Anabella – Rozdział CCXXXIII
Knajpka, którą Iza z Małgosią Zielińską wybrały na tajne spotkanie, znajdowała się w jednej z bocznych uliczek odchodzących od rynku w Radzyniu i nie należała do zbyt wykwintnych, raczej przypominała pośledniej jakości bar. Jednak właśnie to Małgosia uznała za największy atut, zależało jej bowiem bardzo, by spotkanie, na które każda z nich dotarła niezależnie innym środkiem transportu, odbyło się w jak najściślejszej tajemnicy.
– Bardzo ci dziękuję, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać – powiedziała, kiedy po analizie skromnego menu zamówiły sobie po kawie z mlekiem i porcji sernika z truskawkami. – Wiem, że ten wyjazd do Radzynia to był dla ciebie dodatkowy kłopot, zabieram ci przez to kilka godzin, a jest sobota i może chciałabyś spędzić ten wieczór inaczej…
– Dobra, bez wstępów – przerwała jej spokojnie Iza. – Mówiłam, że dzisiaj mam czas, a do Radzynia chętnie się przejechałam, od rana siedziałam w domu, więc zawsze fajnie się dotlenić. Do rzeczy. O czym chciałaś ze mną mówić?
Małgosia nerwowym gestem wrzuciła do kawy kostkę cukru i zabrała się za jej energiczne mieszanie.
– Wiesz chyba – odparła ostrożnie. – Zośka mówiła, że wszystko ci przekazała.
– Czy wszystko, to nie wiem. Owszem, naszkicowała mi mniej więcej, o co chodzi, ale jednak chcę usłyszeć to bezpośrednio od ciebie. W tak delikatnych sprawach lepiej nie zdawać się na pośredników.
– No tak… dobrze. Tak krótko, to po prostu chodzi o pracę – spojrzała na nią niepewnie. – O to, że chciałabym się przenieść do was. Jeśli to możliwe oczywiście.
– Dlaczego chcesz się przenieść? – zapytała rzeczowo Iza.
– Dlatego że mam już dość pracy u Krzemińskich – odparła stanowczo Małgosia, zagryzając wargi. – Tam jest taka atmosfera, że aż się nie chce rano wstawać, to mnie kosztuje za dużo nerwów. A teraz, jak jest ten Witczak… no wiesz, ten nowy menedżer, co zarządza hotelem, kiedy nikogo z Krzemińskich nie ma… to jest jeszcze gorzej niż wcześniej – skrzywiła się. – Bo on jest taki sam jak oni, a czasami nawet wyłazi z niego jeszcze większy cham. Pewnie zresztą za to mu płacą.
– Rozumiem – skinęła głową Iza. – I nie wnikam w to, każdy zarządza swoją firmą tak, jak uważa za stosowne. Dlaczego chcesz się przenieść właśnie do nas?
– Z dwóch powodów – odparła bez wahania Małgosia. – Po pierwsze dlatego, że już od niejednej osoby słyszałam, że u was pracuje się za trochę mniejsze pieniądze, ale za to w zupełnie innej, normalnej atmosferze, a dla mnie atmosfera jest o wiele ważniejsza niż pieniądze. A po drugie… wiadomo, jakie macie relacje z Krzemińskimi – spojrzała na nią znacząco. – Jesteście z całkowicie innego obozu, a ja chciałabym dołączyć do was, żeby odciąć się od nich raz na zawsze.
– Aż tak ich nie lubisz? – zdziwiła się Iza.
– Nie cierpię. Jakbym ci opowiedziała, jak oni potrafią się zachowywać, jak się odnoszą do swoich pracowników, to pewnie nawet byś nie uwierzyła. A ja już mam dość oglądania tego i jeszcze udawania, że jestem po ich stronie.
– Uwierzyłabym – zapewniła ją spokojnie Iza. – Znam ich trochę, pewnie i tak nie do końca, ale jednak trochę znam. A co do udawania, że jesteś po ich stronie, to dlaczego miałabyś to robić? Decyduje lojalność zawodowa, to, że ci płacą? Czy bardziej koneksje twojej rodziny z ich rodziną?
– I jedno, i drugie – odparła ponuro Małgosia. – W sumie nie to, że decyduje, bo ja właśnie nie chcę tego robić, ale masz rację, że to o to chodzi. Zwłaszcza o te koneksje, jak to nazwałaś… To jest dla mnie największa pułapka i w końcu chciałabym się z niej uwolnić, nie być od nich w żaden sposób zależna.
– A co na to twoja mama?
– Pff! – wydęła wargi Małgosia, nerwowym gestem sięgając po serwetkę i mnąc ją w dłoni. – Mama. Już ze sto razy się z nią o to pokłóciłam. Ciągle mi wmawia, że bez Krzemińskich bym sobie nie poradziła, że tyle im zawdzięczam i jeszcze mi źle, a ja burzę się, bo wcale nie chcę im nic zawdzięczać. Wolę sama na siebie pracować, a nie liczyć na czyjąś łaskę i mieć przez to związane ręce.
– Kapuję. Ale jednak praca u nas to nie jest dla ciebie jedyne możliwe rozwiązanie, a obiektywnie patrząc, wydaje się, że to jest wręcz najgorsza opcja, jaką masz do wyboru.
– Najgorsza? – Małgosia spojrzała na nią z mieszaniną zdziwienia i niepokoju. – Dlaczego?
– Ze względu na konsekwencje społeczne – wyjaśniła Iza. – Nie boisz się, że jeśli rzucisz pracę u Krzemińskich i przyjdziesz do nas, skłócisz się z rodziną? Twoja mama będzie na ciebie o wiele bardziej zła, niż gdybyś poszła pracować gdziekolwiek indziej.
– No tak, i bardzo dobrze – wzruszyła butnie ramionami Małgosia. – Bardzo proszę, niech się wścieka, może jeszcze niech wywali mnie z domu? Życzę powodzenia. I tak nic z tego nie będzie, bo tata już od dawna jest po mojej stronie.
– Aha – uśmiechnęła się lekko Iza. – To trochę zmienia postać rzeczy.
– No. Zmienia, bo Krzemińscy wkurzają i jego, a jakbym mu powiedziała, co tam się dzieje w tym hotelu, to sam by mi kazał stamtąd spadać. I to natychmiast. Na razie nic mu nie mówię, bo nie chcę, żeby się kłócił z mamą, wolę już, żeby wszystko było na mnie, ale jakby zrobiła się z tego jakaś poważniejsza afera, to wiem, że by mnie poparł.
Drzwi knajpki szczęknęły i do środka weszła jakaś młoda dziewczyna o długich, brązowych włosach, rozglądając się niepewnie, jakby była tu po raz pierwszy. Zawahała się na środku niewielkiej sali i po chwili namysłu udała się do stolika znajdującego się najdalej od drzwi, przy załomie ściany w samym kącie. Iza omiotła jej postać obojętnym spojrzeniem i znów przeniosła wzrok na Małgosię.
– To dobrze – odparła spokojnie. – Tylko nadal nie do końca rozumiem, dlaczego na własne życzenie chcesz rozpętać taką burzę w szklance wody. Niezależność od Krzemińskich, okej, to jest argument, ale dlaczego u nas? Równie dobrze mogłabyś być niezależna u kogoś innego, bardziej neutralnego.
Małgosia milczała przez chwilę, a jej twarz oblekła się smutkiem i rozczarowaniem.
– Czyli nie mam szans na pracę u was? – zapytała cicho.
– Tego nie powiedziałam – zaznaczyła Iza. – Zwłaszcza że nie jestem decydentką w firmie mojej siostry, musiałabyś rozmawiać o tym bezpośrednio z nią, ja nie mogę ani ci odmówić, ani niczego obiecać. Chcę tylko zrozumieć sedno twojej prośby, bo wydaje mi się trochę dziwna, a na pewno niezbyt korzystna zarówno dla ciebie, jak i dla nas.
– No tak – pokiwała głową Małgosia. – Zośka powiedziała coś takiego… właściwie to zasugerowała, ale teraz już rozumiem, co miała na myśli. Boisz się, że jestem szpiegiem mojej mamy, tak? – spojrzała na nią smutno. – I że chcę się do was wkręcić, żeby zdobyć wasze zaufanie, a potem kablować Krzemińskim, co się u was dzieje?
Iza pokręciła głową z westchnieniem.
– Sama nie wiem – odparła ostrożnie. – Ale nie mogę zaprzeczyć, że kiedy Zosia wspomniała mi o tym, taka myśl przeszła mi przez głowę. Zwłaszcza zastanowiło mnie, dlaczego nie chcesz rozmawiać bezpośrednio z moją siostrą, tylko ze mną. Tak jakbyś uważała mnie za jakieś… czy ja wiem?… słabe ogniwo w tym łańcuchu. I jakbyś zakładała, że ze mną pójdzie ci łatwiej niż z Amelią.
Małgosia spojrzała na nią jak na wariatkę.
– Słabe ogniwo? – prychnęła z ożywieniem. – No co ty, Iza! Właśnie na odwrót, najsilniejsze! Fakt, że z tobą mniej boję się rozmawiać, ale to nie dlatego że uważam cię za słabe ogniwo, tylko… Dobra, powiem ci – oznajmiła stanowczym tonem, wyprostowując się na krześle. – Najważniejszym powodem, dla którego chciałabym się do was przenieść, jesteś właśnie ty.
– Ja? – zdumiała się Iza, otwierając szeroko oczy. – Jak to?
– Mówiłam już trochę Zośce, ale nie do końca, bo to mogę powiedzieć tylko tobie – wyjaśniła dziewczyna, zerkając na nią uważnie i znów jakby tracąc pewność siebie. – Mówiłam jej o tym, że one… znaczy moja mama, Krzemińska i Maliniakowa, bo na pewno wiesz, że one ciągle się spotykają na plotki i często robią to u nas… że one nieraz różne rzeczy na ciebie gadały. Nie wiem, czy Zośka ci to powtórzyła, ale…
– Tak, powtórzyła – skinęła spokojnie głową Iza. – A raczej wspomniała, bo ja nie dopytywałam jej o szczegóły. Wyobrażam sobie, co o mnie mówiły i w jakim tonie, nie jest to dla mnie nic zaskakującego i ani trochę się tym nie przejmuję.
– To dobrze – odparła cicho Małgosia. – Bo ja przejmuję się bardzo, i to już od dawna. Zośka nie zna szczegółów, bo jej ich nie mówiłam, to nie jej sprawa, mogę wszystko powtórzyć tylko tobie, o ile będziesz chciała. Ale to nawet nie o to chodzi, Iza. Nie o te plotki.
– A o co?
– Znaczy o plotki trochę też – poprawiła się. – Ale bardziej o to, jak mnie to wkurza. One o różnych rzeczach plotkują, nieraz siedzą nawet pięć godzin u nas w salonie i nawalają na każdego po kolei, tata tego nie cierpi, dlatego jak wraca do domu, to zaraz rozgania towarzycho. Zresztą przy nim one się pilnują, ale mną się nie przejmują wcale, często nawet nie wiedzą, że ich słyszę. Nie podsłuchuję ich specjalnie – zaznaczyła – ale mam pokój nad salonem i jak w lecie są otwarte okna, to słychać u mnie dosłownie wszystko, każdziutkie słowo. A w zimie też po korytarzu się niesie, one mają bardzo mocne głosy i jak zaczną o czymś gadać, to się aż przekrzykują, umarłego z trumny by wykurzyły tym wrzaskiem.
Iza skrzywiła się lekko, wyobrażając sobie te rozmowy i mimo woli stawiając się na miejscu Małgosi, która bez przerwy musiała tego wysłuchiwać.
„Nawet święty by fioła dostał” – przemknęło jej przez głowę. – „Współczucie.”
– Ale to nawet mniejsza o to – machnęła ręką Małgosia. – Ja już się do tego przyzwyczaiłam, one przecież tak od zawsze, więc nawet mnie to nie rusza, puszczam mimo ucha. No, może czasem, jak jadą po całości po kimś niewinnym i akurat robią to przy mnie, to zdarza się, że się odezwę, coś tam na nich fuknę, ale one i tak to olewają. W ogóle nie liczą się z moim zdaniem, jakbym dalej była małym dzieckiem – znów wydęła wargi. – Więc zwykle nawet nie chce mi się reagować, wiem, że to i tak nic nie da, szkoda mi na to nerwów. Jest tylko jeden temat, który za każdym razem podnosi mi ciśnienie – zaznaczyła, patrząc na nią wymownie. – Twój.
– Mój – powtórzyła z niedowierzaniem Iza. – Dlaczego właśnie mój?
– No właśnie – odparła cicho Małgosia, odwracając oczy, jakby z zawstydzeniem. – Tego Zośka nie wie, bo ja nikomu nigdy o tym nie mówiłam, ale tobie dzisiaj powiem. Tylko nie śmiej się ze mnie, Iza, dobrze?
– Nie mam zamiaru się śmiać – zapewniła ją jeszcze bardziej zdziwiona. – Dlaczego miałabym to robić?
– Bo to pewnie głupio zabrzmi, może zresztą nawet mi nie uwierzysz, może dalej będziesz myśleć, że próbuję cię podejść, żeby wkręcić się do was jako szpieg Krzemińskich. Ale ja mówię prawdę, przysięgam – uroczystym gestem położyła sobie rękę na sercu. – Przysięgam na moje życie i na co tylko chcesz, że nie okłamuję cię i nie jestem żadnym szpiegiem. Że mówię świętą prawdę i…
– Przestań, Małgosiu – przerwała jej łagodnie Iza, wyciągając rękę i kładąc jej ją na przedramieniu. – Nie przysięgaj, nie trzeba. Ja ci wierzę.
Ku jej jeszcze większemu zaskoczeniu w oczach dziewczyny niespodziewanie błysnęły łzy, które najwidoczniej ta pragnęła ukryć, bo celowo strąciła ze stołu serwetkę i schyliła się pośpiesznie, by ją podnieść, dyskretnie ocierając sobie przy tym oczy. Iza podniosła do ust filiżankę z kawą, dyplomatycznie udając, że nie zwraca na to uwagi.
– Dziękuję – odpowiedziała po kilku sekundach nieco drżącym ale spokojnym głosem Małgosia, podnosząc się i ukazując jej już całkowicie skomponowaną twarz. – Powiem ci wszystko od początku, bo to się zaczęło jeszcze w podstawówce, tylko wtedy to było tylko tak… z daleka.
– Co się zaczęło? – Iza spojrzała na nią podejrzliwie.
– Moja fascynacja tobą.
Na chwilę przy stoliku zapadła absolutna cisza, Iza patrzyła na Małgosię szeroko otwartymi oczami, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Fascynacja? – szepnęła w końcu.
– W takim sensie, że już wtedy strasznie chciałam poznać cię bliżej i się z tobą zaprzyjaźnić – mówiła dalej speszona Małgosia. – Chociaż w sumie to nawet nie wyobrażałam sobie, że to by się mogło stać naprawdę, byłaś dwie klasy wyżej i przyjaźniłaś się z Agnieszką Kmiecik, na mnie w ogóle nie zwracałaś uwagi. Ale ja na ciebie tak.
– Naprawdę? – wyszeptała z niedowierzaniem skrajnie zaskoczona Iza.
– Aha – uśmiechnęła się leciutko Małgosia. – Naprawdę. Nie wiem, skąd to się wzięło, po prostu miałaś w sobie coś takiego, że jako dziecko zwróciłam na ciebie uwagę, nie pamiętam już w której klasie, jakiejś piątej, może szóstej? Byłaś koleżanką ze starszej klasy, widywałam cię tylko na korytarzach, ty mnie nie zauważałaś, może dwa razy zamieniłaś ze mną jakieś słowo, jak na przykład spotkałyśmy się przypadkowo w kiblu albo coś… Ale zawsze, kiedy cię widziałam, cieszyło mnie to, spontanicznie czułam do ciebie sympatię i jakiś taki… podziw? – zastanowiła się. – Po prostu wyczuwałam w tobie tę klasę, którą teraz widać u ciebie po całości. Wtedy, jako dziecko, nie miałam świadomości, że nasze rodziny się nie lubią, w ogóle o takich rzeczach nie myślałam, więc to nie było żadną przeszkodą.
– Chciałaś się ze mną zaprzyjaźnić?
– Bardzo chciałam. Ale i tak wiedziałam, że to niemożliwe, byłam młodsza o dwa lata, w podstawówce to jest duża różnica, a ja nie miałam z tobą kontaktu, poza tym bardzo przyjaźniłaś się z Agnieszką, byłyście nierozłączne. Jak skończyłyście szkołę, razem poszłyście do liceum w Radzyniu, a ja zostałam w szkole w Korytkowie, potem sama poszłam do gastronomika w Łukowie i kompletnie straciłam cię z oczu. Tylko czasem widziałam cię z daleka w kościele albo gdzieś na wiosce, ale raczej rzadko. Do was do sklepu mama zabroniła mi chodzić – zaznaczyła. – Nie wiedziałam dlaczego, ale się jej słuchałam, a potem coraz częściej słyszałam, jak ona i te dwie czarownice źle o was mówią. To było, jak jeszcze twoja mama żyła, o niej też zresztą różne rzeczy gadały.
– Domyślam się – skrzywiła się Iza, wspominając zapamiętaną jak przez gęstą mgłę sprawę Zawisławskiego, która niewątpliwie w plotkarskich środowiskach Korytkowa odbiła się szerokim echem, a także nie tak dawne, niewybaczalne słowa Krzemińskiej nazywającej Klarę Wodnicką „żebraczką”. – Ale nie chcę znać szczegółów.
– Ja sama nawet ich nie pamiętam – zapewniła ją Małgosia. – Byłam mała, więc nie zwracałam na to uwagi, wiem tylko, że mówiły o was źle i uczyły mnie, że z wami lepiej nie mieć nic wspólnego. Wtedy, jako dziecko, brałam to na wiarę i nie dyskutowałam z tym, jak mama coś powiedziała, to tak było i już, ale pamiętam, że w środku się buntowałam, bo to mi nie pasowało do tego, co sama o tobie myślałam. A potem, im byłam starsza, tym bardziej wyrabiałam sobie własne zdanie w tej sprawie i coraz bardziej wkurzało mnie, kiedy słyszałam, jak one mówią o was różne głupie i niesprawiedliwe rzeczy. Bo ja już wtedy wiedziałam, że są niesprawiedliwe, i bardzo mnie bolało, że moja mama bierze w tym udział. I że moja rodzina jest w Korytkowie w przeciwnym klanie niż wasza, bo ja nigdy nie chciałam być przeciwko tobie.
– Hmm… to miłe, co mówisz, Małgosiu – odparła ostrożnie Iza. – Ale skąd taka różnica zdań i taka opinia o mnie? Przecież prawie mnie nie znałaś i nadal nie znasz, ja też zawsze kojarzyłam cię tylko z widzenia. Chyba nigdy jeszcze nie rozmawiałyśmy dłużej, chociaż niby od urodzenia mieszkamy w tym samym Korytkowie.
– Rozmawiałyśmy dwa razy – uśmiechnęła się Małgosia. – Ale tylko o jakichś drobiazgach, więc pewnie nawet tego nie pamiętasz. Nie zwracałaś na mnie uwagi, za to ja na ciebie tak. Widziałam na przykład, że podoba ci się Michał Krzemiński, już w podstawówce się za nim oglądałaś, potem nawet przez jakiś czas z nim chodziłaś, ale to się skończyło, jak twoja mama umarła. I potem znowu wróciło, w tamtym roku w wakacje, widziałam was razem w samochodzie, a raz byłaś u niego w hotelu, w tej prywatnej części.
– Zgadza się – pokiwała głową Iza, mimo woli krzywiąc się z niesmakiem. – Widzę, że faktycznie mnie obserwowałaś… No i co? Jak to odbierałaś? Przecież nie lubisz Michała Krzemińskiego.
– Nie cierpię – przyznała. – Nie lubiłam go od dzieciństwa, kiedy mama kazała mi się z nim bawić w czasie tych ich plotkarskich spotkań i któregoś razu zepsuł mi ulubioną lalkę. On też mnie zresztą nigdy nie lubił, a spotykaliśmy się dość często, potem zaczęłam też u nich pracować, więc ciągle go widywałam i dalej widuję. To jest taki typowy dupek – wzruszyła ramionami. – Niby ładny z gęby, ale dla mnie obrzydliwy, zwłaszcza przez to swoje chamskie zachowanie. Dlatego nieraz się dziwiłam, co ty w ogóle w nim widzisz.
– Ja teraz też się temu dziwię – zapewniła ją z przekąsem Iza. – Ale kiedyś idealizowałam go, bo byłam w nim śmiertelnie zakochana.
– Wiem – Małgosia spojrzała na nią porozumiewawczo. – Wszystko widziałam, obserwowałam cię z daleka. To, że zakochałaś się akurat w Michale, z jednej strony mi do ciebie nie pasowało, przynajmniej do tego wyobrażenia, jakie o tobie miałam… ale z drugiej cieszyłam się, że jeśli się z nim zgadasz i faktycznie kiedyś za niego wyjdziesz… a słyszałam, że w tamtym roku już były co do tego poważne plany… to nasze skłócone rodziny wreszcie się połączą, bo Krzemińska będzie musiała cię zaakceptować. A wtedy ja też mogłabym częściej cię widywać i może nawet mogłybyśmy się zaprzyjaźnić.
– Naprawdę tak do tego podchodziłaś? – pokręciła z niedowierzaniem głową Iza.
– Naprawdę. Ta moja fascynacja z podstawówki nigdy mi nie przeszła – uśmiechnęła się do niej na wpół znacząco, na wpół nieśmiało. – Zawsze myślałam o tobie dobrze, nawet kiedy udawałam przed mamą, że łykam te ich plotki, chociaż coraz częściej broniłam cię przed nimi otwarcie, bo szlag mnie trafiał, kiedy słuchałam, co o tobie wygadują. A kiedy twoja mama umarła, tak strasznie ci współczułam… naprawdę bardzo-bardzo.
– Miło mi to słyszeć – szepnęła Iza, czując w sercu mimowolne wzruszenie, że latami gdzieś w tłumie znajomych z Korytkowa miała taką cichą sojuszniczkę.
– Tak. Byłam na pogrzebie, ty mnie pewnie nie widziałaś, ale byłam tam z rodzicami. Mama z Maliniakową i Krzemińską poszła na pogrzeb głównie dla sensacji, po to, żeby pokazać się przed ludźmi, a potem mieć o czym plotkować, ale ja i tata byliśmy tam z serca. Widziałam, że on też wam współczuje, a mnie to tak się płakać chciało… Bardzo chciałam podejść do ciebie i cię przytulić, powiedzieć ci coś miłego, ale mama nie szła składać wam kondolencji, to i ja nie poszłam. I potem tego żałowałam.
– Nic o tym nie wiedziałam – odparła cicho Iza. – Nic a nic, nawet by mi nie przyszło na myśl, że mam w tobie tak przyjazną duszę.
– Miałaś zawsze – zapewniła ją nieco drżącym głosem Małgosia. – Lubiłam cię i podziwiałam na odległość, chociaż prawie się nie znałyśmy, a odkąd pojechałaś na studia do Lublina i przyjeżdżałaś tylko od czasu do czasu, zmieniłaś się też z wyglądu. Wypiękniałaś, zaczęłaś się też inaczej ubierać, z taką niesamowitą klasą… Mama, Krzemińska i Maliniakowa też to zauważyły i nieraz złośliwie komentowały, ale nawet one musiały przyznać, że nosisz się bardzo elegancko. A ja podziwiałam cię jeszcze bardziej i byłam dumna z samej siebie, bo inni dopiero wtedy zobaczyli, jaka jesteś wyjątkowa, a ja wiedziałam to już od dawna.
– A, daj spokój, Małgosiu – zbeształa ją łagodnie Iza. – Nie zasypuj mnie takimi atomowymi komplementami, bo się zarumienię, albo co gorsza przestanę ci wierzyć i pomyślę, że naprawdę chcesz mnie wziąć pod włos.
– Mówię prawdę – obruszyła się dziewczyna. – Od podstawówki miałam cię za kogoś wyjątkowego, chociaż nigdy nie odważyłam się zagadać do ciebie bezpośrednio. Ale w ostatnim roku myślałam o tym coraz częściej i miałam na to coraz większą ochotę, a kiedy jesienią puściłaś Michała w kanał, chociaż wiem, że on naprawdę chciał się z tobą ożenić, nabrałam do ciebie jeszcze większego respektu i sympatii. Wiadomo, że to zamykało drogę do ciebie też dla mnie, więc z początku trochę się zmartwiłam, ale potem pomyślałam, że właśnie tym lepiej, bo znowu zawdzięczałabym coś kontaktom z Krzemińskimi, a miałam już tego serdecznie dość. Zresztą najważniejsze, że to zerwanie było dobre dla ciebie. Wiem, jaki jest Michał, i od dawna obawiałam się, że jak się w niego wpakujesz, to na dłuższą metę nie będziesz szczęśliwa.
– Delikatnie mówiąc – zaznaczyła z przekąsem Iza.
– Bardzo delikatnie – zgodziła się Małgosia. – Dlatego cieszyłam się, że w porę się na nim poznałaś, zresztą na co dzień widać, jak on działa, nawet to, jak szybko się po tobie pocieszył tą córką milionera z Warszawy. W maju biorą już ślub, słyszałaś o tym?
– Słyszałam – skinęła spokojnie głową. – W Korytkowie obieg plotek działa bez pudła nawet między wrażymi obozami.
Małgosia parsknęła śmiechem.
– To prawda. Ale szkoda mi tej dziewczyny, wygląda na miłą.
– Znasz ją? – zaciekawiła się Iza.
– Tak, byli u nas z Michałem i z jego matką – skrzywiła się. – A parę razy widziałam ją też w hotelu, zaglądała do nas do kuchni, jak przygotowywałyśmy śniadanie.
– To wy tam w hotelu jednak macie kuchnię? – zdziwiła się Iza, wspominając dawne uwagi Amelii i Roberta. – Słyszałam, że Krzemińscy dopiero planują zbudować restaurację przyhotelową.
– Tak, planują, a na razie mamy tylko taką małą kuchnię do wydawania śniadań dla gości. Nocleg można wykupić ze śniadaniem – wyjaśniła – ale z innymi posiłkami to już muszą sobie radzić sami i niektórzy są bardzo niezadowoleni, że nie ma w hotelu restauracji. Jest tylko barek z napojami i alkoholem, jakieś paluszki czy chipsy też są, ale żeby zjeść coś konkretnego, to nie ma gdzie. Dlatego faktycznie będą musieli dobudować część restauracyjną, chociaż to, jak słyszałam, dopiero plan na przyszły rok.
– Mhm – pokiwała usatysfakcjonowana tymi informacjami głową Iza. – Kapuję.
– No i tak jak mówię, Michała narzeczona… ona ma na imię Alina… czasem tam do nas zaglądała, żeby wziąć coś do jedzenia, albo po prostu pytała, czy wszystko okej. W ogóle to powiem ci, że ja nic do niej nie mam – zaznaczyła. – Na oko super dziewczyna, zawsze była dla nas miła i uprzejma, wydaje się, że to zupełnie inny człowiek niż Krzemińscy. Nie wiem, jaka jest naprawdę, to się pewnie dopiero okaże, ale z wierzchu jest trochę jak ty… w tym sensie, że jest w niej coś, co mi się z tobą kojarzy.
Iza uśmiechnęła się leciutko, wspominając z melancholią niteczkę porozumienia, jaka zaczynała łączyć ją z Aliną, lecz została szybko i brutalnie przerwana z powodu Michała, który jak zwykle pojawił się tam, gdzie najmniej go było trzeba.
– Dlatego mi jej szkoda – podkreśliła Małgosia. – Widać, że jest zakochana w Michale po uszy, a do tego też niesamowicie o niego zazdrosna, a ja się wcale temu nie dziwię. Ma powody, chociaż pewnie nawet o nich nie wie.
– Jak to? – Iza spojrzała na nią z niepokojem. – Chcesz powiedzieć, że Michał ją zdradza?
– Nie, nie – zaprzeczyła szybko Małgosia. – Tego nie powiedziałam, odkąd się zaręczyli, ani razu nie widziałam go z nikim innym i mam nadzieję, że tego nie robi, chociaż oczywiście pięciu groszy za niego nie dam. Ale to, co robił wcześniej, wystarczy, żeby jej współczuć, bo ja nie wierzę, że on długo wytrzyma w tej, no… jak to się mówiło?… chodzi mi o to, że tylko z jedną kobietą.
– W monogamii? – poddała Iza.
– O, właśnie! W monogamii! Zawsze zapominam tego słowa, a ono najlepiej pasuje, kiedy chce się powiedzieć, jaki Michał nie jest.
– Mhm. To prawda.
– Chociaż to pasuje nie tylko do niego – zaznaczyła Małgosia. – To jest konkretny typ faceta, znam kilku takich, łatwo ich rozpoznać, bo wszyscy zachowują się tak samo. Jak chce złowić ofiarę, to jest słodki i milutki, potem korzysta, wysysa krew i zostawia skorupkę, a sam szuka sobie kolejnej. Widziałam już nieraz, jak Michał tak robił. Ale nie tylko on.
Drzwi knajpki szczęknęły po raz kolejny i do środka wszedł mężczyzna w wieku około trzydziestu lat, który wydał się Izie dziwnie, wręcz niepokojąco znajomy.
„Szymkiewicz!” – mignęło jej w głowie. – „O szlag!”
Odwróciła szybko twarz w stronę okna, udając, że szuka czegoś wzrokiem na zewnątrz, w nadziei, że niepożądany gość przejdzie obok, nie rozpoznając jej. Ponieważ na dworze zapadł już zmrok, a oświetlenie w knajpce było słabe, jej oczekiwanie spełniło się – przybyły mężczyzna omiótł tylko kontrolnie wzrokiem salę, nie zatrzymując wzroku ani na niej, ani na Małgosi, po czym, dostrzegłszy przy stoliku pod ścianą postać czekającej tam samotnie dziewczyny, wyraźnie się ucieszył i natychmiast ruszył w jej stronę.
„Uff!” – odetchnęła w duchu Iza, kątem oka obserwując czułe powitanie lekarza z tamtą. – „Nie zauważył mnie.”
W ślad za przybyłym podążyła kelnerka, u której ów zamówił dwie szklanki wody, ta zaś minutę później podała je do stolika, dlatego Iza mogła bez przeszkód obserwować jednoznaczne zachowanie pary. Tymczasem Małgosia, zdezorientowana dziwnym rozproszeniem jej uwagi, spojrzała na nią z niepokojem.
– Coś się stało?
– Nie, nic – machnęła lekceważąco ręką. – Tylko coś mi się przypomniało a propos tego, co powiedziałaś przed chwilą. Że jest taki typ faceta, niewierny z natury, i że jest ich całkiem sporo. Ja sama też znam kilku takich – skrzywiła się. – Można wręcz powiedzieć, że natykam się na nich co drugi krok.
– No – pokiwała głową Małgosia. – Ja też. A Michał to jeden z najlepszych przykładów, znam go dobrze od dzieciństwa i różne rzeczy widziałam, dlatego szkoda mi tej Aliny. Pewnie niejedna przykra akcja przed nią, bo ja nie wierzę, że on się kiedykolwiek zmieni, tyle że ona jeszcze o tym nie wie. Chyba że tym razem naprawdę się zakochał.
– Miejmy nadzieję – westchnęła Iza, znów, jak zawsze w takich sytuacjach, wspominając ze smutkiem śliczną twarz Aliny ze łzami w oczach. – Ja też nie bardzo wierzę w jego zmianę, ale mówi się, że nikogo nie można z góry przekreślać, więc nie przekreślajmy go. A w ogóle to najlepiej już o nim nie rozmawiajmy – dodała stanowczo. – Nie lubię tego tematu.
– Okej – zgodziła się bez oporu Małgosia. – Ja też, ale musiałam do niego nawiązać, jak mówiłam, że ucieszyłam się, kiedy go spławiłaś. To było jakoś na jesieni, nie?
– Mhm – skinęła głową z niechęcią.
– Wiedziałam o tym, bo plotkary z moją mamą na czele wałkowały to tygodniami do niemożliwości, nawalały na ciebie głupie teksty, a ja coraz częściej cię broniłam, aż się parę razy z nimi pokłóciłam. I to był dla mnie taki moment zwrotny, kiedy zaczęłam na poważnie się zastanawiać, jak zrobić, żeby przejść do waszego obozu, najlepiej zatrudnić się u was, żeby móc uniezależnić się od Krzemińskich i już całkiem jawnie trzymać waszą stronę. Im więcej o tym myślałam, tym bardziej tego chciałam, to się stało wręcz moim marzeniem… no i jest nim do teraz. A jak parę tygodni temu spotkałam cię na drodze w Korytkowie, a ty uśmiechnęłaś się do mnie i powiedziałaś mi cześć, to już w ogóle… pewnie tego nie pamiętasz, ale dla mnie to było bardzo ważne.
– Pamiętam – zapewniła ją ciepło Iza. – Pomyślałam sobie wtedy, że miła z ciebie dziewczyna, i nawet obejrzałam się za tobą.
– Tak! – przyznała z entuzjazmem Małgosia, a oczy rozbłysły jej radością. – Obejrzałaś się akurat, jak i ja się obejrzałam, i nawet przez chwilę miałam nadzieję, że coś więcej do mnie powiesz, bo ja sama oczywiście się odważyłam. Ale od tego momentu powiedziałam sobie, że muszę spróbować i że jak następnym razem będziesz w Korytkowie, muszę coś zrobić, żeby porozmawiać z tobą o tym zatrudnieniu. Z tobą, nie z twoją siostrą – zaznaczyła. – Ona pewnie nawet by nie chciała ze mną gadać, zresztą po prostu… chciałam z tobą. No i pomyślałam, że najlepiej będzie przez Zośkę Kowalik, ona niby jest z waszego obozu, ale znam ją trochę, bo nieraz razem pomagałyśmy u księdza dekorować kościół przed świętami.
– Jasne – uśmiechnęła się Iza. – Zosia to super dziewczyna i nie jest do nikogo uprzedzona, myślę, że nawet nie rozumuje kategoriami obozów i klanów. Ja też tego nie lubię, ten korytkowski podział na obozy to jakieś przekleństwo, ale niestety razem z moją rodziną jestem w to bezpośrednio uwikłana, więc nie mogę od tego abstrahować. My i oni… czy raczej wy – poprawiła się – to niestety dwa różne, niekompatybilne światy.
Małgosia spojrzała na nią z niepokojem.
– To znaczy, że nie dasz mi szansy?
Iza patrzyła na nią przez dłuższą chwilę w milczeniu, ważąc w duchu za i przeciw. Szczere, intymne wyznanie Małgosi trafiło głęboko do jej wrażliwego serca, jednak to nie była przecież tylko jej sprawa, w grę wchodziło dobro jej rodziny, której nie chciałaby wciągnąć w jakiś kolejny niepotrzebny konflikt z Krzemińskimi i spółką. Poza tym – czy na pewno mogła zaufać tej dziewczynie? A jeśli jednak bierze ją pod włos? Jak by na to nie spojrzeć, nosiła przecież nazwisko Zielińska…
„Nie!” – zestrofowała samą siebie. – „Żadnych uprzedzeń, Iza, to niesprawiedliwe.”
– Co dokładnie robisz w tym hotelu? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Że pracujesz w kuchni przy wydawaniu śniadań, to już wiem, ale śniadania są tylko rano, a ty, jak rozumiem, jesteś tam zatrudniona na pełny etat. Robisz coś jeszcze?
– Tak, pomagam sprzątać pokoje i czasem też trochę w pralni. A wieczorem w kuchni przygotowujemy już z dziewczynami różne rzeczy na rano, żeby potem tylko szybko podgrzać. Jestem po gastronomiku, to wiadomo, że właśnie w kuchni jest dla mnie najlepsze miejsce – zaznaczyła, zerkając na nią z niepokojem. – Ale mogę się przyuczyć i do innych rzeczy. Na sprzedawczynię w sklepie też bym się szybko wykwalifikowała.
– Hmm – mruknęła Iza.
Przed oczy wróciła jej oglądana kilka dni temu wielka, pachnąca nowością, świeżo wyposażona kuchnia w „hali” Roberta i Amelii. Przecież niebawem będą potrzebować tam kucharek! Czy to nie był wymowny zbieg okoliczności?
– Naprawdę – zapewniła ją żywo Małgosia. – Zośka by mnie przyuczyła i mogłabym sprzedawać tak jak ona. Domyślam się, że teraz w waszym sklepie nie ma dla mnie miejsca, ale wszyscy widzą, że budujecie drugi, ten wielki, na starej łące Andrzejczaków i na pewno będziecie potrzebować tam ludzi. Więc może akurat bym się wam przydała? Pomyślałam, że to jest dobry moment, żeby cię o to zapytać. Może nawet teraz albo nigdy.
Iza pokiwała powoli głową, w duchu nieco zdziwiona, że obóz Krzemińskich nie wytropił jeszcze prawdziwego przeznaczenia Robertowej hali. Jednocześnie, wciąż czując dyskomfort płynący z obecności Szymkiewicza, zerknęła dyskretnie w stronę stolika w kącie i natychmiast odwróciła wzrok, krzywiąc się z niesmakiem. Dziewczyny, która siedziała tam z nim wciśnięta w sam kąt, praktycznie nie było widać, zasłaniał ją bowiem całym ciałem, pochylony ku niej tak, że z tej perspektywy widać było tylko jego plecy. Nie ulegało wątpliwości, co tam się działo. Mimo woli na pamięć Izy wróciła scena w szpitalnej windzie, nieprzyjemne poczucie zbytniego skrócenia dystansu i ślad po świeżo zdjętej obrączce na palcu lekarza.
„Gnojek” – pomyślała z odrazą. – „Co za podły dupek, tfu!”
– Okej, Małgosiu, pomyślę o tym – wróciła do rozmowy, uśmiechając się życzliwie do czekającej w napięciu na odpowiedź dziewczyny. – I przy jakiejś okazji porozmawiam w twojej sprawie z siostrą, bo, jak powiedziałam, to ona, nie ja, decyduje o zatrudnieniach w swojej firmie. Podejmę z nią ten temat i zobaczę, co da się zrobić.
– Dziękuję! – rozpromieniła się Małgosia. – Bardzo ci dziękuję, Iza!
– Nie ma za co – uśmiechnęła się, podnosząc do ust filiżankę z kawą. – Zwłaszcza że ten pomysł nawet zaczyna mi się podobać, wiesz? Nie lubię wtykać kija w mrowisko, ale akurat w przypadku Krzemińskich nie mam skrupułów, a takie doświadczone ręce do pracy jak twoje na pewno by nam się przydały. Nie chciałabym tylko przyczynić się do skłócenia cię z mamą.
– E nie, tym się nie martw, Iza – machnęła ręką uszczęśliwiona promesą dziewczyna. – To już jest moja sprawa, liczę się z tym, że mama będzie niezadowolona, ale myślę, że to jej nawet tak bardzo nie zdziwi. Ja się tak buntuję od dawna, a ostatnio co chwila, ona już się do tego przyzwyczaiła, więc jak jej powiem, że przechodzę do was, to oczywiście się wkurzy, ale nie będzie zaskoczona. Najbardziej pewnie wścieknie się o to, że od tej pory razem z Krzemińską i Maliniakową będą musiały kryć się przede mną ze swoimi plotkami. Ale to dobrze – podkreśliła. – To by była jeszcze jedna rzecz na plus.
– Okej – skinęła głową Iza. – W takim razie mam to zanotowane i przy jakiejś dogodnej okazji poruszę temat z siostrą, zaoferuję jej twoją kandydaturę i poprę ją, to mogę ci obiecać. Natomiast nie obiecuję, że decyzja będzie od razu – zastrzegła. – Na razie, jak sama zauważyłaś, w sklepie mamy komplet, fakt, że czasem trzeba kogoś na zastępstwo, ale w twoim przypadku od doraźnych zastępstw bym nie zaczynała. Jeśli już do nas przejdziesz, to raz a dobrze, od razu na cały etat, tak, żebyś nie musiała być jedną nogą tu, a drugą tam. To by się zresztą mijało z celem i z twoim zamysłem, prawda?
– Tak, dokładnie – przyznała skwapliwie Małgosia. – Ja też bym tak wolała, Iza, albo wszystko, albo nic. I oczywiście poczekam, ile będzie trzeba, dla mnie to już i tak mega sukces, że w ogóle odważyłam się z tobą o tym pomówić i że ty tego nie wykluczasz. Jeszcze pół roku temu nawet o tym nie marzyłam… a teraz nadal prawie nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Bardzo ci za to dziękuję i po prostu będę czekać na sygnał, nawet jakby miał być dopiero za parę miesięcy.
– Niewykluczone, że tak właśnie będzie. Twoja intuicja co do nowego budynku, który buduje Robert, jest słuszna w tym sensie, że tam faktycznie będzie nam potrzeba ludzi. Na jakich stanowiskach, to już inna rzecz – uśmiechnęła się tajemniczo – ale tak czy inaczej kandydatów będziemy szukać dopiero za kilka miesięcy, kiedy nowy interes ruszy, chociaż oczywiście wstępnie możemy rozmawiać o tym już teraz. Zwłaszcza że i nam, i tobie zależy na jak najdłuższym zachowaniu tajemnicy.
Mówiąc to, kątem oka obserwowała ruch, jaki wszczął się przy stoliku, przy którym siedział Szymkiewicz i jego towarzyszka, oboje bowiem podnieśli się i najwyraźniej zbierali się do wyjścia.
„I dobrze!” – pomyślała z mieszaniną ulgi i poirytowania. – „Co za pech, że znowu na niego wpadłam! Mam nadzieję, że nie będę go oglądać nigdy więcej, zwłaszcza w takich akcjach.”
– Oczywiście! – podchwyciła z żywym entuzjazmem Małgosia. – Poczekam, ile tylko każesz, to przecież nic pilnego, a dla mnie taka cudowna perspektywa! Naprawdę nie wiem, jak ci dziękować, Iza… to dla mnie taka radość!
Iza przechyliła się ponad stolikiem i pełnym sympatii gestem położyła jej dłoń na przedramieniu, notując jednocześnie, że obserwowana para, zapiąwszy na sobie wierzchnie ubrania, zmierza już w stronę stolika, przy którym siedziały, tędy bowiem prowadziła droga do wyjścia. Tym razem jednak nie miała już zamiaru zadawać sobie trudu, by kryć przed Szymkiewiczem twarz.
– Nie dziękuj, bo na razie nie masz za co – powiedziała ciepło do Małgosi. – Myślę wręcz, że póki sprawa jest tylko między nami, nie powinnaś się do mnie przyznawać publicznie, nie obrażę się, jeśli przy ludziach, na przykład w kościele, będziesz udawać, że nic się między nami nie zmieniło i praktycznie się nie znamy. Ważne, że my obie wiemy, że tak już nie jest, hmm?
– Tak, dziękuję – szepnęła rozpromieniona Małgosia, odruchowo podnosząc głowę, by spojrzeć na przechodzącą obok ich stolika parę.
– To tu obok, niedaleko – zapewniał swą towarzyszkę mężczyzna, obejmując ją ramieniem. – Pójdziemy na piechotę, zresztą nie mam samochodu, zostawiłem go pod…
Urwał nagle jak rażony gromem, gdyż w tym momencie jego spojrzenie przypadkowo padło na siedzącą przy stoliku Izę, która w ślad za Małgosią podniosła głowę i przyglądała mu się otwarcie, z niesmakiem na obliczu. Lekarz natychmiast odwrócił wzrok i nerwowym gestem pociągnął towarzyszkę ku drzwiom.
– Chodźmy stąd! – rzucił pośpiesznie, kładąc w przelocie na bar banknot i dając znać, że reszty nie trzeba. – Szybko.
Po chwili drzwi szczęknęły i zamknęły się za nimi, napełniając zniesmaczoną po brzegi serca Izę względną ulgą. Rozjaśniona jak słońce Małgosia nie zwróciła na tę krótką scenkę większej uwagi.
– To co? – zagadnęła Iza, zerkając jeszcze przez szybę za odchodzącą szybkim krokiem parą, która wkrótce zniknęła w ciemnościach. – Zamówimy sobie coś jeszcze? Skoro już tu jesteśmy, a nie wiadomo, kiedy znowu będziemy mogły się zobaczyć, pogadajmy sobie jeszcze trochę, co? Opowiesz mi o tym, co robiłaś po podstawówce, o tym gastronomiku w Łukowie i tak dalej, a ja opowiem ci trochę o sobie. Chcesz?
Ostatnie pytanie było tylko retoryczne, rozpromieniona mina Małgosi nie pozostawiała w tym względzie żadnych wątpliwości, Iza uśmiechnęła się zatem i swobodnym gestem dała z daleka znak kelnerce, by podeszła do nich z kartą.
***
„Dziś półtorej strony” – podsumowała z satysfakcją Iza, energicznym gestem zamykając laptopa i podnosząc się z krzesła. – „Brawo, Izabello, prujesz do przodu jak torpeda. Jeśli uda ci się utrzymać tempo, do powrotu do Lublina odwalisz cały drugi rozdział, a to już będzie praktycznie połowa licencjatu!”
Zadowolenie z dobrze wykonanej pracy dodało jej skrzydeł, tym bardziej, że wspomniane półtorej strony napisała w zaledwie dwie godziny, jakie poświęciła na pracę przy laptopie po powrocie z radzyńskiego spotkania z Małgosią Zielińską. Najbardziej cieszył ją sumaryczny wynik, jaki osiągnęła w pisaniu od początku urlopu w Korytkowie, a który wynosił pełne sześć stron trudnego, gęstego tekstu opatrzonego wymaganym aparatem przypisów i odnośników bibliograficznych. Myśl, że z każdą taką stroną zbliża się do ukończenia studiów, napełniała ją ulgą i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, przynajmniej pod tym względem odciążając sumienie.
Praca nad licencjatem miała dziś zresztą jeszcze jeden cel – pozwoliła jej ukoić nerwy po kolejnym, znów tak idiotycznie przypadkowym spotkaniu z Szymkiewiczem. Dzięki temu niesmak, jaki zostawiła w niej scena z radzyńskiej knajpki, teraz już prawie całkowicie ustąpił, a zmęczenie, jakie ją ogarniało, wskazywało, że wbrew wcześniejszym obawom spędzi dziś spokojną, przespaną snem sprawiedliwego noc.
Ściągnęła zatem z siebie ciepły szlafrok i puchowe kapcie, które założyła po kąpieli, by nie wyziębić się przed pójściem do łóżka, i z przyjemnością wsunęła się pod kołdrę, przed wyłączeniem lampki sięgając po telefon, by sprawdzić, czy nie ma jakichś nowych wiadomości. Była jedna – musiała przyjść w czasie, kiedy była pod prysznicem, nie słyszała bowiem dźwięku powiadomienia. Michaś.
Elfiku, zadzwoń na chwilę, kiedy będziesz mogła. M.
Serce zabiło jej mocniej.
„Jak mogłam to przegapić?” – zdziwiła się, natychmiast inicjując połączenie. – „Tak się zaaferowałam tym pisaniem, że nawet nie spojrzałam… Ale to nic, jeszcze młoda godzina, dzwonimy!”
Majk odebrał dopiero po piątym sygnale i od razu zapewnił ją, że to nic poważnego, chciał po prostu skonsultować z nią treść plakatu na zbliżający się Dzień Francuski.
– Czas już to wywiesić, zwłaszcza że tym razem robimy konkurs piosenki i właśnie zastanawiam się nad nagrodami – wyjaśnił rzeczowo. – Zapowiedziałem, że nagrodą będzie taniec z tobą, ale obawiam się, że o ile panowie mogą chcieć o to powalczyć, o tyle jeśli zwyciężczynią będzie kobieta, taka nagroda nie będzie dla niej zbyt atrakcyjna.
– Oczywiście, że nie – podchwyciła z przekąsem Iza. – I nie wiem, czy to w ogóle był dobry pomysł, w twoim zamyśle to chyba miała być tylko kara dla mnie, co? – zażartowała. – A tak serio, to masz rację, nie będę przecież tańczyć z dziewczynami. Może w ogóle zrezygnować by z tych tańców, tylko pomyśleć o jakichś nagrodach rzeczowych? – poddała przebiegle. – Ewentualnie nagroda rzeczowa plus dyplom?
– O nie! – zaśmiał się Majk. – Nie wykręcisz się tak łatwo, chère Mademoiselle! To przez ciebie musiałem wymyślić na poczekaniu ten konkurs, więc poniesiesz tego konsekwencje i będziesz tańczyć, tu nie ma dyskusji. Poza tym już zapowiedziałem to publicznie – zaznaczył poważniej – a nasi klienci potrafią być pamiętliwi, nie chcę robić sobie z gęby cholewy. Natomiast co do nagród rzeczowych, to czemu nie? Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w ofercie było i to, i to.
– No dobrze, nie wykręcam się – zgodziła się z rezygnacją Iza. – Ale sam mówiłeś, że dla dziewczyn musi być coś innego… ha, wiem! – zaśmiała się. – Złoty środek jest taki, że jeśli wygra dziewczyna, to ty z nią tańczysz! Wtedy panie przynajmniej będą miały motywację!
– No cóż, skoro taka jest twoja decyzja, szefowo Dni Francuskich, to ja też nie będę się wykręcał – zapewnił ją wesoło Majk. – Bardzo chętnie posłużę za nagrodę główną dla jakiejś rozśpiewanej po francusku damy, chociaż czy to faktycznie zadziała motywująco? Tego nie byłbym taki pewny.
– Bez fałszywej skromności, książę – skrzywiła się z przekąsem Iza. – Dobrze wiesz, że przy takiej nagrodzie kolejka kandydatek do śpiewania będzie się ustawiać aż pod same drzwi, a niewykluczone, że zawinie aż na schody.
Majk roześmiał się serdecznie.
– Przeceniasz mnie, elfiku – odparł ciepło. – Ale dobra, porównamy te kolejki i jeszcze zobaczymy, czyja będzie dłuższa! Faktem jest, że taka formuła rzeczywiście powinna zadziałać, nie pomyślałem o tym rozwiązaniu, a ono w pewnym sensie nawet się narzuca. Widzisz, jak dobrze, że do ciebie zadzwoniłem? Nagrody rzeczowe z dyplomami to też doskonały pomysł, uczestnicy będą mieli pamiątkę, no i dodatkową motywację, bo tak naprawdę to wiesz, o co najbardziej się martwię?
– O co?
– O to, co zrobić, jeśli do konkursu nie zgłosi się nikt. Tak przecież też może być, a to by była, jak na to nie spojrzeć, poważna wpadka wizerunkowa.
– To może zapewnimy sobie klakierów? – zażartowała Iza. – Chudy mógłby coś zaśpiewać na zachętę… albo Antek. A z dziewczyn proponuję Wikę i którąś z kucharek, może być Eliza.
– O, to może poproszę też Pabla? – zastanowił się Majk. – Jak pan mecenas zanuci coś swoim barytonem, to wszyscy padną na twarz, podium gwarantowane. Możemy nawet ryknąć coś w duecie, w młodości po dwóch głębszych nieraz nam się zdarzało, dałoby się odgrzać repertuar. Tylko nie wiem, czy publiczność to wytrzyma.
Iza roześmiała się, wyobrażając sobie, jak komiczna byłaby to scena.
– Obawiam się też, że gwiazdeczka nie pozwoli mu kompromitować się w tak niegodnym towarzystwie – dodał wesoło. – No, ale dobra, elfiku, wróćmy do tematu, nie chcę niepotrzebnie trzymać cię na linii. O nagrodach rzeczowych pomyślimy, jak już będziesz w Lublinie, dzisiaj muszę tylko wiedzieć, jak to ująć na plakacie. Dla zwycięzców przewidziane nagrody?
– Aha, może być – zgodziła się Iza. – I nie pisz, jakie będą, najlepiej podać bez szczegółów, bo może jeszcze coś innego wymyślimy.
– Dobra, to tak zostawiam. Jak to będzie po francusku?
– Hmm… może les gagnants recevront des prix? – odparła z namysłem. – Tak chyba będzie najlepiej.
– Aha, jasne – mruknął Majk. – Myślisz, że to zanotuję i nie zrobię błędów? Wyślij mi poprawną wersję smsem, co?
– Tak jest, szefie, zaraz to zrobię. Potrzeba ci coś jeszcze?
– Na razie chyba nie. Podejrzewam, że na bank coś jeszcze wyjdzie w praniu, ale załatwimy to już smsami, dobrze? I na koniec wyślę ci zdjęcie ostatecznej wersji, wolę, żebyś ją sprawdziła, zanim pójdzie do druku.
– Jasne. A jak sytuacja weekendowa w firmie? Dużo macie ludzi?
– Sporo, chociaż czuć te ferie studenckie, za tydzień na Dniu Francuskim, jak wiara wróci do Lublina, na pewno będzie dużo więcej. Ale i tak jest pełno, a jutro też spodziewamy się tłumów, dziewczyny organizują jakieś atrakcje z okazji walentynek.
– Ach, prawda, jutro walentynki! Kompletnie wyleciało mi to z głowy, nigdy o tym nie pamiętam.
– Ja też, nie cierpię tego święta – odparł z przekąsem Majk. – Wika i Ola przypomniały mi o tym przedwczoraj, pytały, czy coś robimy… no to czemu nie? Marketingowo to jest dobra okazja, więc ani trochę nie oponowałem. Wywiesiliśmy wczoraj parę różowych plakatów i już mamy komplet rezerwacji, a wieczorem na disco spodziewamy się pielgrzymek. Antek szykuje jakąś romantyczną playlistę, klient powinien być zadowolony.
– Nie lubisz tego święta? – podchwyciła z zaciekawieniem Iza. – Dlaczego?
– Dlatego że jest głupie. Przynajmniej w tej konwencji, w jakiej standardowo działa w społeczeństwie, bo wiadomo, że prywatnie każdy może je sobie obchodzić, jak chce. Ale dla mnie to jest przerost formy nad treścią, za stary już na to jestem, zresztą może za tym kryją się też moje stare traumy? W tym kontekście zawsze byłem poza nawiasem.
– To tak jak ja – odparła cicho Iza. – Ja też nie lubię walentynek, bo nigdy nie miałam okazji, żeby je obchodzić… nigdy, ani razu. Za to nieraz musiałam patrzeć, jak obchodzą je inni, zwłaszcza kiedy to dotyczyło jego. Miśka. Jego i innych dziewczyn, bo on praktycznie co roku walentynkował z jakąś inną.
– Hmm – mruknął Majk.
– A co ciekawe – dodała z rozbawieniem – nawet tego roku, kiedy wreszcie mnie zauważył i potem przez kilka miesięcy byliśmy razem, to się stało tuż po walentynkach… czyli znowu się nie załapałam! – parsknęła śmiechem. – Taki pech.
– Pech czy nie pech, może tak właśnie miało być? – odparł spokojnie. – Widocznie walentynki co do zasady omijają księżycowe dusze, a może one same instynktownie też ich unikają? Ja w każdym razie już nigdy nie przekonam się do tego święta, za bardzo trąci tandetą w obszarze, w którym, jak dla mnie, nie ma i nie może być miejsca na tandetę.
Iza pokiwała głową, wyczuwając w jego głosie nutę melancholii, którą doskonale znała.
„Ciekawe, czy Nata już wróciła do Lublina?” – przemknęło jej przez głowę. – „Bo jeśli jutro też jej nie będzie, to wiadomo, że nie chodzi o żadną tandetę, tylko właśnie o to. O pech księżycowej duszy.”
– Ja też tak to odbieram – powiedziała ostrożnie.
– Ale to oczywiście nie przeszkodzi mi jutro w zgrywaniu pajaca – podjął weselszym tonem Majk. – Skoordynuję taką romantyczną imprezę, że wszyscy będą ją pamiętać, może znowu pokojarzymy kilka par? Jako swatka mam ostatnio całkiem niezłe osiągi, a jak trafia się okazja, zawsze warto podbić statystyki.
Zaśmiali się oboje, jednak coś ciężkiego pozostało w powietrzu… jakby cień niedopowiedzianych słów, które ciążyły na księżycowych duszach, choć żadnemu z nich nie mogły przejść przez usta.
– No dobra, elfiku, nie będę już wisiał ci na linii i dokuczał sprawami zawodowymi. Na koniec melduję tylko, że Kacper jakoś ciągnie, chociaż nadal z nim źle.
– Wiem – westchnęła Iza. – Rozmawiałam z nim kilka razy, ostatnio wczoraj, fakt, jakoś się trzyma. Obiecał, że nie będzie już myślał o rzucaniu się z bloku, podziałała na niego rada o rzuceniu się w wir pracy i na razie się tego trzyma, ale głos ma taki, że aż się serce ściska. Nie ten człowiek, jakby ktoś wyssał z niego całe życie i została tylko wydmuszka.
– Dobre określenie – przyznał Majk. – Zwłaszcza że oceniasz go po samym głosie, jak zobaczysz go na żywo, to dopiero ściśnie ci się serce. Frajer od środy chyba nic nie je, na moje oko spadło mu z pięć kilo, do tego gęba jak u menela, zarośnięty, przygarbiony… wygląda jak stary dziadek.
– Wyobrażam sobie – przyznała smutno Iza.
– Wika mówiła, że dziewczyny martwią się o niego też w kontekście tych jutrzejszych walentynek, na Koncertowej robią podobną okolicznościową imprezę, a wiadomo, że w jego sytuacji to będzie tylko niepotrzebnie podsycać skojarzenia. On jeszcze nie ma na to żadnej odporności, zwłaszcza że sprawa jest świeża. No, ale cóż… jakoś musi przez to przejść, nie ma innego wyjścia.
– Miejmy nadzieję, że powoli się podniesie, będziemy mu w tym pomagać. I jeszcze raz bardzo ci dziękuję za to, co dla niego zrobiłeś w ostatnich dniach, bez twojej interwencji to by się mogło skończyć bardzo różnie.
– Zrobiłem, co mogłem, w zastępstwie dobrej wróżki – odpowiedział ciepło Majk. – Bycie twoim asystentem w anielskiej robocie, to dla mnie zaszczyt, elfiku. Będę dalej monitorował Kacpra aż do twojego powrotu, ale teraz daję ci już spokój i odmeldowuję się, zwłaszcza że wiem, że w najbliższych dniach i tak co chwila będę dzwonił. Musimy dograć różne szczegóły Dnia Francuskiego, do tego jesteś mi niezbędna, ale to nie zmienia faktu, że przebywasz na urlopie i teoretycznie nie powinienem zawracać ci głowy sprawami zawodowymi.
– To nie są tylko sprawy zawodowe – zauważyła Iza, jak zawsze w takich sytuacjach niesiona pragnieniem zatrzymania go przy telefonie jeszcze choć przez chwilę. – Kacper to na przykład sprawa półprywatna, a ty poświęciłeś jej mnóstwo własnego czasu i wysiłku. To się po prostu wszystko ze sobą łączy.
– Mhm, łączy się – przyznał z satysfakcją. – I właśnie powinno się łączyć, chcę, żeby się łączyło. W naszych rozmowach sprawy zawodowe od początku mieszają się z prywatnymi i mam nadzieję, że utrzymamy ten styl już zawsze.
Iza uśmiechnęła się tylko, na wpół ze wzruszeniem, na wpół ze smutkiem, i na linii na kilka chwil zapadła cisza.
– No dobra, Izula, nie zawracam ci już głowy – podjął innym, stanowczym głosem Majk. – Zadzwonię pewnie w poniedziałek, pokażę ci plakat, a wcześniej dogrywamy wszystko smsami, okej?
– Tak jest, szefie. Zaraz wyślę ci ten tekst o nagrodach.
– Wyślij. Plakaty pójdą do drukarni w poniedziałek rano, więc do jutra wieczór muszę mieć ostateczną wersję. A teraz trzymaj się, elfiku, i spokojnej, udanej niedzieli!
– Dzięki, dla ciebie też. Do następnego, Michasiu.
Telefon umilkł, ekran zgasł, w pokoju oświetlonym słabym światłem lampki zapadła cisza, Iza bowiem nadal siedziała nieruchomo z aparatem w dłoni opuszczonej na kolana.
„To prawda, jutro walentynki” – pomyślała z ciężkim sercem. – „Święto, które co roku omija mnie szerokim łukiem… jego też. Czy to faktycznie nie dziwny zbieg okoliczności, że ona właśnie teraz gdzieś zniknęła i jutro pewnie też jej nie będzie? Tak… ale za to ma być na Dniu Francuskim” – skrzywiła się. – „To już za parę dni, więc jakoś to przeżyjesz, promyczku, nie przesadzaj. Swoją drogą dużo bym dała, żeby wiedzieć, co się tak naprawdę między wami dzieje, bo że coś jest nie tak, to widać gołym okiem. Znam cię i po samych twoich oczach na zdjęciu widzę, że sprawy nie idą po twojej myśli, choć to pewnie tylko przejściowe kłopoty. Zobaczymy… A póki co muszę wysłać ci ten francuski tekst o nagrodach” – przypomniała sobie, podnosząc i aktywując telefon. – „Już się robi, szefie.”