Anabella – Rozdział CCXXXV
Taksówka mknęła ulicami miasta całkiem szybko i dynamicznie, jednak nie na tyle, by Iza mogła mieć choć cień nadziei, że zdąży, zwłaszcza że co jakiś czas auto musiało zatrzymać się i poczekać na czerwonym świetle. Msza pogrzebowa zmarłej w weekend matki Lidii miała się rozpocząć w cmentarnej kaplicy na Majdanku o godzinie jedenastej, czyli już za kilka minut, więc nie ulegało wątpliwości, że dojedzie tam spóźniona.
Fakt ten był wynikiem niekorzystnego splotu okoliczności, który od wczoraj prześladował ją w kontekście powrotu z urlopu w Korytkowie do Lublina. Dowiedziawszy się od Oli i Majka, że pogrzeb został zaplanowany nie na czwartek, a na środowe przedpołudnie, rozważała wyjazd do Lublina już we wtorek, jednak, nim zdążyła podjąć decyzję, okazało się, że i tak było już za późno, by zdążyć na ostatni wieczorny pociąg, zaś nocnym ze względów bezpieczeństwa wolała nie jechać. Odłożyła zatem podróż na środowy ranek, wybierając pociąg, który planowo przybywał do Lublina kilka minut po dziewiątej, co dawało jej spokojne pasmo na odwiezienie walizki do domu i dojazd na cmentarz leżący w odległej części miasta. Niestety, jak na złość, pociąg przyjechał do Radzynia z ponad godzinnym opóźnieniem, przez co Iza wylądowała w Lublinie dopiero dwadzieścia pięć po dziesiątej, a ponieważ nie wyobrażała sobie, by na cmentarz taszczyć walizkę, musiała odwieźć ją taksówką na Bernardyńską i dopiero stamtąd tym samym kursem ruszyć na Majdanek. Kiedy więc wreszcie, zdenerwowana i zniecierpliwiona, dotarła do kaplicy, była już spóźniona o ponad dziesięć minut, a msza żałobna była dawno w toku.
„A niech to, ale wstyd!” – pomyślała, cichutko wślizgując się do środka i przyklękając pod tylną ścianą na krótką modlitwę. – „Przepraszam, Lidziu.”
Przeprosiny te były wynikiem spontanicznego rzutu oka na przód kościoła, gdzie tuż za ustawioną przed ołtarzem jasną trumną, na ławeczce przeznaczonej dla rodziny siedziała Lidia z Jasiem i Piotrusiem po obu swoich stronach. Trwało właśnie pierwsze czytanie dobrane treścią do okoliczności, a zebrani znajdowali się w pozycji siedzącej, dlatego Iza miała nieprzyjemne wrażenie, że jej wtargnięcie do tego niewielkiego kościółka było tym bardziej widoczne i spektakularne. Aby zatem nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, ostrożnie podniosła się z klęczek i starając się nie stukać obcasami, wsunęła się do ostatniej ławki, która na szczęście stała pusta.
Wbrew jej obawom, manewr ten nie wywołał ogólnego poruszenia – tylko dwie siedzące najbardziej z tyłu osoby, którymi były Wiktoria i Klaudia, wyczuły ruch i odwróciły ku niej głowy, po czym, pozdrowiwszy ją dyskretnie z daleka, znów z powagą skupiły się na czytaniu. Uspokojona tym Iza również wsłuchała się w słowa księdza, jednocześnie przyglądając się zebranym w kościele ludziom, których, jak na pogrzeb osoby, która nie posiadała licznej rodziny, było całkiem dużo. Wśród nieznajomych sylwetek, widzianych tylko od tyłu, szybko wychwyciła te, które znała doskonale, i z satysfakcją stwierdziła, że był tu obecny właściwie cały trzon stałej ekipy Anabelli – nie tylko Wiktoria i Klaudia, ale też Ola, Gosia, Alicja, Zuzia, Chudy, Tym i Tom oraz oczywiście Majk. Z kluczowych osób brakowało jedynie Antka, ale domyśliła się, że ktoś przecież musiał zostać w firmie, zważywszy, że lokal na Zamkowej otwierał się o godzinie dwunastej.
Majka dostrzegła natychmiast, kiedy tylko weszła do kościoła, kątem oka zarejestrowała jego odwróconą plecami sylwetkę, zanim jeszcze jej pierwsze spojrzenie padło na centralnych aktorów uroczystości, czyli Lidię z chłopcami. W kościele było zimno, dlatego, podobnie jak wszyscy inni, na głowie miał czapkę, która kryła jego charakterystyczną fryzurę, jednak Izie ten znak rozpoznawczy nie był potrzebny. Rozpoznała jego postać w ułamku sekundy po samych liniach sylwetki, głównie ramion, siedział bowiem w jednej z pierwszych ławek niedaleko ołtarza, na lewo od wyeksponowanej na środku nawy trumny, w towarzystwie jakiegoś niższego, krępego mężczyzny, w którym dopiero po kilku minutach, kiedy przyjrzała mu się dokładniej, domyśliła się Kacpra.
I oto znów ogarnęło ją dziwne uczucie rozproszenia, jakie często miewała w kościołach i z którym tak ciężko jej się walczyło… Z jednej strony poczucie obowiązku, respekt dla okoliczności i świadomość, że powinna teraz w stu procentach skupić się na modlitwie za zmarłą, a z drugiej wrażenie, że jej dusza wyrywa się tam, dokąd ciągnie serce – do owej pierwszej ławki po lewej, która w tym momencie stanowiła centrum świata, absolutny punkt odniesienia w całej galaktyce.
Jakże się za nim stęskniła! Tak bardzo pragnęła znaleźć się tuż przy nim, spojrzeć mu w oczy, uchwycić jego uśmiech… wsunąć palce w jego włosy, wtulić się w jego ramiona… a miała wszak na to promesę! Kiedy wczoraj rozmawiali przez telefon, ustalając rozmaite szczegóły związane zarówno z dzisiejszą obecnością na pogrzebie, jak i z sobotnim Dniem Francuskim, Majk kilkakrotnie przypominał jej o kolejnej sesji podsumowania terapii, jaką obiecała mu przed wyjazdem do Korytkowa i na którą wstępnie umówili się na niedzielę. A zatem to było przed nią, już za kilka dni… To nie była mrzonka, niemożliwe do spełnienia marzenie oderwane od rzeczywistości, ale realna, bliska przyszłość, która ją czekała i o którą sama nawet nie musiała zabiegać, gdyż i on tego chciał.
„Tylko co z tego, Panie Boże?” – pomyślała, z trudem odrywając wzrok od postaci Majka i przenosząc go na ołtarz kaplicy. – „Co z tego, że pogłaskam go po włosach i przytulę się do niego, skoro i tak nie może być mój w tym sensie? On traktuje to tylko jak leczenie duszy, jak doładowanie przyjacielskiej energii, tankowanie benzyny na księżycowej stacji paliw… W ten sposób zaspokaja bazową potrzebę fizycznej bliskości z drugim człowiekiem, którą na ten moment może dostać tylko ode mnie, bo tylko ze mną ma ten neutralny układ z czasów terapii złamanych serc. I chociaż terapia to już przeszłość, bo oboje zdołaliśmy się wyleczyć, układ nadal został… on dalej mi ufa i ma pewność, że przy mnie może czuć się bezpiecznie, zakłada, że nie ma ryzyka, że się w nim zakocham i postawię go w jakiejś głupiej sytuacji. Gdyby wiedział, jak bardzo się myli, przynajmniej w tym pierwszym punkcie…”
Dźwięk organów i szum ludzi podnoszących się ze swoich miejsc wyrwał ją z tych smętnych myśli. Sama również odruchowo podniosła się, by odśpiewać Alleluja i wysłuchać ewangelię, która dziś zapewne w jakiś sposób będzie się odnosić do tematu śmierci.
„Skupienie!” – nakazała sobie surowo. – „Chociaż tyle jestem winna Lidii i jej mamie.”
Przymknęła oczy, by zmysł wzroku nie rozpraszał jej uwagi, i oparłszy się obiema dłońmi o ławkę, wsłuchała się w czytane słowa.
Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity… Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne…
„Nienawidzi” – powtórzyła w skupieniu, wspominając różne zasłyszane interpretacje tego fragmentu. – „Czyli nie przywiązuje zbytniej wagi, a przez to uwalnia się. Gdyby tylko tak się dało… dla mnie to chyba za trudne…”
Trwając tak z przymkniętymi powiekami, nie mogła dostrzec, że siedzący z przodu mężczyzna, kiedy wraz z resztą zebranych podnosił się z ławki, skorzystał z chwili ogólnego poruszenia, by zerknąć za siebie i ogarnąć kontrolnym rzutem oka tył kaplicy. Nie mogła też wiedzieć, że i on ledwo skupiał się na uroczystości, zdominowany męczącym, pełnym napięcia oczekiwaniem, które z chwilą, gdy msza się zaczęła, a jej nadal nie było, coraz bardziej przeradzało się w niepokój. On również w głębi serca czuł wyrzuty sumienia, że uczestnicząc w pogrzebie matki Lidii, powinien całą swą uwagę poświęcić temu, co się tutaj działo, i wykrzesać z siebie przynajmniej coś na kształt modlitwy za duszę zmarłej, tymczasem pomimo brawurowej walki z własną wolą udawało mu się to tylko chwilami. Tęsknota przepełniająca jego duszę była już tak silna, a rozczarowanie tak dręczące, że nie potrafił opanować wynikającego z nich stanu rozproszenia, poczucia, że dookolny świat pogrążył się w stanie chaosu i nieokreśloności, które będą trwać, dopóki ona tu nie przyjdzie i nie naprawi tego mocą swojej obecności.
Tak długo już na nią czekał! Ktoś, kto nigdy nie zaznał tego stanu ducha, nie jest w stanie zrozumieć, ile w rzeczywistości trwa każdy dzień rozstania i że to nie są tylko dwadzieścia cztery godziny, lecz każda z nich wydaje się wiekiem. A on miał wszak za sobą już dziesięć takich dwudziestoczterowiekowych dób! Dlaczego zatem musiał znosić kolejne minuty, skoro Iza obiecała wczoraj, że będzie na tym pogrzebie? Dlaczego nie przyjechała? Czy tylko się spóźni, czy może ma jakieś poważniejsze komplikacje? A może stało się coś złego? Niewykluczone, że napisała w tej sprawie jakiegoś smsa, ale on nie mógł teraz tego sprawdzić, telefon miał wyciszony i schowany do kieszeni, nie wypadało przecież go wyciągać. W ogóle nie wypadało myśleć o czymkolwiek innym niż o sednie tej uroczystości, o zmarłej, o Lidii i jej rodzinie, o słowach płynących od ołtarza…
Tak, tylko gdzie była Iza? Gdyby to wiedział, gdyby tylko miał pewność, że wszystko z nią w porządku, mógłby skupić się na czymkolwiek innym, ale dopóki tej pewności mieć nie będzie, nie zdoła dłużej niż na kilka sekund oderwać się od myśli o niej. A może już tu była, może dotarła spóźniona? Jednak głupio zrobił, że usiadł z Kacprem na samym przedzie, przez to nie wypadało co chwila się odwracać, by obserwować, czy ktoś jeszcze nie wchodzi do kaplicy. Niby samo tak wyszło, do środka wchodził, towarzysząc Lidii, z którą wcześniej rozmawiał przed kościołem, dlatego wraz z Kacprem zajął ławkę z przodu, niedaleko niej, jednak teraz z całego serca żałował, że nie pomyślał z góry o jakimś bardziej strategicznym miejscu. Jakże go kusiło, żeby zerknąć w tył! Lecz póki wszyscy siedzieli i słuchali w skupieniu, nie mógł się wygłupiać, musiał poczekać na jakąś dogodną okazję. Ta nadarzyła się wreszcie tuż przed ewangelią, kiedy skończyło się drugie czytanie i dźwięk organów poderwał zebranych do pozycji stojącej. Podnosząc się z miejsca, odwrócił się na chwilę i szybkim spojrzeniem omiótł przestrzeń tylnej części kaplicy.
Uff… była! Od razu dostrzegł w ostatniej ławce jej zgrabną postać w brązowym płaszczyku z wielbłądziej wełny, z pomarańczową plamą jej ulubionego szalika na szyi, i na ten widok ogromny, stutonowy kamień z hukiem stoczył mu się z serca. Była. Stała tam, z tyłu, cichutka i dyskretna, niezauważona przez innych, a mimo to w kaplicy od samej jej obecności natychmiast zrobiło się inaczej – jakby jaśniej i cieplej, spokojniej. On co prawda zerknął na nią tylko przelotnie, przez ułamek sekundy, ale teraz, stojąc już przepisowo przodem do ołtarza, wciąż miał przez oczami jej obraz, zakodowany w mózgu jak na stopklatce, niezmywalny do czasu, aż znów będzie mógł na nią spojrzeć i nadpisać go innym obrazem.
Chyba go nie zauważyła, gdyż podnosząc się z ławki, w ogóle nie spojrzała w jego stronę, a teraz też raczej nie szukała go w tłumie, zwłaszcza że stał daleko od niej, po przeciwnej stronie kaplicy. Zapewne myślała wyłącznie o Lidii i o jej zmarłej matce, skupiając się na tym, na czym on sam nie potrafił się skupić, czyli na trwającej liturgii, na którą dotarła zgodnie z obietnicą, choć odrobinę się spóźniła. Nieważne. Liczyło się tylko to, że była, a on dzięki temu wreszcie mógł powrócić do rzeczywistości, do tych smutnych realiów pogrzebu i do słów płynących z ust księdza, które dopiero teraz, kiedy rozpoczęło się kazanie, zaczynały w zrozumiały sposób docierać do jego umysłu.
Iza również zdołała już nieco opanować pierwotne rozproszenie uwagi, siłą woli kierując myśli w stronę Lidii, na której postaci celowo skupiała teraz wzrok, starając się, by nie ześlizgiwał się niechcący tam, w lewo, na sylwetkę mężczyzny z pierwszej ławki. W tym celu, jednocześnie próbując słuchać słów kazania, analizowała z daleka szczegóły trumny, jej kształt, leżące na niej kwiaty, a także ubrane w jednakowe czarne kurteczki postacie Jasia i Piotrusia grzecznie siedzących po obu bokach matki. Lidia również ubrana była na czarno, w długi płaszcz i czapkę, spod której wymykały się kosmyki płomiennie rudych włosów, odznaczając się jaśniejszą plamą na ciemnym tle tkaniny.
Kiedy zebrani uklękli, a potem znów podnieśli się do pozycji stojącej, Iza, która dotąd była przekonana, iż znajduje się najbardziej z tyłu za wszystkimi, kątem oka dostrzegła pod przeciwległą ścianą nieokreślony ruch i dopiero wtedy zauważyła, że przez cały czas stał tam jakiś człowiek. Dyskretne spojrzenie rzucone ukradkiem w jego stronę pozwoliło jej ocenić tylko pobieżnie, że był to mężczyzna ubrany w długi, staromodny płaszcz w kolorze brunatnym i w czarną czapkę; dopiero kiedy kilka minut później przyjrzała mu się nieco dłużej i uważniej, rozpoznała znajome rysy twarzy.
„Teofil!” – zdziwiła się. – „A to skubany! Skąd wiedział o pogrzebie? Może był u nas w firmie i któraś z dziewczyn powiedziała mu o tym… ale czy podała mu też datę i godzinę? I co powie na to Lidzia? Mam nadzieję, że to jej dodatkowo nie zdenerwuje, że nie uzna go za stalkera… A może on właśnie dlatego tak się skrył pod ścianą?”
Jednak, mimo zdziwienia i niepokoju o reakcję Lidii, obecność jej cichego adoratora, do którego od początku czuła instynktowną sympatię, zrobiła na niej pozytywne wrażenie, zwłaszcza że w całej jego postawie i zachowaniu widać było głęboki szacunek do miejsca i okoliczności.
„Jemu nadal na niej zależy” – pomyślała, nie mogąc powstrzymać uśmiechu na widok jego nieco dziwacznego stroju, który zawsze wywoływał żarty w gronie koleżanek. – „A ta jego dyskretna wytrwałość coraz bardziej przypomina mi naszego Robcia z czasów, kiedy Mela jeszcze go nie zauważała. Nawet ten kontekst… pogrzeb… to było przecież dokładnie pięć lat temu!”
Przed oczy natychmiast wróciły jej obrazy z pogrzebu matki na korytkowskim cmentarzu, przeszywającego chłodu, szarego, pochmurnego nieba i spowijającej wszystko zimowej mgły. Co prawda, choć to również był luty, nie było wówczas śniegu, ale temperatura oscylowała w okolicach zera, przez co wszystkim zebranym z ust leciała para, czyniąc przygnębiającą atmosferę jeszcze bardziej „nie z tego świata”. Dobrze zapamiętała tamtą scenę – zbliżającą się sylwetkę Roberta, wówczas jeszcze szczuplutkiego, niepozornego chłopaka, który dopiero w trakcie kolejnych dwóch lat nabrał mięśni i poważniejszego męskiego wyglądu, a który tamtego dnia podszedł nieśmiało do Amelii, by zapewnić ją o swym bezwarunkowym wsparciu. Pamiętała wyraz jego oczu, w głębi których współczucie i strach o jej reakcję mieszały się z tak absolutnym uwielbieniem, że nawet ona, Iza, choć ogłuszona paraliżującym bólem, nie mogła tego nie zauważyć.
Ów obraz wyrył się mocno w jej sercu i pozostał w nim jako symbol, który czasami przywoływała mimowolnie, kiedy patrzyła z boku na siostrę i szwagra otoczonych niewidzialną lecz promieniującą na całe otoczenie aurą cichego, małżeńskiego szczęścia. Był to dla niej przepiękny symbol zwycięstwa mężczyzny, który przez lata cierpliwie i wiernie czekał, walcząc o serce ukochanej nie pustymi gestami lecz pełną szacunku, wspierającą obecnością – aż w końcu osiągnął swoje wymarzone szczęście.
„Fakt, że nie zawsze tak jest” – pomyślała z melancholią, jeszcze raz dyskretnie zerkając na stojącego w kącie pod ścianą mężczyznę w staromodnym płaszczu. – „Niektórzy czekają i nigdy się nie doczekują, walczą i przegrywają, wiadomo… ale czy to znaczy, że nie warto walczyć? Teoś rozpoznał w Lidii muzę, którą kiedyś spotkał na ulicy i o której marzył od lat, a ja jestem prawie gotowa założyć się, że to naprawdę była ona, w takich sprawach serce się nie myli. On też, jak nasz Robcio, jest maratończykiem… i to w dodatku maratończykiem niewidzialnym” – uśmiechnęła się smutno na wspomnienie filozoficznych rozmów z Majkiem. – „Jak tak dobrze się przyjrzeć, to na świecie jest ich sporo, może nawet więcej, niż sobie wyobrażamy?”
Jej spojrzenie znów pobiegło do przodu, przelotnie tylko prześlizgując się po sylwetce Lidii i kierując się tam, dokąd kierowała je księżycowa dusza.
„Niewidzialni maratończycy” – pomyślała, pieszcząc wzrokiem kontury męskiej postaci z pierwszego rzędu ławek. – „Ja też jako kobieta jestem dla ciebie niewidzialna, a maraton w walce o twoje serce mogłabym biec przez wiele lat, o głodzie i chłodzie, do upadłego… Tylko czy mam o co walczyć?”
***
– Uwaga, jest! – szepnęła konspiracyjnie Klaudia, ruchem głowy wskazując na wychodzącą z kościoła Izę. – No to teraz czekamy na niego… i patrzcie!
Stojące przy niej nieco na uboczu Wiktoria, Ola i Gosia, które po zakończeniu mszy pogrzebowej wyszły z kaplicy jako jedne z pierwszych i czekały na wyprowadzenie trumny, szybko przeniosły wzrok we wskazaną stronę. W istocie, z kościoła w tłumku kilku osób wyszła teraz Iza, zakładając na głowę pomarańczową, widoczną z daleka czapkę, zaś po chwili w drzwiach pojawił się również szef, którego ona ze swojej perspektywy jeszcze nie widziała, i rozejrzał się, wyraźnie kogoś szukając.
– O co się założycie, że zaraz ją dopadnie? – ciągnęła z rozbawieniem Klaudia. – I że do końca pogrzebu nie odstąpi jej na krok?
Dokładnie w tym samym momencie Majk dostrzegł pomiędzy sylwetkami innych ludzi brązowy płaszcz Izy i zwinnie wyprzedzając innych, ruszył w jej stronę. Jednak kiedy znalazł się tuż przy niej, nagle zatrzymał się i jakby zawahał, stanąwszy tuż za jej plecami, ona zaś nadal go nie widziała, zajęta teraz zakładaniem rękawiczek. Mężczyzna ostrożnie wyciągnął rękę, by ją zaczepić, a w geście tym było tyle dziwnej, nietypowej dla niego nieśmiałości, że wszystkie cztery obserwatorki, zwłaszcza Ola, Wiktoria i Gosia, zastygły w napięciu, z zaintrygowania wstrzymując oddech.
Ponieważ akurat rozpoczęto wyprowadzanie trumny i ktoś w tym celu szerzej otwierał drzwi kaplicy, przed wejściem powstało zamieszanie i hałas, na który Iza odruchowo odwróciła się, stając znienacka z Majkiem twarzą w twarz. Z daleka widać było, że ucieszyła się na jego widok, on zaś w pierwszej chwili zrobił gest, jakby chciał porwać ją w ramiona, jednak powstrzymał się i wyprostowawszy się, wskazał jej ręką Lidię wychodzącą właśnie z kościoła za trumną matki. Chwilę potem podszedł do nich Kacper i bez żenady przytulił Izę na powitanie, po czym wszyscy troje stanęli obok siebie, przyglądając się załadunkowi trumny do czekającego przed kaplicą karawanu.
– Niby nic – odezwała się Wiktoria, nie spuszczając z nich uważnego wzroku. – Ale zaczynam się do tego coraz bardziej przekonywać, wiesz?
– Ja trochę też – przyznała Gosia. – Przed mszą, jak czekaliśmy pod kościołem, szef nie mógł ustać w jednym miejscu, łaził w tę i z powrotem i oglądał się co chwila, czy ktoś jeszcze nie dochodzi przez bramę. Więc chyba faktycznie czekał na Izę, skoro teraz poleciał do niej jak niedźwiedź do miodu.
Wszystkie cztery parsknęły śmiechem, zasłaniając twarze dłońmi, by z daleka nie było widać ich nieadekwatnych do okoliczności min. Tymczasem trumna została umieszczona w karawanie i pojazd ruszył powoli aleją, pociągając za sobą spory, około trzydziestoosobowy tłumek zebranych. Cztery koleżanki wyprostowały się w gotowości, by dołączyć do orszaku, kiedy ten się do nich zbliży.
– Ej, dziewczyny, patrzcie! – zawołała nagle zaskoczonym półgłosem Ola. – Widzicie tego gościa w tym długim ciemnym płaszczu? Czy to nie jest przypadkiem Teofil?
– Ach! – zdumiały się pozostałe, natychmiast zapominając o Izie i Majku. – Ty, faktycznie! To przecież on!
Odkrycie to skierowało całą ich uwagę na postać Teofila, który, wmieszany w tłum, trzymał się skromnie z tyłu, jednak nie zachowywał się w sposób świadczący o tym, iż chce ukryć swoją obecność przed Lidią, albo że obawia się jej reakcji.
– Ale ten płaszcz to ma niebanalny, co? – zauważyła z rozbawieniem Gosia. – Wygląda jak szpieg z krainy deszczowców!
Znów wszystkie cztery parsknęły śmiechem, jednak tylko krótko i dyskretnie, orszak bowiem zbliżał się już do nich i należało dołączyć do idących, zachowując stosowną powagę. Wiktoria mrugnęła do koleżanek, wskazując oczami na Teofila, te zaś, odczytując w lot jej intencję, przepuściły innych żałobników i ustawiły się w pochodzie tuż za nim.
Tymczasem Iza, przywitawszy się przed kaplicą z Lidią, szła teraz za nią i jej dwoma synkami, mając po jednej swojej stronie Majka, a po drugiej Kacpra. Siłą woli starała się opanować i mentalnie odłożyć na później radość płynącą z ukochanej obecności, skupiając uwagę, na ile tylko mogła, na pogrzebie i postaci Lidii. Jako że nie znała zmarłej osobiście, emocje związane z jej śmiercią odczuwała jedynie przez pryzmat współczucia dla koleżanki i jej dzieci, nie tylko ze względu na stratę, jaką poniosła rodzina, ale również z uwagi na ciężką sytuację życiową, w jakiej stawiała ją ta śmierć. Szczególne wrażenie robił na niej fakt, że Lidia nie płakała, podobnie jak jej chłopcy, którzy szli grzecznie u boku matki i wyglądali bardziej na zdezorientowanych niż na smutnych. A może po prostu taki był ich sposób przeżywania tej trudnej sytuacji?
„Nie każdy jest takim ekstrawertykiem w okazywaniu emocji jak ten tutaj” – pomyślała, zerkając spod oka na idącego po jej prawej stronie Kacpra. – „Chociaż Majk ma rację, że on dzisiaj i tak jest wyjątkowo spokojny.”
W istocie, Kacper, którego obejmowała dziś współczuciem na równi z Lidią, wyglądał co najmniej tak mizernie jak w czasach z początku więzienia, kiedy schudł, zbladł i popadł w taki marazm, że oboje z panem Stanisławem szczerze martwili się o niego. Dziś, choć od zakończonej katastrofą rozmowy z Kasieńką minął zaledwie tydzień, zmiana, jaka zaszła w jego wyglądzie, była radykalna – przeniknięty na wskroś swoim nieszczęściem młody mężczyzna ewidentnie zgubił kilka kilogramów, jego pokryta kilkudniowym zarostem twarz zmieniła cerę ze zdrowej na szaro-ziemistą, a podkrążone, zaczerwienione oczy wyrażały jedynie bezdenny smutek i pustkę. Twarz wprawdzie miał spokojną, ale ów spokój, w jego przypadku rażąco nienaturalny, wyglądał nie tyle na pogodzenie się z sytuacją, co raczej na otępienie spowodowane zbyt silną, trudną do zniesienia traumą.
„Biedak” – pomyślała ze współczuciem Iza. – „Strasznie go poturbowało, rzeczywiście wygląda jak po zderzeniu z tramwajem, zresztą niewykluczone, że dzisiaj jest na jakichś lekach. Lidzia być może też i dlatego nie płacze… ech! Życie jest jednak ciężkie…”
Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne – wróciły do niej wersety usłyszane pół godziny temu w cmentarnej kaplicy.
„Życie wieczne” – odtworzyła w myśli dwa ostatnie słowa, które dziś, jak rzadko kiedy, a może nawet jak nigdy wcześniej, uderzyły ją swoją głębią. – „Kto wie, może ta perspektywa to faktycznie jakiś ratunek dla psychiki? Taki plasterek na ranę życia tutaj, na tę beznadzieję, na te wszystkie cierpienia, pomyłki, stracone nadzieje, złudzenia…”
Przed oczami mignęły jej oczy bladego księżyca, który patrzył na nią w noworoczną noc, a potem nagrobne zdjęcie ojca, którego twarz na chwilę przybrała rysy księdza Tomasza. Tak, tu było lekarstwo, teraz wiedziała to już na pewno i w ciągu najbliższych dziesięciu dni, nim wyjedzie na miesiąc do Belgii, powinna się tym zająć.
„Ksiądz mówił, że jest u nas na zastępstwie tylko przez trzy miesiące” – zmieniła płynnie wątek myśli. – „Czyli do końca lutego, więc to już naprawdę ostatni dzwonek, żeby złapać go i poprosić o rozmowę. Jak wróci tam, skąd przyjechał na zastępstwo, mogę całkiem stracić po nim ślad, a czuję, że to musi być on. Tak, on” – potwierdziła stanowczo, znów wyświetlając sobie w pamięci scenę z korytkowskiego cmentarza. – „To do niego muszę się zwrócić o duchową poradę i wiem, że się nie zawiodę. Obiecałeś mi to, tato. Obiecałeś, że on powie mi, co powinnam dalej robić, jak sobie z tym wszystkim poradzić… podszepnie mi jakąś receptę… pomoże…”
Orszak żałobny z okutanym w wielki, czarny szal księdzem na czele posuwał się smętnie alejkami olbrzymiego cmentarza za jadącym powoli karawanem. Nikt nic nie mówił, tak jakby nikt nie miał odwagi odezwać się i przerwać tej nomen omen grobowej ciszy, zakłócanej jedynie cichym szuraniem butów na zaśnieżonym asfalcie. I może zresztą dobrze, że wszyscy milczeli? To pozwalało Izie nie tylko spokojnie odpłynąć we własne myśli, ale również delektować się obecnością tego, który szedł u jej lewego boku.
Był obok – nareszcie! Patrząc w ziemię pod nogami, kątem oka widziała jego czarne zimowe buty i fragment nogawki czarnych sztruksów, które dobrze znała, zakładał je bowiem nieraz na ważne okazje, kiedy trzeba było ubrać się bardziej elegancko niż na co dzień. Oboje szli równym krokiem, w tym samym, powolnym rytmie, bez potrzeby wymieniania słów. Metafizyczne ciepło jego obecności działało nawet, kiedy na niego nie patrzyła, jakby jej dusza szła za Lidią i jej synami złączona w jedno z jego duszą… jakby trzymali się za ręce, choć przecież wcale się nie dotykali… jakby byli tu razem, tylko we dwoje, jak kiedyś na końcu świata…
Majk również szedł jak w transie, w duchu czując ulgę, że w tych smutnych pogrzebowych okolicznościach nie musi nic mówić ani udawać pajaca, lecz może po prostu milczeć, krocząc w żałobnym pochodzie ramię w ramię z nią. Wróciła! To było najważniejsze. Wróciła wreszcie z tego swojego Korytkowa i maszerowała obok niego w swym uroczym brązowym płaszczyku i pomarańczowej czapeczce, taka drobna, zwiewna, zgrabna… taka prześliczna! Kiedy wyszedł za nią z kościoła, przez kilka chwil, tuż przed tym, zanim go zauważyła, poczuł się tak dziwnie… jak uczniak, jak smarkacz, który pierwszy raz podchodzi do dziewczyny, bojąc się jej reakcji… jakby cofnął się o dwadzieścia lat do stanu nastoletniego idealizmu, który tylko ona jedna umiała wskrzesić w nim od czasu do czasu na króciutkie ułamki sekundy.
Maleńka, najdroższa, jedyna… Gdyby wiedział, że pewnego dnia ją spotka, od wielu lat inaczej patrzyłby na życie i na wszystkie swoje klęski. I gdyby dziś mógł dostać promesę tego, że nie czeka na nią na darmo… Czy to możliwe, żeby i tu, w najważniejszym maratońskim biegu, miała spotkać go porażka? Bał się tego panicznie, zwłaszcza gdy Iza była daleko, jak przez ostatnie dziesięć dni, i nawet nie chciał sobie wyobrażać, co będzie musiał przeżyć, kiedy ona pojedzie na miesiąc do Belgii. Ten jej zagraniczny staż wypadał w takim złym momencie! Akurat wtedy, kiedy było mu najciężej, kiedy szarpało nim tyle wątpliwości, kiedy tak rozpaczliwie potrzebował jej obecności, jej bliskości, jej uśmiechu… jej dotyku. O tak. Dotyku. Tego zdecydowanie potrzebował najbardziej.
Wróciła, a on nawet nie mógł jej przytulić. Niby nic takiego, nadarzy się do tego jeszcze niejedna okazja, wręcz lepiej, że będzie mógł się o to upomnieć w bardziej sprzyjających warunkach, kiedy znajdą się sam na sam. A jednak wolałby, żeby ta okazja trafiła się jak najszybciej… Pragnął znów poczuć to, co zawsze uspokajało go w trudnych chwilach zwątpienia, kiedy Iza pozwalała mu przytulić się bez oporu i z pełną ufnością – owo na wpół metafizyczne, nie zawsze możliwe do wytłumaczenia, intuicyjne wrażenie, że jest dobrze, że nic nie jest jeszcze stracone, że nadal ma szanse, choć musi cierpliwie poczekać na moment przełomu… Lecz co, jeśli ten przełom nie przyjdzie, a nieudolna próba jego dokonania zakończy się katastrofą?
Tęsknota dręcząca go przez te wszystkie dni rozstania tym razem była o tyle cięższa, że łączyła się z nawrotem tego, czego w całym swym pacie najbardziej nienawidził – z nawrotem niekontrolowanej zazdrości. Od pamiętnej rozmowy pod koniec października, kiedy po pierwszym Dniu Francuskim Iza jasno powiedziała mu, że z Miśkiem koniec, ufał, że najgorszy etap ma za sobą, że pole walki jest czyste i że przynajmniej tego wroga nie musi się już obawiać. Jednak dziś wcale nie był tego taki pewien.
Myśl, która uderzyła go w rozmowie telefonicznej, kiedy Iza tak źle zareagowała na jego słowa o radykalizacji i potrzebie obudzenia się do bycia kobietą, była straszna… na tyle straszna, że nie mógł jej zignorować. Co więcej, będzie musiał ją z nią przedyskutować, oczywiście nie wprost, a tylko w tonie zatroskanego przyjaciela, którego rola, choć z jednej strony otwierała przed nim rajskie ogrody, z drugiej uwierała mu coraz bardziej. Miał już dość bycia tym żałosnym tchórzem i złodziejem okruszków szczęścia, które Iza dawała mu w duchu przyjacielskiego zaufania, nie mając pojęcia, co dzieje się w jego sercu, duszy i ciele. Co za cholerne przekleństwo! Jakże chętnie zerwałby maskę klauna i poszedł na czołówkę, uwolnił się wreszcie od tej pieprzonej hipokryzji! Ale czy mógł się na to odważyć? Odpowiedź wciąż była jednoznaczna i wciąż brzmiała: nie. Sam dla siebie zrobiłby to już dawno – lecz czy miał prawo zrobić to jej? Nie. Z jakiejkolwiek strony by na to nie spojrzeć, to dobre, ufne stworzonko, które szczerze wierzyło w czystość jego przyjaźni, nie zasługiwało na taki cios.
Po długim kluczeniu między alejkami milczący orszak dotarł wreszcie w wyznaczone miejsce. Kiedy ksiądz odmówił zwyczajowe modlitwy i wycofał się, a grabarze zajęli się spuszczeniem trumny do grobu i zabezpieczeniem go, zebrani żałobnicy ustawili się w kolejce do złożenia kondolencji Lidii. Iza, która zrobiła to jako jedna z pierwszych, odeszła teraz nieco na bok, by pomodlić się raz jeszcze za duszę zmarłej, zaś Majk i Kacper odruchowo poszli za nią i znów przystanęli po obu jej bokach. Nie umknęło to uwadze czekających na końcu kolejki Klaudii, Oli, Gosi i Wiktorii, które jednak nie skomentowały tego, a jedynie wymieniły znaczące, rozbawione spojrzenia. Zresztą ich czujny wzrok znów szybko przeniósł się na postać Teofila, którego obecność na pogrzebie była dziś dla nich zdecydowanie ciekawsza niż obserwowanie Izy i szefa – tych wszak widywały na co dzień.
Iza, skończywszy modlitwę, również spojrzała w stronę zbiorowiska dokładnie w momencie, kiedy Teofil podszedł do Lidii z kondolencjami. Ku zdziwieniu zarówno jej, jak i pozostałych koleżanek Lidia zareagowała na niego zupełnie normalnie, bez żadnego zaskoczenia, jak na każdą inną osobę i przyjęła kondolencje z takim samym smutnym spokojem na twarzy. Teofil ukłonił jej się z szacunkiem, po czym, ustąpiwszy miejsca stojącej za nim Wiktorii, pochylił się na chwilę nad Jasiem i Piotrusiem, coś do nich mówiąc i ściskając ich małe rączki, a następnie wycofał się dyskretnie i nie oglądając się na nikogo, odszedł w stronę wyjścia z cmentarza.
„Dziwny facet” – pomyślała Iza, śledząc wzrokiem jego oddalającą się sylwetkę w staromodnym płaszczu. – „Taki dżentelmen z dziewiętnastego wieku żywcem przeniesiony w nasze czasy. Te jego stroje to faktycznie odlot, dziewczyny, jak widać po minach, mają z tego niezłą bekę…” – zerknęła na Olę i Gosię, które również patrzyły za Teofilem, z trudem hamując uśmiechy. – „Ale z czego tu się śmiać? Ten styl bardzo mu pasuje, a poza tym jest w nim coś bardzo sympatycznego i każda z nas to przyznaje. Lidzia chyba też. Zresztą może sama poinformowała go o tym pogrzebie? To niewykluczone, skoro na jego widok wcale się nie wkurzyła, a wydaje mi się, że nawet wręcz przeciwnie.”
Znów przed oczami przepłynęła jej scena z pogrzebu matki i postać Roberta podchodzącego w identycznych „kondolencyjnych” okolicznościach do Amelii. Choć Teofil nie był do niego fizycznie podobny, jej księżycowa dusza bez trudu wyłapywała nić silnego podobieństwa w innej sferze, tej mnie widocznej, choć wcale nieukrytej – w drobnych gestach i pełnej szacunku postawie, które świadczyły o szczerym, nieudawanym współczuciu.
Jednak, nim sylwetka Teofila zniknęła w świetle alei, uwagę Izy z konieczności zajęło coś zupełnie innego. Stojący dotąd grzecznie obok matki synkowie Lidii zamienili bowiem między sobą kilka słów i nagle, prześlizgnąwszy się zwinnie między dorosłymi, podbiegli prosto do niej, zaskakując tym nie tylko ją samą, ale również towarzyszących jej Majka i Kacpra.
– Ciociu, dobrze, że jesteś! – powiedział Jasio, dopadając do niej i chwytając ją za rękę. – Chodź na chwilę, musimy ci coś powiedzieć! Ale tylko tobie!
– Tylko tobie! – podkreślił Piotruś, łapiąc ją za drugą rękę.
Zdziwiona Iza, dając im się pociągnąć, spojrzała odruchowo na Majka, który uśmiechnął się z rozbawieniem.
– Idź, dobra wróżko – zachęcił ją, spoglądając z sympatią na chłopców. – Robota czeka.
Obaj malcy zatrzymali się jak na komendę, przestając ją ciągnąć, choć nie puszczając jej rąk, i zapatrzyli się szeroko otwartymi oczami na Majka.
– Ciocia Iza jest dobrą wróżką? – zapytał Jasio z miną człowieka, który sam od dawna doskonale o tym wiedział, ale teraz cieszy się z obiektywnego potwierdzenia tego faktu. – Taką prawdziwą?
– Najprawdziwszą – zapewnił go z powagą Majk. – Ja osobiście prawdziwszej jeszcze nigdy nie spotkałem.
– Ja też – przyznał Kacper.
Chłopcy przenieśli na niego zaintrygowany wzrok, potem znów spojrzeli na Majka, który przybrał teatralnie poważną, przekonaną minę, a następnie popatrzyli do góry z respektem na Izę. Ta pokręciła głową z dezaprobatą i teraz to ona, pociągnąwszy ich za ręce, odprowadziła na bok, w głąb alejki.
– Ja wiedziałem, ze ona jest wlózką – oznajmił bratu konspiracyjnym szeptem Piotruś, wychylając się do niego za jej plecami. – Od pocątku ci mówiłem, pamiętas?
– Nie chwal się, ja też to wiedziałem – odparował mu podobnym szeptem Jasio. – Nie jestem taki głupi!
Iza uśmiechnęła się tylko, udając, że nie słyszy.
– No już, tutaj wystarczy – powiedziała, przystając z nimi kilkanaście metrów dalej, przy skręcie w kolejną boczną alejkę. – Co chcieliście mi powiedzieć w tajemnicy?
Obaj chłopcy jak na komendę puścili jej ręce i stanęli obok siebie, wymieniając niepewne spojrzenia, jakby chcieli się naradzić, który z nich ma mówić.
– Bo pamiętasz, ciociu – zaczął Jasio, z racji starszeństwa biorąc na siebie ów niezręczny obowiązek. – Mówiłaś, że kiedy ktoś umrze, to nie znika, tylko dalej gdzieś jest. I że opiekuje się żywymi ludźmi. Mówiłaś, że twoja mama i twój tata dalej się tobą opiekują, a ty to wiesz, bo czujesz to… Pamiętasz?
– Pamiętam – skinęła głową z uśmiechem. – Oczywiście, że pamiętam, tak mówiłam i jestem pewna, że tak właśnie jest.
– Jak jesteś doblą wlózką, to najlepiej się znas – dodał z przejęciem Piotruś.
– No – przyznał Jasio. – My z Piotrkiem od razu wiedzieliśmy, że musimy to powiedzieć tobie, nikt inny by nam nie uwierzył. Tylko że ty już dawno u nas nie byłaś.
– Nie byłam, bo pojechałam odwiedzić siostrę i długo nie było mnie w Lublinie – wyjaśniła tonem usprawiedliwienia Iza. – Ale myślałam o was, zwłaszcza jak dowiedziałam się, że wasza babcia umarła.
– Bo właśnie my chcemy ci powiedzieć o babci – zniżył konspiracyjnie głos do szeptu Jasio i obaj z Piotrusiem obejrzeli się, zerkając w stronę świeżo zakrytego grobu otoczonego tłumem żałobników. – Jak ona umarła, to myśmy ją widzieli.
Iza otworzyła szerzej oczy, szczerze zaintrygowana.
– Widzieliście? – również zniżyła głos. – Kiedy i gdzie?
– W nocy – wyjaśnił z przejęciem Jasio. – Wtedy, co umarła w szpitalu, tylko my o tym jeszcze nie wiedzieliśmy. Chyba nam się śniła, ale ja myślałem, że naprawdę jest koło nas. Przy naszym łóżku.
– Nie śniła nam się – zaprotestował stanowczo Piotruś. – Przecies lazem ją widzieliśmy!
– No właśnie – przyznał Jasio. – Ja ją widziałem i Piotrek też, ale byliśmy zaspani i każdy myślał, że to mu się tylko śniło. Dopiero rano, jak wstaliśmy i mama powiedziała nam, że babcia umarła, to sobie to przypomnieliśmy.
– I mama się na nas wkuzyła – zaznaczył z powagą Piotruś. – As się popłakała.
– Dlaczego? – zdziwiła się Iza.
– Bo kłóciliśmy się, kto ją widział, ja czy Piotrek – wyjaśnił rzeczowo Jasio. – Każdy krzyczał, że „to ja, to ja! kłamiesz! ty kłamiesz!” Aż w końcu się pobiliśmy, a ja się przewróciłem i o… tu nabiłem sobie guza – odchylił czapkę, pokazując na dowód fioletowe znamię na czole, tuż przy linii włosów. – Mama tak się na to zdenerwowała, że nakrzyczała na nas i aż się rozpłakała, że robimy sobie żarty z poważnych rzeczy, a do tego jeszcze się bijemy. I kazała nam natychmiast przestać.
– I co? Przestaliście?
– Mhm – pokiwał głową Piotruś. – Zeby jus się nie wkuzała. I zeby nie płakała.
– No – potwierdził Jasio. – Przestaliśmy i potem już jej o tym nie mówiliśmy, ale sami dalej po cichu kłóciliśmy się, kto widział babcię. Aż w końcu się dogadaliśmy, że nikt nie kłamał i każdy ją widział, jak stała nad naszym łóżkiem i patrzyła na nas.
– I nie miała okulalów – doprecyzował Piotruś, patrząc znacząco na brata.
– Aha, nie miała – przyznał Jasio. – Miała też inne włosy, takie dłuższe, i wyglądała, jakby była młoda, ale ja od razu wiedziałem, że to babcia.
– Ja tes! To była nasa młoda babcia!
Iza pokiwała głową z łagodnym uśmiechem.
– Wierzysz nam, prawda, ciociu? – upewnił się Jasio, przyglądając się jej uważnie. – Czy ty też myślisz, że zmyślamy?
– Oczywiście, że wam wierzę – zapewniła go z powagą. – Skoro widzieliście babcię, w dodatku obaj tak samo, jako dużo młodszą i bez okularów, to ja nie mam wątpliwości, że ona tam była. Mówiła wam coś?
– Nie – obaj chłopcy stanowczo pokręcili główkami.
– Tylko się patsyła – doprecyzował Piotruś. – I uśmiechała się do nas.
– Pewnie przyszła się z wami pożegnać – poddała Iza. – Tak bardzo was kochała, że kiedy szła do nieba, zaszła jeszcze na chwilkę do domu, żeby was zobaczyć.
Buzie obu braciszków rozjaśniły się, obaj wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
„Nie wiem, może gadam im jakieś herezje” – pomyślała Iza. – „Ale to przecież nic złego, a ja wiem, że oni nie kłamią, dzieci często widzą dużo więcej niż dorośli…”
– Sła do nieba ze spitala? – upewnił się Piotruś.
– Bo babcia umarła w szpitalu – dodał wyjaśniająco Jasio. – A ten szpital jest niedaleko od nas, to przynajmniej nie musiała długo iść… To znaczy, że widzieliśmy ducha?
Obaj spojrzeli po sobie z podszytym zgrozą zafascynowaniem.
– Tak myślę – odparła Iza, nadając swemu głosowi jak najswobodniejszy, naturalny ton. – Duchy nie przejmują się odległościami, jestem pewna, że babcia przyszłaby do was nawet, gdyby ten szpital był bardzo daleko.
– Pewnie jak tylko umarła, to za chwilę już była u nas – domyślił się Jasio.
– Psyflunęła tak sybko jak lakieta? – Piotruś popatrzył na niego z zaintrygowaniem.
– Nawet szybciej, prawda, ciociu? – podchwycił brat. – Czy tak samo?
Obaj patrzyli teraz na Izę w napięciu, jak na wyrocznię.
– Hmm – odparła, udając, że się zastanawia. – Myślę, że szybciej. Nawet szybciej od światła.
– Od światła? – zdziwili się chłopcy. – To światło lata?
– Aha – uśmiechnęła się. – Zapytaj, Jasiu, panią w szkole o prędkość światła, zobaczysz, co ci odpowie. Światło leci najszybciej na świecie, o wiele szybciej niż rakieta.
Oczy maluchów rozszerzyły się z zadziwienia i zaintrygowania.
– Łaaał! – szepnęli obaj.
– A wasza babcia przyszła do was szybciej niż światło, bo bardzo was kocha – ciągnęła. – I jestem pewna, że chciała wam przez to powiedzieć, że chociaż teraz już nie będziecie jej widzieć, ona wcale was nie opuszcza i dalej będzie się wami opiekować.
– Z nieba? – szepnął Piotruś.
– Mhm – pokiwała głową twierdząco.
Chłopcy wymienili porozumiewawcze, usatysfakcjonowane spojrzenia.
– Ha, widzisz, Piotrek? – podsumował Jasio. – Teraz Marcin ci nie skoczy ze swoim tatą w niebie, bo ty też tam kogoś masz. Jak ciocia Iza tak mówi, to znaczy, że tak jest.
– Tak! – zgodził się radośnie chłopiec. – Bo ona jest doblą wlózką, a doble wlózki wiedzą wsystko.
„Niestety nie wszystko” – pomyślała ze smętnym rozbawieniem Iza. – „I nieraz zdarza im się mylić, czasem nawet bardzo.”
– Ciociu, przyjdziesz jeszcze kiedyś do nas? – zapytał proszącym tonem Jasio. – Bardzo lubię z tobą rozmawiać.
– Ja tes! – potwierdził skwapliwie braciszek, łapiąc ją za rękę. – Psyjdź, ciociu, plooosę!
– Przyjdę – obiecała im Iza. – Nie wiem, czy jakoś niedługo, bo teraz mam bardzo dużo pracy, a potem na cały miesiąc wyjeżdżam za granicę, ale obiecuję wam, że za jakiś czas przyjdę i porozmawiamy sobie na spokojnie… jak prawdziwa wróżka z dwoma prawdziwymi supermanami – mrugnęła do nich porozumiewawczo. – Bo co do tego, że wyrośniecie kiedyś na supermanów, to ja nie mam żadnych wątpliwości.
Chłopcy spojrzeli po sobie z zadowoleniem.
– Tylko nie śmiejmy się, Piotrek – zreflektował się Jasio, zerkając do tyłu w stronę, gdzie stała Lidia. – Bo mama znowu się wkurzy, że śmiejemy się, a babcia umarła.
– Dobla – pokiwał głową Piotruś, również zerkając w tamtą stronę i przybierając poważną minę. – Bo mama nie wie, ze babcia wcale tak całkiem nie umalła, tylko poflunęła do nieba. A jak nie umalła, to po co mamy płakać?
– No. Ale nie mówmy jej tego, co? – przestrzegł go Jasio. – To jest nasza tajemnica, możemy o tym gadać tylko z ciocią Izą. Może tak być, ciociu? – obaj podnieśli na nią oczy. – Nie powiesz nic mamie?
– Nic nie powiem, umowa stoi – zgodziła się z powagą Iza, wyciągając do nich rękę, którą obaj po kolei uroczyście uścisnęli. – Jak tajemnica, to tajemnica.
– Jasiek! Piotrek! – zawołała z daleka jakaś kobieta, podbiegając kilka metrów w ich stronę i machając ręką. – Chodźcie tu szybko, mama was woła!
Rzeczywiście, z daleka widać było, że składanie kondolencji nad grobem zmarłej już się zakończyło, a zebrani rozproszyli się i zaczęli formować mniejsze grupki zbierające się do odejścia.
– To ciocia Ewa – wyjaśnił Izie półgłosem Piotruś. – Psyjechaliśmy jej samochodem.
– Super, no to lećcie do niej – odparła pośpiesznie. – Dzięki za rozmowę, jeszcze nieraz zobaczymy się i pogadamy, ale teraz musicie wracać. Pa, chłopaki!
– Pa, ciociu! – odpowiedzieli grzecznie obaj bracia, po czym ile sił w nogach pobiegli aleją i za chwilę zameldowali się przed czekającą na nich krewną, która ujęła ich za ręce, by odprowadzić do matki.
Iza również ruszyła za nimi, uśmiechając się z daleka do Majka. Czekał na nią na środku alejki, teraz już sam, bowiem Kacpra pociągnęła ze sobą Gosia i szli ku wyjściu we dwoje, dyskutując cicho, zapewne w sprawie szczegółów dzisiejszej organizacji pracy na Koncertowej pod nieobecność Lidii. Większość żałobników też powoli odchodziła od pokrytego wiązankami kwiatów grobu.
– Już? – zagadnął z uśmiechem Majk, kiedy Iza dołączyła do niego i oboje ruszyli za pozostałymi. – Wróżkowa porada udzielona?
– Udzielona – skinęła głową z rozbawieniem. – Nawet nie porada, tylko konsultacja, ale nie mogę zdradzić ci szczegółów, bo właśnie ślubowałam tajemnicę.
– Jasna sprawa, o pani, nawet nie śmiałbym się wtrącać. Chcę tylko wyrazić moje uznanie dla spektrum wiekowego pacjentów, którym nasza etatowa dobra wróżka świadczy swoje usługi. Ile lat ma ten mniejszy? – ruchem głowy wskazał na oddalających się pod opieką matki i ciotki chłopców.
– Piotruś? Pięć. Albo pięć i pół.
– Pięknie. Zakładając, że po drugiej stronie skali postawimy Szczepka, śmiało można uznać, że widełki wiekowe obejmują jakieś osiemdziesiąt lat. Niezły wynik, szefowo.
– Nie żartuj sobie – uśmiechnęła się Iza. – Wmówiłeś chłopcom, że jestem wróżką, a oni naprawdę w to uwierzyli i teraz traktują mnie jak wyrocznię.
– To źle?
– Nie wiem. Nie chciałabym nagadać im jakichś głupot i przez to narazić się Lidii. Ale chyba nie powiedziałam im nic niewłaściwego… mam nadzieję. W przypadku dzieci trzeba podwójnie uważać na to, co się mówi, one pamiętają każde słówko i wierzą w to bezkrytycznie. To jest mimo wszystko ogromna odpowiedzialność.
– Zgadza się – skinął głową Majk, zerkając na nią spod oka, po czym dodał ciszej: – Cieszę się, że wróciłaś, elfiku.
Podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się. Gdyby ktoś mógł widzieć teraz ich twarze, być może dostrzegłby, że na króciutką chwilę w oczach obojga błysnęła przedziwna iskierka, jakby odbicie srebrnego księżycowego światła.
– Ja też się cieszę, szefie – odparła ciepło. – Szkoda tylko, że prosto w klimaty pogrzebowe.
– Dla ciebie to chyba akurat nie problem – zauważył pobłażliwie. – Cmentarze to twoja domena, nawet licencjat o nich piszesz.
– Prawda – przyznała, ogarniając wzrokiem pejzaż rozległej nekropolii. – Ale dzisiaj nie jest tu przyjemnie, strasznie zimno i smutno, przykry dzień dla Lidii. Ja lubię cmentarze, kiedy idę tam spokojnie porozmyślać, porozmawiać sobie z bliskimi zmarłymi, wyciszyć myśli… Dzisiaj w ogóle nie ma tego klimatu. A jak tam sprawy w firmie? – zagadnęła, zgrabnie zmieniając temat. – I przygotowania do Dnia Francuskiego?
Idące kilkanaście metrów za nimi jako ostatnie Klaudia, Wiktoria i Ola nie spuszczały z nich uważnego wzroku. Kiedy tylko Teofil zniknął z horyzontu, wróciły do obserwowania tych dwojga, a choć nie mogły teraz widzieć ich twarzy, sam fakt, że szef od wyjścia z kaplicy nie odstępował Izy niemal na krok, w istocie mógł być znaczący.
– Tylko bez nadinterpretacji, dziewczyny – zastrzegła przytomnie Wiktoria. – Iza dzisiaj wraca do roboty po dziesięciu dniach urlopu, normalne, że szef chce z nią obgadać strategię. Zwłaszcza że w sobotę mamy Dzień Francuski.
– Niby tak – wzruszyła ramionami Klaudia. – Interpretacja zależy od punktu widzenia, jak ktoś nie wierzy, zawsze znajdzie kontrargument.
– Nie to, że nie wierzę – zaznaczyła Wiktoria. – Wręcz przeciwnie, coraz bardziej się do tego przekonuję, tylko póki co wolę zachować zdrowy dystans. Po prostu to, że szef faktycznie dzisiaj za nią łazi, świadczy na korzyść twojej teorii, ale jeszcze jej nie udowadnia.
– Zwłaszcza że bardziej chodzi nam o nią, niż o niego, nie? – zauważyła Ola. – Ja jestem w stanie założyć, że w przypadku szefa Klaudia ma rację, ale to przecież jeszcze nie wystarcza. Kluczowa jest tu Iza.
– Fakt – przyznała ponuro Klaudia. – Co do niej nadal nie mam pewności, a brak pewności to pewnie argument na minus i wcale temu nie zaprzeczam. Przydałoby się jeszcze raz albo dwa podjudzić ją tą Natalią… znaczy, sprawdzić do końca ten trop, bo jeśli ona ma coś do szefa, to przy takim podjudzaniu powinna być chociaż minimalnie zazdrosna. Tego nie da się przecież ukryć tak do końca, zwłaszcza jeśli dobrze to rozegramy i strzelimy z zaskoczenia. Problem tylko w tym, że ja Natalii już ze dwa tygodnie nie widziałam.
– Ja też – potwierdziła Wiktoria. – Tyle że ja pracuję głównie wieczorami, a ona zwykle przychodzi wcześniej, przed piętnastą.
– Ja dość często jestem przed piętnastą i nieraz ją widzę – dodała Ola. – Ale faktycznie, ostatnio jej nie było, zresztą ta góra papierów u szefa na biurku świadczy sama za siebie.
– No właśnie – pokiwała głową Klaudia. – Nie było jej, może była chora albo gdzieś wyjechała? W każdym razie dopóki nie wróci, nie mamy za bardzo punktu zaczepienia, żeby poeksperymentować z Izą.
– Może będzie jutro albo na Dniu Francuskim? – poddała Wiktoria.
– Może – zgodziła się Ola. – Trzymajmy po prostu rękę na pulsie, a jak trafi się pretekst, trzeba go wykorzystać i podrążyć temat. Zgadzam się z tobą, że takich rzeczy nie da się do końca ukryć, ale też zgadzam się z Wiką, że nie możemy iść w nadinterpretację. Tylko obiektywne fakty, okej? Takie, co do których nie będzie żadnych wątpliwości.