Anabella – Rozdział CCXXXVI
– Dobra, to robimy tak – zadysponował Majk, kiedy wszyscy uczestniczący w pogrzebie przedstawiciele ekipy Anabelli znaleźli się na przycmentarnym parkingu. – Kto ma zmianę teraz, jedzie z Chudym albo z Tymem prosto do firmy, kto wieczorem, może zabrać się ze mną. Jadę na miasto, mam kilka spraw do załatwienia, mogę was przy okazji porozwozić.
– Ja muszę na Koncertową – zaznaczył Kacper.
– I ja – dodała Gosia.
– To ja już ich rzucę na Koncertową, szefie – zgłosił się Tym. – A potem wracam na Zamkową, żeby zostawić auto.
Po krótkich negocjacjach towarzystwo rozdzieliło się zgodnie z zapotrzebowaniem – Gosia, Kacper i Alicja zabrali się z Tymem peugeotem, Zuzia i Tom zajęli miejsca w prowadzonym przez Chudego vanie, zaś Iza, Klaudia Wiktoria i Ola, które dziś miały pracować dopiero na nocnej zmianie, wylądowały w oplu szefa. Naprędce ustalony plan zakładał, że pierwsza po drodze wysiądzie Ola, następnie Iza w centrum, skąd będzie miała dosłownie kilka kroków do Bernardyńskiej, zaś Majk, który o czternastej był umówiony w jakiejś sprawie dalej, w dzielnicy, gdzie mieszkały pozostałe dwie dziewczyny, podwiezie je przy tej okazji w okolice domu.
Wkrótce wszystkie trzy samochody wyjechały z przycmentarnego terenu i włączyły się do ruchu na szerokiej ulicy prowadzącej do centrum miasta.
– Iza, widziałaś Teofila? – zagadnęła Ola z tylnego siedzenia, gdzie usadowiły się z Klaudią i Wiktorią, ustępując Izie miejsca z przodu.
– Aha, widziałam – uśmiechnęła się, odwracając się ku nim na chwilę. – Już w kościele go zauważyłam.
– Fajny miał płaszcz, co? Taki stylowy, po pradziadku!
– Wyglądał jak esesman – dodała wesoło Klaudia. – Ale ja uważam, że jemu to pasuje.
– Kto to jest Teofil? – zaciekawił się Majk.
– Adorator Lidii – wyjaśniła mu Wiktoria. – Ten od bitej śmietany z truskawkami.
Dziewczyny roześmiały się.
– Od śmietany? – zdziwił się Majk. – To znaczy? Nic o tym nie słyszałem.
Znów skwitował to zbiorowy wybuch śmiechu, po czym siedzące z tyłu dziewczyny przystąpiły do opowiadania mu historii Teofila i jego wizyt w Anabelli, z początku niemal codziennych, a ostatnio skrajnie rzadkich, zwłaszcza odkąd Lidia przeniosła się na Koncertową. Iza, zagłębiona w wygodny, tak dobrze sobie znany fotel pasażera, nie brała w tym udziału, z melancholią w sercu obserwując pochmurny świat za szybami opla i kątem oka obserwując zarys sylwetki kierowcy. Jako że w samochodzie było ciepło, zdjął czapkę i bujne włosy wysypały mu się na czoło zupełnie jak w ów deszczowy listopadowy wieczór, kiedy spotkała go po raz pierwszy i razem holowali pana Szczepana do domu na Bernardyńskiej. A teraz oto, słuchając z rozbawieniem relacji Wiktorii, podniósł rękę, by tym samym co wówczas gestem odgarnąć sobie włosy…
„Wtedy jeszcze nie miałam bladego pojęcia o tym, jak bardzo kiedyś cię pokocham” – pomyślała ze wzruszeniem, zerkając nań ukradkiem. – „Nie wyobrażałam sobie, że ktokolwiek mógłby zająć w moim sercu miejsce Miśka. Ależ byłam głupia! Nie rozumiałam, że to właśnie Misiek latami bezprawnie zajmował miejsce, które od zawsze było przygotowane dla ciebie.”
– Dlatego tak bardzo się zdziwiłyśmy, jak zobaczyłyśmy go dzisiaj na pogrzebie – zakończyła opowieść Klaudia. – Chciałam go zapytać, skąd w ogóle o nim wiedział, ale nie było okazji, po tych kondolencjach szybko zwiał, a bez sensu było za nim lecieć, nie?
– Nie kojarzę typa – pokręcił głową Majk. – Zupełnie nie zwróciłem na niego uwagi, musicie mi go kiedyś pokazać.
– Jeśli trafi się okazja, to pokażemy – obiecała Wiktoria. – Chociaż na Zamkową on już nie ma interesu wpadać, jeśli będzie, to na Koncertowej, a szef tam rzadziej bywa.
Majk nie odpowiedział i w aucie na kilka chwil zapadła cisza.
– Iza, fajnie, że już wróciłaś – zmieniła temat Klaudia. – Jak tam urlop, udało ci się odpocząć?
– Pewnie – uśmiechnęła się Iza, odwracając głowę w jej stronę. – Nie tylko odpocząć, ale i napisać duży kawał pracy licencjackiej, a na tym też mi bardzo zależało. Żałuję tylko, że nie mogłam wam pomóc tutaj, akurat kiedy tyle się działo.
Klaudia, Ola, Wiktoria i Majk natychmiast zaprotestowali zgodnym chórem.
– Spokojnie, daliśmy radę – zapewniła ją Ola. – W marcu, jak pojedziesz do tej Belgii, też sobie poradzimy, o to się nie bój. Musisz tylko pomóc nam poukładać grafiki, nikt nie robi tego tak dobrze jak ty.
– Pewnie, że pomogę – obiecała skwapliwie Iza. – Jutro i pojutrze nie mam jeszcze zajęć, więc przyjdę wcześniej i będziemy ogarniać wszystko po kolei. Szefie, a na ten Dzień Francuski, to co trzeba zrobić najpilniej? – zwróciła się do Majka. – Jak z zakupami?
– Zakupy częściowo już są – odparł, hamując na czerwonym świetle. – Ale przed sobotą trzeba będzie podjechać jeszcze raz albo nawet dwa, zwłaszcza po te składniki, które koniecznie muszą być świeże. No i jak zawsze kłania się wybór serów francuskich – spojrzał na nią znacząco znad kierownicy. – W tym obszarze nikt z nas nawet nie próbuje wchodzić w twoje kompetencje.
– No i ten konkurs, szefie – przypomniała mu Wiktoria. – Jak to w końcu ma wyglądać?
– Sam się jeszcze zastanawiam. Myślę, że warto przedyskutować to zespołowo, jutro po południu zrobimy w tej sprawie szybką odprawę, ustalimy formułę, rozdzielimy zadania i przemyślimy kwestię nagród rzeczowych, bo do tego też się trzeba przygotować.
– No właśnie! – podchwyciła Ola. – Jest już jakiś pomysł?
– Na ten moment jedyne, co mi przychodzi na myśl, to nagroda w postaci butelki francuskiego wina, takiego z górnej półki – odparł Majk. – Ale to jest oczywiście do dyskusji, może ktoś wymyśli coś lepszego.
– To jest bardzo dobry pomysł – przyznała Iza. – A najlepiej jak to będzie butelka z autografem szefa.
– Oooo! – podchwyciły z entuzjazmem dziewczyny. – Właśnie! Genialne, Iza! To jest dokładnie to! Koniecznie z autografem szefa!
– A co to ja, jakiś papież czy gwiazda filmowa? – skrzywił się Majk.
– Filmowa może nie, ale gwiazda jak najbardziej – zapewniła go wesoło Wiktoria.
– I to jaka! – dodała Klaudia.
– Bez przesady, drogie panie, nie wygłupiajcie się – pokręcił głową. – Zatańczyć ze zwyciężczynią w kategorii damskiego wykonania piosenki zawsze mogę i to z przyjemnością, ale dajcie spokój z jakimiś autografami, co? Aż takim pajacem i celebrytą nie jestem.
– No to szef podpisze się na razie tylko na dyplomach – zaproponowała pojednawczo Wiktoria. – A autograf na butelce tylko wtedy, kiedy ten, co wygra, będzie tego chciał.
– Iza też powinna się podpisać – zauważyła Ola. – Jako gospodyni Dnia Francuskiego, nie?
– Tak jest – zgodziła się Klaudia. – Słyszysz, Iza?
– Przedyskutujemy to jutro kolektywnie – odparła wymijająco Iza. – Ja się dostosuję.
– Szefie, ja już tutaj mogę wysiąść, o, na tym przystanku – zgłosiła Ola, wskazując na zatoczkę dla autobusów, do której właśnie dojeżdżali. – Wyrzuci mnie tu szef?
– Zgodnie z rozkazem szanownej pani – odparł uprzejmie Majk, włączając kierunkowskaz, zjeżdżając na prawo i zatrzymując auto. – Bardzo proszę.
– Dzięki! To cześć, dziewczyny, widzimy się wieczorem!
Drzwi trzasnęły i ciemnozielony opel ruszył dalej. Iza zwróciła uwagę, że zegar na desce rozdzielczej wskazywał godzinę trzynastą trzynaście.
„1-3-1-3” – pomyślała. – „Wygląda jak kod…”
– Iza, czekaj… coś miałam ci powiedzieć, tylko zapomniałam co… – odezwała się z zastanowieniem Klaudia. – A, właśnie! O tej dziewczynie, co wtedy cię szukała.
– No? – zainteresowała się natychmiast Iza, odwracając się do niej na fotelu. – Znowu była?
– Aha. Była i pytała o ciebie Antka. Nie pamiętał, kiedy dokładnie wracasz, ale powiedział jej, że w sobotę będziesz na pewno.
– Okej. Nie przedstawiła się?
– Nie, chyba nie… chociaż na sto procent nie wiem, to Antek z nią gadał, zapytaj go.
– Dobrze, Klaudziu, dzięki. Nie wiem, kto to mógł być, ale mniejsza o to, jak ma do mnie interes, to przyjdzie jeszcze raz. A słuchajcie, dziewczyny, jeszcze wrócę do tych grafików… Co robimy z dyżurami w domu u Lidii? Chyba to też trzeba by było wziąć pod uwagę, jak myślicie?
– A tak! – podchwyciła Wiktoria. – Masz rację, przecież Lidka dalej będzie nas potrzebować do pomocy przy chłopcach, teraz może nawet bardziej niż wcześniej.
– Tylko pytanie, kiedy dokładnie – zauważyła Klaudia. – Trzeba ją poprosić, żeby podała nam pasma. Pewnie będą te same co wcześniej, ale może teraz, kiedy musi pozałatwiać te różne sprawy spadkowe, będzie potrzebować ich więcej?
– Aha – przyznała Wiktoria. – Poza tym chłopaki wrócili do szkoły po feriach i mogą mieć teraz inny plan niż w tamtym semestrze, nie? Masz rację, trzeba to dogadać. Nie zazdroszczę ci, Iza, z tymi grafikami, będziesz mieć naprawdę niebanalną układankę.
– Spoko, dam radę – zapewniła ją Iza. – Bylebym faktycznie jak najszybciej miała wszystkie dane.
– W przyszłym tygodniu powinno być luźniej – zapewnił je Majk. – Jak odwalimy Dzień Francuski, to ten kocioł już się trochę uspokoi.
– No, niekoniecznie, przecież we wtorek są ostatki – przypomniała mu Wiktoria. – Robimy coś specjalnego, szefie?
– Pff! – wydął wargi, zwalniając, by skręcić na skrzyżowaniu w lewo. – Ostatki… masz rację, nie pomyślałem o tym. Ostatnio w ogóle mam jakiś problem z myśleniem, dobrze, że chociaż wy trzymacie rękę na pulsie – zażartował. – Dobra, jutro pogadamy całym sztabem i o tym, chociaż, moim zdaniem, zaraz po Dniu Francuskim nie ma sensu robić kolejnej szumnej imprezy. Wystarczy zwykła dyskoteka na zakończenie sezonu, możemy ją ewentualnie jakoś sprofilować pod kątem muzycznym.
Wiktoria i Klaudia podchwyciły wątek, przerzucając się pomysłami, na co Majk pozwalał im, prowadząc teraz samochód w milczeniu.
„Kim, do jasnej cholery, mogła być ta dziewczyna?” – zastanawiała się tymczasem Iza. – „I po co mnie szukała? Skoro przyszła już drugi raz, to musi to być coś ważnego… Trzeba pogadać z Antkiem, może zapamiętał coś, co naprowadzi mnie na trop?”
Opel jechał teraz szeroką ulicą, na której chyba jeszcze nigdy nie była, jednak, choć nie znała tych rejonów miasta prawie wcale, zdało jej się, że zamiast zbliżać się do centrum, raczej się od niego oddalają.
„To pewnie po prostu jakaś inna droga” – pomyślała. – „Jeszcze za słabo znam Lublin, w niektórych dzielnicach nie byłam ani razu, na przykład na Majdanku dopiero dzisiaj, a drogi dojazdowe to już dla mnie w ogóle czarna magia.”
Wkrótce jednak również Klaudia i Wiktoria, przerywając dyskusję nad organizacją dyskoteki ostatkowej, zauważyły tę anomalię.
– Szefie, a nie mieliśmy najpierw jechać do centrum i tam wysadzić Izę? – zagadnęła zdziwiona Wiktoria. – Dlaczego jedziemy bokiem?
– Hmm, racja – ocknął się Majk. – Sorry, dziewczyny, tak mi się jakoś pojechało z automatu… Mówiłem, że ostatnio ciężko u mnie z myśleniem. Ale to nic – machnął ręką. – Najpierw wysadzę was dwie, jesteśmy już blisko, a Izę zdążę jeszcze podrzucić do centrum i potem wrócę sobie na spotkanie.
Klaudia i Wiktoria wymieniły w milczeniu znaczące, rozbawione spojrzenia.
– Nie, nie trzeba! – zaprotestowała żywo Iza. – Po co masz kręcić w kółko? Nie ma takiej potrzeby, ja przecież nigdzie się nie śpieszę, zmianę w pracy mam dopiero wieczorem. Wysiądę tutaj z dziewczynami i podjadę sobie do centrum autobusem, to dla mnie żaden problem.
– Nie ma mowy – odparł stanowczo Majk. – Plan był taki, że odwiozę was wszystkie pod domy, a skoro zabłądziłem, to mea culpa, muszę to naprawić.
– Ale spóźnisz się na spotkanie – upierała się Iza, zerkając na godzinę wyświetloną na samochodowym zegarze. – Już jest po wpół do.
– Spokojnie, zdążę.
– Ale…
– Bez dyskusji – przerwał jej autorytarnym tonem. – Od samego rana jesteś w podróży, nie będziesz jeszcze przez moje nieogarnięcie tłuc się autobusami po mieście. Wika, gdzie was wyrzucić? Gdzieś tu czy jeszcze dalej?
– Najlepiej pod tamtą Biedronką – wskazała ręką Wiktoria. – Stamtąd obie będziemy miały niedaleko, nie, Klaudia?
Minutę później opel zatrzymał się we wskazanym miejscu i dwie siedzące z tyłu dziewczyny wysiadły na skraju wielkiego przysklepowego parkingu.
– Dzięki, do wieczora! – rzuciła Klaudia, zatrzaskując drzwi.
Obie z Wiktorią jeszcze przez kilka chwil śledziły wzrokiem auto, które, przejechawszy wzdłuż parkingu, innym wjazdem włączyło się z powrotem do ruchu na ulicy i wkrótce zniknęło im z oczu.
– No i co, Wika? – zagadnęła z przekąsem Klaudia. – O co chcesz się założyć, że on to zrobił specjalnie?
– Nie zakładam się – odparła zachowawczo Wiktoria. – Ale przyznaję, że jest taka opcja, chociaż nie na sto procent. Przecież faktycznie mógł się zagapić.
– Aha, jasne. Zagapić – Klaudia spojrzała na nią pobłażliwie. – Tak mu się jakoś pojechało z automatu… no patrz, co za pech! Ja już pod cmentarzem widziałam, że nie był zadowolony, kiedy ustaliliśmy, kto kiedy wysiada. Odpuścił, ale mogę się założyć, o co tylko chcesz, że przez cały czas kombinował, jak się nas pozbyć, żeby zostać z Izą sam na sam.
Wiktoria pokiwała powoli głową, patrząc na nią uważnie.
– Ty wiesz, że to mnie serio zaczyna przekonywać? Jeszcze nie do końca, ale muszę przyznać, że to się kupy trzyma. Pomylił drogę, a potem nie pozwolił jej wysiąść, chociaż jasno mówiła, że to nie problem i że może jechać autobusem.
– Ostatnio ciężko u mnie z myśleniem – wyrecytowała Klaudia, zabawnie przedrzeźniając sposób mówienia Majka. – Oj, fakt, że ciężko, zwłaszcza jak Iza jest obok. No sorry, Wika, nie mów, że tego nie widzisz, przecież on przy niej totalnie głupieje. Dzisiaj tak się na nią zapatrzył, że nawet Teofila w płaszczu esesmana nie zauważył!
Obie roześmiały się i kręcąc głowami, ruszyły przez parking w stronę sklepu, pod którym rozchodziły się drogi do ich bloków położonych na sąsiednich osiedlach.
***
– Majk, serio, przecież mogę wysiąść gdziekolwiek – protestowała dalej Iza, kiedy opel zawrócił w stronę centrum. – Nie chcę, żebyś przez mnie spóźnił się na spotkanie.
– Spokojnie, elfiku, nie ma ognia – odparł uspokajająco Majk. – Jadę tylko do tego typa, co robił nam wentylację na Koncertowej, chcę pogadać o wymianie paru rzeczy na Zamkowej, frajer ma mi pokazać na żywo w swoim magazynie, jak działa sprzęt. Umówiliśmy się koło czternastej, ale uprzedzałem go, że będę na pogrzebie i mogę mieć obsuwę, więc nic się nie stanie, jak spóźnię się parę minut. Zwłaszcza że on jest u siebie i nie czeka na mnie jak na szpilkach.
– No to chyba że tak – ustąpiła przekonana tym argumentem Iza. – Ale i tak musisz nadrabiać drogi, a ja bym mogła…
– Przestań, Izula – przerwał jej łagodnie, hamując na czerwonym świetle, które zapaliło się właśnie na skrzyżowaniu. – Proszę cię… przestań.
Umilkła posłusznie, poruszona dziwnie smutną barwą jego głosu i zerknęła na niego dokładnie w sekundzie, kiedy i on, zatrzymawszy opla, spojrzał na nią. W jego oczach błysnął ten sam smutek, który właśnie wybrzmiał w jego głosie, ten sam, który widziała na zdjęciu przysłanym jej tydzień wcześniej przez Lodzię – ten sam, który znała doskonale jako terapeutka jego księżycowej duszy.
– Okej – szepnęła.
„Albo coś złego się stało” – pomyślała, kiedy oboje odwrócili oczy, przenosząc wzrok na uliczny sygnalizator wyświetlający czerwone światło – „albo ona po prostu jeszcze nie wróciła, a jego zżera tęsknota. Mam nadzieję, że to tylko to drugie… oczywiście jeśli można w tym kontekście użyć słowa tylko.”
Światło zmieniło się na zielone, opel ruszył, lecz milczenie trwało, Iza kątem oka obserwowała dłoń Majka operującą na drążku zmiany biegów.
– Nie bój się, nie będę ci dokuczał – odezwał się po dłuższej chwili ciszy. – Podwiozę cię tylko na Bernardyńską i spadam, zajmę ci co najwyżej minutę. O ile oczywiście mi pozwolisz.
– Teraz to ty przestań – zestrofowała go surowo Iza. – Co ty wygadujesz, Michasiu? Jaką minutę, jakie dokuczam? Jestem ci bardzo wdzięczna, że mnie podwieziesz, po prostu nie chciałam, żeby to ci sprawiło kłopot i żebyś potem jechał jak wariat przez miasto… Powiedz, coś się stało? – zapytała ciszej. – Chcesz mi coś powiedzieć, prawda?
Majk uśmiechnął się ze smętnym rozbawieniem i przechyliwszy się w fotelu, nie odrywając wzroku od drogi, sięgnął na oślep prawą ręką po jej dłoń. Przesunęła ją nieco na kolanie, by łatwiej mógł na nią trafić, on zaś ścisnął ją tylko lekko i puścił.
– Nie martw się, dobra wróżko – powiedział ciepło, kładąc rękę z powrotem na kierownicy. – Nic się nie stało, pacjent jeszcze żyje i jakoś dociągnie do niedzieli, chociaż nie ukrywa, że ad hoc przydałby mu się mały zabieg fizyczno-metafizyczny. Wystarczy minuta, może dwie. A czy chcę ci coś powiedzieć? – zerknął na nią znad kierownicy. – Oczywiście że tak, milion rzeczy, jak zawsze… ale to, zgodnie z ustaleniem, zostawimy sobie na niedzielę. W dwie minuty nie da się powiedzieć nic, zwłaszcza filozoficznego.
– To prawda – uśmiechnęła się Iza.
– A póki co powiedz mi, kiedy dokładnie lecisz do tej Belgii – podjął rzeczowo. – W sobotę czy w niedzielę?
– W sobotę. Samolot startuje z Warszawy o dziesiątej czterdzieści pięć.
– Mhm. Masz jakiś transport na lotnisko?
– Mam, podwiezie nas tata Marty. Będziemy musiały ruszyć bardzo wcześnie rano, dlatego, jeśli pozwolisz, piątkową zmianę ustawię sobie wyjątkowo na popołudnie.
– Nie, Izula, na piątek dam ci wolne – zapewnił ją Majk.
– Nie trzeba…
– Dam ci wolne – powtórzył stanowczo. – Wiem, jak to jest na dzień przed dłuższym wyjazdem, kiedy trzeba wszystko przygotować. Godziny lecą jak sekundy i ostatnie, na co ma się ochotę, to zapieprzać do ostatniej chwili w robocie.
– Ale ja za dużo już brałam tego wolnego, Majk… Będę mieć wyrzuty sumienia.
– Nie będziesz. Jeśli myślisz, że robię to bezinteresownie, to się grubo mylisz, mały elfie. Dostaniesz wolne, ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Tym co zawsze.
– Jeszcze jedna sesja filozofii? – domyśliła się.
– Mhm – uśmiechnął się. – I doładowania elfikową energią. W niedzielę jedna, w piątek druga, zgoda? Musimy ponadrabiać zaległości.
– Okej – odwzajemniła mu uśmiech. – Jak każesz, szefie.
W samochodzie znów zapadła cisza, jednak tym razem jakaś inna… jakby promesa rozmów i spotkań, które ich czekały, w magiczny sposób rozjaśniła wnętrze opla, mimo że dzień wciąż był szary i pochmurny.
„Potrzebujesz mnie” – pomyślała z radością w sercu Iza, obserwując ulice miasta, na których śnieg już prawie całkiem topniał, zalegając jedynie brudnymi zaspami na trawnikach i pasach zieleni. – „Jak byś nie zaklinał rzeczywistości, nadal potrzebujesz księżycowej terapii, nawet jeśli nie chcesz już tak jej nazywać. I dopóki tak będzie, dopóki będziesz tkwił w tych swoich klinczach i patach, dopóty ja będę przy tobie, zawsze gotowa, żeby ci pomóc i pocieszyć w trudnych chwilach. Ja przecież też nie jestem w tym bezinteresowna.”
Zerknęła na niego ukradkiem, gdyż właśnie podniósł rękę, by odgarnąć sobie włosy z czoła. Robił to zawsze automatycznie, bez zastanowienia, to był u niego odruch bezwarunkowy, pewnie nawet nie zwracał nań uwagi, podczas gdy dla niej od samego początku ów gest był kluczem, który w magiczny sposób otworzył jej zamknięte od lat serce.
„Zwróciłam na to uwagę przez skojarzenie z Miśkiem” – dumała dalej. – „A tak naprawdę było na odwrót, bo to Misiek kojarzył mi się z tobą. W świecie gdzie nie byłoby czasu, to nawet nie byłoby dziwne.”
Czym jest czas, Iza?…
– A powiedz mi przy okazji, bo miałem zapytać… co myślisz o Kacprze? – zagadnął Majk, kiedy dojeżdżali już do centrum miasta. – Znaczy, jak go odbierasz de visu?
Iza ocknęła się z zamyślenia.
– Szczerze mówiąc, to tak sobie – odparła z zafrasowaniem, wspominając bladą twarz Kacpra i jego przygarbioną postać kompletnie wyzutą z dawnej energii. – Sama nie wiem do końca, co myśleć, niby trzyma się jakoś, bałam się, że będzie dużo gorzej, ale to i tak nie wygląda za wesoło.
– Wygląda fatalnie – przyznał. – Jakby ktoś frajerowi wyjął akumulator i w to miejsce wsadził jedną, ledwo ciągnącą baterię. Niby to lepiej, niż jakby dalej zachowywał się tak jak pierwszego dnia, wtedy nie wiem, czy ktokolwiek byłby w stanie go upilnować, ale to, co prezentuje sobą teraz, też mi się nie podoba. Niepokoi mnie o tyle, że jest dla niego nietypowe.
– Tak – westchnęła Iza. – Te jego pierwsze reakcje, o których opowiadałeś, były szalone, ale u niego takie żywiołowe zachowanie to norma, on po prostu taki jest. A teraz, jak mówisz, jakby ktoś odłączył go od prądu… Muszę z nim jeszcze pogadać na żywo – dodała stanowczo. – Dzisiaj nie było jak, ale obiecałam mu, że jutro rano wpadnę na godzinkę na Narutowicza. Chciałabym zresztą zamienić też parę słów z panem Stasiem.
– Pan Stasio to spoko gość – uśmiechnął się Majk. – Lubię takich dziadków.
– Ja też – odwzajemniła mu uśmiech.
Nie musieli mówić nic więcej, Iza bez pytania wiedziała, że i on, tak jak ona, pomyślał w tym momencie o panu Szczepanie i o pamiętnym nocnym spotkaniu na zalanej zimnym deszczem ulicy. Porozumienie księżycowych dusz – czy na świecie mogło istnieć coś piękniejszego? Gdyby jeszcze tak… gdyby…
Odsunęła od siebie ściskającą za serce myśl i wyprostowała się na fotelu. Nie. Lepiej nie puszczać za bardzo wodzy wyobraźni, trzymać je z całych sił, inaczej znów zbyt łatwo można ulec złudzeniom, a złudzenia to przecież najlepszy przepis na cierpienie. Lepiej zejść na ziemię i tam pozostać, zadowolić się tylko tym, co mogła mieć na pewno – okruszkami szczęścia, których promesa na najbliższe dni wystarczająco rozświetlała jej duszę. Co prawda bała się, że on tym razem złamie się i opowie jej więcej niż zwykle, że zdradzi jej swoją tajemnicę poliszynela, a ona będzie musiała w przyjacielskim trybie wysłuchać jego zwierzeń, ale cóż… To i tak było nieuniknione, a jeśli taka miała być cena za jego bliskość i zaufanie, to była gotowa ją zapłacić.
Dotarli już do centrum, opel skręcił w Bernardyńską i zwalniając, zjechał na chodnik nieopodal bramy jej kamienicy. Iza pośpiesznie zgarnęła swoją torebkę i sięgnęła do klamki, jednak nim zdążyła otworzyć drzwi, Majk przechylił się w jej stronę i chwycił ją za rękę.
– Poczekaj.
Zatrzymała się posłusznie, on zaś puścił jej dłoń, energicznym ruchem zaciągnął hamulec ręczny i ku jej zdziwieniu wyłączył silnik opla, a następnie, obróciwszy się w fotelu, spojrzał jej prosto w oczy.
– Dwie minuty, elfiku. Proszę.
Po czym, nie czekając na jej reakcję, przechylił się jeszcze bardziej i miękkim gestem położył głowę na jej ramieniu. Czy trzeba jej było więcej? Szalona radość i szczęście płynące z tego niespodziewanego „okruszka” zalały jej serce. Bez wahania, w lot odczytując sedno jego prośby, odwróciła się wygodniej ku niemu i podniósłszy dłoń, wsunęła ją w jego włosy.
Jakże już za tym tęskniła! Niby to on mówił nieraz pół żartem o uzależnieniu od przyjacielskich doładowań księżycową energią, ale przecież ona czuła dokładnie to samo i potrzebowała tego może nawet bardziej niż on! Wprawdzie nie mogła przyznać się do tego wprost, by nie odkryć za wiele, ale prawda była taka, że kiedy tylko pod palcami znów poczuła te sprężyste, miękkie kłęby, od szczęścia zakręciło jej się w głowie, a pochmurny, zimowy świat za oknem samochodu w jednej sekundzie eksplodował światłem wiosennego słońca.
– Spóźnisz się – zauważyła neutralnym tonem, który skrajnie kontrastował z tym, co działo się w jej duszy. – Już prawie czternasta.
– Mhm – zamruczał leniwie Majk, podsuwając jeszcze bliżej głowę pod jej dłoń gestem łaszącego się kota. – Już jadę, tylko zatankuję.
– Musisz jeszcze tankować?
– Mhm. Ale nie opla, tylko siebie. To niesprawiedliwe, żeby samochód miał paliwo, a kierowca musiał ciągnąć na pustym baku, hmm?
– Ach, w tym sensie – uśmiechnęła się. – Bardzo proszę, szefie. Mobilna stacja paliw zawsze do usług.
– Właśnie problem w tym, że nie zawsze. Stacja Dobra Wróżka jest tylko jedna, a dostęp do niej ograniczony, ciągle są kolejki. Dlatego bez przerwy muszę kombinować, żeby chociaż raz na jakiś czas wywalczyć swoje.
Iza parsknęła śmiechem, z rozkoszą przesiewając przez palce kosmyki jego czupryny.
– Na stacji Dobra Wróżka ten rodzaj paliwa mogą tankować tylko niektórzy – zaznaczyła żartobliwym tonem. – Więc do dystrybutora akurat nie ma kolejek.
Majk podniósł głowę, przez co musiała cofnąć rękę, i spojrzał na nią uważnie.
– Nie ma?
– Do tego z elfową energią nie – doprecyzowała. – Do innych tak, na przykład do tych z rozmową czy tak zwaną dobrą radą, owszem. Ale do tego nie.
Majk nie spuszczał z niej badawczego wzroku.
– Czyli tylko Misiek i ja?
– Misiek? – powtórzyła zdziwiona.
– Mhm. Nie pamiętasz? Rezerwacja sentymentalna.
Przed oczami Izy natychmiast rozpostarła się wizja korytkowskiej łąki sprzed lat i głowy Michała, którą z sercem przepełnionym szczęściem trzymała na swoich kolanach, gładząc go po włosach. Choć dziś ciężko jej było o tym myśleć, tamta scena była przecież faktem, podobnie jak to, co kilka tygodni później wydarzyło się w motelowym pokoju w Małowoli. Fala wstydu na to wspomnienie zalała ją tak gwałtownie i mocno, że zadrżały w niej wszystkie mięśnie, a na policzki wypłynął nerwowy rumieniec.
– No tak – skrzywiła się. – Niby tak. Historycznie rzecz ujmując, można tak powiedzieć. Ale tamto to jednak było co innego.
Majk patrzył na nią jeszcze przez chwilę, po czym znów skłonił głowę na jej ramię, przytulając do niego policzek na znak, żeby kontynuowała. Wróciła do tego posłusznie, zerkając na samochodowy zegar, który wyświetlał już godzinę czternastą zero zero. Nie miała jednak odwagi i motywacji, by przerwać tę i tak krótką, jakże ulotną chwilę fizycznego kontaktu, którego oboje tak bardzo dziś potrzebowali.
– Co innego – podjął cicho Majk po chwili milczenia. – Wiadomo.
– Chodzi mi o to, że tamtego nigdy nie nazwałabym transferem księżycowej energii – wyjaśniła dla porządku Iza. – Po prostu głaskałam go po włosach, nic więcej. W tym nie było żadnej głębszej filozofii.
– Mhm, wiem. W takich kontekstach nie potrzeba filozofii. To tylko proteza dla frajerów.
– Proteza dla frajerów? – powtórzyła zdezorientowana. – W jakim sensie?
– Widziałaś się z nim w Korytkowie?
– Z Miśkiem? – zdziwiła się jeszcze bardziej, zatrzymując na chwilę ruch palców w jego włosach. – Dlaczego pytasz?
– Tak sobie – wzruszył lekko ramionami. – Przez skojarzenie z rezerwacją sentymentalną. Widziałaś się?
– Nie… spotkałam go tylko raz na drodze, minął mnie samochodem. Ale nie rozmawiałam z nim. Co ma do tego rezerwacja sentymentalna? Przecież to już dawno przeszłość.
– Kiedy frajer się żeni? – zapytał rzeczowo.
– Piętnastego maja – odparła tym samym tonem. – Po co ci ta informacja?
– Piętnastego maja… czyli za trzy miesiące, okej. Do niczego, elfiku, tak tylko pytam, z głupiej ciekawości – dodał spokojnie, przekręcając głowę, by na nowo ożywić jej znieruchomiałe palce. – No, pogłaskaj mnie jeszcze, doładuj starego frajera Majka… tak tylko trochę, żeby nie wykitował z braku paliwa.
Posłuchała, gładząc powoli kłębiące się w dłoniach kosmyki. Jako że, schylony na jej ramię, nie mógł widzieć jej twarzy, skorzystała z okazji, pochyliła się ostrożnie i zanurzyła w jego włosy również policzek, z trudem powstrzymując się, by nie przylgnąć do nich ustami. Musiał umyć je dziś rano, były bowiem bardzo świeże, pachniały jak zawsze męskim szamponem połączonym z nutką markowej wody kolońskiej.
„Z dystrybutora elfowej energii możesz tankować tylko ty, promyczku” – zapewniła go w myślach z czułością. – „Ty jeden na świecie, nikt inny. Misiek to już od dawna przeszłość, historia, czarna krecha na mapie mojego życia, głupie i naiwne nieporozumienie… Rezerwacja sentymentalna? Po co w ogóle wracasz do tego tematu?
Drgnęła, przypominając sobie zeszłotygodniowego smsa od Lodzi.
Nie ma dzisiaj N… A Majk nie w sosie, nawet z nikim tańczyć nie chce…
Czy o to chodziło? O taniec i jego nową rezerwację sentymentalną? Możliwe. Zaczynał od tematu Miśka, żeby jakoś do tego nawiązać, dotrzeć do sedna okrężną drogą, tak, by niczego nie domyśliła się przed czasem. A z drugiej strony…
„Nie, to chyba jednak zły trop” – stwierdziła po chwili namysłu. – „Przecież bez problemu zgodził się na taniec z potencjalną zwyciężczynią konkursu piosenki francuskiej, żartował wręcz, że chętnie będzie nagrodą główną. Gdyby dla niej odnowił rezerwację, wykręciłby się z tego tak samo, jak wykręcał się kiedyś, kiedy obowiązywała rezerwacja po ostatnim walcu z Anią, odtańczonym, zanim wyszła za Jean-Pierre’a. Nie, to nie pasuje. I szczerze mówiąc, coraz mniej z tego wszystkiego rozumiem.”
– Znowu mi źle, elfiku – szepnął Majk, mocniej przytulając głowę do jej ramienia.
Serce ścisnęło jej się w natychmiastowej reakcji.
– Źle? Dlaczego? – odszepnęła, mając nadzieję, że nie odpowie jej na to pytanie.
– Znaczy, z jednej strony dobrze, a z drugiej źle – doprecyzował. – Kiedy tak mnie głaskasz tymi swoimi elfikowymi paluszkami, od razu mi lepiej, zawsze tak było… ale ogólnie znowu mam jakiegoś pieprzonego doła. Może nie aż takiego jak wtedy, we wrześniu, bo to się nie porównuje, ale sinusoida znowu leci w dół i wcale nie mam pewności, czy przyjdzie moment, kiedy znowu podjedzie w górę.
– Dlaczego? – powtórzyła, z trudem artykułując słowa przez ściśnięte gardło. – Przez nią?… przez Anabellę?
– Mhm – odparł cichym, zdławionym głosem. – Przez nią, a raczej z jej powodu, bo ona sama nie jest niczemu winna. To tylko ja szarpię się w środku jak ostatni kretyn. Widzisz, elfiku, coraz bardziej obawiam się, że te wszystkie moje plany i nadzieje, to tylko głupie złudzenia… że zaklinam rzeczywistość, której nie da się zakląć, i że znowu oszukuję sam siebie… a w dodatku, jakby tego było mało, panicznie boję się sprawdzić, jaka jest prawda. Chciałbym, ale nie mam odwagi. Już nieraz byłem na krawędzi, ale zawsze hamowałem w ostatniej chwili jak wariat, żeby nie wpaść w przepaść i nie stracić bezpowrotnie tego, co mam teraz, nawet jeśli to tylko namiastka i kradziony okruszek… złudzenie… Straszny ze mnie frajer, co? – uśmiechnął się ze smętnym pobłażaniem. – Wiem o tym doskonale, ale nic na to nie poradzę. No, pogłaskaj mnie jeszcze… jeszcze tylko trochę… Czekałem, aż wrócisz, strasznie potrzebuję, żebyś chociaż tymczasowo postawiła mnie na nogi. Pogadamy o tym dłużej w niedzielę, dobrze?
– Oczywiście, Michasiu – szepnęła, wciąż delikatnymi, czułymi gestami przesiewając przez palce jego włosy. – O czym i ile tylko będziesz chciał.
– Chciałbym pogadać o złudzeniach i o czasie… ale też o tobie i twoich radykalizmach, pamiętasz? Obiecałaś mi to. Poza tym mieliśmy ciągnąć podsumowanie terapii, a jakoś słabo nam to idzie, nie wiem czemu. Może dlatego, że ona jednak jeszcze się nie skończyła?
– Nie? – wyszeptała ze ściśniętym sercem.
– Sam nie wiem. Myślałem, że tamten etap mamy za sobą, ale teraz już wcale nie jestem tego taki pewien. Klątwa, terapia, filozofia księżycowa… to wszystko zbiega się w jedną linię. Dlatego chcę z tobą porozmawiać, zadać ci kilka ważnych pytań, może nawet zrobić jeszcze jeden mały eksperyment psychologiczny, jak kiedyś? To pewnie i tak niewiele da, ale potrzebuję tego, mały elfie… Potrzebuję od ciebie feedbacku, i to na żywo, zanim wyjedziesz do Belgii – zaznaczył. – Przez telefon nie da się normalnie gadać o takich rzeczach, a my i tak bez przerwy jesteśmy w niedoczasie. No, jeszcze troszkę, Izula… pół minutki… Która w ogóle jest godzina?
– Czternasta osiem – odparła, zerkając na zegar na konsoli auta.
– Szlag, będę musiał jechać – westchnął, niechętnie podnosząc głowę. – Wybacz mi ten kolejny samochodowy epizod, moja dobra wróżko. Wiem, że tu jest niewygodnie, a ja katuję cię bez przerwy moimi problemami, podczas gdy kolejka frajerów, których musisz obsłużyć, jest długa… nawet jeśli pozostali czekają do innych dystrybutorów paliwa niż mój – podkreślił żartobliwie, wyprostowując się w fotelu kierowcy i mechanicznym ruchem ręki odgarniając wymiętoszone przez nią włosy. – Na którą będziesz dzisiaj w robocie?
– Na osiemnastą – odparła Iza, również wyprostowując się i sięgając po swoją torebkę. – I jeśli pozwolisz, szefie, skupię się dzisiaj głównie na pracy na zapleczu, dobrze? Muszę zająć się listą zakupów na sobotę i grafikami na marzec. A w ogóle to są jakieś faktury do ogarnięcia?
– Cała sterta – odparł Majk, odpalając silnik. – W tamtym tygodniu nie było Natalii, a ja też nie miałem kiedy się tym zająć.
Iza zerknęła na niego spod oka.
„Świetnie grasz, komandosie” – pomyślała z mimowolnym uznaniem. – „Mówisz o niej takim obojętnym tonem, że jakbym nie wiedziała, to bym się nie domyśliła.”
– Spokojnie, szefie, to przecież moja robota – odparła, kładąc rękę na klamce i otwierając drzwi. – Zajmę się tym w pierwszej kolejności, dzisiaj będzie załatwione. No, lecę, a ty jedź na spotkanie, już jesteś nieźle spóźniony… A co do stacji paliw Dobra Wróżka – dodała, pochylając się jeszcze i zerkając na niego znacząco z zewnątrz do środka auta – to nie zapominaj, że kto jak kto, ale ty masz niezbywalne i bezterminowe prawo wjazdu bez kolejki i tankowania do pełna o każdej porze dnia i nocy. Pa!
Drzwi opla trzasnęły i sylwetka dziewczyny w brązowym płaszczu z wielbłądziej wełny przemknęła do bramy kamienicy. Szare oczy kierowcy obserwujące ją w lusterku wstecznym rozjaśniły się uśmiechem.
– Dobrze, kochanie – szepnął, zwalniając hamulec ręczny, wrzucając pierwszy bieg i ostrożnie zjeżdżając na ulicę. – Trzymam cię za słowo.
***
– To są dane od Gosi – oznajmiła Wiktoria, kładąc na blacie biurka kilka luźnych, zapisanych kartek i siadając naprzeciw Izy. – Wstępny rozkład zmian na Koncertowej z uwzględnieniem tych pasm, które mamy zapewnić rotacyjnie jako ekipa z Zamkowej. To te podkreślone, widzisz?
– Aha – skinęła głową Iza, pochylając się nad rozpiską. – Czekaj… dużo tego jest?
– Jak widzisz, niewiele, całkiem nieźle radzą sobie sami, Lidia mówi, że od poniedziałku wraca na pełne obroty. I co więcej – spojrzała na nią znacząco – twierdzi, że nie potrzebuje już naszych dyżurów przy chłopcach.
– O, serio? – zdziwiła się Iza. – Załatwiła sobie kogoś do opieki?
– Na to wygląda. Tak czy inaczej to nam trochę rozluźnia grafik, będzie ci łatwiej układać.
– Mhm. Dobrze, że mówisz mi to, zanim zaczęłam, to bardzo ważna informacja.
– A tu są moje preferencje – dodała Wiktoria, kładąc przed nią kolejne dwie kartki. – Jak widzisz, dużo ograniczeń nie ma, bo poza tymi paroma wyjątkami – wskazała na zaznaczone na czerwono daty – jestem całkowicie dyspozycyjna.
– Super, dzięki, Wika – skinęła głową Iza, starannie przenosząc owe daty na ogólną siatkę grafika. – Już to zaznaczam… mam nadzieję, że wtedy Kama będzie mogła.
Przez chwilę w gabinecie szefa Anabelli słychać było tylko cichy szmer jej długopisu sunącego po papierze.
– A co ze zlotem czarownic? – zagadnęła Wiktoria. – Pamiętasz? Miało być u mnie pod koniec miesiąca. Dasz radę?
– Muszę – odparła stanowczo. – Bardzo chcę się z wami spotkać przed wyjazdem, nigdy nie ma jak pogadać na spokojnie. Jest już jakaś propozycja terminu?
– Środa albo czwartek, we wtorek odpada, bo mamy te ostatki.
– Hmm… w czwartek wieczorem mogę się nie wyrobić – pokręciła głową, wspominając smsa od Magdaleny, po spotkaniu z którą miała zaplanowane przedwyjazdowe zakupy z Martą. – A środa jest Popielcowa, trochę głupio będzie zakrapiać ją winem.
– No… w sumie tym razem wcale nie musimy chlać – zauważyła przytomnie Wiktoria. – Najważniejsze, żeby spotkać się przed twoją Belgią, nie? Dziewczynom, o ile pamiętam, środa wstępnie pasuje, a to jest właśnie bardzo dobry termin, bo po ostatkach raczej nie będzie dużego obłożenia. Ala, Pati, Martyna, Zuzia i Kama na barze spokojnie poradzą sobie wieczorem bez nas, ja z Klaudią i Olą weźmiemy popołudnie, ty też możesz dołączyć. Byle Lidia i Gosia dały radę urwać się z Koncertowej, ale może właśnie w Środę Popielcową będzie im z tym najłatwiej?
– Okej – skinęła głową Iza, znów pochylając się nad grafikiem. – W takim razie zaznaczam środę. Tylko zanim zacznę zwalniać nam to pasmo, potwierdźmy na sto procent, że Lidia w środę będzie mogła, co? Ona jest kluczowa, ostatnim razem jej nie było, więc bardzo chciałabym, żeby była teraz.
– Ja też – przyznała Wiktoria. – Lidka zresztą też chce, prosiła, żeby o niej pamiętać, podobno ma nam mnóstwo rzeczy do opowiedzenia. A my musimy oficjalnie przeprosić ją za tę noc, kiedy jej mama umarła, a żadna z nas nie odebrała smsa, żeby pojechać jej pomóc – dodała ponuro. – Ja do tej pory mam wyrzuty sumienia.
Czwartkowe popołudnie kończyło się już, zbliżała się godzina wzmożonego ruchu w Anabelli, a Iza miała wkrótce jechać z Chudym i Dorotą na umówione zakupy związane z trwającymi przygotowaniami do sobotniego Dnia Francuskiego. Majk był jeszcze na kontroli na Koncertowej, na Zamkową miał przyjechać dopiero około osiemnastej i przejąć nadzór nad lokalem, dlatego ważne było, by do tego czasu zamknąć wszystkie sprawy papierkowe. Od wczoraj udało jej się zrobić porządki z zaległymi fakturami, natomiast dziś pracowała głównie nad grafikiem, chcąc zaplanować go z wyprzedzeniem na cały marzec, przynajmniej w formie wstępnej, by awansem odciążyć w tym względzie koleżanki.
Do wyjazdu do Liège zostało niespełna półtora tygodnia i każdy dzień był tak ściśle zaplanowany, że w prywatny harmonogram Izy trudno byłoby już szpilkę wetknąć. Dziś rano na przykład, zgodnie z obietnicą daną Kacprowi, zajrzała na Narutowicza, by porozmawiać z nim na żywo, a przy okazji odwiedzić też pana Stanisława. W mieszkaniu wciąż trwał remont, jednak, jak zauważyła, przez ostatnie tygodnie posunął się znacznie do przodu, co było namacalnym dowodem na to, że Kacper, choć pogrążony w rozpaczy, regularnie nad tym pracował.
A co mogę zrobić? – westchnął, rozkładając ręce, kiedy pochwaliła go za wytrwałość i konsekwencję. – Tak jak mówiłaś, zacząłem, to muszę skończyć, nie zostawię przecież stryjowi chaty w rozsypce. Zrobię wszystko tak, jak ona chciała – dodał ciszej, a w jego oczach natychmiast stanęły łzy, co działo się za każdym razem, kiedy wspominał utracone szczęście. – Tak jak miało być…
Choć Izę niepokoiła nietypowa dla niego apatia i brak energii, pocieszało ją, że nie zapadł się w sobie całkowicie, lecz idąc za radą jej i Majka, rzucił się w wir pracy i poza czasem przeznaczonym na sen nie dawał sobie praktycznie chwili wytchnienia. Rano, zaraz po przebudzeniu, stawał na kilka godzin do pracy przy remoncie, by po południu pojechać na Koncertową i tam działać do późnego wieczora, a często nawet do północy.
To serio trochę pomaga – przyznał. – Jak się tak zrypię na maksa, to przynajmniej nie mam czasu na myślenie, kładę się i od razu zasypiam.
Tak, śpi… i chrapie przez pół nocy jak lokomotywa – potwierdził pan Stanisław, kiedy Iza zagadnęła go na osobności w kuchni. – Mnie to nie przeszkadza, wsadzam sobie zatyczki do uszu i już, a przynajmniej wiem, że on tam odpoczywa, a nie zamartwia się i ryczy całą noc w poduszkę. Biedny ten nasz szczyl, pani Izo… – westchnął ze współczuciem. – Jak w tamten czwartek pan Michał i ten wysoki pan Łukasz mi go tu przywieźli, to ja normalnie chłopa nie poznałem! Teraz już jest trochę lepiej, ale i tak niedobrze. Nieraz słyszę, jak ryczy nad robotą, wiertarką coś kręci albo ścianę szpachluje i chlipie przy tym pod nosem, że hej… A jeść, to prawie nic nie je, wie pani? Rano to ino kawę z mlekiem wypije, jakiś chleba mały kawałek ledwo w siebie wmusi i na cały dzień staje do roboty. Tak mi go szkoda, że aż się serce kraje… A jak on przez to na śmierć się zaharuje?
Iza też trochę się tego obawiała, a najbardziej martwił ją u Kacpra ów totalny brak apetytu. O ile bowiem, jak wiedziała z własnego doświadczenia, wysiłek fizyczny bywa najlepszym lekarstwem na zgryzoty duszy, o tyle przy tak ciężkiej pracy Kacper, który w normalnych warunkach zwykł pochłaniać całe góry jedzenia, nie powinien odmawiać sobie posiłków. Miała jednak nadzieję, że i to się powoli unormuje, że ten brak apetytu był tylko przejściowy, jako że od rozstania z Kasieńką minęło jeszcze zbyt mało czasu.
Kiedy wracała na Bernardyńską, odebrała telefon od Marty, która poinformowała ją, że Daniel właśnie trafił na salę operacyjną, i poprosiła, żeby trzymać za niego kciuki.
Mówił mi, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, wieczorem powinien już być przytomny – relacjonowała. – Ale nie wiadomo, jak się będzie czuł, więc na kontakt umówiliśmy się dopiero jutro. Chyba że będzie w formie, to może jeszcze dzisiaj da znać smsem, czy wszystko się udało.
„No, ciekawe, jak poszło” – pomyślała Iza, idąc przez salę po rozmowie z Wiktorią, by sprawdzić, czy nie trzeba pomóc dziewczynom w zbieraniu zamówień. – „Jest już parę godzin po operacji, mam nadzieję, że się wybudził i dzisiaj albo jutro rano da znać Martusi, co i jak. Kurczę, oby nie było żadnych przerzutów ani komplikacji, oby wyszedł z tego jak najszybciej i bez szwanku…”
– Hej, Iza, szukałaś mnie? – zagadnął znajomy głos za jej plecami.
Odwróciła się, stając twarzą w twarz z Antkiem. Dawno go nie widziała, gdyż wczoraj był nieobecny, zarówno na pogrzebie matki Lidii, jak i w pracy, i dopiero teraz zameldował się na swą wieczorno-nocną zmianę.
– O, cześć, Antoś! – ucieszyła się. – Fajnie cię widzieć… łał, ale super wyglądasz!
Komplement był w pełni uzasadniony, bowiem Antek, który pod nieobecność Izy przyciął sobie włosy i zapuścił lekki zarost, w istocie wyglądał w nowej odsłonie wyjątkowo korzystnie. Ubrany dziś w czarną koszulę i jasne dżinsy, z twarzą rozjaśnioną dawnym uśmiechem, którego przez wiele poprzednich miesięcy próżno było u niego szukać, wydawał się jak nowonarodzony, czy też raczej odrodzony niczym feniks z popiołów.
– Dzięki – odparł wesoło. – To dlatego, że wreszcie się wyspałem, po dwóch dniach wolnego każdy by super wyglądał, nie?
– Mam raczej na myśli twój nowy look – sprostowała, wskazując na jego policzki. – Bardzo ci do twarzy w takim zaroście.
– A… to akurat nie było zamierzone! – zaśmiał się. – Przez parę dni strasznie nie chciało mi się golić, więc olałem to i urosły mi takie kłaki – przeciągnął sobie dłonią po policzkach i brodzie. – Miałem się tego pozbyć, ale skoro teraz co druga dziewczyna mówi mi, że fajnie wyglądam, to chyba już tak zostawię.
– Ja mówię ci to samo, wyglądasz świetnie – zapewniła go Iza. – A gwarantuję ci, że moja opinia jest całkowicie obiektywna i niezależna!
Antek roześmiał się, kręcąc głową, po czym spoważniał nieco.
– Słyszałem od Toma, że mnie szukałaś. Pewnie jakieś zamówienia do playlisty na sobotę?
– To też. Szef mówił mi, że masz już podkłady do konkursu, wszystkie, które są na liście na plakatach. Mogłabym je odsłuchać?
– Jasne, w każdej chwili – wskazał jej ręką w stronę konsoli. – Jak chcesz, mogę ci je odpalić nawet teraz.
– Mhm, ale nie wszystkie naraz, tylko powoli, na raty – zastrzegła. – Zaraz jadę z Dorą na zakupy, czekam tylko, aż szef wróci, i ruszamy po sery francuskie. Ale w sumie nie ma jeszcze tak dużo ludzi… – dodała, rozglądając się po sali. – Spoko, dziewczyny poradzą sobie beze mnie, więc jeden albo dwa kawałki możesz mi puścić od ręki, a resztę już potem, jak wrócę.
– Okej, no to chodź. Tylko najpierw muszę sprawdzić okablowanie, poczekasz dwie minuty?
– Aha – skinęła głową, idąc za nim do konsoli. – To przy okazji powiedz mi, bo o to też chciałam cię zapytać… podobno ktoś mnie szukał ostatnio, jakaś dziewczyna, tak?
– A tak! – przypomniał sobie. – Była dwa razy i pytała o ciebie, powiedziałem jej, że będziesz w sobotę.
– Nie powiedziała, jak ma na imię?
– Nie – pokręcił głową, schylając się za konsolę, by podłączyć kabel od laptopa i otwierając jego klapę. – Czekaj, zaraz ci to odpalę, tylko jeszcze słuchawki.
– A jak wyglądała?
Antek wyprostował się z kablem w dłoni i spojrzał na nią z namysłem.
– No… nie wiem, jak ci to opisać. Dziewczyna mniej więcej w twoim wieku i twojego wzrostu, z długimi, brązowymi włosami. Ładna, nawet bardzo ładna, ale nic więcej o niej nie powiem, bo nie miała żadnych znaków szczególnych.
– Hmm – mruknęła niezadowolona z tak mało precyzyjnego opisu Iza. – No to nie wiem, kto to mógł być… ale to nic, dzięki, Antoś, jak wróci, to się przekonam. Dobra, dawaj te podkłady, przesłucham chociaż ze dwa, zanim wróci szef.
One thought on “Anabella – Rozdział CCXXXVI”
Odkryj salon gier na automatach aplikacja Totalizatora Sportowego — bonus powitalny do 13 750 zł! Pełna legalność z nadzorem regulacyjnym — pobierz aplikację i skorzystaj z promocji! Licencjonowany salon gier oferuje paczę startową z dopłatą i spinami — pod nadzorem urzędu. Zaufany operator — Salon Gier na Automatach zapewnia bezpieczeństwo danych i regularne promocje. Marzysz o darmowych spinach? Oficjalna aplikacja z licencją daje Ci powitalny pakiet — zarejestruj się i zacznij! Graj z Totalizatorem — Salon Gier na Automatach oferuje poczatkowe środki bonusowe i bezpieczeństwo płatności. Legalna gra od Totalizatora — pobierz aplikację i aktywuj spiny!