Anabella – Rozdział CCXXXII
– Iza, jesteś? – zawołała w głąb domu Amelia, która właśnie wróciła z pracy i ściągała buty w przedpokoju. – Halo?
– Jestem, Melu, jestem – zapewniła ją Iza, szybko zapisując zmiany w pliku z pracą licencjacką i zatrzaskując klapę laptopa. – Już idę. Coś się stało?
– Nie, nic złego, tylko jest mała sprawa. Wyjdziesz na chwilę do Zosi na podwórko?
– Do Zosi? – zdziwiła się. – Na podwórko?
– Aha, ona dzisiaj skończyła wcześniej, Wera zostaje na dole do wieczora, od szesnastej pomoże jej Marzenka Jóźwik, a Zosia wraca już do domu i koniecznie chce zamienić z tobą dwa słowa. Powiedziałam jej, że jeśli jesteś w domu, poproszę cię, żebyś wyszła na chwilę. Czeka na ciebie przy furtce.
– Jasne, już do niej idę – zgodziła się natychmiast Iza. – Tylko się ubiorę.
Sięgnęła po buty i płaszcz, jednocześnie zerkając przez uchylone drzwi do ganku, przez którego okna w istocie widać było sylwetkę dziewczyny stojącej cierpliwie pod klonem przy furtce. Na widok wychodzącej z domu Izy wyraźnie się ucieszyła i z daleka pomachała do niej ręką.
– Dziękuję, że zgodziłaś się wyjść – powiedziała konspiracyjnym półgłosem, kiedy tylko Iza znalazła się przy niej, dopinając na sobie płaszcz i obwiązując szyję szalikiem, mróz bowiem znów spadł dziś do prawie dziesięciu kresek poniżej zera. – Muszę porozmawiać z tobą chwilę na osobności i nie przez telefon. Dosłownie kilka minut.
– Jasne, Zosiu. Coś się stało?
– Była u mnie Małgosia Zielińska – wyjaśniła Zosia, jeszcze bardziej zniżając głos.
– Aha… rozumiem – odetchnęła z ulgą Iza. – Szczerze mówiąc, trochę o tym zapomniałam i już się bałam, że to coś gorszego.
– Powiedziałam jej o naszej rozmowie – ciągnęła z przejęciem Zosia – i ona bardzo chciałaby się z tobą spotkać, tylko zupełnie nie ma pomysłu gdzie. U niej w domu odpada, bałaby się ciebie zaprosić, a do ciebie też raczej nie przyjdzie, woli pogadać z tobą w tajemnicy przed twoją siostrą i szwagrem. I w ogóle mówi, że im mniej osób o tym wie, tym lepiej.
– Tu się zgadzamy – przyznała Iza. – Ja na pewno do Zielińskich nie pójdę, nawet gdyby mnie zaprosiła, zresztą w ogóle trudno się spotkać w Korytkowie tak, żeby to zostało zachowane w tajemnicy. Tutaj ściany, płoty, a nawet drzewa mają oczy i uszy.
– Prawda – skrzywiła się Zosia, wymieniając z nią porozumiewawcze spojrzenia. – Jeszcze po ciemku, gdzieś w polu albo pod lasem da się w miarę ukryć, ale teraz to odpada, bo mróz. Sama mówiłaś, że wolałabyś w jakimś pomieszczeniu, a najlepiej byłoby w ogóle poza Korytkowem, na przykład w jakiejś knajpie w Radzyniu. Powtórzyłam to Małgosi.
– No i?
– Powiedziała, że jeśli ty tak zdecydujesz, to stanie na głowie, żeby się dostosować, i któregoś dnia wyrwie się do Radzynia. Musi jechać autobusem, bo nie ma samochodu, dlatego chciałaby chociaż dzień wcześniej wiedzieć, na kiedy się umówicie, żeby się zorganizować. To dla niej cała wyprawa.
– Wyobrażam sobie – mruknęła Iza. – Rzecz w tym, że ja nie za bardzo widzę inne wyjście, jeśli naprawdę zależy jej na dyskrecji. To jest głupie jak nieszczęście, ale takie są realia w Korytkowie, mnie nie przeszkadza, że ktoś mnie z nią zobaczy, ale skoro dla niej to ważne, to uszanuję to. Dlatego uważam, że od tej strony najbezpieczniej będzie w Radzyniu, do którego dotrzemy każda osobno. A co do daty… teraz niestety nie określę jej ad hoc, moje plany potrafią się zmieniać z dnia na dzień. Więc zróbmy tak, że…
Drgnęły obie, gdyż w kieszeni jej płaszcza rozdzwonił się telefon. Iza sięgnęła po niego, kończąc zdanie.
– Zróbmy tak, że podasz Małgosi mój numer telefonu, dobrze? Niech do mnie… – urwała, zerkając na wyświetlacz, na którym widniało imię Michaś. – Poczekaj, Zosieńko, zaraz dokończę, muszę odebrać ważny telefon.
– Jasne, odbierz. Poczekam.
Iza z niepokojem podniosła aparat do ucha. Czego Majk mógł chcieć od niej o tak nietypowo wczesnej porze? Nie było jeszcze piętnastej, zwykle, jeśli dzwonił do niej z jakimkolwiek problemem, robił to raczej wieczorem, tak już się utarło. Poza tym, skoro była na urlopie, to nie mogła być żadna bieżąca, rutynowa sprawa zawodowa, tym bardziej że w mniej istotnych kwestiach raczej porozumiewali się smsami.
– Tak?
– Hej, elfiku – po drugiej stronie linii zabrzmiał jego poważny i jakby zmęczony głos. – Możesz rozmawiać?
– Zaraz będę mogła – odparła dyplomatycznie. – Chwilowo jestem na dworze, a tu jest bardzo zimno, wolałabym wrócić do domu i oddzwonić do ciebie za pięć minut. Może być, czy to mega pilne?
– Pilne, owszem, ale nie aż tak, żeby nie wytrzymało pięciu czy dziesięciu minut – odparł spokojnie Majk. – Nie pali się, oddzwoń, kiedy będziesz mogła.
– Dobrze. Postaram się jak najszybciej.
Zaniepokojona tonem jego głosu przerwała połączenie i spojrzała na Zosię, która w międzyczasie cofnęła się dyskretnie o kilka kroków.
– Zosieńko, tak jak zaczęłam mówić, masz mój numer telefonu, więc po prostu podaj go Małgosi – powiedziała do niej stanowczo. – Upoważniam cię do tego, niby nie powinnam dawać kontaktu nikomu z tamtych, ale dla niej zrobię wyjątek. Niech skontaktuje się ze mną smsem, ja jej odpiszę i dogadamy się co do terminu spotkania, tak będzie najprościej i najszybciej.
– Dobrze – pokiwała głową Zosia.
– A teraz przepraszam cię, ale muszę biec do domu i oddzwonić w pilnej sprawie.
– Jasne, Iza, już uciekam – poderwała się dziewczyna. – Dzięki w imieniu Małgosi, na razie!
***
Amelia wyjrzała z kuchni ubrana w kolorowy fartuch.
– Iza, zjesz coś? – zagadnęła, gdy siostra pośpiesznie ściągała w przedpokoju buty i płaszcz. – Odgrzewam obiad, Dorotka wraca już do nas z Klarcią, tylko najpierw chce się z nią jeszcze trochę przespacerować po świeżym powietrzu. Będą tu za pół godziny, Robert też ma wpaść, żeby coś przekąsić. Może zjedlibyśmy wszyscy razem?
– Chętnie, Melu, ale niestety nie pomogę ci przy nakrywaniu. Muszę wykonać pilny telefon i pewnie z pół godziny mi to zajmie… albo i więcej.
– No co ty? – uśmiechnęła się siostra. – Nie pytam, czy mi pomożesz, tylko czy zjesz z nami, to jest jednak różnica, hmm? Dzwoń sobie spokojnie, a ja w takim razie stawiam dla ciebie talerz. Jak będziesz wolna, to po prostu do nas dołącz, okej?
– Okej, dziękuję, Melciu! – zawołała Iza.
Kiedy tylko wpadła do swojego pokoju i zamknęła drzwi, pośpiesznie nawiązała ponowne połączenie z Majkiem, który musiał czekać w gotowości, bowiem odebrał natychmiast.
– Już jestem – rzuciła szybko do słuchawki, siadając na łóżku. – Mów, co się stało?
– Chodzi o Kacpra.
– Ach, o Kacpra! – zaniepokoiła się jeszcze bardziej. – No właśnie! Od wczoraj zastanawiałam się, jak mu poszło z Kasią, rano wysłałam mu smsa, ale nie odpisał mi… Pewnie coś nie tak?
– Nie „coś nie tak”, tylko klapa na całej linii – odparł ponuro Majk. – Poszło mu fatalnie, dostał definitywnego kosza, młoda rozprawiła się z nim jak rzeźnik ze sztuką mięsa, niewiele z frajera zostało.
– Kurczę – szepnęła Iza.
– Szczegóły dopiero z niego wyciągnę, bo na razie nie ma jak, ale ogólna linia jest taka, że z Kaśką koniec i raczej nie ma już czego tam ratować. A że nie odpowiedział ci na smsa, to nic dziwnego, nie mógł, ponieważ przebywa obecnie w stanie śpiączki farmakologicznej, w którą wprowadziłem go w nocy i jeszcze z niej nie wyszedł.
– Co?! – zdumiała się Iza.
– Tak naprawdę częściowo wprowadził się w nią sam, ja tylko dokończyłem dzieła, dla jego własnego dobra i bezpieczeństwa. Nie było innego wyjścia, elfiku – dodał tonem usprawiedliwienia. – Frajer nie był sobą, wyrywał się i szukał ostrych narzędzi, jakbym go nie opanował, poderżnąłby sobie gardło albo dokonałby jakiegoś auto-wypatroszenia, na które nie mogłem pozwolić.
– O Boże – odetchnęła z głębi piersi Iza. – Co tam się działo?
– Działo się bardzo dużo, przez całą noc i ranek, dopiero teraz, kiedy już w miarę opanowałem sytuację, dzwonię do ciebie, żeby ustalić, co dalej.
– Gdzie on jest?
– U mnie w domu. Na razie śpi jak niemowlak, chociaż jak się zbudzi, pewnie będzie rzygał. Jestem na to gotowy.
– Dlaczego będzie rzygał? – zaniepokoiła się na nowo Iza. – Co mu dałeś?
– Nic złego, samą czyściochę pierwszej jakości – zapewnił ją beztrosko. – Ale sporo tego poszło, więc swoje będzie musiał odcierpieć. Sorry, elfiku. Wczoraj cudem znalazłem menela w terenie i przywiozłem go tutaj, a żeby zneutralizować jego zapędy autodestrukcyjne, musiałem unieszkodliwić go do końca tą samą substancją, którą sam i tak się już szprycował. Był w takim stanie ducha, że wolałem nie eksperymentować z bardziej cywilizowanymi metodami, mogłem tylko zadbać o to, żeby nie mieszał eliksirów. Na szczęście mam zawsze w domu butlę wódy do pieczeni, przydała się, jak znalazł, już drugi raz… a tym razem to była naprawdę sytuacja podbramkowa.
– A niech to – pokręciła głową Iza. – Czyli upiłeś go?
– Dokończyłem tylko, co sam zaczął – zaznaczył Majk. – I nie jestem z tego dumny, ale naprawdę nie miałem innego wyjścia. Drugą opcją było dać mu jakąś patelnią po łbie, jednak zrezygnowałem z tego, wolałem nie ryzykować, że źle wyważę cios i zatłukę go na amen. Już i tak w samochodzie z konieczności raz mu przywaliłem… W każdym razie coś trzeba było zrobić, frajer szalał mi po kuchni i szukał ostrych narzędzi, musiałem schować przed nim wszystkie noże. W tamtym momencie żałowałem, że nie mam pod ręką Chudego, ale nawet nie było czasu go ściągnąć, poza tym był potrzebny w firmie. Dlatego musiałem jakoś poradzić sobie sam.
– Boże drogi – pokręciła głową Iza. – Co on wyprawiał? I w ogóle jak doszło do tego, że to spadło akurat na ciebie? Zabrałeś go do siebie do domu?
– Mhm. Musiałem mieć wariata pod kontrolą, nie chciałem wieźć go do firmy, żeby nie robić tam cyrków, a jechać do tego twojego pana Stasia też nie było sensu, nie dałby sobie z nim rady. Musiałem ogarnąć frajera osobiście. A doszło do tego tak, że zadzwonił do mnie po tej akcji z Kaśką, więc czułem odpowiedzialność, zwłaszcza że i jemu, i tobie obiecywałem, że w podbramkowej sytuacji rzucę wszystko i pomogę mu, jak będę umiał.
– Zadzwonił do ciebie po rozmowie z Kasią? Akurat kiedy miałeś gości? Widziałam, że byli, Lodzia przysłała mi zdjęcie…
– Tak, musiałem przez to odmeldować się z imprezy. Trochę głupio wyszło, ale wytłumaczę się jakoś przed nimi, a to była sprawa naprawdę niecierpiąca zwłoki.
– Opowiesz mi to ze szczegółami?
– Po to właśnie dzwonię, elfiku. Żeby opowiedzieć ci, jak wygląda sytuacja, i poprosić cię o wsparcie na dalszych etapach.
– Oczywiście, Michasiu. Właściwie to ja powinnam się tym zajmować, nie ty – westchnęła, czując napływ wyrzutów sumienia. – Widzę, że odwaliłeś za mnie kawał czarnej roboty, nie wiem, jak ja ci się za to odwdzięczę… Tylko że Kacper wczoraj w ogóle się do mnie nie odezwał, więc skąd mogłam wiedzieć?
– Spokojnie, jakoś się odwdzięczysz – zapewnił ją żartobliwie Majk. – Z tym akurat nie ma problemu, dysponujemy szerokim wachlarzem możliwości, które omówimy po twoim powrocie z urlopu. A co do Kacpra, to dzwonił do mnie, bo właśnie tak się umówiliśmy. Ciebie nie ma przecież w Lublinie, a tu zachodziła pilna konieczność interwencji fizycznej, sama zresztą i tak byś sobie nie poradziła, więc normalne, że musiałem cię zastąpić.
– Bardzo ci za to dziękuję.
– Nie ma za co, Izula. Mówiłem ci, że jestem w to zaangażowany osobiście, bo jeśli okaże się, że Kacper padł ofiarą mojej klątwy, to mam go na sumieniu. Tak czy inaczej dla mnie było jasne, że muszę się tym zająć. Swoją drogą to był w ogóle cud, że odebrałem od niego ten telefon, gdybym go nie odebrał, mogło być naprawdę niewesoło. Zaraz jak przyjechałem do roboty, gadałem z kimś i zostawiłem telefon na biurku w gabinecie, więc mógł sobie tam leżeć i dzwonić do rana, a ja bym o tym nie wiedział. Na szczęście akurat w minucie, kiedy Kacper dzwonił, wpadłem na kontrolę na zaplecze i usłyszałem sygnał. Frajer miał taki głos, że nawet ci tego nie opiszę. Słychać było, że mentalnie jest na dnie, ale też od razu wyczułem, że coś pił albo jarał, a to znaczyło, że zadzwonił do mnie nie od razu po spotkaniu z Kaśką, tylko dużo później. Pewnie dopiero wtedy sobie o mnie przypomniał… dobrze, że w ogóle. Ale i tak najgorsze było to, co bredził.
– Co mówił?
– Odgrażał się, że za chwilę idzie i kończy ze sobą, że dłużej nie wytrzyma, bo i tak nie ma już po co żyć… takie tam, jak to on. Niemniej brzmiało groźnie. Opierdzieliłem go natychmiast z góry na dół, wiedząc, że na niego tylko to jakoś tam działa, ale jednak nie tym razem. Czuć było, że jest naprawdę załamany, jęczał w kółko, że ona już go skreśliła, że nigdy do niego nie wróci i że to jest dla niego koniec. Wywnioskowałem więc z tego, że sprawa jest gardłowa i muszę natychmiast coś zrobić, zwłaszcza jak powiedział mi, że już jest na miejscu i czeka tylko, aż uda mu się wejść do klatki.
– Do klatki? – zdziwiła się słuchająca go z niepokojem Iza.
– No, na klatkę schodową do wieżowca Kaśki – wyjaśnił. – On cały czas trzymał się tamtego pierwotnego planu, że skoczy z jej bloku z jedenastego piętra i rozkwasi się na chodniku przed jej oknem. Takie romantyczne rozwiązanie najbardziej go pociągało, już w poniedziałek mi o tym opowiadał.
– No tak… a niech to!
– Dlatego uznałem, że nie ma żartów, trzeba było założyć, że naprawdę szykuje się, żeby to wykonać. Na szczęście zadzwonił do mnie w trybie zwierzeń i użalania się nad sobą, więc łatwo mi było wyciągnąć z niego informacje typu: gdzie jest, co robi, jakie ma zamiary i tak dalej. A co najważniejsze, podał mi adres bloku Kaśki – zaznaczył. – To jakoś niedaleko od tej knajpy, gdzie z nią rozmawiał, ale ja średnio znam te rejony, potrzebowałem konkretnych namiarów, ulica i numer budynku. I wyobraź sobie, że podał mi je prawidłowo. Szlochał, bredził coś bez ładu i składu, ale adres podał, powiedział, że kupił sobie w Żabce pół litra wódy, siedzi naprzeciwko jej bloku na ławce pod jakimś drzewem, chleje z gwinta i gapi się w jej okno, ale jak tylko skończy chlać, idzie zaczaić się pod klatką, żeby ktoś go wpuścił, bo tam jest domofon. A potem, jak tylko mu się to uda, rusza na górę skoczyć z najwyższego piętra.
– Świetny pomysł – mruknęła z dezaprobatą Iza. – Bardzo oryginalny.
– Mhm, bardzo – zgodził się podobnym tonem Majk. – Oryginalny i z polotem, że tak to ujmę w ramach czarnego humoru. Na szczęście kiedy ktoś tak gada, jest większa szansa, że tego nie zrobi, niż jak nic nie mówi, tylko od razu idzie działać. Tak czy inaczej uznałem, że muszę po niego pojechać i wybić mu ze łba te głupie pomysły, zanim naprawdę coś odwali. I wiedziałem, że muszę to zrobić osobiście, żadne wybiegi z wysyłaniem Chudego czy Tymka nie wchodziły w grę, frajerzy spartaczyliby tę robotę, a ja miałbym potem wyrzuty sumienia. Dlatego przeprosiłem Pabla i spółkę, powiedziałem, że muszę pilnie wyjść, i pojechałem szukać frajera pod tym nieszczęsnym blokiem. Na szczęście adres był dobry – podkreślił. – Co prawda zajęło mi dobre pół godziny, zanim tam dojechałem, ale znalazłem go praktycznie od razu, dokładnie tam, gdzie mi powiedział.
– Jesteś wielki, Michasiu – oznajmiła z uznaniem i wdzięcznością Iza. – A ja bardzo, bardzo ci za to dziękuję. On naprawdę mógł w rozpaczy zrobić sobie coś złego, a wtedy ja też miałabym potworne wyrzuty sumienia, że mnie tam nie było i nie mogłam pomóc.
– Nie martw się, zastępca dobrej wróżki w obszarze zadań specjalnych zawsze jest na posterunku. Zresztą naprawdę dobrze, że trafiło na mnie, a nie na ciebie, bo to, jak już mówiłem, wymagało nie tyle wyrafinowanej dyplomacji, co użycia siły fizycznej. Nie wyobrażam sobie, że mogłabyś mocować się z frajerem, zwłaszcza w takim stanie, w jakim go znalazłem.
– To znaczy? – zapytała z troską Iza. – W jakim był stanie? Domyślam się, że w fatalnym, ale konkretnie?
– Konkretnie wyglądał jak rozmemłana galareta. Siedział na tej ławce na mrozie, beczał, chlipał, smarkał, rozchełstany, bez czapki, z pustą butelką, bo jak przyjechałem, to wychlał już te pół litra wódy… mówiąc krótko, wyglądał jak ostatni menel. Dobrze, że nikt nie zdążył go tam przyuważyć i zgłosić na policję, bo jak nic zgarnęliby go do izby wytrzeźwień, a z góry wiadomo, co by tam wyprawiał, jeszcze by komuś krzywdę zrobił… Biorąc pod uwagę, że ma już w życiorysie jedną odsiadkę, mógłby napytać sobie przez to biedy.
– Na pewno by tak było – westchnęła z żalem Iza. – Albo naprawdę skoczyłby z tego bloku.
– To też niewykluczone, chociaż na szczęście w momencie kiedy go znalazłem, nadal był w fazie takiego szoku i rozżalenia, że nie miał siły działać. Ryczał tylko jak dzieciak, dopiero potem dostał dzikiego szału, mało mi opla nie zdemolował.
– Kurczę… aż tak?
– Mhm. Na początku byłem nawet zdziwiony, że tak łatwo mi z nim idzie, bo kiedy zabrałem go do samochodu, w ogóle nie stawiał oporu. Dopiero kiedy ruszyliśmy, przypomniał sobie, że przecież miał skakać z bloku Kaśki i jak się nie odpalił… Rzucał się, próbował wysiadać w trakcie jazdy i w ogóle szalał po całości, musiałem zjechać na bok, zatrzymać się i niestety dać mu po mordzie.
– Słusznie – mruknęła Iza.
– Nie wiem, czy słusznie, nie lubię robić takich rzeczy, ale to był jedyny sposób, żeby się uspokoił, przynajmniej na jakiś czas. Oprócz tego, że zarobił po ryju, wydarłem się na niego, jak rzadko mi się zdarza, dzięki temu udało mi się dojechać na osiedle i jakoś zaparkować, bo najcięższym zadaniem w tym wszystkim było ogarniać go i jednocześnie prowadzić samochód.
– Wyobrażam sobie. Ja bym faktycznie nie dała rady.
– Bez szans, elfiku. To była ciężka walka, Kacper to naprawdę nie ułomek i krzepę w mięśniach ma, a jak do tego doszła siła rozpaczy… Właściwie to opanowałem go głównie dzięki temu, że wypił tę wódę i nie do końca już kumał, co się z nim dzieje, momentami nie był pewny, czy to jawa czy sen, rzeczywistość totalnie go przerosła. Ale i tak łatwo nie było, kilka razy musiałem regularnie walczyć z nim wręcz.
– Masakra – pokręciła głową Iza. – Podziwiam cię, że dałeś radę przewieźć go w tym stanie samochodem i jeszcze wtaszczyć na trzecie piętro. To była robota dla trzech facetów, nie dla jednego.
– Owszem – zgodził się Majk. – Dlatego właśnie żałowałem, że nie mam przy sobie Chudego, we dwóch ogarnęlibyśmy frajera bez problemu, natomiast sam na sam to już był hardcore. Problem w tym, że kiedy zawlokłem go na górę i znaleźliśmy się u mnie w mieszkaniu, myślałem, że najgorsze mam za sobą, a okazało się, że to był dopiero początek.
– No właśnie mówiłeś, że musiałeś chować przed nim noże… Co on tam wyprawiał?
– Oczywiście chciał się chlastać – odparł swobodnie Majk. – Próbował też skakać z balkonu, różne miał pomysły, a ja musiałem na bieżąco wybijać mu je z głowy. Skutkiem ubocznym było to, że zrobiliśmy przy tym w bloku piekielny nocny rumor, dobrze, że nikt nie wezwał policji, dzisiaj rano oberwałem tylko za to po uszach od sąsiadki z dołu. Na szczęście pani Antosiakowa to dobra kobieta i chyba trochę mnie lubi, a na pewno ma do mnie anielską cierpliwość – dodał z humorem. – Węszę tu silny wpływ babci Irenki, bo kiedy mieszkała u mnie, często rozmawiały i zapraszały się na herbatki, a ja dzięki temu mogę teraz liczyć u niej na wyrozumiałość. Tym razem to się naprawdę bardzo przydało.
– No to faktycznie miałeś tam wczoraj piekło – westchnęła Iza przepełniona jednocześnie współczuciem i wyrzutami sumienia. – Kacper nawet na co dzień jest nieobliczalny, a tym razem to już musiał przejść samego siebie.
– Mhm, wyprzedził standardowego siebie o jakieś trzy długości, jeszcze nigdy go w takiej odsłonie nie widziałem. Ale trudno było mieć do niego pretensje, autentycznie był na dnie, to go przerosło psychicznie i kompletnie nad sobą nie panował.
– Wiadomo… Ale dostał szału tak nagle, zupełnie bez powodu?
– Nie do końca bez – odparł sceptycznie Majk. – Zdaje się, że trochę go sprowokowałem, bo kazałem mu opowiedzieć wszystko po kolei, a on wtedy przypomniał sobie ten najgorszy moment, kiedy Kaśka oznajmiła mu, że to definitywny koniec i nie chce go już znać. I w sumie dużo więcej się nie dowiedziałem, bo frajer wpadł w taki cug, że musiałem odpuścić wywiad i skupić się na ratowaniu sytuacji. Uznałem, że póki co nie będę go już o nic wypytywał, na razie musi mu przejść pierwsza faza buntu i naporu, dopiero potem spróbujemy jakoś to wszystko usystematyzować.
– Jasne – zgodziła się. – Ja też postaram się w tym pomóc.
– Między innymi po to dzwonię, elfiku, obawiam się, że na dłuższą metę twoja interwencja będzie nieunikniona. Na pierwszej linii frontu jakoś sobie poradziłem, chociaż metoda, jakiej użyłem, żeby zneutralizować Kacpra, nie jest dobra i zdaję sobie z tego sprawę.
– No tak – zgodziła się Iza. – Nie możemy bez przerwy poić go wódką. Nawet jeśli jest w rozpaczy, musi się jakoś ogarnąć i jak najszybciej wrócić do życia i do pracy. To jedyna droga, inaczej szybko wpadnie w czarną dziurę i zwariuje.
– Mam tego świadomość i w pełni się z tobą zgadzam, Izula. Ta wczorajsza wódka to był tylko awaryjny wentyl bezpieczeństwa, musiałem mieć pewność, że frajer jest pod kontrolą. Dzięki temu sam też mogłem się trochę zdrzemnąć, po tej dniówce byłem już nieźle wykończony i musiałem chociaż na godzinkę przymknąć oko. Finalnie nie było źle, spaliśmy we dwóch u mnie na łóżku, dzięki czemu przez cały czas miałem go pod ręką.
– Czyli przez Kacpra zarwałeś noc – westchnęła Iza. – A niech to… I co dalej?
– Nie wiem. Muszę poczekać, aż menel się obudzi, i zobaczyć, w jakim stanie psychicznym będzie dzisiaj, czy znowu nie będzie odwalał jakichś numerów z szukaniem noży albo skakaniem z balkonu. Na razie jeszcze śpi, a ja próbuję się zorganizować, Chudy jest już uprzedzony, że ma do mnie przyjechać na robotę, czeka tylko na sygnał. Musimy to załatwić przed osiemnastą, bo potem obaj będziemy potrzebni w firmie, zwłaszcza że Tom jedzie dzisiaj w zastępstwie za Kacpra na Koncertową.
– A właśnie, jeszcze Koncertowa – pokręciła z zafrasowaniem głową Iza. – Niezła układanka.
– Mhm. Zwłaszcza że Lidia sama jest w rozkroku między firmą a szpitalem, z jej matką podobno niedobrze.
– Tak, słyszałam. Na szczęście dziewczyny pomagają jej przy chłopcach, bez tego już w ogóle nie dałaby rady, ale Kacper to przecież na Koncertowej ważne ogniwo. Kurczę… mam coraz większe wyrzuty sumienia, że mnie tam nie ma.
– Niepotrzebnie, elfiku – zapewnił ją spokojnie Majk. – Jesteś na zasłużonym urlopie, a takie komasacje zdarzeń to standard, mamy już wieloletnią wprawę w radzeniu sobie z nimi takimi środkami, jakie akurat mamy do dyspozycji. Do czasu powrotu Kacpra na Koncertową będą go zastępować wymiennie Chudy i Tom, mam nadzieję, że to długo nie potrwa, tak czy inaczej nie możemy zostawić Lidii bez wsparcia. Z samym Jaśkiem ciężko by jej było ogarnąć całą placówkę, co prawda on też powoli się wyrobi, ale na razie to jeszcze nie jest ten poziom, o jaki by nam chodziło.
– A powiedz mi, co ja mam zrobić? – zapytała z troską Iza. – W jaki sposób mogę pomóc?
– Ciebie proszę o telefon do tego waszego pana Stasia – odparł Majk. – Wyślij mi też jego numer, żebym miał go do kontaktu, ale byłbym ci wdzięczny, gdybyś najpierw zadzwoniła do niego osobiście i wyjaśniła mu sytuację.
– Oczywiście, zaraz to zrobię. Masz rację, on pewnie już się mocno niepokoi, Kacper przecież wczoraj i do niego się nie odzywał.
– Na pewno. Wczoraj nie był w stanie do niego zadzwonić, a ja mu się do telefonu nie będę włamywał, zresztą najrozsądniej będzie, jak to pójdzie przez ciebie.
– Jasne.
– Rzecz w tym, że frajer musi wrócić do domu, nie mogę trzymać go u siebie, bo muszę wychodzić, a bez kontroli go nie zostawię, zwłaszcza że nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa. Oczywiście nie zwalimy go panu Stasiowi na głowę i nie odmeldujemy się – dodał uspokajająco. – Będziemy na bieżąco monitorować sytuację, ustalimy dyżury albo rozwiążemy to jeszcze jakoś inaczej, wszystko zależy od jego stanu psychicznego. Na razie po prostu uprzedź pana Stasia, że menel dzisiaj wraca.
– Rozumiem, oczywiście, Michasiu, zaraz się tym zajmę.
– A jak Kacper będzie już na chodzie, odeślę go też na bezpośrednią rozmowę telefoniczną z tobą, musimy pourabiać go jednocześnie, i ty, i ja.
– Dobrze, będę cały czas pod telefonem. A niech to… biedny Kacper! – westchnęła ze współczuciem. – Czyli jednak zaliczył klęskę… Jak widać, Kasieńka nie żartuje, podchodzi do sprawy bardzo radykalnie. Z jednej strony ją rozumiem, ale z drugiej szkoda mi ich obojga, ona sama nie wie, co traci. Kacper jest, jaki jest, ale za nią naprawdę świata nie widzi, aż się nie chce wierzyć, że nie dałoby się tego jednak jakoś skleić.
– Jak widać, z tym sklejaniem różnie bywa – odparł sceptycznie Majk. – Ja też wierzyłem, że Kacper jakoś to odkręci, w moim przekonaniu, jego błąd nie jest aż tak niewybaczalny, żeby Kaśka nie mogła dać mu drugiej szansy. Zwłaszcza że ona też chyba coś do niego czuje, skoro się z nim zaręczyła… W normalnych warunkach, między dorosłymi ludźmi, takie rzeczy są do wyjaśnienia i do naprawienia, czasem wręcz paradoksalnie mogą stać się czynnikiem spajającym i pretekstem do poczynienia ważnych ustaleń na przyszłość.
– No właśnie – podchwyciła Iza. – Ja też tak to rozumiałam. Wiadomo, że Kacper przegiął z tym odgrywaniem świętoszka, ale kiedy się kogoś kocha, dużo da się wybaczyć, nawet zdradę, a on przecież nie zrobił nic takiego. To jest zupełnie inna kategoria winy.
– Cóż, Izula, tak to jest, nie nam osądzać kaliber grzechu. Kaśka widocznie ma swoje zasady i swoje granice, które Kacper przekroczył, i nawet jeśli nam z wierzchu wydaje się, że to nie było nic dyskwalifikującego, ona może patrzeć na to zupełnie inaczej.
– Tak, wiem… to prawda – westchnęła.
– Nie wiadomo zresztą, czy on faktycznie wszystko nam powiedział, może języczkiem u wagi było coś, czego się wstydził i co przed nami przemilczał? Coś, o czym wiedzą tylko oni dwoje i co najbardziej go zdyskwalifikowało. Wiesz, jak to jest. Czasem nawet zaufanej dobrej wróżce nie da się powiedzieć wszystkiego.
– Zgadza się.
– A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ta cholerna klątwa – dodał ponuro Majk. – Wiesz, że coraz bardziej mnie to przekonuje? Pomijając zbieżność dat z umową na stałe, to, że reakcje Kaśki obiektywnie są aż tak przesadzone, radykalne do absurdu, sugeruje, że tu w grę wchodzi jeszcze jakiś inny czynnik. Może właśnie ten. Metafizyczny.
– Może tak być – przyznała z zafrasowaniem Iza, mimo woli wspominając wczorajszą rozmowę z Beatą. – Brzmi to strasznie, ale trudno mi zaprzeczyć, Michasiu, że to się coraz bardziej układa w całość. Ja też widzę, że w przypadku Kacpra każde kolejne zdarzenie tylko potwierdza tę nieszczęsną hipotezę.
– Mhm. I co gorsza, to by znaczyło, że próbuję pomagać mu nie w taki sposób, w jaki powinienem, że de facto tylko pozoruję pomoc, mimo że w teorii znam na nią receptę.
Iza przymknęła oczy, czując biegnący jej po karku zimny dreszcz.
– Problem w tym, że na ten moment niestety niewiele mogę zrobić – ciągnął Majk. – Metafizyczna diagnoza problemu, nawet jeśli jest prawidłowa, nie zmienia faktu, że mam związane ręce. Wykonywanie radykalnych ruchów w momencie, kiedy wiem, że są praktycznie skazane na porażkę, sytuacji Kacpra nie poprawi, a moją własną może zamienić w piekło. Dlatego na razie to nie wchodzi w grę.
„Uff!” – odetchnęła w duchu Iza. – „Bogu dzięki!”
– Czyli voilà, kolejny numer na mojej ulubionej liście życiowych klinczów i patów – dokończył z przekąsem. – A im dłużej o tym myślę i dogłębniej to analizuję, mam coraz poważniejsze obawy, że moment decyzji, jeśli chodzi o próbę tak zwanego zdjęcia klątwy, może odsunąć się w czasie o wiele bardziej, niż zakładałem. Nie wiem, jak ja to wytrzymam, Izuś, ale prawda jest taka, że niczego nie boję się bardziej niż falstartu, więc jeśli obiektywnie okaże się, że sytuacja będzie wymagała więcej czasu niż do maja, nie będę z tym dyskutował. Nawet jeśli koszty, i dla mnie, i dla innych, będą tak poważne, jak widzimy to w przypadku Kacpra.
Iza słuchała go przepełniona tak sprzecznymi uczuciami, że niemal fizycznie odczuwała związany z nimi dyskomfort, jakby niewidzialny kamień materialnie uwierał jej duszę. Czy tak będzie już zawsze? Czy nigdy nie uwolni się od tej przedziwnej mieszaniny emocji, które z jednej strony płynęły z pobudek egoistycznych, a z drugiej z altruizmu? Dla spokoju sumienia to właśnie altruizm powinna stawiać na pierwszym miejscu, ale czy w przypadku Majka kiedykolwiek będzie w stanie się tego nauczyć? Przedkładać jego interes i jego szczęście nad własne pragnienia, nie tylko na zewnątrz, ale i w sercu… nie cieszyć się perfidnie z tak smutnych słów w jego ustach jak te, które wypowiedział przed chwilą… być dla niego prawdziwą przyjaciółką, a nie tylko nosić jej maskę… Póki co niestety jeszcze tego nie umiała.
– A może się okazać, że tak będzie? – zapytała ostrożnie. – W tym sensie, że będziesz musiał czekać dłużej niż do maja?
– To zależy tylko i wyłącznie od niej – odparł spokojnie, choć w jego głosie, jak to często bywało w takich kontekstach, zabrzmiała nutka smętnego rozbawienia. – Ale póki co sprawa nie wygląda za wesoło, wręcz mam wrażenie, że coraz bardziej się komplikuje, a im bardziej się komplikuje, tym moje szanse bardziej lecą w dół.
– Tak myślisz? – szepnęła, czując radosne bicie serca, które jednocześnie pociągało za sobą tym silniejsze wyrzuty sumienia.
– Tego się obawiam, elfiku – odparł ciepło. – Oczywiście chciałbym, żeby było inaczej, i mam bardzo solidne podstawy do nadziei, ale muszę być realistą i brać pod uwagę również zły scenariusz. Taki, że albo pójdę va banque i dostanę po ryju… a w końcu pewnie to zaryzykuję, bo przyjdzie moment, że zwyczajnie nie wytrzymam… albo sprawa sama się rozmyje w sposób, który, jak w przypadku Ani, nie pozostawi mi wątpliwości, że od początku nie miałem czego u niej szukać. No, ale nie mówmy teraz o tym – urwał, a jego głos przybrał surowszy ton. – Jak już mamy gadać o takich rzeczach, to tylko na żywo, hmm? Przez telefon, o ile pamiętam, mieliśmy nie wchodzić na takie pola minowe, to wbrew zasadom filozofii księżycowej.
– Tak jest, szefie – zgodziła się Iza, która z całej jego pesymistycznej wypowiedzi wychwyciła i najbardziej zapamiętała tylko jedno optymistyczne sformułowanie, solidne podstawy do nadziei. – Fakt, że trochę zjechaliśmy z tematu, chociaż to wszystko jest ze sobą ściśle powiązane… Ale masz rację, o takich rzeczach lepiej mówić na żywo, a teraz musimy pilnie zająć się Kacprem. Zaraz zadzwonię do pana Stasia, co mam mu konkretnie powiedzieć? Tylko tyle, że dzisiaj przywieziecie go do domu?
– Tak, wstępnie tak mu powiedz i uprzedź, że ja też będę się z nim kontaktował, okej? Wyślij mi jego numer, a ja dam mu znać, co dokładnie planujemy, jak już książę menel obudzi się i będę w stanie ocenić jego dzisiejsze nastawienie do życia. Właściwie to, czekaj… – zawiesił na chwilę głos. – O wilku mowa, chyba już się budzi. Słyszę jakieś pomruki w jaskini, dlatego opuszczam już posterunek przy telefonie i idę do niego, muszę przypilnować frajera, żeby mi chałupy nie rozwalił.
– Jasne! Dzięki, Michasiu, leć, a ja wysyłam ci już numer do pana Stasia i dzwonię do niego. Daj potem znać, jaka sytuacja, dobrze?
– Oczywiście, elfiku. Je te tiendrai au courant[*]. Pa!
Iza uśmiechnęła się z uznaniem, doceniając francuskie słowa wypowiedziane z zadziwiająco prawidłową jak na niego wymową.
„Wyrabiasz się, promyczku” – pomyślała po zakończeniu połączenia, wyszukując i kopiując numer telefonu pana Stanisława. – „Za każdym razem, kiedy wtrącasz coś po francusku, brzmisz coraz lepiej, jakbyś uczył się tego języka za moimi plecami, a przecież wiem, że nie masz na to czasu… hmm, ciekawe. No, ale mniejsza o to, teraz trzeba ogarnąć Kacpra, to jest dzisiaj najpilniejsze. Biedak, że też musiała go tak szybko dopaść ta nieszczęsna klątwa!”
***
– Między nimi dzieje się coś dziwnego – tłumaczyła Iza rodzicom, wpatrując się w ich porcelanowe zdjęcia na zasypanym śniegiem nagrobku. – On z jednej strony mówi, że ma solidne podstawy do nadziei, a z drugiej, że ciągle tkwi w klinczu i na razie nie może nic zrobić. Nie wiem, o co chodzi, ale ewidentnie tam jest jakaś blokada, na której zdjęcie potrzeba mu więcej czasu, a ja niby mu współczuję i chciałabym, żeby był szczęśliwy, a tak naprawdę cieszę się z każdego wygranego dnia. Bo dla mnie jego porażka jest wygraną… to okropne, prawda?
Wizyta na cmentarzu, na której bardzo jej zależało, odkąd przyjechała do Korytkowa, była możliwa dopiero dzisiaj, kiedy prowadzącą tam drogą przez pola, dotąd całkowicie zasypaną śniegiem, wreszcie przejechał załatwiony przez sołtysa pług. Informację o tym z samego rana przyniosła Dorota, a ponieważ w trakcie nocy miały przyjść kolejne opady śniegu, Iza uznała, że musi skorzystać z okazji i zajrzeć w odwiedziny do rodziców, zanim białe zaspy na nowo odetną jej drogę.
Jak zwykle wizyta w tym spokojnym miejscu, tonącym w atmosferze zadumy, a dziś też w białym, dziewiczym puchu, stała się dla niej okazją do wyciszenia zmysłów i otwarcia duszy, bezpiecznego wyrzucenia z siebie tego, co ją nurtowało, ubrania tłukących się w głowie myśli w konkretne słowa rozmowy. Czy zresztą nie na tym zasadzała się każda jej interwencja dobrej wróżki? Majk bardzo trafnie to wychwycił, za każdym razem podkreślał, jak ważna jest możliwość otworzenia się przed kimś zaufanym, ona zaś, jak zapewniał, w roli zaufanego rozmówcy była zdecydowanie najlepsza. Powtarzali jej to zresztą też inni i to było miłe, jednak i ona czasem potrzebowała takiego psychologicznego zabiegu – już nie jako terapeuta, a jako pacjent. Niestety, nie miała nikogo, przed kim odważyłaby się zdradzić swą największą tajemnicę, dlatego tak bardzo lubiła rozmawiać ze zmarłymi.
Dziś, jako że cmentarz był całkowicie pusty i na śniegu nie widać było śladów niczyich stóp, miała pewność, że jest tu całkowicie sama, i zamiast w myślach, mogła rozmawiać z rodzicami na głos. Co prawda, nie chcąc zakłócać spokoju i zimowej ciszy tego miejsca, mówiła bardzo cicho, półgłosem, ale to wystarczało, by zmusić ją do jasnego werbalizowania tego, co miała do powiedzenia, to zaś w reakcji zwrotnej pozwalało jej lepiej zebrać myśli. Podobnie jak podczas ostatniej wizyty na grobie pana Szczepana, najpierw długo opowiadała im o sprawach innych, zwłaszcza o Kacprze, Agnieszce i Piotrku, Zbyszku i Zosi, rozmowie z Beatą, a także o swoich przemyśleniach a propos działań Krawczyka występującego pod szyldem Rolskiego i dopiero na koniec przeszła do spraw osobistych, które streszczały się w jednym słowie – Majk.
– Na tym zdjęciu od Lodzi ma bardzo smutne oczy, chociaż z wierzchu niby się uśmiecha – relacjonowała. – Znam go dobrze, on zawsze tak ma, kiedy coś go gryzie, a wydaje mi się, że ostatnio to się dzieje coraz częściej. Gada też ciągle o tych klinczach, o tym, że chciałby się uwolnić, a ja, zamiast mu współczuć, czuję ulgę, że klincz nadal trwa, bo dzięki temu nadal jestem mu potrzebna. Jestem beznadziejną egoistką, a z drugiej strony desperatką, wiem. Pewnie wstydzicie się za mnie, co? Zwłaszcza ty, tato – uśmiechnęła się smutno do zdjęcia ojca. – Ale co ja poradzę, że mam serce po tobie? Zamknęłam w nim mojego promyczka i już nigdy go stamtąd nie wypuszczę, nie wyobrażam sobie, że mogłabym się z niego wyleczyć tak, jak wyleczyłam się z Miśka. To by było wbrew logice i wbrew naszym ideałom… moim, waszym, Meli… my obie jesteśmy takie jak wy. A on? Tato, jak myślisz? – spoważniała, znów skupiając wzrok na porcelanowej twarzy ojca. – Pomyliłam się po raz drugi? Wpakowałam się w ślepą uliczkę? Czy jednak jest dla mnie jeszcze jakiś cień szansy, że kiedyś… że może…
Urwała, kręcąc głową, zawstydzona własnymi słowami, które jednak dalej cisnęły jej się na usta, płynąc z głębi serca. Zresztą dlaczego miała się wstydzić tych pytań? I komu miała je zadać, jeśli nie im?
– Cały czas o tym myślę, wiecie? – ciągnęła z namysłem. – O tym, co kiedyś powiedział mi o rozczarowaniu, a ostatnio też o tym, że dopóki sprawa jest w toku, nie wolno wyciągać pochopnych wniosków. Obiektywnie ma sto procent racji, dopóki życie trwa, niczego nie można przesądzać, ale to wcale nie tak łatwo zastosować w praktyce, zwłaszcza kiedy raz już oberwało się po głowie za snucie nieuzasadnionych złudzeń. A z drugiej strony gdybyście widzieli tamten księżyc o drugiej nad ranem w Nowy Rok… Patrzył na mnie jego oczami i to tak jak jeszcze nigdy! Dopiero później okazało się, że owszem, patrzył, tyle że nie na mnie, a ja po prostu w jakiś niewytłumaczalny sposób to widziałam. Księżycowe dusze mają moc, której same do końca nie ogarniają, i to chyba musiało być to…
Zimny podmuch wiatru zerwał niewielki śnieżny nawis nad zdjęciem ojca, w powietrzu zatańczyły drobniutkie płatki śniegu.
– A wracając do idei rozczarowania – podjęła żywiej Iza – to przed nikim oprócz was się do tego nie przyznam, ale prawda jest taka, że marzę o tym, żeby w jej przypadku on się jednak rozczarował. Co tu dużo mówić… nie lubię Natalii. Od początku, zwłaszcza odkąd zrozumiałam, że on się w niej zakochał, staram się ją polubić, ale nie potrafię. Nie wiem, czy to tylko przez zazdrość, czy tak po prostu, mam wrażenie, że zazdrość to wzmacnia, ale gdyby jej nie było, i tak czułabym to samo. Problem w tym, że gdyby Nata była taka jak Ania albo Lodzia, to paradoksalnie byłoby mi łatwiej… Do Ani od samiutkiego początku czułam sympatię, to osoba, której nie da się nie lubić, nie cenić, nie podziwiać… Owszem, wiem, że w jej przypadku to nie było to samo, bo kiedy poznałam Majka, on u niej już dawno nie miał szans, sprawa była zamknięta od lat, więc niby nie miałam powodów do zazdrości. Niby… a i tak byłam o nią zazdrosna – przyznała się ze smutną rezygnacją. – I to nawet nie tyle o Anię, co o Anabellę, ktokolwiek by nią nie był.
Kolejny podmuch wiatru poderwał sypkie płatki śniegu z płyty nagrobnej, strząsnął ich też trochę z rosnącej niedaleko wysokiej tui, aż niektóre z nich sfrunęły na twarz Izy i osiadły na niej, roztapiając się z charakterystycznym szczypaniem na jej policzkach. Ona jednak, zaaferowana tokiem swoim rozważań, prawie nie zwróciła na to uwagi.
– Tyle że Ania w tej roli była nie do podważenia – ciągnęła. – A Nata? Niby jest równie piękna, ma mega rasową urodę, olśniewający uśmiech, w ogóle z wyglądu jest kobietą z najwyższej półki, nie dziwię się, że w przeszłości szalało za nią tylu facetów i że teraz on też się na to… złapał – zawahała się. – Nie, to nie jest dobre słowo, po prostu niedziwne, że mu się spodobała, jest kobietą dokładnie w jego typie – poprawiła się ze wstydem. – Jestem okropna, że tak gadam, wiem… Chciałam powiedzieć tylko tyle, że wygląd to nie wszystko i o ile Ania ma też cudowny charakter i osobowość, o tyle w Natalii nie ma nic, co by mnie pociągało… urzekało… no, rozumiecie. Wiadomo, nie jestem mężczyzną, ale gdyby ona miała w sobie to co Ania, od razu bym to wyczuła, a jakoś nie wyczuwam, w ogóle nie ma między nami nici porozumienia. A on? Przecież znam jego księżycową duszę i wiem, czego pragnie, przynajmniej tak mi się wydaje… W przypadku Ani nie dziwiło mnie, że właśnie ją wybrał, że to ona była jego Anabellą, zresztą to na jej imionach ukuł to słowo i ono idealnie oddaje jej naturę. Natomiast w przypadku Natalii trochę mnie to dziwi, nie chce mi się wierzyć, że on, właśnie on, aż tak dał się olśnić urodą, że zapomniał o całej reszcie. Ale kto wie? Może właśnie tak jest? A może ona ma jakieś inne zalety, których ja na razie nie dostrzegam?
Przeniosła teraz wzrok na fotografię matki, do której z roku na rok coraz bardziej podobna stawała się Amelia, i uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
– Wiem, nie powinnam tak mówić, pewnie nie jesteś ze mnie dumna, mamo, ale przecież nikomu innemu tego nie powtórzę, zwłaszcza jemu. Tylko wam mówię, co naprawdę myślę, nawet to, czego sama się najbardziej wstydzę. A prawda jest taka, że po cichu liczę, że on się nią rozczaruje… Dlatego każdy sygnał, który to potwierdza, każdy moment, kiedy mówi mi o klinczach, o problemach, o tym, że niczego nie może być pewien, że musi czekać, każde takie smutne spojrzenie w jego oczach jak to z przedwczorajszego zdjęcia od Lodzi, to wszystko są dla mnie takie maleńkie jaskółki nadziei… takie chwile, kiedy czuję ulgę w sercu, chociaż niby nie mam powodu, bo to mogą być tylko przejściowe trudności, a wszystko i tak skończy się szczęśliwie. Szczęśliwie oczywiście dla niego i dla niej… chociaż czy na pewno? Czy on faktycznie będzie z nią szczęśliwy?
Podmuch wiatru tym razem stał się tak silny, że z gałęzi tui spadła cała chmura śnieżnych drobinek, na chwilę przysłaniając jej widok na zdjęcia rodziców. Mimo woli pomyślała, że to dziwne, bo niebo było czyste, a przez całą drogę, kiedy tu szła, nie było przecież wiatru. Czy to oznaczało nadchodzącą zmianę pogody?
– Gdybym chociaż miała tę pewność… Bo wiecie – podkreśliła wyjaśniająco – to z mojej strony nie jest taki całkiem czysty egoizm, ja przede wszystkim chciałabym dobrze dla niego. Gdybym miała gwarancję, że będzie z nią szczęśliwy, pewnie podchodziłabym do tego inaczej, ale ja po prostu tej gwarancji nie mam. Kiedy wyobrażam sobie Natalię u jego boku, coś mi w tym obrazku przeszkadza i to nie jest tylko zazdrość, a jeszcze coś innego. Mam przecież świadomość, że nie powinnam robić sobie nadziei i ulegać złudzeniom, bo to potem kosztuje zbyt wiele, ale… Nie – przerwała twardo sama sobie. – Chyba zaczynam ściemniać, a przecież miałam być z wami w stu procentach szczera. Tak naprawdę to, jak już mówiłam, wolałabym, żeby się rozczarował, a ściślej, żeby ona… dobra, powiem to, uwaga!… żeby ona złamała mu serce.
Ostatnie słowa wyrecytowała uroczystym tonem i urwała zażenowana, jednak fakt, że wypowiedziała je na głos, przyniósł jej chwilową ulgę.
– Wiadomo, że wtedy znowu by cierpiał i byłoby mi go strasznie szkoda – zaznaczyła tonem usprawiedliwienia – ale przecież nie zostałby bez wsparcia, bo ja byłabym przy nim i ufam, że jakoś udałoby mi się go pocieszyć. Powoli, cierpliwie wyciągnęłabym go z psychicznego dołka, a wtedy może on… ech, co ja wygaduję! – skarciła samą siebie z rezygnacją. – Przepraszam, mamo i tato, to jest jednak dla mnie zbyt skomplikowane. Gubię się już we własnych myślach, miotam się i nie wiem, co robić, a wy mi tego niestety nie powiecie. Gdybym tak mogła skonsultować to z kimś zaufanym… z kimś, kto nie tylko by słuchał, ale i odpowiadał… kto by spojrzał na to z boku i coś mi doradził…
I znów podmuch wiatru, jakby w reakcji na jej słowa. Przez ułamek sekundy, kiedy drobne śnieżynki przysłoniły leciutką mgłą zdjęcie ojca, Izie zdało się, że widzi na nim zupełnie inną twarz – brodatą twarz księdza Tomasza o ciepłym spojrzeniu przenikliwie w nią wpatrzonych oczu. Trwało to tak krótko, że zapewne było tylko złudzeniem, jednak ona nie miała wątpliwości, że była to odpowiedź.
– Rozumiem – pokiwała powoli głową, nie spuszczając wzroku z fotografii ojca. – Mam porozmawiać o tym wszystkim z księdzem Tomaszem i poprosić go o radę, a potem zdać się na nią… tak?
Śnieg znów zawirował pod podmuchem wiatru, a przez białe drobinki zdało jej się, że na twarzy ojca na króciutką chwilę pojawił się akceptujący uśmiech.
– Dobrze, tato – szepnęła. – Dzięki za radę, tak właśnie zrobię. Jeśli tylko on zgodzi się mnie wysłuchać, opowiem mu wszystko, poproszę o wskazówki i będę się ich trzymać. Zresztą i tak już od jakichś dwóch miesięcy o tym myślę, ale teraz zajmę się tym aktywnie, obiecuję.
***
Kiedy Iza zbliżała się już do domu w drodze powrotnej z cmentarza, z kieszeni jej kurtki dobiegł sygnał przychodzącego smsa. Był to Kacper.
Iza, jutro wracam do roboty. Nie poddam się. Dzięki za wszystko.
Uśmiechnęła się z satysfakcją, otwierając okienko edycji, by w odpowiedzi wysłać mu kolejne słowa wsparcia. Od wczoraj, odkąd wrócił do domu pod kontrolą Majka i Chudego, rozmawiała z nim telefonicznie już kilka razy i z każdą taką rozmową zauważała u niego pewien psychiczno-emocjonalny progres. Co prawda wciąż tkwił w rozpaczy, która, jak zapewniał, nie minie mu nigdy, chyba że Kasia jednak do niego wróci, ale nie wykazywał już szalonych odruchów autoagresji, a zwłaszcza zapędów samobójczych, co w ogromnym stopniu, jak wynikało z jego własnych słów, było zasługą Majka.
Nie wiem, jak ja się odwdzięczę szefowi – zapewnił ją wczoraj, kiedy późnym wieczorem podźwignął się już nieco z objawów kaca i mogli porozmawiać przez telefon po raz drugi. – Po tym, jak pogadał ze mną w poniedziałek i opowiedział mi różne rzeczy o sobie, a potem też to, co nagadał mi dzisiaj, kiedy się zbudziłem… po tym wszystkim to ja już zupełnie inaczej myślę, Iza. Jakbym, kurde, wszedł na inny poziom rozumu. Ty też mi to wszystko mówiłaś, ale dopiero jak on to powtórzył, to… jednak miałaś rację, nie ma to jak pogadać jak facet z facetem. Nie wiem, jak ja dalej będę żył… bez mojej Kasieńki to nie ma sensu… ale zabijać się też nie ma sensu i ja już to rozumiem.
Wczorajsza wielotorowa akcja stawiania Kacpra na nogi zaangażowała zresztą nie tylko wysiłek Majka, choć ów w wielkim stylu odegrał rolę głównodowodzącego, ale również Chudego, który pomagał mu w przetransportowaniu go na Narutowicza, a także pana Stanisława, który według wskazówek Izy zajął się nim w domu. Ona sama także brała udział w kolejnych etapach skoordynowanych działań, co prawda tylko drogą telefoniczną, ale – jak zapewnił ją Majk – było to absolutnie kluczowe dla przywrócenia Kacpra do stanu względnej równowagi psychicznej. Dziś, kiedy przewalczył już kaca i nabrał odrobinę dystansu do środowych wydarzeń, rozmowa z nim była zupełnie inna, o wiele bardziej konstruktywna, choć nadal emocjonalnie trudna.
Z nieskładnej opowieści, jaką oboje z Majkiem zdołali z niego wydusić, wyłaniał się obraz środowej rozmowy z Kasią i wyglądał on niestety bardzo źle. Dziewczyna w milczeniu, nie przerywając mu, wysłuchała wszystkiego, co miał jej do powiedzenia, jednak na koniec stanowczo podtrzymała swoją decyzję o zerwaniu zaręczyn i oznajmiła, że nie może mu zaufać po raz drugi. O rozstaniu poinformowała już zresztą swoich rodziców, co w jej przekonaniu jednoznacznie przesądzało o dalszych losach sprawy, i poprosiła go, by od tej pory nie szukał już z nią kontaktu, ponieważ ona go nie chce, a jeśli będzie do niej wydzwaniał i zasypywał ją smsami, zmieni numer telefonu. Tym, co najbardziej zwróciło uwagę zarówno Izy, jak i Majka, był fakt, że rozmawiała z nim spokojnie i bez emocji, jak automat, co Kacper podkreślał wiele razy, mimo że sam zdawał się pamiętać wszystko niedokładnie, jak przez mgłę, a każde zejście na ten temat natychmiast rozstrajało mu nerwy i doprowadzało do lawiny łez.
Ów silny kontrast między zachowaniem Kacpra i Kasi stał się głównym tematem kolejnej rozmowy Izy z Majkiem, bo o ile reakcje Kacpra, jak zwykle gwałtowne, hałaśliwe i pełne skrajnych emocji, w tej sytuacji nie dziwiły nikogo, o tyle zimna, twarda postawa dziewczyny, która jeszcze niedawno deklarowała narzeczonemu płomienną miłość aż po grób, była zastanawiająca. Wnioski z analizy tego nietypowego zachowania były dwa – albo Kasia, głęboko rozczarowana i urażona w swej kobiecej dumie, nie mówiła tego, co naprawdę myślała, i wolała poświęcić własne uczucie na rzecz honoru oraz ukarania Kacpra za kłamstwo i nieszczerość, albo na spotkanie przyszła na jakichś lekach uspokajających, które skutecznie wygasiły w niej emocje i zamieniły w zadaniowo działającego robota.
Jedno i drugie jest prawdopodobne – podsumował Majk. – I chyba dla Kacpra lepsza byłaby ta druga opcja. Tak czy siak powiedziałem mu, że jeszcze jest za wcześnie, żeby wpadać w czarną rozpacz, bo kiedy emocje opadną, Kaśka może zmienić zdanie. Wiem, że to jest niepotrzebne podsycanie w nim nadziei, ale musiałem to powiedzieć, żeby trochę podnieść go do pionu, a poza tym takie jest naprawdę moje zdanie.
Bardzo dobrze zrobiłeś – zapewniła go Iza. – Ja powiedziałam mu mniej więcej to samo. On nam obojgu bardzo ufa, a jeśli nie będzie miał nadziei, nie upilnujemy go i prędzej czy później zrobi coś głupiego.
Efekt tych ustaleń wydawał się pozytywny, bowiem Kacper, tonący w rozpaczy, ale mimo to odrobinę podniesiony na duchu ich wspólnym zapewnieniem, że może jeszcze nie wszystko stracone, sam doszedł do wniosku, do jakiego usiłowali go dyskretnie skłonić – że choćby nie wiadomo, co się działo, musi cierpliwie poczekać na swoją drugą szansę, a do tego czasu próbować jakoś dalej żyć. Sms, który przyszedł przed chwilą, był jasnym potwierdzeniem, że jego działania w tej sprawie idą w dobrym kierunku, tym bardziej że jego powrót do pracy był pożądany również z punktu widzenia interesu firmy.
Wyklepywanie zmarzniętymi palcami na klawiaturze telefonu treści smsa zwrotnego zajęło jej uwagę na tyle, że kiedy wreszcie go wysłała i podniosła głowę, okazało się, że minęła już hotel Krzemińskich i znajdowała się dosłownie dwadzieścia metrów od furtki swego domu. W tym samym momencie za jej plecami rozległ się szum silnika samochodu, a ponieważ droga była zwężona przez zalegający wszędzie śnieg, dla własnego bezpieczeństwa zeszła z szosy na zasypane pobocze i przystanęła tam, by przepuścić auto. Odruchowy rzut oka wystarczył, by dostrzec, że nadjeżdżającym bardzo powoli samochodem było dobrze jej znane czarne BMW Michała Krzemińskiego, który we własnej osobie siedział za kierownicą. Nim zdołała zareagować, za przednią szybą auta dostrzegła fosforyzujący błękit jego oczu – patrzył prosto na nią, tak otwarcie i przenikliwie, że po karku mimo woli przeszedł jej zimny prąd.
„A niech to!” – pomyślała z niechęcią, natychmiast odwracając wzrok i udając, że dopina kieszeń kurtki, do której przed chwilą schowała telefon. – „Zabrakło mi paru metrów, żeby na niego nie wpaść, co za cholerny pech! No jedź, jedź już sobie… nawet nie próbuj się tu zatrzymywać!”
Michał minął ją, jeszcze bardziej zwalniając, po czym, jakby odczytawszy jej niemy komunikat, przyśpieszył nagle gwałtownie i w podobny sposób jak kilka dni temu, kiedy przez okno obserwowały go z Agnieszką, z przenikliwym rykiem silnika, na pełnej prędkości odjechał w stronę Małowoli.
„Uff!” – odetchnęła z ulgą Iza, wracając z zaspy na szosę i prężnym krokiem zmierzając do furtki swej posesji. – „Co za nieprzyjemna okoliczność, brr!… No, ale trudno, muszę się przyzwyczaić, że to się czasem będzie zdarzać. A teraz szybko do domu, muszę pomóc Meli przy obiedzie!”
______________________________________
[*] Je te tiendrai au courant (fr.) – będę cię na bieżąco informował.