Anabella – Rozdział CCXXXIX
– Iza, szef cię szuka – oznajmiła Klaudia, przemykając obok niej z ręcznikiem papierowym i sprejem do czyszczenia blatów. – Zajrzyj na zaplecze, pytał o ciebie w kuchni.
– Jasne, Klaudziu, już biegnę, dzięki! – odparła Iza. – Przepraszam, muszę uciekać – dodała, zwracając się do grupki młodych klientów, którzy kilkanaście minut temu zahaczyli ją przy jednym ze stolików, by wyrazić swój zachwyt nad udanym wieczorem, i z którymi wywiązała się w związku z tym dłuższa pogawędka. – Dzięki za obecność i oczywiście zapraszamy ponownie!
– Będziemy, będziemy! – zapewnili ją wesoło goście. – Nie odpuścimy już żadnego Dnia Francuskiego, to jest naprawdę super pomysł, gratulacje!
Uśmiechnęła się do nich i ruszyła przez salę, starając się nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, bowiem ból głowy, z którym walczyła od prawie godziny, nasilał się, wzmagany dudniącą wciąż z głośników muzyką. Na parkiecie było już coraz mniej ludzi, francuska impreza powoli dobiegała końca, jednak ona jako gospodyni musiała zostać aż do zamknięcia, a do tego brakowało jeszcze około pół godziny. Idąc w stronę nadal dość mocno obleganego baru, gdzie klienci kupowali teraz głównie wodę, soki i napoje gazowane, by ugasić pragnienie po tańcu, zauważyła, że towarzystwo ze stołu w sektorze VIP-ów zbierało się już do wyjścia, stali tam bowiem, nieśpiesznie zakładając płaszcze i rozmawiając między sobą w mniejszych grupkach. Wśród nich dostrzegła sylwetkę Natalii i przez myśl przebiegło jej, że za chwilę będzie wypadało się z nimi pożegnać, co w obecnym stanie psychofizycznym postrzegała jako wyjątkowo ciężkie zadanie.
„Noblesse oblige” – pomyślała z przekąsem, przyśpieszając kroku. – „Tylko co mi po takiej noblesse…”
Na Majka wpadła zaraz po wejściu na zaplecze. Miał na sobie swą skórzaną zimową kurtkę i wyglądał na zaniepokojonego.
– O, jesteś, Izula! – zawołał, zatrzymując ją i ujmując ją lekko za ramię, by spojrzeć jej w twarz. – Gdzie ty mi znowu uciekasz? Coś się stało?
– Nie, nic, przepraszam, zagadałam się tylko z klientami na sali – wyjaśniła. – Ale już jestem, słyszałam, że mnie szukałeś. Mów, co trzeba zrobić?
– Pożegnać się z brygadą i przejąć za mnie ster – odparł, nie spuszczając z niej uważnego wzroku. – Ja wychodzę z nimi, chcę odprowadzić ich na taksówki, a potem mam jedną ważną rzecz do załatwienia.
– Oczywiście – skinęła głową. – Zajmę się tym, szefie.
Majk pokręcił głową z dezaprobatą.
– Co się dzieje elfiku? – zapytał łagodnie. – Coś ewidentnie jest z tobą nie halo. Uciekłaś z toastu, ze szkłem wysłałaś do nas Olę… i jakaś blada jesteś. Źle się czujesz?
Troska w jego głosie w ułamku sekundy rozbroiła komandosa, Iza poczuła, że oczy zaczynają ją niebezpiecznie szczypać. Na szczęście nie musiała kłamać.
– Trochę – przyznała, przeciągając dłonią po czole. – Od tych wrażeń rozbolała mnie głowa, ale to nic, dam radę. Chodźmy – wskazała na wejście na salę. – Widziałam, że już są ubrani i czekają na nas, zaraz zrobi im się w tych ubraniach za gorąco.
– Poczekaj – zatrzymał ją Majk. – Powiedz mi tylko jedną rzecz. Ten ból głowy ma jakiś związek z tamtą dziewczyną, która była tu przed północą i wypadła stąd cała zapłakana?
– Tak. Miałyśmy bardzo nieprzyjemną rozmowę, zdenerwowałam się i mój zakręcony łeb niestety tego nie wytrzymał – spróbowała się uśmiechnąć. – Ale to nic, Michasiu, naprawdę. Ogarnę tu wszystko, dopilnuję zamknięcia i pójdę do domu się leczyć. Na noc wezmę sobie tabletkę.
– Kto to był? – zapytał poważnym tonem Majk.
Iza zawahała się, ale tylko na chwilę.
– Narzeczona Miśka Krzemińskiego – odparła ponuro. – Przyszła zrobić mi scenę zazdrości.
Przez twarz mężczyzny przebiegł nagły cień. Podniósł w górę brwi w geście zdziwienia, przyglądając jej się uważnie.
– Scenę zazdrości? – powtórzył powoli.
– Aha. To kompletny absurd, ale proszę, Majk… nie chcę teraz o tym rozmawiać, szkoda na to czasu. Jeśli będziesz chciał, wszystko opowiem ci jutro – obiecała. – O ile oczywiście nasza jutrzejsza sesja filozofii jest dalej aktualna – spojrzała na niego pytająco.
– Oczywiście, że jest – odparł stanowczo. – I owszem, jutro mi to opowiesz, nie odpuszczę ci. Teraz rzeczywiście nie ma czasu, muszę odprowadzić ich na górę, obiecałem to już, ale jeśli chodzi o zamknięcie imprezy, to zorganizujemy się inaczej. Wiesz, jak zrobimy, elfiku? – pogładził ją lekko po ramieniu. – Zaraz pogadam z Chudym i z Antkiem, wydam im dyspozycje, a ty pożegnasz się z naszymi gośćmi i zaraz potem pojedziesz do domu. Natychmiast po naszym wyjściu, nie czekając na koniec imprezy, jasne?
– Nie, Majk, nie trzeba – zaprotestowała żywo. – To nic takiego, wytrzymam.
– Pojedziesz – oznajmił surowo. – Nie ma o czym gadać, Izula, wystarczająco już się dzisiaj naharowałaś, nie będziesz mi się tu jeszcze snuła z bólem głowy. Wracaj szybko do domu, weź rzeczywiście jakiś lek i odpocznij, a jutro wyśpij się i czekaj na mnie, okej? Przyjadę do ciebie na sesję filozofii koło południa albo zaraz po, z obiadem w pakiecie – zaznaczył. – Wezmę coś z dzisiejszego menu, widziałem, że sporo tego zostało.
– Okej – odparła posłusznie. – Tak się umawiamy na jutro, ale dzisiaj…
– Proszę, nie dyskutuj już ze mną, kochanie – przerwał jej tym samym co poprzednio, łagodnym tonem. – Tu naprawdę nie ma pola do dyskusji.
Iza przełknęła znów cisnące jej się do gardła łzy i pokiwała głową.
– Dobrze – szepnęła.
Majk podniósł rękę ku jej twarzy, jakby chciał pogładzić ją po policzku, ale po krótkiej chwili wahania cofnął ją i odgarnął sobie tylko włosy z czoła.
– Chodźmy – odparł, wskazując jej, by poszła przed nim. – Szybkie honory pani domu, a potem zmykasz do łóżka.
Wchodzące właśnie na zaplecze z kolejnymi tacami brudnych naczyń Klaudia, Ola i Zuzia, cofnęły się zgodnie, by zrobić im miejsce.
– Klaudia, będę miał zaraz do ciebie dwa słowa – powiedział Majk. – Za trzy minuty poproszę cię do Antka, okej?
– Tak jest, szefie.
– A tobie, elfiku, na koniec tej szatańskiej dniówki chcę powiedzieć jeszcze jedną rzecz – podjął, gdy oboje z Izą ruszyli już w stronę sektora VIP-ów. – Czekałem z tym na jakąś lepszą okazję, ale już widzę, że taka się dzisiaj nie trafi, więc trudno, muszę to zrobić w warunkach polowych.
Iza podniosła na niego pytające spojrzenie, starając się nie wykręcać zbytnio szyi w obawie, by od tego nie nasilił jej się ból głowy. Majk uśmiechnął się lekko, choć wyraz jego oczu pozostał poważny.
– Ślicznie wyglądasz w tej sukience – powiedział ciepło. – Bardzo ci pasuje ten kolor.
Iza zmieszała się i odwróciła oczy, znów czując ścisk w gardle, który za wszelką cenę musiała przed nim ukryć. Dlaczego ten komplement bardziej ją zabolał, niż sprawił jej przyjemność? Cóż, dobrze wiedziała dlaczego – z tego samego powodu, dla którego na krótki ułamek sekundy obraz sali przed jej oczami spowiła łososiowa mgła.
– Dziękuję, szefie – odparła cicho. – Kazałeś ubrać się w coś eleganckiego, to tak zrobiłam. Żeby godnie reprezentować firmę.
– Firmę to… – zaczął z przekąsem Majk, ale musiał urwać, bowiem w tym momencie doszli już do grupki czekających na nich przyjaciół, którzy powitali ich owacją.
– No, wreszcie! Znalazła się nasza zguba! – zawołała Dominika, podbiegając do Izy i ściskając ją serdecznie. – Iza, jesteś niemożliwa! Gdzie tak znowu zniknęłaś? Nie było cię na toaście!
– Kazałyśmy Majkowi szukać cię do skutku – oznajmiła Justyna, również ściskając ją i całując w oba policzki. – No, pa… chcieliśmy koniecznie pożegnać się z naszą dzielną gospodynią, zwłaszcza że następnym razem spotkamy się pewnie dopiero w kwietniu albo i później. Trzymaj się, Iza, powodzenia na stażu i koniecznie pozdrów od nas Anię!
– Musimy kiedyś spotkać się w jakimś neutralnym miejscu, gdzie Majk nie będzie ganiał cię do roboty – dodała Asia. – Tutaj niestety się nie da, bo wiadomo, że jak on z nami siedzi, to ty musisz za niego ogarniać logistykę. A ja bardzo lubię, jak z nami jesteś – uśmiechnęła się do niej z sympatią. – No, dawaj buziaka, ja też życzę ci szczęśliwej podróży i udanego pobytu w Belgii!
– I ja też – dołączył do nich Pablo, ujmując dłoń Izy i ściskając ją z uśmiechem. – Trzymaj się, dzielny elfiku, mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję widzieć się przed twoim wyjazdem, ale jeśli nie, to ode mnie też przyjmij życzenia owocnego pobytu w Liège. Lea mówiła, że zabierzesz od nas drobiazg dla mojej chrześnicy, hmm?
– Tak jest – odwzajemniła mu uśmiech Iza. – Lodzia ma mi go podrzucić na tygodniu, wszystko już umówione. Przy pierwszej okazji przekażę prezent Tosieńce.
– Super, bardzo ci dziękuję – odparł ciepło. – I za dzisiejszy wieczór też. Impreza jak zwykle pierwsza klasa!
Kolejne osoby pożegnały się z nią dużo szybciej, tylko Wojtek zatrzymał ją dłużej, jeszcze raz wyrażając swą wdzięczność za pomoc w akcji ze ślimakami.
– Masz we mnie dozgonnego dłużnika, Izabello – zaznaczył z powagą, ściskając jej dłoń.
Natalia, ubrana już w swój długi czarny płaszcz obszyty szarym futerkiem, uścisnęła ją jako jedna z ostatnich.
– Iza, jeszcze raz przepraszam cię za to zamieszanie z naszym niedoszłym spotkaniem – powiedziała ze skruchą. – Ciągle coś nam wypada, tym razem to znowu była moja wina, skumulowało mi się naraz tyle spraw, że nie miałam jak… ale nadrobimy to po twoim powrocie z Belgii. Jak tam, pakujesz się już?
– Powoli – uśmiechnęła się.
– Fajnie, aż ci zazdroszczę. Też bym chciała się gdzieś ruszyć, zwłaszcza za granicę, uwielbiam podróżować, a ostatnio jakoś nie mam okazji, żeby wyjechać na dłużej. Jak wrócisz, odezwij się do mnie, dobrze? – spojrzała na nią znacząco. – Umówimy się najszybciej, jak się da, mamy milion spraw do obgadania, a w kwietniu będziemy mieć ich pewnie jeszcze więcej, hmm?
– Tak myślę – zgodziła się Iza, starając się uśmiechnąć. – Wręcz jestem tego pewna.
Natalia uścisnęła ją z satysfakcją i wycofała się, ustępując miejsca innym. Uff, co za ulga! Bolesne pulsowanie w czaszce nasilało się, sprawiając, że każdy gest i słowo wymagały od Izy coraz większego wysiłku – jednak najgorsze miała już za sobą. Musiała tylko wytrzymać do końca. Jako ostatnia podeszła do niej Lodzia, która, zamiast pożegnać się krótko, swoim zwyczajem odciągnęła ją na bok, by porozmawiać na osobności.
– Spokojnie, taksówek jeszcze nie ma – machnęła ręką. – Poza tym czekamy na Majka, ma nas odprowadzić, a znowu gdzieś poleciał. Izunia, tak się cieszę, że mogłyśmy się dzisiaj zobaczyć! Szkoda tylko, że nie dało się dłużej pogadać, ale to, jak sobie obiecuję, nadrobimy po twoim powrocie. Powiedz mi tylko tak szybko i skrótowo – zniżyła głos, ruchem samych gałek ocznych dyskretnie wskazując w stronę Natalii rozmawiającej z Justyną i Dominiką. – Co sądzisz o postępach w wiadomej sprawie?
No tak, komandos miał dziś do stoczenia jeszcze jedną walkę. Kogo obchodziło, że był już skrajnie zmęczony?
– Nie wiem, Lodziu – odparła ostrożnie. – Dzisiaj prawie mnie tu nie było, musiałam doglądać imprezy, więc nie bardzo miałam jak wyrobić sobie zdanie. To raczej ja ciebie powinnam zapytać o postępy – uśmiechnęła się lekko. – No, mów. Coś zaobserwowałyście?
Nadanie swemu głosowi nuty życzliwego zainteresowania stanowiło dla niej nie lada wyzwanie, ale udało się doskonale i sprawiło jej coś w rodzaju ponurej satysfakcji.
– Akurat dzisiaj niewiele – odparła wciąż tym samym konspiracyjnym półgłosem Lodzia. – A przynajmniej niewiele nowego, dlatego właśnie cię pytam, bo mam wrażenie, że sprawa jakby utknęła w miejscu… Chyba że po prostu oboje lepiej się kryją. Zwłaszcza Majk jest dzisiaj chodzącą enigmą, z jednej strony udaje, że nie zauważa Naty, a z drugiej sama chyba słyszałaś, co mówił przy stole? – spojrzała na nią znacząco. – Przecież to była oczywista aluzja matrymonialna skierowana do niej!
– Tak – przyznała swobodnym tonem Iza. – Akurat wtedy byłam przy stole i słyszałam to. Ja też tak to odebrałam.
– Co nie? – ożywiła się Lodzia. – Jestem pewna, że tym razem to nie były żarty, Majk nie rzucałby takich słów na wiatr, Justyna też to mówi, a zna go o wiele dłużej niż ja. A żebyś widziała różnicę między jego szampańskim humorem dzisiaj a tym, jak zachowywał się tydzień temu, kiedy nie było Naty… normalnie niebo a ziemia! No, ale pogadamy sobie o tym na spokojnie, jak spotkamy się po twoim powrocie, zwłaszcza że przez kilka tygodni coś się jeszcze na pewno wyklaruje. Chyba że w międzyczasie zdarzy się w ogóle jakaś galaktyczna rewolucja! – parsknęła śmiechem. – Ale wtedy będziemy miały w odwodzie telefon i ja na pewno do ciebie zadzwonię z nowinkami.
– Dobrze, Lodziu – pokiwała z uśmiechem głową Iza. – Trzymam cię za słowo.
Tak trzeba było. Tego rodzaju reakcja, jak zakładała, była w tej sytuacji najbardziej naturalna i nie powinna budzić żadnych podejrzeń.
– Umowa stoi. A teraz chcę cię jeszcze zapytać o coś innego – podjęła Lodzia, poważniejąc. – Konkretnie o Daniela. Nie wiesz, kiedy będzie miał tę operację?
Alleluja! Ukryty w sercu i umyśle Izy komandos mógł odetchnąć z ulgą, tym większą, że zmiana tematu wyszła nie od niej, a od Lodzi.
– Już ją miał – odparła rzeczowo. – Przedwczoraj.
– Ach, przedwczoraj? – zdziwiła się.
– Mhm. Przedwczoraj po południu, na szczęście zdążyli zoperować go przed weekendem. Ja się z nim nie kontaktowałam, wiem to z drugiej ręki od Marty, ona zresztą też rozmawiała z nim dopiero dzisiaj rano i to bardzo krótko. Nie chciała go męczyć, bo nadal nie czuje się najlepiej, ale obiecał jej, że jutro albo w poniedziałek, jak tylko trochę się pozbiera, sam się do niej odezwie i opowie o szczegółach.
– Kapuję. Czyli jednak przedwczoraj… to chyba dobrze, prawda? Mam nadzieję, że wszystko się udało?
– Chyba tak. Dan nie mówił jej nic o komplikacjach, więc rozumiemy, że wszystko poszło zgodnie z planem.
– No to super! – ucieszyła się Lodzia, dając z daleka znak Ninie, żeby do nich podeszła. – Ninko, słyszałaś? Daniel już po operacji!
– O, naprawdę? – żywo zainteresowana Nina przyskoczyła do nich natychmiast. – Skąd to wiesz?
– Od Izy, a ona wie od Marty. Przedwczoraj miał i jeszcze słabo się czuje, ale po operacji to przecież normalne, nie? Pamiętam, ile czasu moja mama do siebie dochodziła… Dzięki za info, Iza – uścisnęła jej serdecznie dłoń. – My na roku nic o tym nie wiedzieliśmy, słyszeliśmy tylko, że Danielowi przeciągnął się termin operacji, i obstawialiśmy, że będzie ją miał dopiero po weekendzie.
– To dobrze, że już jest po – przyznała Nina. – Miejmy nadzieję, że teraz już będzie z górki, że szybko wydobrzeje i nie będzie miał nawrotów.
– No właśnie – zgodziła się Lodzia. – Pewnie o sukcesie operacji ostatecznie przesądzą dopiero badania kontrolne, mam nadzieję, że będą jak najlepsze. Chociaż semestr na studiach to Daniel już chyba na bank zawali – westchnęła. – Nie, Ninko? Raczej tego nie nadrobi, moim zdaniem, bez szans. A jak padnie mu semestr zimowy, to i cały rok.
– Niestety – pokiwała smętnie głową Nina. – W październiku będzie musiał zacząć trzeci rok od nowa.
– No. Trochę szkoda, ale co zrobić? Zdrowie najważniejsze. Może zresztą będzie potrzebował tego czasu, żeby w pełni się zregenerować, zanim wróci na studia?
– Dokładnie – przyznała Iza, czując, że ból w skroniach nasila się i powoli obejmuje też czoło i potylicę. – Ja też o tym pomyślałam, przecież samo wycięcie tego świństwa to dopiero początek, teraz organizm musi w pełni dojść do siebie. A do tego powinien mieć spokój i czas na odpoczynek, więc akurat dobrze się składa. Rok straty na studiach to przecież nic takiego, a zdrowie to podstawa.
Jako że muzyka właśnie ucichła, jej ostatnie słowa wybrzmiały dużo wyraźniej niż poprzednie. Na parkiecie rozległa się owacja, a zebrane kilkanaście kroków dalej, gotowe do opuszczenia lokalu towarzystwo rozglądało się już niecierpliwie, sprawdzając, czy nikogo nie brakuje. Lodzia spojrzała w tamtą stronę i uśmiechnęła się do męża, który przez cały czas jej rozmowy z Izą obserwował ją z daleka, a teraz mrugnął do niej porozumiewawczo, dając znak, żeby sobie nie przeszkadzała.
– No i gdzie się znowu podział się ten Majk? – dobiegł do nich donośny głos Dominiki. – I co z naszą taryfą? Przecież ja się tu zaraz w tej kapocie ugotuję!
Iza nie musiała długo szukać wzrokiem Majka, dostrzegła go wśród tłumu od razu – przechylony przez blat baru, wydawał pośpiesznie jakieś polecenia Wiktorii, która słuchała go uważnie i kiwała głową, nie przerywając przygotowywania drinka dla klienta. Wymieniwszy z nią jeszcze kilka słów, wycofał się i szybkim krokiem ruszył do przyjaciół, którzy dopiero teraz go zauważyli.
– Dobra, wiara, zbierać się! Ewakuacja! – zawołał Kajtek, przekrzykując huczącą już znowu z głośników muzykę i wymachując telefonem. – Są już nasze taryfy!
Lodzia i Nina natychmiast wyprostowały się w gotowości.
– Musimy już lecieć, Izunia – powiedziała szybko Lodzia, przytulając serdecznie Izę, która chętnie odwzajemniła jej uścisk. – Trzymaj się, kochanie. Jeszcze się nie żegnam na dłużej, bo widzimy się na tygodniu, podam ci ten prezent dla Tosi, hmm? A na razie spokojnej niedzieli i koniecznie sobie odpocznij, widać po tobie, że po dzisiejszej dniówce jesteś wykończona… Pa, jesteśmy w kontakcie!
Wkrótce cała brygada ruszyła do wyjścia razem z odprowadzającym ich Majkiem. Kiedy Iza zerknęła za nimi ostatni raz, zauważyła, że ów w drodze ku wyjściu „dziwnym trafem” znalazł się pomiędzy Justyną i Natalią. Czym prędzej odwróciła wzrok i zerknąwszy na parkiet, na którym tańczyło już coraz mniej osób, udała się na zaplecze.
***
– Teraz? – rzucił Majk do Pabla, kiedy towarzystwo wyszło z bramy na ulicę i pożegnawszy się między sobą, wśród gwaru i przekrzykiwań ładowało się do taksówek. – A co z Lodzią? Pojedzie sama?
– Tak, to już umówione – odparł Pablo, wskazując na samochód, do którego przed chwilą wraz z Julią, Szymonem i Niną wsiadła jego żona. – Pojedzie do teściów, zostawiliśmy u nich Edwarda, więc rano nie będzie problemu z brakiem mamy, a ja wrócę sobie sam do domu inną taryfą. Pojadę po nich koło południa, jak już wyśpię się trochę i odparuję po dzisiejszej degustacji francuskich trunków – uśmiechnął się, po czym znów spoważniał. – Teraz, Majk. Muszę wyczyścić parę spraw, a jedna z nich jest pilna.
– Nie strasz – skrzywił się z przekąsem Majk. – Jak widzę tę twoją oficjalną minę, to aż mnie ciary przechodzą. Gdzie pan sobie życzy, mecenasie? Wracamy na dół do mnie?
– Nie żartuj! – prychnął Pablo. – U ciebie nie da się usłyszeć własnych myśli, a co dopiero gadać o poważnych sprawach. Nie dość, że muza nawala, to jeszcze zaraz ktoś będzie cię wyrywać do rozwiązywania pilnych problemów i podejmowania decyzji niecierpiących zwłoki. Nie, nie ma takiej opcji. Pójdziemy na górę do mnie – oznajmił stanowczo. – Tam teraz nikogo nie ma, jest za to cisza i spokój czyli dokładnie to, czego nam potrzeba.
– Okej – zgodził się bez oporu Majk. – Ale pod warunkiem, że masz tam wodę gazowaną. Muszę się porządnie napić, po tych tańcach i przemowach suszy mnie jak diabli.
– Wszystko jest, szefie. Gazowana, niegazowana, cola też się znajdzie, a jak będziesz chciał, to mogę nawet zaparzyć ci herbatę. Może tym razem nie przypalę wody.
Majk spojrzał na niego z politowaniem i obaj prychnęli śmiechem, obserwując, jak spod kamienicy odjeżdżają kolejne taksówki. Kiedy ostatnia z nich ruszyła w swoją drogę, obaj wrócili do budynku i wspięli się po schodach na drugie piętro, gdzie znajdowały się lokale kancelarii adwokackiej Pabla. Ów otworzył drzwi i zapaliwszy światło w opustoszałym lokalu, zaprosił przyjaciela do swojego gabinetu, gdzie wyjął z szafki dwie szklanki i półtoralitrową butelkę wody gazowanej, a następnie, podsunąwszy mu krzesło przeznaczone dla klientów, sam usiadł obok na drugim, rezygnując z zajęcia swego stałego miejsca w fotelu za wielkim biurkiem.
Majk spokojnym gestem sięgnął po butelkę, odkręcił ją i nalał sobie wody.
– No? – rzucił, nie patrząc na niego. – Gadaj. Co do mnie masz?
Pablo zagryzł wargi i odetchnął, po czym również sięgnął po szklankę.
– Mnie też nalej trochę – poprosił, wyciągając ku niemu naczynie.
Majk, który już zakręcał butelkę, odkręcił ją znowu i napełnił mu szklankę, po czym odstawił butelkę na blat biurka i obaj przez chwilę pili wodę w milczeniu.
– Sorry, Majk – odezwał się ostrożnie Pablo. – Cholernie trudno mi z tobą o tym gadać, ale niestety muszę. Tylko, kurde… nie wiem, jak to ugryźć, od czego zacząć… szczerze mówiąc, nie za bardzo mam plan.
– Słabo, panie mecenasie – uśmiechnął się kpiąco Majk. – Adwokat bez planu przemówienia jest jak grzyb bez kapelusza. Ale nie martw się, nie jesteśmy w sądzie, nikt nie będzie oceniał twojej retoryki, a na pewno nie ja, co najwyżej Bóg Ojciec… No, nie rżnij już głupa i mów, o co ci chodzi – rzucił ostrzej. – Poniekąd się domyślam, ale nie będę się wychylał pierwszy, skoro to ty zacząłeś.
– Zacząłem… tyle że to jest tak obszerne zagadnienie, że zanim dojdę do sedna, muszę przejść przez co najmniej jeden ważny etap.
– No to lecimy. Widzę, że masz problem z ubraniem myśli w słowa, ale ja jestem miłosierny chłopak i pomogę ci. Na początek wystarczy hasło, topic czy jak to się mówi?… temat przewodni. Jedno słowo i jakoś to pociągniemy. No, dawaj, przyjacielu. Słowo klucz.
– Kobieta – odparł bez wahania Pablo.
Przez twarz Majka w ułamku sekundy przebiegł najpierw cień, a potem błysk światła.
– Tak myślałem – odparł ciszej.
– A właściwie to kobiety – poprawił się Pablo.
– O – zdziwił się uprzejmie Majk, unosząc w górę brwi. – W liczbie mnogiej?
– I tak, i nie. W liczbie dwóch. Czyli niby mnoga, ale w zakresie minimalnym.
– Kapuję. Dotyczy ciebie czy mnie?
– Oczywiście ciebie. U mnie nie ma liczby mnogiej i nigdy nie będzie.
– Mhm. To dobrze. Gdyby chodziło o ciebie, zdziwiłbym się bardzo, a niewykluczone, że w ramach dobrej rady musiałbym też dać ci po ryju. Ale skoro o mnie, to luz – wzruszył ramionami, wychylając wodę do dna. – O co jestem oskarżony? O bigamię?
Pablo pokręcił głową z dezaprobatą.
– Nie zgrywaj się, Majk. Ja mówię bardzo poważnie.
Majk znów sięgnął po butelkę z wodą, dolał sobie płynu do szklanki, po czym, odstawiwszy z powrotem butelkę na miejsce, wyprostował się na swoim krześle i spojrzał mu prosto w oczy.
– Wiem – odparł spokojnie. – Domyślam się, o czym chcesz ze mną gadać, brachu, i w sumie jestem ci wdzięczny, że wyszedłeś z tą inicjatywą. Może środek nocy po imprezie to nie jest najlepszy moment, ale nie czepiajmy się… Ja sam miałem zamiar kiedyś cię o to zahaczyć, tylko ciągle nie było okazji, poza tym miałem psychiczne opory, zakładam, że jeszcze większe niż ty. Ale masz rację. Musimy to w końcu wyczyścić.
– To, co było, i to, co jest – podkreślił Pablo. – Mam nadzieję, że się rozumiemy.
– To, co było, i to, co jest – powtórzył jak echo Majk. – Dokładnie tak, przyjacielu.
– Okej. W takim razie zacznijmy od tego, co było. Jak się domyślasz, to jest dla mnie cholernie trudne do zwerbalizowania, wolałbym najtrudniejszą przemowę przed sądem, ale cóż… kiedyś trzeba.
– Mhm – skinął głową Majk, upijając łyka wody. – Nie przejmuj się tym. Ja wiem, że ty wiesz, i potwierdzam, że tak było, a jeśli to dla ciebie za trudne, nie musimy wcale mówić o tym wprost. Czasem nawet lepiej, jak pewne słowa czy imiona nie padną, zwłaszcza że tu chodzi o zamkniętą przeszłość. Zamkniętą definitywnie – podkreślił, patrząc mu w oczy. – Pod każdym względem, obiektywnie, subiektywnie, duchowo i jak tam tylko chcesz.
Pablo pokiwał powoli głową, również nie spuszczając z niego przenikliwego spojrzenia.
– Od jak dawna? – zapytał cicho.
– Co od jak dawna? W sensie, ile to trwało?
– Nie, to mniej więcej wiem. Od jak dawna jest zamknięte?
– Relatywnie rzecz ujmując, od niedawna. Ale za to ostatecznie i nieodwołalnie.
– Co to znaczy ostatecznie?
– Nie rozumiesz znaczenia słów, panie adwokat? – skrzywił się Majk. – Ostatecznie znaczy ostatecznie. Definitywnie. W tym konkretnym kontekście, mówiąc krótko, wyleczyłem się i uwolniłem. Nie na pokaz, nie częściowo, tylko tak naprawdę.
– Ale dopiero niedawno? – upewnił się Pablo. – A wcześniej, przez te wszystkie lata?…
Majk uśmiechnął się lekko.
– Odpowiem ci jak kobieta. Domyśl się.
– No właśnie domyślam się – westchnął. – Domyślałem się zresztą już dawno, tylko od pewnego momentu, kiedy sprawa formalnie się zamknęła, sądziłem, że odpuściłeś i że to był taki romantyczny epizod z młodości, który przetrwał tylko w nazwie firmy. Ale fakt, że nie miałem stuprocentowej pewności, na ile się wyleczyłeś… Jak by na to nie spojrzeć, błaznem jesteś świetnym, o wiele lepszym ode mnie.
– Dziękuję – skłonił się uprzejmie Majk.
– Nie ma za co. W każdym razie odkąd zacząłem podejrzewać, a właściwie odkąd nabrałem pewności, że to się za tobą dalej ciągnie, i dotarło do mnie, ile lat męczyłeś się w tym stanie rzeczy, a z wiadomych względów nawet nie mogłeś pogadać ze mną… w sumie mogłeś, ale rozumiem, dlaczego nie chciałeś – spojrzał na niego znacząco – to normalnie włos mi się jeżył, na głowie i nie tylko. Nawet do tej pory mi się jeży.
– Pokaż – Majk pochylił się w jego stronę, zerkając na jego prawą, a potem lewą skroń. – Z której strony najbardziej?
– Najbardziej na jajach. Ale tego ci nie pokażę.
– Nieciekawym.
Obaj parsknęli śmiechem, wyprostowując się na krzesłach i zgodnie popijając wodę.
– A mówiąc serio – podjął Pablo – to już dawno chciałem z tobą o tym pogadać, tylko nie miałem odwagi. Może z wierzchu tego po mnie nie widać, ale ja też przeżywałem i nadal przeżywam traumatycznie całą tę historię. Mam na myśli głównie jej konkluzję, czyli twoją porażkę życiową, bo nie oszukujmy się, Majk… nawet jeśli przed ludźmi robisz sobie z tego jaja, fakty mówią same za siebie. Pamiętasz, jak gadaliśmy kilka razy całkiem szczerze? To, co mi mówiłeś o rodzinie, o sensie twojej pracy, o przyszłości firmy… To u ciebie nadal stoi w miejscu, a czas przecież leci. W tym jednym względzie hetery mają rację.
– Mhm, wytłumacz mi to jeszcze dokładniej, bo sam nie rozumiem – skrzywił się Majk.
– No wiem… sorry. Mówię to nie dla stwierdzenia faktu, tylko prospektywnie, a propos sedna tego, o czym muszę dzisiaj z tobą porozmawiać. Po prostu zastanawiam się, na ile jeden człowiek może mieć w tych sprawach pecha. I dlaczego to właśnie musisz być ty.
– Miło, że to dostrzegłeś, przyjacielu – uśmiechnął się lekko Majk. – Ale ja na razie nie nazywam tego pechem. To, czy to był pech czy zrządzenie losu, będzie można stwierdzić dopiero z perspektywy.
Pablo spojrzał na niego czujnie i przez twarz przebiegł mu cień.
– Natomiast jest w moim życiu coś innego niż pech… coś, co blokuje mnie na co dzień i co nazywam roboczo klinczem albo patem – ciągnął w zamyśleniu Majk. – Jeśli starczy nam nocy, wyjaśnię ci, na czym polega, ale tego niestety nie da się zrobić bez odpowiednich wstępów. Zobaczymy, jak nam pójdzie… Tak czy inaczej dziękuję ci za wyrazy przyjacielskiego współczucia, naprawdę to doceniam. Już sam fakt, że zaczynamy gadać o tym otwarcie, jest dla mnie wielką sprawą.
– Jeśli trzeba, posiedzimy całą noc – zapewnił go Pablo. – Powiedz mi tylko, co z twoją knajpą, musisz jeszcze wrócić na dół, żeby zamknąć budę? Czy Iza już się tym zajmie?
– Zajmą się inni, Chudy, Wika i Antek. Izę zwolniłem na chatę, głowa ją rozbolała.
– O masz – zmartwił się. – W sumie niedziwne po takim zachrzanie, nabiegała się dzisiaj za dziesięciu… ale to ciekawe, bo jak się z nią żegnałem, nic nie było po niej widać.
– Trochę było, ja widziałem. Tak czy inaczej tamci troje mają wszystko pozamykać – zaznaczył Majk, upijając łyka wody. – Ustawiłem zadania przed wyjściem i samograj ma się odpalić, jutro ich rozliczę. A dzisiaj już się na dół nie wybieram, chyba że zabraknie nam wody.
– Nie zabraknie, spokojnie, mam całą zgrzewkę. A w razie czego też dwie butelki coli ukryte w szafce na czarną godzinę.
***
„Jednak od razu wezmę tego procha” – postanowiła Iza, drżącymi rękami otwierając torebkę w szatni kelnerek i wyszukując w niej blister z lekarstwem. – „Bo jak to się dalej będzie tak rozkręcać, to nie dojdę do domu żywa… chyba że świeże powietrze trochę postawi mnie na nogi, ale na to nie ma gwarancji.”
Zażyła tabletkę środka przeciwbólowego, popijając wodą, której półlitrową butelkę zawsze nosiła w torebce, po czym, starając się nie wykonywać gwałtownych, nasilających ból ruchów, zabrała się za przygotowania do wyjścia. Przebrawszy się w wygodne dżinsy i adidasy, w których przyszła do pracy, spakowała sukienkę i buty na obcasie w reklamówkę, po czym narzuciła na siebie płaszcz i stanęła przed niewielkim lustrem, by zdjąć wsuwki i przejechać szczotką po nieco już potarganych włosach.
Z lustra wyjrzała ku niej blada twarz o zgaszonych, pozbawionych blasku oczach i lekko rozmazanym makijażu.
„Dramat” – pomyślała, mimo woli wspominając idealny look Natalii w łososiowej sukni. – „Wyglądam jak straszydło, a do tego jeszcze mnie ten łeb rozbolał…”
Kiedy wkładała wsuwki do jednej z zamykanych kieszonek torebki, jej wzrok padł na własne dłonie i znów wróciła do niej scena z rozmowy przy stole w sektorze VIP-ów.
„A mogłam je dzisiaj pomalować…” – pomyślała z nutką mimowolnego żalu. – „Wahałam się przecież przed wyjściem i w końcu zrezygnowałam… Ale może to i lepiej? Przecież w jego ocenie to i tak nic by nie zmieniło. Nawet gdybym polakierowała te paznokcie najlepiej, jak umiem, ona i tak ma je piękniejsze, profesjonalnie zrobione u manikiurzystki. A poza tym on przecież nie oceniał paznokci samych w sobie… Patrzył na nasze ręce nie oczami, tylko sercem…”
Fala bólu ścisnęła jej skronie, aż jęknęła. Zdecydowanie, musiała iść do domu, a tam natychmiast położyć się do łóżka. Owszem, tylko najpierw jeszcze trzeba jakoś tam dojść… Czuła się na tyle słabo, że droga na piechotę do domu wydawała jej się w tym momencie karkołomnym wyzwaniem.
„Dobra, koniec tych dywagacji, idziemy!” – pomyślała stanowczo.
Wrzuciła zatem szczotkę do włosów do torebki i zgarnąwszy przygotowane na blacie czapkę i szalik, wyszła z szatni na korytarz zaplecza, gdzie natychmiast wpadła na czekającego pod ścianą Chudego.
– O, Łukasz – zdziwiła się. – Co ty tu robisz?
– Czekam na ciebie – odparł Chudy. – Szef kazał mi cię odwieźć do domu. Jesteś już gotowa?
– Ach… tak – odparła, czując jak ogarnia ją przyjemna fala ulgi i wdzięczności. – Ale na pewno możesz? Nie jesteś tu potrzebny przed zamknięciem?
– To rozkaz szefa, powiedział, że mam z tobą nie dyskutować, tylko wykonać. Podobno głowa cię boli, tak? – dodał z troską.
– Aha – westchnęła. – Dopadło mnie niestety i to tak, że faktycznie nie mam siły dyskutować.
– No to daj mi tę siatkę i jedźmy – oznajmił Chudy, przejmując z jej rąk reklamówkę z ubraniami. – Im szybciej walniesz się do wyra, tym lepiej.
Iza nie miała zamiaru protestować. Chłodne powietrze na zewnątrz przyjemnie orzeźwiło jej twarz, jednak nie złagodziło bólu, któremu w dodatku towarzyszyło narastające przemęczenie. Chudy podszedł do stojących w rzędzie firmowych aut Anabelli i po chwili w ciemności mignęły pomarańczowe światła opla.
– Jedziemy oplem, nie peugeotem? – zdziwiła się Iza.
– Aha, szef kazał oplem – odparł Chudy, otwierając przed nią drzwi pasażera, a potem tylne, przez które wrzucił na siedzenie reklamówkę z jej rzeczami. – Dzisiaj pił, to i tak nie będzie nim jeździł, zresztą już tu nie wraca.
Iza pokiwała tylko głową, nie chcąc drążyć tematu.
„Pewnie pojechał z nią taksówką” – pomyślała, zapinając pas bezpieczeństwa. – „Swoją drogą ciekawe, gdzie ona mieszka, nigdy jakoś o to nie zapytałam…”
Wkrótce Chudy sprawnie wyprowadził peugeota z parkingu i ruszyli pustymi ulicami miasta tonącymi w pomarańczowym świetle latarni.
– Jak tam dzisiaj było, Łukasz? – zagadnęła go, wspierając łokieć na ramie okna, a głowę na dłoni. – Dużo interwencji?
– Ani jednej – odparł Chudy. – Wyjątkowo spokojna impra… czyli nudno jak cholera. Nie jest ci zimno? Włączyć ogrzewanie?
– Nie trzeba, jest w porządku. Zresztą i tak zaraz dojedziemy.
– No, fakt, nawet nie zdąży się nagrzać. A jak tam łeb? Dajesz radę?
– Daję, spokojnie. Na powietrzu trochę mi lepiej, a do tego wzięłam procha, zaraz powinno pomóc. Dzięki za podwózkę, to mi dzisiaj serio życie ratuje… Jutro masz wolne?
– Mhm. Chociaż niewykluczone, że będę musiał pojechać na Koncertową pomóc Lidii i Kacprowi, bo Jasiek jakąś grypę złapał i ma go nie być.
– Jasiek złapał grypę? – zaniepokoiła się, natychmiast przypominając sobie, co na ten temat niedawno mówiła Marta. – Kurczę, niedobrze… podobno jakieś jadowite cholerstwo szaleje po Lublinie, mam nadzieję, że to nie to. Tylko tego nam brakowało, żebyśmy wszyscy po kolei się na grypę wyłożyli.
– Nie wiem – pokręcił głową Chudy. – Ale coś może być… Mała też dzisiaj jakaś nie w sosie i katar ją bierze. A z kolei ciebie boli głowa.
– Ja to co innego, to tylko wynik mieszanki wybuchowej nerwów i przemęczenia… ale mała? Masz na myśli Zuzię?
– Mhm.
– Serio coś ją bierze? – zdziwiła się. – Nie widziałam dzisiaj, żeby miała katar.
– Ma, pożyczała ode mnie chusteczki. Wcześniej nie, dopiero teraz w nocy tak ją złapało. Myślisz, że to może być ta jadowita grypa? – w jego głosie zabrzmiało zaniepokojenie.
– Oby nie – westchnęła Iza. – Bo jak wszyscy się wzajemnie pozarażamy, to będzie klęska… Duży ma ten katar?
– Chyba coraz większy, cała paczka chusteczek poszła, brała ode mnie drugą. Ale może to nie grypa, tylko zwykły katar?
– Miejmy nadzieję. Trzeba będzie jutro dać jej wolne, żeby mogła wyleczyć się na spokojnie w domu. Powiesz Wice w moim imieniu? – poprosiła. – Niech naniesie to w grafiku, myślę, że o awaryjne zastępstwo można by poprosić Pati. Jest dzisiaj do końca, niech Wika z nią pogada.
– Dobra, powiem jej – skinął głową Chudy, zwalniając i ostrożnie wjeżdżając na chodnik, dojechali już bowiem na Bernardyńską. – I w ogóle chyba wezmę tego opla i po zamknięciu porozwożę dziewczyny na chatę. Zwłaszcza Zuzkę.
– Świetny pomysł – przyznała Iza. – Tylko uważaj na zarazki, okno sobie otwórz czy coś… Wszyscy dzisiaj ciężko harowali, a Wika i Klaudia od otwarcia aż do końca, więc jeśli to dla ciebie nie kłopot, to super by było, gdybyś podwiózł je do domu. Tylko czy sam potem zdążysz się wyspać?
– Zdążę, o to się nie martw – machnął ręką Chudy, wyłączając silnik i zaciągając hamulec ręczny. – Na zastępstwo na Koncertową w razie czego szedłbym dopiero na dwudziestą, a w zarywaniu nocy mam doświadczenie, nie takie akcje się w życiu odwalało.
– Po co zaparkowałeś i zgasiłeś silnik? – zdziwiła się Iza. – Jedź z powrotem, ja tylko wysiądę i już mnie nie ma.
– Nie, szef kazał odprowadzić cię pod same drzwi – odparł, odpinając pas. – Rano mam mu zameldować, czy wywiązałem się z zadania, i wolę to zrobić, żeby się nie czepiał.
– No dobra – zgodziła się pokonana tym argumentem Iza. – To chodźmy szybko, żebyś nie tracił czasu. Wezmę tylko swoje rzeczy.
Mówiąc to, ostrożnie podniosła głowę, którą przez całą drogę trzymała w tej samej pozycji, czuła bowiem, że to przynosi jej ulgę. Ból odezwał się natychmiast, tak silny i przeszywający, że z trudem powstrzymała syknięcie. Nie chcąc jednak niepokoić towarzysza, który swojej ciężkiej dniówki jeszcze nie zakończył, zebrała się w sobie i wysiadła z samochodu, ostatkiem sił nadając swoim ruchom pozory energii. Na szczęście Chudy sam zanurkował na tylne siedzenie po jej reklamówkę, nieświadomie oszczędzając jej tym wysiłku, który mógłby się przyczynić do nasilenia nieprzyjemnych objawów.
– Widzę, że regularnie wspierasz Koncertową, nawet bez zlecenia szefa – zagadnęła, kiedy ruszyli do bramy kamienicy. – I że zakumplowałeś się z Kacprem.
– No – przyznał Chudy. – Bardzo go polubiłem, równy z niego gość. Szkoda mi tylko, że tak beznadziejnie wkopał się w tę kobietę… no, ale co zrobić? Takie życie. Ważne, że już jest odrobinę lepiej.
– Myślisz? – podchwyciła z nadzieją Iza. – Po czym to wnioskujesz?
– Po tym, że trochę inaczej już się zachowuje, wcześniej to była totalna tragedia, teraz jest lepiej. Pomagam mu kończyć ten remont u stryja, nie? – dodał wyjaśniająco. – Co drugi dzień się tam widzimy, to wiem, jaka jest sytuacja. No i gadamy sobie… głównie o kobietach, nie? To jego ulubiony temat, a mnie nie przeszkadza, wszystko mi jedno, o czym gadam, byle go rozruszać. No i jakoś leci. On swoje, ja swoje, czasem się pokłócimy, ale widzę, że to mu akurat dobrze robi. Przynajmniej jak się kłóci, to na chwilę się budzi, a nie łazi z kąta w kąt jak żywy trup.
– No tak – przyznała Iza. – Obaj macie na te sprawy skrajnie inne poglądy, więc jest pole do starcia. Może to i dobrze.
– Czy tak bardzo skrajne, to bym nie powiedział – zastrzegł Chudy. – Ja generalnie nie mam nic przeciwko kobietom, fakt, że wolę podziwiać was z daleka i samemu nie pakować łap do ognia, ale to nie znaczy, że was zwalczam albo coś. To tylko chłopaki robią ze mnie takiego demona.
– Wiem, Łukasz – zapewniła go. – Ja w absolutnie nie wierzę w twoją demoniczną naturę, przeciwnie, jako kobieta nigdy nie czułam się przez ciebie zwalczana, a właśnie szanowana i doceniana. I w ogóle uważam, że super z ciebie facet.
– Dzięki – uśmiechnął się pobłażliwie Chudy. – Za to też was lubię, zawsze potraficie powiedzieć nam coś miłego, nawet jak tak nie myślicie. Ale ja…
– No wiesz co! – prychnęła Iza, na chwilę zapominając o bólu głowy. – Ja nie kłamię, mówię, co naprawdę myślę. Dlaczego uważasz, że jest inaczej?
Chudy zatrzymał się przed wejściem do kamienicy, do którego właśnie dotarli, i położył palec na ustach.
– Ciii! – upomniał ją, otwierając przed nią drzwi od klatki. – Nie krzyczmy tak, bo zaraz pobudzimy wszystkich twoich dziadków i będziesz miała problem.
– No, racja – szepnęła.
Oboje weszli cicho do środka, Chudy zapalił światło na parterze i spojrzał na nią z wysokości swojego ponadnaturalnego wzrostu.
– Dzięki za miłe słowo, Iza – powiedział ciepłym półgłosem. – Z ciebie też jest super kobieta, nie tylko ja tak myślę, ale co do mnie… to jest temat na inną rozmowę. Może kiedyś. Ja teraz mówiłem o Kacprze.
– No wiem. Że się z nim kłócisz.
– Aha – skinął głową. – Nie tak bardzo, bo on po tej katastrofie z Kasią jest teraz nie do życia, ale, jak mówię, gadamy sobie trochę o tych kobietach i powiem ci, że ja to nawet lubię. Szanuję po prostu jego punkt widzenia, nie? To jest trochę tak jak ci goście, co łażą po Himalajach. Jak ktoś chce się narażać i ryzykować życiem, bo kocha wysokie góry, to jego sprawa, kto mu zabroni? A Kacper bez kobiety nie może żyć i ja to w sumie jakoś tam rozumiem.
Mówił teraz bardzo cicho, wspinali się już bowiem po schodach na pierwsze piętro, starając się nie hałasować.
– Ale zostawmy to, nie będę ci truł, przecież głowa cię boli – zreflektował się, kiedy dotarli pod jej drzwi. – Leć już, Iza, i piorunem do wyra, a ja wracam ogarniać lokal. Szef zostawił mi jeszcze parę innych zleceń.
– Jasne, Łukasz, wielkie dzięki – szepnęła Iza, odbierając z jego rąk swoje rzeczy i cichutko otwierając kluczem drzwi. – Pamiętaj tylko, żeby powiedzieć Wice, że ma jutro zwolnić Zuzię i pogadać z Pati.
– Tak, pamiętam, przekażę jej. Trzymaj się i dobrej nocy!
„Naprawdę fajny z niego chłopak” – pomyślała, kiedy Chudy zbiegł już bezszelestnie po schodach, a ona zamknęła za sobą drzwi i zapaliła światło w przedpokoju. – „Aż szkoda, że myśli o własnej firmie detektywistycznej i będzie chciał od nas uciec, to dla Majka będzie gigantyczna strata kadrowa. Ale cóż, każdy ma prawo się rozwijać… A co do jego poglądów a propos kobiet, to… hmm. Muszę kiedyś pogadać z nim o tym dłużej, zaintrygował mnie. Czyżby za tą jego filozofią himalajską kryły się zwykłe kompleksy? Albo jakieś złe doświadczenia z przeszłości? Dzisiaj nie było na to czasu, ale jak tylko nadarzy się okazja, muszę wziąć go na warsztat dobrej wróżki i trochę przemaglować, czy będzie tego chciał, czy nie.”
Snując te rozważania, rozebrała się z płaszcza i butów, po czym udała się do łazienki, by wziąć szybki prysznic. Stanąwszy przed lustrem, uświadomiła sobie nagle, że czuje się już dużo lepiej, a ból głowy, jeszcze kilka minut temu w samochodzie mocny i dokuczliwy, teraz znacząco zelżał i tylko lekko pulsował z tyłu czaszki.
„Chyba ta tabletka zaczyna już działać” – pomyślała z satysfakcją. – „W sumie szkoda, że nie wzięłam jej wcześniej, mogłabym zostać na pokładzie do końca.”
Odsunęła jednak tę myśl, podobnie jak wszystkie inne, które nie dotyczyły bieżących czynności związanych z przygotowaniem do snu. Choć ból głowy powoli ustępował, zmęczenie dla odmiany wzmagało się, dotykając zwłaszcza oczu, które coraz bardziej zaczynały jej się kleić. Jeszcze tylko kurs do kuchni po butelkę wody na noc i wreszcie nadszedł ów upragniony moment, kiedy mogła zgasić światło i zanurzyć się w wygodnej pościeli.
„Czystka” – nakazała sobie stanowczo, zamykając piekące ze zmęczenia oczy. – „Totalna czystka, Izabello… O niczym nie myśleć… spać…”
Mimo to, nim zapadła w czarną przestrzeń, w niepokornym umyśle przewinęło się kilka nakładających się na siebie obrazów, których nie dała rady wypchnąć z zasypiającej świadomości. Zapłakana twarz Aliny… Natalia w łososiowej sukience… jej paznokcie… zatroskana twarz Majka i dotyk jego dłoni na jej ramieniu…
Nie dyskutuj już ze mną, kochanie…
A potem wysoka sylwetka Chudego i urwana, gasnąca myśl… pytanie, czy dotarł już z powrotem do firmy, skąd ma przecież porozwozić jeszcze do domów dziewczyny… Aż w końcu ostatni przedsenny błysk… zamazany obraz ciemnej, spowitej nocną ciszą kamienicy przy Zamkowej sześć, gdzie światło pali się już tylko w jednym oknie – w oknie mieszczącego się na drugim piętrze gabinetu kancelarii adwokackiej Wysocki i Lewicki.