Światła wigilijnej nocy (5)

Światła wigilijnej nocy (5)

21.

 

Kiedy tylko Edyta przystanęła w umówionym miejscu na tyłach szklanego wieżowca, w którym pracowała, natychmiast podjechała i zatrzymała się przy niej czerwona toyota, identyczna jak ta, którą Sim rozbił w grudniu w lesie.

– Wsiadaj! – rzucił przez uchylone okno.

Wskoczyła szybko do auta, nie chcąc, by przez nią zbyt długo blokował drogę, on zaś ruszył dynamicznie, włączając się kilkanaście metrów dalej do ruchu na głównej arterii.

– Cześć, Eda – dopiero wtedy uśmiechnął się do niej znad kierownicy.

– Cześć, Sim – odwzajemniła mu uśmiech z sercem lekkim jak piórko.

Jak to się stało, że tak zupełnie niespodziewanie wszystko znowu było w porządku? Od wczoraj, choć jej rozum wyświetlał alert za alertem, ukazując milion przeciwwskazań i ostrzeżeń, nie potrafiła oprzeć się irracjonalnemu poczuciu, że wszystko znowu jest dobrze, przepełniona cichą, płynącą z najgłębszych głębin duszy radością. A teraz? Co tu dużo mówić! Wystarczyło, że z głębi kabiny błysnęły ku niej te dwa świetliste szmaragdy…

– Podjedziemy tylko kawałek, mam propozycję knajpy tu niedaleko – oznajmił Sim, kiedy stanęli na światłach. – Jesteś głodna?

– Bardzo. Nie miałam dzisiaj nawet sekundy na to, żeby coś wrzucić na ruszt, zjadłabym konia z kopytami.

– Ja tak samo. No to załatwione! Jedziemy tam najkrótszą drogą, jaką tylko da się przebić przez te korki. Chociaż teraz i tak nie jest najgorzej, za godzinę to dopiero będzie Sajgon!

Roześmiali się oboje. Ależ on miał uroczy ten śmiech! Mogłaby go słuchać do końca życia!

– Kupiłeś taki sam samochód jak tamten? – zagadnęła, wskazując na znaczek marki na kierownicy auta. – Nie znam się na szczegółach, ale pamiętam, że to była toyota i że była czerwona, dla takiej amatorki jak ja to jest de facto to samo.

– Amatorka, ale spostrzegawcza – uśmiechnął się z uznaniem. – Dobrze zauważyłaś, jest taki sam… no, powiedzmy, prawie. Chciałem identyczny model, ale ta wersja, chociaż niby ta sama, ma różne nowsze rozwiązania i trochę inny design. Wyposażenie zresztą też.

– Chciałeś mieć wszystko identyczne? – zdziwiła się. – Dlaczego?

– Po prostu lubiłem tamto autko, miało dla mnie wartość sentymentalną. To było moje pierwsze, kupiłem je pod koniec studiów za samodzielnie zarobione pieniądze, przejeździłem nim prawie trzysta tysięcy kilometrów, pomagało mi stawiać firmę, no i cóż… przywiązałem się do niego.

– Rozumiem – pokiwała głową. – To chyba trochę tak, jak robią właściciele zwierząt? Jak zdechnie im ulubiony pies czy kot, kupują drugiego tej samej rasy i maści, żeby przypominał im tamtego.

– Dobre porównanie – przyznał Sim. – Wprawdzie samochód to przedmiot martwy, ale myślę, że mechanizm psychologiczny w obu przypadkach jest bardzo podobny.

Edyta rozejrzała się dyskretnie po nowoczesnej, epatującej nowością kabinie, mimo woli wspominając absurdalnie obite welurem wnętrze auta Stefana ze swojej sennej wizji. To przecież też była czerwona toyota… Pomijając różniące je szczegóły, obecny samochód Sima był już trzecią czerwoną toyotą w tej historii! Może to i dobrze, że spróbują razem ją wyjaśnić? Razem – czy to nie piękne słowo?

Wkrótce zajechali na parking niewielkiego centrum handlowego w samym sercu miasta i Sim poprowadził ją do luksusowo urządzonej restauracji, która znajdowała się na drugim piętrze pawilonu. Kiedy wybierali z menu dania obiadowe (a każde z nich, sądząc po opisie i zdjęciach, wyglądało na przepyszne!), Edyta od czasu do czasu ukradkiem zerkała na pochylonego nad kartą towarzysza, z niewysłowioną przyjemnością obserwując jego gesty i miny. Kiedy jednak on, być może wyczuwając jej spojrzenie, podnosił na nią oczy, natychmiast w popłochu uciekała wzrokiem i udawała, że wpatruje się w menu. Tak było bezpieczniej.

– To może zacznijmy od razu? – zaproponował Sim, kiedy po złożeniu zamówienia oddali kelnerowi karty i w oczekiwaniu na jedzenie rozsiedli się wygodnie w miękkich fotelach. – Zanim przyniosą nam to żarcie, pewnie minie z pół godziny, szkoda tracić czas.

„Może ty go tracisz” – pomyślała Edyta. – „Bo ja na pewno nie.”

– Tak, zacznijmy – zgodziła się. – Im prędzej, tym lepiej.

Sim pokiwał głową, od razu poważniejąc.

– Bardzo długo nad tym myślałem, Eda – podjął w skupieniu. – Tygodniami, wręcz miesiącami, od grudnia aż do teraz. A wczoraj, kiedy zgodziłaś się na tę rozmowę, za co jeszcze raz ci dziękuję, zastanawiałem się, od czego powinniśmy zacząć. Uznałem, że chyba zawsze najlepiej zacząć od początku… tylko co jest tak naprawdę początkiem? Uwierzysz, że nadal nie mam pewności, gdzie go sytuować?

– Czyli to się zaczęło jeszcze przed wypadkiem? – domyśliła się bez większego zdziwienia Edyta.

– Zdecydowanie tak. Kilka dni wcześniej na pewno, ale mam wrażenie, że to się w ogóle szykowało od dawna. Kurde, nie wiem, jak mam o tym mówić – pokręcił z zafrasowaniem głową, bawiąc się stojącym na stoliku pudełkiem wykałaczek. – Nie chciałbym wyjść na czuba, a z drugiej strony obiecałem ci, że powiem wszystko i niczego nie ukryję… to jest dla mnie naprawdę cholernie trudne.

– Pomogę ci – powiedziała spokojnie Edyta. – Czy chodziło o jakieś sny przepowiadające?

Natychmiast podniósł na nią oczy, aż błysnęły intensywną, błękitnawą zielenią tęczówek, a na jego spiętej twarzy pojawił się wyraz ulgi.

– Tak… skąd wiesz?

– Bo ja sama takie miałam.

Przez chwilę oboje patrzyli na siebie badawczo, po czym powoli na wargi obojga wybiegł lekki, porozumiewawczy uśmiech. Edyta, która przed spotkaniem obiecywała sobie, że dla własnego dobra będzie ograniczać kontakt wzrokowy z Simem do minimum, w tym momencie zupełnie o tym zapomniała. Bo czy to było ważne? Rozmawiali przecież o wydarzeniach z pogranicza metafizyki, na których wyjaśnieniu obojgu im zależało, a to wymagało nie tylko wyjścia ze strefy komfortu i przekroczenia własnych granic, ale przede wszystkim obopólnego zaufania.

– Dużo ich było? – zapytał Sim, dając jej w ten sposób sygnał, że akceptuje bez zastrzeżeń to, co powiedziała, i przechodzi nad tym do porządku dziennego.

– Zależy, jak na to spojrzeć – odparła z namysłem. – To były de facto dwa wątki, które powtarzały się już od paru lat, ale jeśli wziąć pod uwagę częstotliwość, z jaką wracały, to oczywiście było tego sporo. Każdy z tych motywów… bo to były tylko motywy, takie krótkie flesze… śnił mi się co jakiś czas, tak średnio raz na pół roku, czasem częściej, czasem rzadziej, ale dosyć regularnie. Rzecz w tym, że zupełnie ich nie rozumiałam, nie umiałam przypisać do nich żadnego konkretnego znaczenia, wiedziałam tylko, że jeden z nich jest pozytywny, a drugi to koszmar. Natomiast w grudniu oba nagle się wyjaśniły… przynajmniej częściowo.

– Ja mam podobnie – powiedział w napięciu Sim – ale chyba nie do końca tak samo. U mnie też są dwa motywy, ale tylko jeden wraca od lat i w dodatku nadal go nie rozumiem. Natomiast drugi pojawił mi się we śnie tylko dwa razy, zresztą niedługo przed tamtą Wigilią, a jak wrócił trzeci raz, to już na żywo.

– O! – zaciekawiła się Edyta. – Co to było?

– Motyw świateł – odparł ponuro. – Ciemność i dwa zbliżające się światła.

– Jak jadący prosto na ciebie samochód? – upewniła się.

– Aha – spojrzał na nią uważnie. – Też to widziałaś?

– Tak.

Przy stoliku znów zapadła cisza, oboje mierzyli się badawczym wzrokiem, jakby wahając się, kto z nich powinien mówić dalej.

– To był jeden z tych dwóch wątków, który wracał do mnie we śnie od lat – podjęła Edyta. – I to był ten negatywny. Od samego początku kojarzył mi się z niebezpieczeństwem, wprawdzie zawsze budziłam się, zanim te światła zbliżyły się do mnie na tyle, żeby coś się stało, ale i tak wyczuwałam zagrożenie. Interpretowałam je właśnie jako dwa światła zbliżającego się z przeciwka samochodu, który za chwilę we mnie uderzy, a ja nie mogę nic z tym zrobić. Typowy koszmar, niemniej wracał na tyle często, że po którymś razie uznałam go za sen proroczy i bałam się jeździć samochodem, zwłaszcza po zmroku. Również dlatego świadomie nie zrobiłam prawa jazdy.

Sim pokiwał powoli głową ze śmiertelnie poważną miną.

– Kapuję – szepnął.

– Natomiast w Wigilię zobaczyłam je na żywo – ciągnęła Edyta. – Właśnie wtedy, w lesie. To były światła twojego samochodu.

– Widziałaś mnie, jak dojeżdżałem do tego zakrętu?

– Tak. Ty nie mogłeś mnie widzieć, bo schowałam się za krzakami, bałam się… Ale widziałam, jak jedziesz, jak przyśpieszasz… aż minąłeś miejsce, w którym stałam, i rąbnąłeś z całej pary w drzewo.

– Rozumiem… Nie widziałem cię w tych krzakach, ale nawet jakbyś stała na samym środku drogi, to i tak bym cię nie widział, bo one mnie oślepiały. Te światła.

Edyta spojrzała na niego zdziwiona.

– Światła? Twoje własne? Jak mogły cię oślepiać?

– Nie, nie moje – pokręcił głową. – To też jest coś, czego kompletnie nie rozumiem. Z przeciwka waliły na mnie dwa światła, wyglądało to tak, jakby ktoś stamtąd jechał, a potem się zatrzymał, bo od pewnego momentu przestały się zbliżać. Jakby na mnie czekały.

– Niemożliwe – szepnęła. – Tam przecież nikogo nie było.

– Policja też tak twierdziła, więc nawet się nie upierałem, dla świętego spokoju powiedziałem, że nic nie pamiętam. Ale ja to pamiętam, Eda… samego walnięcia w drzewo już nie, natomiast te światła tak, i to doskonale. One wyglądały dokładnie tak, jak wcześniej w tych dwóch snach, tyle że ten fakt skojarzyłem nie na miejscu, tylko później, jak już byłem w szpitalu. Kiedy to coś jechało na mnie z przeciwka, myślałem, że to po prostu jakiś samochód, z którym zaraz się wyminę, nie miałem innych skojarzeń. W przeciwieństwie do ciebie nie odbierałem tamtych snów jako ostrzeżenia o niebezpieczeństwie, dzisiaj już wiem, że powinienem był… również z innego powodu, ale o tym może powiem później, żeby nie robić bałaganu.

– Tak, zostańmy na razie przy twoim wypadku – zgodziła się Edyta. – To rzeczywiście dziwne, że widziałeś przed sobą te światła, bo zapewniam cię, że na sto procent tam nic nie było. Kiedy nadjechałeś, ja kręciłam się po tym zakręcie już od kilku minut i wszędzie było ciemno, cicho i pusto. Jedynymi światłami, jakie pojawiły się w tym lesie, były twoje, zbliżały się do mnie dokładnie tak jak w tamtych snach… Natomiast ty, mówiąc obrazowo, byłeś za nimi, więc do ciebie nie mogły się zbliżać. No ale dobra – machnęła ręką. – Tego na razie i tak nie wyjaśnimy, na interpretację przyjdzie czas potem, póki co spróbujmy ustalić twarde fakty.

– Tak jest – pokiwał głową.

– A propos tego uderzenia w drzewo, nie rozumiem jeszcze jednej ważnej rzeczy – podjęła. – Policjanci mówili, że jadąc z taką prędkością, jaką jechałeś, nie miałeś szans wyrobić się na tak ostrym, a do tego oblodzonym zakręcie. Tam faktycznie był lód, wiem doskonale, bo kilka minut wcześniej sama na nim wyrżnęłam… lód pod śniegiem i to wyślizgany jak na lodowisku. Ale mnie chodzi o coś innego… O ile się nie mylę, ty nie tylko jechałeś szybko, o wiele za szybko jak na taką leśną drogę, ale wręcz ciągle przyśpieszałeś, pamiętam, jak strasznie wył ten silnik… a hamować zacząłeś dosłownie w ostatnich sekundach.

– Mhm. To prawda.

– Dlaczego?

– Przez te światła – wyjaśnił ponuro. – Kiedy wjechałem do lasu, byłem już niemiłosiernie wściekły, że nawigacja wyprowadziła mnie na jakieś manowce, w dodatku zorientowałem się, że pod tym śniegiem nie ma już asfaltu i jadę po gruncie. To mnie kompletnie wyprowadziło z równowagi, zastanawiałem się, czy nie zawrócić, ale jakoś nie mogłem się zdecydować. Więc kiedy zobaczyłem z daleka te światła, nawet się ucieszyłem, pomyślałem, że skoro ktoś tędy jeździ, to może jednak nawigacja prowadzi mnie dobrym skrótem i jak przebiję się na drugą stronę lasu, szybko wrócę na główną drogę. Tyle że niedługo potem, jak te światła były już całkiem blisko, nagle się zatrzymały i już się nie zbliżały, tylko dalej oślepiały jak cholera. Dlatego przyśpieszyłem, żeby jak najszybciej przejechać koło tego debila, co w środku lasu staje sobie na długich, zastanawiałem się nawet, czy nie zatrzymać się przy nim i nie puścić mu solidnej wiązanki z przyjacielskim pozdrowieniem od kierowcy dla kierowcy… ale chociaż jechałem coraz szybciej, one nadal były w tej samej odległości.

– Ach! – zrozumiała Edyta. – Więc przyśpieszyłeś jeszcze bardziej, żeby do nich dojechać?

– Dokładnie. To było coś niewytłumaczalnego, niepokojącego, ale przede wszystkim tak wkurzającego, że wcisnąłem gaz do dechy, byle szybciej minąć to cholerstwo. Wiesz, jak to jest… jedziesz sama przez ciemny las, wokół żywej duszy, ciemno jak nie powiem gdzie, a do tego jakieś dziwne światła, które od pewnego czasu stoją w tym samym miejscu, chociaż walisz na nie stówę na godzinę… jakby ten typ jechał tyle samo, ale na wstecznym! Z natury nie jestem tchórzem, ale jednak wolałem mieć to jak najszybciej za sobą.

– Rozumiem – pokiwała głową.

– Hamowania już nie pamiętam – mówił dalej Sim. – Podobno były wyraźne ślady, które wskazywały, że zanim walnąłem w drzewo, dałem po klockach na maksa, ale to już musiał być odruch bezwarunkowy, bo ostatnie, co pamiętam z momentu przed wypadkiem, to są tylko te światła. Wydaje mi się, że w ostatnich sekundach ruszyły się wreszcie, na pewno stały się jeszcze jaśniejsze, jakby znowu się zbliżały… ale tego na sto procent już nie jestem pewien. Czyli mówisz, że tam nic nie było?

– Nic.

– Wierzę ci. Gdyby zresztą coś było, musiałoby nadjechać od drugiej strony lasu, policja widziałaby ślady kół na śniegu. A podobno od tamtej strony aż do miejsca wypadku nie było żadnych śladów.

– Jak to? – zdziwiła się Edyta. – A autobus?

– Autobus? – spojrzał na nią podejrzliwie. – Jaki autobus?

– A niech to! – pokręciła głową. – Kto ci powiedział, że tam nie było śladów kół?

– Ten gliniarz, co mnie przesłuchiwał. Kiedy zeznałem, że ktoś oślepił mnie z przeciwka, był bardzo zdziwiony, bo wtedy śnieg już nie padał, a od zakrętu aż do końca lasu w stronę, w którą miałem jechać, droga była pokryta nim równo, bez żadnych śladów kół. Mówił, że nie ma opcji, żeby przez ostatnią dobę przez wypadkiem ktokolwiek tamtędy przejechał. Wtedy poddałem się i powiedziałem mu, że pewnie coś mi się pomieszało, a z ostatnich chwil przed walnięciem w drzewo nic więcej nie pamiętam. Ale o jakim autobusie mówisz, Eda? – znów rzucił jej podejrzliwe spojrzenie. – Sama przed chwilą powiedziałaś, że nikogo tam nie widziałaś.

– Nie widziałam w momencie wypadku. Autobus, o ile faktycznie tam był, jechał w tę stronę co ty, w dodatku co najmniej pięć minut wcześniej, więc on na pewno nie mógłby cię oślepić. Chodzi mi o ten brak śladów na śniegu… jak by na to nie spojrzeć, to jest fakt obiektywnie ustalony przez policję, a ja nic o tym nie wiedziałam.

– Ale skąd na takim zadupiu mógł się wziąć autobus? – dziwił się dalej Sim. – I to o takiej kretyńskiej porze? Jemu też nawaliła nawigacja czy co… Czekaj – spojrzał na nią uważnie, mrużąc z zastanowieniem swe piękne oczy. – Czy przypadkiem to nie ty przyjechałaś tam tym autobusem?

– Przypadkiem właśnie ja – potwierdziła w zamyśleniu. – I coś mi się wydaje, że to nie był autobus z tego świata… Ale zostawmy to na razie, Sim – dodała stanowczo. – Sam mówiłeś, żebyśmy nie robili bałaganu, więc nie skaczmy na razie po wątkach, tylko wróćmy do tych świateł. Podsumujmy to, co już ustaliliśmy, okej?

Pokiwał głową aprobująco, nie odrywając od niej poważnego spojrzenia.

– Oboje tamtej nocy… wigilijnej nocy… widzieliśmy dwa zbliżające się światła, które były zapowiedzią niebezpieczeństwa. Ja widziałam twoje, a ty jakieś niezidentyfikowane, które de facto stały się jedną z głównych przyczyn wypadku.

– Światła śmierci – szepnął Sim.

– Ja też tak je po cichu nazywałam… Na szczęście tobie udało się tej śmierci uniknąć.

– Mnie tak – spojrzał na nią wymownie. – Ale ja nie byłem pierwszy.

– Wiem.

Znów zapadła cisza, podczas której oboje patrzyli na siebie badawczym, wyczekującym wzrokiem, jakby próbując odgadnąć, co jeszcze wiedziało to drugie. Jak długo to trwało? Edyta straciła rachubę czasu, szmaragdowy blask oczu Sima działał na nią zbyt rozpraszająco, podczas gdy powinna się teraz maksymalnie skupić… Jednak jak to przerwać?

Na szczęście w tym momencie z pomocą przyszedł jej kelner, który zestawił na stolik zamówione dania. Ich zapach i wygląd sprawił, że oboje, choć zaintrygowani tym, co już do tej pory udało im się odkryć, natychmiast przypomnieli sobie o tym, jak bardzo byli głodni. Sprawiło to, że przez kolejnych kilka minut pałaszowali ze smakiem swoje porcje, dzieląc się tylko uwagami na temat smaku potraw, w istocie wyśmienitych, i od czasu do czasu wymieniając ponad talerzami znaczące spojrzenia na znak, że wciąż myślą o przerwanym wątku rozmowy.

– Proponuję, żebyśmy mimo wszystko trzymali porządek chronologiczny i starali się iść po kolei – podjął Sim, kiedy po zaspokojeniu pierwszego głosu zwolnili już tempo jedzenia. – Skoro i ty wiesz, co stało się kiedyś w tym lesie, to znaczy, że naprawdę mamy sobie bardzo dużo do powiedzenia, ale nie możemy robić tego chaotycznie, bo się nie połapiemy.

– Tak jest – zgodziła się Edyta. – Wątek po wątku. Ten dotyczący świateł mamy wstępnie omówiony, ale zaczęliśmy de facto od snów. Mówiłeś, że śnił ci się jeszcze jakiś drugi motyw, i to dużo wcześniej niż ten ze światłami.

– Mhm – pokiwał głową, przeżuwając i przełykając pośpiesznie porcję sałatki. – Ten ze światłami był tylko dwa razy, raz na początku grudnia, a potem na dzień przed wyjazdem do Moni… czyli tuż przed tą nieszczęsną Wigilią. Za to ten drugi śnił mi się tak jak tobie już od paru lat, fakt, że dość rzadko, ale mimo wszystko regularnie. Problem w tym, że nadal go nie rozumiem, żadne okoliczności z tego wypadku go nie wyjaśniają, dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens go z tym wszystkim łączyć. Ale jednak jest coś, co przemawia za, mianowicie to, że ostatni raz przyśnił mi się tej samej nocy co ten ze światłami.

– Aha. I co to jest?

– Wizja jakiegoś domu – wyjaśnił. – Widzę go z zewnątrz, a potem też od wewnątrz, przedpokój, schody na górę… takie tylko flesze, jak to nazwałaś, ale dość wyraźne, na tyle, że gdybym rzeczywiście się tam znalazł, bez problemu bym ten dom rozpoznał. Niestety w realu jeszcze nigdy tam nie byłem.

– Rozumiem – pokiwała głową Edyta.

„Jeśli schody na górę, to na pewno to nie była leśniczówka” – pomyślała z nutą rozczarowania. – „A już myślałam, że śniło nam się to samo…”

– Tak jak mówię, nie wiem, czy faktycznie mogę łączyć jedno z drugim, bo związku niby nie ma, ale to, że przyśniły mi się jednej nocy, tuż przed Wigilią, może mieć znaczenie.

– Może – przyznała z zastanowieniem. – A co to był za dom?

– Trudno mi dokładnie opisać, Eda… Dom jak dom, duży, położony na wzgórzu czy może raczej na pochyłym wzniesieniu… z przodu ogród, z tyłu drzewa… w środku dość ciemny przedpokój w drewnie, drzwi do jakichś pokojów, schody na górę… Zawsze byłem tylko w tym przedpokoju, nikt nie wpuścił mnie dalej – doprecyzował. – I tak jak mówię, to były tylko flesze, bez żadnej fabuły. Nigdy nie wiedziałem, ani po co tam jestem, ani czyj to dom, tyle tylko, że kiedy tam byłem, czułem się spokojny i wyluzowany. Więc tym bardziej to się nijak ma do tych świateł, które chciały mnie zabić.

– Ale to był taki zwykły dom? Nie na przykład jakiś… dworek? – zaryzykowała.

– Dworek? – podchwycił, zerkając na nią podejrzliwie. – Masz na myśli dwór Dołanieckich?

Pokiwała głową, nadziewając na widelec ostatni kawałek swojego de volaille.

– Właśnie o tym pomyślałam. W ten sposób to by się mogło jakoś łączyć… jakkolwiek.

– Nie, na pewno nie – zaprzeczył stanowczo. – Nie mam pojęcia, jak wyglądał dwór Dołanieckich, w Internecie nic na ten temat nie znalazłem, a przyznaję, że szukałem… ale ten dom to na pewno nie był żaden dwór sprzed stu lat. Nie wyglądał na dwór, ani na żaden budynek o wartości historycznej, po prostu zwykły dom wolnostojący, raczej nie najnowszy, ale też nie taki bardzo stary. Mógł mieć… ja wiem? Nie więcej niż czterdzieści, maksymalnie pięćdziesiąt lat.

– Okej. Czyli to rzeczywiście nie to… – przyznała w zamyśleniu.

– Nie to. I nie wyjaśnimy tego teraz, Eda, zresztą to może nie ma żadnego znaczenia. Powiedz mi lepiej o tym swoim śnie… o tym drugim. Jednym były nasze światła śmierci, to już wiem. A ten pozytywny wątek?

– Pozytywny wątek to wnętrze małego domku wykończonego w drewnie, w nim kominek, na kominku ogień, a na środku stół z grubo ciosanego drewna nakryty białym obrusem do wieczerzy wigilijnej.

Drgnął i spojrzał na nią czujnie, ale nie przerywał jej.

– Nigdy nie wiedziałam, czy na pewno chodziło o wigilię – mówiła dalej Edyta – ale tak to interpretowałam, bo zdawało mi się, że pod tym obrusem jest siano, a w powietrzu czuć zapach żywicy ze świeżych gałązek świerku. W miskach na stole było jedzenie i w ogóle czuć było świąteczną atmosferę… tyle że to też, tak jak u ciebie, były tylko krótkie flesze bez żadnej fabuły ani kontekstu, więc trudno mi było powiązać to w cokolwiek sensownego. Do czasu – zaznaczyła. – Bo na trzy dni przed Wigilią zobaczyłam ten domek na własne oczy.

– Byłaś tam? – zdziwił się.

– Tak. Co prawda też we śnie, ale byłam. To była leśniczówka.

Sim znieruchomiał na moment, po czym powoli odłożył sztućce na stół i pochylił się ku niej nad blatem stolika.

– Byłaś w leśniczówce? – szepnął z niedowierzaniem.

Ależ on miał te oczy! Słodki, ciepły dreszcz przebiegł po karku Edyty, na chwilę mącąc jej zmysły. Jednak nie odwracała wzroku – w tej sytuacji miała zarówno prawo, jak i wystarczające alibi, aby wytrzymać to spojrzenie. Nie musiała się tego wstydzić, ani bać. W końcu chodziło o wspólny cel.

– Tak – odpowiedziała czystym, spokojnym tonem. – Ze Stefanem.

– Ze Stefanem?!

W jego głosie, oprócz zdumienia, zabrzmiało coś jeszcze… coś jakby irytacja albo niechęć… A może tylko tak jej się zdawało?

– Mhm. Spotkałam go w pociągu z Warszawy, kiedy jechałam do domu na święta, a potem drugi raz na stacji. Zabrał mnie do leśniczówki i opowiedział historię… zdaje się, że ty też ją znasz. Historię…

– Leśnika i dziewczyny z dworu Dołanieckich – dokończył pośpiesznie Sim. – Zgadłem?

– Bez pudła – uśmiechnęła się. – Chociaż to nie było chyba trudne, co? A ty skąd ją znasz? Domyślam się, że od Elizy?

– Tak. Ona też opowiedziała mi ją w leśniczówce.

Znów przez długą chwilę patrzyli na siebie jednocześnie badawczo i znacząco.

– Czyli ty też tam byłeś? – szepnęła Edyta. – I też we śnie?

– Można tak powiedzieć – skinął głową. – W sumie to nawet nie był sen, tylko jakby wizja… czy ja wiem? Trudno mi to określić, ale na pewno to nie działo się na jawie.

– Elizę też znasz tylko stamtąd?

– Tak. Rozmawiałem z nią tylko ten jeden raz.

– Aha… A jak wyglądała leśniczówka?

– Dokładnie tak, jak opisałaś. Tyle że na stole nie było białego obrusu ani żadnych misek z jedzeniem. Nie kojarzę też zapachu świerkowych gałązek, o którym mówiłaś, ale reszta zgadza się co do joty.

– Kiedy byłam tam ze Stefanem, też nie było obrusu – zauważyła. – Za to jeśli znasz historię panny i leśnika…

– Tak, wiem. Oni tam jedli wigilijną kolację tuż przed wypadkiem, w którym zginął leśnik.

– Właśnie! Moja nawracająca wizja ze snu przedstawiała leśniczówkę tuż przed tą kolacją. Widziałam ją ze wszystkimi szczegółami, jestem pewna, że tak właśnie wyglądała w tamten wieczór.

Sim pokręcił głową, przyglądając jej się z zaintrygowaniem.

– A niech to… niezłe jaja – szepnął, po czym nagle ocknął się, jakby się zreflektował. – Ale poczekaj, Eda, nie mieszajmy. Trzymajmy się faktów i w miarę możliwości też chronologii zdarzeń, inaczej wszystko nam się porozjeżdża. Kiedy miałaś ten sen ze Stefanem i z leśniczówką?

– Na trzy dni przed Wigilią, dwudziestego pierwszego grudnia. I to też w sumie była bardziej wizja niż sen… A ty kiedy miałeś swoją?

– Trochę wcześniej niż ty – odparł po namyśle. – Jakiś tydzień albo nawet półtora przed świętami, na pewno nie tuż przed.

– Czyli ty opowiadasz pierwszy – oznajmiła stanowczo, z powrotem pochylając się nad talerzem, by dojeść ostatni kęs sałatki. – Chronologia to chronologia.

Sim poszedł za jej przykładem, chwycił za sztućce i również szybko zmiótł resztki swojego obiadu, po czym odsunął talerz na środek stołu.

– Okej – zgodził się bez wahania. – Doprecyzuję tylko, że chronologicznie u mnie najpierw był jeden sen ze światłami, potem ta wizja z Elizą w leśniczówce, potem drugi sen ze światłami, a na koniec już wypadek.

– Aha – pokiwała głową, sięgając po szklankę z sokiem pomarańczowym, który oboje zamówili sobie do obiadu. – To może być ważne, dlatego niegłupio byłoby to zanotować w kalendarzu, jak myślisz? Rozpisać to chronologicznie. Niestety nie mam teraz przy sobie kalendarza z grudnia.

– Dobry pomysł, zrobimy to następnym razem – podchwycił chętnie Sim. – Ja też nie mam kalendarza z tamtego roku, wiadomo, że można by go znaleźć w parę sekund w Internecie, ale chyba lepiej, jak będziemy mieć przed sobą wersję papierową i notować ręcznie. Wtedy da się poukładać wszystko po kolei, wręcz co do godziny.

– Tak. Masz rację, zrobimy taką rozpiskę następnym razem – zgodziła się, czując w sercu przyjemne ciepło na myśl o tym, że będzie „następny raz”. – Dzisiaj spróbujmy w takim razie ustalić tylko wstępnie nasz wspólny stan wiedzy. Czyli co wiemy, z jakiego źródła, czy nasze informacje się pokrywają… tak przynajmniej mniej więcej.

– Na razie wygląda to bardzo obiecująco – zauważył. – Widzisz, jak to dobrze, że się wczoraj dogadaliśmy?

– Bardzo dobrze, ale nie traćmy czasu, Sim. Opowiadaj. Jak wyglądała ta twoja wizja z Elizą?

Sim jednym haustem wychylił sok, odstawił szklankę i rozsiadł się wygodniej w fotelu, ona zaś odruchowo zrobiła to samo, naśladując jego gesty jak lustro.

– To było, jak mówiłem, około półtora tygodnia przed świętami. Pamiętam nawet mniej więcej, nad czym wtedy pracowałem, więc jak odszukam w kompie daty faktur, powinienem dać radę ustalić dokładnie dzień… oczywiście to już na następny raz, do tej rozpiski – zaznaczył. – To było w środku dnia, koło czternastej, siedziałem normalnie w pracy, w moim biurze, nawalałem różne telefony do klientów, robiłem oferty, faktury i tak dalej. Taki po prostu zwykły dzień w robocie. W sąsiednim pomieszczeniu pracował kumpel, który, co ważne, akurat wtedy poprosił o godzinkę przerwy i wyszedł na miasto coś zjeść. Więc zostałem w biurze sam.

– I wtedy to się stało?

– Mhm. Siedziałem w fotelu przed kompem i coś tam robiłem, telefon leżał koło mnie, zresztą co chwila ktoś dzwonił, albo ja musiałem, więc miałem go pod ręką. I wtedy do mojego biura weszła ona…

Zawiesił na chwilę głos i uśmiechnął się do siebie w taki sposób, że serce obserwującej go z sąsiedniego fotela Edyty ścisnęło się nieprzyjemnie. Co prawda, jak już wiedziała, Eliza była tylko postacią z wizji, więc nie mogła być ową „kandydatką na oku”, o której wspominał poprzednio, jednak jak mocno musiała zapaść mu w pamięć, skoro jej wspomnienie wywoływało na jego ustach taki uśmiech! W dodatku to ją wzywał tuż po wypadku w chwilowym przebłysku świadomości…

– Jak się domyślasz, to była właśnie Eliza – ciągnął Sim. – Nie wiem, jak to się stało, ale byłem przekonany, że to się dzieje w realu, że to po prostu jakaś klientka, która przyszła, bo ma do nas interes. I rzeczywiście tak to wyglądało. Powiedziała, że zamawiała u nas usługę z oprogramowaniem, które zainstalowaliśmy wczoraj, ale że coś nie działa i że muszę natychmiast z nią pojechać, żeby rzucić na to okiem. Przedstawiła się jako Eliza Rostowska.

– Rostowska… – powtórzyła cicho Edyta. – Pytałeś mnie wczoraj o to nazwisko.

– Tak. Przypomniałaś sobie może coś? – spojrzał na nią z nadzieją.

– Nie, niestety. Nigdy go nie słyszałam, a tym bardziej nie znam nikogo, kto by je nosił.

– Okej, zostawmy to na razie. No więc Eliza poprosiła, żebym pojechał z nią sprawdzić ten komputer, dopiero później dotarło do mnie, że to było bez sensu, bo ja nigdy takich rzeczy nie robię. W firmie ogarniam całą logistykę, oferty, zamówienia, nagrywanie zleceń, kontakt z większymi klientami, ZUS, podatki, wynagrodzenia… ogólnie wszystko, co wymaga zarządzania. Nie zajmuję się natomiast instalacją oprogramowania u klienta, a tym bardziej konserwacją czy reklamacjami, od tego mam techników. Więc normalnie w takiej sytuacji wysłałbym do niej technika, zresztą na pewno nie natychmiast, tylko najwcześniej po paru godzinach, gdyby któryś był akurat wolny, a najprawdopodobniej dopiero na następny dzień.

– Ale jednak z nią pojechałeś? – domyśliła się Edyta, wspominając swoją własną, zadziwiająco analogiczną rozmowę ze Stefanem.

– Pojechałem i to bez dyskusji. To już samo w sobie było chore, nawet wtedy zdawałem sobie z tego sprawę, ale olewałem to. Wiesz, jak to jest we śnie… dzieje się coś kompletnie absurdalnego i odjechanego, a człowiek łyka to jak pelikan i traktuje jako coś normalnego, chociaż gdzieś z tyłu głowy ma świadomość, że wcale normalne nie jest.

– Tak – przyznała Edyta. – Dokładnie tak to działa.

– Po prostu czułem, że nie mogę jej odmówić – ciągnął. – Wyszliśmy z tego biura, najpierw na klatkę schodową, do windy… zjechaliśmy, przeszliśmy na parking… po drodze mijaliśmy mnóstwo ludzi, znajomym mówiłem dzień dobry… Wszystko wyglądało tak realnie, że nawet przez sekundę nie przyszło mi do głowy, że to się nie dzieje naprawdę. Wsiedliśmy do samochodu… do mojej toyoty – zaznaczył. – Sam jej zaproponowałem, że pojedziemy moim, ona od razu się zgodziła. I ruszyliśmy w trasę.

– Dokąd?

– No właśnie z tym mam problem. Wyjechaliśmy w stronę centrum, a potem nagle jakby urwał mi się film, następny kadr był już z wjazdu w jakąś zaśnieżoną leśną ścieżkę, gdzie telepało na wertepach jak diabli, i chwilę potem znaleźliśmy się przy tej leśniczówce. Nie wiem więc, ani w jakim kierunku wyjechaliśmy z Warszawy, ani ile czasu zajął nam dojazd, po prostu czarna dziura. Tyle tylko, że musieliśmy jechać minimum godzinę, bo na miejscu już robiło się ciemno.

– W grudniu szybko robi się ciemno – zauważyła Edyta.

– Dlatego właśnie mówię. Wyjechaliśmy jakoś po czternastej, o tej porze roku ściemnia się już koło piętnastej trzydzieści, więc to był zasięg godziny do dwóch jazdy, na pewno nie więcej, bo całkiem ciemno jeszcze nie było. Niestety nie spojrzałem na zegarek… w ogóle przyjmowałem to wszystko na luzie, jak całkowicie normalny bieg wypadków, pewnych absurdów w ogóle nie zgłębiałem.

„Półtorej do dwóch godzin jazdy” – pomyślała z entuzjazmem. – „To by się zgadzało!”

– Mam teorię na ten temat – podjął Sim, jakby czytając w jej myślach. – Za dużo rzeczy się zgadza, żeby nie wyciągnąć wniosków… ale dobra, to potem. Tak czy siak dojechaliśmy z Elizą na miejsce i tam była ta leśniczówka, na pewno stara, bo kryta strzechą, ale w bardzo dobrym stanie. W środku wszystko tak, jak opisałaś, nawet ten ogień na kominku, wielki drewniany stół w stylu rustykalnym i tak dalej. Oczywiście żadnego kompa, żadnych instalacji – uśmiechnął się z pobłażaniem. – Tam chyba nawet nie było elektryczności, a co dopiero Wi-Fi, nie wiem nawet, czy telefon miał zasięg, bo oczywiście tego nie sprawdziłem. Jak to we śnie, w ogóle się tym nie przejąłem, po prostu usiedliśmy przy jakiejś herbacie i zaczęliśmy gadać o leśniczówce, to mnie ciekawiło najbardziej. Jak się domyślasz, opowiedziała mi wciągającą historię leśnika, który kiedyś tam mieszkał i który zakochał się w dziewczynie z dworu Dołanieckich. To był de facto główny wątek tej rozmowy.

– Aha – podchwyciła Edyta. – A powiedz mi, czy Eliza wymieniła imiona tych dwojga?

– No właśnie nie – pokręcił głową. – A ja byłem na tyle durny, że o to nie zapytałem. Też mnie to męczyło… A co, ty je znasz? – spojrzał na nią z zaciekawieniem.

– Niestety nie. Analogiczna sytuacja, ale opowiem ci wszystko, jak przyjdzie moja kolej. Na razie mów ty. Czy wymieniła jakiekolwiek inne nazwiska? Oczywiście oprócz Ernesta Dołanieckiego, bo to już wiem.

– Czekaj – zastanowił się Sim. – Podała chyba nazwisko tego typa, którego konie się spłoszyły i pogalopowały w las z powozem. To był, kurde, jakiś hrabia…

– Barwiński?

– Aha, tak! Barwiński. Faktycznie głupie, że Eliza wspomniała nazwisko jakiegoś epizodycznego typa, a nie podała imion głównych bohaterów tej historii, już nie mówiąc o ich nazwiskach. W sumie pamiętam, że przez moment miałem ochotę zapytać ją o to, ale nie chciałem jej przerywać, a potem jakoś już nie zapytałem… Dziwne i głupie, w realu na pewno bym zapytał.

– W realu mózg działa inaczej – przyznała Edyta. – Ale dokończ. Jakieś inne dane? Imiona, nazwy miejscowości, cokolwiek?

– Nie – pokręcił głową. – Nazwy miejscowości nie podała, mówiła tylko o dworze Dołanieckich, który był w odległości kilku kilometrów od leśniczówki. Ja się oczywiście już domyślam, gdzie mniej więcej jest to miejsce – zaznaczył. – Ale wtedy to była dla mnie kompletna abstrakcja. I do tej pory nie jestem w stanie realnie umiejscowić na mapie ani dworu, ani leśniczówki.

– A próbowałeś? – zdziwiła się Edyta.

– Próbowałem. Wiem, że to musi być gdzieś w okolicach twojej Bobrzy, pewnie chodzi o ten sam las, w którym miałem wypadek.

– Tak – skinęła głową.

– Wręcz, jeśli dobrze rozumuję, pierdzielnąłem w świerka na tym samym zakręcie, na którym leśnika stratowały konie. Eliza wspomniała, że to się powtórzy, i przeprosiła mnie, że nic nie może z tym zrobić. Wtedy oczywiście nie miałem pojęcia, co miała na myśli, dopiero po wypadku zrozumiałem, że chodziło o mnie.

– Tak. Jak wiesz, leśnik przed śmiercią też widział tamte światła.

– Mhm. Pokojarzyłem to wszystko dopiero potem. Ale widzę, że znasz o wiele więcej szczegółów niż ja, Eda – zauważył z zaintrygowaniem. – To zresztą raczej normalne, skoro pochodzisz z tamtych okolic, a Dołaniecki był twoim pradziadkiem.

– Pra-pra-pradziadkiem – sprostowała.

– Dobra! – machnął ręką z rozbawieniem. – Nie bądźmy drobiazgowi.

– Właśnie że musimy – zaznaczyła z powagą. – Trzeba dokładnie ustalić każdy szczegół, rozpisać to na kartkach, kalendarzach… Tylko tak da się to maksymalnie ogarnąć. To będzie mrówcza robota, ale może dzięki temu dojdziemy do jakiejś spójnej i sensownej interpretacji tego, co się stało.

– Masz rację – pokiwał głową, również poważniejąc. – Wiesz, co chciałbym zrozumieć przede wszystkim? Co jest dla mnie w tych ustaleniach najważniejsze?

– No, co?

– To, dlaczego to miałem być akurat ja. Dlaczego zostałem wciągnięty w tę chryję, na jakiej zasadzie to właśnie ja miałem powtórzyć los leśnika i zginąć na tym zakręcie. W przeciwieństwie do ciebie nie mam żadnych powiązań z tamtą okolicą, znalazłem się tam głupim przypadkiem, bo nawaliła mi nawigacja w samochodzie. Jedyne w miarę logiczne wytłumaczenie to takie, że to by się stało tak czy inaczej, że ten wypadek i tak mnie czekał, a Eliza po prostu z góry to wiedziała. I dlatego rozmawiała ze mną. Może w ten sposób chciała mnie ostrzec?

– Możliwe – przyznała Edyta. – Czy kiedy mówiła, że wypadek leśnika się powtórzy, wspominała coś o mnie?

– Tak, chociaż bardzo niejasno, dopiero później skumałem, że mówiła o tobie. Wspomniała o osobie, która może zapobiec nieszczęściu, chociaż wcale nie była pewna, że to jej się uda.

– Aha. Jak dokładnie to ujęła?

– Nie pamiętam co do słowa, ale sens był mniej więcej taki, że powtórka tego, co zdarzyło się leśnikowi, jest nieunikniona, natomiast jeśli uda się zmienić dalszy bieg zdarzeń, czyli, jak zrozumiałem później, jeśli ktoś mnie uratuje, konsekwencje mogą być inne. I że jeśli to się uda, to już wszystko będzie dobrze, a panna z dworu wreszcie zazna spokoju. Oczywiście chodziło o jej duszę… Wierzysz w ogóle w takie rzeczy? – zerknął na nią badawczo. – Sprawy pozagrobowe, cierpiące dusze i tak dalej?

– Wierzę – odparła spokojnie Edyta. – I ja też doszłam do tych wniosków co ty, Stefan mówił mi mniej więcej to samo. Twój wypadek musiał się zdarzyć, powtórka z historii była nieunikniona, ale bieg zdarzeń po wypadku mógł być inny, w tym sensie, że poszkodowany nie musiał umrzeć. Warunkiem było to, że na miejscu znajdzie się ktoś, kto w porę udzieli mu pomocy, i z jakiegoś powodu to miałam być ja.

Sim pokiwał powoli głową.

– Kto to jest ten Stefan? – zagadnął.

– Nie wiem. Myślę, że ktoś taki jak twoja Eliza, ale poczekaj… dokończmy najpierw twoją działkę, co? Wróćmy do tych nazwisk. Czyli ona nie wspominała już żadnych innych niż Dołaniecki i Barwiński?

– Nie… chociaż zaraz! – podniósł dłoń do czoła. – Ta dziewczyna z dworu miała służącą. Zdaje się, że nazywała się Kalina… Kalinka.

– A tak, Kalinka! – przyznała Edyta. – Ja też o niej słyszałam.

– Od Stefana?

– Aha. To ciekawe, bo w jej przypadku nie było problemu, żeby podać imię. O Barwińskim akurat słyszałam od kogoś jeszcze innego, ale tu też mamy zbieżność, bo i ty, i ja znamy to nazwisko. A leśnik i jego narzeczona nadal pozostają bezimienni.

– Wychodzi na to, że słyszeliśmy dokładnie tę samą historię, tylko z trochę innymi szczegółami – zauważył słuchający jej z wytężoną uwagą Sim. – Przydałoby się je skonfrontować i sprawdzić, może niektóre się różnią.

– Albo uzupełniają.

– Tym bardziej. Ale powiedz mi, Eda, wracając do tych nazw miejscowości… Ty wiesz, gdzie był ten dwór? I leśniczówka?

– Dwór tak, znam dokładne miejsce, gdzie stał, babcia kiedyś mi je pokazała. Nawet są tam jeszcze pozostałości ruin zarośnięte krzakami, z wierzchu ich nie widać, ale jak się wie, czego szukać, to znajduje się bez problemu. Niewiele tego, tylko trochę cegieł z fundamentów… bo wiesz chyba, że budynek doszczętnie się spalił w czasie pierwszej wojny światowej?

– O – zdziwił się. – Nie wiedziałem.

– Niewykluczone nawet, że Ernest Dołaniecki zginął w tym pożarze – zaznaczyła Edyta. – Data jego śmierci na nagrobku to tysiąc dziewięćset szesnaście, więc kto wie? Oczywiście mógł też umrzeć przed albo po, ale to było mniej więcej w podobnym paśmie czasowym. Pierwsza wojna światowa trwała przecież tylko cztery lata.

– Na nagrobku, mówisz? – zainteresował się. – To znaczy, że wiesz, gdzie on jest pochowany?

– Tak, na cmentarzu w Bobrzy, tak jak większość mojej rodziny z tej linii. Co prawda wcześniej o tym nie wiedziałam, rzadko bywałam na cmentarzu i z Dołanieckich znałam tylko grób prababci, ale w grudniu, kiedy to wszystko się działo, z ciekawości pochodziłam trochę po alejkach i kompletnie przypadkiem znalazłam grób tamtej rodziny z dworu. A może to zresztą wcale nie był przypadek? – zastanowiła się, wspominając z lekkim dreszczykiem na karku spotkaną wówczas kobietę w chuście. – W każdym razie tam leży Ernest, a z nim jego żona, syn i synowa.

– A ta dziewczyna? Narzeczona leśnika?

– Nie wiem. Tam na pewno jej nie ma, zresztą ona przecież miała inne nazwisko. Jej matka była siostrą Ernesta, czyli z domu Dołaniecka, ale jak miała po mężu? Może… chociaż nie, zostawmy to na razie – zreflektowała się. – Musimy koniecznie zrobić tę rozpiskę, może nawet drzewo genealogiczne, ale to już nie dzisiaj. I nie tutaj.

– A może masz to drzewo w jakichś rodzinnych dokumentach?

– Niestety nie. Wszystkie dokumenty z dworu przepadły w tym pożarze sprzed stu lat, jedyne, na czym mogę bazować, to kilka wspomnień prababci, które powtórzyła mi babcia, i te napisy na nagrobkach. De facto niewiele wiem o tych ludziach, mimo że to niby moi przodkowie – rozłożyła ręce. – O tej dziewczynie wiem tylko, że potem zwariowała i dosyć szybko umarła. Ale gdzie jest jej grób, to nie mam pojęcia.

– Może wariatów chowali wtedy gdzie indziej? – zastanowił się Sim. – Albo pochowali ją z rodzicami? W takim razie, dopóki nie dowiemy się, jak miała na nazwisko, nie ma szans, żeby znaleźć jej grób.

– O ile w ogóle został opisany i napisy się zachowały – zauważyła przytomnie Edyta. – Zastanawiałam się nad tym już a propos leśnika. On nie był zamożny, więc to mógł być grób tylko z samej ziemi, z wetkniętym anonimowym krzyżem, a teraz może nawet już zlikwidowany. Z tą dziewczyną mogło być podobnie.

– Myślisz, że wuj nie wystawiłby jej pomnika?

– Nie wiem… Pytanie, kiedy umarła, jeśli już po wybuchu wojny, to różnie mogło być.

– A leśnik? Też jest pochowany w Bobrzy?

– Tak zrozumiałam. Ale tu tym bardziej bez imienia i nazwiska nic nie zwojujemy.

– Muszę koniecznie pojechać na ten cmentarz – powiedział stanowczo Sim. – Najlepiej z tobą, Eda. Pokazałabyś mi te groby, które znasz, a może razem znaleźlibyśmy coś jeszcze? Miejsce, gdzie stał dwór, też chętnie bym odwiedził.

– Dobrze – zgodziła się bez wahania, urzeczona taką perspektywą. – Tylko najpierw musimy poustalać, co się da, na bazie tego, co mamy w głowach, i rozpisać to na jakichś kartkach.

– Tak jest – uśmiechnął się z satysfakcją. – Na rozpisywanie umówimy się w dogodnym terminie, nie pali się przecież. Ważne, że jesteśmy na tropie.

Odwzajemniła mu uśmiech, znów z przyjemnością zanurzając na dłuższą chwilę wzrok w głębinach jego szmaragdowych oczu.

– A co z leśniczówką? – przypomniał sobie Sim. – Na logikę powinna być w tym samym lesie, gdzie walnąłem w drzewo. Wiesz, w którym miejscu?

– Nie mam zielonego pojęcia. To ogromny las, co prawda mogę obstawiać, gdzie jej na pewno nie ma, cały obszar od zakrętu śmierci do dworu odpada, jadąc drogą od stacji, czyli tak jak ty jechałeś, leśniczówka musiała być wcześniej, przed zakrętem. Ale gdzie dokładnie? Jeden Pan Bóg wie.

– Trzeba jej poszukać – stwierdził zdecydowanym tonem. – Myślałem o tym już wcześniej, ale nie miałem stuprocentowej pewności co do tego, że to ten sam las, więc to było bez sensu. Za to teraz, kiedy już wiem… Leśniczówka to przecież nie jest igła w stogu siana.

– Można spróbować – przyznała Edyta. – Ja sama też o tym myślałam, tylko że to nie jest łatwe, zwłaszcza że mieszkam i pracuję tutaj, w Warszawie. Poza nie miałam aż takiej motywacji.

– No to teraz już ją masz. Będziemy motywować się wzajemnie, aż rozwikłamy zagadkę – oznajmił Sim, a w jego głosie zabrzmiała nuta szczerej radości. – Ja już jestem tak zaintrygowany, że nie spocznę, póki tego nie wyjaśnię. Howgh!

Roześmiali się oboje.

– Dobra, to teraz ty mów – zażądał. – O Stefanie.

– Poczekaj, jeszcze nie skończyłeś. Mówiłeś, że rozmawialiście z Elizą w leśniczówce, opowiedziała ci historię panny i leśnika i wspomniała, że to się powtórzy. Co było dalej?

– Dalej już nic – wzruszył ramionami. – Wizja skończyła się, bo ten kretyn Piotrek wrócił z obiadu, wrzasnął na mnie i się obudziłem.

– W fotelu w biurze przed komputerem? – domyśliła się.

– Dokładnie. Nie ma wątpliwości, że ani przez chwilę się stamtąd nie ruszałem. Co więcej, telefon, który leżał przy mnie, dzwonił w tym czasie ze dwadzieścia razy, znalazłem w nim potem całą historię nieodebranych połączeń od klientów i techników, co znaczy, że musiał wyć dosłownie co chwila, a ja kompletnie tego nie słyszałem. Dopiero jak Piotrek stanął nade mną i ryknął mi do ucha jak zarzynany bawół, w ułamku sekundy wróciłem z leśniczówki do rzeczywistości.

Edyta parsknęła śmiechem.

– Byłem zresztą w ciężkim szoku, że wróciłem i że to był tylko sen – ciągnął Sim. – Wcale mi się to nie podobało, bo…

– Przepraszam, czy podać państwu coś jeszcze? – przerwał mu kelner, który właśnie zmaterializował się przy ich stoliku, by pozbierać na tacę puste naczynia. – Może jakiś deser?

Wytrąceni z rytmu dyskusji, oboje spojrzeli po sobie w zdezorientowaniu.

– Napiłabym się kawy – powiedziała z namysłem Edyta. – Zwykłej czarnej bez mleka.

– Dwie czarne kawy – zaordynował natychmiast Sim. – I do tego jakieś ciacho, co, Eda?

– Chętnie. Dla mnie wszystko jedno jakie, lubię każde.

– Ja też. Niech pan nam poleci coś dobrego – zwrócił się z nutką niecierpliwości do kelnera. – Jakąś specjalność zakładu czy coś… wszystko jedno, byle było smaczne.

– To może sernik z czekoladą?

– Może być – zgodził się, wymieniwszy akceptujące spojrzenia z Edytą. – Dwa serniki i dwie kawy. A teraz już bez ściemy, Eda – zwrócił się do niej, gdy tylko kelner odszedł od stolika. – Nie wykręcaj się, nie kombinuj, tylko opowiadaj mi w końcu o Stefanie. Wszystko po kolei.

 

22.

 

Dwie kawy i dwa serniki już dawno były tylko wspomnieniem, podobnie jak następujące po nich dwie herbaty malinowe i dwie szklanki świeżo wyciskanych soków, które Edyta i Sim zamawiali po kolei, by móc jeszcze trochę dłużej posiedzieć w restauracji. Wciąż mieli sobie tyle do powiedzenia, tyle szczegółów do omówienia, tyle uwag i pomysłów na interpretację!

Wstępne i nadal dość chaotyczne ustalenia dotyczące całokształtu ich wspólnego stanu wiedzy na temat zarówno grudniowych wydarzeń w lesie koło Bobrzy, jak i historii leśnika i jego narzeczonej wskazywały na niezwykle konsekwentną spójność wszystkich danych, nawet drobnych szczegółów. Te co prawda wciąż odkrywali, mając wrażenie, że czerpią ze studni bez dna, ale i tak już teraz z dotychczasowej mgły wyłaniał się coraz jaśniejszy obraz całości.

Jak się okazało, opowieści Elizy i Stefana dopełniały się w bardzo ciekawy sposób, przedstawiając historię wydarzeń sprzed ponad wieku z dwóch nieco innych punktów widzenia. Ponadto, o ile Stefan nie dokończył swojej, urywając ją w momencie śmierci leśnika, o tyle Eliza opowiedziała Simowi również dalszy ciąg, a choć Edyta znała go już od kobiety w chuście, zauważyła, że wersja, jaką dysponował Sim, była nieco bardziej szczegółowa.

– Kiedy dziewczyna po wypadku wracała do dworu z lasu, była pewna, że leśnik nie żyje – relacjonował. – Była tak zrozpaczona, że już wtedy, jak mówiła Eliza, rozum jej się mieszał, ale szła, bo bardzo chciała poprosić kogoś o pomoc w sprowadzeniu jego ciała. Tyle że to nie było takie proste, bo jak miałaby wytłumaczyć wujowi, skąd wie o tym wypadku? To się przecież stało w głębi lasu, w środku wigilijnej nocy… dokładnie ta sama sytuacja, jaka spotkała i mnie. Miała nadzieję, że ta wtajemniczona służąca jej pomoże, załatwi po cichu ze dwóch parobków, którzy pojadą jeszcze przed świtem do lasu i niby przypadkiem znajdą ciało, ale nie zdążyła się z nią skontaktować, bo jeszcze zanim doszła do dworu, wpadła na Dołanieckiego.

– Tak, wiem. Nie mógł spać, a ona tak go wystraszyła, że mało zawału nie dostał.

– Mhm. Opierdzielił ją za to jak cholera i odesłał do pokoju, osobiście dopilnował, żeby tam poszła, i zamknął ją na klucz.

– A widzisz, o tym nie wiedziałam – zauważyła Edyta. – O tym, że na klucz.

– Tak, ale na krótko, bo służąca miała zapasowy, więc zaraz jak tylko stary poszedł do siebie, otworzyła te drzwi i ruszyła swojej pani na pomoc. Fakt, że niewiele mogła zrobić, laska była w totalnej rozpaczy, wyła, skręcała się, coś bredziła, nic sensownego nie dało się z niej wyciągnąć, tylko tyle, że leśnik nie żyje… dopiero nad ranem trochę się pozbierała i opowiedziała w końcu służącej, co się stało.

– Biedna! – westchnęła ze współczuciem Edyta, wyobrażając sobie ogrom cierpienia, przez jakie musiała przejść nieszczęsna panna. – Dobrze, że chociaż miała tę Kalinkę… że nie była z tym całkowicie sama.

– Fakt – przyznał Sim. – Chociaż jej sytuacja i tak była nie do pozazdroszczenia. W każdym razie rano we dworze zrobił się raban i poszła sensacyjna wieść, że przywieźli na saniach zabitego człowieka, którego w lesie stratowały konie. Wszyscy oczywiście pobiegli to zobaczyć, więc dziewczyna mogła pobiec z nimi, wmieszać się w tłum i popatrzeć sobie na swojego nieboszczyka. Oczywiście tylko z daleka, bo jeśli chciała uniknąć skandalu, za bardzo zbliżać się nie mogła. Dopiero w nocy… mam opowiadać, co działo się nocami aż do jego pogrzebu, czy już to wiesz? – zerknął na nią spod oka. – Bo to jest dosyć… hmm, makabryczne.

– Wiem – westchnęła. – Zakradała się w miejsce, gdzie leżał, przytulała się i żegnała się z nim sam na sam. Bardzo smutne i tragiczne, ale zobacz, jakie w sumie konsekwentne. Przez cały czas spotykali się w ukryciu w leśniczówce, nikt poza Kalinką o nich nie wiedział, a na koniec ona żegnała go też w ukryciu, nocami w tej zimnej stodole, gdzie przechowywali jego ciało… brr! – wzdrygnęła się. – Z tego powodu też musiała nieźle się nacierpieć.

– Eliza mówiła, że cierpiała bardzo, ale i tak to był tylko wstęp do tego, co jeszcze ją czekało. Bo jak przyjechał ten hrabia od powozu i powiedział, że leśnik do rana jeszcze żył, a umarł tuż przed tym, jak podnieśli go z krzaków na zakręcie, to dopiero zaczęła się jazda. Laska zemdlała, nie mogli jej docucić, a jak już docucili, była w całkiem innym świecie… krótko mówiąc, żegnaj rozumie, żegnajcie zdrowe zmysły. Miała tak potworne wyrzuty sumienia przez to, że od razu nie sprowadziła do niego pomocy, że nie mogła sobie z tym poradzić. Co noc śnił jej się, ale nie jak ginie w wypadku, tylko tak pozytywnie, jak idzie do niej cały i zdrowy, wyciąga ręce i uśmiecha się… a to ją rozwalało już na maksa. Strasznie za nim tęskniła, nie mogła sobie wybaczyć, że tak to schrzaniła, i obwiniała się, że to przez nią umarł sam w zimnie i ciemnościach. Za każdym razem, kiedy jej się śnił, wyła, krzyczała, błagała go o przebaczenie, aż cały dwór się budził. Najpierw to się działo tylko nocami, przez sen, ale potem coraz częściej, również w dzień, znienacka i przy wszystkich. Oczywiście oficjalna diagnoza: wariatka. Jednak wuj nie chciał jej oddać do szpitala dla umysłowo chorych, ze względu na pamięć siostry trzymał ją dalej przy sobie aż do śmierci… jej śmierci, która nastąpiła jakoś niedługo później.

Edyta ze smutkiem słuchała uzupełniających szczegółów tej zapomnianej, jakże tragicznej i pełnej skrajnych emocji historii, która w jakiś tajemniczy sposób łączyła się z ich własnymi przeżyciami sprzed kilku miesięcy. Tylko jak? Wciąż, pomimo połączonych sił, nie mogli znaleźć jednoznacznego klucza, jedynym wyraźnym tropem była zbieżność miejsca wypadku Sima i śmierci leśnika, a także fakt, że ona sama była spokrewniona z tamtą panną z dworu. To jednak nie było nic, na co sama już wcześniej by nie wpadła, podczas gdy, jak oboje przeczuwali, musiało chodzić o coś więcej.

Co ciekawe, Sima szczególnie zainteresowała postać Stefana, o którego dopytywał z uporem, zdaniem Edyty, godnym lepszej sprawy.

– Co zwróciło na niego twoją uwagę w tym pociągu? – drążył. – Tylko to, że się na ciebie gapił przez pięć minut?

– Nie tylko. Po prostu wyglądał inaczej niż inni.

– Inaczej, czyli jak?

– Jak książę Wikingów – uśmiechnęła się, w nieco żartobliwym duchu wspominając swoje pierwsze wrażenie.

Przez twarz Sima przebiegł cień, na który chwilę potem nałożył się wyraz lekkiej kpiny.

– Książę Wikingów? – skrzywił się. – To znaczy?

– Miał takie piękne, dość długie jasnoblond włosy… tak mniej więcej dotąd – wyjaśniła, wskazując ręką poziom na wysokości czubka swojego ramienia. – Podobny kolor do twoich, ale na tej długości u niego to się bardziej rzucało w oczy. Ten odcień. Taki jaśniutki, prawie popielaty, nie wiem czemu, ale skojarzył mi się właśnie z Wikingami. Do tego jego twarz, cała sylwetka… oczy… wszystko po kolei przyciągało uwagę.

„Zwłaszcza oczy” – podkreśliła w myśli. – „Takie jak twoje, chociaż ty, z tymi ciemniejszymi rzęsami, masz je jeszcze piękniejsze… no, ale tego przecież ci nie powiem!”

– Podobał ci się, co? – burknął Sim.

– Owszem, bardzo – przyznała wciąż odrobinę w trybie żartu. – Jak nie interesują mnie faceci, tak on zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Na tle innych w tym wagonie był po prostu wyjątkowy.

„Chociaż do ciebie i tak się nie umywał” – dopowiedziała w myśli, zerkając spod oka na jego naburmuszoną twarz, zwłaszcza na policzki pokryte kilkudniowym jasnym zarostem, który tak bardzo lubiła.

– No to jak to się stało, że mnie z nim pomyliłaś? – nie odpuszczał Sim. – Jakby był taki wyjątkowy, nie dałoby się go pomylić z nikim innym, dobrze mówię?

– Nie do końca – pokręciła głową, od wczoraj mając w zanadrzu gotową, z góry przemyślaną wersję na wypadek, gdyby o to zapytał. – W pociągu widziałam go bardzo krótko, a w tamtej wizji z leśniczówki niezbyt wyraźnie, z kolei w lesie, gdzie ty miałeś wypadek, było ciemno, więc łatwo można się było pomylić. Obaj macie podobne rysy twarzy, a twoich włosów nie mogłam wtedy widzieć, bo miałeś na głowie czapkę. Wiesz, jak to jest… wystarczy się zasugerować i na wiele rzeczy nie zwraca się uwagi.

– Zwłaszcza jak się ciągle o kimś myśli – zauważył pobłażliwie. – Przyznaj się. Stefek tak ci się spodobał, że nie mogłaś przestać o nim myśleć, dlatego widziałaś go wszędzie, nawet mnie za niego wzięłaś. I dlatego w szpitalu tak się zdziwiłaś, że obciąłem włosy… a ja przecież wcale ich nie obcinałem. Nigdy nie stylizowałem się na księcia Wikingów, taki sam fryz jak teraz noszę od lat.

– Przeprosiłam cię już za tę pomyłkę – przypomniała mu łagodnie.

– To ciekawe – pokiwał głową, ignorując tę uwagę, jakby jej w ogóle nie usłyszał. – Niby znałaś go powierzchownie, gadałaś z nim tylko raz w leśniczówce, w dodatku we śnie, a potem, kiedy pomyliłaś mnie z nim, zachowywałaś się, jakby był dla ciebie… jakbyś go… – zawahał się i pokręcił głową. – No, ale dobra, nie będę już nic mówił, bo zaraz znowu ci podpadnę, a na to wolę się nie narażać.

Zamilkł i chwyciwszy kartę z menu pozostawioną na stoliku przez kelnera, zajął się jej wertowaniem, widocznie szukając pomysłu na kolejne zamówienie przedłużające pobyt w restauracji. Edyta przyglądała mu się spod oka.

– Nie podpadniesz – zapewniła go, uznając, że ten wątek też trzeba jakoś zneutralizować. – Wcześniej wolałam nie rozmawiać o Stefanie, bo to był zbyt szalony temat i nie chciałam wyjść przed tobą na wariatkę. Ty sam też się dzisiaj wahałeś, czy w ogóle zacząć temat snów przepowiadających, wiadomo, takie rzeczy są trudne dla każdego. Ale teraz, kiedy już tyle sobie powiedzieliśmy, to jest mimo wszystko inny poziom rozmowy. I może właśnie powinniśmy to wyjaśnić?

– To? – podniósł głowę i zerknął na nią badawczo. – Czyli co?

– Kwestię tych pomyłek – wyjaśniła spokojnie. – Ty przecież też w pierwszej chwili pomyliłeś mnie z Elizą.

Sim zmieszał się i znów utkwił spojrzenie w karcie z menu.

– Tak – przyznał z oporem, nie podnosząc na nią wzroku. – Ale tylko w pierwszych paru sekundach. Prawie od razu się zorientowałem, że to nie ona.

– Mimo to chyba jestem do niej jakoś podobna, prawda?

Wzruszył lekko ramionami.

– Myślę, że nie bardziej niż ja do Stefana. Sama mówiłaś, że tam było ciemno, ty też miałaś na głowie czapkę, a ja przecież ledwo żyłem. Jeśli ty się zasugerowałaś, to mogłem i ja.

Edyta pokiwała głową w zamyśleniu.

– Prawda. W takich ciemnościach łatwo wziąć nieznajomą osobę za kogoś innego. A mnie w tym szpitalu dodatkowo zmyliło to, że jesteś w identycznym wieku jak on. Dwadzieścia siedem lat.

– Skąd wiesz, ile Stefan ma lat? – zdziwił się Sim.

– Powiedział mi – uśmiechnęła się. – Dwadzieścia siedem i cztery miesiące. Dokładnie tyle miał w grudniu, kiedy rozmawialiśmy w leśniczówce.

– Ja mam już dwadzieścia osiem. Skończyłem w lutym, więc w grudniu miałem dwadzieścia siedem i prawie jedenaście. Nie jesteśmy dokładnie w tym samym wieku.

– Nie czepiaj się o szczegóły. Rocznikowo miałeś dwadzieścia siedem i tak było napisane na karcie przy szpitalnym łóżku. Dla mnie wszystko się zgadzało. Również inicjał imienia.

– O szlag! – skrzywił się. – Faktycznie…

– Gdyby napisali tam całe twoje imię, to bym się nie pomyliła. Ale był tylko inicjał i wiek, nazwiska Stefana nie znałam, więc twoje przyjęłam bez uwag. Sugestia była na tyle mocna, że nawet te ścięte włosy się przez nią nie przebiły.

– Kapuję. Ale to w końcu jestem do niego podobny czy nie?

– Z wyglądu jesteś, nawet bardzo, pod pewnymi względami wręcz łudząco. Ale tylko z wyglądu. Wystarczy kilka minut rozmowy, żeby się zorientować, że ty to nie on.

– Okej – pokiwał głową. – To ma sens, wtedy leżałem przecież jak trup, mogłaś mnie oceniać tylko po wyglądzie. Zresztą… obiecałem, że będę szczery, to będę. Ty też z wyglądu, przynajmniej pod pewnymi względami, jesteś łudząco podobna do Elizy.

– O! – zdziwiła się uprzejmie. – Czyli jednak?

– Tak… Głupio mi było o tym mówić, ale teraz, jak słusznie powiedziałaś, to jest inny poziom rozmowy, więc nie będę ściemniał. Macie cholernie podobne rysy twarzy, włosy też, chociaż ona miała je upięte jakoś tak – podniósł ręce i nad głową naszkicował sobie coś na kształt wysokiego koka – a ty nosisz rozpuszczone. Macie też trochę inne usta i uśmiech, twoje są bardziej… no nieważne – machnął ręką. – Po prostu inne. Dlatego w tym lesie, kiedy na moment na tle tych niebieskich świateł z karetki mignęła mi twoja twarz, w pierwszej sekundzie pomyślałem, że to ona, ale prawie natychmiast zorientowałem się, że jednak nie. A kiedy przyszłaś do mnie do szpitala… w sumie nie do mnie, tylko do Stefana, ale to niestety byłem ja… wiedziałem już na pewno, że nie jesteś Elizą. Wręcz im dłużej cię znam, tym więcej widzę różnic.

– Ja u ciebie i Stefana tak samo – zgodziła się. – Ale słuchaj, Sim… myślisz, że to przypadek? To, że jesteśmy do nich przynajmniej częściowo podobni?

– Na pewno nie, też o tym pomyślałem. Nie tylko jesteśmy podobni, ale w dodatku mamy te same inicjały imienia. Ty i Eliza też, zauważyłaś to?

– Rzeczywiście… Jakoś nie pomyślałam o tym, ale masz rację. Obie mamy imiona na E.

– Otóż to. I to nie może być przypadek, w tym musi coś być. Tylko co?

– Też chciałabym to wiedzieć.

– Poza tym męczy mnie ten twój autobus i ta babka z cmentarza, która dowiozła cię na miejsce. Pomijam to, że żaden autobus tamtędy nie jechał, bo nie było śladu kół, pomijam nawet, że ona nie mogła być do końca taką samą wizją jak Stefan i Eliza, bo przecież jakimś sposobem jednak cię do tego lasu dotransportowała. Ale zastanawia mnie fakt, że ona też znała historię leśnika i…

– Łaaaał!!! – przerwał mu nagle wesoły, chóralny okrzyk kilku damskich głosów, który rozległ się za ich plecami. – Patrzcie! To naprawdę Sim!

Nim wyrwana ze skupienia Edyta zdążyła się zorientować, przy ich stoliku znalazły się trzy roześmiane dziewczyny, które otoczyły zaskoczonego Sima, niemal siłą podniosły go z fotela i witały się z nim wylewnie, ściskając go serdecznie za szyję i obcałowując wśród wesołego jazgotu i pisku.

– A nie mówiłam wam, że to on? – śmiała się jedna z nich, śliczna blondynka z mocnym makijażem. – Mówiłam! Od razu z daleka go rozpoznałam!

– Ja też! – oburzyła się żartobliwie druga, szatynka o włosach długich aż do pasa. – Kto by Sima nie rozpoznał!

– No, Simciu, nie bądź zły, już nie przeszkadzamy! – dodała trzecia, zerkając na siedzącą spokojnie, wpatrzoną w swoją szklankę Edytę. – Przecież widzimy, że jesteś zajęty! Chciałyśmy tylko grzecznie się przywitać!

– Ale patrzcie, jaki ten świat mały!

– Dobra, fajnie was widzieć, ale dajcie już spokój, dziewczyny! – oganiał się od nich wyraźnie skonfundowany Sim. – Nie napada się tak ludzi w towarzystwie. Skąd wiecie, może jestem na spotkaniu biznesowym?

– Oooo, to przepraszamy! – blondynka ukłoniła się uprzejmie Edycie. – Nie chciałyśmy przeszkadzać, naprawdę. Prosimy o wybaczenie!

– Spotkanie biznesowe? – zdziwiła się szatynka. – Łeee… a ja myślałam, że to ta twoja Rusałka… Przyłapać Sima na randce z Rusałką, to byśmy dopiero miały fuksa, co, dziewczyny? Podwójnego!

– Z Rusałką? – blondynka spojrzała na nią podejrzliwie. – Z tą, co Simcio o niej gadał po pijaku? Ej, patrz, zapomniałam… ale jaja! No właśnie, co z Rusałką?

– Przestańcie! – huknął na nie z poirytowaniem Sim. – Nie róbcie mi tu obory, proszę was. Jestem naprawdę zajęty.

– No dobra, to już! Spadamy! – zakomenderowała wesoło trzecia z dziewczyn. – Ale najpierw pożegnaj nas ładnie! No, Simciu? Buuuuuzi!

Znów ze śmiechem otoczyły go, ściskając i całując na pożegnanie.

– Do widzenia! – ukłoniły się na koniec Edycie, która skinęła im tylko głową z uprzejmym uśmiechem. – Przepraszamy za najście i życzymy owocnego spotkania biznesowego! Pamiętaj, Sim, co złego, to nie my!

Po czym wśród śmiechów, pisków i przepychanek, wybiegły z restauracji na korytarz galerii handlowej, gdzie za chwilę zniknęły, wciąż wesoło pokrzykując i pląsając. Zmieszany, zaczerwieniony na twarzy Sim zajął z powrotem swoje miejsce i zerknął na siedzącą wciąż spokojnie towarzyszkę.

– Przepraszam, Eda – pokręcił głową. – To moje znajome z klubu, gdzie czasem zdarza mi się bywać. Jak widać, człowiek nigdzie nie może czuć się bezpiecznie.

– Ależ żaden problem – uśmiechnęła się. – Wyglądają na sympatyczne dziewczyny i widać, że cię lubią. Wytrzyj sobie tylko tę szminkę.

– Słucham? – spojrzał na nią zaskoczony.

– Szminkę wytrzyj. Masz na policzku – wyjaśniła, wskazując na własnym policzku analogiczne miejsce. – O tu. Na lewym.

Skonfundowany już do reszty i wyraźnie poirytowany mężczyzna chwycił natychmiast za stojący na blacie serwetnik, wyrwał z niego cały plik serwetek i zabrał się za czyszczenie policzka, co Edyta obserwowała z kamienną twarzą i ściśniętym sercem.

„Rusałka” – powtórzyła w myśli. – „To pewnie ta, o której wtedy wspomniał a propos założenia rodziny. Jedyna kandydatka… Swoją drogą ładnie ją nazywa.”

– Już? – zapytał Sim.

– Jeszcze trochę. Bliżej ucha.

Zaciął zęby, szorując z niecierpliwością wskazane miejsce kolejną serwetką. Przed oczami Edyty, całkowicie wbrew jej woli, mignęła scena z wraku toyoty pogrążonego w ciemnościach… w ciemnościach tak głębokich, że zmysł dotyku stawał się w nich silniejszy od zmysłu wzroku. Pod palcami niemal namacalnie poczuła szorstkość tamtego policzka pokrytego kilkudniowym zarostem. To był przecież on. On, ten sam przystojniak, który siedział przed nią po przeciwnej stronie stolika i którego przed chwilą na jej oczach wycałowały kompleksowo jakieś dziewczyny. Jednak wtedy należał tylko do niej… Dotykała go wówczas tak odważnie i spontanicznie, jakby miała do tego pełne prawo. To nie było tylko ratowanie życia, zresztą czy człowieka ratuje się, głaskając go po policzku? Co prawda w tamtej chwili myślała, że jest Stefanem, ale to był przecież on…

– Pokaż – zlitowała się, widząc, że znowu trze w niewłaściwym miejscu, a ślad ciemnoczerwonej szminki nadal jest widoczny. – Ja to zrobię.

Bez wahania oddał jej serwetkę i pochylił się w jej stronę nad stolikiem, ona zaś zrobiła to samo, starannie i delikatnie ścierając mu z policzka, spomiędzy zarostu, ślady kosmetyku. Siłą rzeczy ich twarze znalazły się teraz blisko siebie, co nie mogło pozostać bez efektu, wystarczyło bowiem, że Edyta musnęła przelotnie palcami jego policzek, a w jej ciele i duszy natychmiast i bez ostrzeżenia rozszalała się istna burza z piorunami. A potem niechcący, zupełnie niechcący zahaczyła wzrokiem o jego oczy…

Czy szlachetny blask złota i diamentów może się równać z blaskiem szmaragdów prześwietlonych słońcem? To przecież ona uratowała je od śmierci w wigilijną noc, by mogły dalej tak lśnić i rozjaśniać nadzieją najgłębsze ciemności… Tak, ale nie dla niej. Musiała o tym pamiętać.

– Już – oznajmiła spokojnym tonem, cofając rękę i wracając na swoje miejsce.

Sim przejechał sobie dłonią po policzku, na którym nie było już szminki, jednak zostało dość mocne zaczerwienienie.

– Przepraszam, Eda – powtórzył zmieszany. – To się nie powinno było zdarzyć. I wiesz, tak się zastanawiam… Może chodźmy stąd i przenieśmy się gdzie indziej? Obawiam się, że one mogą zaraz tędy wracać, a nie mogę zagwarantować, że zostawią nas w spokoju.

– Jasne – skinęła głową, spoglądając na zegar nad barem. – Wręcz myślę, że czas już wracać do domu, zobacz, która godzina. Strasznie późno się zrobiło, a i tak dzisiaj tego nie skończymy. Pogadamy jeszcze trochę w drodze i umówimy się na następny raz, a do kolejnego spotkania każdy z nas na spokojnie sobie to wszystko przemyśli. Co ty na to?

– Okej – westchnął z rezygnacją, posłusznie acz niechętnie podnosząc się z fotela. – To chodź… Ureguluję rachunek i odwiozę cię na chatę, dokończymy jeszcze parę wątków w samochodzie.

 

23.

 

Wielkanoc w rodzinnym domu mijała jak zawsze, w ferworze pracy w kuchni, rozmów z gośćmi i zabawy z dziećmi. Jednak Edyta, kiedy tylko mogła, wymykała się z domu na krótkie samotne spacery po okolicy, obecnie rozbujałej świeżą zielenią i zalanej wiosennym słońcem. Nie miała czasu zapuszczać się daleko, dlatego najczęściej włóczyła się w pobliżu rzeki, gdzie było najspokojniej, a raz nawet udało jej się zajrzeć na cmentarz, by przypomnieć sobie umiejscowienie grobu Dołanieckich. Wszak niedługo miała wrócić tu z Simem i być jego przewodniczką po tych cichych, obecnie zarośniętych trawą cmentarnych alejkach, musiała zatem wiedzieć, gdzie go poprowadzi.

Perspektywa ta napełniała jej serce radością i podekscytowaniem, wyobrażała sobie, jak to będzie, kiedy przyjadą tu we dwoje i ruszą tymi ścieżkami w poszukiwaniu kolejnych tajemnic, a potem razem pojadą na łąkę, gdzie niegdyś stał spalony przed stu laty dwór Dołanieckich. On sam pewnie nigdy by go nie znalazł, ale ona, potomkini tamtych ludzi, wskaże mu to miejsce i oprowadzi go po okolicy jak po swoich włościach. A wcześniej spotkają się w Warszawie i to zapewne niejeden raz… Wszak przed nimi wciąż jeszcze było mnóstwo mrówczej pracy, którą będą musieli wspólnie wykonać, żeby rozwikłać zagadkę tej szalonej wigilijnej nocy. Dlaczego to by miało się nie udać, skoro oboje zgodnie do tego dążyli i obojgu na tym zależało?

Świadomość, że nie była już z tym sama i że mogła dzielić wszystkie swoje uwagi i przemyślenia na ten temat właśnie z nim, świeciła w duszy Edyty jak lampka, mimo że na dłuższą metę nie chciała robić sobie nadziei. Wolała nawet nie myśleć o dalszej przyszłości, po prostu żyć chwilą i w pełni skupić uwagę na rozwiązaniu zagadki, zaangażować się w to razem z nim w stu procentach. A potem? Cóż, potem się okaże. Po co snuć czarne scenariusze i awansem narażać się na cierpienie, skoro można cieszyć się tym, co miała teraz? Nawet jeśli z góry było wiadomo, że to się kiedyś musi skończyć, być może nawet niedługo, zależy, ile czasu zajmie im wyjaśnienie tajemnicy.

Skupiała zatem metodycznie myśli na sprawie, czyli z jednej strony na okolicznościach wypadku Sima w podbobrzańskim lesie, z drugiej zaś na wątku sprzed lat dotyczącym zakazanej i tragicznie przerwanej miłości panny z dworu i leśnika. Kiedy po sprzątaniu w kuchni i opowiadaniu Agusi bajek wracała do swojego pokoju, zamiast spać, siedziała przy biurku i pracowicie rozpisywała na kartkach informacje, które znała zarówno od Stefana i kobiety w chuście, jak i od tajemniczej Elizy za pośrednictwem Sima. Spisawszy z nagrobków dokładne daty, próbowała choć częściowo odtworzyć chronologię zdarzeń, zwłaszcza jak najprecyzyjniej umiejscowić w czasie historię panny i leśnika. Powoli powstawało też – wprawdzie dziurawe i niepełne, ale przynajmniej obrazowe – drzewo genealogiczne jej rodziny z linii praprababci Anieli, którego zarys przed powrotem do Warszawy miała zamiar skonsultować z babcią. A nuż staruszka przypomni sobie jeszcze coś ważnego? Na osobnej kartce zapisywała również pytania i wątpliwości, jakie jej się nasuwały i które planowała przedyskutować z Simem.

Tym, co zwracało szczególną uwagę, były liczne analogie łączące wciąż niezrozumiałymi ale wyraźnymi nitkami wydarzenia sprzed stu lat z tym, co w wigilijną noc przytrafiło się każdemu z nich. Fizyczne podobieństwo Stefana do Sima, a Elizy do niej samej, wspólne punkty obu sennych wizji i rozmów w leśniczówce, tożsamość miejsca oraz dziennej daty wypadku Sima i śmierci leśnika, a także spinający to wszystko w jedną całość motyw zbliżających się świateł nie mogły przecież być przypadkiem! Sim miał w tym pełną rację, podobnie jak w tym, że najdziwniejszą postacią uwikłaną w wigilijne wydarzenia była kobieta w chuście, gdyż to ona najbardziej ze wszystkich wymykała się wewnętrznej logice tej historii. Jedno było pewne – cała tamta trójka pracowała na rzecz duszy nieszczęsnej panny z dworu, która mogła zaznać spokoju dopiero teraz, kiedy wypadek na leśnym zakręcie zgodnie z zapowiedzią powtórzył się, ale z innym skutkiem niż ten sprzed ponad wieku.

Sim miał rację jeszcze w jednym punkcie – o ile jej własna rola w biegu zdarzeń mogła być dość łatwo wytłumaczona pokrewieństwem z narzeczoną leśnika, której koszmarny błąd w pewnym sensie zdołała naprawić, ratując kogoś sto lat później na tym samym zakręcie i w łudząco podobnych okolicznościach, o tyle jego udział w tych zdarzeniach w istocie wyglądał na zupełnie przypadkowy. Czy był zatem tylko narzędziem w rękach ślepego losu? Czy może jednak miał z tym wszystkim jakiś związek, nie tylko z racji wypadku, któremu uległ, ale z jakichś innych, mniej incydentalnych powodów? Edyta chyba wolałaby tę drugą wersję, bowiem wówczas metafizyczna nić, która połączyła ich losy, byłaby jeszcze grubsza i mocniejsza, być może na tyle mocna, że…

Nie, nie powinna o tym myśleć, wręcz wystrzegać się jak ognia toru rozumowania, który bez cienia wątpliwości mógł ją zaprowadzić tylko w ciernie i pokrzywy. Co prawda i tak będzie cierpieć, to jej nie ominie, ale to nie znaczy, że miała dokładać sobie tego cierpienia dobrowolnie. A jednak… choć przed samą sobą udawała, że to wcale nie dlatego, kiedy zamykała się na czas kąpieli w łazience, już od kilku dni robiła coś, co nigdy wcześniej jej się nie zdarzało – stawała naga przed lustrem i krytycznym okiem próbowała ocenić samą siebie. Czy była wystarczająco ładna i atrakcyjna, by podobać się mężczyznom? Na przykład takiemu facetowi jak Sim… Czy, dajmy na to, ktoś taki jak on mógłby spojrzeć z zainteresowaniem na taką kobietę jak ona?

Owe auto-ekspertyzy wypadały różnie, ich wynik zależał bowiem od jej nastawienia i aktualnego humoru, jednak nigdy nie popadały w skrajności. Owszem, była całkiem ładna, na pewno niebrzydka, miała niezłą figurę i zdrowe włosy, które same skręcały się w długie, brązowe loki, lecz, jak konkludowała za każdym razem, trudno byłoby nazwać ją pięknością. Mieściła się po prostu w szerokiej gamie dziewczyn przeciętnie atrakcyjnych, takich, powiedzmy, z wyższych partii średniej półki, dziewczyn, które, owszem, mogą przyciągać uwagę mężczyzn, lecz raczej tylko niektórych.

Dowodem na to były zresztą jej własne, dość skąpe doświadczenia z chłopakami. Nawet jeśli ten czy ów się nią interesował, a pod koniec podstawówki z jednym z nich była w czymś w rodzaju młodzieńczego związku, przez dwadzieścia sześć lat jej życia nie trafił się żaden, który oszalałby na jej punkcie i walczyłby o nią niczym rycerz albo książę z romantycznych opowieści. Wszyscy, z którymi miała do czynienia, traktowali ją raczej jako opcję i zazwyczaj kończyło się tylko na flircie, finalnie niedoszły adorator albo odpuszczał, albo wybierał którąś z jej bardziej atrakcyjnych koleżanek. Ona zaś nie miała nic przeciwko temu. Choć po niektórych porażkach przez kilka dni bywało jej przykro, szybko machała na to ręką i wracała do swojego spokojnego życia nakierowanego na karierę zawodową. Cóż w tym zresztą dziwnego, skoro żaden mężczyzna nie rozgrzał jeszcze jej serca na tyle, by zaczęło jej na nim naprawdę zależeć? Żaden nie przyciągnął jej uwagi, nie wzburzył jej krwi, nie zmącił zmysłów, nie obudził w jej żyłach ognia namiętności… żaden też, co znaczące, nie doprowadził jej do tego, by choć raz stanęła przed lustrem, zastanawiając się z troską, czy jest ładna. Żaden – aż do teraz.

Tak, tylko co z tego? Paradoksalnie tym bardziej powinna się przed tym bronić. W tle była wszak tamta… Rusałka. Z jednej strony Edyta nie chciała nic o niej wiedzieć, z drugiej zaś paliła ją ciekawość, kim jest i jak wygląda, a przede wszystkim czy jest dużo ładniejsza od niej. Ładniejsza i bardziej godna tego, żeby mężczyzna taki jak Sim…

– Edzia, wyłaźże już z tej łazienki! – fuknęła przyciszonym głosem zza drzwi matka. – Opanuj się, dziecko, co ty tam tak siedzisz i siedzisz? I to już trzeci wieczór! Późno już, goście poszli spać, a ty co? Znowu będziesz huczeć tym prysznicem do północy?

W Poniedziałek Wielkanocny, podobnie jak dzień wcześniej, cała rodzina spędzająca święta w Bobrzy po śniadaniu ruszyła tłumnie na mszę do kościoła. Edyta, której pieczy zostały powierzone dzieci kuzynostwa, od dzieciństwa lubiła tu przychodzić, obserwować namalowane na ścianach postacie świętych i aniołów, a potem także pokazywać je maluchom. Dziś, siedząc w jednym z pierwszych rzędów z małą Agusią na kolanach, czuła się tu szczególnie dobrze, spokojnie i lekko, jakby panujący wokół nastrój modlitwy i skupienia idealnie współgrał z potrzebami jej duszy.

Wieczorem rodzina zbierała się już do wyjazdu, jak zawsze robiąc w domu zamieszanie i hałas od piwnicy po sam dach.

– Edziuniu, a czy ty byś kiedyś nas nie odwiedziła w Poznaniu? – zagadnęła podstępnie Edytę ciotka Brygida, mrugając przy tym znacząco do jej matki. – Na jakiś weekend byś wpadła, na przykład na majówkę, hmm? Pokazałabym ci miasto, bo teraz sporo się u nas zmieniło, skosztowałabyś naszych specjałów… a przy okazji przedstawiłabym ci kogoś. Oczywiście nie powiem kogo – zaznaczyła tajemniczo, podnosząc w górę palec – bo to niespodzianka, przekonasz się, jak przyjedziesz. Hmm? Co ty na to? Majówka byłaby w sam raz.

– Bardzo dziękuję za zaproszenie, ale niestety nie mogę, ciociu – odparła grzecznie Edyta. – Na majówkę mam już inne plany i w ogóle co najmniej do połowy maja wszystkie weekendy mam zajęte.

– Wszystkie? – zdziwiła się wyraźnie rozczarowana matka. – Ani jednego wolnego? Naprawdę?

– Naprawdę. Mamy teraz na warsztacie ważny projekt – wyjaśniła – i zostało już tak mało czasu, że z góry wiadomo, że będziemy nad nim siedzieć i w weekendy. Nie mogę teraz odpuścić w pracy, dopiero co dostałam awans… Ale może uda się bliżej lata? – uśmiechnęła się do ciotki. – Będę o tym pamiętać, ciociu, i jeszcze raz bardzo ci dziękuję.

– Ech, te korporacje! – pokręcił z dezaprobatą głową przysłuchujący się rozmowie stryj Robert. – Tylko praca, praca, projekty, pieniądze… i młodzi, zamiast życie sobie układać, siedzą do nocy i w weekendy nad komputerami! Aj! – machnął ręką. – Do czego ten świat zmierza, ludzie kochani!…

Edyta rozłożyła ręce w geście bezradności i ucałowawszy serdecznie ciotkę Brygidę w policzek, pobiegła pomagać małej Agusi w wybieraniu się do wyjazdu. Co do zasady nie skłamała, rzeczywiście kolejny pilny projekt, którym zajmował się kierowany przez nią zespół, był w zaawansowanej fazie w realizacji, aczkolwiek nie było z nim aż tak źle, by trzeba było poświęcać nań weekendy. Lecz jak miała pojechać w odwiedziny do ciotki, skoro po powrocie do Warszawy każdą wolną chwilę planowała poświęcić na rozwiązywanie wigilijnej łamigłówki? Zwłaszcza, że będzie to robić z Simem, który liczył na nią i którego nie mogła przecież zawieść. Zresztą… jechać do Poznania choćby na pół dnia, kiedy on był w Warszawie? Chyba na głowę by upadła!

Nazajutrz po wyjeździe rodziny, jako że sama miała już ostatni dzień świątecznego urlopu i wieczorem musiała wracać do stolicy, zebrała zapiski z rozrysowanym niepełnym drzewem genealogicznym i udała się do pokoju babci, by pokazać jej swoje ustalenia oraz poprosić o pomoc w ewentualnym uzupełnieniu danych. Tu jednak czekało ją rozczarowanie, babcia bowiem, choć w pełni życzliwa, pomimo szczerych wysiłków pamięci nie potrafiła jej pomóc.

– Ale to ty się jeszcze tym interesujesz, Edziu? – dziwiła się, z uznaniem wpatrując się w notatki przez swoje okulary do czytania ze szkłami grubymi jak denka od butelek. – Ernest Dołaniecki… no tak, dziadek mojej mamy… No i co ja ci poradzę, dziecino kochana? Ty tu przecież masz nawet takie rzeczy, co ja sama nie wiem.

„Trudno, przynajmniej spróbowałam” – stwierdziła nieco rozczarowana tą porażką Edyta, wracając na górę, by zapakować się do wyjazdu, pociąg do Warszawy miała bowiem już za trzy godziny. – „Ale to jest jednak niesłychane, jak krótka jest ludzka pamięć… To byli ludzie, którzy żyli tutaj ledwie sto lat temu, a dzisiaj nikt już kompletnie o nich nie pamięta! Z drugiej strony, gdyby dwór nie spłonął, pewnie zachowałyby się jakieś dokumenty, a wtedy dużo łatwiej byłoby odtworzyć ich historię.”

Zniósłszy na dół walizkę, poprosiła matkę o pomoc w odnalezieniu dużego, plastikowego pojemnika na żywność, w którym chciała zabrać do Warszawy trochę pozostałego po świętach domowego ciasta.

– A pewnie, Edziu, pewnie – podchwyciła chętnie pani Marta, przekopując kredens w poszukiwaniu pudełka. – Weź sobie ciasta, ile tylko chcesz, tyle tego zostało, a wszystkie pyszne… to od Marysi to po prostu palce lizać, a tyle tego nawiozła, że co my z tym zrobimy? O, tu masz to pudełko… No, pakuj, pakuj, ile wlezie. Daj, pomogę ci… o tak… i tego serniczka weź sobie ze dwa kawałki. Zmieści się? Co tam, musi!… A na wierzch jeszcze trochę tego z bezą. O, patrz, tu jeszcze zmieści się babeczka! Dobra… Zapakujemy ci to w papier, w folię… aha, dam ci jeszcze taką dużą reklamówkę, łatwiej będzie ci to wieźć pociągiem.

Edyta z uśmiechem podziękowała za ciasto, w istocie profesjonalnie przygotowane do transportu, co było o tyle ważne, że w pociągu zapewne będzie musiała wieźć je na kolanach. Pakunek był duży i niewygodny, w dodatku musiała pilnować jego pozycji, żeby ciasto nie przemieściło się w środku i nie pokruszyło. W normalnych okolicznościach nie zawracałaby sobie tym głowy, co najwyżej wzięłaby kawałek sernika, ale tym razem okoliczności były na tyle wyjątkowe, że zależało jej na takim zestawie próbek rodzinnych wypieków. Jako że poprzednie dwa wyjścia do restauracji w całości finansował Sim, na spotkanie robocze po świętach w ramach rewanżu zaprosiła go do siebie, uznając, że w domu będzie im wygodniej pracować nad rozpiską danych, a czy nie będzie miło, jeśli do kawy czy herbaty postawi na stole takie pyszne ciasto? Mężczyźni to przecież z natury łasuchy, a jak głosi przysłowie, przez żołądek do… Nie, bez przesady. Po prostu wypadało mieć czym go poczęstować. I tyle.

 

24.

 

– Dobra, to jeszcze raz – zażądał Sim pochylony ze skupioną miną nad kartką z drzewem genealogicznym żeńskiej linii rodziny Edyty. – Siostra Ernesta Dołanieckiego, czyli, jak rozumiem, twoja cioteczna pra-praprababka, miała córkę i tą córką była właśnie narzeczona leśnika. W takim razie kim ona była dla ciebie?

– Narzeczona leśnika? Logika podpowiada, że moją cioteczną praprababką – stwierdziła po chwili zastanowienia Edyta. – Chyba nie ma na to innej nazwy… Córka ciotecznej pra-praprababki to cioteczna praprababka, „pra” tylko dwa razy, bo pokolenie niżej.

– No to proponuję dla uproszczenia nazywać ją twoją pra-pra-ciotką, może być? Nie wiem, czy tak się mówi, ale na nasze prywatne potrzeby zróbmy skrót, żeby to się mieściło w jednym słowie.

– Okej – zgodziła się. – W sumie dobry pomysł, dzięki temu nie pomyli nam się z moją praprababką po mieczu… bo to tak idzie, zobacz – wskazała palcem na odpowiednie miejsce na kartce. – Mój prapradziadek Henryk to był przecież syn Ernesta, nie córka, a matką praprababci Anieli była jego żona Anna, która pochodziła spoza Dołanieckich. Ale Ernest miał też młodszą córkę i to była tamta kuzynka narzeczonej leśnika, z którą pierwszy raz przyjechały na inspekcję do leśniczówki. Tylko nie wiem, jak ona miała na imię… znaczy, córka Ernesta. Znam tylko drobnienie, Lusia, ale od jakiego to imienia, to nie wiem. Na nagrobku Dołanieckich jej nie było, pewnie jest pochowana z rodziną męża, czyli bez znajomości nazwiska jej grobu też nie znajdziemy.

– Ja pierdzielę – pokręcił z rozbawieniem głową Sim. – Nie wyjdziemy z tego… Ale dobra, najważniejsze chyba mamy ustalone, pomijając szczegóły nazewnictwa, w którym nadal średnio się łapię, na bank jesteś pra-pra-potomkinią narzeczonej leśnika w linii bocznej. Problem w tym, że nadal nie znamy jej nazwiska, w ogóle nie znamy innych nazwisk niż Dołaniecki, a bez tego to jak szukać wiatru w polu.

Od kilku godzin oboje siedzieli w domu u Edyty obłożeni kartkami z notatkami, które przykrywały cały stół, a częściowo zalegały też na kanapie i nawet na dywanie. Jako że na tygodniu oboje byli mocno obciążeni pracą, nadrabiając zaległości z okresu świątecznego, żadne z nich nie miało ani chwili czasu na spotkanie, dlatego udało im się umówić dopiero dziś – w sobotnie popołudnie, które zresztą już dawno zamieniło się w wieczór.

Praca jednak przynosiła wymierne skutki, w szczególności mieli już dokładny układ chronologiczny wszystkich zdarzeń, które w jakikolwiek sposób, bezpośrednio lub tokiem logicznego rozumowania, dało się umiejscowić w czasie – osobno dla historii panny z dworu i leśnika, osobno dla grudniowego wypadku Sima i związanych z nim okoliczności poprzedzających.

– Wszystko wskazuje na to, że leśnik zginął w nocy z Wigilii na Boże Narodzenie roku tysiąc dziewięćset trzynaście – stwierdził stanowczo Sim, przeglądając pokreślone i pełne poprawek notatki. – Dziewczyna umarła przed wujem, czyli prawdopodobnie w czternastym albo piętnastym, a dwór spłonął raczej już po jej śmierci.

– Skąd ten ostatni wniosek? – zdziwiła się Edyta.

– Stąd, że Eliza ani razu o tym nie wspomniała, a opisała mi historię tej dziewczyny aż do jej śmierci. Wuj wtedy jeszcze żył, dwór stał. Więc logiczne, że to musiało być później.

– Aha, okej. Ile miała lat w chwili śmierci?

– Czekaj… – sięgnął po odpowiednią kartkę. – Z tego, co powiedział ci Stefan, wynika, że pierwszy raz spotkała, czy raczej zauważyła leśnika, kiedy miała dwadzieścia cztery, on był ponad rok starszy, czyli miał niecałe dwadzieścia sześć… mhm. Niestety chyba nie mamy możliwości ustalenia, jak długo spotykali się w tajemnicy w lesie, ale chyba z rok to na pewno, nie?

– Na pewno. Licząc od pierwszego spotkania, może nawet dwa? Stefan mówił, że dość długo kryli się przed jej wujem, bo Dołaniecki był chory na serce i ona bała się, że taki skandal go zabije.

– No dobra, to załóżmy półtora roku do dwóch – chwycił długopis i zapisał cyfry na brzegu kartki. – I tak dziwię się, że tak długo udało im się to utrzymać w tajemnicy. Wychodzi na to, że laska umarła mniej więcej w wieku dwudziestu sześciu.

– Czyli w moim obecnym wieku – zauważyła. – Kurczę, aż się nie chce wierzyć…

– Oni wtedy wszyscy zaczynali i kończyli raczej młodo. Żenili się, mieli dzieci, a często i umierali w wieku, w którym ludzie dzisiaj dopiero zaczynają się rozkręcać. To były serio inne czasy… Ale fakt, ona umarła bardzo wcześnie.

– Poszła za nim – stwierdziła smutno Edyta, wbijając wzrok w ciemne okno, za którym widać było ścianę sąsiedniego bloku. – To się podobno zdarza, kiedy ludzie bardzo się kochają. Strasznie mi jej szkoda, to takie niesprawiedliwe! Jeden głupi przypadek, że jakiemuś hrabiemu spłoszyły się konie, potem jej błąd, że nie wezwała pomocy, i bach. Dwa życia zmarnowane. A mogli jeszcze być tacy szczęśliwi…

Sim podniósł wzrok znad kartki i przez chwilę przyglądał się w milczeniu jej zamyślonej twarzy. W jego szmaragdowych oczach zapaliło się ciepłe światełko, jakby odbił się w nich promyk słońca.

– A najgorsze, że przez sto lat ludzie kompletnie o nich zapomnieli – ciągnęła Edyta. – Nawet ci z okolicy. Szkoda, bo to była taka piękna historia…

– Jak mieli zapomnieć o czymś, o czym nie wiedzieli? – wzruszył ramionami Sim, znów pochylając się nad notatkami. – Przecież panna i leśnik ukrywali swój związek, nie zdążyli ogłosić mezaliansu. Gdyby się odkryli, pewnie wybuchłby skandal… swoją drogą nie wiem, w czym był problem, no, ale dobra, inne czasy… a jakby jeszcze Dołaniecki z tego powodu wykorkował na serce, to już w ogóle byłby dym na całą okolicę. I wtedy nawet po stu latach ludzie by to pamiętali, takie historie są fajne do opowiadania, zostają w pamięci zbiorowej na długo. Może nawet ktoś by to spisał? A tak nawet nie znamy imion głównych bohaterów. W sumie to oni sami przez te sekrety skazali się na niebyt.

– Prawda. Gdyby nie nasze wizje ze Stefanem i Elizą, to i my byśmy o tym nie wiedzieli.

– No właśnie – wyprostował się i spojrzał na nią czujnie. – Dotknęłaś sedna sprawy, Eda. Ja cały czas zastanawiam się, jak to możliwe, że oni opowiedzieli nam we śnie coś, o czym teoretycznie nikt nie wiedział. Przecież to był normalny transfer informacji do naszych mózgów! Sami byśmy tego nie wymyślili, to jest zbyt spójna historia, tym bardziej że każdy z nas usłyszał ją niezależnie, a szczegóły, którymi różnią się obie wersje, nie wykluczają się, tylko uzupełniają.

– W dodatku to są fakty historyczne, które zgadzają się ze wspomnieniami mojej prababci Anieli – dodała Edyta. – Ona widziała martwego leśnika na własne oczy, była też świadkiem napadów szaleństwa tej panny we dworze, bała się jej i słyszała, jak nazywano ją wariatką. Jako kilkuletnie dziecko niewiele z tego rozumiała, ale to musiało mocno zapaść jej w pamięć, skoro potem opowiedziała o tym córce. Przy czym to były dla niej tylko takie obrazy, nie kojarzyła tych dwóch spraw, bo pewnie nikt ich wtedy nie kojarzył. Jak słusznie zauważyłeś, nikt na dworze nie wiedział, co łączyło pannę i leśnika.

– Otóż to! – podchwycił żywo Sim. – Stan wiedzy to jest, moim zdaniem, klucz, albo chociaż jeden z kluczy. Zauważ, że ta twoja babka w chuście też dużo wiedziała, i ja się ciągle zastanawiam skąd, zwłaszcza że pojawiła się na tym cmentarzu jak królik z kapelusza akurat w Wigilię. Wiadomo, że tylko po to, żeby ściągnąć cię do lasu na miejsce, gdzie o określonej godzinie miałem mieć wypadek. Nota bene założę się, że o tej samej co leśnik.

– O której to było?

– Jakoś tuż przed północą – machnął ręką. – Ale nie rozpraszaj mnie teraz, Eda, jestem na tropie ważnej rzeczy. Stan wiedzy… właśnie! Zobacz, co tu się odwala. We dworze nikt nie pokojarzył panny z człowiekiem stratowanym przez konie w lesie, a przecież sam wuj Dołaniecki mógł łatwo to wychwycić. Spotkał ją w środku nocy w sadzie, jak wracała roztelepana do dworu od strony lasu, rano przywożą ciało leśnika, ona w rozsypce… potem te jej omdlenia, choroba psychiczna… Jak on to zrobił, że się nie połapał?

– Po prostu nie brał pod uwagę, że to się może łączyć – stwierdziła Edyta. – Taka hipoteza pewnie nawet mu się w głowie nie mieściła, dlatego nie powiązał faktów. Zresztą miał wtedy atak palpitacji serca, przez kilka dni leżał w łóżku, więc sprawą leśnika i jego pogrzebu zajmował się pewnie ten rządca. Kalinka też mogła mieszać szyki dla ochrony swojej pani, potem o leśniku zapomniano i ostatecznie nikt nie połączył kropek.

– No dobra, załóżmy. Ale to i tak była tylko dygresja, ja zmierzam do czegoś innego. We dworze nikt tych wątków nie skojarzył, spotkania w leśniczówce były tajemnicą, o całej sprawie oprócz tych dwojga wiedziała tylko jedna jedyna służąca. Więc skąd tę historię znali Stefan, Eliza i ta babka w chuście? I to z takimi szczegółami, jakby widzieli to na własne oczy?

– Też długo o tym myślałam – przyznała Edyta. – I doszłam do wniosku, że jedynym wytłumaczeniem… dziwnym bo dziwnym ale naprawdę jedynym… jest to, że oni byli wysłannikami z innego świata. A tam stan wiedzy jest pełny i nie ma tajemnic.

Sim spojrzał na nią z zastanowieniem, ale bez przekonania.

– Wysłannikami z innego świata? Masz na myśli aniołów?

– Nie wiem – pokręciła głową. – Na pewno przyszli do nas z misją, a ta misja była dobra, więc to możliwe. Poza tym kontaktowali się z nami przez senne wizje… Nie pasuje mi tylko ta w chuście – dodała po chwili zastanowienia – bo ją jednak spotkałam w realu. Przecież gdyby to był tylko sen, nie znalazłabym się w lesie.

– Okej. W sumie myślimy podobnie, ale jednak inaczej. Zgadzam się z tobą, że to są przybysze z innego świata, którzy w jakiś metafizyczny sposób weszli w nasze mózgi, żeby spełnić misję uratowania mnie od śmierci na zakręcie. Ale biorąc pod uwagę ich stan wiedzy, a zwłaszcza jej źródło, to ja mam bardziej przyziemną i chyba o wiele prostszą hipotezę.

– Jaką?

– Taką, że Stefan i Eliza to byli oni.

Edyta podniosła szybko głowę i spojrzała na niego zaskoczona.

– Oni?

– Mhm. Leśnik i ta panna.

– Ach… – szepnęła w olśnieniu.

W jednej chwili, jak w serii krótkich przebłysków światła, przez pamięć przemknęły jej fragmenty rozmowy ze Stefanem, które dotąd pomijała jako mniej ważne, a które w tym świetle były więcej niż znaczące. I gdyby złożyć je razem…

– Wiem, że to cholernie odważna hipoteza – przyznał Sim – i nadal nie wszystko mi do niej pasuje, ale jeśli za kluczowy parametr przyjmiemy stan wiedzy, to wydaje mi się mega prawdopodobna. Bo zobacz, Eda. Nikt z otoczenia nie znał ich historii, zwłaszcza nikt nie mógł znać szczegółów dotyczących ich tajnych spotkań w lesie i przebiegu wypadku, na przykład tego, że widzieli tamte światła. O emocjach nawet nie mówię, nie wiem jak Stefan, ale Eliza opowiadała to bardzo subiektywnie, dokładnie opisywała, co czuła ta dziewczyna, wszystko przedstawiła tak, jakby było widziane jej oczami.

– Tak – podchwyciła Edyta, z wrażenia z trudem łapiąc oddech. – Stefan tak samo. Opisywał mi wszystko z punktu widzenia leśnika, nawiązywał nawet do jego dzieciństwa, a skończył opowiadanie w momencie jego śmierci. Mówił też, że uwielbia las i nie wyobraża sobie życia gdzie indziej… A niech to, Sim! To naprawdę pasuje!

– No widzisz – uśmiechnął się z satysfakcją. – Tak wywnioskowałem, bo kto inny jak nie sami zainteresowani znałby aż takie szczegóły? Cieszę się, że się ze mną zgadzasz. Pozostaje tylko kwestia twojej babki w chuście.

– Właśnie – spojrzała na niego z niepokojem. – Masz jakąś koncepcję?

– Mam, chociaż wpadłem na to dopiero teraz i też z klucza stanu wiedzy. Pamiętasz, kto jeszcze poza panną i leśnikiem wiedział o wszystkim? Była tylko jedna taka osoba.

– Kalinka – szepnęła.

– Tak jest. Zastanów się teraz i powiedz mi, czy to, co ta babka opowiadała ci w autobusie, wykraczało poza potencjalny stan wiedzy Kalinki.

– No… nie – przyznała po chwili namysłu oszołomiona Edyta. – Opowiadała mi głównie, co działo się na dworze po śmierci leśnika, tę dziewczynę nazywała „panienką”… Kurczę, Sim, to mogła być ona!

– Mówiłaś, że była raczej w średnim wieku, i to by się zgadzało – podjął. – Zakładam, że cała trójka, jeśli to faktycznie oni, ukazywała nam się w takim wieku, w jakim umarli. Kalinka po śmierci panny najwyraźniej jeszcze trochę sobie pożyła, dlatego przyszła do ciebie jako osoba dużo starsza od nich.

– Masz rację… I wiesz co? W autobusie było gorąco i ona na chwilę zdjęła z głowy i z twarzy tę chustę… na policzku miała bliznę, taką długą szramę. A Stefan faktycznie mówił, że Kalinka właśnie taką miała! W odbiciu w szybie widziałam ją dużo młodszą, miała długie jasne włosy i całkiem przyjemną buzię. To mogła być ona! Kurczę, ale jestem głupia, że tego nie skojarzyłam… dosłownie jak mój pra-prapradziadek Dołaniecki!

Sim parsknął śmiechem.

– Widzisz? To chyba u was rodzinne.

Zerknęła na niego spod oka.

– W sensie, że genetycznie jesteśmy niekumaci?

– Tego nie powiedziałem – zastrzegł wesoło. – Zresztą wcale nie jest w stu procentach pewne, że to ja się nie mylę, chociaż im bardziej dopasowujemy klocki, tym moja hipoteza robi się mocniejsza.

– Nie mylisz się, tu wszystko pasuje jak ulał – zapewniła go z entuzjazmem Edyta. – Wręcz dopiero teraz zaczyna się wyjaśniać. Kurczę, Sim… jesteś genialny! – dodała, patrząc na niego z autentycznym podziwem i uznaniem. – Inteligentny jak Sherlock Holmes!

Twarz mężczyzny rozpromieniła się, widać było, że ta pochwała mile go połechtała, jednak chwilę potem skrzywił się lekko, układając notatki równo na blacie stołu.

– Dziękuję, chociaż zamiast tego wolałbym być przystojny jak książę Wikingów – zażartował. – Gdybym miał wybór, nawet bym się nie wahał.

Edyta roześmiała się, mając już na końcu języka, że jeśli o to chodzi, to żaden książę Wikingów nie miałby z nim szans – jednak tego przecież powiedzieć nie mogła. Zresztą teraz im mniej wątków pobocznych, tym lepiej. Musieli czym prędzej skupić się na nowym odkryciu, które zupełnie zmieniało perspektywę!

Rzeczywiście, kiedy zabrali się za szczegółowe dopasowywanie elementów układanki, bazując na poczynionych już wcześniej ustaleniach, wszystko zaczynało nabierać jeszcze bardziej logicznego sensu, który jednocześnie fascynował i przerażał swym metafizycznym charakterem. Dojadając resztki domowego ciasta, które Edyta przywiozła z Bobrzy i przechowała aż do dziś specjalnie na tę okazję, jeszcze raz analizowali pod nowym kątem zebrane informacje. Każde z nich przypominało sobie przy tym dodatkowe szczegóły rozmów ze Stefanem i Elizą, które w ten czy inny sposób potwierdzały hipotezę Sima, ów zaś notował wszystkie te spostrzeżenia na osobnej kartce.

– Ona nawet wyglądała na taką dziunię z dworu, wiesz? – zauważył, podnosząc głowę znad notatek. – Ta fryzura z upiętymi włosami, kolczyki w uszach, długa spódnica, na to jakieś takie staromodne futerko… Jakby ją wkleić w obrazek z dowolnym polskim dworkiem z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, pasowałaby perfecto.

– Stefan też wyglądał jak leśnik – przyznała. – Ubrania miał solidne, czyste, ale dość mocno znoszone, a to by się zgadzało z jego stanem majątkowym. Był bardzo zadowolony i dumny z siebie, kiedy nazwałam go leśnym ludkiem, bo rzeczywiście na takiego wyglądał. A w tej leśniczówce zachowywał się jak u siebie.

Omawiając kolejne, nawet najdrobniejsze wątki swoich sennych wizji, odkrywali też elementy, które wcześniej wydawały się absurdalne, lecz w świetle nowej koncepcji nabierały sensu.

– To, że Stefan zabrał mnie do lasu czerwoną toyotą, już mnie nie dziwi – stwierdziła Edyta. – Za jego czasów nie jeździło się samochodami, zwłaszcza takimi, więc ten motyw musiał zaciągnąć z naszych czasów, a ściślej od ciebie. Wiedział, skubany, że trzy dni później rozbijesz się w lesie właśnie takim samochodem i być może chodziło o to, żeby zwrócić moją uwagę również na to auto. Ale jak rozumieć to, że we wnętrzu miał te welury? Przecież to bez sensu, nikt tak nie wyposaża samochodu.

– Samochodu nie – zgodził się Sim. – Ale powóz z jego czasów? Podejrzewam, że tak wyglądały wnętrza powozów, kto wie zresztą, czy dokładnie tak nie był obity w środku ten, który go zabił.

– Ty, to jest myśl! – przyznała. – Połączenie nowoczesnej toyoty z wnętrzem powozu z jego czasów. Takie interferencje we śnie to żaden problem, a teraz to przynajmniej ma sens.

Czas na tych pasjonujących dyskusjach płynął szybko i niepostrzeżenie, dawno już minęła dwudziesta druga i na osiedlu rozpoczęła się cisza nocna, oni zaś, zjadłszy w międzyczasie szybką kolację, ciągnęli rozmowę, niestrudzenie eksplorując coraz to nowe wątki.

– A zauważ, że ciekawe jest też to, kto z kim rozmawiał – poddała Edyta. – Z tobą rozmawiała Eliza, ze mną Stefan, zastanawiam się, dlaczego akurat w tej konfiguracji. Równie dobrze on mógł gadać z tobą, a ona ze mną, to by się wręcz narzucało. U was męska rozmowa, u nas między nami kobietami… a jednak zrobili na odwrót. Myślisz, że to miało znaczenie?

– Wydaje mi się, że tak – pokiwał głową Sim, dolewając sobie wody. – W twoim przypadku mogło chodzić o to, że kiedy walnąłem w drzewo, pomyliłaś mnie ze Stefanem, a ponieważ już go znałaś, miałaś większą motywację, żeby mnie ratować. Pewnie cwany leśnik wiedział z góry, że wpadnie ci w oko – skrzywił się – i skorzystał z tego, żeby za twoim pośrednictwem tym skuteczniej pomóc Elizie odzyskać spokój.

Edyta pokiwała powoli głową.

– Aha, możliwe. Jemu na tym naprawdę zależało. Powiedział mi, że leśnik wybaczył jej od razu, ale że to, co ja mam zrobić, jest potrzebne, żeby ona też w końcu sobie wybaczyła. Czyli to był warunek spokoju jej duszy, który nie zależał od niego, bo on sam ani przez moment nie miał jej za złe, że zostawiła go na śmierć w tym lesie. Mimo że przecież wpadł pod te konie i powóz dlatego, że ją ratował. Ją odepchnął, a sam zginął, czyli de facto oddał za nią życie. A niech to, ależ to był człowiek… – dodała wzruszona. – Jak on musiał ją niesamowicie kochać!

Sim zerknął uważnie na jej rozrzewnioną minę, wydął lekko usta, po czym podniósł szklankę i jednym haustem wychylił jej zawartość.

– A drugi powód, jaki podejrzewam, jest taki, że po prostu nie chcieli nas wystraszyć – podjął neutralnym tonem. – Gdyby Eliza przyszła do ciebie, mogłabyś być w szoku, że widzisz kogoś tak podobnego do samej siebie, ja też pewnie byłbym zaskoczony, gdybym spotkał księcia Wikingów jako wersję premium mojej skromnej osoby. Więc zrobili to na odwrót.

– Mogło tak być – zgodziła się.

– Swoją drogą sprytna współpraca, nie? Oni we dwoje przygotowali grunt, opowiadając nam swoją historię, której finałem był śmiertelny wypadek Stefana, a Kalinka dostała kluczowe zadanie doprowadzenia cię na miejsce w lesie tuż przed godziną zero. Jak widać, na wiernych służących zawsze można liczyć, a ja doceniam to szczególnie, bo również dzięki niej nadal jestem żywy. Ale wiesz co, Eda? – dodał, zerkając z niepokojem na zegar na ścianie. – Fajnie się u ciebie siedzi, gada się rewelacyjnie i mógłbym tak do rana, ale nie chcę przeginać. Już i tak przegiąłem. Późno już jak diabli, powinnaś iść spać, a ja też muszę wracać już do siebie.

Edyta również spojrzała na zegar – zbliżała się północ.

– Okej – zgodziła się bez oporu, mimo że najchętniej zatrzymałaby go tu aż do rana. – Faktycznie, daliśmy czadu, siedzieliśmy nad tym chyba z dziesięć godzin, a ja nawet nie zauważyłam, kiedy to zleciało.

Sim podniósł się z miejsca, schował do wewnętrznej kieszeni marynarki swój długopis, a do zewnętrznej telefon, po czym zabrał się za składanie notatek w jedno miejsce.

– Niech to zostanie na razie u ciebie, okej? – zaproponował, na co ona chętnie pokiwała głową. – Poskładam tylko i niech leży w jednym miejscu, żeby się nie pogubiło. Kiedy następna sesja?

– Jutro? – zaproponowała.

Pokręcił głową przepraszająco.

– Jutro niestety nie mogę. Mam ważne spotkanie, nie mogę go odwołać.

– Jasne – wycofała się natychmiast, starając się nie zastanawiać, jakie ważne spotkanie mógł mieć w niedzielę, bo przecież nie biznesowe. – Tyle że ja z kolei na tygodniu nie będę mogła, musimy z moim zespołem podkręcić tempo realizacji projektu i do majówki zamknąć główną część. Pewnie codziennie trzeba będzie siedzieć w pracy do wieczora.

– Okej, a w przyszły weekend?

– To już jest początek majówki – zauważyła. – Ale nie mam na nią sztywnych planów. Wprawdzie koleżanka zapraszała mnie na trzydniową wycieczkę krajoznawczą na Pomorze, jedzie ze swoim narzeczonym i znajomymi i proponuje, żebym dołączyła, ale wcale nie muszę. Równie dobrze możemy usiąść nad tym – ruchem głowy wskazała na notatki, teraz już równo poskładane w stosik i ułożone na brzegu stołu. – Dzisiaj pchnęliśmy to mocno do przodu, szkoda by było na dłużej wypaść z rytmu.

– Fakt, dzisiejsze obrady były wyjątkowo owocne – przyznał z uśmiechem. – A i tak mam wrażenie, że dopiero zaczynamy. Ja na majówkę też nie mam planów… znaczy, planowałem wreszcie się wyspać, ale to się nie wyklucza, więc jak najbardziej możemy. Wstępnie sobota? Tak jak dziś?

– Aha. Może nawet wcześniej, tym razem przed obiadem? – zaproponowała z radością w sercu. – Coś upichcę i zjemy sobie tutaj, żeby nie tracić czasu, hmm?

– Chętnie. Zwłaszcza że w soboty pracuje nam się doskonale. Dzisiaj to sprawdziliśmy, więc chyba warto trzymać się tego systemu.

– O tak. Jestem ciekawa, co znowu odkryjemy. Dzisiaj kluczowa była twoja koncepcja z tożsamością Stefana i Elizy – podkreśliła, odprowadzając go do przedpokoju. – To absolutny przełom w naszym śledztwie i to nie tylko od strony interpretacji tego, co już wiemy. To otwiera też nowe możliwości, jeśli chodzi o uzupełnienie danych.

– Aha, tak – zgodził się. – Jeśli moja hipoteza jest właściwa, to znaczy, że znamy ich imiona, a w przypadku twojej pra-pra-ciotki nawet jej nazwisko.

Poklepał się po kieszeniach, upewnił się, że w jednej z nich ma kluczyki od toyoty, po czym schylił się, by założyć buty. Edyta przyglądała się z uwagą wszystkim jego gestom z mimowolną myślą, że kiedy siedział, nie było w pełni widać walorów jego wysokiej, proporcjonalnej sylwetki, której męskie linie najlepiej eksponowały się właśnie w takim ruchu jak teraz. Zwykłe, codzienne gesty, zakładanie butów, grzebanie po kieszeniach, poprawianie na sobie marynarki… lecz jak on to robił! Nagle, całkowicie z głupia frant wyobraziła sobie, jak to by było wtulić się w jego ramiona, położyć głowę na jego piersi i zamknąć oczy… Uch! Pewnie zakręciłoby jej się od tego w głowie jak po szklance szybko wypitej wódki.

– O tym właśnie mówię – odparła spokojnym tonem. – Eliza Rostowska, rok śmierci tysiąc dziewięćset czternaście lub piętnaście. Wystarczająco informacji, żeby spróbować znaleźć jej grób na cmentarzu w miasteczku.

Sim wyprostował się, popatrzył na nią z uwagą i pokiwał głową aprobująco. Ach, te jego oczy! Dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie patrzeć w nie za często, ale z drugiej strony jak się temu oprzeć?

– Drugi trop to archiwa w urzędzie gminy – ciągnęła. – Ewentualnie można by poprosić proboszcza o dostęp do archiwów kościelnych. Kościół ma najlepszą na świecie ewidencję chrztów, ślubów i pogrzebów, zwłaszcza jeśli chodzi o czasy sprzed cyfryzacji, tyle że nie wiem, jak daleko sięgają te z mojego kościoła w miasteczku. Musiałabym zapytać. I wiesz co? – dodała z namysłem. – W majówkę, skoro nie jadę z Magdą na Pomorze, mogłabym zajrzeć do miasteczka i przy okazji posprawdzać to i owo, na początek zwłaszcza pochodzić po cmentarzu. Mama i babcia ucieszą się, jak przyjadę nawet bez zapowiedzi, a to może być jedyna okazja, potem znowu nie będzie czasu.

– Dobry pomysł – zgodził się Sim. – Ale chcesz jechać tam sama? Beze mnie?

– No… – zawahała się, zaskoczona tym pytaniem.

Pochylił się nad nią i spojrzał jej w oczy na wpół z wyrzutem, na wpół żądająco. Zielonkawy, hipnotyzujący blask jego tęczówek sprawił, że przez całe ciało dziewczyny, od karku aż po stopy przeszedł silny, elektryzujący dreszcz.

– Chyba nie wyeliminujesz mnie z tak ważnej części śledztwa? – zapytał z powagą. – Ja też chcę zobaczyć ten cmentarz. Proszę, Dusia. Działamy razem czy nie?

Dusia… a niech go! Cwaniak chyba intuicyjnie wyczuwał, że kiedy czegoś od niej chciał, wystarczało, że zastrzeli ją tym zdrobnieniem, a ona niczego nie będzie w stanie mu odmówić.

– Chcesz jechać ze mną? – zapytała, starannie ukrywając radość zalewającą serce.

– No pewnie! – zawołał z zapałem. – Działania terenowe to ważny etap naszej pracy, faktycznie w pierwszej kolejności musimy sprawdzić cmentarz! Potem też poszukać leśniczówki, ale to może być już innym razem. Właściwie to moglibyśmy tam jechać właśnie w przyszłą sobotę, co ty na to? Zrobimy praktyczne rozeznanie w terenie, zamiast siedzieć tutaj i teoretyzować.

– Brzmi rozsądnie – przyznała.

– Zresztą tobie też będzie wygodniej, po co masz się tłuc pociągiem, jak możemy pojechać samochodem? Podwiozę cię razem z bagażem, gdzie tylko chcesz, a ty w zamian pokażesz mi cmentarz. Deal?

Deal – uśmiechnęła się, w duchu zachwycona taką perspektywą.

– Super! – ucieszył się, a twarz rozpromieniła mu się jak słońce. – Jesteśmy umówieni na sobotę, szczegóły dogadamy telefonicznie na tygodniu. Ale teraz już naprawdę lecę, Eda – dodał, kładąc dłoń na klamce drzwi wyjściowych. – Dzięki za gościnę i owocną dyskusję, będziemy dalej to analizować, ale teraz już trzymaj się i idź spać. No… dobrej nocki!

– Dobranoc, Sim.

Uśmiechnął się do niej raz jeszcze, nim zamknęły się za nim drzwi, i wkrótce przyciszony odgłos jego kroków na klatce schodowej umilkł całkowicie. W mieszkaniu Edyty, która wciąż stała nieruchomo na środku przedpokoju jak zaczarowana, zapanowała głucha nocna cisza. Na jej tle, jak się obawiała, wszyscy sąsiedzi musieli wyraźnie słyszeć mocne bicie serca w jej piersi – tak mocne, że istniało ryzyko, iż wszystkich ich pobudzi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *