Światła wigilijnej nocy (4)

Światła wigilijnej nocy (4)

14.

 

Dni mijały Edycie jak w kalejdoskopie, a codzienna rutyna zawodowa i korporacyjny wyścig szczurów sprawiały, że święta spędzone w miasteczku wydawały jej się jakby nie do końca realnym czasem przeżytym w jakimś innym świecie. Z jednej strony wydarzenia tamtych dni otaczała w jej pamięci na wpół rozmyta, oniryczna aura, z drugiej jednak musiała przyznać, że tak intensywnych wrażeń nie doznała jeszcze nigdy, zwłaszcza w takiej kumulacji. Senna wizja, w której poznała Stefana i wraz z nim odwiedziła ukrytą w sercu lasu leśniczówkę, historia panny z dworu Dołanieckich i leśnika, który zginął na tym samym zakręcie, gdzie w wigilijną noc uderzył w drzewo podobny do niego kropla w kroplę Sim, spotkana na cmentarzu dziwna kobieta w chuście na głowie, która zawiozła ją na miejsce widmowym autobusem, a do tego jeszcze wizyta rodziny i nagrana przez Rubensa impreza z przyjaciółmi ze szkolnych lat – wszystko to zbiegło się w czasie zaledwie kilku dni, pozostawiając w jej głowie chaos, który, pomimo powrotu do Warszawy, wciąż pozostawał niepoukładany.

Mniej więcej w połowie stycznia przyszedł sms od Moniki, która informowała, że Sim doszedł już do siebie na tyle, że został odłączony od szpitalnej aparatury, lecz teraz czeka go jeszcze długa rehabilitacja. Edyta odpowiedziała jej krótkim podziękowaniem za wieści i zdawkowymi życzeniami powrotu do zdrowia dla brata, nie rozpisując się, zwięźle, tylko na tyle, na ile wymagała tego grzeczność. Wciąż czując wstyd za swoje absurdalne zachowanie w szpitalu w Ostrowie, w obawie, że mężczyzna mógł coś z tego zapamiętać, instynktownie ucinała kontakt z jego siostrą, by niechcący nie wywołać wilka z lasu i nie narazić się na jakąś niezręczną konfrontację.

Nie znaczyło to jednak, że nie chciała wiedzieć, co się z nim dzieje. Chciała, chociażby ze względu na to, że Sim był integralną częścią historii, która jej się przydarzyła i której wciąż nie rozumiała – a bardzo chciałaby zrozumieć. W wolnych chwilach po powrocie z pracy albo w weekendy otwierała komputer i godzinami szukała w Internecie jakichkolwiek informacji na temat nieistniejącego już dworu Dołanieckich, który ponad wiek temu stał na niezamieszkałym obecnie terenie w okolicach Bobrzy. Szukała też, a jakże!, śladów leśniczówki, której mglista wizja nawracała w jej snach od wielu lat, a której przybliżoną lokalizację i historię przedstawił jej, również we śnie, tajemniczy Stefan. Nie znalazła jednak na te tematy nic albo prawie nic, owszem, na jednej ze stron poświęconych historii jej rodzinnych okolic trafiła na jakieś drobne wzmianki o Erneście Dołanieckim, ale to były tylko wzmianki, nic konkretnego. Z kolei romantyczna historia miłości leśnika i panny z dworu w ogóle nie istniała w Internecie, mimo że musiała być prawdziwa, o czym świadczyły choćby cytowane przez babcię wspomnienia Anieli Dołanieckiej. Skąd zatem zarówno Stefan, jak i kobieta w chuście znali ją z tak drobnymi szczegółami? Temu, podobnie jak okolicznościom przepowiedzianego przez nich wypadku Sima, najbardziej nie mogła się nadziwić.

Jednak nerwowa energia, jaka towarzyszyła jej wówczas, pchając do najbardziej szalonych działań, teraz już opadła, przez co poszukiwania, jakie prowadziła, ograniczały się jedynie do ogólnodostępnych źródeł internetowych. Edyta miała świadomość, że mogłaby zrobić dużo więcej, na przykład sprawdzić archiwa gminy (nawet jeśli kobieta w chuście zapewniała ją, że niczego ciekawego tam nie znajdzie), albo skontaktować się z nadleśnictwem w Ostrowie i dotrzeć do leśnika odpowiedzialnego za las, w którym zdarzył się wypadek, by zapytać go o istnienie na tym terenie jakiejś leśniczówki. Nie miała jednak na to ani czasu, ani motywacji, a zresztą co by jej to dało? Tym bardziej że sprawa wydawała się zamknięta – Stefan ze snu najwyraźniej osiągnął swój cel i więcej się nie pokazał, podobnie jak jego wspólniczka spotkana na cmentarzu w miasteczku.

Skończyło się zatem i wrócił święty spokój, aczkolwiek Edyta czasem łapała się na myśli, że chciałaby jeszcze raz spotkać Stefana, choćby to znów miało być tylko we śnie. Wszak to do niego, na kanwie tamtej długiej rozmowy w leśniczówce, przywiązała się najbardziej, to jego traktowała jak kogoś znajomego, w pewnym sensie bliskiego. Sim, choć był żywym człowiekiem a nie senną marą, dla niej był tylko przypadkowym graczem w tej grze, a że wyglądał jak Stefan i jeździł dokładnie takim samym samochodem… cóż. Może to było tylko po to, żeby na miejscu wypadku bardziej się zaangażowała, sądząc, że rannym kierowcą był Stefan we własnej osobie? Tak czy inaczej jedno było pewne – Stefanowi bardzo zależało na tym, żeby uratowała Sima. Co więcej, wspominając i dokładnie analizując jego słowa z leśniczówki, Edyta coraz lepiej rozumiała po co, choć nadal nie rozumiała dlaczego.

Musisz go uratować. Jeśli to zrobisz, tamta krew zostanie zmazana, a ona zazna prawdziwego spokoju.

Kim była ona? W tym punkcie Edyta nie miała już praktycznie żadnych wątpliwości. Stefan mówił oczywiście o nieszczęsnej pannie z dworu Dołanieckich, która, jak wynikało z opowieści kobiety w chuście, do końca życia nie wybaczyła sobie tragicznego w skutkach błędu. Nawet jeśli sam leśnik w chwili śmierci nie miał go za złe ukochanej, ona i tak nie mogła zaznać spokoju… kto wie, może w zaświatach jej dusza przez kolejne sto lat cierpiała za swe (nie do końca przecież zawinione) zaniedbanie? Może – jak fantazjowała nieraz Edyta, leżąc w łóżku lub jadąc autobusem – Bóg zlitował się w końcu nad tą biedną duszą i dał jej szansę na naprawienie błędu, pozwalając, by za pośrednictwem swej potomkini uratowała kogoś, kto wiek później znajdzie się na tym samym zakręcie lasu w równie śmiertelnym niebezpieczeństwie jak wówczas leśnik.

Ha! To by nawet miało sens! W tej teorii Stefan byłby aniołem wysłanym po to, by pomóc nieszczęsnej pannie zmazać swą winę rękami Edyty, a że, jako duch, mógł ukazać się jej pod dowolną postacią, dla dobra sprawy przyjął wygląd Sima. Koncepcja ta była z jednej strony kusząca, z drugiej jednak Edyta nie ukrywała przed samą sobą, że zdecydowanie wolałaby, żeby Stefan nie był aniołem, a mężczyzną z krwi i kości… Słabym punktem tej teorii była również tożsamość i modus operandi kobiety w chuście, która przecież nie mogła jej się przyśnić, skoro zawiozła ją w wigilijną noc do lasu autobusem.

Tak czy inaczej, choć nadal pytań było więcej niż odpowiedzi, nic już w tej sprawie się nie działo, a codzienne życie znowu szło swoim zwykłym torem. Końcówka stycznia w korporacji była zresztą na tyle gorąca, że walcząca o awans na wyższe stanowisko dziewczyna nie miała nawet czasu, żeby myśleć o czymkolwiek innym niż o pracy. Przez kilka tygodni, kiedy jej zespół pracował nad pilnym projektem międzynarodowym, wracała do domu późnym wieczorem i jedyne, na co miała siłę, to szybka kolacja, prysznic i mycie zębów ze świadomością, że rano znów musi się zerwać przed szóstą.

Czasem tylko, tuż przed zaśnięciem, kiedy zapadała już w czarną przepaść nieświadomości, w ostatniej sekundzie pod zamkniętym powiekami przepływała jej twarz Stefana o hipnotyzująco szmaragdowych oczach. Zazwyczaj występował w tej wizji jako blondwłosy książę Wikingów z pociągu, jednak niekiedy – jak jej się zdawało, bowiem nigdy nie miała wystarczająco dużo czasu, żeby się upewnić – miewał krótko ścięte włosy i mocny, jasny zarost na policzkach.

 

15.

 

Tego wieczoru, podczas kolejnej narady zespołu projektowego w sali konferencyjnej z gigantycznym ekranem, na której wyświetlone były szczegóły projektu do omówienia i harmonogram zadań na jutro, w torebce Edyty zadzwonił prywatny telefon. Numer nieznany. Jako że trwało spotkanie, a raczej hałaśliwa burza mózgów, w której ona sama także brała aktywny udział, odruchowo odrzuciła połączenie, jednak kiedy zadzwonił ponownie, uznała, że to może być coś ważnego, i przeprosiwszy kolegów, wyszła z aparatem na korytarz.

– Słucham?

– Edyta?

Męski głos w słuchawce wydał jej się dziwnie znajomy… tak znajomy, że po karku przebiegł jej elektryzujący dreszcz.

– Tak – potwierdziła w napięciu.

– Z tej strony Szymon Jurczyk. Mam nadzieję, że mnie kojarzysz, to ten nieszczęsny matoł, co w Wigilię rozwalił się na drzewie w środku lasu i tylko dzięki tobie nie powędrował od ręki na łono Abrahama.

Edyta z bijącym sercem oparła się o marmurową ścianę korytarza.

„Sim?” – miała już na końcu języka, ale powstrzymała się.

Przecież się nie znali. De facto nie tylko nie zawarli znajomości, ale nawet nie zamienili dotąd ze sobą ani jednego składnego słowa, a co do tych żenujących monologów, które wypowiadała nad nim w Ostrowie, sądząc, że jest Stefanem… cóż, miała gorącą nadzieję, że nic z tego nie pamiętał.

– Tak, kojarzę pana, oczywiście – odparła grzecznie. – Jak zdrowie?

– Pana? – zdziwił się.

– Rozumiem, że numer telefonu do mnie dostał pan od siostry? – podjęła neutralnym tonem, czując w duszy nagły niepokój, że może jednak coś pamiętał. – Pisała mi niedawno, że już z panem lepiej, mam nadzieję, że to nadal aktualne?

– Aktualne – potwierdził, jakby nieco zbity z tropu. – Jeszcze jestem w szpitalu, ale niedługo wychodzę i pomyślałem, że zadzwonię, żeby osobiście podziękować za uratowanie życia. Nie chciałem wcześniej, bo miałem rurkę w gardle i ledwo mówiłem, a siostra i tak dopiero niedawno przyznała się, że ma numer do… Sorry, nie wiem, jakich form używać – przerwał sobie z nutą niezadowolenia. – Nie lubię tak lawirować. Wydawało mi się… sądziłem, że jesteśmy na ty?

Oparta o ścianę Edyta osuwała się po niej powoli, centymetr po centymetrze, z wrażeniem, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Ten głos… Jednak musiała trzymać fason, to nie była już senna wizja ze Stefanem w leśniczówce, gdzie logika nie miała znaczenia.

– Nie przypominam sobie – odparła uprzejmie.

– O ile ja pamiętam, zaraz po wypadku, a potem też w szpitalu… Przywidziało mi się to?

Jednak pamiętał! A niech to! Całą twarz i szyję Edyty oblał płomienny rumieniec wstydu. Mimo to nie mogła przecież wmawiać mu, że miał omamy, to byłoby nieuczciwe.

– To była pomyłka – rzuciła zmieszana.

– Pomyłka?

– Tak… Pomyliłam pana wtedy z kimś innym. Przepraszam.

– Ze Stefanem?

O skubany! Nawet to pamiętał! Edyta błogosławiła fakt, że rozmawiali przez telefon, bo i tak miała wrażenie, że ze wstydu zapada się pod podłogę korytarza u progu sali konferencyjnej.

– Mniejsza o to – odparła chłodniej, starając się jakoś wybrnąć z twarzą z tej niezręcznej rozmowy. – W każdym razie to była pomyłka.

– Rozumiem – w głosie mężczyzny zabrzmiało rozczarowanie. – I nawet mnie to nie dziwi, najlepsze rzeczy w życiu zawsze okazują się pomyłkami… Ale może nadrobimy to jakoś i tym razem bez pomyłki spotkamy się w realu? – zagadnął weselszym tonem. – Oczywiście jak już wyjdę stąd i dojdę do siebie na tyle, żeby móc wsiąść za kółko. Sprawdzę, czy nie mam traumy pourazowej – dodał żartobliwie – i czy jeszcze umiem jeździć. Co prawda moja ulubiona toyota poszła do kasacji, ale znajdzie się coś innego, to nie problem. Będę mógł podjechać w dowolne miejsce wskazane przez… panią.

Ostatnie słowo wymówił z wahaniem i jakby rozbawieniem. No tak, jeszcze będzie stroił sobie z tego żarty! Przecież w ten sposób znów dyskretnie nawiązywał do jej idiotycznego zachowania w szpitalu, do tego, co mówiła i co robiła… jak się do niego zwracała i na co sobie pozwalała… A niech to, ale wstyd!

– Wolałabym nie – odparła chłodnym tonem, w głębi serca czując jednak niewyraźnie, że robi to wbrew sobie. – Proszę wybaczyć, ale jestem w pracy, w trakcie spotkania roboczego…

– Rozumiem – odparł Sim, a jego głos również przybrał chłodniejszą nutę. – Trudno, nie będę się napraszał. Proszę wybaczyć, że przeszkodziłem, nie chciałem być intruzem. Czułem się po prostu w obowiązku zadzwonić i podziękować pani za uratowanie życia.

– Cieszę się, że wraca pan do zdrowia – odpowiedziała nieco cieplej Edyta. – Życzę panu wszystkiego najlepszego.

– Dziękuję, ja pani również. I w takim razie cóż… do widzenia.

– Do widzenia.

Połączenie zakończyło się, lecz Edyta nadal stała z telefonem w dłoni oparta o marmurową ścianę. No i już, po krzyku. Ucięła to. Tym razem sprawa była definitywnie zakończona i to było najlepsze rozwiązanie. Mimo to spodziewana ulga jakoś nie nadchodziła, wręcz przeciwnie. Wstyd, który wciąż odczuwała na myśl o tym, że Sim pamiętał wszystko, co działo się w krótkich przebłyskach jego świadomości w lesie i w szpitalu, mieszał się teraz z narastającym poczuciem żalu i rozczarowania, a po trosze i pretensji do samej siebie. Bo czy na pewno dobrze zrobiła, że tak radykalnie go spławiła? Może powinna była jakoś to przemyśleć, nie działać pod wpływem impulsu? No, ale trudno, już i tak za późno, mleko się rozlało. Musiała wracać do pracy.

– Edka, coś ty taka naburmuszona? – zagadnęła szeptem Magda, szturchając ją łokciem, gdy szef zespołu podsumowywał zadania na jutro, omawiając je po kolei indywidualnie z każdym członkiem zespołu. – Stało się coś?

– Nie, nic – burknęła, wzruszając ramionami. – Po prostu jestem zmęczona i głodna, a ten ględzi i ględzi jak potłuczony. Skończyłby już, do diabła, przecież jutro znowu trzeba rano wstać!

 

16.

 

Druga połowa lutego okazała się dla Edyty czasem wielkich sukcesów zawodowych. Pomimo relatywnie krótkiego stażu pracy jej wkład w kluczowy projekt międzynarodowy został doceniony przez przełożonych, a kreatywne rozwiązania, jakie w nim zaproponowała dla przydzielonego jej obszaru zadań, ujawniły jej potencjał na tyle, że została wezwana do gabinetu samego głównego prezesa korporacji, skąd wyszła z pochwałą, premią i awansem na wyższe stanowisko.

– Łał, Edka, ale cię uhonorował! No, no! – cmoknęła z podziwem Magda, choć w jej oczach błysnęły przy tym wyraźne ogniki zazdrości. – Moje gratulacje!

– Gdzie cię teraz rzucają? – zaciekawił się Adam, inny kolega z zespołu.

– Na handlowy – odparła wciąż oszołomiona biegiem wypadków Edyta. – Do reklamy. Mam zarządzać tam dziesięcioma osobami i już się boję, bo nigdy tego nie robiłam. Trzymajcie za mnie kciuki, co?

– Jasna sprawa, będziemy trzymać! – zapewnił ją Tomek. – Ale chyba bez imprezy z tej okazji się nie obędzie, co, Edi? Stary na pewno dał ci taką premię, że możesz nam postawić po drinku co najmniej w Marriotcie!

Cały zespół zaśmiał się, aż szyby zadrżały, a choć na twarzach niektórych kolegów, zwłaszcza tych najambitniejszych, widać było oznaki zawiści, Edyta chętnie przystała na organizację imprezy integracyjnej z okazji swojego awansu. Mimo wszystko lubiła ich i żal jej było, że musi ich opuścić, ale cóż – awans to awans. Tym bardziej że udało jej się go zdobyć o wiele wcześniej, niż się spodziewała.

Impreza, zorganizowana w jednej z najbardziej prestiżowych knajp w centrum Warszawy, wypadła świetnie, a choć pierwsze dni pracy na nowym stanowisku nie były łatwe, wpływy na konto bankowe rekompensowały Edycie z nawiązką stres i wzmożony trud związany z tą serią zmian. Wszystko układało się nadspodziewanie dobrze, wręcz wspaniale, tylko że… no właśnie. Dlaczego nie umiała się z tego cieszyć tak do końca?

Od czasu telefonu od Sima, którego zbyła w kilku słowach w tak stanowczy i konkludujący sposób, jakoś ciężko jej się zasypiało wieczorami, a rano jeszcze ciężej wstawało z łóżka. I świat w ogóle był jakiś taki szary… jakby wszystkie jego kolory wyblakły, zmatowiały i stały się podobne jedne do drugich, pozbawione życia. Skok na główkę w wir pracy pomagał na tę dziwną chandrę tylko doraźnie, albowiem jaką radość może przynosić działanie, nawet pełne zawodowych sukcesów, kiedy wisi nad nim cień straconej szansy?

Edyta tylko przez kilka pierwszych dni usiłowała wmówić sobie, że zrobiła dobrze, ucinając kontakt z Simem. Im dłużej o tym myślała (a nie potrafiła przestać myśleć), tym bardziej żałowała swojej reakcji i tym goręcej pragnęła cofnąć czas. Gdyby tamta krótka telefoniczna rozmowa mogła odbyć się raz jeszcze, odpowiedziałaby mu zupełnie inaczej! Cieplej, przyjaźniej, zgodnie z tym, co naprawdę czuła… Nie byłaby taka kategoryczna, nie zamknęłaby tak łatwo perspektywy spotkania, pozostawiłaby przynajmniej otwartą furtkę, a dzięki temu może dziś nie czułaby tej wszechogarniającej, atakującej ją ze wszystkich stron wewnętrznej pustki.

Sim miał głos Stefana, nie potrafiła o tym zapomnieć, nawet przez telefon słyszała ten charakterystyczny, jedyny w swoim rodzaju niski tembr. Miał też jego twarz, jego oczy… co prawda styl mówienia miał nieco inny, jakby bardziej żywy i zadziorny, ale może tylko jej się wydawało? W końcu rozmawiała z nim zaledwie dwie czy trzy minuty. Nie był Stefanem, to oczywiste, ale miał z nim tak wiele wspólnego, był do niego tak niesamowicie podobny! Czy to już samo w sobie nie było dla niej znakiem, że powinna pociągnąć tę znajomość? Przełamać wstyd po głupiej scenie w ostrowskim szpitalu, kiedy w wyniku pomyłki dała się ponieść emocjom, i nie zamykać z tego powodu szansy wyjaśnienia tamtych dziwnych wydarzeń z grudnia. Sim przecież brał w nich udział, więc mógł coś wiedzieć!

Co prawda od dwóch miesięcy, jakie minęły od świąt Bożego Narodzenia w rodzinnych stronach, nie zdarzyło się już nic więcej, co miałoby znamiona interwencji pozaracjonalnej. Nic a nic, absolutna cisza w eterze, nic na jawie, ani nawet nic we śnie. Nie śnił jej się ani Stefan, ani tajemnicza kobieta w chuście, nie nawracały nawet dawne senne flesze, ani te pozytywne, z nakrytym do wigilii stołem w leśniczówce, ani negatywne, w postaci dwóch zbliżających się świateł – symbolu niebezpieczeństwa. Nic. Tak jakby w wigilijną noc rozegrało się i definitywnie zakończyło coś, co szykowało się od dawna i wymagało jej udziału, a kiedy się dokonało, życie jak gdyby nigdy nic wróciło na swe dawne, spokojne tory. Tymczasem ona wolałaby, żeby to jeszcze nie był koniec… Choć wszystko wskazywało na to, że owa zwariowana grudniowa przygoda była w istocie tylko kilkudniowym, raz na zawsze zamkniętym epizodem, męczyła ją świadomość, że tamte wydarzenia wciąż pozostawały niewyjaśnione, a Sim, bezpośredni uczestnik tamtych zdarzeń, mógł jej w ich wyjaśnieniu pomóc.

Poza tym… po prostu miło by go było jeszcze raz zobaczyć. Bo co z tego, że nie był Stefanem? Zresztą czy Stefana znała dużo lepiej? Owszem, długa rozmowa w leśniczówce zrobiła na niej ogromne wrażenie i zbliżyła ją do niego na tyle, że sama zaproponowała mu przejście na ty, czego z kolei Simowi kategorycznie odmówiła. Ale przecież Stefan był tylko senną wizją, podczas gdy Sim człowiekiem z krwi i kości! Wszak to nie Stefana, a Sima uratowała po wypadku w lesie! To z nim siedziała w egipskich ciemnościach w pogniecionym wraku toyoty, pilnując jego oddechu i chroniąc go przed mrozem, to jego otulała własną kurtką i gładziła po policzku… To przy nim czuła tamtą słodycz w żyłach, to w jego szmaragdowych oczach, równie pięknych jak oczy Stefana, zatracała się w szpitalu… Cóż z tego, że wówczas myliła się co do jego tożsamości? De facto ani jednego, ani drugiego nie znała prawie wcale. A jeśli Stefan był tylko senną projekcją Sima, metafizyczną zapowiedzią zbliżającego się spotkania? A jeśli raz na zawsze, tak głupio i bezmyślnie, straciła szansę na coś, co mogło znaczyć dla niej więcej niż wszystkie te sukcesy zawodowe razem wzięte?

Tak czy inaczej, zepsuła to. On już więcej nie zadzwoni, bo kto by zadzwonił po takim potraktowaniu? Jasno powiedział, że nie będzie się napraszał – i miał rację. Co prawda ona sama, mając jego numer telefonu, który skrupulatnie wpisała do kontaktów pod imieniem Sim, mogłaby się odezwać, zapytać o zdrowie i spróbować jakoś to naprawić, ale po pierwsze nie wypadało, a po drugie nie miała odwagi. Zrobiłaby tylko z siebie idiotkę i czułaby się po tym jeszcze gorzej.

Poza tym było coś jeszcze… a raczej ktoś – Eliza. To, że Monika okazała się siostrą Sima, nie znaczyło, że Eliza, której imię wspomniał tuż po wypadku, przestała z tego powodu istnieć. Po co więc miałaby wychodzić z inicjatywą i odnawiać kontakt, skoro z góry wiadomo było, że przez to tylko wpakuje się w tarapaty? Nie, to odpadało. Musiało zostać, jak jest. To jej zresztą w końcu minie, powoli przestanie o tym myśleć, skupi się na pracy i wszystko wróci do normy.

 

17.

 

Tego roku pogoda w Dzień Wiosny była okropna, nad Warszawą wisiały skłębione czarne chmury, a zacinający, zimny deszcz uderzał falami w okna wielkiego, przeszklonego od góry do dołu wieżowca, w którym lokale na jednym z najwyższych pięter wynajmowała korporacja Edyty.

– Ale plucha, ja cię kręcę! – zauważył jeden z kolegów, podnosząc głowę znad komputera, kiedy wiatr wyjątkowo mocno zawiał i chlusnął deszczem o szybę. – Piękną mamy zimę tej wiosny!

Edyta podeszła do okna, które zajmowało całą zewnętrzną ścianę pomieszczenia, i ponurym wzrokiem ogarnęła widoczne z góry aż po horyzont, zalane deszczem miasto. W jej duszy panowała taka sama szaruga i dżdżystość jak tam, do tego jeszcze terminy goniły, jej pierwszy projekt na nowym stanowisku zaczynał się niebezpiecznie opóźniać, zaś kierowany przez nią zespół od rana był jakiś ospały… No właśnie, trzeba było pogonić ich do pracy! To przecież jej rola! Jako przełożona była osobiście odpowiedzialna za wykonanie zadania, w końcu za to jej płacono.

– Dobrze, słuchajcie – odwróciła się do kolegów. – Nie ma już czasu na kombinowanie, najpóźniej jutro wieczorem trzeba zamknąć projekt, a to znaczy, że dzisiaj musimy doprowadzić go do wstępnego finału. Zrobimy tak. O szesnastej zrzucacie mi wszystko na chmurę – wskazała na laptop na swoim biurku – i sprawdzam po kolei, kto na jakim jest etapie. Ci, którzy będą wyrobieni, mogą iść do domu, reszta zostaje i działa do skutku. Nawet do północy.

Szmer protestu i niezadowolenia poniósł się po sali, jednak ucięła go zdecydowanym ruchem ręki. Musiała być stanowcza, tego wymagała od niej praca na tym stanowisku. W sali znów zapadła cisza, koledzy w skupieniu pochylili się nad laptopami.

– Nie mamy innego wyjścia, musimy to skończyć w terminie – dodała łagodniej, sama również zasiadając z powrotem za biurkiem. – Spróbujmy przykręcić tempo, im szybciej się z tym uporamy, tym szybciej będziemy wolni.

„Wolni!” – powtórzyła z przekąsem w myśli własne słowo. – „Akurat. Nie ma na świecie większego niewolnika niż pracownik korporacji. A im wyżej, tym gorzej.”

Tłumiąc westchnienie, aktywowała ekran laptopa i uruchomiła plik ze swoim zadaniem. Było już prawie skończone, jako szefowa zespołu musiała przecież dawać dobry przykład, ale chciała dopracować jeszcze kilka ważnych szczegółów. Nawet nieźle pracowało się przy takiej pogodzie, jęczący za oknem wiatr i chlustający falami w szyby deszcz wcale jej nie rozpraszał, przeciwnie, doskonale współgrał z jej stanem ducha, a przez to pozwalał się skupić. O wiele bardziej rozpraszające byłoby wiosenne słońce.

Leżący obok laptopa prywatny telefon, którego dzwonek ostatnio zawsze wyciszała, będąc w pracy, rozświetlił się nagle na znak przychodzącego połączenia. Na ekranie pojawiły się trzy literki, których nie spodziewała się tam ujrzeć nigdy więcej.

Sim.

Serce zabiło jej tak mocno, że omal nie spadła z krzesła. Dzwonił! Jednak! Fala dzikiej radości zalała ją od stóp do głów, na chwilę niemal odcinając rozum. Nie mogła jednak robić scen przed zespołem, w każdej, nawet najbardziej emocjonującej sytuacji, należało zachować autorytet. Podniosła się zatem spokojnie z krzesła i dając ruchem ręki znak najbliższej osobie, że musi wyjść, ale zaraz wraca, wraz z telefonem wyszła na korytarz. Tam natychmiast odebrała, z trudem panując nad frenetycznym drżeniem palców.

– Słucham, Edyta Milewska – rzuciła do słuchawki możliwie najbardziej neutralnym i służbowym tonem.

– Dzień dobry, kłania się Szymon Jurczyk – po drugiej stronie zabrzmiał znajomy aż do bólu serca głos o równie neutralnej, wręcz skrajnie uprzejmej nucie. – Mam nadzieję, że pani mnie pamięta, ale jeśli nie…

– Pamiętam – przerwała mu szybko.

Oczywiście, że pamiętam! – miała ochotę wykrzyknąć. – Ja bym cię nie pamiętała?!

Korytarz nie był pusty, wiele osób wracało z lunchu albo biegało między biurami z różnymi papierami, dlatego z telefonem przy uchu udała się w zaułek przy oknie tarasowym, gdzie zwykle było najspokojniej i najciszej.

– Dzwonię, żeby poprosić panią o krótką telefoniczną audiencję – ciągnął wciąż tym samym, opanowanym i uprzejmym głosem mężczyzna. – Chciałbym zamienić z panią kilka słów, oczywiście o ile nie przeszkadzam w pracy. Jeśli tak, pozwolę sobie zadzwonić później, w dogodnym dla pani terminie. Najlepiej poprosiłbym o wyznaczenie mi go z góry.

Wsłuchana w jego głos jak w anielskie pienie Edyta pokręciła głową, z jednej strony rozbawiona, z drugiej zasmucona tą przesadną, chłodną uprzejmością.

– Ależ nie przeszkadza mi pan – zapewniła go, opierając się o załom ściany, gdyż nogi uginały się pod nią, jakby były z waty. – Jak najbardziej możemy porozmawiać teraz.

– Dziękuję. Miałem nie dzwonić do pani, nie chciałem się narzucać, ale nie wytrzymałem. Nawet jeśli pani życzy sobie zachować wobec mnie dystans, uznałem, że ocalenie komuś życia zasługuje mimo wszystko na coś więcej niż dziękuję przez telefon. Nie chciałbym wyjść na chama i niewdzięcznika.

– Niech pan tak nie mówi – odparła z zakłopotaniem. – Mam nadzieję, że już pan wyzdrowiał?

– Wyzdrowiałem – potwierdził spokojnie. – Co prawda zostało jeszcze parę drobiazgów, które muszę doleczyć, i do ekstremalnych sportów nadal się nie nadaję, ale wróciłem już do obiegu i można śmiało powiedzieć, że jestem na pełnych obrotach. Dlatego właśnie dzwonię teraz, a nie wcześniej – zaznaczył. – Chciałbym prosić panią o bezpośrednie spotkanie, abym mógł podziękować pani osobiście i w należyty sposób. Wróciłem już za kierownicę i mogę podjechać w dowolne miejsce, jakie mi pani wyznaczy. Do Ostrowa, do Bobrzy… nie wiem, gdzie dokładnie pani mieszka, ale rozumiem, że gdzieś w tamtej okolicy.

– Nie do końca – sprostowała Edyta. – Owszem, pochodzę z Bobrzy i tam jest moja rodzina, ale już z nimi nie mieszkam. Byłam tam tylko na święta.

– Ach, rozumiem! – zdziwił się Sim. – W takim razie gdzie należy pani teraz szukać?

– Obecnie mieszkam i pracuję w Warszawie.

– W Warszawie? – ucieszył się. – Naprawdę? No to świetnie się składa, bo i ja tu mieszkam!

„Wiem o tym” – pomyślała z uśmiechem Edyta.

– Czy, zważywszy na tę sprzyjającą okoliczność, zgodzi się pani spotkać ze mną gdzieś na mieście? – podjął, znów przybierając uprzejmy ton z początku rozmowy. – Obiecuję, że więcej nie będę się naprzykrzał, ale na tym jednym spotkaniu, jako pani dłużnikowi, bardzo mi zależy.

Dusza Edyty, która latała gdzieś wysoko, pod samym sufitem, musiała się bardzo mocno nagimnastykować, żeby wrócić na swoje miejsce.

– Dobrze – odparła po prostu.

– Cieszę się i bardzo pani dziękuję – w jego głosie zabrzmiała satysfakcja. – Pozostaje więc ustalić tylko czas i miejsce. Co by pani powiedziała na najbliższą sobotę wieczorem? Na przykład o osiemnastej?

– W sobotę o osiemnastej? – powtórzyła, udając, że się namyśla, choć od razu wiedziała, że się zgodzi. – Hmm… dobrze, może być.

– Gdzieś w centrum? – ciągnął grzecznie. – Tak, żebyśmy się nie pogubili. Proponuję jakieś wyrafinowane miejsce, na przykład plac przed wejściem do Pałacu Kultury.

– Ach! – parsknęła śmiechem mimo woli. – Rzeczywiście wyrafinowane… W porządku, niech będzie. Plac przed wejściem. Przy schodach.

– Znakomicie. W takim razie jesteśmy umówieni, a ja odmeldowuję się i dłużej pani nie przeszkadzam. Nie chciałbym sprawić wrażenia, że nauczka, jaką dostałem poprzednim razem, poszła w las… nomen omen – zaznaczył z nutką rozbawienia w głosie. – Życzę więc miłego popołudnia i do zobaczenia w sobotę.

– Wzajemnie. Do zobaczenia – odparła Edyta.

Ekran zgasł, mogła opuścić rękę z telefonem, jednak nadal tkwiła w tym samym miejscu, oparta o róg ściany w zaułku korytarza korporacji. Przez wysokie, szklane drzwi prowadzące na taras, podobnie jak z sali, gdzie pracowała wraz ze swoim zespołem, widać było zalane deszczem miasto. No tak, deszcz… ale przecież deszczowy krajobraz też jest piękny! Czy Warszawa wyglądałaby dużo ładniej w promieniach słońca? Właściwie to, jak tak dobrze się przyjrzeć, widok z góry przez to wielkie okno wcale nie był taki ponury, jak zdawało jej się jeszcze kilka minut temu, a za pozorną ścianą szarości kryło się wiele całkiem żywych, nasyconych barw. Poza tym, pomimo tych ciężkich chmur na horyzoncie i wciąż chlustającego w szyby deszczu, coś musiało się zmienić, miała bowiem wrażenie, że do środka budynku wpada teraz dużo więcej światła… A może to tylko w jej duszy coś świeciło od środka jaśniej niż wiosenne słońce?

Kiedy wróciła do sali, panujący tam gwar ucichł jak ucięty nożem, po czym od komputera podniosła się niepewnie jedna z niedawno zatrudnionych młodych podwładnych i podeszła do niej z niepokojem na obliczu.

– Przepraszam – zagadnęła cichym, nieśmiałym głosem. – Ja pewnie dzisiaj nie wyrobię się z moim zadaniem, ale muszę koniecznie wyjść o szesnastej, żeby odebrać dziecko z przedszkola. Właśnie dostałam wiadomość, że mąż się rozchorował, leży z gorączką i nie da rady. Wiem, że to jest pilny projekt i musimy się sprężać, ale czy mogłabym dokończyć swoje jutro rano? Specjalnie przyszłabym do pracy wcześniej… Bardzo proszę – spojrzała na nią błagalnie. – To wyjątkowa sytuacja.

Pozostali koledzy zerkali na nich dyskretnie znad swoich laptopów, najwyraźniej ciekawi decyzji przełożonej. Ku ich zdziwieniu, chodząca dziś od rana z grobową, autorytarną miną Edyta uśmiechnęła się promiennie i serdecznym gestem objęła dziewczynę.

– W porządku, nie ma problemu! – odparła ciepło. – Jak wyjątkowa sytuacja, to wyjątkowa, przecież dziecko nie może czekać. Zrób, ile zdążysz, i możesz wyjść o szesnastej, a mężowi życz ode mnie dużo zdrowia.

– Ach, dziękuję! – ucieszyła się dziewczyna, z radości składając ręce.

W pomieszczeniu tym razem naprawdę zrobiło się jaśniej – od uśmiechów aprobaty i sympatii, jakie koledzy posłali im obu zza laptopów.

– Tylko rzeczywiście przyjdź jutro wcześniej, żeby dokończyć zadanie – zastrzegła Edyta, odwzajemniając im po kolei te uśmiechy. – Na dziesiątą musimy mieć wszystko dopięte na tip-top!

 

18.

 

Zbliżając się do gmachu Pałacu Kultury i Nauki, Edyta nie była w stanie opanować silnego bicia serca, które łopotało jej w ten sposób od samego wyjścia z domu, czyli już od dobrej półgodziny. Wieczór był dziś pogodny, ciepły, zaiste wiosenny, zwłaszcza w kontraście do zimnej, deszczowej aury sprzed kilku dni, dzięki czemu mogła wziąć tylko lekki płaszcz i szpilki, te same, które nosiła do pracy. Strój zresztą też założyła służbowy, bowiem, mimo że na spotkanie z Simem miała wielką ochotę założyć jakąś wystrzałową sukienkę i podkreślić urodę wykwintnym makijażem, po namyśle uznała, że casualowa, stonowana elegancja w stylu biurowym będzie w tym kontekście najbardziej odpowiednia i przede wszystkim pod każdym względem bezpieczna.

Z daleka, choć patrzyła uważnie, nie dostrzegła jego sylwetki pośród ludzi krążących przed wejściem do Pałacu, jednak kiedy tylko znalazła się u progu schodów, pojawił się przed nią nagle, jakby wyrósł spod ziemi, dzierżąc w ręce wielki bukiet herbacianych róż.

– Dzień dobry – powitał ją z uśmiechem, tak podobnym do uśmiechu Stefana, że na krótką chwilę betonowy obraz okolicy zastąpiły mgliste flesze z oświetlonej kominkowym ogniem leśniczówki.

– Dzień dobry – odpowiedziała grzecznie.

Z obawy, że straci panowanie nad sobą i znowu zrobi coś głupiego, świadomie starała się nie patrzeć mu w oczy, a mimo to i tak widziała ich szmaragdowy blask.

– Jeszcze raz dziękuję za przyjęcie zaproszenia – podjął Sim. – To oczywiście dla pani – wręczył jej z ukłonem kwiaty, które Edyta przyjęła z zakłopotaniem, ale i przyjemnością. – Róże w tym kolorze, jak pouczyła mnie bardzo miła pani z kwiaciarni, oznaczają wdzięczność, czyli dokładnie to, co niniejszym chcę wyrazić w związku z faktem, że uratowała mi pani życie. Jestem pani wielkim dłużnikiem, pani Edyto. Gdyby nie pani, od trzech miesięcy leżałbym sztywny dwa metry pod ziemią, a tak mogę cieszyć się chociażby tak pięknym wieczorem jak dziś – powiódł ręką dookoła. – Wiosna dla człowieka, który ma świadomość, że mógł jej nie doczekać, jest podwójnie piękna. Chodźmy – wskazał ręką na przejście wzdłuż budynku. – Upatrzyłem tu za rogiem całkiem przyjemną knajpkę i nawet zarezerwowałem dla nas stolik. Mam nadzieję, że się pani spodoba.

Edyta podziękowała mu uśmiechem i pozwoliła się poprowadzić we wskazaną stronę, świadoma tego, że powinna coś powiedzieć i w ogóle więcej się odzywać, żeby nie wyjść na sztywniaczkę. Jednak chwilowo nie była w stanie zebrać myśli na tyle, by złożyć do kupy choćby dwa sensowne słowa.

Wrażenie, jakie zrobił na niej Sim, tym razem stając przed nią w pełni zdrowia i fizycznej formy, było piorunujące. Jakiż on był przystojny! Wyższy od niej o dobrą głowę, proporcjonalnie zbudowany, do tego ubrany ze stonowaną elegancją w białą koszulę i szarą, casualową marynarkę, wyglądał rewelacyjnie, zwłaszcza w porównaniu do odsłon, w jakich widziała go najpierw tuż po wypadku, a potem w szpitalu. Krótko ścięte jasnoblond włosy, nawet jeszcze krótsze niż w ostrowskim szpitalu, miały ten sam lniany odcień co półdługie pukle Stefana, przy czym, jak natychmiast stwierdziła Edyta, ta prosta fryzura znakomicie pasowała mu do twarzy, zwłaszcza w połączeniu z lekkim zarostem na policzkach, który najwyraźniej nosił na co dzień. No i jeszcze te oczy… nie, o oczach lepiej nawet nie myśleć, to było zbyt niebezpieczne!

– O kolor kwiatków wolałem profilaktycznie dopytać – ciągnął tymczasem Sim. – Róże to w końcu róże i mogą kojarzyć się róż-nie – zaśmiał się lekko – a ja nie chciałbym znowu jakichś nieporozumień. Czy życzy pani sobie, abym poniósł te kwiatki? – dodał uprzejmie. – Należą już do pani, ale jednak są dość ciężkie, nie wypada mi pozwolić, żeby pani je dźwigała.

– Dziękuję – uśmiechnęła się Edyta, chętnie oddając mu z powrotem róże, w istocie ciężkie, było ich bowiem co najmniej ze trzydzieści. – To bardzo uprzejme z pana strony. Tak naprawdę nie musiał pan wcale ich przynosić… Zrobiłam wtedy tylko to, co zrobiłby każdy, kto znalazłby się zamiast mnie w tamtym miejscu i czasie. Tak czy inaczej cieszę się, że jest pan już zdrowy i że mogę pana widzieć w pełnej formie.

Uff, odblokowała się! Teraz już powinno pójść dobrze.

– Rzecz w tym, że tamto miejsce i czas były dość nietypowe – zauważył mężczyzna. – Ale o tym, mam nadzieję, będziemy mieli okazję jeszcze na spokojnie porozmawiać. Jak by na to nie spojrzeć, dostałem w tym lesie wielką życiową nauczkę, jak mówi moja siostra Monia, od której nota bene, jak pani wie, mam pani imię, nazwisko i numer telefonu. Bardzo się cieszyła, że udało jej się porozmawiać z panią w tamtym szpitalu.

– Mnie też było bardzo miło ją poznać – odparła grzecznie Edyta.

– I ja ucieszyłem się, kiedy się o tym dowiedziałem, ale od razu podkreślę, że nawet gdybym nie miał kontaktu do pani od niej, szukałbym go do skutku innymi drogami. Przez policję, ubezpieczyciela… jakkolwiek. Nie wyobrażałem sobie, żebym taką przysługę miał zostawić bez podziękowania, więc w końcu bym ten kontakt znalazł. Na upartego, jak mówią, da się zrobić wszystko… o, proszę, to już tutaj! – otworzył przed nią szklane drzwi niewielkiej kawiarenki. – Sprawdzałem, mają naprawdę świetną kawę, a jeśli na kawę dla pani za późno, wybór innych opcji też jest całkiem zacny.

Wkrótce zasiedli przy stoliku w głębi niewielkiej, gustownie urządzonej sali oświetlonej nastrojowymi lampkami z kolorowymi abażurami. Sim, który przy wejściu szarmancko pomógł jej zdjąć płaszcz, a przy stoliku odłożył bukiet róż na umieszczoną obok pod ścianą drewnianą ławę, wyglądał w tej kolorowej poświacie jeszcze przystojniej, atrakcyjnie do bólu. Zaś jego oczy… Edyta musiała pilnować się i siłą odwracać wzrok, by nie zapatrzyć się w nie aż do zatracenia. Doprawdy, niemożliwe, żeby istota ludzka miała taki kolor tęczówek! A jednak.

– Dziękuję, panie Szymonie – powiedziała, kiedy podał jej nad blatem kartę z menu. – Jest pan naprawdę bardzo uprzejmy.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

– Nie wiem, czy powinienem proponować, bo jeszcze znowu się narażę, ale może jednak przeszlibyśmy na ty? Hmm? Byłoby nam wygodniej rozmawiać, jak sądzę.

Edyta dopiero w tym momencie zrozumiała, jak bardzo na to czekała. Wreszcie nadarzała się okazja, żeby naprawić tamten bezmyślnie popełniony błąd!

– To chyba dobry pomysł – przyznała, wyciągając nad stolikiem rękę, którą on natychmiast chętnie uścisnął. – Tak zróbmy. Edyta.

– Szymek, ale możesz mówić na mnie Sim – odparł bez wahania. – Tak mnie wszyscy nazywają od małego, więc mów tak i ty.

– Miło mi, Sim – skinęła głową, udając, że dopiero teraz poznała tę ksywkę. – Swoją drogą bardzo fajne zdrobnienie.

– A zdrobnienie od Edyta? – podchwycił z ciekawością. – Jak na ciebie mówią?

Roześmiała się.

– Ech… różnie! Tak naprawdę nie ma jednego zdrobnienia, którego używaliby wszyscy. W domu mówią na mnie Edzia, ale niektóre ciotki też Edycia, Edytka, Edunia… a przyjaciele i znajomi, to już w ogóle… Eda, Edi, Edka, Duśka…

– Duśka? – zdziwił się Sim, wyraźnie rozbawiony.

– Aha. Duśka, Dusia… to jedno z możliwych zdrobnień mojego imienia. Z kolei jeden wujek nazywa mnie Dycha. Tak więc wszelkie opcje dozwolone! – znów parsknęła śmiechem.

– A ty którą lubisz najbardziej?

– Czy ja wiem? – spojrzała na niego nieco zdziwiona. – Jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Chyba nie mam preferencji.

– Nie? – uniósł lekko w górę brwi. – A jak mówi na ciebie Stefan?

Edyta natychmiast spoważniała i wyprostowała się sztywno na krześle. Przy stoliku na kilka sekund zapadło niezręczne milczenie.

– Dobra, przepraszam, cofam pytanie – odezwał się w końcu z zakłopotaniem Sim. – To nie było przemyślane. Nie gniewaj się, Eda.

Czy mogłaby się na niego gniewać? Niby za co? Po prostu bała się, że jeżeli zaczną mówić o Stefanie, wróci temat jej zachowania ze szpitala, tej poufałości, do której przecież nie miała prawa, a jak miałaby mu to wyjaśnić? Powiedzieć, że był podobny do księcia Wikingów ze snu? Przecież to by zabrzmiało skrajnie idiotycznie! Tym bardziej że względem Stefana też nie miała prawa tak się zachowywać… Nie, nie mogła o tym mówić, przynajmniej jeszcze nie teraz. Za słabo się znali, aby mogła z nim poruszać takie tematy.

– Nie gniewam się – pokręciła głową. – A do tego widzę, że już wybrałeś jedno z mojej listy zdrobnień.

Na twarzy Sima pojawił się wyraz ulgi.

– Waham się jeszcze – odparł z uśmiechem. – Eda jest fajne, ale fascynuje mnie też ta Duśka… Muszę się zastanowić, które dla ciebie wybrać. A póki co ty wybieraj kawę – dodał, ruchem głowy wskazując jej menu. – Jeśli chcesz znać moje zdanie, polecam numer sześć, latte z nutą cynamonu. Oczywiście to jest kwestia gustu, nie wiem, czy lubisz cynamon… ale dla mnie osobiście rewelacja.

– W takim razie chętnie skosztuję – odparła bez wahania Edyta. – Lubię cynamon, chociaż przyznam, że w kawie jeszcze nigdy go nie próbowałam. Tym bardziej wezmę szóstkę, z czystej ciekawości.

– A co do kawy? Ciastko, deser lodowy? Czy wolisz raczej coś na słono?

Negocjacje dotyczące menu, w które wkrótce włączył się również kelner, polecając firmowe specjały, potrwały kilka minut, w trakcie których Edyta miała okazję obserwować ukradkiem swego towarzysza. Chociaż znała go tak krótko, dziś już mogła powiedzieć z pełnym przekonaniem, że jeszcze nigdy żaden facet nie podobał jej się aż tak. Nigdy i żaden – nie wahała się użyć w myśli tych dwóch radykalnych słów. Nawet Stefan.

– Czyli z twoim zdrowiem już wszystko w porządku? – zagadnęła, kiedy postawiono przed nimi zamówioną kawę z ciastkiem. – Ile w sumie leżałeś w tych szpitalach? Chyba ze dwa miesiące?

– Prawie dwa i pół – doprecyzował Sim. – Najpierw parę dni w Ostrowie, a reszta już w Olsztynie. Tam, jak być może wiesz, mieszka moja siostra, sprowadziła mnie do siebie, żeby mieć blisko, czuła się w obowiązku, żeby mnie doglądać. Zresztą po wyjściu ze szpitala mieszkałem jeszcze ponad tydzień u nich, zanim doszedłem do pełnej formy i mogłem wrócić do Warszawy.

– Rozumiem. To musiał być dla ciebie ciężki czas. Ale najważniejsze, że ostatecznie po wypadku nie zostało już żadnego śladu.

– Jakiś tam został – uśmiechnął się. – Taka mała pamiątka. Chcesz zobaczyć?

Pokiwała głową twierdząco, nie umiejąc oprzeć się ciekawości. Mężczyzna bez wahania odchylił połę marynarki, rozpiął guzik koszuli pod szyją i odgiął róg kołnierza, by pokazać jej długą bliznę na szyi i obojczyku.

– Ach, tak… pamiętam! – szepnęła.

– To od rozwalonej blachy, która tak po mnie przejechała, że prawie odcięła mi łeb – wyjaśnił swobodnie, zapinając z powrotem guzik i poprawiając na sobie marynarkę. – Lekarz mówił, że gdyby poszła kilka centymetrów dalej, zadziałałaby jak gilotyna. Natychmiastowa dekapitacja i dziękujemy za uwagę – otrzepał żartobliwym gestem ręce. – Jak by na to nie spojrzeć, miałem cholernie dużo szczęścia.

Edyta mimo woli wróciła pamięcią do chwili, kiedy, znalazłszy w bagażniku rozbitego auta apteczkę samochodową, drżącymi z zimna i nerwów rękami próbowała nieporadnie zatamować krew płynącą mu z tej rany. Ciekawiło ją, czy ta amatorska interwencja przed przyjazdem ratowników w jakiś sposób przyczyniła się do uratowania mu życia, czy pod tym względem była nieistotna. Nie miała jednak odwagi, żeby o to zapytać, tym bardziej że on pewnie i tak tego nie wiedział.

– Ale wystarczy już tych makabrycznych wątków, teraz opowiedz mi trochę o sobie – zażądał Sim. – Pochodzisz z Bobrzy, ale teraz mieszkasz w Warszawie, tak? W jakiej branży pracujesz?

Neutralny temat pracy i mieszkania w Warszawie sprawił, że Edyta szybko nabrała werbalnego wiatru w skrzydła. Opowiedziała mu o swoich studiach w stolicy, dla których przeprowadziła się tam z rodzinnego miasteczka, a także o rozwijającej się karierze w korporacji, w tym o niedawnym awansie, a nawet związanych z nim wątpliwościach.

– O ile lubię te projekty i zadaniowy tryb pracy, o tyle do zarządzania ludźmi chyba niezbyt się nadaję – wyznała mu szczerze. – Nie wiem, może to kwestia wprawy i przyzwyczajenia, ale póki co łatwo mi z tym nie jest. Od półtora roku marzyłam o awansie na wyższe stanowisko, a teraz, kiedy go dostałam, łapię się czasem na myśli, że chyba wolałabym wrócić na to niższe. Zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle nadaję się na korpoludka. Do tego trzeba mieć specyficzny charakter i lubić pracę w sztywnych ramach, a ja zdecydowanie wolę podejście kreatywne.

– W takim razie może powinnaś zmienić pracę? – zauważył Sim. – Niby świeżo po awansie to trochę bez sensu, ale czasem lepiej uciąć coś od razu, zwłaszcza jak czujesz, że się z tym męczysz. Mogę cię zatrudnić w mojej firmie – dodał tonem żartu. – Jak to mówią, reklama dźwignią handlu, więc wykwalifikowany, kreatywny spec od reklamy zawsze nam się przyda. Dam ci całkowicie niezależne stanowisko, nie będziesz musiała nikim zarządzać, tylko tworzyć projekty z głową w chmurach, a ja już będę wiedział, jak wyciągnąć z tego zysk. Obawiam się tylko, że póki co nie mógłbym ci zapłacić tyle co korporacja – skrzywił się. – Zwłaszcza po awansie… Nadal jesteśmy na rozruchu.

– Ech, nie, dziękuję! – roześmiała się Edyta. – Miło, że chcesz mi pomóc, ale nie trzeba, ja wcale nie mam zamiaru zmieniać pracy. Tak tylko sobie narzekam po godzinach. A twoja firma czym się zajmuje? – zagadnęła, czując w sercu pragnienie dowiedzenia się o nim jak najwięcej, a może i po trosze skonfrontowania tego, co mówiła o nim siostra. – Handel czy usługi?

Jak się okazało, Monika miała dużo racji. Sim od kilku lat prowadził własną firmę zajmującą się informatycznymi systemami zabezpieczeń dla biznesu i bankowości i jak sam przyznał, przed grudniowym wypadkiem zatracał się w tym bez reszty.

– Zdarzało się, zwłaszcza na samym początku, że przez dwie dobry prawie nie jadłem, nie spałem, tylko działałem jak robot – opowiadał, popijając kawę. – Chłopaków też cisnąłem bez litości, ale taki był warunek. Albo wchodzimy w to na fula i stabilizujemy się na rynku, albo nie ma sensu w ogóle zaczynać. Fakt, że momentami przeginałem, ale cóż… praca, w której widzi się cel, potrafi działać jak narkotyk.

– Czyli jesteś niezdiagnozowanym pracoholikiem?

– Zdiagnozowanym – sprostował z rozbawieniem. – Monia już dawno postawiła mi tę diagnozę i trudno odmówić jej trafności, chociaż ostatnio siłą rzeczy to się trochę zmieniło. Po wypadku jednak musiałem zluzować… Dopiero od dwóch tygodni działam w dawnym trybie, a i tak staram się nie przeginać, ograniczam się do najważniejszych zadań. Co ciekawe, kiedy zdychałem w szpitalu, chłopaki nawet bez mojego nadzoru świetnie sobie poradzili, a to mi pokazało, że nie jestem w stu procentach niezastępowalny. Częściowo tak – uśmiechnął się – ale nie całkowicie. Swoją drogą uważam to za jedno z najbardziej rewolucyjnych życiowych odkryć ever.

– Pytanie, jak długo wytrzymasz w takim trybie soft – zauważyła z dyskretnym przekąsem. – Pracoholik, jak każdy –holik, ma to do siebie, że prędzej czy później wraca do nałogu.

– Może tak, a może nie – odparł, poważniejąc. – Jeśli po prawie-śmierci zaczyna się życie od nowa, mimo wszystko perspektywy się zmieniają. Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało pompatycznie, ale dla mnie życie dzieli się dzisiaj na przed i po wypadku. Jak słusznie mówi Monia, doigrałem się, dostałem nauczkę, ale dzięki temu niejedno zrozumiałem. Co prawda jeszcze nie wszystko, ale jest szansa, że to pójdzie w dobrą stronę.

Edyta pokiwała powoli głową, zanurzając usta w kawie. Po prawie-śmierci… Nagle dotarło do niej z pełną mocą, że ten zabójczo przystojny, pełen życia mężczyzna, który siedział przed nią i tak szczerze zwierzał jej się ze swoich życiowych przemyśleń, naprawdę mógł zginąć w tamtym lesie! Nie byłoby go tutaj… leżałby martwy w zimnym grobie na jakimś cmentarzu, a te fascynujące, lśniące w blasku kawiarnianych lamp szmaragdowe oczy pozostałyby zamknięte na zawsze… Ach, nie do pomyślenia! Nawet nie potrafiła sobie tego wyobrazić!

– Monia mówi, że powinienem przynajmniej częściowo odpuścić pracę, a w zamian zacząć wreszcie coś robić ze swoim życiem osobistym – ciągnął Sim. – Ożenić się, założyć rodzinę… Kto wie? – uśmiechnął się, dopijając jednym haustem latte i odstawiając wysoką szklankę na blat. – Wszystko jest możliwe, nawet to, że moja kochana starsza siostra wreszcie będzie ze mnie zadowolona… oczywiście o ile kandydatka, którą mam na oku, będzie mi łaskawa.

Światło lamp przed oczami Edyty przygasło, jakby na chwilę odłączono w nich zasilanie.

– Eliza? – wyrwało jej się, nim zdążyła temu zapobiec.

Sim spojrzał na nią zaskoczony.

– Przepraszam – pokręciła głową, z niezadowoleniem czując, jak na twarz i szyję wypełza jej niepożądany rumieniec wstydu. – Wymówiłeś to imię, kiedy ocknąłeś się na chwilę zaraz po wypadku… więc pomyślałam, że…

– Musiałaś się przesłyszeć – odparł lekko Sim. – Nie znam żadnej… no nie, nie mogę powiedzieć, że nie znam żadnej Elizy, bo pewnie jakąś znam. Tyle było tych lasek, że na bank i Eliza by się trafiła! – parsknął śmiechem. – Ale nie znam żadnej, która byłaby warta uwagi, a na pewno warta tego, żeby myśleć o niej w chwili śmierci. Bo to pewnie miałaś na myśli, hmm?

– Przepraszam – powtórzyła zmieszana Edyta, już do reszty zdruzgotana nie tylko własną wpadką, ale i tym, co właśnie powiedział. – To była głupia uwaga, tak mi się jakoś spontanicznie skojarzyło… chyba faktycznie się wtedy przesłyszałam. Nieważne. Mów dalej.

Sim przyglądał jej się znad blatu w skupieniu, teraz już z poważną miną.

– No właśnie – podjął powoli. – Dobrze, że dotknęłaś tego tematu, cały czas czekam, żeby o tym pogadać, a tu akurat trafia się okazja. Mam na myśli mój wypadek – wyjaśnił. – Wprawdzie trochę się waham, czy to ruszać, bo nie chcę znowu ci podpaść… dzisiaj od samego początku walczę o prawo do następnego spotkania, a zebrałem już przynajmniej jeden punkt karny… ale jednak muszę. Muszę, Eda – podkreślił – bo to mnie męczy od wielu tygodni, a jestem taki, że jak czegoś nie wyjaśnię, to będzie mnie męczyć, aż zamęczy. Powiedz mi coś. Jak wiemy, rozwaliłem się o drzewo w środku jakiegoś dzikiego lasu, do którego zaprowadziła mnie przypadkiem zszajbiona nawigacja. To był nie tylko środek lasu na odludziu, ale też środek nocy… w dodatku w samą Wigilię, kiedy wszyscy normalni ludzie siedzą w domach ze swoimi rodzinami i tylko taki debil jak ja pruje samochodem po manowcach i dopieprza w świerki. Mnie pomińmy, przypadek beznadziejny. Ale ty? Co ty w ogóle tam robiłaś?

Edyta znów pokręciła głową zmieszana, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Czy miała przyznać się przed nim do tego, że sama nie miała pojęcia, jak się tam znalazła? Opowiedzieć mu o wizjach ze Stefanem, o tajemniczej kobiecie w chuście i autobusie, który nie miał prawa kursować tamtą trasą? Pytanie, jakie jej zadawał, było całkowicie naturalne i uzasadnione, ale odpowiedź na nie wcale nie była prosta!

Poza tym… po co miałaby wtajemniczać go w tak stricte osobiste sprawy jak wizje i sny? Nie tylko mógłby ją wyśmiać, jak już zrobił to przed chwilą a propos Elizy (swoją drogą trudno jej było uwierzyć, że się przesłyszała, lecz skoro tak mówił…), ale wręcz pomyślałby, że ma nierówno pod sufitem. Po co jej to było? Nic mu się nie stanie, jak nie będzie tego rozumiał, zwłaszcza że i tak nie zrozumie, skoro tylu rzeczy nie rozumiała nawet ona. Nie miała żadnego obowiązku niczego mu tłumaczyć, mimo wszystko wciąż był dla niej obcym człowiekiem. Miał swoje własne życie i swoje plany na przyszłość, plany, w których nie było miejsca dla niej, co dał jej do zrozumienia delikatnie ale wystarczająco jasno. Nie po to zadbał o neutralną symbolikę koloru róż, nie po to podkreślał, że nie chce nieporozumień, nie po to wspomniał o swej upatrzonej „kandydatce”, żeby mogła mieć w tym względzie jakiekolwiek złudzenia. Zresztą czego mogła się spodziewać? Tacy przystojniacy jak on nie chodzą przecież po świecie wolni… a jeśli nawet formalnie Sim był jeszcze wolny, to wystarczająco dosadnie podkreślił, że serce ma już zajęte.

A zatem nie warto w to inwestować i pakować się w wyjaśnienia, które i tak zabrzmią zbyt nieprawdopodobnie, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach miał w nie uwierzyć. Owszem, ona też pragnęłaby znaleźć jakieś całościowe wytłumaczenie dla tamtych grudniowych wydarzeń, ale skoro Sim sam o to pytał, to znaczyło, że nie wiedział więcej od niej, a być może zupełnie nic. Więc jeśli nie pomoże jej w wyjaśnieniach, to po co go wtajemniczać? Dla własnego dobra lepiej zachować to, co sama wiedziała, dla siebie.

– Widziałem twoje zeznania z policji – podjął Sim, widząc, że nie doczeka się odpowiedzi. – Miałem do nich wgląd, kopia była załączona do formularza dla ubezpieczyciela samochodu. Nie powiedziałaś im nic konkretnego, tylko tyle, że znalazłaś się tam przypadkiem. Co to znaczy przypadkiem, Eda? Nie powiesz mi przecież, że w Wigilię przed północą przypadkiem spacerowałaś po lesie albo zbierałaś chrust… Jak to możliwe, że jakimś cudem znalazłaś się akurat dokładnie tam, gdzie ja pieprznąłem w drzewo?

– To był przypadek – odpowiedziała wymijająco.

Nie znajdując żadnej innej wiarygodnej wersji niż ta, której trzymała się na policji, uznała, że skoro tamci wówczas zadowolili się tym i dali jej spokój, to Sim też za chwilę odpuści. Nie zmusi jej przecież do mówienia i będzie musiał odpuścić. Ona też musiała. Może zresztą niepotrzebnie zgodziła się na to spotkanie? Po co burzyć sobie krew i zatruwać serce czymś, co i tak nie miało przyszłości?

– Nie wierzę w to – pokręcił głową. – Takie zbiegi okoliczności się nie zdarzają, nie w takim miejscu i nie o takiej porze. Byłaś tam z jakiegoś powodu, nie wiem, z jakiego, ale dzięki temu uratowałaś mi życie. Dlatego chciałbym to zrozumieć.

Milczała, wpatrując się w swoją szklankę z resztkami pysznego latte z cynamonem.

– Wiem, że to nie mógł być przypadek, Eda, tylko ty po prostu nie chcesz mi powiedzieć. Nie ufasz mi, widzę to po tobie – w jego głosie zabrzmiała nuta wyrzutu. – Wiem, że znamy się słabo, ale to jednak dotyczy mnie bezpośrednio. Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?

– A dlaczego uważasz, że mam ci coś do powiedzenia? – zapytała, odbijając piłeczkę. – Byłam tam i wezwałam pomoc, czy to nie wystarczy? To zresztą lekarze uratowali ci życie, nie ja.

– Gdyby nie ty, nie zajmowaliby się mną lekarze tylko zakład pogrzebowy – sprostował chmurnie Sim. – Po co tak mówisz, skoro doskonale o tym wiesz? Jeśli w grę wchodzi przypadek, to tylko w taki sposób, że uratowałaś mnie przypadkiem, bo myślałaś, że jestem jakimś Stefanem. Uratowałaś jego, nie mnie.

– Nieprawda – pokręciła głową, z nagłym ściskiem serca wspominając obrazy ciemnego z wraku samochodu. – Uratowałam ciebie, bo to ty rozbiłeś się o drzewo. Nieważne, z kim cię pomyliłam, skutek był ten sam.

Sim skrzywił usta i machnął niecierpliwie ręką.

– Może i tak – rzucił poirytowanym tonem. – Ale to nie jest bez znaczenia, Eda. Myślałaś, że ratujesz jego, mówiłaś do mnie jak do niego, głaskałaś mnie po pysku, bo myślałaś, że to on… Gdybym był Stefanem, dzisiaj też inaczej byś ze mną rozmawiała, nie bawiłabyś się ze mną w kotka i myszkę, tylko od razu powiedziałabyś mi wszystko!

Wzburzona tym, że znów wypominał jej tamto zachowanie, lecz przede wszystkim czując, że zaczyna pękać od kumulującego się w sercu żalu, Edyta poderwała się z miejsca i sięgnęła po torebkę.

– Przepraszam, muszę już iść – powiedziała chłodno, podnosząc z ławy obok swoje róże. – Dziękuję za kwiaty i za spotkanie, było bardzo miło, kawa z cynamonem też pyszna, ale już robi się późno, a ja mam jeszcze w domu kilka obowiązków.

Sim również poderwał się od stolika z twarzą człowieka, który chciałby cofnąć czas i słowa.

– Eda, przestań – pokręcił głową. – Okej, w porządku, nie musimy o tym gadać, przepraszam. Nie powinienem był tego ruszać, a niech to! Podejrzewałem, że to się tak skończy… Proszę, nie bądź na mnie zła. I zostań jeszcze trochę, nie skończyliśmy rozmowy.

Edyta jednak czuła, że łez, które cisną jej się do oczu, nie da się już powstrzymać, można je co najwyżej opóźnić. Wstyd za tamtą pomyłkę ze Stefanem był już teraz mało istotny, o wiele gorsze było to piekące rozczarowanie… ten ból serca na myśl o tym, że to, o czym po cichutku w głębi duszy marzyła od kilku dni, okazało się ślepą uliczką i że musi to zakończyć. Im prędzej, tym lepiej. Natychmiast. Musiała zakończyć to i wyjść stąd, zanim rozbeczy się w głos jak dziecko i odstawi przy nim jakąś kolejną żenującą szopkę.

Pokręciła więc tylko głową odmownie i zebrawszy swoje rzeczy, odwróciła się od stolika. Sim skoczył za nią.

– Poczekaj, w takim razie bulnę tylko rachunek i odprowadzę cię – powiedział pośpiesznie. – Wezmę ci te kwiatki, żebyś nie dźwigała i…

– Nie – przerwała mu stanowczo, czując, że ma coraz mniej czasu, gdyż oczy zaczynają już  mocno szczypać, a w gardle zbiera się ogromna, dławiąca gula. – Pójdę sama. Jeszcze raz dziękuję, Sim… za zaproszenie i w ogóle za wszystko. Ale naprawdę muszę już iść.

Mężczyzna patrzył na nią bezradnie, z poważną, zaniepokojoną miną.

– Eda, proszę, zostań jeszcze.

– Nie mogę.

– Nie chcę, żebyś się na mnie gniewała.

– Nie gniewam się – pokręciła głową, a jej głos niebezpiecznie się załamał.

– Posłuchaj, uratowałaś mi życie…

– Nie ma sprawy. Wszystkiego dobrego, Sim. Do widzenia.

– Eda!

Nie odwróciła się – nie mogła, gdyż łzy zaczynały już przepełniać jej oczy, a on przecież nie mógł tego zobaczyć.

– Dusia!

Boże, jak to zdrobnienie zabrzmiało w jego ustach! Edyta poczuła się, jakby dostała celną kulą prosto w serce. Nie widząc już nic przez łzy, rzuciła się na oślep w stronę drzwi, po drodze jakimś cudem zgarniając przytomnie z wieszaka swój płaszcz. Jeszcze kilka sekund i znalazła się na ulicy, którą rzuciła się biegiem w byle jaką stronę, nie patrząc, dokąd biegnie, omal nie łamiąc szpilek. Sim na szczęście nie pobiegł za nią, uszanował jej wolę, a przez to nieświadomie oszczędził jej kolejnego wstydu. Płakała już bowiem teraz jak głupia… chlipała pełną piersią w pachnące herbaciane róże, które niosła w objęciach, nawet nie czując ich ciężaru. Byle przed siebie, potem pomartwi się ustaleniem, gdzie jest i jak trafić do domu. To zresztą w tym momencie było najmniej ważne.

Dramatyczna scena nie umknęła uwadze personelu i gości knajpki, którzy z ciekawością powiedli wzrokiem za uciekającą dziewczyną z wielkim bukietem róż, po czym, gdy zniknęła za drzwiami, przenieśli dyskretne spojrzenia na pozostawionego przy stoliku mężczyznę. Ów przez kilkadziesiąt sekund stał jeszcze nieruchomo w tej samej pozycji, pobladły, z ramionami wyciągniętymi ku drzwiom, jakby wciąż chciał zatrzymać odchodzącą, z miną człowieka, który niedowierza, że to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. W końcu, być może dostrzegłszy, że budzi powszechną sensację, ocknął się, opuścił ramiona i na wpół bezwładnie opadł z powrotem na swoje krzesło. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się tępym, nieruchomym wzrokiem w stolik, po czym nagle spiął mięśnie i huknął pięścią w blat z takim impetem, że podskoczyły na nim talerzyki oraz szklanki po latte.

 

19.

 

Dni znów były szare i beznadziejne, pomimo słońca, które coraz silniej rozświetlało ulice miasta, napełniając je wiosenną radością… Że co? Radość? To w ogóle istniało coś takiego? Edyta prawie już w to nie wierzyła. Na szczęście w zbawiennym odwodzie była praca, której można było poświęcić się bez reszty, żeby zagłuszyć niepotrzebne wspomnienia oraz wciąż ciążące na sercu poczucie porażki i rozczarowania. Prawdą jest, że niespełnione marzenia bolą czasem bardziej niż fizyczna rana, ale cóż… stało się, jak się stało, w pewnym momencie po prostu za dużo sobie wyobraziła, a teraz tylko ponosiła tego naturalne konsekwencje. Tak mimo wszystko było lepiej. Na pewno. Może teraz jeszcze bolało, ale za jakiś czas to minie i sama sobie będzie gratulować, że dała radę. A potem zapomni. Na pewno.

– Edzia, przyjedziesz w Wielki Czwartek czy dopiero w Wielki Piątek? – dopytywała przez telefon matka snująca już plany na zbliżającą się Wielkanoc, która w tym roku wypadała późno, w trzecim tygodniu kwietnia.

– Dopiero w piątek – odpowiedziała bez namysłu. – Niestety do końca muszę zostać w pracy. Poradzicie sobie beze mnie z przygotowaniami? Kto ma przyjechać na święta?

– Wszyscy! – zaśmiała się pani Marta. – Będą nawet Henio z Marysią, wyobraź sobie! Ale wiesz co, Edzia? – zastanowiła się. – Ja może od razu wyślę po ciebie na stację pana Zenka, co? Żebyś ty nam znowu gdzieś na ławce nie zasnęła!

– Nie zasnę, nie bój się, mamo – zapewniła ją nieco posmutniałym tonem. – I telefon przed wyjazdem też naładuję do pełna, tym razem będę o tym pamiętać, obiecuję.

Do świąt zostało jednak jeszcze półtora tygodnia, które musiała spędzić na intensywnym planowaniu kolejnych zadań dla zespołu, zlecenia z góry sypnęły się bowiem ostatnio jak z rękawa. Któregoś dnia na korytarzu wpadła na wystrojoną w nowy, krwistoczerwony żakiet Magdę, która niosła w ręce plik papierów, epatując pasującym do żakietu, równie krwistoczerwonym lakierem do paznokci.

– Edka! – ucieszyła się na jej widok. – Jak ja cię dawno nie widziałam! Jak ci się wiedzie na nowym stanowisku?

– Świetnie! – zapewniła ją z udawanym entuzjazmem. – Tylko tyle roboty, że chwilami zapominam, jak się nazywam! A co u ciebie?

– Aaa, zgadnij! – zaśmiała się. – Myślisz, że dlaczego spotykasz mnie właśnie tutaj? No? Ja też dostałam awans! – oznajmiła z dumą. – Od pierwszego kwietnia, ale to wcale nie był Prima Aprilis! I też trafiłam na handlowy, więc coś mi się wydaje, że będziemy regularnie się tu spotykać. Może nawet razem współpracować?

– Super, gratulacje – uśmiechnęła się Edyta. – Też jesteś na kierowniczym?

– Oczywiście! A co sobie myślisz? Mam teraz nawet więcej ludzi pod sobą niż ty, bo aż dwadzieścia osób! Tomek też dostał awans, wiesz? – dodała. – Tyle że jego rzucili na drugą placówkę, tę na Żoliborzu.

– Aha, a co on na to?

– Trochę kręcił nosem, bo ma teraz słabszy dojazd, ale prezesowi przecież się nie odmawia, a poza tym kasa… wiadomo! – zaśmiała się znowu. – Ja też nie narzekam, akurat przyda mi się bardzo ta podwyżka. W wakacje biorę ślub z moim Kubkiem – wyjaśniła – i musimy wyprawić taaakie wesele! Zapowiedziałam mu z góry, że albo to będzie bajka z tysiąca i jednej nocy, albo przekładamy o rok i dalej zbieramy kasę. Ale tak między nami – mrugnęła do niej wesoło – to wiadomo, że tylko tak gadam, bo wcale nie chcę tego przekładać. Tak się już nakręciłam, że za trzy miesiące będę panną młodą w białej sukni, że ani mi się śni z tego rezygnować!

– No to tym bardziej gratulacje – odparła Edyta, ściskając jej dłoń serdecznym gestem. – Cieszę się, że tak ci się układa. A to wesele to pewnie planujecie na jakiejś Teneryfie, co? – dodała żartobliwie.

– A nie! Wyobraź sobie, że nie! – zawołała Magda. – Zostaniemy w Polsce, na Teneryfę mało kto by dojechał, a ja chcę, żeby było jak najwięcej gości. Ma być królewski bal! Mamy już rezerwację w Karpaczu, w najlepszym hotelu, Kubek jak zwykle poszedł po bandzie, ale co tam… raz się żyje! A jak tam u ciebie, Edka? – zagadnęła. – Mam na myśli sprawy osobiste?

Edyta, z trudem bo z trudem, ale jednak zdołała utrzymać na twarzy uśmiech. I to nawet całkiem naturalny.

– No co ty, Madzia! – popukała się żartobliwie palcem w czoło. – Myślisz, że ja mam czas myśleć o takich rzeczach? Najpierw kariera, a potem ewentualnie wszystko inne. Z naciskiem na ewentualnie.

– Oj, przestań, Edka! – machnęła ręką Magda, aż błysnęły czerwone paznokcie. – Myślisz, że ja mam czas? Też haruję jak na korporacyjną mrówę przystało, ale na takie rzeczy czas się zawsze znajdzie, doba magicznie rozciąga się tyle, ile tylko trzeba. Słuchaj! – spojrzała na nią w natchnieniu. – Ty wiesz co? Mam pomysł! Pamiętasz tego Pawła, co czasem tu przychodził z moim Kubkiem?

Edyta pokręciła głową przecząco i cofnęła się o krok.

– Nie no, nie mów, że nie pamiętasz! – prychnęła z wyrzutem Magda. – Taki przystojniak, a ty go nie kojarzysz? Jest prawie tak przystojny jak mój Kubuś, do tego dziany, z charakterem i słuchaj… teraz najważniejsze – zniżyła konspiracyjnie głos. – Ostatnio rzuciła go dziewczyna! A to znaczy, że znowu jest wolny. Więc jakbyśmy tak z Kubkiem zaprosili go kiedyś do nas… i ty też byś przyszła…

– Przestań, Madziu – przerwała jej stanowczo Edyta, cofając się o kolejny krok. – Dziękuję ci za troskę, ale naprawdę… daj spokój. Nie mam na to czasu, a poza tym wybacz, że będę bezpośrednia, ale ten Paweł, chociaż na pewno ma mnóstwo zalet, ani trochę mnie nie interesuje.

– Jak możesz wiedzieć, że cię nie interesuje, skoro nawet go nie pamiętasz? – zdziwiła się Magda. – Poza tym nie zawsze jest tak, że człowiek zakochuje się od pierwszego wejrzenia, czasem trzeba dać sobie i komuś szansę. A ten Paweł…

– Nie, Madzia, dziękuję – przerwała jej twardo Edyta. – Proszę cię, chyba nie chcesz, żebyśmy pokłóciły się o takie coś? Cieszę się, że tak świetnie układa ci się z Kubą, gratuluję wam zbliżającego się ślubu, ale jeśli chodzi o mnie, to naprawdę… zrozum. Ja po prostu nie mam na to czasu. I przede wszystkim nie chcę.

– No okej – skrzywiła się Magda. – Nie napinaj się tak, Edka, nie chcesz, to nie, przecież nie będę cię swatać na siłę. Zresztą Amor i tak cię kiedyś ustrzeli, zobaczysz, to tylko kwestia czasu! – zaśmiała się. – No, pa, muszę lecieć! Pewnie jeszcze nieraz się spotkamy!

– Pa! – uśmiechnęła się Edyta.

„Kwestia czasu” – powtórzyła smutno w myśli jej słowa, wracając do swojej sali. – „A może już mnie ten gnojek ustrzelił, tylko wybrał złą strzałę i zupełnie bez sensu rozwalił mi serce?”

 

20.

 

Życie jest karuzelą, która kręci się, jak chce, ewentualnie górską kolejką, która niespodziewanie może wyjechać w górę wprost na słońce, choć przed chwilą pruła w dół ciemnym, ponurym tunelem. Telefon zadzwonił na szafce w przedpokoju, kiedy Edyta kroiła sobie w kuchni pomidora do kanapki na kolację, a w czajniku zaczynała już szumieć woda na herbatę. Przekonana, że to matka, która od kilku dni dzwoniła do niej w różnych sprawach po kilka razy dziennie, z westchnieniem rezygnacji odłożyła nóż, wytarła ręce i udała się do przedpokoju, by odebrać. I wtedy nagle ruszyła karuzela… Na rozświetlonym na błękitno wyświetlaczu widniało jego imię.

Dzwonił!!! Jednak… Boże!

– Tak? – szepnęła do słuchawki.

Mimo wysiłku woli w tej pierwszej chwili nie stać jej było na więcej.

– Cześć, Eda, tu Sim – odezwał się po drugiej stronie głos, za którego jeden tembr oddałaby z kopytami wszystkich Pawłów i Kubków tego świata. – Mogę zająć ci chwilkę?

– Cześć, Sim – odpowiedziała już nieco pewniejszym, choć nadal słabym głosem, osuwając się na tapicerowane siedzisko przedpokojowej szafki na buty. – Tak, oczywiście… coś się stało?

– Nie, nic. Wybacz, że znowu zawracam ci głowę, nie chciałbym wyjść na stalkera, ale musiałem zadzwonić, żeby coś ci powiedzieć. A raczej do czegoś się przyznać. Pozwolisz? Obiecuję, że będę się streszczał. To dla mnie naprawdę ważne.

– O co chodzi? – zapytała cicho.

– Ciągle o to samo. O to, o czym rozmawialiśmy w knajpie, zanim mi uciekłaś. Może to i tak nic nie zmieni, ale mimo wszystko chcę, żebyś wiedziała. Ja cię wtedy okłamałem. I to od razu na samym wstępie.

– Okłamałeś? – zdziwiła się. – W jakim sensie?

– A propos Elizy.

– Ach…

Na dźwięk tego imienia serce rozszalało jej się tak, że miała wrażenie, iż bije nie w piersi, a w uszach i skroniach. Okłamał ją? A ona tyle godzin, tyle bezsennych nocy spędziła, starając się przypomnieć sobie jak najdokładniej tamtą scenę z lasu… ustalić, czy faktycznie mogła się przesłyszeć… Bo jeśli to nie było imię Eliza, to może jakieś inne, fonetycznie do niego zbliżone? Może Luiza? Ewentualnie Alicja… wszak kiedy człowiek z trudem składa wargi, może wyjść mu zupełnie inny dźwięk, niż sobie zaplanował. Jednak za każdym razem niezmiennie dochodziła do wniosku, że nie mogła się pomylić. Na sto procent powiedział Eliza. Dlaczego więc twierdził, że tak nie było? Jakim cudem pamiętał chociażby to, że wtedy głaskała go po policzku, a nie pamiętał tego, co sam mówił? Trudno jej było w to uwierzyć. Więc może jednak faktycznie się przesłyszała, albo tylko sobie to wyobraziła? Może to nie z jej słuchem, a z głową było coś nie tak? Nie potrafiła tego rozstrzygnąć, mimo że tak długo i uporczywie to rozważała, kombinowała, wymyślała opcje…

A teraz on nagle dzwoni i wprost mówi, że ją okłamał?!

– Powiedziałem, że nie znam żadnej Elizy – ciągnął tonem winowajcy Sim. – Wmawiałem ci, że w tym lesie się przesłyszałaś, a wcale tak nie było. Przepraszam, Eda. Wiem, jak fatalnie to o mnie świadczy i jak wiele przez to tracę w twoich oczach, zwłaszcza że prawie się nie znamy. Długo się wahałem, czy przyznać ci się do tego kłamstwa… gdybyś wiedziała, jak przez ostatnie tygodnie biłem się z myślami… ale jednak uznałem, że nie mam innego wyjścia. Że muszę zadzwonić i to wyczyścić.

Na linii na kilka sekund zapadła cisza.

– Okej – odparła w końcu Edyta. – Wyczyściłeś.

– Tylko proszę, nie rozłączaj się – rzucił z niepokojem. – Daj mi dokończyć, dobrze? Bo to jeszcze nie wszystko, Eda. Nie tylko okłamałem cię z Elizą, ale też nie powiedziałem ci wielu innych rzeczy… a może właśnie powinienem był je powiedzieć, zanim sam czepiłem się ciebie o ten las i o tego Stefana. Powinienem był, tylko nie odważyłem się, bo bałem się, że weźmiesz mnie za czubka i kretyna. Ale teraz, jeśli zgodzisz się dać mi jeszcze jedną szansę, powiem ci wszystko. Przysięgam. Oczywiście nie przez telefon – zaznaczył. – To jest temat na rozmowę tylko na żywo i w cztery oczy.

Edyta przymknęła powieki, chłonąc dźwięk jego głosu tak, jak kwiat chłonie życiodajne promienie słońca. Więc jednak… jednak! Mimo to nie powinna robić sobie nadziei. To, że on wiedział coś ważnego na temat tamtych wydarzeń z grudnia, mogło przyczynić się do ich wyjaśnienia, ale poza tym nie zmieniało przecież nic.

– O czym mielibyśmy rozmawiać? – zapytała, nie chcąc zbyt szybko oddać terenu.

Jak by nie było, z tą Elizą mimo wszystko ją okłamał! Co prawda wybaczyła mu to już teraz, z góry, zanim jeszcze poznała jakiekolwiek szczegóły, ale przecież on nie musiał o tym wiedzieć. Wręcz nie powinien.

– Mówi ci coś nazwisko Rostowska? – zapytał z napięciem w głosie Sim.

– Nie – zdziwiła się. – Nic a nic.

– A Dołaniecki?

– Ach! – zdziwiła się jeszcze bardziej. – To znam doskonale. To nazwisko moich przodków.

– Twoich przodków?! – wykrzyknął zdumiony. – Żartujesz! Ernest Dołaniecki był twoim przodkiem?!

– Tak jest – potwierdziła z dumą. – Moja prababcia od strony mamy była z domu Dołaniecka. A Ernest był jej dziadkiem, czyli moim pra-prapradziadkiem.

– O ja pierdzielę… – szepnął Sim. – No to wszystko jasne.

Jasne? Edyta uśmiechnęła się smutno. Niestety nic nie było jeszcze jasne. I być może nigdy nie będzie.

– A ty skąd znasz jego nazwisko? – zapytała podejrzliwie.

– Od Elizy – odparł.

Znów na kilka długich sekund na linii zapadła absolutna cisza.

– I nic mi nie powiedziałeś? – odezwała się w końcu z wyrzutem Edyta. – Nawet nie przyznałeś się, że faktycznie znasz jakąś Elizę? Ty… ty…

– Idioto, kretynie, debilu, palancie, jełopie – podsunął jej uprzejmie Sim. – Durniu, ośle, ćwoku, pajacu, przygłupie, dupku, tłumoku, imbecylu. Bardzo proszę, wybierz sobie z tej listy, co chcesz. Wszystkie do mnie pasują.

Edyta, choć naprawdę poirytowana, z trudem powstrzymała parsknięcie śmiechem.

– Za duży wybór, muszę się zastanowić – wysiliła się na żart.

– Ja bym na twoim miejscu brał wszystko, jak leci, i jeszcze dołożył od siebie. Zasłużyłem. Ale chyba teraz sama już widzisz, że mamy o czym rozmawiać?

Owszem, mieli, ona jednak poważnie się wahała. Jeszcze kilka minut temu, kiedy na ekranie telefonu zobaczyła imię Sima, jej dusza w ułamku sekundy pofrunęła do gwiazd, zatoczyła tam rundkę i wróciła tylko po to, by odebrać połączenie, zaś wiadomość o tym, że i on wiedział coś na temat grudniowych zdarzeń w lesie, że znał nazwisko jej przodka, a prawdopodobnie również historię jego siostrzenicy i leśnika, początkowo wprawiła ją w euforię. Jednak teraz miała wątpliwości. Czy na pewno powinna to ciągnąć? A jeśli to będzie ją kosztowało więcej cierpienia, niż zdoła wytrzymać? Może lepiej dla własnego dobra zostawić tamtą sprawę na zawsze nierozwiązaną, niż narażać się na kolejne huśtawki emocji, które niewątpliwie ją czekały, jeśli będzie to kontynuować? Podsyci tylko ten ogień, który od wielu tygodni spalał ją od środka, lecz nad którym, póki co, miała jeszcze szanse zapanować. Póki co – bo wkrótce będzie za późno. Wystarczy, że jeszcze raz lub dwa spojrzy w te jego szmaragdowe oczy, jeszcze trochę dłużej posłucha jego głosu i już nie będzie odwrotu. A z drugiej strony… może już go nie było?

– Posłuchaj, Eda – podjął tonem perswazji Sim, najwidoczniej zaniepokojony przedłużającą się ciszą na linii. – Ja wiem, że nadal jestem w twoim życiu intruzem, wyczuwam to i rozumiem doskonale. Nie powiem, że mi z tym dobrze, nie jestem z tych, co lubią się narzucać, ale po prostu nie mam innego wyjścia. Chcę i muszę dokończyć tę sprawę. Wyjaśnić ją na tyle, na ile się da, chociaż częściowo zrozumieć to, co się wtedy wydarzyło. A wydarzyło się coś bardzo dziwnego… kto wie, czy nawet nie nadprzyrodzonego.

„Jednak!” – pomyślała z mimowolną ulgą w sercu. – „Użyłeś tego słowa! Czujesz to tak samo jak ja…”

– To nie jest byle drobiazg – ciągnął mężczyzna. – Okej, dla ciebie może tak, ale dla mnie to rzecz fundamentalna, ten wypadek naprawdę był momentem przełomu, chwilą, kiedy realnie mogłem umrzeć. Ty wiesz, co to znaczy prawie umrzeć? Wejść połową stopy na czerwoną linię i jednak z niej wrócić? Powiem ci. To jest tak, jakby człowiek urodził się na nowo. Nie od zera, jak noworodek, tylko od nowa, w sensie nowej szansy na to, żeby zacząć jeszcze raz, zmienić coś i odnaleźć sens tego restartu. Tyle że zanim go odnajdzie, czuje się, jakby żył na kredyt… Ja się właśnie tak czuję, Eda. Żeby ruszyć do przodu, muszę zrozumieć, co się wtedy stało, to jest baza, bez której nie da się ułożyć dalszej części układanki. I tylko ty możesz mi w tym pomóc.

Edyta pokiwała głową na znak, że rozumie i że się zgadza, jakby zapominając, że rozmawiają przez telefon i że on nie może przecież widzieć jej gestów.

– Wiem, że możesz – mówił dalej Sim. – I wiem, że tylko ty. Od początku to wiedziałem, ale teraz, kiedy mówisz mi, że Ernest Dołaniecki to jakiś twój praprzodek, nie mam już co do tego wątpliwości. Obiecuję, że nie będę cię tym dręczył w nieskończoność, a tym bardziej narzucał ci swojego towarzystwa, słowo honoru, że odczepię się, jak tylko wyjaśnimy sprawę. Ale wyjaśnijmy ją razem, okej? Hmm?… Proszę, Dusia.

Dusia… to zdrobnienie w jego ustach miało moc rażenia cekaemu, który już drugi raz krótką serią rozwalał jej serce, dziurawiąc je na wylot jak sito. Miałaby mu odmówić? Nie było takiej możliwości. Choćby sama miała za jakiś czas zapłacić za to jakąś straszną cenę, nie odmówi mu pomocy, o którą prosił. Samej sobie zresztą też nie odmówi nadarzającej się okazji, by zobaczyć go jeszcze raz na żywo i znów, choćby przelotnie, spojrzeć w te jego niemożliwe, szmaragdowe oczy. Po co w ogóle zawracała sobie głowę jakimiś wątpliwościami, skoro i tak wiedziała, że nie będą w stanie jej powstrzymać?

– Dobrze – odpowiedziała cicho. – Masz rację, mamy o czym porozmawiać. Masz też rację, że tam się stało coś, co po ludzku jest niewytłumaczalne, ale jednak moim zdaniem, to ma swoją wewnętrzną logikę, którą przynajmniej częściowo można spróbować odtworzyć.

– Tak! – podchwycił żywo Sim. – Właśnie o tę logikę mi chodzi!

– Okej. Ja zresztą sama też chciałabym zrozumieć, co się wtedy stało, to nie jest tak, że dla mnie to był byle drobiazg i że spłynęło po mnie jak woda po kaczce. Przeciwnie, przeżyłam to bardzo mocno, może nawet w porównywalnym stopniu jak ty, chociaż oczywiście bez takich konsekwencji jak balansowanie na granicy życia i śmierci. Dlatego zgoda, Sim – podsumowała. – Ale pod jednym warunkiem.

– Stawiaj, jakie chcesz – odparł szybko. – Wszystkie przyjmuję w ciemno.

– Jeśli wchodzimy w ten deal i naprawdę chcemy spróbować to wyjaśnić, to warunkiem jest, że nikt z nas nie będzie ukrywał niczego, co wie na temat okoliczności tamtych zdarzeń.

– To oczywiste. Ja już tym razem nie ukryję przed tobą niczego. I nie będę kłamał.

– Dobrze. To jest o tyle ważne, że, jak mi się zdaje, oboje posiadamy na ten temat jakieś informacje, tyle że z innych źródeł. Ja na przykład nie wiem, kim jest Eliza, nigdy o kimś takim nie słyszałam, ale jeśli to od niej dowiedziałeś się o Dołanieckich, to znaczy, że faktycznie coś jest na rzeczy.

– Zdecydowanie tak – przyznał Sim. – Dziękuję ci za to zielone światło, Eda, a ja ze swojej strony jeszcze raz uroczyście obiecuję, że nie będę zawracał ci głowy i męczył cię swoją osobą dłużej, niż to konieczne. Powiedz, kiedy możemy się spotkać? Bo chyba zgodzisz się ze mną, że to nie są sprawy na telefon?

– Tak. Myślę, że skoro co do zasady jesteśmy dogadani, to nie ma na co czekać. Im szybciej to wyjaśnimy, tym lepiej.

„I tym szybciej cię zobaczę” – dokończyła w myśli z mieszaniną bólu i słodyczy.

– No to może jutro wieczorem? – zaproponował bez wahania.

– Jutro? Dobrze – postarała się, by w jej głosie nie było zbyt wyczuwalnego entuzjazmu. – W sumie nawet lepiej mi pasuje jutro niż pojutrze, bo to już będzie Wielki Czwartek, a muszę mieć cały wieczór na spakowanie się. W piątek wyjeżdżam na święta do rodziny.

– Ach, na święta… Tam?

– Mhm. Tam. Do mojego miasteczka.

– No tak… Patrz, nawet nie zauważyłem, że te święta już tak blisko.

Edyta miała ochotę zapytać go, z kim i gdzie je spędzi, ale powstrzymała się. A jeśli znowu usłyszy coś, co rozbije ją na kawałki? Tak naprawdę przecież nadal nie wiedziała, kim był Sim i jak wyglądało jego życie osobiste, w knajpie pod Pałacem Kultury i Nauki, zanim zeszli na niebezpieczny temat Stefana i jej obecności w lesie w wigilijną noc, rozmawiali głównie o pracy. Mimo to rzucił wówczas kilka uwag, z których, dokładając to, co mówiła o nim Monika, dało się wyciągnąć pewne wnioski.

Wiadomo było, że jak nie weźmiemy młodego na święta, to spędzi je u siebie w domu na chipsach i coli albo przebaluje po klubach z kumplami i jakimiś dziewczynami, jak to on.

Nie mogę powiedzieć, że nie znam żadnej Elizy, bo pewnie jakąś znam. Tyle było tych lasek, że na bank i Eliza by się trafiła.

Wszystko jest możliwe… oczywiście o ile kandydatka, którą mam na oku, będzie mi łaskawa.

To pierwsze było niezależną, wiarygodną opinią siostry, która znała jego zwyczaje. Drugie co prawda dotyczyło Elizy, w sprawie której Sim ją okłamał, więc uwaga na temat licznych „lasek” też mogła być tylko ściemą – mogła, ale wcale nie musiała. Zaś to ostatnie… no cóż, to rozwaliło ją najbardziej. Właściwie głównie przez to musiała uciec z knajpy, żeby nie rozbeczeć się jak idiotka. Więc czy i teraz nie będzie bezpieczniej unikać wywoływania takich tematów? Zostawić to, nie drążyć, nie prowokować, skupić się wyłącznie na tym, co mieli do wyjaśnienia. Dzięki temu cierpienie, którym bez cienia wątpliwości i tak przypłaci tę przygodę, będzie może chociaż odrobinę mniejsze.

– To słuchaj, Eda, może nie kombinujmy, tylko po prostu daj mi adres firmy, gdzie pracujesz, a ja podjadę jutro po ciebie, jak będziesz wychodzić, hmm? Siądziemy w jakiejś knajpie, zjemy coś i pogadamy, a potem odwiozę cię, gdzie tylko sobie zażyczysz. Chyba że wolisz podjechać gdzieś własnym samochodem? – poddał po chwili zastanowienia. – Gdzieś, gdzie będzie ci łatwo dojechać i zaparkować?

– Niestety nie mam samochodu – odparła Edyta. – Ani nawet prawa jazdy.

– Aha – zdziwił się lekko. – No to co? Pierwsza opcja?

– Okej. Zaraz wyślę ci adres smsem, ale godzinę, o której skończę pracę, będę mogła podać ci dopiero jutro w ciągu dnia, dobrze? Dzień wcześniej nigdy nie wiem, co mi wypadnie, jakie zadania nagle dorzuci szefostwo i ile przez to będę musiała posiedzieć po godzinach.

– O, to tak jak ja! – zauważył weselszym tonem Sim. – Mój szef też nieraz robi takie numery, ogólnie to podła świnia i cham, wymaga dyspozycyjności dwadzieścia cztery na dobę, każe harować nawet w weekendy, a żeby chociaż przyzwoicie za to płacił!

– Twój szef? – zdziwiła się. – Nie mówiłeś nic o nim. Myślałam, że masz własną firmę…

– Bo niestety tak jest. Szef firmy na rozruchu jest najgorszą kanalią i padalcem dla samego siebie, wiem coś o tym, bo użeram się z tym ciemnym typem od lat. Chociaż z drugiej strony fakt, że i on nie ma ze mną łatwo, więc kiedy trzeba, jakoś się dogadujemy.

Edyta prychnęła śmiechem.

– Jutro też jakoś z nim wynegocjuję – ciągnął żartobliwym tonem Sim – żeby zwolnił mnie z posterunku w dowolnej chwili, więc jak już będziesz wiedziała, o której kończysz, daj mi tylko pół godziny do czterdziestu minut na reakcję.

– Dobrze – podchwyciła wesoło. – Powiedz swojemu szefowi, że postaram się dać znać minimum godzinę wcześniej, żeby nie zaburzać mu firmowej logistyki. Wstępnie to by było między szesnastą a siedemnastą. Może być?

– Czekaj, zapytam… mhm, tak, szef mówi, że idealnie. Aż się dziwię, że nagle taki wyrozumiały się zrobił, pewnie i on chce coś z tego mieć… No to do zobaczenia jutro, Eda – zmienił ton na poważniejszy. – Nie zapomnij o smsach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *