Anabella – Rozdział CCXXIII
No to umówione! – głosił ostatni z serii smsów wymienionych od wczoraj z Magdaleną. – 25 lutego o 14.00 pod Bramą Krakowską. Cieszę się, do zobaczenia!
Do zobaczenia, Madi – odpisała Iza, po czym zdecydowanym gestem wrzuciła telefon do torebki.
Musiała się pośpieszyć. Dopiero przed chwilą wróciła z zakończonej nieco wcześniej zmiany w pracy, a za dwie i pół godziny pod jej kamienicę na Bernardyńskiej miała podjechać taksówką Marta, z którą udawały się do domu Zbyszka na studencką imprezę podsumowującą przedostatni semestr studiów. Wcześniej jednak musiała – koniecznie musiała! – załatwić jeszcze jedną rzecz, a miała na to tylko półtorej godziny, maksymalnie dwie. W tym właśnie celu wzięła z Zamkowej peugeota, który czekał na nią zaparkowany na zasypanym śniegiem chodniku, jednak obiecała Chudemu, że odwiezie go najpóźniej na osiemnastą, tym bardziej że chciała odstawić go na miejsce, zanim do Anabelli wróci Majk.
Ów pojawił się w lokalu koło trzynastej, ale tylko przelotem, na całe popołudnie i wieczór miał bowiem zaplanowane jakieś spotkania na mieście. Co prawda nie wspomniał, czy miały one charakter zawodowy, czy raczej osobisty, jednak Iza i tak zakładała, że nie chodziło o spotkanie z Natalią, która, jak zasugerował wczoraj, miała wyjechać na kilka dni z Lublina i prawdopodobnie już wyjechała. Mimo to Majk wydawał się być w całkiem niezłym humorze, jakby wczorajsza króciutka sesja filozofii księżycowej i doładowania elfową energią naprawdę mu pomogła. Rozmawiali dziś zresztą tylko kilka minut, w trakcie których Majk dwukrotnie zapowiedział, że podczas urlopu w Korytkowie będzie ją nękał telefonami, a także dwukrotnie upewniał się, że pamięta o danej mu obietnicy dłuższej rozmowy zaraz po jej powrocie do Lublina.
Myśl o tym, by zabrać na godzinkę peugeota i jeszcze przed imprezą u Zbyszka choć na chwilę podjechać tam, prześladowała ją od wczoraj tak silnie, że ocierała się wręcz o obsesję. Czuła, że musi to zrobić, i to koniecznie przed wyjazdem do Korytkowa, coś w głębi duszy podpowiadało jej, że to pomoże jej ukoić nerwy i pozbierać myśli lepiej niż cokolwiek innego. Dlatego, zabrawszy auto z Zamkowej, wpadła tylko na chwilę do domu, by przebrać się w wygodne spodnie, buty i puchową kurtkę, a także przygotować zawczasu bardziej eleganckie ubrania na imprezę, przewidywała bowiem, że przed osiemnastą będzie musiała przebrać się niemal w biegu. Następnie, wymieniwszy ostatnie, konkludujące smsy z Madi, wyszła z mieszkania, zamykając za sobą drzwi.
Na klatce schodowej z jej kieszeni dobiegła seria powiadomień dźwiękowych o kolejnych przychodzących smsach. Jeden z nich był od Marty, która potwierdzała tylko umówioną godzinę osiemnastą, jednak dwa kolejne na tyle przykuły jej uwagę, że aż się zatrzymała, przyszły bowiem z numeru Kacpra. Otworzyła je z niepokojem.
Kasia dalej nie chce ze mną gadać, nie odpowiedziała mi na smsy. Ale będę czekał.
Jestem w robocie, jutro też będę. Zrobię, jak mówiłaś. Dzięki za wczoraj. Kacper.
Pomimo smutku tchnącego z tych lakonicznych wieści, Iza odetchnęła z ulgą, wnioskując z nich, że Kacper i tak trzyma się nad podziw dobrze.
„Przez ostatnie pół roku zrobił się z niego zupełnie inny człowiek” – pomyślała, wysławszy mu zapewnienie, iż będzie trzymać za niego kciuki. – „Przede wszystkim nabrał odpowiedzialności, a to naprawdę wielkie osiągnięcie w świetle tego, jak zachowywał się jeszcze rok temu. Nadal ma ten swój żywiołowy charakter, ale za Kasieńką świata nie widzi i całą swoją energię kieruje w sprawy z nią związane. Oby się dogadali! Mam nadzieję, że ta klątwa długo nie potrzyma i że wszystko się ułoży…”
Na dworze było już ciemno i panował lekki mróz, ale ulice były w pełni przejezdne, dziś od rana bowiem prószył tylko lekki, niemal niewidoczny śnieżek, a pługi i piaskarki pracowały bez przerwy od kilku dni. Nawet teraz, kiedy Iza ostrożnie zjeżdżała na jezdnię z chodnika, minął ją jadący z przeciwka wielki pług, który bryznął na karoserię peugeota mokrą breją pośniegowego błota.
„Podjadę tam tylko na chwilę, w tę i z powrotem” – postanowiła, stając na czerwonym świetle na skrzyżowaniu. – „Pogoda jest niepewna, ciemno, a ten śnieg chyba zaczyna się rozkręcać, nie mogę ryzykować, że odetnie mi drogę powrotną Może to w ogóle nie jest dzisiaj dobry pomysł, ale skoro już zaczęłam… Zresztą muszę. Po prostu muszę.”
Z racji soboty ruch na mieście był płynny, dzięki czemu szybko i bez przeszkód dotarła do skrzyżowania, skąd jedna z dróg wiodła w stronę domu Lodzi i Pabla, a na następnym rozjeździe odbijała w prawo w kierunku, który ją interesował. Samochodem jechało się jakoś szybciej niż dwa i pół miesiąca temu autokarem, dlatego, nim się obejrzała, znalazła się w znajomym miejscu, dziś wprawdzie trudnym do rozpoznania ze względu na zalegającą wszędzie pokrywę śnieżną, jednak od czego jest księżycowa intuicja? Nawet jeśli w niektórych rzeczach ją myliła, to nie w tym!
Rozległa łąka na wzniesieniu, stanowiąca dużą pustą przestrzeń w okolicy zabudowanej już licznymi domami jednorodzinnymi, przyciągała ją do siebie w niezrozumiały, niemal magiczny sposób – czy była to tylko moc drogich sercu wspomnień, czy jednak coś jeszcze? Po wjeździe w drogę wiodącą wzdłuż łąki, Iza zaparkowała peugeota mniej więcej w połowie, u stóp wzniesienia, z którego pięć miesięcy wcześniej, wtulona w ramiona Majka, oglądała księżyc. Wówczas przestrzeń ta była pokryta dywanem dzikiej trawy i drobnych białych kwiatów, które fosforyzowały w lunarnym świetle, tworząc niezwykłą, baśniową atmosferę, dzisiaj pokrywała ją tylko jednolita, biała kołdra śniegu.
Wysiadłszy z samochodu, na piechotę udała się na przełaj przez łąkę, brnąc w głębokich zaspach, których przed nią nie dotknęła ludzka stopa. Śnieg wciąż sypał delikatnie lecz z każdym kwadransem jakby coraz mocniej, a miękkie, nierówne podłoże sprawiało, że każdy krok kosztował ją wiele wysiłku. Na szczęście problem ciemności praktycznie nie istniał, bowiem wielka połać śniegu, rozświetlana poświatą padającą z dookolnych domów i dróg, zdawała się świecić wewnętrznym światłem, jakby owe wrześniowe białe kwiaty w magiczny sposób przebijały się spod warstwy białego puchu. Tak czy inaczej, aby jej misja mogła zostać uznana za spełnioną, musiała dojść aż tam, na szczyt wzniesienia, z którego rozpościerał się tak przyjemny dla oka widok na całą okolicę. To musiało być dokładnie to miejsce, żadne inne – właśnie to, w którym wówczas stali z Majkiem przez dobrych kilkanaście minut, rozmawiając o życiu w duchu filozofii księżycowej.
Jakaż wówczas była szczęśliwa! Choć nie uświadamiała sobie jeszcze w pełni tego, co do niego czuła, już wtedy syciła duszę szczęściem płynącym z jego obecności – i to wbrew zazdrości, od której, jeśli chodzi o niego, właściwie nigdy nie była w pełni wolna. Zazdrość wsteczna i prospektywna… otóż to! Jedną i drugą znała przecież doskonale, choć wówczas, we wrześniu, dominowała ta wsteczna z powodu niespełnionego uczucia, jakie Majk latami żywił względem Ani. Prospektywną poznała dopiero później, w listopadzie, kiedy zorientowała się, że poznana na pierwszym Dniu Francuskim Natalia szybko stała się dla niego kimś ważnym. Jednak tamtej wrześniowej nocy jeszcze tego nie było. Czy to dlatego zachowała z niej tak piękne, wciąż żywe wspomnienie?
Widok ze szczytu wzniesienia był w istocie uroczy, nawet pomimo padającego śniegu i ogólnie mało spektakularnej zimowej aury. Był to bowiem najwyższy punkt całej łąki, z którego widać było wszystkie sąsiadujące z nią ulice, teraz rozjaśnione światłami latarni oraz światełkami z okien odległych o kilkaset metrów budynków. Iza odwróciła się i spojrzała w stronę, z której kilka miesięcy temu przybyła tu po raz pierwszy – w kierunku tyłów ulicy, gdzie mieszkali Lodzia i Pablo. Stąd nie można było dostrzec świateł ich domu, ale potrafiła pobieżnie usytuować wzrokowo miejsce, gdzie znajdował się ich ogród z furtką ukrytą w rzędzie wysokich tuj. To było tak niedaleko stąd, niecałe pół kilometra! Czy byli już w domu? Pablo może jeszcze niekoniecznie, ale Lodzia i Edzio pewnie tak, może bawili się albo razem przygotowywali podwieczorek?
„Jakie to szczęście mieć taki dom i taką cudowną rodzinkę jak oni” – pomyślała ciepło Iza. – „Lodzia i Pablo zawsze byli dla mnie żywym dowodem na to, że marzenia jednak czasem się spełniają. Tylko pytanie, jaki procent z nich? Nie każdy ma to, co mają oni, czyli wzajemność w uczuciach… nie każdy, tak jak oni, może góry przenosić…”
Na pamięć wróciła jej wczorajsza rozmowa z Majkiem w zaciszu gabinetu Anabelli. Wykradzione losowi okruszki szczęścia, które jakże często muszą wystarczyć, gdy nie można mieć całego tortu… Majk często nawiązywał do tej metafory, ale przecież on wkrótce będzie miał swój tort, nawet jeśli dziś jeszcze, sfrustrowany i sponiewierany wieloletnim niespełnieniem, sam nie bardzo w to wierzył. Będzie miał. I oby był szczęśliwy. Oby tamta rzeczywiście okazała się prawdziwą, godną jego serca Anabellą.
Lecz jeśli jednak się rozczaruje? Jako przyjaciółka pod żadnym pozorem nie powinna mu tego życzyć, ale przecież takie rzeczy dzieją się niezależnie od czyichś życzeń… więc jeśli? Powiedział kiedyś, że drugi raz tego nie zniesie, ale gdyby jednak zniósł? Z jej pomocą, z jej palcami we włosach, z przyjacielskim wsparciem, które może kiedyś, z czasem przekształciłoby się w coś innego… w coś, o czym dziś nawet nie myślał…
No właśnie. Dlaczego nie myślał? Dlaczego nie postrzegał jej w tych kategoriach, dlaczego od początku wykluczał ją jako kobietę? Do dziś pamiętała jego słowa z pierwszej szczerej rozmowy na ten temat.
Jeśli boisz się, że z mojej strony to są jakieś głupie podchody i że chcę od ciebie czegoś, czego nie powinienem chcieć, to nie bój się. Nic z tych rzeczy, słowo daję. Czułbym się fatalnie, gdyby coś takiego nas poróżniło.
Wiadomo, to było kiedyś, kiedy ledwo się znali, a on jeszcze świata nie widział poza Anią. Ale w tym względzie do dziś nic się przecież nie zmieniło. On po prostu nie patrzył na nią w ten sposób, mimo że czasem prawił jej grzecznościowe komplementy na temat wyglądu, podkreślając, że jest atrakcyjną kobietą. Może i tak… atrakcyjną… ale tylko w teorii i dla innych. Nie dla niego. Bo dla niego nadal była tylko przyjaciółką i tak już będzie zawsze, choćby nie wiadomo, ile jeszcze w życiu zaliczył rozczarowań.
A zatem – dlaczego? Czy dlatego, że uważał ją nie za kobietę, a za istotę z innej planety? Za elfa, wróżkę, anioła… Wszak tyle razy właśnie tak ją nazywał! To nie mógł być przypadek, że używał wobec niej tylu określeń związanych ze stworami fantastycznymi, że bez przerwy podkreślał moc elfowej energii, którą traktował jak transfer z innego wymiaru, z jednej strony magiczny, z drugiej bezpiecznie neutralny. Właśnie. Dzięki temu oderwaniu od rzeczywistości czysto ludzkiej, relacja z nią była dla niego bezpieczna – i to nawet pomimo tych „luk”, o których czasem wspominał, lecz które traktował bardziej jako ograniczenia i skrupuły z jej strony niż jak własny problem. On sam był od tego wolny, zaszufladkował ją bowiem w swym sercu i umyśle jako elfa i dobrą wróżkę… tylko tak. I to było najzwyczajniej w świecie nie do przeskoczenia.
„Ciekawe, o jakim kolorze sukni wczoraj myślał” – zastanowiła się, wspominając jego dziwne słowa na koniec rozmowy. – „Czy to też ma związek z motywem elfa i wróżki? W jaki kolor ubierają się zazwyczaj takie stwory? Mam nadzieję, że nie chodzi o różowy…” – skrzywiła się z przekąsem. – „Ale jaki by nie był, dostosuję się, promyczku, i na okoliczność, o której myślałeś, założę każdy, jaki mi wyznaczysz. Domyślam się zresztą, o jaką okoliczność chodzi… Jestem przecież twoją prawą ręką, królową zaplecza, więc to ja będę podawać wam kieliszki do stłuczenia. I muszę wtedy wyglądać tak, jak ty będziesz sobie tego życzył.”
Myśli te były trudne, jednak tu, w owym pamiętnym miejscu, gdzie obecnie hulał coraz większy wiatr i tańczyły coraz gęstsze płatki śniegu, myślało jej się o tym jakoś inaczej, dziwnie łatwo. I na duszy od razu było lżej… spokojniej… Jakby z ziemi pod stopami czerpała nowe siły!
„To jest moje miejsce” – stwierdziła stanowczo, uśmiechając się do padających jej na twarz zimnych płatków. – „Jedno z tych, które na zawsze pozostaną dla mnie najważniejsze na świecie, nawet jeśli za jakiś czas, co nieuniknione, ktoś tu coś wybuduje i odgrodzi się tak, że nie będzie do niego dostępu. Co tam… póki jest puste mogę przecież regularnie tu zaglądać i ładować baterie. Chciałabym zobaczyć je na wiosnę, kiedy będzie buzowało zielenią… a potem na przełomie sierpnia i września, kiedy znowu zakwitną te magiczne kwiaty. Oby do tego czasu zostało jeszcze niezagospodarowane i w wolnym dostępie!”
Śnieg sypał już teraz tak gęsto, że znajdująca się po przeciwnej stronie wzgórza linia domów była ledwo widoczna, właściwie przez białą, ruchomą mgłę przenikały tylko blade, chwilami całkowicie znikające światełka. Zaalarmowało to Izę, dając jej sygnał do natychmiastowego odwrotu. Tylko tego brakowało, żeby zasypało jej samochód do tego stopnia, że nie będzie w stanie wycofać go z pobocza! Zdecydowanie, musiała już wracać, odstawić Chudemu peugeota na Zamkową i wybrać się na wieczorną imprezę u Zbyszka.
„Ale warto było” – pomyślała z satysfakcją, dojeżdżając do pierwszego skrzyżowania ze światłami. – „Nie wiem, co mnie tam ciągnęło właśnie dzisiaj, ale nie żałuję. A na wiosnę, jak wrócę z Liège, pojadę tam na dłużej. Jeśli trafi się jakiś cieplejszy dzień, to może nawet wezmę koc i poleżę sobie na trawie? Trawa… tęsknię już za trawą, serio. Niech ta zima już się wreszcie skończy!”
***
Kiedy Iza podjechała na parking na tyłach kamienicy przy Zamkowej, zadowolona, że udało jej się zdążyć przed falą śnieżycy, która zaczynała się na dobre dopiero teraz, w kieszeni rozdzwonił jej się telefon. Ponieważ musiała zaparkować peugeota na wąskim miejscu pomiędzy dwiema pryzmami zmrożonego śniegu, zignorowała przychodzące połączenie i sięgnęła po aparat dopiero po zgaszeniu silnika.
– Lodzia? – zdziwiła się.
W istocie nieodebrane połączenie było od Lodzi, która przedziwnym zbiegiem okoliczności, jakby szóstym zmysłem wyczuła, że kwadrans wcześniej Iza była w tak niewielkiej odległości od jej domu na Lipniaku, dzwoniła akurat teraz.
– Cześć, Izunia, nie przeszkadzam? – rzuciła na powitanie, kiedy tylko Iza oddzwoniła.
– Ależ oczywiście, że nie, ty nigdy nie przeszkadzasz – zapewniła ją ciepło, wolną ręką zbierając swoje rzeczy i wyciągając kluczyki ze stacyjki. – Co prawda dzisiaj jestem w ciągłym biegu, ale zaraz odniosę koledze kluczyki od samochodu i będę szła do domu, to akurat świetne pasmo, żeby chwilę porozmawiać. Co tam u ciebie? Jesteś w domu czy na mieście? – dodała podchwytliwie.
– W domu – odparła Lodzia. – Właśnie robię obiad i myślałam o tobie, a w pewnym momencie tak mnie ta myśl dopadła, że uznałam, że muszę zadzwonić.
Iza uśmiechnęła się.
– To chyba telepatia, bo ja też dzisiaj o was myślałam.
– Ale na pewno ci nie przeszkadzam? – upewniła się Lodzia, zapewne usłyszawszy dźwięk zatrzaskiwania drzwi peugeota.
– Absolutnie nie. Bardzo się cieszę, że dzwonisz. Mów, co tam u was. Parę dni temu widziałam przelotem Pabla na Zamkowej, ale nie mieliśmy czasu pogadać, to było tylko takie pozdrowienie w bramie – zaśmiała się, zbiegając po schodkach do kuchni Anabelli.
– Tak, wspominał mi o tym – przyznała Lodzia. – I właśnie dlatego o tobie myślałam. Podobno Majk mówił, że jedziesz na długo do siebie na Podlasie i nie będzie cię w środę na spotkaniu?
– No niestety – przyznała Iza. – Tak wypadło, że nie będę mogła być tym razem, ale rozumem, że zobaczymy się dwudziestego na Dniu Francuskim? Majk twierdzi, że i tam się wybieracie.
Mówiąc to, w przejściu przez kuchnię skinęła ręką Dorocie i Angelice, a następnie pomknęła do gabinetu szefa, gdzie zostawiła kluczyki od peugeota, eksponując je na środku biurka.
– Wybieramy się – potwierdziła Lodzia. – Ale to dopiero za dwa tygodnie, a ja miałam wielką nadzieję, że zobaczymy się już w środę. Kiedy jedziesz do siostry?
– Jutro. I wracam w następnym tygodniu, nie będzie mnie dziesięć dni. To z jednej strony długo, ale z drugiej pewnie zleci nie wiadomo kiedy, a przed wyjazdem do Liège muszę trochę podciągnąć pisanie pracy licencjackiej.
– A właśnie! Przecież ty zaraz jedziesz do Liège! Ania dzwoniła niedawno i mówiła nam o tym, bardzo się cieszy, że będziesz ich odwiedzać. Za to Majk chyba się załamie – zaśmiała się. – Na tyle tygodni stracić prawą rękę, toż to katastrofa! Ale trudno, będzie musiał dać sobie radę sam, a tobie przyda się trochę odpoczynku od tej katorżniczej pracy. A co u nas? – dodała lekko. – Wszystko w porządku, działamy, Edik rośnie nam jak na drożdżach, tyle tylko, że robi się coraz bardziej pyskaty. Jak się domyślasz, pracy wychowawczej w związku z tym mi nie brakuje, ale znoszę to cierpliwie, bo uwielbiam elokwentnych mężczyzn!
Roześmiały się obie. Iza, która opuszczała już tą samą drogą kamienicę, jak najciszej przymknęła za sobą drzwi prowadzące na parking i szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia na ulicę.
– Musisz kiedyś do nas przyjechać, to się przekonasz – ciągnęła Lodzia. – Fajnie by było, gdyby udało ci się wpaść chociaż na dwie, trzy godzinki któregoś dnia jeszcze przed wyjazdem do Belgii, bo jak nie, to potem znowu cały miesiąc cię nie będzie. Oczywiście nie nalegam – zastrzegła. – Wiem, że ciągle masz napięty grafik, a teraz pewnie tym bardziej, nie chciałabym na siłę zagęszczać ci harmonogramu zadań. W końcu jeśli się spotkać, to nie z obowiązku, a dla przyjemności.
– Chciałabym, Lodziu – odparła z zakłopotaniem Iza. – Zwłaszcza chciałabym zobaczyć Edzia, on już chyba zaraz kończy półtora roku?
– Aha, dokładnie, za niecałe dwa tygodnie będzie miał osiemnaście miesięcy. Fajnie by było, jakbyś wpadła, pogadałybyśmy sobie o różnych sprawach na spokojnie, wypiłybyśmy pyszną kawkę… mam nowy ekspres, wiesz? Kawa wychodzi pyszna jak u was w knajpie, a śmiem twierdzić, że nawet jeszcze pyszniejsza. Zapraszam cię w każdej chwili, nasz dom zawsze stoi przed tobą otworem.
– Dziękuję, Lodziu, przekonałaś mnie. Muszę koniecznie skosztować tej konkurencyjnej kawy i sama ocenić – odparła z rozbawieniem. – Jak tylko wrócę z Korytkowa, postaram się o tym pomyśleć i odezwać się do ciebie. Na sto procent nie mogę obiecać, ale będę o tym pamiętać.
Na ulicy było ciemno, śnieg padał już teraz tak mocno, że przysłaniał światło latarni, przez słabą widoczność samochody jeździły bardzo powoli, a ludzie ledwo brnęli przez zasypane chodniki. Iza, która jedną ręką trzymała telefon przy uchu, w mgnieniu oka zatonęła w śniegu, który oblepił jej czapkę, szalik i płaszcz, a do tego zaczął wdzierać się w rękaw, mrożąc palce i nadgarstek. Przełożyła zatem telefon do drugiej ręki, jednocześnie szukając w kieszeni rękawiczek. Jedną znalazła szybko, jednak drugiej nigdzie nie było.
– A póki co pogadajmy chwilę przez telefon – ciągnęła Lodzia. – Myślę, że sprawę naszych prac licencjackich odłóżmy na kiedy indziej, ja też będę próbowała napisać coś przez ferie, więc porozmawiamy sobie o tym, jak już będzie o czym. Mnie interesuje co innego, Iza.
„Dobrze wiem co” – pomyślała z przekąsem, przechylając głowę i przytrzymując telefon między uchem a ramieniem, by założyć jedyną odnalezioną rękawiczkę. – „Baczność, komandosie!”
– Na pewno wiesz, o czym mówię – dodała znacząco Lodzia, jakby czytając w jej myślach. – Między innymi dlatego chciałam się z tobą zobaczyć w środę, liczyłam, że skonfrontujemy nasze obserwacje, i zmartwiłam się, kiedy Pablo powiedział mi, że cię nie będzie. Majk mówił mu, że… ach, co to się dzieje? – przerwała sobie zdziwiona. – Widziałaś, jaka śnieżyca za oknem?
Iza parsknęła śmiechem, zadowolona, że śnieżyca chwilowo odwróciła uwagę Lodzi od niebezpiecznego tematu.
– Nie tylko widzę ją, ale i czuję – zapewniła ją wesoło. – Dopiero co wyszłam na ulicę, a już wyglądam jak bałwan.
– Ach, jesteś na ulicy? – zaniepokoiła się Lodzia. – W tym żywiole? To może nie będę trzymać cię na linii, tylko biegnij jak najszybciej do domu, co?
– Nie ma szans – odparła Iza, która właśnie schroniła się w bramie jednej z kamienic i zajęła się otrzepywaniem ze śniegu. – Nie dobiegnę, w tym momencie w centrum tak sypie, że nie widać nic na dwa metry do przodu. Weszłam do jakiejś bramy po drodze i poczekam tu, aż się trochę uspokoi, a w międzyczasie poszukam rękawiczki, bo jedna gdzieś mi się zawieruszyła. Ale ty spokojnie mów dalej, Lodziu – zaznaczyła. – Nie przerywajmy, bo ja potem mogę nie mieć czasu oddzwonić, mam dzisiaj dzień zawalony aż do późnej nocy.
– Jasne – odparła Lodzia. – To dobrze, że się schowałaś, u nas też sypie niesamowicie, przez okno ledwo widać dom sąsiadów. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe, bo jak zasypie nas po kolana, to kto to potem wszystko poodgarnia? Pablo wraca dopiero wieczorem, mam nadzieję, że da radę wjechać do garażu… No, ale wracając do tematu, Izunia – podjęła z powagą. – Zapytam wprost, bo i tak obie wiemy, o co chodzi. Masz jakieś nowe informacje albo obserwacje w wiadomej sprawie?
– Niewiele – odparła lekkim tonem Iza, choć serce natychmiast, jak z automatu, ścisnęło jej się na kamień. – Chociaż zależy, co uznasz za nowe informacje, nie pamiętam, na czym stanęło przy naszej ostatniej rozmowie.
– Ja też nie pamiętam – odparła z zastanowieniem Lodzia. – W międzyczasie rozmawiałam o tym z Justyną i z Dominiką i już nie kojarzę, która z was co mówiła, ale może powiem ci po prostu, jak wygląda mój obecny stan wiedzy, a ty go potem uzupełnisz?
– Okej – zgodziła się, wciąż wertując kieszenie i torebkę w poszukiwaniu zaginionej rękawiczki. – Mów.
Komandos był już w pełnej gotowości na posterunku, a skoro ta rozmowa była nieunikniona, łatwiej będzie odbyć ją przez telefon niż na żywo.
– Właściwie to wiem od Justyny tylko tyle, że się spotykają – podjęła Lodzia. – Ona z kolei wie to od Natalii, ale bez szczegółów, a nie chce za bardzo drążyć, żeby nie przesadzić. Mówiąc konkretnie, Nata wspominała jej już kilka razy, że Majk powiedział jej to czy tamto, że jak jechała z nim samochodem, to coś tam mówił… no wiesz. Takie bardziej poszlaki, uwagi na marginesie, ale jasno z nich wynika, że regularnie się spotykają, rozmawiają, jeżdżą samochodem i tak dalej. Potwierdzasz to?
– Tak – odparła spokojnie. – Rzeczywiście widują się i spędzają ze sobą czas, chociaż ja też wiem to raczej z drugiej ręki, na własne oczy tylko raz widziałam ich razem w samochodzie. Ale od innych koleżanek ciągle o tym słyszę.
– O tym, czyli czym? – zapytała czujnie Lodzia.
– No o tym, że gdzieś razem jeżdżą, głównie, że wychodzą razem z pracy, a on potem gdzieś ją podwozi, niby przy okazji. Raz podwiózł ją właśnie na spotkanie ze mną, kiedy umówiłam się z nią po zajęciach w knajpie na miasteczku.
– O! – podchwyciła z zaintrygowaniem. – Rozmawiałaś z nią?
– Aha, tak, ale dosyć krótko. Po godzinie musiała wyjść, miała w domu jakąś awarię.
– A czekaj… faktycznie, Justi wspominała, że Nata miała w bloku alert gazowy. To pewnie było wtedy. I na to spotkanie z tobą przyjechała z Majkiem?
– Mhm. W takim sensie, że on ją przywiózł i zostawił, w knajpie oczywiście byłyśmy tylko we dwie. Ale tak, na miejsce, gdzie byłyśmy umówione, przyjechała z nim.
– No, no… A powiedz mi, rozmawiałyście w tej knajpie o nim?
– O Majku? Nie, w kontekście, o jaki ci chodzi, to nie, tylko trochę a propos pracy – skrzywiła się, wspominając uwagi Natalii o Krawczyku, tego jednak z wiadomych względów nie chciała mówić Lodzi. – Jeszcze słabo się znamy, myślę, że gdybyśmy posiedziały dłużej, to może zeszłoby i na niego, ale nie zdążyłyśmy. Potem miałyśmy się spotkać jeszcze raz na poprawkę, tyle że jak dotąd to nam nie wyszło, bo którejś z nas ciągle coś wypada.
– Aha, rozumiem… ale to już i tak są bardzo ważne wieści, Iza! – podchwyciła z entuzjazmem Lodzia. – A powiedz mi, Majk coś gada na ten temat? Coś wspomina?
– Gada i wspomina cały czas – zapewniła ją, rezygnując z beznadziejnego poszukiwania rękawiczki i wkładając wolną rękę do kieszeni. – Oczywiście nie wprost, ale jak się wie, o co chodzi, to łatwo rozszyfrować.
– Ach! – w głosie Lodzi zabrzmiało skrajne zaintrygowanie. – I co mówi?
– Różne rzeczy – odparła wymijająco. – Trudno mi powtórzyć wszystko słowo w słowo, Lodziu, zresztą w niektórych kwestiach nie chcę nadużywać jego zaufania. Ale ogólnie, mówiąc poetycko, pomimo różnych wzlotów i upadków wyczuwa się w nim niesłabnącą nadzieję na zdobycie serca nowej Anabelli.
– Ach, jasne! – parsknęła śmiechem. – Więc to jest ten jego szyfr? Opowiada ci o swojej nowej Anabelli i naiwnie myśli, że nie wiesz, o kogo chodzi?
– Mniej więcej.
– Spryciarz! – przyznała z satysfakcją. – Tylko nie ma pojęcia, że my jesteśmy jeszcze sprytniejsze niż on! A z drugiej strony mam nadzieję, że nie dowie się o tym w jakiś głupi sposób – dodała, wyraźnie spuszczając z tonu – bo to by była katastrofa. Zresztą poniekąd i z tym problemem do ciebie dzwonię, Iza… Ale dobra, o tym zaraz, najpierw powiedz mi do końca. Czyli Majk mówi o niej, ale tylko szyfrem? Nie wspomina jej imienia?
– Czasem wspomina – sprostowała spokojnie Iza. – Ale bardzo rzadko. Raz, po tym spotkaniu na mieście, zapytał mnie wprost, czy są szanse, że zakumplujemy się z Natalią, i dał mi do zrozumienia, że bardzo mu na tym zależy.
– O!
– Ja oczywiście nie drążyłam tematu – zastrzegła – i udawałam, że niczego się nie domyślam. Od tej strony sądzę, że wypadam wiarygodnie.
– Na pewno. Czyli mówi o niej głównie szyfrem, ale jednak mówi… to też znak, że sprawa jest poważna. I teraz pytanie, Iza, bardzo dla mnie ważne. Jak myślisz, czy on zwierza się w ten sposób tylko tobie, czy komuś jeszcze?
– Nie wiem – odparła ostrożnie, w duchu zastanawiając się, czy nie przekracza właśnie jakiejś delikatnej granicy, zza której trudno będzie się cofnąć. – Na razie chyba rozmawiał tylko ze mną, ale wspominał, że niebawem chciałby pogadać o tym też po męsku z Pablem. Myślę, że z nim nawet bardziej otwarcie niż ze mną.
– O szlag! – zaniepokoiła się Lodzia. – Niedobrze. To mnie właśnie martwi, Iza.
– Jak to? – zdziwiła się. – Co cię martwi?
– No ta ich męska rozmowa. Bo widzisz… boję się, że popełniłam błąd i że Pablo głupio się wygada.
– Wygada się? – powtórzyła Iza. – W jakim sensie?
– No właśnie w tym. Chodzi o to, że rozmawiałam z nim o Majku – wyjaśniła. – I teraz boję się, że niepotrzebnie go wtajemniczyłam.
– W co?
– We wszystko. Pamiętasz, jak mówiłyśmy, że fajnie by było, gdyby Pablo pomógł, pogadał z Majkiem, stał się dla niego podporą i tak dalej?
– Pamiętam – pokiwała głową.
– No to pomyślałam, że czas wkręcić go w tę sprawę, oczywiście prosząc o pełną dyskrecję i o wsparcie Majka właśnie tak jak mówisz, przez męską rozmowę. Tylko nie wiedziałam, że to się tak pokomplikuje… Myślałam, że on podejdzie do tego inaczej, bardziej pozytywnie.
– Nie rozumiem – zaniepokoiła się Iza. – Powiedziałaś mu, że Majk… powiedziałaś mu o Natalii?
– Aha. O Natalii i o naszym spisku. Oczywiście w pełnym zaufaniu i mam nadzieję, że nie zrobi z tego złego użytku, ale jednak trochę się boję, że popełniłam błąd, zwłaszcza z tym drugim. Bo jemu to się bardzo nie spodobało.
– Spisek Justyny?
– Mhm. Przede wszystkim chodziło mu o to, że wtrącamy się w prywatne sprawy Majka, był z tego powodu bardzo niezadowolony. A przecież my wcale się nie wtrącamy, tylko obserwujemy – zaznaczyła. – W ogóle w to nie ingerujemy, takie jest przecież główne założenie spisku i wszystkie bardzo tego pilnujemy.
– Wyjaśniłaś mu to?
– Tak, przynajmniej próbowałam, ale chyba nie przekonałam go do końca. Prosiłam go kilka razy, żeby nie wygadał się przed Majkiem, ale martwię się trochę, bo on mi tego tak wyraźnie i jednoznacznie nie obiecał. Mam nadzieję, że jak zaczną o tym gadać, nie zrobi nic głupiego, bo, jak mówię, to by była katastrofa.
– Myślisz, że to by coś zmieniło? – zapytała cicho Iza, na razie nie bardzo mając pomysł na to, jak powinna interpretować informację o reakcji Pabla.
– No właśnie po cichu ufam, że nic – odparła żywiej Lodzia. – Dlatego tak cię o nich wypytuję, znaczy, o Majka i Natalię, o to, na ile to jest poważne. Bo jeśli jest, a wszystko na to wskazuje, jeśli sprawa nie jest w początkowej fazie, tylko już bardziej zaawansowana, to nawet jak Pablo odwali coś głupiego, to raczej nic to nie zmieni. Ale i tak trochę się boję, żeby z tego nie było jakichś jaj… Justynie ani Dominice na razie nic o tym nie mówiłam – zaznaczyła. – Mówię tylko tobie, bo to z tobą rozmawiałam kilka razy o włączeniu Pabla. Tyle że nie przewidziałam takich komplikacji.
– Ale jak on dokładnie zareagował? – zapytała Iza. – Serio się wkurzył?
– Aha. Chociaż to dopiero potem, bo najpierw był totalnie zaskoczony informacją o Natalii, widać było po nim, że sam by nigdy w życiu o tym nie pomyślał. Ale zaciekawiło go to, zapytał, skąd taka hipoteza, a ja mu wtedy chyba niepotrzebnie powiedziałam, że od dwóch miesięcy obserwujemy razem z dziewczynami ją i Majka i wyciągamy wnioski z każdego szczegółu. Z początku chyba kompletnie w to nie wierzył, ale jak powiedziałam mu, że mamy potwierdzenie z niezależnego i bardzo pewnego źródła, to nagle uwierzył i właśnie wtedy tak się zirytował.
– Z pewnego źródła? – powtórzyła z niepokojem Iza. – Chodziło o mnie?
– Tak, ale nie wymieniłam twojego imienia explicite – zaznaczyła Lodzia. – Powiedziałam mu tylko o mnie, Justi, Dominice i Asi, o tobie ani razu nie wspomniałam wprost.
– No to całe szczęście – odetchnęła z ulgą Iza. – I proszę, Lodziu, niech tak zostanie. Gdyby Majk się o tym dowiedział, byłoby mi strasznie głupio… Oczywiście kiedyś, jak już sprawa wyjdzie na jaw, przyznam się przed nim, że od początku wszystkiego się domyślałam, ale nie chciałabym, żeby teraz wiedział, że potwierdzam wam takie rzeczy za jego plecami. I tak mam już wyrzuty sumienia, że jestem wobec niego nielojalna.
„Chociaż zawsze lepsze to, niż gdybyście mieli się domyślić, co naprawdę czuję” – dokończyła w myślach, przekładając telefon do ogrzanej ręki, a tę zziębniętą chowając do kieszeni. – „Z jednej strony głupio to wygląda, ale z drugiej to przecież wymarzona zasłona dymna, za którą komandos da radę ukryć wszystko.”
– Jasne, Izunia, nie bój się, nic mu o tobie nie powiem – zapewniła ją Lodzia. – Zresztą mam nadzieję, że to tylko takie czarne projekcje mojego przewrażliwionego umysłu i że nic złego z tego nie wyniknie. Pablo przecież głupi nie jest, Majkowi nieba by przychylił, więc na pewno nie zrobi nic, co by mogło zadziałać na jego niekorzyść, ufam też, że weźmie pod uwagę moje wielokrotne prośby o dyskrecję. Byle tylko nie zabrakło mu wyczucia… A z drugiej strony Majk przecież z byle powodu serca nie zmieni, najwyżej sprawa przez to przyśpieszy, a jak bomba już wybuchnie, to tylko się z tego wspólnie pośmiejemy. Taką przynajmniej mam nadzieję.
– Ja też – mruknęła Iza.
„I to ja z was wszystkich będę śmiać się najgłośniej” – pomyślała smętnie. – „Zgodnie z zasadą, że najciemniej pod latarnią.”
– Tak czy inaczej, Izunia, cieszę się, że udało nam się dzisiaj porozmawiać – ciągnęła ciepło Lodzia. – Czułam, że muszę do ciebie zadzwonić, i jak widać, to była genialna intuicja. Wprawdzie nadal żałuję, że nie zobaczymy się w środę, ale oczywiście, jeśli wydarzy się coś kluczowego, wszystko ci opowiem. A w ogóle to nie wiesz, czy Natalia się wybiera? – zagadnęła. – Majk nic na ten temat nie mówił?
– Nie wiem – odparła zgodnie z prawdą. – Zdaje się, że miała teraz gdzieś wyjeżdżać, ale chyba nie na długo, więc może do środy wróci.
– Aha… czyli nic nie wiadomo. No to cóż, przekonamy się w środę na żywo. Najważniejsze, że wszystko idzie w dobrym kierunku, to mnie uspokaja, zresztą przed tym spotkaniem pogadam jeszcze raz z Pablem i poproszę go usilnie o dyskrecję. A jak już wrócisz do Lublina… oho, coś Edzio mi krzyczy – zaniepokoiła się. – Poczekaj chwilę, dobrze?
– Jasne.
Odsunąwszy aparat od ucha, Iza wyjrzała z bramy, konstatując, że śnieżyca nieco już zelżała, mimo że śnieg nadal nie przestawał padać. Zerknęła przy tym na godzinę – do umówionej taksówki z Martą pozostało jej prawie pięćdziesiąt minut, jednak musiała jeszcze przewidzieć zmianę ubrań, to zaś znaczyło, że powinna już niezwłocznie biec do domu.
– Jestem! – odezwała się chwilę potem Lodzia. – Nic się nie stało, jak zwykle wiele hałasu o nic, ale musiałam interweniować… przepraszam, Izunia.
– Nic nie szkodzi, Lodziu – odparła ciepło. – Pozdrów Edika i pogłaskaj go po główce od ciotki Izy, bo ona chyba niestety musi się już rozłączyć. Śnieżyca trochę się uspokaja, więc skorzystam i lecę do domu, już i tak jestem z czasem na styk.
– Ach, oczywiście! – zawołała Lodzia. – Przepraszam, że tak się rozgadałam, biegnij, Iza, nie zatrzymuję cię, zwłaszcza że faktycznie już mniej pada, a nie wiadomo, czy zaraz znowu się nie rozkręci. Dzięki za rozmowę, trzymaj się i udanych ferii w Korytkowie! Tylko nie siedź całymi dniami nad licencjatem, co? Odpocznij sobie jak najwięcej przed tą Belgią, jeszcze zdążysz to napisać. No, pa, do następnego!
– Do następnego, Lodziu. I pozdrów ode mnie Pabla!
Po zakończeniu połączenia Iza odetchnęła z ulgą, wrzuciła telefon do torebki i otuliwszy dokładniej głowę kapturem płaszcza z wielbłądziej wełny, ruszyła zaśnieżoną ulicą w stronę Bernardyńskiej.
***
„To była zupełnie inna rozmowa z Lodzią niż ta w styczniu” – myślała Iza, brnąc przez pokryte świeżym śniegiem chodniki z pozbawioną rękawiczki ręką schowaną do kieszeni płaszcza. – „Niby na ten sam temat, o niej, ale dzisiaj szło mi o wiele łatwiej… jak widać, wszystko jest kwestią nastawienia. Zaprawiony w boju komandos nie boi się żadnych wyzwań, musi tylko najpierw nabrać doświadczenia. I przede wszystkim nie robić sobie złudnych nadziei, jak wtedy, po sylwestrze. To był de facto mój największy błąd, te złudzenia… Ale czy błędy nie są od tego, żeby się na nich uczyć?”
Mimo to echa trudnej wymiany zdań z Lodzią wciąż rozbrzmiewały w jej głowie i sercu, a spośród wszystkich wypowiedzianych zdań zwłaszcza to jedno.
Majk przecież z byle powodu serca nie zmieni, najwyżej sprawa przez to przyśpieszy, a jak bomba już wybuchnie, to tylko się z tego wspólnie pośmiejemy.
„Najwyżej sprawa przez to przyśpieszy” – powtórzyła w myśli słowa, które najbardziej ją dotykały. – „I dobrze, niech przyśpieszy, wolę mieć to za sobą jak najszybciej. A co do Pabla, to może właśnie dobrze się stało, że Lodzia wszystko mu powiedziała? On ma największe prawo wiedzieć, od samego początku to właśnie on, jako wieloletni przyjaciel Majka, powinien być jego powiernikiem, tym najbardziej zaufanym i najgłębiej wtajemniczonym we wszystko. On, nie ja.”
Choć sama poniekąd się temu dziwiła, informacja o sceptycznej reakcji Pabla na spisek związany z obserwacją Majka i Natalii przyniosła jej więcej ulgi niż niepokoju. Owszem, czuła lekką obawę, że Majk, gdyby dowiedział się od przyjaciela, iż ona również „spiskowała” z Lodzią, Justyną i Dominiką, mógłby mieć jej to za złe, a dowiedzieć mógł się wszak bez problemu. To, że Lodzia nie wymieniła jej imienia, nie było decydujące, Pablo był człowiekiem na tyle inteligentnym, że z samej analizy okoliczności umiał wyciągać prawidłowe wnioski, więc jeśli wyciągnie je i uzna, że powinien przekazać Majkowi, to może to zrobić w każdej chwili.
To jednak jakoś szczególnie jej nie martwiło. Przeciwnie, paradoksalnie cieszyła się, że Pablo już wie o Natalii, zdejmowało to bowiem z jej ramion ciężar odpowiedzialności, który od wielu tygodni przytłaczał ją równie mocno jak ból złamanego serca. Dzięki Lodzi sprawa mogła faktycznie przyśpieszyć, przynajmniej w tym sensie, że Majk wreszcie będzie miał się komu zwierzać, zwłaszcza kiedy ona sama wyjedzie na cały marzec do Liège. Jakiś cichutki głos na dnie duszy podpowiadał jej, że Pablo, choć sam sobie tego nie uświadamiał, był w tej ciężkiej sytuacji jej największym sojusznikiem.
Kiedy znalazła się na wysokości kościoła Nawrócenia Świętego Pawła, śnieżyca nagle znowu się wzmogła, uderzając prosto w twarz gwałtowną falą białego puchu. Iza odruchowo przyśpieszyła, lecz w następnej chwili musiała gwałtownie się zatrzymać, omal nie zderzywszy się z nadciągającym z przeciwka człowiekiem. Był to postawny, brodaty mężczyzna tak ściśle okutany w długą czarną kurtkę z kapturem i brązowy szal, że niemal nie widać było mu twarzy, jednak kiedy poprzez śnieżną zamieć napotkała jego wzrok, zdało jej się, że rozpoznaje znajome oczy. Kontrolny rzut oka na jego nogi, okryte oblepionymi śniegiem fałdami czarnej sutanny, potwierdził jej intuicję – był to ksiądz Tomasz.
Kapłan również zdał się ją rozpoznać, gdyż jego oczy uśmiechnęły się do niej, a kiedy skinęła mu głową w milczącym pozdrowieniu, bez wahania odpowiedział jej lustrzanym gestem.
„Spowiedź!” – mignęło w głowie Izy, kiedy tylko się minęli. – „Przecież miałam się u niego wyspowiadać!”
Kiedy tylko ta myśl powstała w jej głowie, w przeciągu zaledwie kilku ułamków sekundy uświadomiła sobie, jak bardzo tego potrzebowała! I jak bardzo awansem zazdrościła Majkowi, że o swoich tajemnicach będzie miał okazję porozmawiać z Pablem… On mógł bez problemu mówić o tym z przyjacielem, ponieważ w jego tajemnicy nie było nic złego, może tylko trochę niepewności, obawy przed zapeszeniem, ale przede wszystkim nadzieja, podczas gdy ona o swojej trudnej tajemnicy nie mogła porozmawiać z nikim! Z nikim – chyba że właśnie z życzliwym i obiektywnym księdzem, którego obowiązywała tajemnica spowiedzi, a ksiądz Tomasz od początku przyciągał ją do siebie jak magnes. Może właśnie po to, żeby nie została z tym zupełnie sama?
Pragnienie to szarpnęło nią tak silnie, że przez chwilę wahała się, czy nie zawrócić i nie pobiec za nim, by poprosić rozmowę, zwolniła nawet kroku i już prawie się zatrzymywała, kiedy kolejna zimna fala niesionego silnym wiatrem śniegu uderzyła ją w twarz, niemal odcinając oddech. Nie, jednak to nie był dobry moment. Teraz musiała jak najprędzej biec do domu, zwłaszcza że miała już mało czasu na wybranie się na umówioną taksówkę. Ksiądz zresztą odszedł już pewnie na tyle daleko, że i tak go nie dogoni, poza tym nawet nie wiedziała dokładnie, w którą stronę poszedł. Może do kościoła, ale może wcale nie? Nawet jeśli teraz pobiegnie za nim, pewnie i tak go już nie znajdzie.
„Ale zadbam o to, jak wrócę z Korytkowa” – postanowiła, przyśpieszając kroku, by jak najszybciej zbiec Bernardyńską do swojej kamienicy. – „I tym razem bez pudła, Iza, musisz się do niego zgłosić! To dzisiejsze spotkanie to przecież nie mógł być przypadek, przeciwnie, to był znak, że masz z nim porozmawiać, i to na pewno przed wyjazdem do Liège. Mówił, że będzie tu na zastępstwie przez trzy miesiące, czyli jeszcze do końca lutego powinien być… tym bardziej, to ostatni dzwonek, żeby skorzystać z jego obecności!”