeś, że dopiero co wypiłeś litra piwa.
Zbyszek wzruszył ramionami i spokojnym gestem odkręcił butelkę, z której nalał sobie solidną porcję do szklanki, po czym, odstawiwszy butelkę na biurko, poniósł trunek do ust.
– No i co? – odparł beztrosko. – Najwyżej się porzygam i łeb mnie będzie jutro bolał. Mała strata. Jeśli mam ci opowiedzieć wszystko po kolei i bez ściemy, to muszę się dopalić, inaczej nie da rady.
Iza pokręciła tylko głową, ze ściśniętym sercem wspominając swoje pierwsze szczere rozmowy z Majkiem. On wówczas rozumował dokładnie tak samo – o najważniejszych i najdelikatniejszych rzeczach nie potrafił rozmawiać bez sztucznego znieczulenia, przynajmniej na początku, zanim nie wszedł z nią na wyższy stopień zażyłości. Czy to znaczyło, że dla Zbyszka temat, o którym miał mówić, był ważniejszy, niż mogło jej się zdawać? Czy po prostu było mu wstyd za swoje nieodpowiedzialne zachowanie i złamanie umowy, jaką z nią zawarł?
„Raczej to drugie” – pomyślała z przekąsem, obserwując, jak wychyla duszkiem zawartość szklanki i dolewa sobie nową porcję. – „Chociaż w sumie kto wie? Może niesłusznie odmawiam mu zdolności do uczuć wyższych? Z tym wyjazdem do Korytkowa zachował się karygodnie, ale czy zrobiłby to, gdyby mu nie zależało? Nie… jednak przesadzam, ale i tak ciekawa jestem, jak wyglądało to spotkanie. Czyżby Zosieńka naprawdę poszła za moją radą i kazała mu zjeżdżać ze sceny?”
– No dobra, mogę mówić – oznajmił Zbyszek, wychyliwszy drugą porcję whisky. – Ale mam prośbę, Iza. A właściwie pytanie.
– Jakie?
– Czy jak powiem ci wszystko, całą prawdę, bez ściemy, nawet jak jest dla mnie niewygodna… a jest – zapewnił ją ponuro. – Jak niczego nie ukryję i wszystko ci wyłożę, to będziemy kwita? W sensie, że nie będziesz się już na mnie gniewać za to, co zrobiłem?
– No, nie wiem – odparła chłodno. – Najpierw muszę się dowiedzieć, co dokładnie zrobiłeś.
– Chodzi mi o to, że nie dotrzymałem słowa – sprostował. – O naszą umowę, o to, że ją złamałem. Wiem, że to źle wygląda, ale naprawdę musiałem tam pojechać, zobaczyć ją i pogadać chwilę. Sprawdzić. Ale nie chciałbym, żebyś ty się przez to na mnie pogniewała, obraziła i skreśliła z listy kumpli. Zależy mi na dobrej relacji z tobą.
– Aha, nawet wiem dlaczego – pokiwała głową z przekąsem.
– Nie, wcale nie chodzi o gramerę – zaznaczył. – Wiadomo, że to też jest ważne, ale tylko przy okazji, najważniejsza jesteś ty jako ty. Mówiłem ci już nieraz, że mam do ciebie wielki szacun, i to się nie zmieniło. Wiem, że już któryś raz grabię sobie u ciebie, wystarczyła sama akcja z tym maluchem w Korytkowie, a teraz jeszcze to… ale ty jesteś mądra kobieta i wiesz, że to wszystko nie jest takie proste. A ja naprawdę nie chciałem źle.
Iza przyglądała mu się sceptycznie, jednak czy miała inne wyjście, niż okazać mu wyrozumiałość? Mimo wszystko, nawet jeśli czasem Zbyszek zachowywał się niedopuszczalnie, a do tego w niektórych gestach przypominał jej Michała, lubiła go jako kolegę z roku, wyczuwając w nim ukryty, być może nie do końca uświadomiony i środowiskowo przetrącony ale jednak istniejący kręgosłup moralny.
– Pozwól, że sama to ocenię – odpowiedziała ostrożnie po chwili namysłu. – Ale co do zasady to niech ci będzie… jeśli opowiesz mi wszystko uczciwie, możemy zrobić warunkowy reset. Wprawdzie zastanawiam się, ile jeszcze razy będziesz tak przeginał i kiedy powinnam powiedzieć stop, ale okej, odłóżmy to na następny raz. Aha, i jeszcze jeden warunek – zastrzegła, wskazując na whisky, której znowu sobie dolał. – Koniec z chlaniem podczas rozmowy. Dopijesz to, co masz, a potem chowasz to i więcej przy mnie nie pijesz, jasne?
– No, okej – zgodził się Zbyszek, posłusznie zakręcając butelkę i odstawiając ją na środek biurka. – Może i masz rację, tyle mi wystarczy.
– No to mów. Wszystko po kolei.
Westchnął i zagłębiwszy się w fotelu, przymknął oczy, ustawiając sobie szklankę z niedopitą whisky na kolanie. Na dłuższą chwilę w pomieszczeniu zapadła cisza. Iza czekała cierpliwie, w duchu dziwiąc się nieco oporowi, jaki wykazywał kolega, zwłaszcza że sam zaczął temat. Jednak biorąc pod uwagę perspektywę rychłego spotkania się na żywo z Zosią, musiała dowiedzieć się, jak wyglądała jej konfrontacja ze Zbyszkiem. Było to zresztą istotne również dlatego, że Amelia czy Dorota jednak mogły coś na ten temat wiedzieć, a w takim przypadku jej reakcja mogła mieć kluczowe znaczenie z punktu widzenia strategii zarządzania tą niewygodną informacją.
„Mela na pewno nie będzie rozsiewać plotki” – pomyślała. – „Ale Dorotka żyje takimi rewelacjami jak powietrzem i nawet jeśli główny hejt pójdzie nie na Zosię, tylko na Zbyszka, to jednak publiczne rozgrzebywanie tej rany na pewno jej się nie przysłuży. A on?” – zerknęła spod oka na jego nieruchomą twarz z przymkniętymi oczami, która wydawała się jak wykuta z marmuru. – „Rozpieszczony synal bogatych rodziców, obiektywnie taka sama szuja jak Misiek… ale jednak jest w nim coś innego, coś, co daje nadzieję, że jeszcze będą z niego ludzie. Tak jak z Kacpra, który też przecież jeszcze niedawno zbytnio nie rokował.”
Ze smutkiem wspomniała wczorajszą interwencję na Narutowicza i chwytającą za serce rozpacz młodego mężczyzny, który półtora roku wcześniej w relacjach z dziewczynami zachowywał się podobnie jak Zbyszek, może nawet jeszcze bardziej karygodnie. Mimo to, jak pomyślała, Kacper również od zawsze posiadał ów ukryty kręgosłup moralny, który wymagał tylko uformowania w sprzyjających okolicznościach – szkoda tylko, że finalnie okazały się one aż tak dramatyczne. Tak czy inaczej, jak by na to nie spojrzeć, w ciągu roku nastąpiła w nim spektakularna zmiana, więc kto wie, może i Zbyszek powoli się ogarnie?
„A jeśli Zbyszek, to z czasem może nawet i Michał?” – pomyślała, sama co prawda niezbyt wierząc w tę hipotezę. – „Tylko czy o nim można powiedzieć, że ma jakikolwiek kręgosłup moralny? No cóż, nie przesądzajmy. To się dopiero okaże.”
Przed oczami mignęła jej śliczna twarz Aliny ze łzami w oczach i zaciętymi ustami. Tak bardzo życzyła jej szczęścia! Może jednak, wbrew jej obawom, ono wcale nie było wykluczone? Niektórzy ludzie uczą się odpowiedzialności późno, może Michałowi faktycznie pomoże w tym założenie rodziny i społeczna stabilizacja? Co prawda szanse na to, że diametralnie zmieni charakter i zachowanie, były, jej zdaniem, minimalne, ale kto powiedział, że jej zdanie jest nieomylne? Ostatnio tyle razy sama siebie zapędziła w ślepą uliczkę, podjęła tyle błędnych decyzji, intuicja tyle razy zrobiła ją w balona…
– Musiałem sprawdzić, czy dobrze zrobiłem – odezwał się ponuro Zbyszek, przerywając bieg tych chaotycznych myśli. – Przekonać się na żywo, nie? Zwłaszcza jak powiedziałaś mi, że podwala się do niej jakiś miejscowy chłopak. Powiedz mi. Dalej się podwala?
Iza zerknęła na niego – nadal tkwił w tej samej pozycji, rozparty w fotelu, z przymkniętymi oczami i szklanką whisky w dłoni opartej na kolanie.
– Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Nie słyszałam o tym ostatnio, ale pewnie tak. Bo co? Ma to jakieś znaczenie? Mówiłeś przecież, że nie jesteś zazdrosny – zauważyła nie bez złośliwości. – Wręcz nabijałeś się, jak to zasugerowałam.
– Bo nie byłem zazdrosny – zapewnił ją spokojnie, otwierając oczy i wyprostowując się nieco niezdarnie na fotelu. – Tylko wkurzony.
– Wkurzony?
– Aha. Wkurzało mnie to po prostu i zresztą dalej wkurza. Co to jest za typ?
– Przypominam ci, że to nie ja mam odpowiadać na twoje pytania, tylko ty masz opowiadać mi, co odwaliłeś – ucięła Iza. – Mówiłam ci, że to chłopak z okolicy, więcej nie musisz wiedzieć.
– Jak ma na imię?
– Tego ci nie powiem. Nie mam zamiaru narażać nikogo na nieprzyjemności, a już na pewno nie ludzi z moich stron.
– Ale jakich nieprzyjemności? – wydął wargi Zbyszek, po którego twarzy i spowolnionych ruchach widać było już działanie szybko wypitego, mocnego alkoholu. – Myślisz, że pojadę go szukać? I że będę się z nim bił? Nie żartuj, Iza, aż taki zdesperowany nie jestem. Chcę tylko wiedzieć, jak ma na imię.
– Nie powiem ci – powtórzyła stanowczo. – W ogóle nie powiem ci już nic więcej, ani na temat Zosi, ani nikogo z Korytkowa, tego się po mnie nie spodziewaj. Już wystarczająco dobitnie udowodniłeś mi, że nie zasługujesz na zaufanie.
– A niech to szlag – mruknął niezadowolony. – No dobra… przyjmuję to na klatę.
– Nie masz innego wyjścia. Zwłaszcza że to nie ma znaczenia w tym kontekście.
– Ma – zapewnił ją Zbyszek. – Właśnie, że ma, Iza. W sumie to można powiedzieć, że to wszystko trochę przez ciebie, bo jakbyś mi nie powiedziała o tym gościu… o tym podwalaczu… to pewnie bym się tak nie wkurzył i tam nie pojechał.
– Aha, jasne, zwal winę na mnie – pokiwała z poirytowaniem głową Iza.
– Nie zwalam, ale tak było. Naprawdę. Jak mi powiedziałaś wtedy, w knajpie, że ona… że ten typ do niej uderza, to tak się wkurzyłem, że dwie noce spać nie mogłem. Jakbyś mnie normalnie jakąś szpilką ukłuła w… – urwał i machnął ręką.
– W serce? – zapytała z grzeczną ironią Iza.
– Nie, w dupę – mruknął, podnosząc szklankę z whisky do ust i upijając z niej niewielkiego łyka, jakby po wcześniejszym piciu duszkiem teraz oszczędzał trunek. – Mówię ci, że nie byłem zazdrosny, nie insynuuj. I dalej nie jestem. Po prostu mnie to wkurzyło.
– Ale dlaczego?
– Dlaczego, dlaczego – przedrzeźnił ją z przekąsem. – Myślisz, że ja to wiem? Też się nad tym zastanawiałem, mówiłem sobie, co cię to obchodzi, Zbychu, sprawa jest zamknięta, do tego obiecałeś Izie, że nie będziesz się wpieprzał, no to się nie wpieprzaj. Zajmij się lepiej opisówką, bo jak zawalisz semestr, to stary odetnie cię od kasy i dopiero będzie klęska. I to przez co? Przez jakąś wakacyjną laskę z wiochy? Chyba żart! Ze dwa tygodnie tak ze sobą walczyłem, ale to nic, kurde, nie dało. Miałem takie głupie wrażenie, że coś mnie omija, wymyka mi się… nie wiem, jak to nazwać, ale to było cholernie wkurzające.
– Miałeś poczucie, że wymyka ci się zdobycz, którą już raz upolowałeś? – poddała mu Iza. – I chociaż niby już cię nie obchodzi, wkurzało cię, że ktoś inny mógłby z niej skorzystać?
– No, coś w tym stylu – zgodził się bez przekonania. – Ale przede wszystkim chyba chodziło o to, że sam mentalnie chciałem się od tego uwolnić. Sprawdzić jeszcze raz, czy na pewno mogę odpuścić, bo czasem… wiesz, jak to jest, nie? Czasem coś się głupio przyczepi i nie daje spokoju, dopóki się nie sprawdzi.
– Ale co konkretnie chciałeś sprawdzić? Ją? Czy siebie?
– W sumie jedno i drugie – odparł w zamyśleniu, znów podnosząc szklankę do ust i tym razem wypijając z niej niemal wszystko. – Bo to się jedno z drugim łączy.
– Dobra, Zbyszek – machnęła niecierpliwie ręką Iza. – Przejdź już do rzeczy, co? Kiedy dokładnie tam byłeś, jak długo, w jakich okolicznościach z nią rozmawiałeś…
– Czekaj! – przerwał jej stanowczo, z uporem typowym dla człowieka pod wpływem alkoholu. – Nie przerywaj mi, bo to jest właśnie bardzo ważne. Ja sam chcę to zrozumieć i ciągle nie mogę, ale jak pogadam z tobą i opowiem ci wszystko, to może mi się te klocki jakoś ułożą, nie?
– Okej – westchnęła z rezygnacją. – No to mów, tylko spróbuj w miarę konkretnie, dobrze? Co cię tak wkurzało i co chciałeś tam sprawdzać?
Zbyszek wychylił do końca whisky i odstawił szklankę na biurko.
– Powiem ci – oznajmił z determinacją. – Zresztą już raz ci to mówiłem, pamiętam jak dziś. Chodzi o to, że ona… mała… ma w sobie coś takiego jak ty… coś niepowtarzalnego, co można spotkać tylko u was w Korytkowie. Jesteście takie rodowite korytko… wianki? – zawahał się. – Czy korytkówki? Kurde, nie wiem, jak to się mówi.
– Mieszkanki Korytkowa? – uśmiechnęła się. – Szczerze mówiąc, sama nigdy nie zastanawiałam się, jaka jest prawidłowa forma. Ale chyba korytkowianki.
– No to korytkowianki – zgodził się, kwitując to energicznym skinięciem głową. – W każdym razie macie w sobie coś, czego nie mają inne laski. Wiadomo, ty inaczej, a ona inaczej, ale obie jesteście takie… no chyba mówiłem ci to kiedyś, nie? Takie normalne. Dziewczyny, co poważnie podchodzą do lajfu, ale to nie jest u was sztywniactwo, tylko macie to, kurde, w naturze. I tak sobie pomyślałem… wcześniej za głupi na to byłem, ale w końcu do tego doszedłem… że facet, który trafia na taką sztukę, to jest w sumie mega fuksiarz. Dlatego dziwię się Michowi Krzemińskiemu, że tak spieprzył sprawę i wypuścił z rąk taką dziewczynę jak ty – spojrzał na nią wymownie nieco już zmąconym wzrokiem. – A z drugiej strony cieszę się, że kopnęłaś debila w dupę, bo na ciebie nie zasługiwał. Takie kobiety to rzadki towar, nie dla, kurde, psa kiełbasa.
– Zbyszek, proszę, przejdź już do tematu – zdyscyplinowała go Iza, krzywiąc się na wzmiankę o Michale. – Przypominam ci, że nie rozmawiamy o mnie.
– Ale to się ściśle wiąże z tematem – zapewnił ją z powagą. – Bo ona… mała… ona jest serio trochę jak ty. Wiadomo, mniej otrzaskana po świecie, bez jakiegoś mega wykształcenia, taka prosta dziewczyna z wiochy, ale, kurde, to u niej wcale nie przeszkadza. Przynajmniej dla mnie to nie był problem, wiadomo, nie planowałem nic poważnego, chciałem się tylko zabawić w wakacje i wcale tego przed tobą nie kryję. Tak było. Ale jak potem o tym myślałem… w sensie już potem, jak zerwałem z nią kontakt… to im więcej myślałem, tym głupiej się czułem, zwłaszcza jak widziałem, ile ma wspólnego z tobą. A do tego bez przerwy porównywałem ją do innych dziewczyn, nie mogłem się od tego powstrzymać. I to one, nie ona, nie wytrzymywały tego porównania.
– O – uniosła ironicznie brwi Iza. – Naprawdę?
– Mhm. Nawet nie mówię o takich szmatach jak ta Gabryśka, co poszła w tango z Marty chłopakiem u Kini na weselu… to już, kurde, skrajny przypadek, chociaż takich też wszędzie pełno. Ale mówię o takich zwykłych, w miarę normalnych laskach. Wiesz, ile ja takich zaliczyłem? Licząc od początku, jeszcze od liceum, to spokojnie ze czterdzieści.
– Nie przechwalaj się, degeneracie – mruknęła z niesmakiem.
– Wcale się nie przechwalam – pokręcił głową. – Po prostu mówię, jak jest. Wiem, że przed tobą takie teksty to samobójstwo, ale miałem być szczery, to jestem. Chodzi mi o to, że mam porównanie, a im bardziej porównuję te wszystkie laski do małej, tym bardziej widzę, że to, kurde, nie to samo. Że ona jednak była wyjątkowa. Tak jak ty. Chociaż ty oczywiście inaczej niż ona, nie w tym sensie – zastrzegł, podnosząc w górę palec. – Do ciebie to ja bym nawet nie śmiał podbijać, zresztą z góry wiadomo, że dostałbym po ryju tak samo jak debil Michu. Nie wiem, kto cię kiedyś w końcu upoluje, ale założę się, że to będzie jakiś gość z najwyższej półki, inaczej sobie nie wyobrażam. Jakiś, kurde, samiec alfa, oczywiście w takim pozytywnym sensie…
– Zbyszek, proszę – przerwała mu stanowczo Iza. – Zejdź już wreszcie ze mnie, s’il te plaît, i wracaj do tematu, bo nigdy tego nie skończymy.
– No dobra – westchnął. – To o czym mówiłem?
– O tym, że Zosia w porównaniu z innymi okazała się dla ciebie wyjątkowa.
– No tak – pokiwał głową. – Wyjątkowa… inna niż wszystkie, kurde. Długo zastanawiałem się, dlaczego tak jest, aż w końcu zrozumiałem, że to jest taki miszmasz różnych rzeczy, ale najważniejsze jest to, że ona nie jest… jak to się mówi? Że nie jest zepsuta. Że jak coś mówi, to mówi, co naprawdę myśli, nie ściemnia, nie kombinuje… No i jest taka naturalna, nie? Żadnych makijaży, pazurów na stelażu, doczepianych kudłów i rzęs… Tak jak ty. Kurde, żebyś ty wiedziała, jak ja doceniam takie dziewczyny! Niby wszędzie się takie znajdą, ale jak jeszcze dodać ten klimat Korytkowa, to się robi miszmasz nie do podrobienia. No i plus te wspomnienia z wakacji… Bo wiesz? – dodał ciszej, znowu przymykając oczy i opierając głowę na oparciu fotela. – Ja się nie mogę od tego uwolnić, Iza. To mi się ciągle śni. Zwłaszcza jak oddałaś mi ten breloczek z koniczynką, co ona go już nie chciała, ciągle mi się przypominało, jak na mnie patrzyła, kiedy jej go dawałem. Kurde no… głupia wakacyjna przygoda, niby nic takiego, a jak sobie przypomnę te jej oczy… Jak ona na mnie patrzyła, Iza! Jak żadna inna, nigdy. Tak szczerze, z takim zaufaniem, jak dziecko… jak mała dziewczynka… kurde no.
Zamilkł i zagryzł wargi, wciąż nie otwierając oczu. Po rysach jego twarzy było widać działanie alkoholu, ale Iza z doświadczenia terapii z Majkiem dobrze znała ten stan – było to upojenie alkoholowe w stopniu na tyle umiarkowanym, że bardziej pobudzało zmysły, niż je przyćmiewało, a do tego skutkowało nie tylko pozbawioną barier ekspresją werbalną, ale również szczerością, na jaką mówiący prawdopodobnie nie zdobyłby się na trzeźwo.
– Chcesz powiedzieć, że żałowałeś, że z nią zerwałeś? – zapytała podchwytliwie.
– Mhm – mruknął. – Żebyś wiedziała. Żałowałem. I chyba dalej żałuję, chociaż z drugiej strony… nie no, dobra. Miałem mówić uczciwie, nie ściemniać, no to powiem ci uczciwie, tylko please, nie powtarzaj jej tego, okej?… Okej?
– Okej – skinęła głową. – Wszystko, co powiesz, zostanie między nami.
– Dzięki. No to powiem ci. Ja sobie od paru miesięcy ciągle przypominam te sceny z wakacji. Jak ją podrywałem, a ona się tak fajnie rumieniła… jak ją łapałem za rękę, to się cała trzęsła, aż jej oddech zatykało… Widać było, że to ją naprawdę rusza. Wtedy mnie to bawiło, byłem z siebie dumny i koniecznie chciałem to jak najszybciej sfinalizować… wiadomo jak – uśmiechnął się lekko. – O to mi tylko chodziło, ale potem doszło do mnie, że to wszystko, co było przed, było tak samo fajne, a może nawet fajniejsze niż sam finał. I że mogłem to mieć dalej, tylko sam to urwałem… sam się tego pozbawiłem jak ostatni kretyn.
– Co prawda, to prawda – przyznała oględnie Iza.
– No. Głupio mi się było przyznać, nie tylko przed tobą ale nawet przed samym sobą, że to spieprzyłem, ale taka jest prawda, Iza. Spieprzyłem to. I teraz już to wiem na pewno.
„Chociaż tyle” – pomyślała z przekąsem.
– To jest strasznie głupie, sam tego nie rozumiem, ale tak jest – ciągnął bezbarwnym głosem Zbyszek. – Przed chłopakami nigdy bym się do tego nie przyznał, wyśmialiby mnie… ale generalnie i tak mam to w dupie, liczy się tylko to, żebym sam przed sobą dobrze się czuł. A czuję się chujowo.
– Nie klnij – upomniała go Iza. – Poszukaj synonimów, filologu od siedmiu boleści.
– No okej… czuję się źle. Beznadziejnie. Zwłaszcza po tym, jak tam pojechałem.
– Właśnie – podchwyciła. – Miałeś mówić o tym wyjeździe do Korytkowa i nadal nic nie powiedziałeś. Jak to wyglądało?
– Po prostu wsiadłem w samochód i pojechałem – wzruszył ramionami. – Z jednej strony to był impuls, ale z drugiej on się szykował od dawna. Po tym, jak mi powiedziałaś o tym chłopaku, wszystko zaczęło wracać jeszcze bardziej, przypominać mi się… Tłukłem sobie do dyni, że to bez sensu, że to była tylko wakacyjna akcja, po której sam pozamiatałem, a do tego jeszcze pozamiatała Iza, więc jedyne, co mogę zrobić, to definitywnie odpuścić. Niby to rozumiałem i nie widziałem innej opcji, ale to mnie i tak męczyło. Myślałem o tych pytaniach, co mi zadałaś w tamtym roku… o tym, co mógłbym jej zaoferować, bo przecież nie poważny związek, zwłaszcza na odległość. Niby racja, ale z drugiej strony przecież Korytkowo to nie jest, kurde, jakiś koniec świata! Sto kilosów, jak się ma samochód, to żaden problem, a poza tym jest jeszcze milion innych rozwiązań. Gdyby ona na przykład chciała przyjechać do Lublina, wszystko jedno czy na studia, czy do pracy, to przecież mógłbym jej pomóc się tu zalogować. Kwestia kasy, nie? A dla mnie to akurat nie problem.
Iza pokiwała głową z przekąsem.
– Fajne plany – przyznała. – Tylko szkoda, że myślisz o tym dopiero teraz. Powinieneś był je snuć i realizować w sierpniu, kiedy miałeś wszystkie karty w ręku.
– Kurde, wiem! – krzyknął tak głośno i niespodziewanie, że aż podskoczyła w fotelu. – Przecież ja to wiem, Iza! Nie musisz mi mówić! Myślisz, że tego nie żałuję? Żałuję jak cholera! Tylko co z tego?
– Widzę, że wreszcie jesteś naprawdę szczery – zauważyła bezlitośnie. – To przyznaj się też bez ściemy, że jednak byłeś zazdrosny o tego Grzesia.
– Grzesia? – podchwycił czujnie.
– Tfu! – zreflektowała się, niezadowolona z tej niezręcznej wpadki.
– Grzesia – pokiwał głową. – Okej… w sumie i tak nic z tym nie zrobię, ale dobrze wiedzieć.
– Wyrwało mi się, trudno – skrzywiła się. – Ale mów dalej. Byłeś o niego zazdrosny i dlatego pojechałeś do Korytkowa, żeby się z nią zobaczyć, tak?
– No – przyznał ponuro. – Wkurzało mnie to. Mówiłaś mi wtedy, co gadaliśmy na pizzy, że ona potrzebuje czasu, że czas jest ważny do tego, żeby się wyleczyła po tamtym… i to mi ciągle chodziło po głowie, bo wiedziałem, że ten czas działa w dwie strony. Dla niej korzystnie, ale za to dla mnie… rozumiesz, nie? – dodał ciszej.
– Chyba tak. Ale to nie było z twojej strony uczciwe, Zbyszek.
– Wiem. Zachowałem się jak egoista – zgodził się. – Ale też nie do końca, bo mówię ci przecież, że to ja sam dostałem przez to najbardziej po dupie. Ja, nie ona. Serio, Iza. Wychodzi na to, że ten czas faktycznie zadziałał i ona już się wyleczyła, a ja… ja się po prostu spóźniłem. Nie zdążyłem naprawić tego, co sam zwaliłem, i pewnie to już jest nie do naprawienia. A to mnie jeszcze bardziej wkurza.
– Co jej powiedziałeś? – zapytała rzeczowo.
– Nic – wzruszył ramionami. – Nie dała mi nawet szansy zacząć.
W pomieszczeniu zapadła cisza. Iza w milczeniu przyglądała się stępionej od działania alkoholu twarzy kolegi, którego włosy od tyłu podświetlała błękitna żarówka z ozdobnego barku jego ojca.
„Przystojny z niego facet” – pomyślała mimochodem. – „Jakby jeszcze tylko trochę poukładał sobie pod sufitem…”
– Pojechałem tam w piątek dwa tygodnie temu – podjął Zbyszek, wpatrując się w swoją własną dłoń opartą na podłokietniku fotela. – Wziąłem samochód od matki, bo ma przyciemniane szyby i nikt mnie nim jeszcze nigdy tam nie widział… w ogóle musiałem się trochę nagimnastykować, żeby mi go pożyczyła, ale zależało mi na incognito. Wiadomo, jak mnie lubią w Korytkowie, nie? – skrzywił się. – Więc wolałem tam nie paradować, no i przede wszystkim nie robić kwasu małej.
– Słusznie – przyznała z nieskrywanym zadowoleniem Iza. – Dobrze, że chociaż o tym pomyślałeś.
– No. Nie chciałem, żeby musiała świecić za mnie oczami, a poza tym bałem się, że jak wjadę jej na scenę tak otwarcie przy ludziach, to w ogóle nie będzie chciała ze mną gadać. I tak nie chciała – machnął ręką. – Ale przynajmniej mam poczucie, że nie zrobiłem jej obory.
– Co za delikatność – skrzywiła się z przekąsem. – Nie podejrzewałabym cię o taki savoir-faire.
– O wiele rzeczy byś mnie nie podejrzewała – wzruszył ramionami. – Wyobraź sobie, że ja też mam sumienie, nie jestem aż takim debilem, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, ile już szkód narobiłem. Mam jeszcze jakieś minimalne poczucie przyzwoitości, nie? No więc podjechałem tam jakoś tak koło siedemnastej trzydzieści, jak już było ciemno, zaparkowałem pod sklepem i czekałem na moment, kiedy nie będzie ludzi. Przez szybę nie było widać, ani kto sprzedaje, ani nawet ile osób jest w środku, bo tam wisiały jakieś plakaty i reklamy, więc przez pół godziny tylko siedziałem i obserwowałem, kto wchodzi i kto wychodzi. Jak na złość strasznie dużo ludzi było, co chwila ktoś przyłaził, aż tu nagle zonk… światło w sklepie gaśnie. Nie wiedziałem, o co kaman, myślałem, że coś się stało, a one już po prostu zamykały budę – uśmiechnął się z pobłażaniem. – Zapomniałem, że to wiocha i tam sklepy są otwarte krócej niż w mieście, ale i tak się zdziwiłem, że tylko do osiemnastej. Wydaje mi się, że w wakacje było dłużej… no nieważne – machnął ręką. – To wyjaśniało te tłumy ludzi, pewnie to była fala przed zamknięciem, a mnie akurat pasowało, bo nie musiałem długo czekać.
– Aha – skinęła głową Iza. – Czyli poczekałeś na zewnątrz, aż Zosia wyjdzie?
– No. Najpierw wyszła ta druga sprzedawczyni… no wiesz, ta ciemna, co się Michowi Krzemińskiemu podobała.
– O – skrzywiła się z przekąsem. – Weronika? Nie wiedziałam, że podobała się Miśkowi.
– Aha, Weronika, właśnie! – podchwycił. – No, Michu trochę do niej podbijał w wakacje, ale to były tylko takie żarty. Miałem ci tego nie mówić, on mi zresztą zabronił, i tak już mieliśmy na pieńku przez tamtą drugą, czarną, co ich przyłapałem w hotelu, jak…
– Dobra, zostawmy to już – przerwała mu z niesmakiem Iza. – Cofam uwagę, mów dalej o Zosi. Najpierw wyszła Weronika, a potem ona, tak?
– Mhm. Tylko jeszcze jak tamta wychodziła, to minęła się z typem, który wchodził do sklepu. I to mnie też trochę sparaliżowało, bo to był gość, któremu akurat wolałbym się na oczy nie pokazywać.
– Kto to był? – zaciekawiła się Iza.
– Ten duży czarny z brodą, co po wypadku mało Jacka nie zlinczował… ten, co pomaga tej Agnieszce przy dziecku.
– Aha, Piotrek – uśmiechnęła się z sympatią. – Pewnie szedł pomóc Adze w zniesieniu na dół wózka.
– No, pewnie tak. Przechodził koło mojego samochodu i nawet zerknął do środka, na szczęście matka ma te przyciemniane szyby, a do tego było ciemno, ale i tak miałem stracha, że mnie zobaczy i rozpozna. Na szczęście nie drążył, popatrzył tylko bez zatrzymywania się i poszedł do środka, a zaraz potem ze sklepu wyszła mała. Pomyślałem sobie, że jak teraz wyjdę z samochodu, to tamten może mnie zobaczyć przez szybę, cofnie się i przeszkodzi mi w rozmowie z nią, więc zrobiłem inaczej. Wiedziałem, gdzie mieszka i w którą stronę pójdzie, więc wyprzedziłem ją samochodem, żeby poczekać na nią gdzieś bliżej domu. Nie wiedziałem tylko, czy będzie chciała iść tam od strony drogi, czy wejdzie z tyłu, od sadu, więc zaparkowałem pod drzewami na tym małym rozjeździe i poczekałem na nią w aucie, a kiedy już dochodziła w to miejsce, wysiadłem i zastąpiłem jej drogę.
Iza pokręciła głową z dezaprobatą.
– A niech cię! – prychnęła. – Najgłupszy możliwy pomysł, żeby czekać na nią po ciemku w takim miejscu. Pewnie nieźle ją wystraszyłeś, co?
– No – westchnął. – Debil ze mnie, że o tym nie pomyślałem, ale po prostu bardziej skupiałem się na tym, żeby nikt poza nią mnie tam nie zobaczył i nie rozpoznał. Fakt, wystraszyła się na mój widok, miała minę, jakby ducha zobaczyła, i w pierwszej chwili dosłownie ją zatkało, ale bardzo szybko się ogarnęła. Zdziwiłabyś się, jak szybko.
– Co zrobiła?
– Stanęła tylko na chwilę i zaraz ruszyła dalej, a kiedy próbowałem ją zatrzymać i prosiłem o minutę rozmowy, powiedziała nie, odepchnęła mnie i poszła dalej.
– Bardzo słusznie – skinęła akceptująco głową Iza. – Właśnie tak powinno się rozmawiać z łobuzami, sama ją tego uczyłam i widzę, że uczeń nawet przerósł mistrza. Tylko że ty pewnie i tak polazłeś za nią, co? – skrzywiła się.
– Polazłem – przyznał Zbyszek. – I nalegałem, żeby pogadała ze mną chociaż chwilę, ale nie chciała. Po prostu ignorowała mnie i szła dalej, a jak wiesz, do domu miała już stamtąd niedaleko. Ja co prawda nie odpuszczałem, gadałem, co mi ślina na język niosła, sam już nawet połowy tego bełkotu nie pamiętam, ale ona i tak to olewała. Dopiero przed samą furtką stanęła, odwróciła się do mnie i powiedziała takim cholernie zimnym tonem: zostaw mnie w spokoju. Tylko tyle. A potem zatrzasnęła mi tę furtkę przed nosem i poszła do domu.
– Bardzo słusznie – powtórzyła z satysfakcją Iza. – A ty co zrobiłeś?
– Nic – wzruszył ramionami. – Co, kurde, miałem zrobić? Zostałem jak ostatni debil na środku drogi, postałem tam jeszcze chwilę, a potem wróciłem do samochodu i pojechałem z powrotem do Lublina.
– No to faktycznie dużo nawojowałeś – zauważyła ironicznie. – I co? Warto było?
– Nie wiem – westchnął. – Sam nie wiem, Iza… ale chyba tak. Przynajmniej mam pewność, że to naprawdę koniec i że nie mam tam już czego szukać, że mała nie chce mnie już znać. Pewnie ten Grzesio – wykrzywił koszmarnie twarz, wymawiając to imię – już się przy niej zakręcił i wbił na moje miejsce, pocieszył ją po tym, co zafundowałem jej w wakacje. Taka świadomość to też zawsze coś… w sumie powinienem być mu wdzięczny, że po mnie posprzątał. Czyste sumienie, czysta karta, nie?
– Pff! – wydęła z niesmakiem wargi Iza.
– No wiem, wiem – pokiwał głową. – Jestem żałosny, to prawda. Czyste sumienie, czysta karta, ale jak o tym pomyślę, to mi się rzygać chce… W ogóle już mi się trochę chce rzygać, chyba po tym piwie z whisky…
– No to już, na co czekasz? – poruszyła się niespokojnie na fotelu. – Leć migiem do łazienki. Chcesz ohaftować ojcu dywan?
– Nie, spoko – na jego twarz wybiegło coś w rodzaju rozbawionego półuśmiechu. – Aż tak źle nie jest, nad tym akurat panuję, nie bój się. Ale tamto? To mnie tak dobiło, Iza… ta jej totalna obojętność. Bo co mi po czystym sumieniu i czystej karcie, jak ja właśnie wolałbym, żeby było na odwrót? Serio. Wolałbym już być tym łajdakiem, szują… tym gnojem, oszustem, co kto woli… Wolałbym, żeby się rozpłakała i dała mi z liścia w ryj, ale żebym chociaż widział, że z tego, co było w wakacje, chociaż trochę jej zostało. A tu nic. Jakbym mówił do ściany.
– Aha, czyli liczyłeś na to, że Zosia wzruszy się i rozpłacze na twój widok? – zirytowała się na nowo Iza. – I będziesz miał dowód, że jeszcze coś do ciebie czuje, tak? Pojechałeś tam specjalnie po to, żeby podgrzać emocje?
– Nie, to nie tak. Po prostu… w sumie sam nie wiem – rozłożył ręce w geście bezradności. – Chyba po cichu faktycznie liczyłem na to, że ona jeszcze mnie nie zresetowała, ale nie jechałem tam z takim nastawieniem, jak mówisz, to nie było działanie z premedytacją. Dopiero teraz mam takie przemyślenia… Zresztą to już i tak nie ma znaczenia, Iza – machnął ręką. – Przecież nic z tym nie zrobię, nie? Muszę się z tym pogodzić i tyle.
– Tak jest – przyznała stanowczo. – Mam nadzieję, że tym razem dostałeś wystarczającą nauczkę i że wyciągniesz z tego wnioski na przyszłość. Ta konkretna sprawa, jak sam widzisz, jest już spalona, ale może dzięki temu w przyszłości nie spieprzysz analogicznej sytuacji z kimś innym.
– Jasne – mruknął, zwieszając głowę.
– Niedobrze ci? – zaniepokoiła się.
– Trochę. Ale nie martw się, nie rzygnę. Zresztą jak mnie złapie, to kibel jest zaraz za schodami, spokojnie zdążę.
– To może lepiej idź od razu?
– Nie, daj spokój, Iza. Wróćmy do tematu, co? Powiedziałem ci, jak było, i teraz możesz się ze mnie nabijać albo być na mnie zła, co tam chcesz, masz do tego prawo. Ale jednak dobrze mi zrobiło, że mogłem się przed tobą wygadać… Tak sobie teraz uświadamiam, że nikomu innemu przecież tego nie powiem, bo kto by to zrozumiał? Jak nawet ty do końca nie rozumiesz.
– Ani ty sam – zauważyła oględnie.
– Ani ja sam – zgodził się bez oporu. – Ale jak tak z tobą pogadałem, to już trochę lepiej mi się to układa. Muszę to przemyśleć, kurde… – powolnym, jakby wymuszonym ruchem dłoni przetarł sobie czoło. – Oczywiście wiem, że ty stoisz po jej stronie, nie po mojej, tego bym się nawet nie spodziewał. Ale musiałem ci powiedzieć o tym wypadzie do Korytkowa, bo skoro jutro tam jedziesz… Iza? – podniósł głowę i spojrzał na nią całkiem przytomnym wzrokiem.
– Hmm?
– Bo jakbyś się widziała z małą… mam prośbę.
– Niczego jej nie będę przekazywać – zastrzegła natychmiast Iza. – Nawet mnie o to nie proś.
– Ale dlaczego nie?
– Bo nie. Skończyły się czasy, kiedy robiłeś sobie ze mnie pośrednika w różnych głupich sprawach, a po tym, jak złamałeś naszą umowę, to już w ogóle nie ma o czym mówić. I uprzedzam cię, że jeśli jeszcze raz zrobisz taki numer jak ten z wyjazdem na pałę do Korytkowa, to natychmiast przestajemy rozmawiać o czymkolwiek.
Zbyszek pokiwał powoli głową, po czym, spuściwszy ją, ukrył twarz w dłoniach.
– Okej – mruknął przytłumionym przez palce głosem. – W sumie masz rację.
– Nie wiem, czy będę się widzieć z Zosią – dodała łagodniej. – Ale nawet gdyby, to nie będę na siłę jej o to wypytywać, może ona sama wcale nie będzie chciała rozmawiać ze mną o tobie? Poza tym teraz już sam wyraźnie widzisz, że nic z tego nie będzie i że nie masz o co walczyć, że najrozsądniejszym wyjściem jest odpuścić, tak jak zresztą od początku ci radziłam. To, co zrobiłeś, było nie tylko głupie… pomijam to, że faktycznie zrobiłeś z siebie durnia i dobrze ci tak, wcale cię nie żałuję… ale oprócz tego, że było głupie, to było też podwójnie albo nawet potrójnie nieuczciwe. No, ale dobra… załóżmy, że jakoś mogę to zrozumieć. Miałeś w głowie sieczkę, po czasie uświadomiłeś sobie, że w wakacje popełniłeś błąd, i chciałeś sprawdzić, czy da się go naprawić. To było silniejsze od ciebie, okej, rozumiem. Natomiast teraz, kiedy już sprawdziłeś, co miałeś sprawdzić, elementarna przyzwoitość nakazuje uznać, ze to koniec. Bo to już koniec tej afery, prawda?
– Mhm – pokiwał głową, nie odrywając dłoni od twarzy. – Koniec. Tym razem już słowo honoru, że koniec, Iza.
– Obiecujesz po raz drugi i ostatni, że nie będziesz więcej nachodził Zosi?
– Obiecuję. Po raz drugi i ostatni obiecuję ci to i przysięgam. Zresztą i tak nie mam u niej czego szukać, więc taka przysięga to żadne poświęcenie. Więcej nie będę robił z siebie idioty, odpuszczam i koniec. Tylko widzisz, Iza – dodał, podnosząc wymiętoszoną twarz i spoglądając na nią znów tym samym, całkiem przytomnym wzrokiem. – Z tą prośbą o przekazanie jej czegoś ode mnie, to ja nie chciałem nic złego. Właściwie to chciałem, żebyś powiedziała jej ode mnie tylko jedno słowo. Tylko jedno pieprzone słowo, nic więcej.
– Jakie?
– Przepraszam – szepnął. – Słowo przepraszam. Tylko tyle.
Iza przyglądała mu się z mieszanymi uczuciami, wśród których jednak nadal delikatnie przeważały te pozytywne. Nie wyglądał na człowieka, który się zgrywa, więc to go jednak musiało jakoś dotknąć… Tylko co z tego? Długofalowo to i tak była ślepa uliczka, zwłaszcza dla Zosi.
– Jak ty jej to powiesz, to ciebie przynajmniej posłucha i może nawet uwierzy – mamrotał drewnianym głosem Zbyszek. – Ja jej to mówiłem kilka razy, jak wtedy za nią biegłem, ale nie reagowała. A tobie może chociaż odpowie, czy przyjmuje przeprosiny… W sumie nie wiem, po co mi to, ale chciałbym, żebyś jej to powiedziała. A niech to – pokręcił głową i znów spuścił ją tak mocno, że brodą dotknął sobie piersi. – Sam nie rozumiem, jak to kretyństwo się do mnie przyplątało, dlaczego nie mogę z tego wyjść, to przecież, kurde, nienormalne… Ale jakoś dam sobie radę. Tylko proszę, Iza, chociaż ty nie bądź całkiem przeciwko mnie… chociaż ty…
Po tych słowach w pokoju zapadła cisza, Zbyszek całkowicie znieruchomiał, zaś Iza przyglądała mu się nadal uważnie, bijąc się z myślami. Co powinna zrobić w tej sytuacji? Miała przecież nie wtrącać się w takie sprawy, obiecywała to sobie solennie, zwłaszcza po tamtej niepotrzebnej akcji z Tomem i rozmowie z Majkiem o niewidzialności. Tylko co można uznać za wtrącanie się? Wszak nie zawsze to jest czynna interwencja, przemilczenie albo zaniechanie też na dłuższą metę może okazać się wtrącaniem, zwłaszcza w tak skomplikowanej sytuacji jak ta.
„Etat dobrej wróżki to ciężka i odpowiedzialna fucha” – pomyślała smętnie. – „A ja ostatnio jakoś słabo się z niej wywiązuję. Wszyscy chcą mojej rady, wsparcia, czasem nawet pośrednictwa jak Zbyszek albo Tomek… a ja przecież nie jestem żadną wyrocznią i sama ciągle popełniam różne błędy. Tyle że tutaj, w przypadku Zosi, akurat nie ma wątpliwości” – stwierdziła stanowczo. – „Im dalej od Zbyszka, tym lepiej dla niej. Swoją drogą ależ dzielnie się zachowała! Jeśli będę miała okazję, muszę ją za to pochwalić.”
Zbyszek na szczęście nie wymagał od niej reakcji, pomieszana z wódką whisky najwyraźniej zrobiła swoje, bowiem rozparty w fotelu, z brodą opuszczoną na pierś i zamkniętymi oczami, młody mężczyzna od kilku minut nie poruszył się ani o milimetr, a po kilku kolejnych w pomieszczeniu rozbrzmiał jego równy, nieco chrapliwy oddech.
„Śpi” – skonstatowała Iza z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia, ostrożnie podnosząc się z fotela. – „Naprawdę zasnął, ale numer! No i okej, niech śpi, przecież nie będę go budzić. Muszę tylko wyjść stąd najciszej, jak się da, i wracać do reszty, pewnie już się niepokoją, gdzie podział się gospodarz. A niech cię, Zbyszek” – pokręciła głową. – „Straszna z ciebie szuja, prawie jak Misiek, ale, kurczę… jednak mam do ciebie słabość. Po prostu cię lubię i chociaż będę dalej chronić przed tobą Zosię, to i tak cię lubię, ty cholerny draniu!”
To pomyślawszy, sięgnęła na stojącą za fotelem komodę, gdzie już wcześniej dostrzegła równo złożony w kostkę pled, rozwinęła go, starając się nie wywołać najmniejszego hałasu, i ostrożnie przykryła nim śpiącego, po czym na palcach wyszła z pokoju, przymykając za sobą drzwi.
„Spoko, poradzimy sobie bez gospodarza” – pomyślała, przemierzając wielki, ciemny hol i kierując się w stronę, z której dobiegała wrzawa głosów i śmiechu bawiących się kolegów. – „Zresztą pewnie pośpi sobie co najwyżej godzinkę i wstanie… bez przesady, piwo zaraz mu wyparuje, a tej whisky nie wypił znowu aż tak dużo.”