Anabella – Rozdział CCXXI
– Trzy plus – oznajmiła z dumą Iza, odpowiadając na pytanie Klaudii. – I zaliczony przedostatni semestr, a to jest najważniejsze!
W istocie, egzamin z filozofii zdała na trzy i pół, co było ogromnym sukcesem, zważywszy na ilość materiału, jaki miała do przyswojenia, względem czasu, jaki na to poświęciła. Jako że był to jedyny egzamin w piątym semestrze studiów, miała przed sobą dwa tygodnie wolności przed powrotem na zajęcia, przy czym obie z Martą wracały na nie tylko na jeden tydzień, w ostatnią sobotę lutego wyjeżdżały już bowiem na staż do Liège.
Co ciekawe, choć termin ten zbliżał się wielkimi krokami, paradoksalnie ani jedna, ani druga nie miały ochoty o tym rozmawiać, a tym bardziej entuzjazmować się wyjazdem i de facto osobą, która najbardziej się z niego cieszyła, była Ania Magnon. Akurat dziś zadzwoniła do Izy, dzięki czemu mogła na świeżo pogratulować jej zdanego egzaminu, potem zaś przez dobre pół godziny ustalały rozmaite szczegóły związane z zakwaterowaniem obu dziewczyn w Liège oraz planem spotkania w domu państwa Magnon.
Bardzo się cieszę, że się zobaczymy, Izunia! – zapewniła ją z typową dla siebie energią w głosie Ania. – Tosia aż skacze z radości na wieść, że przyjedzie ciocia Iza, zwłaszcza że my teraz do Polski tak szybko nie pojedziemy. To już początek szóstego miesiąca, więc w dalekie podróże się nie wybieram, potem zresztą też nie będzie z tym łatwo. To co? Umawiamy się wstępnie, że dacie znać smsem z lotniska w Warszawie, że już lecicie i o której mniej więcej będziecie? Jean-Pierre chętnie po was wyjedzie i odstawi was prosto na miejsce zakwaterowania. Wiem, że to jeszcze całe trzy tygodnie, ale minie, zanim się obejrzymy, więc już teraz trzeba wszystko dobrze zaplanować!
Z kolei z Martą Iza widziała się dziś tylko przelotnie, jednak nie omieszkała zasięgnąć od niej najnowszych wieści o Danielu, te zaś były relatywnie budujące. Co prawda w jego sytuacji zdrowotnej nic się nie zmieniło, wciąż trwały przygotowania do operacji, którą miał przejść piętnastego lutego, jednak na kanwie tych przygotowań wydarzyło się coś niespodziewanego. Mianowicie na horyzoncie pojawiła się dziewczyna, która znajdowała się w tym samym szpitalu w bardzo podobnej sytuacji jak Daniel i z którą dzięki temu ów szybko nawiązał nić porozumienia.
Ma na imię Renata i jest na sąsiednim oddziale, bo też przygotowuje się do operacji – relacjonowała Marta. – Tak się złożyło, że oboje mają ją mieć jednego dnia, piętnastego. U niej też chodzi o nowotwór, ale jakiś inny niż u Dana, nie dopytywaliśmy, jaki dokładnie, ale chyba rokowania ma niezłe, zresztą z wierzchu nie wygląda na chorą, więc na pewno to nie jest jakieś zaawansowane stadium. Fajna, miła dziewczyna, zakumplowali się już z Danem i umówili się, że będą się wzajemnie dopingować przed i po operacji. A dla mnie to jest o tyle ulga, że kiedy pojadę do Liège, będę miała świadomość, że nie został z tym zupełnie sam. Wiadomo, że koledzy z polonistyki też go wspierają, ale tylko na odległość, a to nie to samo, co mieć pod ręką kogoś, kto jest w identycznej sytuacji, nie?
„O tak” – przyznała z satysfakcją Iza, zmierzając do gabinetu szefa, by sprawdzić, czy nie czekają tam na nią jakieś papiery do opracowania. – „To naprawdę świetny układ, nawet nie wpadłam na to, że Dan mógłby spotkać w szpitalu kogoś, kto być może, za jakiś czas… Dobra, nie zapeszajmy, jeszcze za wcześnie na takie hipotezy, ale kto wie? To chyba twoja interwencja, Szczepciu” – uśmiechnęła się na wspomnienie swej niedawnej wizyty na cmentarzu i rozmowy z panem Szczepanem o Danielu. – „Może to wcale nie przypadek i ta jego choroba nie jest tak zupełnie po nic? Zobaczymy, ale ja na pewno będę trzymać za nich kciuki!”
Przechodząc obok kuchni, wpadła na Chudego, który wbiegł właśnie w korytarz zaplecza w rozpiętej kurtce, na której widoczne były ślady padającego na zewnątrz śniegu.
– O, Iza, z nieba mi spadasz! – ucieszył się na jej widok. – Właśnie miałem cię szukać, dzwoniłem, a ty nie odpowiadasz…
– Ups, przepraszam! – odparła, łapiąc się za głowę. – Faktycznie, zostawiłam telefon w szatni.
– Szef też do ciebie dzwonił, ale się nie dodzwonił, do Antka tak samo, więc wysłał mnie, żebym kogoś z was dorwał osobiście. Akurat jechałem z Jackiem po odbiór piwa i musieliśmy zawrócić z trasy, ale spoko, jeszcze zdążymy z transportem.
– Sorry, Łukasz… przeoczenie. Ale o co chodzi? – zaniepokoiła się. – Coś się stało?
– Nie, nic, szef tylko prosił, żeby przekazać ci, że będzie najwcześniej o dwudziestej trzeciej, ma jakieś pilne sprawy na mieście… chyba nawet poza miastem, coś tak wspominał. Jakieś spotkanie czy coś, w każdym razie przyjedzie dopiero na koniec. Prosił, żebyś pogadała w jego zastępstwie z klientką, która ma tu przyjść o dziewiętnastej w sprawie rezerwacji.
– Okej – odparła spokojnie Iza. – Wiem, o kogo chodzi, dzięki, Łukasz, nie ma sprawy. Załatwi się. I jeszcze raz sorry za ten telefon, już po niego idę. Jakby coś, teraz już będę na linii.
Chudy uśmiechnął się aprobująco, podniósł dłoń w geście pozdrowienia i przemknąwszy przez kuchnię, udał się z powrotem schodkami na parking, zaś Iza, zgodnie z zapowiedzią, zawróciła do szatni kelnerek po telefon.
„Sprawy nabierają tempa” – pomyślała ze ściśniętym sercem. – „Wczoraj nie było go wcale, a dzisiaj znowu… Spotkanie za miastem? Ciekawe, gdzie i po co, może to jakaś sentymentalna podróż do Nałęczowa? Ha! To by nawet miało sens…”
W telefonie widniało kilka powiadomień o nieodebranych połączeniach i dwa smsy. Jeden z nich był od Majka.
Elfiku, będę w firmie dopiero przed północą, kontynuacja z wczoraj. Do której jesteś?
Iza zagryzła wargi.
Do końca – odpisała zdawkowo. – Wiem już o klientce o 19.00, zajmę się wszystkim.
Drugi sms był od Lidii.
Iza, nie wiesz, co dzieje się z Kacprem? Nie przyszedł do pracy, nie mogę się do niego dodzwonić.
Nie wiem, ale zaraz spróbuję go złapać – odpowiedziała szybko. – Dam ci znać, jak czegoś się dowiem.
Z jednej strony zaniepokojona, z drugiej zaś zadowolona, że może zająć się czymś pilnym, co nie pozwoli jej za dużo myśleć o „kontynuacji z wczoraj”, bez wahania wybrała numer Kacpra.
„Mam nadzieję, że nic się mu nie stało” – pomyślała, wsłuchując się w kolejne sygnały oczekiwania na połączenie. – „No, odbieraj! Odbieraj, Kacper… no już!”
Po drugiej strony linii włączyła się jednak poczta głosowa. Spróbowała jeszcze raz – to samo.
„Cholera!” – pomyślała z rosnącym niepokojem, wybierając numer Kacpra po raz trzeci. – „Faktycznie, nie da się dodzwonić… Kacperku, odbierz, proszę cię. Odbierz…”
W słuchawce kliknęło, sygnał urwał się i po drugiej stronie odezwał się męski głos, który jednak nie był głosem Kacpra.
– Pani Iza?
Rozpoznała go natychmiast.
– Panie Stasiu, to pan? – rzuciła szybko. – Co się dzieje z Kacprem? Dlaczego sam nie odbiera? Stało się coś?
– Oj, stało się, stało, niestety! – odparł markotnym, przyciszonym głosem pan Stanisław. – Źle jest, pani Izo. Wszystko przez tę starą czarownicę, ale i on sam sobie winien. A tyleśmy mówili gówniarzowi, tłumaczyli…
– Boże drogi! – wystraszyła się Iza, aż przysiadając na fotelu przy drzwiach. – Ale co się stało? Niech pan mówi!
– Aj, zaraz, niech tylko do drugiego pokoju pójdę, bo jeszcze mnie usłyszy – odparł cicho mężczyzna. – Telefon zostawił w kurtce, dzwonił co chwila jak szalony, to mu chciałem zanieść, ale widzę, że się pani imię wyświetla, to myślę, a co tam, odbiorę. On i tak nie chce z nikim gadać.
– Jest w domu? – upewniła się z ulgą.
– No jest, jest… Jak wrócił, to zamknął się w pokoju, w tej swojej graciarni, walnął się na łóżko i ryczy. Już trzecią godzinę beczy jak dzieciak, a ja już nie wiem, co mam robić, żeby przestał. I boję się, żeby sobie co nie zrobił…
– Ale dlaczego? – zapytała zaniepokojona Iza. – Co się stało? Coś z Kasieńką?
– Ano – westchnął starszy pan. – Z nią.
– O matko… niech pan mówi! Coś złego się zdarzyło?
– Mhm. Rzuciła go.
– Co? – zdumiała się, nie wierząc własnym uszom. – Rzuciła? Jak to?
– No tak, mówię przecie. Sam słyszałem, jak oddała mu pierścionek i kazała więcej się na oczy nie pokazywać. Nie podsłuchiwałem – zaznaczył – ale tak głośno się darli, że nie dało się nie słyszeć. A potem wyszła, a on poleciał za nią, ale za jakiś czas wrócił, w pokoju się zatrzasnął i od tamtej pory wyje jak głupi… jakby go normalnie ze skóry obdzierali.
– Ale jak to? – nie mogła wciąż zrozumieć Iza. – Kasia zerwała zaręczyny? Dlaczego?
– A toć mówiłem, że przez tą starą czarownicę! – prychnął z oburzeniem pan Stanisław. – To ona namotała! Ta wiedźma spod piątki!
– Ach, pani Kazia – szepnęła ze zgrozą.
– No! Wie pani przecież, jaka z niej diablica w ludzkiej skórze! Spotkała ich na klatce, jak tu szli, no i nagadała dziewczynie.
– Cholera…
– Ja tego nie słyszałem, dopiero potem się domyśliłem, jak już w domu byli i Kasia pytała Kacpra, czy to wszystko prawda. Ech, co to się tu wyprawiało, pani Izo… On jej się do wszystkiego przyznał, a ona tak się, biedna, spłakała, że aż żal było słuchać, ale twardo sprawę postawiła i powiedziała, że to koniec. Szczyl na kolanach ją błagał, żeby mu przebaczyła, ale gdzie tam! Rzuciła mu pierścionkiem i z płaczem wybiegła, więcej to już nawet gadać z nim nie chciała. No i gówniarz oszalał z rozpaczy, a ja już nie wiem, co robić, nieszczęście jakie jeszcze z tego będzie… Jakby pani tu była, to może by z panią chociaż pogadał – westchnął – bo ze mną to nie chce. Nawet do pokoju mi nie da wejść, na klucz się zamknął i tylko przez drzwi słyszę, jak ryczy i po łóżku się tarza.
Oszołomiona tymi informacjami Iza nie wahała się ani chwili. Nie pomóc w tej chwili Kacprowi byłoby z jej strony zaniedbaniem, jakiego nigdy by sobie nie darowała. Co prawda miała dopilnować logistyki w firmie, obiecała porozmawiać z umówioną klientką, ale czy to ważne? Zaraz znajdzie kogoś, kto ją w tym zastąpi, a Majk, który sam już drugi dzień był poza okrętem, zrozumie przecież, że to sytuacja awaryjna.
– Panie Stasiu, zaraz tam będę – rzuciła stanowczo do słuchawki. – Jestem w pracy, niedaleko, więc zorganizuję się tylko, pogadam z koleżanką, ubiorę się i już biegnę do was. Postaram się jak najszybciej.
– A to Bogu dzięki! – ucieszył się mężczyzna. – Ratunek z nieba, pani Izo!
„Nie ma na co czekać!” – pomyślała energicznie po zakończeniu połączenia. – „Jeszcze faktycznie coś głupiego mu strzeli do głowy… muszę tam lecieć jak najszybciej!”
Bez zwłoki zdjęła zatem kelnerski fartuszek, przerzuciła przez przedramię płaszcz i chwyciwszy torebkę, w pierwszej kolejności udała się do Antka. Jako że ów po szefie i po niej samej miał największe doświadczenie w rozmowach z klientami, zleciła mu zajęcie się kobietą, która o dziewiętnastej miała przyjść na rozmowę o rezerwacji, a następnie ruszyła na poszukiwanie Klaudii. Żałowała co prawda, że dziś nie było Wiktorii, która w takich sytuacjach jako organizatorka damskiej ekipy sprawdzała się najlepiej, jednak nie miała wątpliwości, że i Klaudia stanie na wysokości zadania. Na szczęście na sali nie było jeszcze nawału klientów, dlatego znalazła ją dość szybko.
– Iza! Wychodzisz? – zdumiała się Klaudia na widok płaszcza i torebki w jej rękach.
– Tak – odparła szybko. – Będziesz musiała zastąpić mnie na jakieś dwie godziny. Ty i Antek. On już wie, co ma robić, przed chwilą z nim gadałam, a ty zorganizuj dziewczyny, które przyjdą o dwudziestej pierwszej na zmianę, dobrze? Przydzielisz je do sektorów. Aha, i trzeba będzie zadzwonić do Lidii. Zajmiesz się tym?
– Do Lidii? – zdziwiła się jeszcze bardziej Klaudia.
– Aha, już ci mówię dlaczego. Sytuacja podbramkowa. Chodzi o Kacpra.
W krótkich słowach wytłumaczyła jej sytuację, potrzebę poinformowania Lidii o tym, że Kacpra nie będzie dziś w pracy, oraz konieczność własnego wyjścia, aby wesprzeć kolegę w trudnej chwili. Klaudia popatrzyła na nią znacząco.
– Klątwa Anabelli – stwierdziła przyciszonym głosem.
– Tak – westchnęła Iza. – Właśnie tego się obawiałam. Ale pogadamy o tym innym razem, Klaudziu, teraz muszę lecieć. Zapytaj Lidię, czy da dzisiaj radę z samym Jaśkiem do ochrony, okej? A jeśli nie, to trzeba wysłać do nich Tymka. Tutaj jakoś sobie poradzicie, zresztą Chudy i Jacek niedługo będą, a przed północą ma być też szef. Mam nadzieję, że do tego czasu wrócę, ale gdyby nie, to powiedz mu, jak wygląda sytuacja. Wysłaniem Lidii wsparcia niech się zajmie Antek, poinformuj go o wyniku rozmowy z nią, dobrze?
Mówiąc to, narzucała już pośpiesznie na siebie płaszcz i obwiązywała szyję szalikiem.
– Okej – pokiwała głową Klaudia. – Zaraz to ogarnę, ale kurczę, szkoda mi Kacpra… Mam nadzieję, że to się jednak jakoś ułoży.
– Postaram się wrócić najszybciej, jak się da – ciągnęła Iza. – A czy się ułoży? – skrzywiła się sceptycznie. – Nie wiem, Klaudziu, ja też staram się być dobrej myśli, chociaż w tych okolicznościach to wcale nie jest łatwe. Dobra, dzięki wielkie i trzymaj się!
„A niech to!” – myślała, wychodząc z bramy na tonącą w padającym śniegu ulicę i ruszając pośpiesznym krokiem w stronę Narutowicza. – „Oby to były tylko przejściowe kłopoty, bo jeśli klątwa Anabelli naprawdę zadziałała, to będzie niedobrze!”
***
Pan Stanisław otworzył przed nią drzwi, nim jeszcze zdążyła ich dotknąć, widać było, że czekał na nią niecierpliwie w przedpokoju.
– I co z nim? – wyszeptała, zrzucając szybko ośnieżony płaszcz i rozglądając się, gdzie mogłaby go odłożyć, przedpokój bowiem był pusty i zakurzony z racji trwającego w mieszkaniu remontu. – Dalej płacze?
– Teraz już nie – odszepnął mężczyzna. – Pani da mi ten płaszcz, położę u siebie, bo tu brudno… i butów niech pani nie ściąga, broń Boże. Nie wiem, co z nim, już z pół godziny się nie odzywa, może zasnął ze zmęczenia? Albo sobie co zrobił – spojrzał na nią z mieszaniną zgrozy i niepokoju. – Drzwi ma zamknięte na klucz, to i wejść nie mogę, czekałem na panią. Może pani chociaż co poradzi…
– Spróbuję – westchnęła Iza, oddając mu płaszcz i ruszając do pokoju Kacpra.
W mieszkaniu panowała cisza, a drzwi rzeczywiście były zamknięte na klucz. Zastukała w nie stanowczym gestem.
– Kacper! – zawołała głośno. – Kacper, otwórz!
– Iza? – usłyszała za drzwiami przyciszony głos, a potem jakiś niezidentyfikowany rumor.
– Tak, to ja – odpowiedziała szybko, zerkając na pana Stanisława, który obserwował jej poczynania z przedpokoju. – Otwórz drzwi.
Rumor wzmógł się, brzmiało to tak, jakby na podłogę waliły się niczym domino jakieś ciężkie przedmioty, po czym klucz zachrobotał w zamku, drzwi otworzyły się i pojawiła w nich sylwetka Kacpra. Iza w pierwszej chwili cofnęła się na jego widok, wyglądał bowiem jak prawdziwe uosobienie rozpaczy – spłakany, z wygniecioną twarzą i oczami czerwonymi jak u królika, z rozczochranymi włosami, które ostatnio znowu trochę mu urosły, z rozchełstaną koszulą poszarpaną na piersi, ale przede wszystkim z chwytającą za serce miną człowieka, któremu całkowicie zawalił świat.
– Iza – powtórzył żałośnie, a z oczu popłynął mu obfity strumień łez.
Bez wahania postąpiła do przodu, wyciągając do niego obie ręce, on zaś natychmiast chwycił ją w objęcia i przytulił mocno, cały roztrzęsiony. Poczuła, jak na szyję skapują jej jego ciepłe łzy, a jego piersią wstrząsają spazmy, które chwilę potem uwolniły się w postaci głośnego, rozpaczliwego szlochu. Wiedząc, że nie ma takich słów, które w najtrudniejszych chwilach zastąpiłyby dotyk i wsparcie przez obecność, nie mówiła na razie nic, pozwalając mu się tylko tulić i płakać do woli, tym razem już nie w samotności, ale przy kimś, kto rozumie go i przede wszystkim nie potępia.
„Przed tobą ważne zadanie, dobra wróżko” – pomyślała z mieszaniną ironii i smutnej rezygnacji. – „Tu akurat nie ma dylematu, czy wtrącać się, czy nie, zwłaszcza że mleko już się rozlało, a ty nie masz sobie w tej sprawie nic do zarzucenia. Teraz trzeba jakoś go pocieszyć i nastawić pozytywnie, żeby nie zrobił czegoś głupiego, tylko wziął się w garść. Może i zadziałała klątwa Anabelli, ale jednak on sam ją sprowokował, więc trudno zwalać to wyłącznie na czynnik metafizyczny. Chociaż z drugiej strony, gdyby nie ta klątwa…”
Za jej plecami rozległ się cichy szczęk klamki – to pan Stanisław dyskretnie przymknął drzwi, zapewne zdając sobie sprawę z tego, że najlepiej pomoże bratankowi, jeśli zostawi go samego w rękach Izy. Ponieważ w pokoju nie paliło się światło, od razu zrobiło się ciemno, pomieszczenie oświetlała jedynie padająca przez okno pomarańczowa poświata ulicznych lamp sodowych, jednak nawet w tym słabym oświetleniu widać było panujący tu bałagan. Nie ulegało wątpliwości, że zawalony od podłogi po sufit różnymi rzeczami pokój Kacpra na czas remontu stał się magazynem mebli, narzędzi i materiałów budowlanych. Jedyną powierzchnią, jaką mężczyzna zostawił sobie do dyspozycji, był kawałek podłogi na środku, teraz częściowo zarzucony leżącymi w poprzek deskami, które musiały obsunąć się tam przed chwilą, powodując rumor, który słyszała przez drzwi, oraz stojące w kącie łóżko ze zwichrzoną, wygniecioną pościelą.
„Zainwestował w ten remont tyle pracy, wysiłku, pieniędzy…” – pomyślała smutno. – „A wszystko przecież dla niej, dla Kasieńki. Oby to się udało jakoś załagodzić!”
Kacper dalej szlochał i lał łzy jak dziecko, widać było, że nie tylko nie może się uspokoić, ale wręcz z minuty na minutę rozżala się coraz bardziej, ona zaś, pomna własnych doświadczeń z przeszłości, pozwalała mu na to w milczeniu. Dopiero kiedy fala łez nieco się uspokoiła, podniosła głowę, wysuwając się delikatnie z jego objęć, na co pozwolił jej bez oporu, z rezygnacją.
– Już, Kacperku – powiedziała łagodnie, podnosząc rękę i przeciągając nią po jego zarośniętym, mokrym od łez policzku. – Już troszkę lepiej, prawda?
Pokręcił głową przecząco, z trudem łapiąc powietrze.
– Stryj ci wszystko powiedział, tak? – zapytał drżącym głosem.
– Tylko trochę, ale wystarczająco, żebym wiedziała, o co chodzi – odparła, wskazując mu na rozbebeszone łóżko. – Poczekaj, pościelę to, usiądziemy sobie i wszystko mi opowiesz.
– Ja pościelę – szepnął. – I lampkę zapalę.
W świetle lampki, jaką postawił na jakimś wywróconym na bok meblu przy wezgłowiu, oboje szybko uporządkowali łóżko, Iza nakryła je kocem, który leżał w kącie zwinięty w harmonijkę, i usiedli na nim obok siebie. Kacper natychmiast ukrył twarz w dłoniach, opierając łokcie na kolanach, ona zaś wyciągnęła rękę i delikatnie pogładziła go po zwichrzonych, wilgotnych od potu włosach, które twardymi kępkami sterczały mu na wszystkie strony.
– Pani Kazimiera? – szepnęła.
Pokiwał głową w milczeniu, spinając ramiona i kark, jakby kuląc się od środka.
– Pan Stasio powiedział mi, że nagadała Kasi coś o tobie – podjęła ostrożnie. – Oczywiście domyślam się, o co poszło, ale nie znam szczegółów. Chcesz mi o tym opowiedzieć, czy wolisz nie?
Znów pokiwał głową twierdząco, po czym z trudem oderwawszy dłonie od twarzy, spojrzał na nią oczami pełnymi łez.
– Kasia powiedziała, że to koniec – szepnął drżącymi wargami. – Że już mnie nie chce znać… żebym nigdy więcej się do niej nie odzywał… Ja się zabiję, Iza.
– Przestań, Kacper – odszepnęła łagodnie. – Nie opowiadaj takich rzeczy, nawet o tym nie myśl. Ona powiedziała to w emocjach, na pewno zmieni zdanie, ale teraz, dzisiaj, musisz ją zrozumieć. Dla niej to musiał być bardzo silny szok.
– Był – pokiwał głową, a łzy strumieniem spłynęły mu po policzkach, skapując na spodnie i podłogę. – I już za samo to, co jej zrobiłem, powinienem się zabić.
– Przestań – powtórzyła stanowczo.
– Miałaś rację, Iza – chlipnął, wycierając łzy rękawem. – Stryj też, ale z nim nie będę o tym gadał. Tylko z tobą mogę… tylko z tobą. Mieliście rację, że trzeba było powiedzieć jej od razu, ja to wiedziałem, wierzyłem wam przecież, tylko, kurde, bałem się! A potem już nie umiałem… myślałem, że tak będzie lepiej… i przez to jeszcze bardziej ją skrzywdziłem!
Znów rozpłakał się, a właściwe rozbeczał w głos, jak małe dziecko, z tą tylko różnicą, że dziecko nie płacze tubalnym tenorem momentami przechodzącym w falset. Iza, która jeszcze nigdy nie widziała Kacpra w takiej rozsypce, objęła go pełnym współczucia gestem, a drugą ręką ujęła jego dłoń i uścisnęła na znak wsparcia.
– Ja nie mogę, Iza… nie mogę! – szlochał zrozpaczony. – Wiesz, co ona mi powiedziała? Że tamto to jest nic… w sensie te kobiety, co je kiedyś masowo… tego-ten… że o to by się nawet nie gniewała. Ale że to, że ją okłamałem, jest nie do wybaczenia. Wykrzyczała mi, że ją oszukałem, wykorzystałem… i że już nigdy nie będzie mogła mi zaufać… nigdy, rozumiesz?! Tak powiedziała! Że już nie ma czego ratować, bo ona za nic w świecie nie wyjdzie za takiego kłamcę i oszusta jak ja… I oddała mi pierścionek!… – rozbeczał się jeszcze głośniej. – Płakała, ale zdjęła go i oddała mi go, a potem uciekła. A jak poleciałem za nią, to już nie chciała ze mną gadać… Powiedziała mi tylko, żebym się od niej odczepił raz na zawsze, a potem wsiadła do taksówki i odjechała. Ja tego nie wytrzymam, Iza… nie wytrzymam! – zawył, znów kryjąc twarz w dłoniach. – Zabiję się! Pojadę do niej, do jej bloku, wejdę na samą górę, na jedenaste piętro, otworzę okno i…
– Przestań, Kacper! – przerwała mu surowo Iza, świadoma tego, że musi jak najszybciej wybić go z transu rozpaczy i przestawić na pozytywne myślenie. – Nie gadaj głupot, oczywiście, że nic takiego nie zrobisz! Nie zabijesz się, bo to by było za proste i za łatwe, przeciwnie, pozbierasz się i zrobisz wszystko, żeby to naprawić. Słyszysz? – szarpnęła go za ramię. – Naprawisz to i odzyskasz zaufanie Kasi. Jestem pewna, że to się da naprawić. Tylko musisz wziąć się w garść!
Kacper podniósł głowę i popatrzył na nią nie do końca przytomnym wzrokiem. Białka oczu miał tak nabiegłe krwią, że w słabym oświetleniu prawie nie było widać tęczówek, a wygnieciona, spuchnięta od płaczu twarz potęgowała wrażenie, jakby w ciągu kilku godzin postarzał się o dziesięć lat.
– Jak? – szepnął. – Ona powiedziała, że już nigdy…
– Powiedziała to pod wpływem chwili – przerwała mu łagodnie Iza. – Wtedy łatwo używa się słowa nigdy, ale czas leczy rany i jeśli Kasia naprawdę cię kocha, a jestem pewna, że tak, to za jakiś czas ci to wybaczy. Za jakiś czas, nie od razu – podkreśliła. – Tylko musisz się o to postarać, a nie świrować z jakimś skakaniem z jedenastego piętra – znów przybrała surowy ton. – Tak się nie zachowuje dorosły facet, rozumiesz? Namieszałeś, to teraz musisz wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje i pokazać jej, że jesteś poważnym człowiekiem, a nie oszołomem. Bądź człowiekiem honoru, do cholery, bądź mężczyzną! Powalcz o to, wysil się, spróbuj to naprawić, a nie głowa w piasek i skok na główkę z bloku. To nie jest rozwiązanie, Kacper. Weź się w garść i działaj, tylko konsekwentnie, a zobaczysz, że wszystko między wami się ułoży, bo kiedy ludzie naprawdę się kochają, mogą wybaczyć sobie wzajemnie wszystko. Tylko muszą dać sobie na to szansę.
– Ona mi jej już nie da – pokręcił głową z rozpaczą. – Przegwizdałem sobie u niej na zawsze, wiem o tym.
– Opowiedz mi, co się dokładnie stało – zażądała. – Wszystko, od samego początku. Kiedy to było i jak do tego doszło?
Kacper odetchnął i opuściwszy głowę, zapatrzył się tępym wzrokiem w podłogę.
– Dzisiaj po południu – odparł ponuro. – Szliśmy do domu, chciałem pokazać Kasi, co zrobiłem od wczoraj w salonie, bo udało mi się skończyć malowanie… no i na dole wdepnęliśmy na tę starą wiedźmę. Niech ją piekło pochłonie! – wycedził przez zaciśnięte zęby, zwijając obie dłonie w pięści. – Niech ją wszystkie diabły w kotle smażą, aż z niej skóra zejdzie! Niech ją…
– Kacper! – przerwała mu ostro Iza.
– Wiem, wiem, to była przede wszystkim moja wina – pokiwał głową z nagłą rezygnacją. – Ale jakbym mógł usmażyć tę czarownicę na ruszcie, to bym to zrobił, jeszcze bym sypał solą i polewał wrzątkiem, żeby lepiej skwierczało. Bałem się, że kiedyś mi to zrobi… no i zrobiła, zdzira jedna!
– Gdybyś wcześniej powiedział Kasi prawdę, nic by ci nie mogła tym gadaniem zrobić – zauważyła Iza.
– Chciałem jej powiedzieć – westchnął. – Tylko później. Przecież w końcu bym powiedział, nie ukrywałbym tego przed nią do końca życia, bo wiadomo, że to by się kiedyś i tak wydało. Ale może jakbyśmy już byli po ślubie, to by było inaczej… nie rzuciłaby mnie tak łatwo…
– Tak nie powinieneś kalkulować, Kacper – pokręciła głową z dezaprobatą. – Twoim moralnym obowiązkiem było poinformować ją o tym od razu, a nie czekać do czasu, aż uwikła się w związek z tobą na tyle, żeby trudniej jej było wyciągnąć konsekwencje. To nie jest uczciwe postawienie sprawy, mówiłam ci o tym już dawno.
– No wiem – burknął. – Ale myślisz, że to było takie proste? Bałem się, że mnie zostawi i koniec, tak jak teraz właśnie to zrobiła. A jakby była moją żoną, to inaczej by się o tym gadało. Zwłaszcza jakby już były dzieciaki… Bo ona chciała mieć ze mną dziecko! – rozpłakał się nagle znowu. – I ja też chciałem… ty nawet nie wiesz, Iza, jakie my mieliśmy plany! A teraz już nic z tego nie będzie! Wszystko stracone!
Przejęta współczuciem Iza uścisnęła mocniej jego dłoń, którą wciąż trzymała w swojej. Mimo wszystko wciąż nie potrafiła się nadziwić transformacji, jaką Kacper przeszedł w ciągu ostatnich miesięcy pod wpływem silnego uczucia.
„On serio jest już innym człowiekiem” – pomyślała. – „Rok temu takie słowa w jego ustach byłyby nie do pomyślenia, tylko jedna pani Ziuta przewidziała, że tak będzie. No właśnie! Ona już dawno mówiła, że Kacper wejdzie na dobrą drogę, a skoro tak, to przepowiednia musi spełnić się do końca… czyli Kasia musi do niego wrócić, bo on przecież bez niej sobie na tej dobrej drodze nie poradzi!”
– Nie rozpaczaj tak, Kacperku – powiedziała łagodnie. – Nie masz racji, jeszcze nie wszystko stracone. Widzę, jak bardzo kochasz Kasię, ona na pewno też to widzi i wierzę, że powolutku uda ci się naprawić ten błąd. Fakt, że to się rozegrało w najgorszy możliwy sposób, ale co zrobić, tak jest zawsze… zresztą sam dobrze wiesz, że to się kroiło od samego początku. Pani Kazimiera stała się tylko narzędziem w rękach losu, wrednym bo wrednym, ale jednak tylko narzędziem, a ty przecież od dawna wiedziałeś, czego możesz się po niej spodziewać. Skoro nadal mieszkasz tutaj i Kasia też tu bywa, to w końcu musieliście na nią wpaść, to było nieuniknione. Co ona jej w końcu nagadała?
– To co zwykle – odparł ponuro, nieco się uspokoiwszy i otarłszy łzy zasmarkanym już mocno rękawem koszuli. – Najpierw powiedziała jej, że słyszała, że jest moją narzeczoną… nie wiem, skąd to wie, pewnie stryj coś komuś powiedział i plota się rozniosła… i że jej radzi, żeby jak najszybciej ode mnie wiała, bo jestem morderca i rozpustna świnia. Że w więzieniu siedziałem za rozbój, a wcześniej co chwila różne laski tu przyprowadzałem i tak je obracałem, że się w całej kamienicy ściany trzęsły. To akurat prawda – westchnął. – Jak sobie teraz przypomnę, co wyprawiałem, to normalnie wierzyć mi się nie chce… i wstyd taki, że… ech! – machnął ręką. – Ale ja wtedy byłem innym człowiekiem, Iza. Ty mi mówiłaś, że jak się naprawdę zakocham, to dopiero to zrozumiem, i tak, kurde, było. Ale czy ta stara czarownica musiała to tak Kasi w twarz wygarniać? Coś by jej się stało, jakby mordę na kłódkę trzymała i nie niszczyła mi życia?
– Nic by się nie stało – przyznała Iza. – To było z jej strony chamskie i niesprawiedliwe, nie miała prawa się wtrącać. Ale sam wiesz, że ona już taka jest, jak się rozkręci, to nie da się jej zatrzymać.
– Nogi bym jej za to z dupy powyrywał! – warknął w nagłym nawrocie irytacji Kacper, zaciskając pięści. – Stłukłbym tak, że pióra by leciały! Sztuczną szczękę by z podłogi zbierała, ostatnich zębów by szukała pod szafą… Tylko co z tego? – głos znów mu się załamał. – To i tak nic by nie dało, a starej prukwy nie będę przecież bił. Kobieta niby. Kobieta! Tfu!
– A jak Kasia zareagowała? – zapytała Iza, pragnąc przerwać ten bezproduktywny wywód.
– Była w ciężkim szoku, dokładnie tak jak powiedziałaś – odparł cicho. – Tym więzieniem i mordercą to się ani trochę nie przejęła, wie, jak jest naprawdę, ale jak wiedźma zaczęła jej gadać o tych wszystkich Jolkach, Baśkach… Anetkach, Anitkach, Martynkach… ech! – pokręcił głową z rozpaczą. – Kasia chyba już po mojej minie widziała, że to prawda, a ja się przed nią mało co ze wstydu pod ziemię nie zapadłem. Chciałem uciszyć tę bydlaczkę, wydarłem się na nią, żeby się zamknęła, ale przez to było jeszcze gorzej.
– No tak – pokiwała głową. – Dolałeś tylko oliwy do ognia.
– Właśnie. Ale i tak to długo nie potrwało, bo szybko się stamtąd wynieśliśmy, weszliśmy po schodach, a czarownica już za nami nie leciała… tylko jeszcze trochę darła mordę z dołu. Ale to już było nieważne, ja i tak miałem przewalone – westchnął. – Pierwszy raz w życiu pokłóciliśmy się z moją Kasieńką… i pierwszy raz widziałem, żeby tak płakała. Kurde… ja sobie tego nigdy nie daruję, Iza! – znów po policzkach popłynęły mu wielkie łzy. – Powiedziałem jej wszystko, całą prawdę, nie skłamałem w niczym, ani niczego już tym razem nie ukryłem. I czułem się, jakbym ją normalnie piąchą bił po tej kochanej buzi… mnie to chyba jeszcze bardziej bolało niż ją!
– Wierzę ci – westchnęła ze współczuciem.
– Najgorzej mnie bolało, że ona płacze, a ja nie mogę jej pocieszyć – chlipnął. – Bo powiedziała, że mam jej nie dotykać, kazała mi się trzymać z daleka… uciekała ode mnie, odtrącała mnie tak, jakby się mnie brzydziła… Nie, ja tego nie ogarniam, Iza! Ja chyba ciągle nie wierzę, że to prawda…
Rozpłakał się znowu w głos, kryjąc twarz w dłoniach, a łzy pociekły mu przez palce. Iza objęła go mocniej ramieniem na znak wsparcia, w głębi serca wzruszona tak żywiołową manifestacją uczuć, które żywił wobec Kasi i które, pomimo braku szczerości w sprawach dotyczących przeszłości, same w sobie były szczere jak złoto.
„On ją kocha do nieprzytomności” – pomyślała ciepło. – „A takie uczucie nie może zostać niespełnione, zwłaszcza że przecież ma jej wzajemność. Musimy być dobrej myśli, na pewno wszystko się ułoży, po prostu trzeba na to czasu. Zresztą może i dobrze, że ta bomba pękła właśnie teraz, jeszcze przed ślubem? Wyczyszczą to sobie, poukładają i pójdą do ołtarza z czystą kartą. Tak zawsze jest lepiej.”
Kacper chlipnął jeszcze kilka razy, po czym, oderwawszy dłonie od wymiętej, czerwonej i mokrej od łez twarzy, sięgnął do kieszeni rozchełstanej koszuli na piersi, czegoś tam szukając.
– Pokażę ci – szepnął, wyciągając z niej ostrożnie mały lśniący przedmiot i kładąc go sobie na rozwartej dłoni. – Widzisz? Oddała mi go.
Był to złoty pierścionek zaręczynowy z brylantem, który kiedyś z dumą i radością pokazywał jej na zdjęciu na palcu Kasi. Kontrast pomiędzy tamtą sytuacją a dzisiejszym dniem był tak jaskrawy, że Izie ścisnęło się serce.
– I co ja mam teraz zrobić? – zapytał cicho, wpatrując się w pierścionek. – Po co ja mam dalej żyć? Po co dalej robić ten remont? Po co to wszystko? Bez niej to ja… bez niej nic nie ma sensu…
– Co masz robić? – podchwyciła stanowczym tonem Iza. – Mówiłam ci. Wziąć się w garść i spróbować to naprawić. Pokazać jej, że warto zaufać ci drugi raz.
– Ale jak? – pokręcił głową z żałosną miną. – Ona nie chce mnie widzieć… nie chce mnie znać… Jestem u niej totalnie spalony. Powiedziała, że już nigdy mi nie zaufa, że jak ktoś jest w stanie aż tak oszukać drugą osobę, to koniec. A ja przecież nie chciałem jej oszukać! – dodał z nagłą rozpaczą. – Nie chciałem jej skrzywdzić, Iza!
– Wiem, Kacper. I musisz jakoś jej to udowodnić, ale do tego najpierw sam musisz się ogarnąć, rozumiesz? Każdemu zdarzają się problemy, rozczarowania, ciężkie kryzysy w najbardziej wrażliwych obszarach, takich jak ten, ale właśnie wtedy najbardziej trzeba wziąć się w garść i działać dalej. Ja też miałam w przeszłości taki kryzys – dodała ciszej. – Wiem, co znaczy rozpacz przez złamane serce, wiem, co znaczy mieć z tej rozpaczy myśli samobójcze, ale wiem też, że najlepszym rozwiązaniem jest po prostu dalej robić swoje, a los… Bóg… zawsze jakoś to rozwiąże.
– Miałaś myśli samobójcze? – zaciekawił się Kacper.
– Mhm – skinęła głową. – I to prawie wprowadzone w czyn. Na szczęście w ostatniej chwili poszłam po rozum do głowy i udało mi się z tego wyjść, dzięki temu od tamtej pory doceniam życie podwójnie. Nikt nie ma prawa kończyć go wcześniej, Kacperku, nawet nie próbuj o tym myśleć, choćby nie wiem, co się działo. To nigdy nie jest dobra decyzja.
– Serio, chciałaś się zabić? – spojrzał na nią z mieszaniną zaskoczenia i niedowierzania, które nieco ożywiły jego spłakaną, wymiętą twarz. – Przez faceta?
– Aha – potwierdziła zdeterminowana, by w celu wybicia mu z głowy niebezpiecznych myśli poświecić własnym niechlubnym przykładem. – To było już dawno, jeszcze zanim przyjechałam do Lublina, ale tak, miałam taki moment. Kiedy mnie zostawił, nie widziałam sensu w życiu, byłam w totalnym dole psychicznym, tak jak ty teraz. W tamtym momencie myślałam, że zabić się to najlepszy możliwy pomysł, ale dzisiaj, z perspektywy, potrafię ocenić, że to było głupie jak nieszczęście. Dlatego uwierz mi, rozumiem cię i naprawdę wiem, co mówię.
– A… czyli to dlatego? – szepnął zafascynowany Kacper, jakby na chwilę zapominając o własnym nieszczęściu. – To dlatego taka z ciebie zimna ryba?
– Mhm – uśmiechnęła się smutno. – Zgadłeś. To było już dawno, sześć lat temu, ale skutki tej traumy zostały na długo i pewnie zostaną już na zawsze.
– Kochałaś go pewnie bardzo mocno? – domyślił się. – Tak jak ja Kasieńkę?
– Tak… wtedy tak, chociaż potem okazało się, że nie był tego wart, i na szczęście udało mi się w porę z tego wyleczyć. Ale to nie ma znaczenia, Kacper… każda historia jest inna, ja chcę przez to powiedzieć tylko tyle, że nie wolno pozbawiać się szansy na przyszłość. Że w każdej sytuacji trzeba się pozbierać z podłogi i iść dalej. Walczyć.
– Walczyć – powtórzył markotnie.
– Aha, walczyć jak komandos. Ja w takich trudnych chwilach zawsze wyobrażam sobie, że jestem komandosem i że muszę wytrzymać w walce, nawet jak bardzo boli. To pomaga, naprawdę. A co do Kasi – dodała łagodnie – to ja wcale nie uważam, że twoja sytuacja jest beznadziejna.
– Tak myślisz? – wyszeptał drżącymi ustami.
– Mhm. Dzisiaj zagrały między wami ogromne emocje, ale zobaczysz, że kiedy one opadną, już będzie trochę inaczej. Jutro, pojutrze, za jakiś czas… nie wiem, ile czasu będzie potrzeba Kasi na pogodzenie się z tym, co dzisiaj przeżyła, może kilka dni, może kilka tygodni, a może i dłużej. Ty na pewno będziesz musiał uzbroić się w cierpliwość i dać jej ten czas, uszanować to, że na razie chce się odciąć, to jest całkowicie normalne. Po takim czymś człowiek zawsze potrzebuje przestrzeni na przemyślenia, ale wierzę, że jak już to przemyśli, pozwoli ci wrócić. I że da ci drugą szansę.
– Tak myślisz? – powtórzył, a w jego szepcie zabrzmiała nieśmiała nutka nadziei.
– Tak – skinęła głową. – Tylko na razie musisz dać jej tę przestrzeń, o której mówię. Oczywiście nie chodzi o to, żebyś zniknął całkowicie, przeciwnie, powinieneś bez przerwy dawać jej dyskretne sygnały, że zależy ci i że czekasz na jej ruch, byle nie narzucać się jej, tylko uszanować jej potrzebę odcięcia się od ciebie na jakiś czas. Nie wiem, jak dokładnie to zrobisz, sam musisz jakoś to wyważyć… Zawiodłeś ją i to jest fakt niezaprzeczalny, ale z drugiej strony nie stało się nic absolutnie nieodwracalnego i ja naprawdę wierzę, że to się jeszcze da naprawić.
Widząc, że Kacper słucha jej jak wyroczni, ostrożnie ważyła słowa, starała się jednak przy tym tchnąć w niego jak najwięcej nadziei. Wszak w takich trudnych chwilach to właśnie nadzieja trzyma człowieka w pionie, a kiedy nawet ów upadnie, podnosi go z kolan. Czy ona sama nie przekonała się o tym najlepiej, uczestnicząc w opartym na nadziei procesie terapii złamanych serc? Co by nie powiedzieć o nadziei, jej moc jest nie do przecenienia.
Co prawda, mówiąc Kacprowi o nadziei, czuła na sobie wielką odpowiedzialność, jednak było to inne poczucie niż w przypadku ostatnich rozmów z Tomem – tu sumienie nie dręczyło jej wcale, a przez to łatwiej jej było pełnić misję dobrej wróżki. Choć czasem zdarzało jej się działać w tym względzie trochę uzurpatorsko, czuła, że jest to jej powołanie, a dowodem na to było zaufanie, jakim darzyli ją ci, z którymi rozmawiała. Wszak nawet Tom, któremu powiedziała tyle przykrych słów, nie gniewał się na nią, wręcz przyznawał jej rację, więc może ta misja mimo wszystko była potrzebna? Na pewno była potrzebna jej samej, przynajmniej nadawała jej życiu jakiś sens… Skoro sama nie mogła być w pełni szczęśliwa, może znajdzie namiastkę spełnienia w walce o szczęście innych?
– Oczywiście remontu nie odpuszczaj – tłumaczyła nieco uspokojonemu już, choć nadal zdruzgotanemu Kacprowi. – Wręcz to ci dobrze zrobi, zajmiesz się czymś sensownym, poza tym nie możesz zostawić panu Stasiowi tak rozbabranego mieszkania, odpowiedzialność wymaga, żeby to skończyć. Zresztą kto wie, może w ciągu paru dni albo tygodni wszystko się ułoży?
– W ciągu paru dni to na pewno nie – westchnął Kacper, znów wycierając nos rękawem. – Ona mi tego tak szybko nie wybaczy, ja się boję, że nie wybaczy mi wcale, sama to powiedziała. Ty nie widziałaś, jaką ona miała minę, Iza… jakie oczy… Tak jakby już mnie nie kochała, tylko nienawidziła.
– Nie mów tak, Kacperku – pokręciła głową. – Na pewno to nie jest nienawiść, po prostu ma do ciebie żal, a to jest normalne. Zaufała ci całym sercem i nagle odkryła, że oszukałeś ją co do swojej przeszłości, więc nic dziwnego, że jest w mocnym szoku. Musisz to zrozumieć i postarać się udowodnić, że mimo to zasługujesz na jej zaufanie. Bo zasługujesz – zapewniła go ciepło. – A prawda ma to do siebie, że zawsze wychodzi na wierzch. I ta dobra, i ta zła.
– No – westchnął i przeciągnął dłonią po zmęczonej, zmiętoszonej twarzy. – To się zgadza.
– Posłuchaj, Kacper – podjęła łagodnie. – Wiem, że jest ci ciężko, ale nie łam się, naprawdę. A jakbyś chciał pogadać, czy nawet popłakać sobie swobodnie przy kimś, to wal do mnie jak w dym. Pojutrze niestety wyjeżdżam z Lublina aż na dziesięć dni, ale cały czas jestem pod telefonem, więc gdyby coś trzeba było, nie krępuj się i dzwoń. Hmm?
– Okej – szepnął. – Dzięki, Iza.
– A, i jeszcze jedno. Dzisiaj nie stawiłeś się w pracy – przypomniała mu oględnie. – I to bez uprzedzenia.
– Tak – pokiwał smętnie głową. – Sorry.
– Dzisiaj to zrozumiałe, ogarnęliśmy już to, Lidia dostanie dodatkową pomoc, a ja wyjaśnię to szefowi. Ale od jutra musisz wrócić normalnie na stanowisko, jasne? Lidia potrzebuje cię do pomocy, Jasiek to jeszcze żółtodziób.
– Tak, wiem – pokiwał głową. – Jasne, Iza.
Jego wymięta, czerwona jak burak twarz wskazywała, że był już skrajnie wykończony wielogodzinnym cierpieniem i płaczem, to zaś, pomijając jego trudną sytuację psychiczną, samo w sobie budziło współczucie. Iza przyjrzała się też jego wymiętemu ubraniu, zwłaszcza zasmarkanym rękawom koszuli, w które niczym małe dziecko wycierał oczy i nos, i pokręciła głową z dezaprobatą.
– Posłuchaj, Kacper – powiedziała łagodnie. – Teraz musisz odpocząć. Założę się, że nie śpisz od rana, miałeś niesamowicie ciężki dzień, a jutro musisz być w formie, dlatego proszę, idź do łazienki się ogarnąć, a potem spróbuj trochę pospać, dobrze? Wiem, że to nie będzie łatwe, ale musisz spróbować. Sen jest ci potrzebny, żebyś jutro miał siłę w ogóle pomyśleć o tym, co zrobić dalej.
Ku jej zadowoleniu, a nawet lekkiemu zdziwieniu Kacper nie zaprotestował, lecz posłusznie wstał, by wykonać polecenie, jakby zupełnie wyłączył własną wolę. Czy to był dobry, czy zły znak? Miała nadzieję, że dobry, spodziewała się bowiem po nim o wiele gwałtowniejszych reakcji, nie tylko płaczu, ale też agresji, której ów nie wykazywał jednak nawet w najmniejszym stopniu. Nawet odgrażanie się pod adresem pani Kazi było raczej symboliczne, widać było po nim, że jest kompletnie zdruzgotany tym, co się stało, a do tego ma pełną świadomość, że stało się głównie z jego winy.
– Jak on, pani Izo? – zapytał z troską pan Stanisław, wskazując na łazienkę, która była już całkowicie wykończona w nowym standardzie i z której dobiegał teraz szum wody. – Kąpie się, to chyba dobrze?
– Chyba tak – westchnęła Iza, biorąc z jego rąk płaszcz i torebkę, które na jej prośbę przyniósł z pokoju. – Dziękuję, panie Stasiu… Mam nadzieję, że to się dobrze skończy, na razie jeszcze jest w szoku, trudno powiedzieć, co będzie jutro. Starałam się przekonać go, żeby nie tracił nadziei, tylko próbował odzyskać zaufanie Kasi, ale jeśli to mu się nie uda, to… – pokręciła głową z zafrasowaniem. – W każdym razie niech pan będzie dla niego wyrozumiały i bardzo czujny, dobrze? Ja teraz muszę biec z powrotem do pracy, ale jutro jeszcze jestem cały dzień w Lublinie, wieczorem mam wprawdzie imprezę z kolegami, ale gdyby coś złego się działo, to niech pan do mnie dzwoni. Ma pan mój numer, prawda?
***
Po wyjściu z mieszkania pana Stanisława na klatkę schodową przypomniała sobie o telefonie, który na całą rozmowę z Kacprem zostawiła w torebce. A tymczasem może dzwoniła Klaudia? Antek? Lidia? Mimo wszystko wciąż była jedną nogą w pracy, zgodnie z obietnicą daną Chudemu, powinna być obecna na linii. Rzeczywiście – skrzynka odbiorcza jej aparatu dosłownie pękała w szwach. Pierwszy był sms od Majka.
Super, dziękuję, Izula. A jak tam Twój egzamin z filozofii? Zdałaś?
„Pamiętałeś” – uśmiechnęła się, jednak zamknęła wiadomość bez odpisywania. I tak przecież dzisiaj się zobaczą – o ile oczywiście znowu nie wypadnie mu tak zwane „coś pilnego”.
Kolejna wiadomość przyszła z numeru Lidii.
Iza, ok, już słyszałam o Kacprze, przykra sprawa. Nie zawracaj sobie głowy wysyłaniem do nas chłopaków z Zamkowej, poradzimy sobie dzisiaj z samym Jaśkiem. Pozdrawiam, L.
Następnie dwie wiadomości były od Klaudii.
Iza, Lidka nie chce posiłków, mówi, że da radę.
PS. Jakaś dziewczyna Cię szukała, nie mogła czekać, powiedziała, że wpadnie innym razem. Nie zostawiła kontaktu.
„Jakaś dziewczyna?” – zdziwiła się, powoli schodząc po schodach z rozświetlonym aparatem w dłoni. – „Ciekawe kto?”
Nie miała jednak czasu, by się nad tym zastanawiać, musiała czytać dalej. Przystanąwszy w połowie ostatnich schodów wiodących już na parter kamienicy, otworzyła ostatni sms – od Magdaleny.
Iza, planuję w lutym krótki przyjazd do Lublina, chciałabym się spotkać. Kiedy będziesz dostępna? Pozdrowienia serdeczne! Madi.
No cóż. O ile poprzednie wiadomości nie wymagały odpisywania, na tę bezdyskusyjnie musiała odpowiedzieć.
Super, Madi, cieszę się i chętnie się z Tobą spotkam, tyle że teraz wyjeżdżam na dziesięć dni do domu na wieś. Będę w Lublinie tylko między 17 a 26 lutego, potem jadę na miesiąc do Belgii. Pasuje Ci to pasmo?
Wysławszy wiadomość, ruszyła dalej, pokonując ostatnie stopnie w dół, kiedy nagle światło na klatce schodowej zapaliło się i usłyszała skrzypnięcie drzwi wejściowych prowadzących z bramy. Jeszcze chwila i ku swemu zaskoczeniu stanęła twarzą twarz z… panią Kazimierą! Zmrożona jej widokiem wyprostowała się dumnie i zacisnęła wargi, próbując ominąć ją bez słowa, jednak wsparta na lasce kobieta przesunęła się, zastępując jej drogę, a na jej pomarszczonej twarzy pojawił się złośliwy grymas.
– O, a to już nawet dobry wieczór się sąsiadom nie mówi? – rzuciła kąśliwie. – Tfu! Młodzież! Niewychowane bydło, a nie młodzież!
Słowa te zadziałały na Izę jak zapalnik. Przystanęła natychmiast i odwróciła się w stronę sąsiadki, czując przepełniające ją od stóp do głów oburzenie.
– Niech się pani liczy ze słowami – odpowiedziała spokojnym, zimnym tonem, patrząc jej prosto w twarz. – Na dobry wieczór trzeba sobie zasłużyć, a jeśli ktoś tu jest niewychowany, to prędzej pani niż ja. Najgorsze jest to, że dla pani w tym wieku nie ma już nadziei na poprawę. A szkoda. Może by się pani chociaż na starość oduczyła chamstwa i bezmyślnego krzywdzenia ludzi. Nie pozdrawiam.
Po czym odwróciwszy się na pięcie, ruszyła w stronę drzwi, pozostawiając przy schodach zaskoczoną sąsiadkę, która patrzyła za nią z szeroko otwartymi oczami.
– Co?… jak?… że… – zagulgotała tylko.
Iza jednak, nie zwracając już na nią uwagi, wyszła z klatki do bramy i założywszy na głowę czapkę, a szyję owinąwszy szalikiem, szybkim krokiem ruszyła chodnikiem w stronę ulicy Zamkowej.