Światła wigilijnej nocy (3)
7.
– Nie pozwolę ci umrzeć – szeptała uspokajająco Edyta, otulając własną kurtką leżącego wciąż bezwładnie, nieprzytomnego Stefana. – Będziesz żył, zobaczysz. Pomoc już jedzie, zaraz tu będą… Wytrzymaj jeszcze trochę.
Od kontaktu z dyspozytorem numeru alarmowego, który obiecał natychmiast wysłać na wskazane przez nią miejsce zespół ratowniczy oraz powiadomić straż pożarną i policję, minęło już blisko dwadzieścia minut, a wciąż nikt nie nadjeżdżał. To jednak jej nie dziwiło, wręcz, kalkulując realnie, nastawiała się na drugie tyle czasu oczekiwania. Jako że w miasteczku nie było pogotowia, a jedynie punkt apteczny i niewielka przychodnia, karetka będzie musiała dojechać z odległego o ponad dwadzieścia kilometrów Ostrowa, gdzie znajdował się najbliższy i jedyny w tej okolicy szpital powiatowy. Mimo to wciąż czuła naturalny w takiej sytuacji niepokój. Bo co, jeśli myliła się co do miejsca wypadku? Może to wcale nie był ten las?
Jednak intuicja podpowiadała jej, że się nie myli. To była najbardziej prawdopodobna lokalizacja – las, w którym sto lat temu na tym samym zakręcie zginął leśnik i w którym dziś mógł, czy też miał zginąć Stefan. Wiedział skądś, że to go spotka i że jest nieuniknione, wiedział też, że choć nie może tego zmienić, może przynajmniej spróbować przeciwdziałać skutkom. Zapewne właśnie po to skontaktował się z nią w ów telepatyczny sposób, który ona zinterpretowała jako sen, po to zabrał ją do leśniczówki, która zresztą musiała być gdzieś tu niedaleko. Również po to opowiedział jej historię panny i leśnika – musiała ją znać, żeby w odpowiednim momencie skojarzyć to miejsce. Powiedział wszak, że tylko ona może go uratować. Mówił co prawda w trzeciej osobie, bo nie chciał jej wystraszyć, ale ewidentnie miał na myśli siebie. A tamta kobieta w chuście? Ona też wiedziała! Współpracowała ze Stefanem, sprowadziła ją tu przecież na jego prośbę!
Gdzie ta karetka? Od wypadku minęło już ponad pół godziny, a tu przecież mróz jak cholera! Na szczęście dyspozytor, który z nią rozmawiał, był człowiekiem o przytomnym umyśle i zanim rozłączył się, udzielił jej całej serii rad dotyczących tego, jak na miarę posiadanych możliwości powinna zabezpieczyć rannego do czasu przyjazdu ratowników. Dzięki jego sugestii w nieuszkodzonym bagażniku toyoty znalazła apteczkę samochodową, opatrzyła zatem na tyle, na ile potrafiła, broczącą ranę na szyi Stefana, a następnie, z obawy, że się wyziębi, nie tylko zapięła na nim jego własną kurtkę, ale również zdjęła swoją i okryła go nią, sama pozostając jedynie w wełnianym swetrze i sportowej bluzie termicznej.
Jakże błogosławiła teraz rady nieznajomej, która przed przyjazdem tutaj wielokrotnie nalegała, by ubrała się jak najcieplej i wzięła ze sobą naładowany do pełna telefon! I jedno, i drugie okazało się kluczowe! Co prawda z powodu długiego używania latarki bateria wyładowała się już do połowy, ale teraz, kiedy światło nie było jej aż tak potrzebne, mogła ją oszczędzać. Wyłączywszy zatem latarkę, usadowiła się w niewygodnej pozycji wewnątrz wraku toyoty tuż obok Stefana, by w oczekiwaniu na przyjazd karetki móc dodatkowo ogrzewać go własnym ciałem i pilnować, czy nadal oddycha.
Oddychał. Słabo, cichutko, ale oddychał i miał ciepły policzek. Gładziła go po nim delikatnie, z każdym ruchem zziębniętej dłoni upewniając się, że żyje, to zaś uspokajało ją i dawało jej poczucie kontroli nad sytuacją.
– Wyjdziesz z tego – powtarzała szeptem. – Nie po to tu jestem, żeby miało się nie udać. Będzie dobrze, wszystko będzie dobrze. Tylko wytrzymaj… jeszcze troszkę…
Zarost na jego policzku był szorstki i twardy, wcześniej w świetle latarki zauważyła, że miał ten sam kolor co jego włosy – jasny, lniany blond, który tak jej się spodobał, gdy pierwszy raz zobaczyła go w pociągu. Choć teraz, oszczędzając baterię w telefonie, nie mogła widzieć w ciemnościach jego twarzy, pod palcami czuła jej regularne rysy i z każdym ich dotykiem odnosiła wrażenie, jakby ów nieprzytomny, ranny mężczyzna z minuty na minutę stawał się dla niej kimś coraz ważniejszym, coraz bliższym jej sercu. Nieistotne, że znała go tak krótko, niemal wcale… kiedy gładziła go po tym szorstkim, poplamionym krwią policzku czuła się, jakby znała go od zawsze. Jakby właśnie przy nim było jej miejsce.
Na pewno było przy nim dziś, teraz, kiedy potrzebował jej pomocy. Mimo że sytuacja była skrajnie niebezpieczna i traumatyczna, Edyta w głębi duszy czuła się szczęśliwa, że do niesienia mu ratunku Stefan wybrał właśnie ją. Nie mogła zawieść jego zaufania! I nie zawiedzie go. Zostanie tu przy nim i będzie chronić go, jak tylko potrafi, dopóki nie nadejdzie profesjonalna pomoc. Ta była już przecież w drodze… a choćby nawet i nie nadeszła… choćby miała tu z nim zamarznąć… nie zostawi go!
– Nie zostawię cię – obiecała mu szeptem, coraz czulszymi ruchami palców gładząc go po policzku. – Jestem i będę przy tobie… obiecuję.
Na pogniecionej podsufitce samochodu coś zamajaczyło, jakby poruszyło się i zamigotało. Wnętrze wraku zaczęło powolutku się rozjaśniać… Edyta podniosła głowę i przez tylne okno auta, w którym pozostały resztki szyby, z radością dostrzegła w oddali światła – zbliżające się, tym razem „dobre” światła, którym towarzyszyły migające niebieskie koguty pojazdu służb ratowniczych. Nadciągający samochód nie miał co prawda włączonego sygnału dźwiękowego, najwidoczniej jadący nim ratownicy słusznie uznali, że w nocy w samym środku lasu nie było to potrzebne, jednak trafili tu bezbłędnie i jak na te okoliczności całkiem szybko! Więc jednak się nie pomyliła, podała dobry adres!
– Są! – szepnęła z radością, nachylając się nad nieprzytomnym Stefanem. – Już jadą z pomocą… zaraz będziesz bezpieczny!
Wysunęła się ostrożnie z wraku i dygocząc z zimna, uruchomiła latarkę w telefonie, a następnie wyszła na drogę, machając nim energicznie, by z daleka dać znak, gdzie się znajduje. Jadący z przeciwka pojazd odpowiedział serią krótkich błysków świateł.
8.
Jako pierwsza na miejsce wypadku przybyła straż pożarna. Choć została powiadomiona w drugiej kolejności, jechała z Bobrzy, więc miała bliżej niż pogotowie, które dotarło dopiero dziesięć minut później. Czas ten jednak i tak był potrzebny strażakom na rozcięcie blach i uwolnienie nóg rannego kierowcy toyoty, który w chwili, gdy wyciągano go z wraku i oddawano w ręce świeżo przybyłych ratowników, wciąż pozostawał nieprzytomny. Na koniec dojechała również policja z drogówki, co sprawiło, że ciemny dotąd las rozmigotał się feerią różnokolorowych świateł, a na feralnym zakręcie drogi, wykonując swoje zadania, uwijało się teraz kilkanaście osób w służbowych mundurach.
Edyta, której oddano już kurtkę, z ramionami dodatkowo okrytymi folią termiczną, nie pozwoliła zaprowadzić się do zaoferowanego jej przez straż ciepłego samochodu, lecz z odległości kilkunastu metrów w napięciu obserwowała akcję ratowniczą. Kiedy Stefan został wreszcie wydobyty z wraku i ułożony na wysokich noszach, po minach pochylających się nad nim ratowników i pośpiesznie wykonywanych przez nich czynnościach domyśliła się, że jego stan jest poważny. Obserwując z daleka, jak okrywają go kolejnym kocem i mocują pasami do noszy, aby przygotować go do transportu, poczuła nagle gorące, niepohamowanie pragnienie spojrzenia na niego jeszcze raz i zapewnienia go, nawet jeśli nie mógł tego usłyszeć, że wszystko będzie dobrze. A może to ona, bardziej niż on, potrzebowała tego zapewnienia?
Nie bacząc zatem na nic, podbiegła i przypadła do noszy z rannym w ostatniej chwili, gdy już miały być wprowadzane do wnętrza karetki. Ratownicy, sadząc być może, że jest kimś z rodziny, nie przeszkodzili jej w tym, przeciwnie, wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia, cofnęli się, pozwalając jej pochylić się nad opatulonym w koce pacjentem.
– Tylko szybciutko! – rzucił jeden z nich, który, jak rozpoznała po naszywce, był lekarzem. – Pół minuty.
– Co z nim, panie doktorze? – zapytała gorączkowo. – Wyjdzie z tego?
– Miejmy nadzieję – odparł zdawkowo, dając swym towarzyszom znak, żeby otwierali już tylne drzwi karetki.
Edyta pochyliła się nad Stefanem i raz jeszcze pogładziła go po poplamionym krwią policzku.
– Wszystko będzie dobrze – szepnęła uspokajająco. – Tylko bądź dzielny… nie poddawaj się! Słyszysz? Obiecuję, że wszystko będzie do…
Urwała i znieruchomiała zaskoczona, gdyż właśnie w tym momencie ranny mężczyzna niespodziewanie… otworzył oczy! Otworzył je bardzo powoli i tylko do połowy, z wielkim trudem rozklejając powieki, jednak to wystarczyło jej, by pomimo ciemności dostrzec szmaragdowy poblask jego tęczówek. Jej serce ogarnęła nagła, dotąd nieznana fala rozkosznego, obezwładniającego ciepła…
– Wszystko będzie dobrze, obiecuję – powtórzyła, uśmiechając się do niego łagodnie.
Stefan jeszcze bardziej rozchylił powieki i przyglądał jej się przez chwilę zdezorientowanym, nieprzytomnym wzrokiem, jakby obraz dopiero stabilizował mu się w oczach, po czym nagle jego twarz oblekła się wyrazem zdumienia.
– Eliza… – szepnął ledwo dosłyszalnie, z trudem składając wargi.
Edyta cofnęła się gwałtownie, niemile zaskoczona. Po fali ciepła w jej serce wlał się strumień czegoś innego, wręcz przeciwnego – jakby płynny lód albo trucizna. Mężczyzna jednak zamknął już z powrotem oczy i znów stracił przytomność. Sekundę później, na stanowczy znak lekarza, nosze wjechały do karetki, gdzie czekał już jeden z ratowników, po czym drzwi zatrzasnęły się i gdy tylko reszta załogi zajęła miejsca w kabinie, pojazd ruszył po wyboistej drodze w kierunku, z którego przyjechał, migając niebieskimi światłami.
9.
– Ale jak pani w ogóle się tam znalazła? – dziwił się przesłuchujący Edytę starszy policjant. – I co pani tam robiła, w dodatku na piechotę? W Wigilię, prawie o północy? Sześć kilometrów w głąb lasu z jednej strony i prawie cztery kilometry z drugiej?
– To był przypadek – powtórzyła z uporem, nie mając pomysłu na jakiekolwiek logiczne wytłumaczenie swojej obecności w lesie. – Po prostu zabłądziłam i nie wiedziałam, gdzie jestem, dopiero kiedy dzwoniłam na sto dwanaście, skojarzyłam, jakie to miejsce.
Mężczyzna pokręcił głową bez przekonania, jednak wpisał jej słowa do protokołu, chyba tylko po to, żeby coś weń wpisać. Była już druga nad ranem, w dodatku święto, zmęczenie po nocnej służbie dawało się we znaki, a tu jeszcze te formalności… Poza tym znał rodzinę tej dziewczyny, ją samą z widzenia też, od dziecięcych lat, widując go na rynku, w sklepie lub w kościele, mówiła mu grzecznie dzień dobry, aczkolwiek nigdy nie miała z nim do czynienia jako ze stróżem prawa.
Na komisariacie było ciepło, Edyta siedziała więc na krześle bez kurtki, którą odłożyła na jedno z sąsiednich krzeseł. Na jasnoniebieskiej tkaninie nawet z daleka widać było brunatno-czerwonawe plamki krwi Stefana… Na szczęście po przyjeździe z policją na komisariat miała możliwość umycia poplamionych rąk, teraz zaś musiała jeszcze tylko dla formalności złożyć szybkie zeznania, po czym, jak jej obiecano, miała zostać zwolniona do domu. Matce wysłała już uspokajającego smsa, zapewniając, że jest bezpieczna i wróci na pewno, zanim goście obudzą się na bożonarodzeniowe śniadanie, jednak jedzenia z nimi tego śniadania jakoś sobie nie wyobrażała.
„Albo prześpię się chociaż ze dwie-trzy godziny, albo umrę nad talerzem” – myślała ponuro. – „Czy to naprawdę musi tyle trwać?”
– No dobrze, pani mi to podpisze – policjant podsunął jej protokół. – Jak coś, będziemy panią jeszcze wołać, a teraz niech pani wraca do domu. Zaraz powiem koledze, żeby panią podrzucił, niby tam do was niedaleko, ale lepiej, żeby pani sama po nocy nie łaziła.
Podpisawszy dokument, Edyta z ulgą podniosła się z krzesła i zebrała swoje rzeczy. Policjant poczynił w tym czasie jakieś telefoniczne ustalenia i odesłał ją na zewnątrz, do policyjnego radiowozu, którym miała zostać odwieziona do domu. Przed samochodem czekał już na nią młody funkcjonariusz.
– Duśka! – zdumiał się na jej widok.
– Rubens? – zdumiała się jeszcze bardziej, po czym oboje ze śmiechem uścisnęli się na powitanie.
Edyta przypomniała sobie teraz, że rzeczywiście Grzesiek, kolega z jej klasy w podstawówce, zwany Rubensem z racji tego, że podobały mu się dziewczyny o pełnych kształtach, od dwóch lat pracował w miejscowej policji. Bywała tu jednak tak rzadko, a rówieśnicy z miasteczka byli na tyle porozsiewani po świecie, że tylko sporadycznie zdarzało jej się spotkać kogoś z dawnych znajomych.
– To ty byłaś przy tym wypadku w lesie? – nie mógł się nadziwić kolega, kiedy zasiadła obok niego w radiowozie. – Słyszałem już od chłopaków z Ostrowa, dalej pracują na miejscu. Podobno gościo zdrowo przypierdzielił w drzewo, cud, że w ogóle przeżył.
– Pojechał do szpitala w Ostrowie? – upewniła się Edyta.
– No pewnie tak, bo gdzie by indziej? – wzruszył ramionami, uruchamiając silnik. – Ale co ty tam robiłaś, młoda? Grzyby, kurde, zbierałaś o północy?
– Aha, na zaczarowaną zupę – chętnie weszła w konwencję żartu. – Żeby miała czarodziejską moc, muszą być koniecznie zebrane w noc wigilijną w samym środku lasu. A pod śniegiem wcale nie tak łatwo szukać.
– Co ty chrzanisz, Duśka! – zaśmiał się Rubens. – Zaczarowana zupa! A niech cię!
– Jak będzie okazja, to dam ci kiedyś skosztować – zapewniła go wesoło. – W tym roku nie wyjdzie, bo przez ten wypadek niczego nie zebrałam, ale może za rok? Słuchaj, Rubens… – spoważniała, widząc, że krótka trasa od rynku powoli się kończy i radiowóz podjeżdża już pod furtkę jej domu. – Mam prośbę. Jakby były jakieś nowe wieści o tym człowieku z wypadku, dasz mi znać? Policja zawsze ma takie informacje, a ja… chciałabym wiedzieć, czy z tego wyszedł, okej?
– No dobra – zgodził się bez wahania, zatrzymując samochód i wyciągając telefon. – Tylko daj mi swój numer, jak coś będę wiedział, wyślę ci smsa. A może w ogóle by się spotkać jakoś po świętach, co? Dorkę bym ściągnął, Czarną, Piotrka z Kamą… Długo będziesz w miasteczku?
– Aż do niedzieli. Pewnie, bardzo chętnie się z wami zobaczę, Czarnej nie widziałam już ze trzy lata. Dobra, notuj mój numer.
Podyktowała mu ciąg cyfr i przechyliła się ku niemu, by dopilnować, czy wpisuje je prawidłowo do swojego aparatu.
– Najlepiej puść mi jeszcze gonga, żeby była pewność – poprosiła. – U mnie w grę wchodzi głównie piątek i sobota, w niedzielę już będę się pakować, no i muszę posiedzieć z rodziną, potem przecież znowu aż do Wielkanocy mnie nie będzie. Więc jakby co, nagrywaj ludzi raczej na początek weekendu… O, jest! – dodała z zadowoleniem, wyciągając z kieszeni swój telefon, który właśnie się rozdzwonił. – Mam cię. Końcówka cztery-cztery-osiem?
– Zgadza się – skinął głową Rubens. – Dobra, będę nagrywał na piątek albo sobotę, może jeszcze Bazyl by do nas dołączył? Fajnie, cieszę się… Jesteśmy w kontakcie.
– I pamiętaj o tym człowieku z wypadku – zastrzegła, sięgając do klamki. – Cokolwiek byś o nim wiedział, daj mi sygnał, okej? Bardzo mi na tym zależy.
– Jasne, Duśka, nie ma sprawy. Trzymaj się i idź spać, a na drugi raz powiedz, to pojedziemy z tobą całą bandą po te grzyby. Zaczarowana zupa! – zaśmiał się serdecznie, kręcąc głową nad kierownicą. – Ty to masz pomysły! Musisz nam koniecznie opowiedzieć o tym na imprezie, ale będzie beka!
– Pa, do następnego! – rzuciła z uśmiechem Edyta, zanim zatrzasnęła drzwi auta. – Wielkie dzięki, Rubens!
10.
Przez całe Boże Narodzenie Edyta czekała jak na szpilkach na wieści od Rubensa, pomagając matce i babci zajmować się gośćmi. Na szczęście udało jej się odrobinę odespać nocną przygodę, a matka, wstrząśnięta informacją, że córka była świadkiem poważnego wypadku drogowego, nie miała czasu dopytywać o szczegóły, dziękując tylko Bogu, że nic jej się nie stało. O sprawie wiedziała resztą tylko ona i babcia, gościom, jak ustaliły wspólnie, lepiej było niczego nie mówić, zwłaszcza że Edyta wyraźnie nie miała nastroju, by o tym opowiadać na rodzinnym forum. Dziwna była w ostatnich dniach ta Edzia… dziwna i tajemnicza, aż ręce opadały. Jednak właśnie dlatego tym bardziej należało zostawić ją w spokoju.
Tymczasem Edyta, choć wciąż martwił ją los Stefana i z niecierpliwością wyglądała informacji na temat jego stanu, czuła się już zupełnie inaczej niż przez ostatnie trzy dni – o wiele spokojniej, jak człowiek, który ma poczucie, że zrobił, co do niego należało, i z którego dzięki temu wreszcie powoli schodzi adrenalina. Stan nerwowego podminowania, w którym znajdowała się od piątkowego wieczoru aż do wczorajszej nocy, minął jak nożem uciął, jakby nagle wróciła do rzeczywistości z jakiegoś innego, niezrozumiałego świata, gdzie sen mieszał się z jawą tak silnie, iż nie sposób było odróżnić jedno od drugiego. Teraz już, choć wciąż nie umiała do końca określić, gdzie przebiegała owa granica, gdyż wydarzenia, których stała się uczestniczką, wykraczały poza logikę ludzkiego umysłu, mogła przynajmniej w jakiś w miarę sensowny sposób poukładać sobie w głowie ich domniemany ciąg przyczynowo-skutkowy i pokusić się o ich interpretację.
Nie ulegało dla niej wątpliwości, że pierwsze spotkanie ze Stefanem na stacji kolejowej Bobrza oraz rozmowa w leśniczówce, były tylko senną wizją, świadczył o tym niezbicie fakt, że obudziła się na dworcowej ławce, na której ze zmęczenia zapadła w niekontrolowany letarg, napędziwszy przy tej okazji stracha matce i babci. Z drugiej strony było dla niej oczywiste, że wypadek samochodowy w lesie wydarzył się naprawdę, że brał w nim udział Stefan i że ona, zgodnie z zapowiedzią ze snu, uratowała mu życie. Jak podkreślił podczas przesłuchania policjant, gdyby nie jej przypadkowa obecność na miejscu i natychmiastowe wezwanie pomocy, poszkodowany kierowca nie miałby żadnych szans na przeżycie do rana z takimi ranami i w dodatku na tak silnym mrozie.
Te dwa punkty były niepodważalne, reszta mogła być już tylko interpretacją. Na pewno w grę wchodziło coś niewytłumaczalnego, wręcz nadprzyrodzonego, bowiem niektórych zdarzeń nie dało się wyjaśnić w żaden racjonalny sposób. No bo jak wytłumaczyć to, że znalazła się w lesie dokładnie na miejscu, gdzie zaledwie kilka minut później miał zdarzyć się wypadek? Zawiózł ją tam nocny autobus PKS, choć taki przez miasteczko nigdy nie kursował, zresztą żaden autobus, nawet o normalnej porze, nie jechałby tak absurdalną trasą przez środek lasu, drogą wiodącą donikąd. Ponadto miejsce wypadku nie było przypadkowe, był to dokładnie ten sam zakręt, na którym sto lat wcześniej zginął leśnik – człowiek, którego być może zdołano by uratować, gdyby jego narzeczona, panna z dworu Dołanieckich, sprowadziła pomoc na czas. Jak wytłumaczyć fakt, że zarówno Stefan, jak i kobieta w chuście znali tę historię w tak precyzyjnych szczegółach, a do tego wiedzieli, że w tegoroczną wigilijną noc historia ma się powtórzyć? W obu przypadkach było tyle zbieżności, analogii… to miejsce… te światła…
Jednak najistotniejsze było to, że poszkodowanym w wypadku kierowcą był Stefan we własnej osobie! Jak to możliwe, że trzy dni przed Wigilią przyszedł do niej we śnie, żeby ją o tym uprzedzić i awansem poprosić o pomoc? Mózg ludzki to maszyna niezbadana i różne rzeczy, takie jak choćby sny prorocze, można próbować tłumaczyć naukowo, jednak wszystko ma swoje granice… I dlaczego to musiała być właśnie ona? Powiedział tak przecież.
Tylko ty, Edyto…
Wspomnienie jego słów ze snu i szorstkości jego policzka, który przecież dotykała na jawie, wywoływały w niej uczucia, jakich dotąd nie znała. Kiedy o tym myślała serce biło jakoś inaczej niż zwykle… mięśnie ogarniało dziwne osłabienie… czuła się, jakby omdlewała w niej dusza!
Nie. Nie powinna. Zwłaszcza że, gdy pochyliła się nad nim przed odjazdem karetki, a on na kilka sekund odzyskał przytomność, nazwał ją imieniem innej kobiety. Eliza. Nie przesłyszała się przecież, wypowiedział to imię cicho, ale bardzo wyraźnie. Choć czy na pewno do niej? Ocknął się tylko na chwilę, nie miała pewności, czy rzeczywiście ją widział, może zwracał się raczej do jakiejś swojej wizji? W tak dramatycznych chwilach myśli człowieka niewątpliwie biegną ku osobie, która jest dla niego najważniejsza na świecie… najukochańsza…
No nic, mniejsza o to. Najważniejsze, że przeżył wypadek, ona zaś pragnęła dowiedzieć się, jak doszło do tego niezwykłego splotu wydarzeń, który, miała nadzieję, zakończy się happy endem. Ufała, że nie znalazła się w tym lesie na darmo, że lekarze dzięki temu uratują życie Stefana, a on sam, kiedy już dojdzie do siebie, opowie jej i wyjaśni wszystko. O ile oczywiście będzie miała z nim jakiś kontakt, bo to wcale nie było powiedziane.
Telefon zadzwonił niedługo po kolacji, kiedy rodzina gawędziła przy lampce wina w salonie, a ona bawiła się z dziećmi na dywanie. Był to Rubens. Choć czekała niecierpliwie na sygnał od niego, ten telefon ją zaniepokoił. Dlaczego dzwonił, zamiast wysłać smsa? Czy miał złe wieści? Przeprosiwszy gości, pośpiesznie wybiegła z salonu, zaszyła się w sąsiadującej z kuchnią, pustej obecnie sypialni babci i odebrała z mocno bijącym sercem.
– No, powiem ci, Duśka, że ten wypadek w lesie to u nas dzisiaj temat numer jeden – oznajmił jej nie bez uznania kolega. – A jak powiedziałem chłopakom o zaczarowanej zupie grzybowej, to mało co nie posikali się ze śmiechu! Ale tak serio, to wszyscy się zastanawiają, co ty tam robiłaś o takiej porąbanej porze… i wiesz co? Ty się módl, żeby ten koleś nie odwalił kity, bo jak mu się, nie daj Boże, zejdzie z tego świata, to w sprawę z automatu wchodzi prokurator. A on to nie sądzę, żeby kupił ten twój patent z zupą.
– No właśnie, co z nim? – zapytała gorączkowo. – Z tym rannym? Mów, masz jakieś info ze szpitala? Jest opcja, że może nie przeżyć?
– Nic nie wiadomo. Sprawę wypadku prowadzi Maciek, mój dobry kumpel z Ostrowa, no to podpytałem go trochę. Specjalnie dla ciebie – zaznaczył. – Jest w kontakcie ze szpitalem, bo chcą typa przesłuchać, żeby ustalić przebieg wypadku, twoje zeznania to jedno, ale ważna jest też jego wersja, o ile cokolwiek pamięta. Póki co dalej jest nieprzytomny, jak na razie nie ma szans na żadne przesłuchanie, a być może w ogóle ktoś inny się tym zajmie, bo niewykluczone, że przeniosą go do Warszawy.
– Do szpitala w Warszawie? – upewniła się.
– No. Tak mówi Maciek. Pewnie cienko z nim, skoro chcą go do Warszawy wysłać, wiadomo, tam lepsze szpitale… Jak chcesz, to zapytam jeszcze Maćka o szczegóły. On może łatwo się dowiedzieć, bo nie tylko ma tam wjazd jako policjant, co prowadzi sprawę, ale ma też znajomych lekarzy, a jedna pielęgniarka to dobra kumpela jego matki.
– No to zapytaj! – poprosiła bez wahania Edyta. – Będę ci bardzo wdzięczna, Rubens, naprawdę! A słuchaj… – dodała z zastanowieniem. – Skoro ten twój Maciek ma takie znajomości… wiem, że to pewnie trudne, ale… nie dałoby się załatwić, żebym ja sama mogła tam pojechać i wejść do niego? – zapytała ostrożnie. – Tak chociaż na parę minut?
– Do tego typa z wypadku? – zdziwił się Rubens. – Po co? Ty go znasz?
– Nie, no co ty! – zapewniła go szybko, w duchu sama zastawiając się, czy kłamie, czy jednak mówi prawdę. – W tym lesie widziałam go pierwszy raz w życiu, ale wiesz, jak to jest. Takie rzeczy mocno wchodzą do głowy.
– No… wiadomo, uratowałaś go – przyznał oględnie. – Gdyby nie ty, to ziom już by kwiatki wąchał od spodu, mogę sobie wyobrazić, że to się jakoś odbija na psychice. Ale to nadal dla ciebie obcy facet, Duśka. Po jakiego czorta miałabyś do niego jechać?
– Po prostu mam taką wewnętrzną potrzebę – odparła wymijająco. – Tego się nie da logicznie wytłumaczyć, żeby zrozumieć, trzeba samemu przeżyć. Powiedz, dałoby się to nagrać? Tylko na kilka minut.
– No… – zawahał się. – Nie wiem. Wolałbym nie robić głupich numerów w robocie, z tego mogą się zrobić jakieś jaja, zwłaszcza jak chłop walnie w kalendarz. Jako jedyny świadek jesteś w to zamieszana, niefajnie byłoby się tłumaczyć przed prokuratorem. Maćka też bym nie chciał wrabiać, zresztą nie wiem, czy on by się zgodził.
– Tylko na kilka minut – powtórzyła z naciskiem Edyta. – Wejdę, zobaczę go i wyjdę, nie będzie żadnych jaj, obiecuję. Proszę, Rubens… to dla mnie naprawdę ważne. Pięć minut dla spokoju mojej psychy, tylko tyle. Zrobiłbyś to dla mnie?
– A niech cię! – prychnął Rubens. – Ależ ty ciśniesz, kobieto! Jakiś obcy ziom rozwalił się na drzewie, leży jak warzywo i czaczy nie kuma, a ta normalnie mało co dziury człowiekowi w brzuchu nie wywierci, żeby tylko wbić tam i pogapić się przez pięć minut, jak typo fajnie sobie leży. Ty chyba serio masz coś z tą psychą, Duśka, wiesz? Jakaś trauma powypadkowa czy co?
– Prawdopodobnie tak. Nie znam się na tym, ale możesz mieć rację. Hmm… to jak? – dodała przymilnie. – Pogadasz z tym swoim Maćkiem?
11.
Korytarze niewielkiego ostrowskiego szpitala były pełne ludzi, trwały bowiem godziny odwiedzin, a jako że był to drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, rodziny licznie przyjeżdżały zobaczyć swoich chorych. Jednak oddział na drugim piętrze, gdzie leżał Stefan, był oddziałem zamkniętym, a biorąc pod uwagę, że Edyta była osobą całkowicie postronną, tylko dzięki życzliwej interwencji Maćka, który na prośbę Rubensa uruchomił swoje szpitalne znajomości, udało jej się uzyskać pozwolenie na krótkie wejście.
– Pokój dwieście jedenaście – poinstruowała ją starsza pielęgniarka, przyjaciółka matki Maćka. – Tylko dyskretnie, dobrze? I naprawdę krótko. Ja tam z panią nie pójdę, wolę się nie pokazywać, ale koleżanka jest poinformowana, a lekarze są teraz na konsylium. Tylko jakby co, proszę się na mnie nie powoływać – zastrzegła. – Nie chcę mieć kłopotów.
– Oczywiście – obiecała skwapliwie Edyta, dopinając na sobie jednorazowy strój ochronny, bez którego nie wolno było wejść na żaden z oddziałów. – W razie czego nie znamy się, biorę to w całości na siebie, powiem, że weszłam sama, bo nie wiedziałam, że nie wolno.
Na górnym korytarzu było zupełnie inaczej niż na dole – cicho i pusto. Dlatego kiedy na schodach rozbrzmiał jej w torebce głośny sygnał przychodzącego smsa i poniósł się echem po korytarzach, aż podskoczyła z przestrachu, że przez to zaraz ktoś ją zauważy i zatrzyma. Wiadomość była od Rubensa, z którym przyjechała do Ostrowa jego prywatnym samochodem.
Duśka, jak skończysz, poczekaj na mnie w holu na dole, okej? Muszę jeszcze skoczyć z chłopakami w jedno miejsce, będę za jakieś 40 minut.
Odpisała krótkie OK, na wszelki wypadek wyciszyła dźwięk w aparacie i ostrożnie ruszyła dalej, świadoma, że w tym miejscu jest intruzem i lepiej nie zwracać na siebie uwagi. Pokój dwieście jedenaście znajdował się mniej więcej w połowie korytarza, a drzwi do niego, ku jej radości, były otwarte na oścież, jednak kiedy zajrzała do środka, ku swemu zdumieniu, w głębi niewielkiej sali, przy jedynym, obstawionym szpitalną aparaturą łóżku dostrzegła siedzącą na krześle młodą kobietę o długich do ramion, prostych, czarnych włosach.
„Szlag!” – mignęło jej w głowie. – „Tego nie przewidziałam…”
Wobec tej niespodziewanej okoliczności, która sprawiała, że wszystkie jej wysiłki, aby dostać się tutaj i zobaczyć Stefana, w jednej sekundzie wzięły w łeb, ogarnęła ją fala żalu i rozczarowania. Kobieta tymczasem podniosła głowę i – również zdziwiona – spojrzała na nią pytająco.
– Przepraszam – wymamrotała Edyta, pośpiesznie wycofując się do drzwi.
– Pani zaczeka! – zawołała za nią kobieta. – Kim pani jest?
Ona jednak, świadoma, że nie będzie potrafiła logicznie wytłumaczyć swojej obecności tutaj, biegiem rzuciła się w głąb korytarza i nim tamta zdążyła wyjrzeć na zewnątrz, schroniła się za załomem ściany przy bocznej klatce schodowej.
„Uff!” – odetchnęła. – „Ale odwalam kretyństwa, a niech to… Jeśli ona mnie tu znajdzie, chyba spalę się ze wstydu!”
Na szczęście kobieta nie goniła jej i zapewne pozostała w sali przy Stefanie, gdyż, kiedy Edyta kilkadziesiąt sekund później ostrożnie wyjrzała zza rogu, korytarz był całkowicie pusty.
„I co mam teraz zrobić?” – pomyślała bezradnie. – „Uciekać stąd, zanim ktoś mnie zauważy, czy zajrzeć tam jeszcze raz, powiedzieć jej byle co i chociaż rzucić na niego okiem? Nawet nie zdążyłam spojrzeć na to łóżko… Tyle zachodu po nic!”
Żal jej było strasznie straconej okazji, o którą tak walczyła, jednak z drugiej strony myśl o konfrontacji z czarnowłosą kobietą skutecznie hamowała te emocje. Tamta miała na sobie taki sam jednorazowy strój ochronny jak ona, nie była zatem nikim z personelu, a skoro miała prawo przebywać na oddziale zamkniętym przy łóżku Stefana, musiała kimś z najściślejszego kręgu jego bliskich. Kto wie, może nawet jego żoną? A jeśli to właśnie była ta Eliza, której imię wypowiedział tuż po wypadku w lesie? Wówczas nie widziała na jego palcu obrączki, ale przecież nie mogła jej widzieć, skoro miał na rękach skórzane rękawice. Więc jeśli?
Oparła się plecami o ścianę i przymknęła oczy, czując, że zbiera jej się na łzy. Nie wyobrażała sobie tłumaczenia się przed tamtą, zwłaszcza że sama przed sobą do końca nie umiała wyjaśnić, po co właściwie tu przyszła. Chciała go po prostu zobaczyć… Ale przecież nie miała do tego prawa! Nawet to, że uratowała mu życie, nie dawało jej prawa do pakowania się w nie z butami, a zwłaszcza do zaburzania spokoju ducha tej kobiety, która i tak przeżywała w tej chwili ciężki dramat. Sumienie podpowiadało jej, że powinna natychmiast się wycofać i nigdy więcej nie szukać kontaktu ze Stefanem. Lecz co mogła poradzić na to, że tak bardzo tego pragnęła? Przecież nie miała zamiaru robić nic złego. Chciała go tylko zobaczyć… spojrzeć na niego jeszcze jeden raz… nic więcej.
Odgłos kroków w głębi korytarza, a potem niesione niezrozumiałym echem głosy rozmowy zaalarmowały ją i postawiły na baczność. A jeśli ktoś zajrzy tutaj i ją znajdzie? Zapyta, co tu robi? Była w takiej idiotycznej sytuacji! Gorączkowo szukała w głowie jakiejkolwiek wymówki, nawet najgłupszej, na wytłumaczenie swojej obecności tutaj i jedyne, co przychodziło jej na myśl i co miało jakikolwiek sens, to po prostu udawać, że się zgubiła.
Jednak, ku jej uldze, głosy rozmowy wraz z miarowym stukaniem damskich obcasów, zamiast zbliżać się, powoli zaczęły się oddalać. To dodało jej odwagi na tyle, że zaryzykowała i znów ostrożnie wychyliła głowę zza rogu ściany. W oddali, już przy schodach znajdujących się po przeciwnej stronie długiego korytarza, tych samych, którymi ona sama dzisiaj tutaj weszła, dostrzegła sylwetki dwóch kobiet. Jedna miała na sobie fartuch pielęgniarki, drugą zaś… drugą niewątpliwie była czarnowłosa dziewczyna, która przed chwilą siedziała przy Stefanie! Choć na sali Edyta widziała ją tylko przez dwie czy trzy sekundy, łatwo rozpoznała ją po charakterystycznej fryzurze a la Kleopatra.
Świat przed oczami zawirował jej jak na karuzeli. To przecież była jej szansa! Kimkolwiek była tamta – poszła sobie! Oto właśnie wraz z pielęgniarką skręciły na schody prowadzące na dół… a zatem poszła sobie stąd i raczej szybko nie wróci, a nawet gdyby, to wystarczy przecież tylko kilka minut… choćby jedna!
Wszelkie skrupuły i wyrzuty sumienia w mgnieniu oka straciły rację bytu, ustąpiły natychmiast i rozwiały jak dym wobec tej niespodziewanie odrodzonej szansy zobaczenia Stefana. Nieważne konsekwencje, byle zajrzeć tam i go zobaczyć! Choć nie rozumiała samej siebie, choć gdzieś na dnie świadomości potępiała się surowo za tę posuniętą do granic absurdu desperację, nie potrafiła nad tym zapanować. To było po prostu silniejsze od niej.
Nie zważając już zatem na nic, skupiona tylko na tym jednym celu Edyta ostrożnie jak kot wysunęła się zza załomu korytarza i na palcach, ze wszystkich sił starając się nie stukać obcasami, przemknęła do pokoju dwieście jedenaście. Drzwi wciąż były otwarte, jednak tym razem w środku nie było nikogo poza pacjentem leżącym na wysokim łóżku pod ścianą, podłączonym rozmaitymi rurkami i przewodami pod aparaturę medyczną. Zbliżyła się do niego ostrożnie i pochyliła nad nim zupełnie tak jak wtedy, kiedy leżał na noszach w lesie.
„Ach! Obciąłeś włosy!” – to była jej pierwsza myśl na jego widok.
Rzeczywiście, leżący na łóżku mężczyzna, blady jak biała poduszka, na której oparta była jego głowa, nie miał już swych pięknych, półdługich pukli w odcieniu lniany blond, które upodabniały go do baśniowego księcia Wikingów i które tak ją zachwyciły, gdy pierwszy raz spotkała go – nieważne już czy na jawie, czy we śnie – w pociągu z Warszawy. Teraz były krótko obcięte, a choć ich jasnozłoty kolor, podobnie jak odcień kilkudniowego zarostu na jego twarzy był dokładnie ten sam co w pociągu, metamorfoza ta mimo wszystko odbierała mu jakąś część tamtego uroku. Lecz z drugiej strony jakie to miało znaczenie? To był przecież on! Gdyby otworzył oczy, fryzura, długość włosów i wszystko inne przestałoby się liczyć. Koloru oczu na szczęście nie można zmienić, a to właśnie oczy są zwierciadłem duszy.
Jej wzrok padł na zawieszoną na wysokiej ramie łóżka kartę szpitalną, na której wypisane było nazwisko pacjenta i wiek, a pod spodem pomiar temperatury ciała oraz jakieś bazgroły i notatki lekarzy.
”S. Jurczyk, l. 27” – odczytała, skrupulatnie zapisując to nazwisko w pamięci. – „Wszystko się zgadza. Stefan Jurczyk, lat dwadzieścia siedem… i cztery miesiące” – doprecyzowała z mimowolnym uśmiechem. – „Widzisz? Zapamiętałam!”
Z tym samym uśmiechem, który wciąż nie chciał jej zejść z twarzy, pochyliła się znowu nad pacjentem i przyjrzała się jego bladej, nieogolonej twarzy. Lewy policzek, po którym długo gładziła go w lesie, czekając na pomoc, nie był już zakrwawiony, lecz na pewno był tak samo szorstki i ciepły jak wtedy… na pewno, nawet nie musiała tego sprawdzać. Lecz gdyby jednak sprawdziła? Niby nie powinna, ale… cóż… z góry wiedziała, że i tak się nie powstrzyma. Ostrożnie wyciągnęła rękę i dotknęła go. Tak, był taki sam, choć może odrobinę mniej szorstki, bo zarost urósł mu przez te dwa dni i był już nieco miększy. Miększy i taki ładny, jasny… w kolorze lniany blond odrobinę jaśniejszym od skóry… taki przyjemny w dotyku…
Po karku i plecach, a potem już po całym ciele przebiegł jej ciepły, znajomy już prąd. Nie powinna… naprawdę nie powinna! Tamta kobieta może przecież zaraz wrócić! Zapyta ją, co tu robi, dlaczego go dotyka… To będzie taki straszny wstyd, żenada wszech czasów! Ale czy rozum i sumienie mają szanse w dyskusji z sercem? Z tym głupim sercem, które nie chce słuchać nikogo, nawet swojej prawowitej właścicielki?
Ech, co tam! Niech się dzieje, co chce, niech niebo wali się na głowę, niech ziemia się zapada, niech kosmos wywraca się do góry nogami… czy to ważne? Każda sekunda tego dotyku była warta stu lat, o ile to, co przy tym czuła, da się w ogóle w jakikolwiek sposób wycenić i zamienić na jednostki miary. Przecież właśnie po to tu przyszła! Po to i tylko po to! Po to, żeby jeszcze raz to poczuć… jeszcze choć ten jeden raz w życiu poczuć to, co czuła wtedy w lesie, na mrozie, w rozbitym wraku czerwonej toyoty. A gdyby tak jeszcze on otworzył oczy…
– Stefan – szepnęła, wciąż gładząc go czule po policzku. – Stefciu…
I nagle, jakby cuda były towarem na ustne zamówienie, przez nieruchomą dotąd twarz mężczyzny przebiegł lekki grymas, a jego powieki poruszyły się i powoli, z trudem rozwarły, odsłaniając oczy w kolorze szmaragdowej zieleni. Wzrok miał mętny i niezbyt przytomny, jednak kiedy skupił go na obliczu pochylonej nad nim dziewczyny, podobnie jak w lesie odbił się w nich wyraźny błysk zdziwienia.
– Stefan – powtórzyła z radością. – Obudziłeś się! Jak się cieszę… Pamiętasz mnie?
Poruszył się leciutko i pokiwał powoli głową, nieznacznie, prawie niezauważalnie. Z jego oczu i twarzy wciąż jednak nie schodził wyraz zdziwienia.
– Jesteś w szpitalu – wyjaśniła mu ciepło, nie przestając gładzić go po policzku, od którego jakoś wciąż nie umiała oderwać ręki. – I już wszystko jest dobrze. Obudziłeś się, czyli jest dobrze. Szybko wyzdrowiejesz, zobaczysz.
Co takiego było w jego oczach, że, choć nie wypadało się na niego tak gapić, nie potrafiła odwrócić od nich wzroku? Jak tamta panna z dworu, jej przodkini, która na kilka sekund zapatrzyła się w oczy leśnika i przepadła na amen… O nie, ona przecież nie może przepaść na amen, to niebezpieczne! A jeśli on ma żonę? Zerknęła ukradkiem na jego prawą dłoń, potem na lewą – na żadnym z palców nie było obrączki, ale czy to cokolwiek znaczyło? Nie każdy nosi, czasem się zgubi, zresztą mogli mu ją zdjąć, kiedy robili badania… Ech, nieważne! Nieważne.
– Nie wiedziałam, że obciąłeś włosy – zagadnęła do niego z łagodnym uśmiechem. – Chyba że to oni musieli ci je obciąć, bo przeszkadzały. Ale co tam, odrosną.
Mężczyzna, który wciąż nie odrywał od niej zdziwionego wzroku, poruszył lekko wargami, jakby chciał coś powiedzieć, nie mógł jednak wydać z siebie głosu. Ona też nie miała już pomysłu, co ma dalej mówić, a zresztą… po co? Wystarczyło, że patrzyła mu prosto w oczy – w te niesamowite szmaragdowe oczy, które dziś zdawały jej się jeszcze piękniejsze i bardziej fascynujące niż kiedykolwiek wcześniej. Co się z nią działo? Zanurzała się w nich, traciła grunt… powoli przepadała w ich zielonkawych otchłaniach… i choć zdawała sobie sprawę z tego, że sama właśnie wtrąca się w pułapkę, nie umiała się wycofać. Najzwyczajniej w świecie, choćby włożyła w to pełny wysiłek woli, nie potrafiła tego przerwać!
Przerwał to jednak on, bowiem stopniowo jego spojrzenie znów się zmąciło, a powieki opadły, skrywając szmaragdowe tęczówki. Edyta ocknęła się jak wytrącona z transu i odruchowo cofnęła rękę.
– Stefan? – szepnęła.
On jednak nie odpowiedział, a bezwładna pozycja, w jakiej jego głowa zapadła się w poduszkę, ewidentnie wskazywała, że znów był nieprzytomny. Na nią zresztą też był już czas, wszak już dawno nie powinno jej tu być! Zaraz zresztą może wrócić ta kobieta… Po co się przed nią tłumaczyć? I tak osiągnęła, co chciała osiągnąć, zobaczyła go, a nawet spojrzała mu w oczy, które jakimś cudem otworzył. To będzie musiało jej wystarczyć.
Zerknąwszy zatem na niego po raz ostatni, wycofała się ku drzwiom i pośpiesznie przemierzyła korytarz aż do schodów, zbiegła nimi na pierwsze piętro, gdzie znajdował się oddział ogólny, i z ulgą wmieszała się we wciąż krążący tu tłum odwiedzających. Wszyscy mieli na sobie te same kombinezony ochronne co ona, a odwiedziny chorych na tym piętrze były dozwolone, nie musiała więc już niczego się obawiać. Misja na dziś zakończyła się sukcesem. Mogła wracać do domu.
„Rubens” – przypomniała sobie, sięgając po telefon. – „Może już jest i na mnie czeka?”
W skrzynce odbiorczej rzeczywiście czekała na nią wiadomość od młodego policjanta.
Duśka, sorry, jeszcze pół godziny, mamy komplikacje. Wytrzymasz? Będę po ciebie najpóźniej o trzynastej.
Spoko – odpisała, schodząc już na parter szpitala. – Nie śpiesz się, i tak robisz mi przysługę. Poczekam na holu do skutku.
12.
Jako że do trzynastej było jeszcze daleko, Edyta, pozbywszy się stroju ochronnego, zakupiła sobie w szpitalnym barku kawę w kubku na wynos i usiadła z nią na jednej z ławek w dość mocno zatłoczonym holu. Miejsce wybrała tak, by przez okno mieć widok na wejście do szpitala i móc już z daleka namierzyć Rubensa, kiedy ów przyjedzie tu, by zabrać ją z powrotem do miasteczka. Matce (która zresztą krzywym okiem patrzyła na ten wyjazd, kiedy w domu wciąż jeszcze byli goście) obiecała, że postara się wrócić na zaplanowany na piętnastą obiad, więc nawet gdyby kolega spóźnił się jeszcze bardziej, i tak nie brakowało jej zapasu czasowego. Zresztą może i dobrze, że musiała na niego poczekać? Dzięki temu zdąży odrobinę wyciszyć buzujące w sercu emocje i jakoś opanować ten myślowy chaos w głowie.
Właściwie to sama nie umiałaby określić słowami tego, co teraz czuła. Była to jakaś przedziwna mieszanina radości i melancholii, uskrzydlającego szczęścia i rezygnacji, słodkiego spełnienia i bolesnego niedosytu, skąpana dodatkowo w nierealnej, na wpół onirycznej aurze, mimo że tym razem Edyta nie miała cienia wątpliwości, że to nie był sen. To się działo naprawdę, czekała w tym szpitalnym holu na Rubensa, a zaledwie kilkanaście minut wcześniej była dwa piętra wyżej w pokoju dwieście jedenaście, u Stefana, który, choć od poniedziałkowego wypadku leżał nieprzytomny, przy niej już drugi raz na chwilę otworzył oczy. Czy to nie był jasny znak, że wyzdrowieje?
„Wyzdrowieje i wróci do swojego świata” – pomyślała, sącząc powoli kawę ze wzrokiem wbitym w okno. – „Do swojej Elizy… czyli tam, gdzie dla mnie nie ma miejsca. Niewykluczone, że dzisiaj widziałam go po raz ostatni.”
Owszem, to było bardzo prawdopodobne, dlatego tym bardziej nie żałowała, że przyjechała tu dzisiaj i zdołała go zobaczyć. Nikomu tym przecież krzywdy nie zrobiła, jeśli nawet tamta czarna Kleopatra była jego żoną, to czy czegoś jej z tego tytułu ubędzie? Ona zaś zachowa przynajmniej piękne wspomnienie najbardziej niezwykłej przygody w swoim dotychczasowym życiu.
– Przepraszam, czy mogę przeszkodzić? – usłyszała tuż za sobą damski głos, którego tembr chyba już dzisiaj słyszała.
Odwróciła się zdziwiona, bardziej po to, by sprawdzić, czy rzeczywiście ona jest adresatką tego pytania, i skamieniała na chwilę, a następnie pośpiesznie zerwała się z ławki. Przed nią stał nikt inny jak czarnowłosa kobieta o fryzurze Kleopatry.
– Nie, nie, proszę siedzieć! – rzuciła życzliwie. – Chciałam tylko zamienić z panią dwa słowa. Mogę się dosiąść na chwilę?
– O… oczywiście – szepnęła spłoszona Edyta, opadając z powrotem na krzesło, przez co kropelki resztek kawy chlapnęły jej na spodnie.
– Ojej, przepraszam – zmartwiła się na ten widok kobieta. – Nie chciałam sprawić kłopotu i pani wystraszyć, ale widziałam panią na górze i tak się zastanawiałam… Może dam pani chusteczkę?
– Nie, nie… nie trzeba – zmieszana, zaniepokojona Edyta dopiła szybko kawę i wyrzuciwszy kubek do pobliskiego kosza, przetarła tylko ręką poplamione dżinsy. – I tak to nic nie da, upiorę to już w domu.
– Tam przecież nie wolno wchodzić postronnym – podjęła przerwany wątek tamta – a ja pani nie znam, więc zastanawiałam się, kim pani jest i co pani tam robi.
– Przepraszam, ja… – zaczęła skonfundowana do reszty Edyta, gotowa stanowczo wyprzeć się wszystkiego.
– Ale już wiem – przerwała jej ciepło kobieta. – Jak przed chwilą znowu panią tu zobaczyłam, pomyślałam, że muszę się dowiedzieć, i zapytałam o panią tamte pielęgniarki.
Ruchem głowy wskazała w stronę stolików przy recepcji, gdzie w istocie grupa kilku pielęgniarek segregowała jakieś rzeczy, przekładając je z jakiejś paczki do wielkiego plastikowego kosza. Jedną z nich, jak dopiero teraz zauważyła Edyta, była ta od matki Maćka, która przed godziną pokierowała ją na drugie piętro.
– Powinnam pani z całego serca podziękować – podjęła czarnowłosa, kładąc jej na chwilę dłoń na przedramieniu. – Uratowała pani życie mojego brata.
Edyta wytrzeszczyła na nią oczy.
– Brata? – szepnęła, czując jak zalewa ją przyjemna fala ulgi i szczęścia.
– Przyrodniego – doprecyzowała z wyraźnym rozbawieniem kobieta. – Wiem, że tego nie widać, nie jesteśmy w ogóle do siebie podobni, bo mieliśmy innych ojców, ale matkę jednak tę samą, więc przynajmniej w połowie płynie w nas ta sama krew. Ale zaraz… właściwie to najpierw powinnam się przedstawić – dodała z zakłopotaniem, wyciągając do niej rękę. – Monika Dudzik.
– Edyta Milewska – odpowiedziała, chętnie ściskając jej dłoń. – Miło mi.
– Słyszałam już wszystko od policji i lekarzy – podjęła Monika. – Gdyby nie pani szybka reakcja, a zwłaszcza to, że jakimś cudem znalazła się pani akurat wtedy na tym odludziu w lesie, Sim nie miałby żadnych szans. Wykrwawiłby się tam i w dodatku zamarzłby na śmierć.
– Sim? – powtórzyła zaskoczona.
– No tak, Sim, mój brat – uśmiechnęła się znowu z rozbawieniem Monika. – Ma na imię Szymon, ale wszyscy mówimy na niego Sim.
– Szymon? – szepnęła.
Już po raz drugi tego dnia świat zakręcił się wokół niej jak na karuzeli, aż przygasło światło. Jak to Szymon? Jaki znowu Szymon! Przecież to był Stefan!
– Tak, Szymon Jurczyk. Na rozbieżność naszych nazwisk niech pani nie patrzy, on ma swoje po ojcu, ja swoje teraz po mężu, ale wcześniej też nazywałam się inaczej. W ogóle nikt nie wierzy, że jesteśmy przyrodnim rodzeństwem, i trudno się temu dziwić, on i ja to same przeciwieństwa, przynajmniej jeśli chodzi o wygląd. Ale wracając do rzeczy, bardzo się cieszę, że się spotkałyśmy, pani Edyto – podkreśliła ciepło. – Odkąd dowiedziałam się, jak wyglądał ten wypadek i jaka była pani rola w ratowaniu Sima, strasznie chciałam panią poznać i podziękować. Więc jak teraz ta pielęgniarka powiedziała mi, że to właśnie pani, z wrażenia omal nie usiadłam na podłodze. Natychmiast przestało mnie dziwić, co pani robiła na górze w sali mojego brata, wręcz zrobiło mi się wstyd, że niechcący panią stamtąd wypłoszyłam.
Edyta słuchała jej oszołomiona, nie wierząc, że to dzieje się naprawdę. Czy na pewno się nie przesłyszała? Szymon alias Sim? Kto to w ogóle był? Jakiś obcy facet? A co ze Stefanem? Przecież nie mogła się tak pomylić! Ta twarz, te oczy… nawet kolor włosów… chociaż z drugiej strony fakt, że miał te włosy krótko ścięte, podczas gdy Stefan… Poczuła, że robi jej się słabo.
– Tak czy inaczej chcę pani bardzo, naprawdę bardzo gorąco podziękować – ciągnęła z ożywieniem Monika. – I to nie tylko w imieniu Sima, ale też w moim własnym, bo gdyby zginął w tym wypadku, do końca życia miałabym wyrzuty sumienia. Co prawda on sam byłby sobie najbardziej winny, bo to wszystko przez ten jego głupi pracoholizm i odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę, ale jednak wtedy jechał do nas… Zaprosiliśmy go z mężem do nas pod Olsztyn na Wigilię i święta – wyjaśniła. – Sim mieszka sam w Warszawie i pracuje na okrągło, od trzech lat rozkręca firmę i dosłownie świra już od tego dostał. Chciałam go wyciągnąć z nory chociaż ten raz w roku, na Boże Narodzenie. Jego ojciec dawno nie żyje, nasza mama mieszka za granicą z trzecim mężem, a że mają małe mieszkanie, to nigdy nas do siebie nie zaprasza. Więc wiadomo było, że jak my z Artkiem nie weźmiemy młodego na święta, to spędzi je u siebie w domu na chipsach i coli, ewentualnie przebaluje po klubach z kumplami i jakimiś dziewczynami, jak to on. I co to będą za święta? Nawet nie poczuje świątecznej atmosfery, bo, wie pani, to jest człowiek, co choinki nie ma czasu kupić, nie mówiąc o jej ubraniu… No to uznałam, że w tym roku wezmę się za niego, i co? Mało brakowało, a wpędziłabym go przez to do grobu.
Edyta pokręciła tylko głową, niezdolna do tego, by zareagować słowami, po prostu nie była w stanie zlepić choćby dwóch w sensowną całość. Monika jednak nie wymagała od niej bardziej wyrafinowanej odpowiedzi.
– Tak, niestety, pani Edyto – westchnęła. – Gdyby nie pani, to właśnie tak by było. Chciałam dobrze, wyszło źle, a mogło się skończyć tragicznie i wtedy sumienie chyba by mnie zagryzło. Sim miał dojechać do nas na wieczerzę wigilijną – podjęła wyjaśniająco. – Specjalnie dla niego opóźniliśmy ją prawie do dziewiętnastej, a on nagle dzwoni i mówi, że dopiero wyjechał z Warszawy i żebyśmy nie czekali na niego z jedzeniem, bo i tak dotrze dopiero w nocy. Może sobie pani wyobrazić, jaka byłam wściekła! Jak zwykle musiał jeszcze załatwiać milion spraw do ostatniej chwili, nawet w Wigilię! Bez tego firma na pewno by upadła – wydęła z dezaprobatą wargi. – Tym razem naprawdę przegiął po całości i w pewnym sensie dostał za swoje… wiem, nie powinnam tak mówić, ale jednak coś w tym jest. A z drugiej strony to było trochę też przeze mnie. Wiedział, że jestem wściekła o to, że tak późno wyjechał, więc zadzwonił z trasy drugi raz i powiedział, że spróbuje pojechać skrótami, żeby dotrzeć do nas szybciej. Nie przekonało mnie to, Artek też mu odradzał, skróty po jakichś pipidówkach są szybsze tylko w teorii, ale on uparł się, że spróbuje. Twierdził, że nawigacja go poprowadzi… no i poprowadziła – pokiwała z politowaniem głową. – Tak pięknie go poprowadziła, że wjechał w jakiś las na odludziu, wpadł w poślizg na zakręcie i skończył na drzewie, zamiast u nas na kolacji. Cały Sim! Mam nadzieję, że przynajmniej potraktuje to jako nauczkę na przyszłość.
Edyta, która zdążyła już odrobinę ochłonąć z pierwszego szoku, spojrzała na nią czujnie.
– Ale wyjdzie z tego, prawda? – zapytała cicho. – Co mówią lekarze?
– Nie wie pani? – zdziwiła się Monika.
– Nie, ja tylko… zajrzałam tu tylko dzisiaj, chciałam sprawdzić, czy wszystko w porządku, ale z nikim nie rozmawiałam ani nic. Zresztą nie jestem z rodziny, więc i tak nikt by mi żadnych informacji nie udzielał. Po prostu – przypomniała sobie argumentację, jakiej używała w rozmowie z Rubensem – takie zdarzenie zawsze zostaje w głowie, trudno o tym zapomnieć, więc…
– No, rozumiem – uśmiechnęła się ciepło Monika. – Chciała pani sprawdzić, jak czuje się uratowany przez panią człowiek, czy pani trud nie poszedł na marne. To bardzo szlachetne i tym bardziej pani za to dziękuję. Jeśli chodzi o stan Sima, to jeszcze do wczoraj po południu było bardzo źle – wyjaśniła, poważniejąc. – Na pograniczu stanu krytycznego, tak, że lekarze nie mieli pewności, w jaką stronę to pójdzie. Na szczęście w nocy zaczęło mu się poprawiać, nawet dwa razy na chwilę odzyskał przytomność, tak na króciutko, dosłownie na kilka sekund, a dzisiaj rano lekarz powiedział mi, że jego stan wreszcie jest stabilny. Ma złamaną nogę, obrażenia wewnętrzne, poza tym stracił dużo krwi, więc musieli mu podać kilka litrów, a to zawsze jakieś tam ryzyko. Ale na szczęście udało się i chyba już jest dobrze. Załatwiłam mu przeniesienie do szpitala w Olsztynie – zaznaczyła. – Oczywiście jak już na tyle dojdzie do siebie, że będzie się nadawał do transportu, bo na razie jeszcze musi zostać tutaj co najmniej do jutra. W Olsztynie jest lepsza opieka, zwłaszcza lepsze zaplecze sprzętowe niż w takim powiatowym szpitaliku jak tutaj, poza tym będziemy mieli go z Artkiem pod ręką, ktoś przecież będzie musiał doglądać go przy rekonwalescencji. Firmę w Warszawie niestety na parę tygodni będzie musiał zostawić bez nadzoru… trudno – rozłożyła ręce. – Może dzięki temu dotrze do niego, jak się kończy pracoholizm i kombinatorstwo.
Edyta znów pokiwała tylko głową w poczuciu, że dziś jeszcze długo nie zdoła zebrać myśli. Cały skomplikowany gmach interpretacji, jakie pracowicie układała w głowie od przedwczorajszej nocy i który powoli już zaczynał nabierać sensownych kształtów, runął nagle jak domek z kart, z którego wyjęta została ta jedna, najważniejsza. Mężczyzna, którego uratowała w lesie, to nie był Stefan! Pomimo uderzającego podobieństwa to był ktoś inny, „jakiś obcy ziom”, jak ujął to Rubens… jakiś bliżej nieznany Sim-pracoholik, co przedkłada sprawy firmowe nad wieczerzę wigilijną z rodziną, nie ma czasu kupić choinki, a w święta jada chipsy i popija colą. Mimo wszystko ciężko jej było przyjąć to do wiadomości.
– Tylko proszę mnie nie zrozumieć źle, pani Edyto – kontynuowała Monika. – To, że tak krytykuję Sima, nie znaczy, że się o niego nie martwię i że nie jest mi go żal. Jest moim bratem i kocham go bez względu na wszystko, nawet kiedy odstawia takie akcje i świruje jak potłuczony. Najważniejsze, że żyje, a gdyby nie pani…
– Hej, Duśka, już jestem! – przerwał jej zdyszany głos Rubensa, który wparował właśnie na hol szpitala i rozejrzawszy się, dostrzegł ją na ławce pod oknem. – Zbieraj się, jedziemy! A, dzień dobry – ukłonił się Monice, jakby dopiero teraz zorientował się, że Edyta z nią rozmawia, a nie tylko siedzi obok. – Sorry… nie przeszkadzam?
Obie zerwały się z miejsc, Monika z niepokojem i zmieszaniem, Edyta z ulgą.
– Ach, nie, nie! – zapewniła go Monika. – Dzień dobry, to raczej ja przeszkadzam, już uciekam i nie zawracam państwu głowy. Bardzo miło mi było panią poznać, pani Edyto – wyciągnęła rękę do dziewczyny, którą ta uścisnęła uprzejmie. – Cieszę się, że mogłam z panią porozmawiać, chociaż ciągle mam wrażenie, że nie podziękowałam pani wystarczająco… A może wymieniłybyśmy się numerami telefonu? – spojrzała na nią w natchnieniu. – Obiecuję, że nie będę wydzwaniać, ale tak tylko… na wszelki wypadek.
Edyta zawahała się, jednak szybko uznała, że odmowa byłaby niegrzeczna, a poza tym… chociaż ów Sim nie był Stefanem, nie miała nic przeciwko temu, żeby za jakiś czas dowiedzieć się, czy całkowicie wrócił do zdrowia. Ot tak. Tylko żeby upewnić się, czy, jak to powiedziała Monika, jej trud z ratowaniem go nie poszedł na marne. Przystała zatem na wymianę numerów, po czym, pożegnawszy się z nią, ruszyła z Rubensem do samochodu. Im wcześniej będzie w domu, tym lepiej, kto wie, może nawet zdąży jeszcze pomóc matce i babci przy obiedzie?
– Ty, co to była za typencja? – zagadnął Rubens, kiedy jechali już drogą wiodącą przez ośnieżone pola w stronę miasteczka. – Ta czarna, w szpitalu?
– Nie interesuj się – odpowiedziała żartobliwym tonem. – Jest już zajęta, ma męża, do tego sporo starsza od ciebie. Nie masz u niej szans.
– No co ty, Duśka! – roześmiał się serdecznie. – Ja przecież nie tak, dla mnie zresztą ona jest za chuda, i to co najmniej o połowę! Ale ty jesteś jajcara, a niech cię… Słuchaj, nagrałem już wstępnie imprę – dodał poważniej, zerkając na nią znad kierownicy. – Klep termin, piątek osiemnasta, spotykamy się u Dorki. Będzie Piotrek, Kama, Czarna, Bazyl i może jeszcze Wojtek ze swoją nową laską. Jakimś cudem wszyscy są na miejscu.
– Super – uśmiechnęła się blado Edyta, wpatrując się w widoczny przez przednią szybę zimowy krajobraz pól i lasów. – Zaklepane.
– A jak ten ziomek z wypadku? – przypomniał sobie. – Wyliże się?
– Tak, już jest stabilny. Na dniach zresztą go stąd zabierają, ale nie dlatego, że jest źle, tylko po to, żeby mógł leczyć się bliżej domu. Tak czy inaczej obędzie się bez prokuratora. Dzięki za wszystko, Rubens.
13.
Zbierająca się do odjazdu, biegająca w ferworze pakowania rodzina robiła w domu taki szum i wrzawę, że ściany starego domu dosłownie trzęsły się w posadach. Tak było od lat i miało to swój urok, zwłaszcza Edyta lubiła te cykliczne najazdy Hunów, tym bardziej że w skład ekipy gości zawsze wchodziły dzieci kuzynów, z którymi uwielbiała się bawić. Dom należący do jej matki był ogromny, dlatego to właśnie tutaj organizowano większość rodzinnych spędów; na szczęście uciążliwość przygotowań była ograniczona przez wielostronną umowę, na mocy której każdy z uczestników dokładał się finansowo i przywoził jakieś jedzenie. Mimo że niektórzy z wujków i cioć bywali irytujący, zwłaszcza kiedy wypytywali ją o życie osobiste, a niekiedy nawet próbowali ją swatać, Edyta umiała podchodzić do ich uwag z humorem i przyjacielskim przymrużeniem oka, niezmiennie darząc ich sympatią.
Niemniej faktem było, że w tegorocznym rodzinnym spotkaniu bożonarodzeniowym uczestniczyła tylko na pół gwizdka, pochłonięta nieoczekiwaną serią zdarzeń, której punktem kulminacyjnym był nocny wypadek w lesie. Wracając z Rubensem z Ostrowa postanowiła zatem, że dziś przynajmniej w jakimś stopniu to nadrobi i resztę dnia aż do wyjazdu gości spędzi z nimi ze stuprocentowym zaangażowaniem. Tym bardziej że już i tak podpadła matce na chyba wszystkich możliwych frontach.
Mimo to nie żałowała wyjazdu do Ostrowa i wizyty w szpitalu u… właściwie to już nie u Stefana, chociaż ten człowiek mentalnie nadal był dla niej Stefanem. Cóż mogła poradzić na to, że wciąż nie umiała do końca zaakceptować tego rozczarowania?
„A przez kilka sekund było już tak pięknie!” – myślała z żalem, pomagając Asi i Andrzejowi znosić po schodach bagaże dzieci. – „Kiedy okazało się, że Monika-Kleopatra to jego przyrodnia siostra, a nie żona, wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni… a chwilę potem wyszło, że to nie Stefan, tylko jakiś Sim… i znowu totalna wywrotka do góry nogami! Szczerze mówiąc, mam już dość tych zwrotów akcji, muszę z tym skończyć i wreszcie odpocząć. Sprawa przecież i tak jest już zamknięta.”
– A ty się, Marteczko, o Edycię nie martw – perorowała tymczasem konspiracyjnym tonem na dole ciotka Malwina, zwracając się do jej matki. – Ja też uważam, że to, jak się zachowuje, te jej nagłe wyjścia, ta ciągła nieuwaga, to bujanie w obłokach, to są po prostu objawy zakochania. A że nie chce ci powiedzieć, kto jest wybrankiem, i wszystkiego się wypiera? I co z tego? To jeszcze nic nie znaczy, wręcz tym lepiej, że tak się z tym kryje i nie chce zapeszać, to właśnie może znaczyć, że sprawa jest poważna.
„Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, że dałam jej mój numer” – zastanawiała się z zażenowaniem Edyta. – „Może lepiej było całkowicie urwać z nimi kontakt? Po tym, jak zachowywałam się przy tym całym Simie, kiedy pomyliłam go ze Stefanem, powinnam zapaść się pod ziemię… uch, ale wstyd! Jedyna nadzieja, że on nic z tego nie zapamięta.”
W istocie, tym, co po odkryciu prawdziwej tożsamości mężczyzny z wypadku sprawiało jej największy dyskomfort, było jej własne zachowanie przy szpitalnym łóżku, kiedy na kilkadziesiąt sekund odzyskał przytomność.
„Patrzył na mnie jak na idiotkę” – pomyślała, wspominając zdziwienie w jego oczach, tak łudząco podobnych do oczu Stefana, że do tej pory nie mogła w to uwierzyć. – „I nic dziwnego, bo co ja najlepszego wyprawiałam? Głaskałam go po policzku, gadałam do niego jak do starego znajomego… a to przecież obcy facet! Aj!” – w napływie nagłej fali wstydu zacisnęła powieki i ukryła twarz w dłoniach. – „Ale przypał, a niech to!”
– Ciociu, co się stało? – zaniepokoiła się mała Agusia. – Dlaczego płaczesz?
– Ależ nie płaczę, kochanie! – uśmiechnęła się, natychmiast odrywając dłonie od zaczerwienionej lekko twarzy. – Chowam się tylko przed tobą, myślałam, że mnie nie widać, ale ty jesteś spryciara i już mnie znalazłaś!
Dziewczynka roześmiała się perliście. Tymczasem w głębi przedpokoju do matki Edyty i ciotki Malwiny dołączyły dwie kolejne ciotki i wsparta na lasce babcia.
– Ja też bym, Marciu, radziła poczekać – pokiwała głową ciotka Brygida, dając znać mężowi, że może zabrać już do samochodu kolejną walizkę. – Jak coś się wykroi samo, to się wykroi, a jak nie, to najwyżej weźmiemy sprawy w swoje ręce. Bo słuchaj. Mamy u nas w Poznaniu zaprzyjaźnioną sąsiadkę, a ona ma syna, Wojtusia… przystojny chłopak, mówię wam, do tego jeszcze przed trzydziestką, a co najważniejsze, wolny! Więc jakbym tak kiedyś Edycię zaprosiła do nas na parę dni…
„Ale jak mogłam się nie pomylić?” – myślała w tonie usprawiedliwienia Edyta, zakładając małej czapeczkę. – „On jest taki podobny do Stefana! Co prawda te włosy… już chyba w czasie wypadku miał je krótkie, bo nie pamiętam, żeby wystawały spod czapki… ale włosy przecież można ściąć, więc to się nie liczyło! A ta karta z nazwiskiem przy łóżku? Akurat pech, że obaj mają ten sam inicjał imienia! I jeszcze ten sam wiek, dwadzieścia siedem lat… Identyczne oczy… właśnie, oczy! Taki kolor to przecież skrajna rzadkość! ”
Na wspomnienie szmaragdowego poblasku tęczówek Sima, identycznych jak u Stefana, tyle że z ciemniejszymi rzęsami, w ułamku sekundy zrobiło jej się gorąco. I znów to przedziwne uczucie, jakby omdlewała w niej dusza… Szybko jednak znów przykrył je palący wstyd. Zachowała się tak absurdalnie i niedopuszczalnie!
„Lepiej skończyć z tym i zapomnieć” – zdecydowała, z uśmiechem wygładzając na Agusi różowe futerko i poprawiając jej szaliczek. – „Wykonałam zadanie, uratowałam go, tak jak prosił Stefan, nie ma tu nic więcej do zrobienia. On i tak jedzie do Olsztyna, gdzie będzie się jeszcze długo leczył, a ja wracam do Warszawy do roboty… i tyle. Fakt, że te święta zapamiętam jako najbardziej zwariowane w całym życiu, ale teraz już naprawdę czas na powrót do normalności.”
– To co, Aguś? – zagadnęła wesoło do dziewczynki. – Zakładamy twoje nowe rękawiczki z gwiazdkami? Tylko pamiętaj, żeby zdjąć je w samochodzie, bo będzie ci za gorąco.