Anabella – Rozdział CCXX

Anabella – Rozdział CCXX

„Niedługo minie rok od twojej śmierci, Szczepciu” – myślała Iza, wpatrując się w płonącą lampkę na grobie Szczepana i Hani. – „Niby tylko rok, a jakby wieki temu…”

Na cmentarzu o tej porannej porze było pusto i zimno, w dodatku niebo wciąż ciemniało, na horyzoncie zbierały się potężne śniegowe chmury. Jako że na uczelni trwała już sesja egzaminacyjna i nie było zajęć, Iza skorzystała z okazji, by przyjechać tu, wymienić jodłową wiązankę na grobie na świeżą i zapalić znicz, wiedziała bowiem, że w kolejnych tygodniach może nie mieć na to czasu. Za dwa dni zdawała egzamin z filozofii, potem wyjeżdżała na dziesięć dni do Korytkowa, a po powrocie do Lublina będzie miała tylko kolejnych dziesięć dni na to, żeby wybrać się na cały miesiąc do Liège. Napięty do granic możliwości grafik na bieżąco uzupełniał się o różne dodatkowe zadania, dlatego nie miała pewności, kiedy znowu zdarzy się okazja, by podjechać na cmentarz.

A chciała tu podjechać, potrzebowała tego bardzo. Nie tylko po to, żeby przewietrzyć wyczerpaną intensywną nauką głowę, ale również po to, by wyciszyć się i pozbierać buzujące pod czaszką myśli. Cmentarz był wszak najlepszym do tego miejscem, panująca tu atmosfera zadumy pozwalała skupić się i oderwać od wszelkich rozpraszaczy, a do tego wygadać, w bezpieczny sposób wyrzucić z siebie wszystko, co leżało na wątrobie, zmarli bowiem, jak już dawno doszła do wniosku, byli najlepszymi i najbardziej wyrozumiałymi słuchaczami.

Po wizycie u Krawczyka i potwierdzeniu, że to on stał za inwestycjami Rolskiego, wciąż czuła lekkie nerwowe pobudzenie i niepokój, ten jednak z biegiem dni stopniowo opadał, ustępując miejsca chłodnej kalkulacji, która wcale nie wyglądała niekorzystnie. Choć czuła naturalne wyrzuty sumienia, że to przez nią osiem firm z jej rodzinnych okolic, w tym firma Roberta i Amelii, zostało wciągniętych w biznesową intrygę milionera, analiza całokształtu sytuacji wskazywała, że miało to swoje zalety, dawało jej bowiem możliwość choć częściowego kontrolowania sytuacji.

„Przynajmniej dopóki będę z nim w tak dobrych relacjach jak teraz” – zwierzała się z troską Szczepanowi i Hani. – „Bo gdyby, nie daj Boże, cokolwiek się zepsuło, to wtedy będzie podwójna klęska. Michaś powtarza mi, żebym była ostrożna, bo to jest nadal niebezpieczny człowiek, no i trudno się z tym nie zgodzić. Tyle że teraz, jeśli chodzi o Rolskiego, już i tak za późno na ostrożność.”

Zgodnie z sugestią milionera, w duchu przyznając mu rację, że lepiej nie rozpowszechniać informacji o jego udziale w tej sprawie, na razie nie wspomniała o tym nikomu, nawet Majkowi, nie mówiąc już o Robercie i Amelii. Choć miała z tego powodu wyrzuty sumienia, czuła, że tak rzeczywiście będzie lepiej dla wszystkich, poza tym zwyczajnie nie chciała straszyć siostry i szwagra, którzy, ustabilizowani w bezpiecznym przekonaniu, że panują nad sytuacją, na wieść od tym, że Rolski był tylko atrapą podstawioną przez kogoś zupełnie innego, ze stresu nie mogliby spać po nocach.

„A może powinnam wręcz podziękować panu Sebastianowi?” – skrzywiła się. – „Wykłada przecież tyle kasy, żeby wesprzeć biznesy w mojej okolicy, podejmuje ryzyko strat i twierdzi, że robi to tylko dla mnie… Tak, tyle że ja go wcale o to nie prosiłam! Owszem, podziękować, podziękuję, ale dopiero wtedy, kiedy się okaże, że to rzeczywiście nikomu nie zaszkodziło!”

Drugim tematem, którym chciała się podzielić z panem Szczepanem, była choroba Daniela. Ów nadal przebywał w szpitalu i przechodził kolejne serie badań, był bowiem przygotowywany do zaplanowanej za dwa tygodnie operacji. Wykryty w jego głowie guz był niestety nowotworowy, wprawdzie o umiarkowanym stopniu złośliwości, ale to i tak wiązało się z niebezpieczeństwem, zarówno jeśli chodzi o samą operację, jak i o ryzyko przerzutów na inne części organizmu.

Mają go operować w drugiej połowie lutego – relacjonowała jej przedwczoraj Marta. – Jak wszystko się uda, zostanie jeszcze z dziesięć dni na obserwacji i wypiszą go do domu. Szkoda, że od marca nie będę mogła go odwiedzać, bo jedziemy do Liège, ale mam nadzieję, że wtedy będzie się czuł już lepiej i wracał do zdrowia. Najgorsze do przejścia ma teraz.

Zważywszy, że były to relatywnie pozytywne wieści, Iza wreszcie odważyła się na telefon do Daniela, on zaś bardzo się z niego ucieszył i w ogóle wydawał się być w całkiem niezłym humorze. Jak wyznał jej, z jednej strony w oczywisty sposób bał się inwazyjnej operacji, ale z drugiej czuł ulgę, że diagnozę ma już za sobą i znajduje się pod specjalistyczną opieką lekarską.

Nie mam żadnych przeczuć, ani że będzie dobrze, ani że będzie źle – powiedział. – Ale przynajmniej coś z tym zaczną robić, najgorzej byłoby zostawić gnojka, żeby dalej się rozwijał. Miałyście z Martką rację, że tak mnie przycisnęłyście z tym lekarzem, jestem wam za to bardzo wdzięczny. Zwłaszcza jej… za to wszystko, co dla mnie zrobiła i ciągle robi. Kiedy ma się obok takiego anioła, łatwiej przejść przez nawet najgorsze rzeczy.

W jego głosie zabrzmiała nutka wzruszenia, którą Iza natychmiast wychwyciła i która w kontekście tego, co wiedziała o stanie uczuć Marty, nieco ją zaniepokoiła. Co prawda Marta od samego początku swej znajomości z Danielem, jeszcze z czasów Radka, stanowczo podkreślała, że są tylko zadeklarowanymi kumplami i że wspólnie ustalili to w otwartej rozmowie, jednak ona sama najlepiej wiedziała, jak może się kończyć takie niezobowiązujące kumplowanie. Owszem, Marta nadal traktowała Daniela tylko jako dobrego kolegę, ale czy on ją też? A jeśli znowu wpadnie w coś, co dodatkowo go unieszczęśliwi?

„Bo widzicie” – tłumaczyła Szczepanowi i Hani . – „Rzecz w tym, że on znowu jest niewidzialny, Martusia przecież nie patrzy na niego jak na faceta, ale czy on ma serce z kamienia? Może się mylę i to jest tylko dmuchanie na zimne, ale jeśli nie? A jeśli w tym czasie, kiedy ona tak mu pomaga w chorobie, tak o niego dba i ciągle przy nim jest, on się po cichu zaangażuje i potem będzie przez to cierpiał? Oczywiście ja sama nic z tym nie zrobię” – zastrzegła. – „Nie wolno mi się wtrącać w cudze sprawy, tego już się nauczyłam, ale szkoda by mi było Dana… Może wy jakoś byście pomogli? Wasza modlitwa więcej jest warta od mojej, a tak bardzo bym nie chciała, żeby znowu oberwał po głowie… Już i tak wystarczy mu tych kłopotów ze zdrowiem.”

Rozważania o Danielu automatycznie skierowały jej myśli również w stronę Toma, bowiem od czasu styczniowego Dnia Francuskiego i rozmowy z Majkiem wciąż łączyła te ze sobą dwie sprawy i tych dwóch mężczyzn. Z Tomem w ostatnim tygodniu widziała się tylko dwa razy i tylko przelotnie, dlatego nie zdążyła jeszcze z nim porozmawiać, mimo że miała wrażenie, iż on na swój nieśmiały i niezdecydowany sposób do tego dążył. Okoliczność ta tym bardziej sprawiała jej dyskomfort, czuła bowiem, że powinna przeprosić go za tamte niepotrzebne słowa w składziku, a do tego najchętniej miałaby to z głowy przed zaplanowanym na niedzielę wyjazdem do Korytkowa, jednak ciągle nie mogła się do tego zebrać.

„Przeprosić go, ale jakoś tak dyplomatycznie, żeby znowu bez sensu tego nie rozgrzebać” – myślała. – „Nie wiem, jak to zrobić, Szczepciu… Nie mogę przesadzać, bo jeśli chodzi o Darię, to zdania nie zmieniłam i raczej go nie zmienię, ale przecież jakoś trzeba by to zamknąć. Jedno jest pewne, muszę wyciągnąć z tej nauczki prawidłowe wnioski na przyszłość.”

Na sam koniec Iza zostawiła sobie refleksje na najbardziej osobisty temat, ten, którym nie mogła się podzielić z nikim spośród żywych.

„Boję się tego wyjazdu do Liège, wiecie?” – zwierzała się smutno. – „Z jednej strony chętnie tam pojadę, to dla mnie ważny punkt w rozwoju zawodowym, ale z drugiej co mi po tym? Zostawię tu Michasia na cały miesiąc i będę strasznie tęsknić… Boję się też, że w tym czasie wszystko się zmieni, że podczas mojej nieobecności on wywalczy wreszcie swoją Anabellę i kiedy wrócę, to tak naprawdę już nie będę miała, do czego wracać. A z drugiej strony może lepiej będzie, jeśli to się stanie właśnie wtedy? Nie będę musiała patrzeć na to z bliska, zanim wrócę, zdążę się mentalnie przygotować, uzbroić komandosa… Pytanie tylko, czy na to w ogóle da się przygotować?”

Cóż. Prawdopodobnie nie da się, ale i tak przecież jakoś będzie musiała to przeżyć. Na razie zresztą miała pilniejszy problem, mianowicie spotkanie z Natalią, na które umówiły się na jutrzejsze popołudnie w tym samym miejscu co za pierwszym razem. Natalii zależało na tym, żeby dokończyć rozmowę z poprzedniego spotkania, kiedy pilnie musiała wyjść z knajpy, ona zaś nie chciała już się wykręcać, mimo że piątkowy egzamin z historii filozofii mógłby posłużyć jej za doskonały do tego pretekst. Po co to odwlekać? Zdecydowanie wolała to mieć za sobą.

„Poza tym powinnam zaprawiać się w boju” – tłumaczyła panu Szczepanowi. – „Widywać się z nią przynajmniej od czasu do czasu, nie uciekać od tego. Może dzięki takiej wprawie mimo wszystko będzie mi trochę łatwiej, kiedy to już się stanie?”

Z westchnieniem raz jeszcze poprawiła gałązki na grobowej płycie i zerknęła na patrzącą na nią z porcelanowej fotografii twarz młodej Hani. W słabym oświetleniu pochmurnego dnia wydała jej się dziś wyjątkowo podobna do niej samej, a skojarzenie to sprawiło, że na sercu zrobiło jej się dziwnie ciepło. Na pamięć wróciła jej sylwetka blondwłosej dziewczynki ze snu ubranej w żółto-białą sukieneczkę… Czy tak rzeczywiście wyglądała mała Hania? Czy to możliwe, żeby z biegiem czasu aż tak zmieniły jej się włosy, z lnianego koloru blond na ciemne? Dziwne, ale chyba tak właśnie było, bo przecież oczy tamto dziecko miało niemal identyczne jak kobieta z fotografii… podobne też do jej własnych oczu, które to podobieństwo tak zaskoczyło Szczepana, gdy spotkali się wraz z Majkiem na zalanej deszczem ulicy. To było już ponad dwa lata temu… A co będzie za kolejne dwa?

„O tym lepiej nie myśleć” – stwierdziła przytomnie, wycofując się nieśpiesznie i ruszając ku wyjściu z cmentarza. – „Chociaż podejrzewam, że za dwa lata to już będę ustabilizowaną i spokojną, pogodzoną z losem dobrą wróżką, najgorsza psychiczna przeprawa czeka mnie prawdopodobnie w tym roku. Trudno, musisz walczyć, komandosie. Na spokojną emeryturę trzeba sobie zasłużyć”.

***

Czwartkowe przedpołudnie mijało Izie na intensywnej nauce do jutrzejszego egzaminu, a właściwie na powtarzaniu tego, co już się nauczyła, bowiem czasu miała już dzisiaj niewiele. O szesnastej była umówiona z Natalią, zakładała przy tym, że spotkanie skończy się najpóźniej do osiemnastej, dlatego od osiemnastej trzydzieści ustawiła sobie zmianę w pracy, która dziś miała potrwać tylko cztery i pół godziny. Co prawda z racji egzaminu dziewczyny z ekipy Anabelli były gotowe całkowicie zluzować ją tego wieczoru z obowiązków, ona jednak wolała nie nadużywać ich życzliwości, zwłaszcza że i tak miała już kilka godzin do odrobienia, a niebawem udawała się przecież na dziesięciodniowy urlop. Ponadto zapewniało jej to w razie czego wygodny pretekst do nieprzedłużania spotkania z Natalią oraz paradoksalnie stanowiło swoiste odprężenie umysłowe przed egzaminem, bowiem lubiana praca, która nie sprawiała jej praktycznie żadnych trudności, w porównaniu z kuciem filozofii jawiła jej się jako luksusowy wypoczynek.

Zaparzywszy więc sobie trzecią już dziś kawę, skupiała się właśnie metodycznie na zawiłościach myśli Hegla i Kanta, kiedy przyszedł sms od Natalii.

Iza, muszę znowu odwołać nasze spotkanie, wypadło mi coś pilnego. Przepraszam. Spotkamy się po Twoim urlopie, dobrze? Pozdrawiam. N.

Zdziwiona ale i ucieszona takim obrotem sprawy Iza odpisała natychmiast:

Oczywiście, rozumiem, nie ma problemu. Pozdrawiam. I.

„No i super!” – stwierdziła z ulgą i satysfakcją, odkładając telefon na biurko. – „Jeden kłopot z głowy, wręcz zrządzenie losu, dzięki temu do osiemnastej zdążę jeszcze powtórzyć dwa ostatnie wykłady!”

Zaledwie dwie lub trzy minuty później telefon znów rozświetlił się na znak przychodzącego smsa. Tym razem wiadomość nadeszła z numeru Majka.

Izulka, na którą będziesz w robocie?

Uśmiechnęła się czule do ekranu, wystukując odpowiedź samymi cyferkami: 18.30.

Świetnie, w takim razie mam do Ciebie prośbę. Zorganizujesz logistykę aż do zamknięcia? Wypadło mi coś bardzo ważnego i pilnego, raczej nie wyrobię się, żeby zajrzeć dzisiaj na Zamkową.

Świat ściemniał nagle, jakby za oknem zgasło światło dzienne. Kłująca igiełka zazdrości wbiła się w serce Izy, nie tylko sprawiając ból samym ukłuciem, ale i sączonym do krwi jadem, który był o wiele gorszy niż otwarta rana. Dwa smsy od nich dwojga wysłane do niej w ciągu zaledwie kilku minut… To przecież nie był przypadek, że i jej, i jemu nagle „wypadło coś pilnego”, nie ulegało wątpliwości, że wypadło im to samo. Coś bardzo ważnego i pilnego – czy mogła mieć jeszcze jakiekolwiek wątpliwości?

Zagryzając wargi, odpisała:

Oczywiście, nie ma sprawy. Jestem tylko do 23.00, ale dopilnuję wszystkiego, Wika i Antek zajmą się tym po moim wyjściu.

Majk zareagował natychmiast.

Dziękuję, elfiku. Pamiętam, że masz jutro egzamin, dlatego ustaw tylko resztę brygady i wyjdź o planowanej porze.

Odesłała mu krótkie Ok, a w tym samym momencie przyszedł kolejny sms.

I jeszcze raz dzięki, to naprawdę ważne. Kiedyś wszystko Ci opowiem.

Ostatnie zdanie było opatrzone emotką uśmiechu.

„Tak, bardzo na to czekam” – skrzywiła się Iza. – „Wręcz nie mogę się doczekać, kiedy poznam wszystkie szczegóły.”

Dobrze – odpisała krótko i odłożywszy telefon na biurko, sięgnęła po kubek z kawą.

Czy to nie ironia losu, że oboje, prawdopodobnie umówiwszy się na spotkanie, napisali do niej w tej samej sprawie niemal w jednej chwili? Z Natalią przypadkowo była umówiona na dziś, zaś Majk potrzebował jej do organizacji logistyki w firmie, dlatego z takiego czy innego powodu oboje, każdy niezależnie, musieli zwrócić się do niej, jednak żadne z nich nie zdawało sobie sprawy z efektu, jaki wywarła na niej ta synchronizacja.

„Gdybym dotąd nie wiedziała, kim jest Anabella, dzisiaj już pewnie bym się tego domyśliła” – stwierdziła, upijając łyka kawy. – „Taki to przywilej królowej zaplecza, że zna sytuację od kuchni i prędzej niż inni może wyciągnąć wnioski. Ciekawe, jakie jeszcze przyjemne skutki pociągnie za sobą ten przywilej… Może nadzór nad prawidłowym przebiegiem imprezy weselnej? Niewątpliwie. Komu innemu pan młody powierzy tak odpowiedzialne zadanie, jeśli nie swojej zaufanej zastępczyni?”

Przed oczami jej wyobraźni przepłynęła seria obrazów z tego nieuniknionego przecież wydarzenia, które odbędzie się oczywiście w Anabelli przy Zamkowej sześć – bo gdzie by indziej? Na obrazach tych wszystko, łącznie z młodą parą, było rozmyte, jakby przysłonięte mgłą, wyraźnie widziała tylko jedną postać – samą siebie. Ubrana w elegancką złocistą suknię, tę samą, którą miała na weselu Kingi i Andrzeja, z włosami spiętymi w kok a la Hania, nadzoruje na zapleczu ostatnie przygotowania do imprezy… Sprawdza nakryte białymi obrusami i ubranie kwiatami stoliki na sali… podaje tacę z kieliszkami – tymi kieliszkami – napełnionymi wódką i stłuczonymi na szczęście, a potem pilnuje, żeby szkło zostało dokładnie uprzątnięte… Pilnuje też, niczym profesjonalny podczaszy, by na żadnym ze stolików nie zabrakło wina, a kiedy państwo młodzi i goście tańczą na parkiecie, koordynuje zmianę talerzyków i sztućców… Przewodniczy ekipie wwożącej na salę tort weselny wśród iskier zimnych ogni, a potem osobiście podaje nóż do ukrojenia pierwszej porcji…

„Dobra, wystarczy!” – przerwała sobie, nieco zbyt głośno i gwałtownie odstawiając na biurko pusty kubek po kawie. – „Koniec z rozpraszaniem się, wracamy do filozofii i kujemy te ostatnie dwa wykłady aż do osiemnastej, jasne? Bez ani minuty przerwy!”

***

Po przybyciu do lokalu Anabelli, gdzie na sali zbierało się już coraz więcej gości, Iza natychmiast ogłosiła kolegom, że szefa dzisiaj nie będzie, i rozdysponowała zadania osobom, które miały jej pomagać w koordynowaniu pracy aż do zamknięcia klubu o godzinie drugiej nad ranem. Sama nie mogła zostać dłużej, niż to było przewidziane, w każdy inny dzień tak, ale nie tuż przed egzaminem z filozofii, o którego zaliczenie na ocenę pozytywną miała zamiar powalczyć do końca.

„Tylko proszę, nie pytajcie mnie dzisiaj o nią” – pomyślała, kiedy, wracając z tacą i karteczką z zamówieniami z sali, z daleka dostrzegła przy barze u Wiktorii żywo rozprawiających grupę koleżanek. – „Jutro, pojutrze, okej… ale nie dzisiaj. Ja już na dzisiaj mam naprawdę dość!”

Na szczęście żadna z koleżanek ani pomyślała o Natalii, miały bowiem dziś na warsztacie o wiele pilniejszy i bardziej ekscytujący temat, mianowicie dalszy ciąg przebojów Klaudii z Bartkiem i sprawą zaginionej już od półtora miesiąca Mileny. Jak się okazało, zdenerwowana Klaudia przyszła dziś do pracy prosto z posterunku policji, gdzie została wezwana na długie i męczące przesłuchanie.

– Ale czekaj, mów jeszcze raz od początku – zażądała Ola, która dołączyła do Wiktorii i Klaudii tuż przed Izą. – I po kolei. Jak wygląda sytuacja? Jest jakiś nowy trop w sprawie Mileny? Albo chociaż jakaś hipoteza?

– Nie wiem – pokręciła głową Klaudia. – Policja mi przecież nic nie powie, jestem osobą postronną, tyle że zeznaję jako świadek. Ale z drugiej strony, gdyby nie było żadnej hipotezy, to po co znowu by mnie wzywali w sprawie Bartka? Maglowali mnie dzisiaj prawie trzy godziny, wszystkie pytania, jakie mi zadawali, były  tylko i wyłącznie na jego temat!

– Widocznie jest podejrzany – przyznała Wiktoria. – Ale może to normalne? Mąż zaginionej chyba zawsze jest w kręgu podejrzanych, policja po prostu musi sprawdzić każdy drobiazg w jego alibi.

– Ale przecież ja nic nie wiem o jego alibi! – prychnęła Klaudia. – W czasie, kiedy Milena zniknęła, już się z nim nie spotykałam, w ogóle nie miałam z nim kontaktu!

– Więc może sprawdzają, czy faktycznie nie miałaś – zauważyła Iza. – Pytali cię o twoje alibi, czy tylko o niego?

– Tylko o niego – odparła ponuro. – Ale o wszystko, łącznie z tym, jaka jest jego ulubiona pasta do zębów. A skąd ja niby mam takie rzeczy wiedzieć? Nigdy nie rozmawiałam z nim o paście do zębów!

– Kto wie, może to też jest ważne – poddała Ola. – Oni na pewno wiedzą, co robią.

– Pewnie tak – westchnęła Klaudia – ale powiem wam, że ja już mam tego naprawdę powyżej dziurek w nosie. Nie wiem, po co się w to wpakowałam, to chyba miała być jakaś nauczka od losu. Żebym na drugi raz od najprzystojniejszych facetów idealnie w moim typie trzymała się z daleka!

– Klaudia? – zagadnął nagle Chudy, który właśnie w towarzystwie Tyma podszedł do nich z głębi sali. – Możemy zamienić z tobą dwa słowa?

Klaudia spojrzała na niego z niepokojem.

– No. A o co chodzi?

– Tym mówi, że znowu miałaś wezwanie na policję. Byłaś tam? O co cię pytali?

– A jak myślisz? – wydęła wargi. – Oczywiście o niego.

Chudy i Tym wymienili znaczące spojrzenia. Tymczasem Iza, widząc, że grupa kolegów zbierająca się przy barze stała się już zbyt duża, ruchem ręki nakazała im wycofanie się na zaplecze.

– Dobra, słuchajcie, nie stójmy tak tutaj – powiedziała. – Łukasz, Tymek i Klaudia, wy stańcie sobie tam w korytarzu i rozmówcie się, jak musicie, tylko streszczajcie się, okej? A my z Wiką i Olą wracamy do roboty. Potem pogadamy, teraz trzeba popchnąć trochę zamówienia.

Pozostawiwszy Klaudię z obydwoma ochroniarzami, których wyjątkowo zainteresowała jej dzisiejsza wizyta na komisariacie, udały się razem z Olą do kuchni, by zlecić kucharkom zebrane na sali zamówienia.

– Mam nadzieję, że ta Milena się znajdzie – powiedziała Ola, kiedy przystanęły przy blacie do wydawania zamówień w oczekiwaniu na swoje tace. – Klaudia niby się trzyma, ale jednak widać, że to ją dużo kosztuje, a najgorsze są te wyrzuty sumienia. Ona ciągle się martwi, że źle zrobiła, ujawniając przed Mileną drugie życie Bartka.

– Dziwisz się? – westchnęła Iza. – Ja na jej miejscu też miałabym wyrzuty, przecież tej kobiety i dziecka nie ma już od półtora miesiąca i nikt nie potrafi ich znaleźć.

– To było nawet w wiadomościach, wiesz? Widziałam reportaż na ten temat i parę artykułów w necie. Nikomu na razie nie postawili zarzutów, po prostu szukają i apelują do ludzi, żeby zgłaszali się, jeśli cokolwiek wiedzą.

– Paskudna sprawa – pokręciła głową Iza. – I widzisz, jak to jest? Chciała być uczciwa, poinformowała dziewczynę o wyczynach pana męża, żeby dać jej szansę na stanięcie w prawdzie, a tymczasem wychodzi na to, że tylko niepotrzebnie się wtrąciła, bo i jej, i sobie niechcący narobiła przez to kłopotów. O ile oczywiście zniknięcie Mileny ma związek ze zdemaskowaniem Bartka – zaznaczyła. – Bo tego chyba policja nadal jeszcze nie ustaliła ostatecznie.

Obie popatrzyły ze współczuciem w stronę koleżanki, która w głębi korytarza rozmawiała z pochylonymi ku niej, słuchającymi uważnie jej relacji Chudym i Tymem.

– Ale w sumie dobrze, że chłopaki ją wspierają – zauważyła Ola. – Widać, że się przejęli, zwłaszcza Tym, chociaż Chudy też… Tymek to w ogóle chyba wpadł na serio, wiesz? – mrugnęła do niej z rozbawieniem. – Widziałaś, że ciągle chodzi z tym plecakiem, co dostał od niej na dowód wdzięczności za odprowadzanie po robocie? Już ze dwa tygodnie codziennie go nosi.

– To akurat nic nie znaczy – odparła sceptycznie Iza. – Jak mu się spodobał, to dlaczego miałby go nie nosić? Zwłaszcza że jest bardzo zgrabny, nieduży ale pakowny… Ja bym się tu nie doszukiwała nie wiadomo czego, Olciu.

– A ja myślę, że jednak coś w tym jest – uśmiechnęła się Ola, po czym skrzywiła się i machnęła ręką. – Ale i tak nic z tego nie będzie, bo Klaudia nie jest ani trochę zainteresowana. Zresztą wcale jej się nie dziwię, Tym to tylko Tym. W sumie niby śmieję się z tej waszej klątwy Anabelli, ale jak czasem popatrzę, co tu się dzieje, to nie mogę nie przyznać, że coś w tym jest… Kompletna kicha na wszystkich frontach. Może chociaż szefowi się uda – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – A jak on zdejmie tę klątwę, to dopiero pójdzie lawina!

Iza uśmiechnęła się tylko, dając jej znak, że czas zabierać tace z zamówieniami, które Eliza i Angelika właśnie wyłożyły na blat przy wejściu do kuchni. Kiedy zmierzały z nimi na salę, zauważyły, że Klaudia, Chudy i Tym zniknęli już z korytarza, co oznaczało, że wrócili na swoje stanowiska, zaś w wejściu na zaplecze wpadły na przybyłą na swoją zmianę Zuzię, która, z policzkami zaróżowionymi od zimnego powietrza, w biegu rozpinała na sobie i ściągała mokrą od śniegu kurtkę.

– Już jestem, proszę pani! – zameldowała się Izie. – Na jakim sektorze dzisiaj mam pracować?

– Cześć, Zuzanko, idź na D – odparła Iza, nie zatrzymując się, tylko odwracając ku niej głowę. – Pomożesz tam Patrycji.

– Tak jest! – odparła dziewczyna z takim zapałem, że Iza nie mogła powstrzymać uśmiechu.

Wkrótce jednak, gdy każda udała się w swoją stronę, by poroznosić zamówienia, znowu spoważniała, wspominając przedpołudniowe, znacząco zsynchronizowane smsy.

„Może chociaż szefowi się uda” – powtórzyła w myśli słowa Oli. – „Oczywiście, że się uda, nie ma co do tego wątpliwości! Już nad tym pracuje, to kwestia niedługiego czasu. Zresztą kto wie, może jeszcze parę innych osób z naszej ekipy naprawdę skorzysta na zdjęciu klątwy Anabelli? Tym bardziej gra jest warta świeczki, powinnam trzymać za niego kciuki… ech! Może to i dobrze, że jadę do Liège? Wolałabym trzymać te kciuki na odległość i wrócić dopiero, kiedy już będzie po wszystkim.”

Kiedy czekała pod kuchnią na realizację kolejnych kilku zamówień, korytarzem z sali nadciągnęły Ola i Klaudia, obie zaśmiewając się w kułak, co w przypadku Klaudii było dość zadziwiające, zważywszy na wisielczy humor, jaki dziś prezentowała.

– Nadal jestem wkurzona – zapewniła, odpowiadając na pytanie Izy. – Ale weź tu się nie śmiej, jak tam się takie rzeczy odwalają! Widziałaś, że cygan przyszedł?

– Jaki cygan? – zdziwiła się. – Ach, ten od Zuzi? – przypomniała sobie. – Nie, nie widziałam. A co się odwala?

– Szkoda, że tego nie widziałaś! – zaśmiała się Ola. – Cygan przyszedł jakieś pół godziny temu, ale z początku tylko stał przy drzwiach i obczajał, gdzie by tu się strategicznie ulokować. Ja akurat szłam tamtędy, żeby pokazać klientce, gdzie jest łazienka, więc go zauważyłam, a potem pokazałam Klaudii i Wice.

– A mnie od razu humor się poprawił – dodała Klaudia. – Siadł oczywiście na D, bo już się zorientował, że tam dzisiaj Zuzka obsługuje, no i niedługo potem ona też go zauważyła. Ale chyba wcale nie była zachwycona.

– Mniej więcej taka reakcja jak kiedyś Lidia na Teofila! – prychnęła śmiechem Ola. – Ale oczywiście obsłużyła go, jak należy, a on ją co chwila zagadywał i zatrzymywał przy stoliku, gołym okiem widać, po co tu przyszedł. No i słuchaj, trafiło się akurat, że kiedy gadałyśmy chwilę z Klaudią i Wiką przy barze, przyszedł Chudy, bo chciał jeszcze raz podpytać Klaudię o te zeznania na komisariacie.

– A ja mu powiedziałam, że mam dość tego tematu i żeby dał mi już spokój – dokończyła Klaudia. – Tylko żeby pilnował swojej Wunderwaffe, bo mu ją ktoś podwędzi! Żałuj, że nie widziałaś jego miny!

Roześmiały się obie z Olą.

– Jaką miał minę? – zaciekawiła się Iza.

– Głupią i zaskoczoną – wyjaśniła Klaudia. – A do tego wzrok tęskniący za rozumem, bo oczywiście w pierwszej chwili kompletnie nie zrozumiał, o co nam chodzi. Mówiłam przecież, że tak będzie! – parsknęła śmiechem. – Musiałam mu wyjaśnić, że Zuzka ma kolegę ze szkoły wieczorowej, który do niej podbija i właśnie znowu przyszedł, pokazałam mu go z daleka i dopiero wtedy coś do niego dotarło.

– Oczywiście nie przejął się tym… niby! – dodała Ola. – Wzruszył ramionami i powiedział, że nie wnika w prywatne znajomości Zuzi i w ogóle nie rozumie, po co mu to mówimy. Jak to Chudy, nie? Więc już spisałyśmy go na straty, ale parę minut potem okazało się, że jednak go trafiło!

– Czyli? – uśmiechnęła się Iza, rozbawiona ich podekscytowaniem.

– Parę minut później idę na stoliki i widzę go pod ścianą – odparła Klaudia. – Stoi tłumok w kącie, niby obserwuje salę, jak na ochroniarza przystało, ale jakoś dziwnie gapi się tylko w jeden punkt. Zgadnij, w jaki.

– Na cygana – domyśliła się Iza.

– Dokładnie. Gapił się tak, że oczu od niego nie odrywał!

Roześmiały się, tym razem już wszystkie trzy.

– Aha, ja też to widziałam! – przyznała Ola. – Jak Klaudia powiedziała mi, że Chudy robi rozpoznanie przeciwnika, od razu podeszłam bliżej, dla niepoznaki zapytałam Patrycję o jakąś pierdołę i przyjrzałam mu się. Patrzył na tego biednego cygana jak jastrząb albo inny sokół! Ja to się aż zastanawiam, Klaudia, czy dobrze zrobiłyśmy, że go uświadomiłyśmy, wiesz? Bo jeszcze się okaże, że przez to naraziłyśmy tego Bogu ducha winnego chłopaczka na niebezpieczeństwo.

– E, bez przesady – wydęła wargi Klaudia. – Chudy nie jest z tych, co biją słabszych, zresztą niby za co? On się przecież nie wtrąca w prywatne znajomości Zuzi – podkreśliła, przedrzeźniając ton Chudego – więc niech będzie w tym konsekwentny. My dałyśmy mu tylko do myślenia.

– Ale za to jak! – zaśmiała się znowu Ola. – Po tej akcji ja już dzisiaj mam zrobiony dzień!

„Przesadzają” – pomyślała Iza, wróciwszy z tacą na salę. – „Łukasz może i się zaciekawił, jak mu pokazały tego Maćka, ale w tym sensie to go na pewno nie ruszyło. No… a gdyby jednak? Życzyć tego Zuzi, czy nie życzyć? Na pierwszy rzut oka cygan pasuje do niej sto razy bardziej i widać, że mu zależy, ale gdyby Chudy… E tam! Bzdura” – wzruszyła ramionami. – „Nawet gdyby, to i tak klątwa Anabelli zrobi swoje, więc w ogóle nie ma o czym mówić.”

Mimo to nie mogła się powstrzymać, żeby przy pierwszej okazji, kiedy znalazła się w pobliżu sektora D, nie zerknąć na wciąż przebywającego tam Chudego. Owszem, stał w miejscu, o którym mówiły dziewczyny i od czasu do czasu zerkał w stronę stolika, przy którym samotnie siedział cygan, ale, wbrew relacji Oli, wcale nie skupiał na nim jastrzębiego wzroku, a jego twarz nie wyrażała żadnych szczególnych emocji.

„No właśnie” – pomyślała z pobłażaniem. – „Nie wyobrażajcie sobie za dużo, dziewczyny, Chudy to twardy zawodnik, pod tym względem chyba najtwardszy, jakiego znam. A że Zuzkę bardzo lubi i chce dla niej dobrze, normalne, że lustruje typa, który do niej uderza. Po przyjacielsku” – skrzywiła się lekko. – „Wbrew pozorom, w niektórych przypadkach to słowo wcale nie ma podwójnego znaczenia.”

Jakieś pół godziny później, kiedy zmierzała w stronę konsoli zamienić kilka słów z Antkiem, zauważyła, że cygan znów zatrzymał Zuzię przy stoliku, przytrzymując ją za nadgarstek. Choć dziewczyna z początku próbowała się wycofać, kiedy Maciek wskazał jej coś w otwartej karcie z menu, bez oporu podjęła rozmowę, tłumacząc mu coś z przejęciem, a następnie, kiedy zadawał kolejne pytania, przysiadła obok niego na krześle i oboje pochylili się nad kartą z głowami tak blisko, że jej jasne półdługie włosy podpięte po bokach spineczkami stykały się z czarną czupryną chłopaka.

Iza uśmiechnęła się na ten widok z aprobatą i sympatią, jednak znów nie mogła się powstrzymać, by nie zerknąć w stronę, gdzie stał Chudy, by sprawdzić jego reakcję. Jego jednak już tam nie było, a krótki rzut oka na zegar nad barem przypomniał jej, że w istocie nadeszła godzina, kiedy ochroniarze zmieniali wartę, więc zapewne udał się już do domu.

„A szkoda” – pomyślała, jeszcze raz zerkając z rozbawieniem na Zuzię i Maćka. – „Tylko by się potwierdziło, że dziewczyny przesadzają. Ale nic straconego, jeszcze zdążą się o tym przekonać, młody pewnie będzie tu stałym bywalcem.”

Wątek Chudego, Zuzi i jej cygana był jej dziś bardzo na rękę, podobnie jak kolejne echa problemów Klaudii z Bartkiem, wszystkie te tematy zastępcze pozwalały jej bowiem uciekać myślami od tego, co tliło się w pamięci, ale dzięki temu przynajmniej nie wychodziło na pierwszy plan. Mimo to i tak pod czaszką błądziły pytania, które nawet nie wymagały formułowania explicite. On i ona… co teraz robili? Czy w czasie, kiedy tu, w Anabelli, trwał normalny wieczór pracy, oni przeżywali jakieś niezapomniane chwile, które wkrótce poprowadzą ich do upragnionego celu? Gdzie byli? Może w mieszkaniu Majka? W jego salonie albo w kuchni… w sypialni, świątyni filozofii księżycowej…

Gwałtowny i bolesny ścisk serca nakazał jej natychmiast zająć myśli czymś innym. Czymkolwiek, byle je zaangażować, byle niechciane obrazy przysłoniły się i zamazały przed oczami, choć odrobinę straciły moc oddziaływania na nerwy i wyobraźnię.

„Egzamin” – przypomniała sobie metodycznie. – „Może mała powtórka z Arystotelesa? Albo nie, lepiej z Kanta, Kant jest zdecydowanie najgorszy. Plus ta najnowsza, bo tam to już kompletnie pływam po powierzchni.”

Lecz Arystoteles i Kant to filozofowie, a słowo filozofia bolało dziś wyjątkowo, więc czy to na pewno był dobry pomysł? Może właśnie lepiej unikać dziś wszystkiego, co związane było z tym obszarem?

– Tak, oczywiście, mamy frytki – odpowiedziała uprzejmie na pytanie zadane jej właśnie przy jednym ze stolików. – Ile porcji podać? Czy do tego jakiś dip?

Rutyna codziennych czynności, a w tle ta dręcząca, nieznośna myśl – jak długo to wytrzyma? Czy będzie w stanie dalej pracować u Majka, jeśli on… i tamta?… Czy zdoła jakoś się na to uodpornić, a w zamian przynajmniej widywać go na co dzień i od czasu do czasu sięgnąć po jakiś okruszek szczęścia, na który, jeśli odejdzie stąd, na co dzień nie będzie miała szans? Co byłoby gorsze? Tak wiele miała w tej materii do przemyślenia! Może to i dobrze, że cały marzec spędzi w Liège? W takich sytuacjach jak dziś dobitnie czuła, że to kilkutygodniowe rozstanie z nim, choć nie będzie łatwe, z punktu widzenia strategicznego bardzo jej się przyda.

Jej zmiana w pracy powoli się kończyła, zgodnie z obietnicą daną Majkowi, zadbała o to, by pod jej nieobecność Wiktoria i Antek dopilnowali organizacji pracy zespołu aż do zamknięcia lokalu. Ze względu na trwającą sesję egzaminacyjną ruch klientów w wieku studenckim był raczej umiarkowany, więc nie miała przynajmniej poczucia, że zostawia okręt bez sternika.

– No to powodzenia, Iza! – życzyła jej Wiktoria, kiedy ubrana już w płaszcz zatrzymała się na chwilę przy barze. – Nie pokazuj się jutro bez co najmniej trói z egzaminu! Mnie jutro nie będzie, mam dzień wolny, ale pogratuluję ci w sobotę. Na którą masz zmianę?

– Dzięki, Wika. W sobotę jestem od początku, od dwunastej. Ale tylko do szesnastej, potem idę do kolegi na imprezę po sesji, a w niedzielę rano już jadę do domu.

– No to kicha – zmartwiła się – bo ja w sobotę przychodzę dopiero na osiemnastą.

– Czyli de facto zobaczymy się dopiero po moim urlopie, siedemnastego – stwierdziła Iza.

– Uuu, to długo! – stwierdziła Wiktoria. – Jak ten szef sobie bez ciebie poradzi, to ja nie wiem… no, ale pomożemy mu, spoko, będzie dobrze. W takim razie buźka, Iza, trzymaj się i baw się dobrze! – dodała, wychodząc zza baru, żeby ją uścisnąć. – Odpocznij sobie chociaż trochę na tych feriach.

– Postaram się, dzięki. Aha, w poniedziałek ominie mnie dyżur u Lidzi – zaznaczyła Iza, chętnie odwzajemniając jej uścisk. – Ale już umówione, że jak wrócę, odrobię podwójnie i może zrobimy jeszcze jakiś zlot czarownic przed moim wyjazdem do Liège?

– O, świetny pomysł! – przyznała Wiktoria. – Pogadam z dziewczynami i tym razem musicie przyjść do mnie. Lidia też. Coś się wymyśli z jej chłopcami, zaklepiemy na ten wieczór Zuzię, żeby ich przypilnowała… ale to dopiero po Dniu Francuskim, nie?

– Tak po dwudziestym. Dogadamy jeszcze, jak wrócę. Dzięki, Wika, trzymaj się i pozdrów ode mnie wszystkich, z którymi jutro i pojutrze nie zdążę się pożegnać. Pa!

Kiedy zmierzała do drzwi, zauważyła, że adoratora Zuzi już nie było przy stoliku, mimo że dziewczyna nadal uwijała się z Patrycją na sektorze D. Nim jednak zdążyła wyjść na korytarz, drogę niespodziewanie zastąpił jej Tom, który godzinę wcześniej zmienił Chudego na stanowisku przy drzwiach.

– Iza? – zagadnął. – Mogę cię o coś zapytać?

– Jasne – odparła, w duchu nawet ucieszona tą okolicznością.

I tak chciała z nim porozmawiać, a zważywszy, że dziś potrzebowała jak najwięcej zajmować głowę czymś względnie neutralnym, moment był idealny, aż się dziwiła, że sama na to nie wpadła.

– Bardzo się śpieszysz? – zapytał Tom, kiedy wyszli na schody i dudniąca na sali muzyka nieco przycichła.

– Nie tak bardzo – odparła ciepło. – Zresztą dobrze się składa, bo i ja chciałam zamienić z tobą dwa słowa.

– Ja muszę tam pilnować – ruchem głowy wskazał na wejście na salę. – Ale muszę cię zapytać, bo jutro i w sobotę mnie nie ma, a słyszałem, że ty potem wyjeżdżasz na dziesięć dni. Chodzi mi o to, o czym gadaliśmy wtedy, na Dniu Francuskim – spojrzał na nią zmieszany. – Ale nie o Darię, tylko o to drugie… no wiesz.

– Wiem, Tomciu – pokiwała z powagą głową Iza. – Niepotrzebnie nagadałam ci takich rzeczy, to było z mojej strony kompletnie nieprzemyślane i w dużym stopniu niesprawiedliwe. Przepraszam.

– Nie, no co ty, Iza… – zmieszał się jeszcze bardziej. – Właśnie dobrze, że mi nagadałaś, miałaś rację. Ja od dwóch tygodni myślę tylko o tym, cały czas się zastanawiam nad tym, co mi powiedziałaś o… o tamtej hipotezie. Bo niby mówiłaś, że to hipoteza, ale też opowiadałaś to trochę tak, jakby się naprawdę wydarzyło, więc już sam nie wiem – odwrócił wzrok i zagapił się w czubki swoich butów. – A to dla mnie bardzo ważne.

– Nie powinnam była tego mówić. W ogóle nie powinnam była wtrącać się w twoje sprawy.

– Ale dlaczego? – zdziwił się. – Przecież sam cię o to prosiłem. Lubię rozmawiać z tobą na takie tematy, zawsze mnie wysłuchasz i dobrze mi doradzasz, tylko ja nie zawsze umiem z tego skorzystać. Bez tych rozmów to już w ogóle nie wiedziałbym, co robić i co myśleć.

Iza pokręciła głową bez przekonania.

– Serio – ciągnął Tom. – To nie jest tak, że do mnie to nie dociera, Iza. Tylko ja po prostu czasem nie wiem, jak to wszystko ugryźć. Z Chudym o tym nie pogadam, bo zaraz się nabija albo wkurza się na mnie, że jestem debil, Antek o takich sprawach w ogóle nie chce rozmawiać, z szefem się wstydzę, a inne dziewczyny… nie – skrzywił się. – Z dziewczynami się nie da, nawet bym się nie odważył. Tylko z tobą.

– No, okej – westchnęła, mimo wszystko nieco podniesiona na duchu tymi zapewnieniami. – Ale jednak to jest bardzo delikatny teren, nie chciałabym niechcący wpakować cię na jakąś minę. W tych sprawach decyzje każdy musi podejmować sam.

– No, ja wiem – zgodził się bez wahania Tom. – Przecież nie podejmujesz ich za mnie. Chodzi tylko o to, żeby czasem pogadać, nawet nie wyobrażasz sobie, jaki jestem ci za to wdzięczny… No, ale nie chcę cię przetrzymywać – zreflektował się, widząc, że Iza rozpina na sobie zapięty już wcześniej płaszcz. – Gorąco tu, a ty chcesz wracać do domu, dlatego tylko minutkę, okej? Odpowiedz mi tylko na tamto pytanie.

– Jakie pytanie?

– No tamto – zmieszał się znowu. – Czy to, co mówiłaś wtedy o… wiesz o kim, nie? Czy to naprawdę była tylko hipoteza?

Iza spojrzała na niego z wahaniem, jednak nie miała zamiaru kłamać. Skoro już wywołała temat, musiała to jakoś zakończyć, wybrnąć z tego z twarzą, a przy tym nie zrobić niczego, przez co później musiałaby świecić oczami ze wstydu. Zwłaszcza przed Beatą, która przecież wcale jej się nie zwierzała, więc jakim prawem ona miałaby wyciągać daleko idące wnioski z samego jej zachowania i jeszcze do tego mówić o tym Tomowi? Wtedy, na Dniu Francuskim, była zbyt sfrustrowana, by prawidłowo ocenić sytuację, ale dziś była już mądrzejsza o tamto doświadczenie, zwłaszcza o rozmowę z Majkiem na temat Pabla i Lodzi w kontekście wtrącania się w cudze sprawy.

– Chodzi mi o to, czy ona tu była przed świętami – ciągnął skonfundowany Tom, a po jego minie widać było, że wyduszenie z siebie tych słów kosztuje go ogromny wysiłek. – Wtedy, co siedziałem przy stoliku z Darią. Powiedz mi, Iza… była, czy tylko to sobie wymyśliłaś, żeby mi dołożyć?

– Była – odparła zgodnie z prawdą. – Ale wpadła tylko na chwilę, chciała skosztować quiche lorraine i zaraz wracała do domu, była w Lublinie załatwić jakąś sprawę… nie pamiętam, ale bodaj coś na uczelni. Natomiast ta hipoteza, o której mówiłam, czyli że przyjechała tu, żeby się z tobą zobaczyć, ale odstraszył ją widok Darii, to już tylko moja interpretacja, bo ona nic mi o tym nie mówiła. Faktem jest, że powiedziałam to, bo chciałam ci trochę dołożyć – przyznała ze skruchą. – Ale teraz cofam to i jeszcze raz przepraszam.

Tom, którego twarz mieniła się mieszaniną emocji, pokręcił głową na znak, że nie chce przeprosin.

– Czyli była – szepnął. – I to ja to spieprzyłem… kurde.

Iza łagodnym gestem położyła mu dłoń na ramieniu.

– Zostawmy to już, Tomciu. Naprawdę niepotrzebnie wtedy o tym wspomniałam, nie miałam złych intencji, ale wyszło, jak wyszło, na drugi raz będę bardziej uważać na to, co gadam. Przepraszam, że bez sensu namieszałam ci w głowie.

– Nie, przestań, Iza – odparł, podnosząc głowę i spoglądając na nią z ożywieniem. – Bardzo dobrze, że mi to powiedziałaś, jestem ci za to wdzięczny i… słuchaj – dodał ostrożnie. – Czy ty masz do niej numer telefonu?

– Mam – odparła niepewnie. – Ale…

– Proszę, daj mi go – przerwał jej stanowczym tonem. – Nie wiem, czy odważę się skorzystać, ale chcę go mieć. Bo jeśli to moja wina… Proszę, Iza.

Czy miała mu odmówić? W końcu w podaniu telefonu nie było nic złego, ale z drugiej strony jeśli z tego wynikną jakieś nowe kłopoty… Nie, dość. Żadnego analizowania i filtrowania informacji dla rzekomego dobra drugiej strony. To też jest przecież wtrącanie się w nieswoje sprawy!

– Okej – odparła, wyciągając telefon i otwierając listę kontaktów. – Notuj.

***

„To jednak nie jest takie proste” – myślała Iza, sprawdzając, czy na pewno budzik jest nastawiony na właściwą godzinę, i wsuwając się pod kołdrę. – „Stresowałam się tym Tomkiem, a on tymczasem wcale nie miał mi za złe tego, że nagadałam mu o Darii, wręcz przeciwnie. Wziął numer do Beti… ciekawe, co z tego wyniknie, mam nadzieję, że tym razem nic nie namieszałam. Z tego pewnie i tak nic nie wyniknie, klątwa Anabelli zrobi swoje, chociaż z drugiej strony może to rzeczywiście działa głównie na związki wsobne. Kacper jakoś nadal unika konsekwencji…”

Mimo niezbyt dobrego humoru uśmiechnęła się na wspomnienie Kacpra, którego kilka dni wcześniej widziała podczas swojego dyżuru na Koncertowej. Młody mężczyzna promieniał szczęściem jak słońce i z radością dzielił się nią nowinkami na temat Kasieńki, planowanego już za pięć miesięcy ślubu i postępów w remoncie na Narutowicza. O tym ostatnim Iza słyszała zresztą na bieżąco od Chudego, Tyma i Toma, którzy pomagali mu w kładzeniu płytek i malowaniu ścian, a także od Zuzi, która pomagała im w zaklejaniu spoin fugą. Z ich słów wynikało, że płytki w kuchni i łazience były już gotowe, okna w całym mieszkaniu powymieniane, teraz trwał etap malowania ścian i sufitów, a w marcu Kacper planował jeszcze wymianę podłóg i drzwi.

Kasa leci jak z kranu, ale co tam, raz się żyje! – opowiadał jej z entuzjazmem. – Kredyt powoli się spłaci, chłopakom też się odwdzięczę, a dla mojej Kasieńki wszystko! Kiedy przyjdziesz do nas, Iza? Pokazałbym ci, jak to teraz wygląda, normalnie chałupy nie poznasz! A i stryj by się ucieszył.

Iza chętnie obiecała mu, że po egzaminie i powrocie z Korytkowa zajrzy na Narutowicza, żeby odwiedzić pana Stanisława i zobaczyć postępy w remoncie. Biorąc pod uwagę lutowy Dzień Francuski z konkursem piosenki, zlot czarownic u Wiktorii oraz pakowanie się na wyjazd do Liège, każde takie wydarzenie zagęszczało jej harmonogram działań w drugiej połowie lutego, jednak w kontekście długiej nieobecności spotkania towarzyskie uważała za priorytetowe i nie miała zamiaru się od nich wymigiwać. Chyba że od jednego z nich – od zaległego spotkania z Natalią, która też zapowiedziała się na ten czas, ponieważ dzisiaj „wypadło jej coś pilnego”. Cóż. Każdemu może się zdarzyć, jej też.

„Nieważne” – pomyślała, przymykając oczy i moszcząc się wygodniej na poduszce. – „Trzeba trochę pospać, już północ, a ja jutro muszę być w jako takiej formie na egzaminie. A teraz, Izabello, przed tobą zadanie bojowe. Nie myśleć o niczym. Czyścimy głowę co do jednej myśli, reset i nirwana. Uwaga… czas start!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *