Anabella – Rozdział CCXXX

Anabella – Rozdział CCXXX

– Wrócisz na kolację, Iza? – zagadnęła Amelia przygotowującą się do wyjścia siostrę, wychylając się z salonu, gdzie popijała herbatę w towarzystwie męża i Doroty. – Czy będziecie coś jadły w Radzyniu?

– W Radzyniu albo w Suchej – odparła Iza, schylając się, by założyć buty. – Najpierw mamy skoczyć na kawkę, pogadać trochę, a potem dziewczyny zapraszają nas do siebie na oglądanie kliniki, więc mniemam, że postawią nam też kolację. Ale nawet jak nie, to poradzimy sobie z Agą same, tak czy inaczej nie przewidujcie dzisiaj porcji dla mnie, ani nie czekajcie, aż wrócę, bo mogę przyjechać późno.

– Okej – skinęła głową Amelia.

– Iza, pozdrów ode mnie Agnieszkę, dobrze? – zawołała z głębi salonu Dorota. – Miałam dzisiaj do niej zajść i jeszcze raz jej pogratulować, ale nie zdążyłam, a właśnie słyszę od Roberta nowe wieści!

– Jakie nowe wieści? – Iza, rezygnując z założenia płaszcza, stanęła w progu salonu i spojrzała pytająco na szwagra. – Coś, o czym nie wiem?

– Nie sądzę – uśmiechnął się z rozbawieniem Robert. – Ty przecież wiesz wszystko, Agnieszka pewnie kabluje ci na bieżąco każdy szczegół.

– A właśnie że nie! – zaprotestowała wesoło. – Od poniedziałku w ogóle z nią nie rozmawiałam, nie miała dla mnie czasu. To zresztą wcale mnie nie dziwi, ma na głowie dużo ważniejsze sprawy!

Zebrani w salonie roześmiali się.

– Dopiero dzisiaj się zobaczymy – ciągnęła Iza – i oczywiście wypytam ją o wszystko, ale jak wiecie coś przełomowego, to mówcie od razu.

– E tam, od razu przełomowego! – machnęła ze śmiechem ręką Amelia. – Tak sobie tylko plotkujemy o niej i o Piotrku. Zwłaszcza o Piotrku.

– Bo chyba nie słyszałaś, że on zgolił brodę, co? – pośpieszyła z informacją Dorota.

– Serio? – zdumiała się Iza. – Nie, nie wiedziałam. Jego też nie widziałam od poniedziałku.

– Nie zgolił, tylko przyciął – sprostował Robert, poprawiając sobie trzymaną na kolanach Klarę. – Tak na półtora centymetra, ale od razu inaczej wygląda, ma bardziej proporcjonalną twarz i przez to wydaje się jeszcze wyższy, niż jest. Rano byłem w autentycznym szoku, jak go zobaczyłem.

– Ja uważam, że wygląda super – dodała stanowczo Amelia. – Kiedy widać mu rysy twarzy, zupełnie inaczej się go odbiera.

– Aha! – zaśmiała się Iza, wspominając niedzielną rozmowę z Agnieszką. – Niech zgadnę, Aga mu kazała?

– No a co! – prychnął wesoło Robert. – Oczywiście! Od razu się przyznał, że to rozkaz narzeczonej, a takich rozkazów, o czym ja sam wiem najlepiej – tu spojrzał znacząco na Amelię – dla własnego dobra nie można nie wykonać!

Znów roześmiali się wszyscy czworo.

– Tak więc Piotr oficjalnie dołączył do ekskluzywnego i zaszczytnego klubu pantoflarzy – ciągnął z rozbawieniem Robert. – Nawet Szym już się z niego nabija, chociaż tak naprawdę wcale nie jest mu do śmiechu, bo od wczoraj cała rodzina gnębi go mentalnie, że daje się młodszemu bratu wyprzedzić w ożenku.

– Współczucie! – parsknęła śmiechem Iza.

– No to na co czeka ten Szymek? – wzruszyła ramionami Dorota. – Ile on ma lat?

– Świeżo po trzydziestce. Ale w tym punkcie na razie niestety bez perspektyw, nie pościga się z bratem. Śmieje się, że żadna go nie chce, a przecież w takich sprawach nie robi się nic na siłę.

– To prawda – przyznała Amelia.

– Czyli rodzina Siwców już wie o sprawie? – upewniła się Iza.

– Tak, fama niesie się już nie tylko po Korytkowie, ale i po Małowoli – zapewnił ją wesoło Robert. – Niedługo pewnie dotrze do Radzynia, a jak za parę tygodni usłyszysz o tym i w Lublinie, to się nie zdziw.

Towarzystwo po raz kolejny gruchnęło śmiechem, aż mała Klara skrzywiła się do płaczu.

– No już, kochanie, cicho, wszystko dobrze – uspokoił ją Robert, tuląc do siebie i gładząc po aksamitnej główce. – Nie bój się, nikt nas nie morduje, tylko się śmiejemy.

– A słyszałaś o Monice Klimek, Iza? – zagadnęła Dorota, gdy Iza miała już zamiar wycofać się do przedpokoju, żeby założyć płaszcz.

– Nie. A co? – zainteresowała się, na powrót przystając w progu salonu. – Są jakieś nowe wieści?

– Są i to bardzo dobre – zapewniła ją Dorota. – Jak byłam u Klimków pogadać o nowinkach, o Agnieszce i tak dalej, to od razu podpytałam o Monikę, nie? Najlepsza okazja. Podobno już jest dobrze, wyszła z tej kliniki w Warszawie, gdzie ją zabrał Darek, no i powoli zdrowieje, zbiera się, nawet jakieś biznesy planuje kręcić. Ale do Korytkowa się nie wybiera – zaznaczyła. – Powiedziała Klimkowej, że jej noga długo tu nie postanie, być może nawet nigdy, a na pewno dopóki będzie tu mieszkał Michał Krzemiński.

– No tak – mruknęła Iza, krzywiąc się z niechęcią. – Nie dziwię jej się.

– Ja też. Ale Klimkowa jest dobrej myśli, słyszała, że Michał po ślubie ma się przeprowadzić do żony do Warszawy. Wprawdzie na pewno będzie tu wpadał, żeby pilnować zarządzania hotelem i odwiedzać rodziców, ale ona ma nadzieję, że to nie będzie za często i w końcu uda się namówić Monikę, żeby zajrzała do domu chociaż na kilka dni. A w ogóle to podobno Roman Krzemiński już niedługo wraca do Korytkowa, wiecie? – przypomniała sobie. – Tak mówiła Klimkowej Maliniakowa. Operacja na serce poszła dobrze, rekonwalescencja też przebiega prawidłowo, jest coraz silniejszy i czuje się coraz lepiej, więc pewnie niedługo tu wróci razem z żoną.

– Mhm – pokiwał głową Robert. – To super. Bardzo już za nimi tęsknimy.

Zebrani w salonie spojrzeli po sobie i parsknęli śmiechem, tym razem starając się zrobić to cicho, żeby nie wystraszyć Klary, która uspokoiła się już i bawiła się na kolanach ojca swoim ulubionym misiem. Iza, która nie znajdowała przyjemności w słuchaniu nowinek na temat rodziny Krzemińskich, uznała to za najlepszy moment na wycofanie się, zwłaszcza że był już czas na ubranie się i wyjście z domu, gdyż do umówionej z Agnieszką godziny zostało tylko kilka minut.

***

Zmrok już zapadł, gdy czarne audi Roberta, z Izą za kierownicą i Agnieszką na siedzeniu pasażera, sunęło przez pokryte śniegiem pola w stronę Małowoli. Iza prowadziła auto ostrożnie, bowiem pogoda nie rozpieszczała – od kilku dni, w temperaturze utrzymującej się poniżej zera, prószył drobniutki ale uporczywy śnieżek, który przykrywał miejscami mocno oblodzoną drogę, a do tego wiał dość silny wiatr, znosząc na otwartej przestrzeni samochód w stronę rowu, co trzeba było bez ustanku kontrować kierownicą. Jednak w przeciwieństwie do panującej na zewnątrz ponurej lutowej aury w kabinie panowała radosna i ożywiona atmosfera, bowiem promieniejąca szczęściem Agnieszka dzieliła się z przyjaciółką nowinkami z ostatnich dwóch dni.

– Najbardziej bałam się spotkania z przyszłymi teściami – relacjonowała Izie. – Byliśmy u nich wczoraj wieczorem i powiem ci, że już dawno się tak nie denerwowałam, w drodze do nich to aż się cała trzęsłam w środku. Ale na szczęście okazało się, że niepotrzebnie, przyjęli mnie bardzo życzliwie, może nie jakoś mega wylewnie, ale życzliwie, a mnie nic więcej nie trzeba.

– Pewnie – zgodziła się Iza. – Byle relacje były poprawne, to wystarczy.

– Są poprawne. Pepusia zresztą znają od dawna, Piotrek kilka razy go do nich zabierał, kiedy ja musiałam jechać gdzieś sama, na przykład do Giziaka albo do sądu. Ale ja byłam u nich pierwszy raz i jednak mocno się tym stresowałam.

– Nie wątpię. Słyszałam, że rodzina Siwców już wie – mrugnęła do niej Iza. – W Korytkowie nic się nie ukryje, połowę z twoich nowinek znam, zanim zdążysz otworzyć usta.

– Wiem! – machnęła ręką Agnieszka. – I już się tym nie przejmuję, miałaś rację, jak mówiłaś, że nie warto. Tak, wiedzą, od razu pojechaliśmy i do moich, i do nich, żeby poinformować ich o sprawie, zanim dotrze tam drogą plotkarską. To był prawdziwy wyścig z czasem, niesamowicie intensywne dni, ale dzięki temu już jesteśmy na prostej i to jest dla mnie przeogromna ulga.

– Słyszałam też, że zmusiłaś Piotrka do przycięcia brody – uśmiechnęła się Iza. – Nie widziałam go jeszcze, ale podobno w nowej odsłonie wygląda znakomicie.

– A tak, owszem! – parsknęła śmiechem Agnieszka, odrzucając na plecy swe blond loki. – Przyciął i wygląda super, faktycznie teraz przynajmniej widać mu trochę twarz. Ale ja go do tego nie zmuszałam – zaznaczyła. – Zażartowałam sobie tylko, powtórzyłam mu to, co wtedy mówiłyśmy, a on wziął to bardzo na poważnie. Nawet chciał się ogolić całkowicie, ale zapewniłam go, że lubię jego zarost, tylko mógłby go trochę krócej przystrzyc, tak mniej więcej na centymetr do półtora. No i zrobił dokładnie tak, jak powiedziałam.

– Aha, słyszałam i koniecznie muszę to zobaczyć. Pamiętam go jeszcze trochę z czasów, kiedy w ogóle nie nosił zarostu, ale to było już dawno, w czasach liceum, zresztą od tamtej pory bardzo się zmienił fizycznie.

– Serio? Ja w ogóle tego nie pamiętam… To dobrze, czy źle? – spojrzała na nią z przekorą.

– Oczywiście, że dobrze! Teraz wygląda o wiele lepiej, wtedy to był jeszcze taki chłoptaś, nie masz czego żałować.

Znów roześmiały się obie.

– A jak było u proboszcza? – zagadnęła Iza, ściskając mocniej kierownicę, gdyż kolejny podmuch wiatru na odsłoniętym polu aż zachwiał samochodem. – Coś ustaliliście?

– Pewnie że tak, wszystko – zapewniła ją Agnieszka. – Ksiądz bardzo się ucieszył, pamięta wypadek i to, jak cała wieś się za nas modliła, mówi, że sam modlił się za mnie od dawna, przez cały czas. Słyszał też plotki o tym, że Piotrek jest ojcem Pepika, oczywiście powiedzieliśmy mu, jaka jest prawda, a on na to, że tym lepiej, bo gdyby było tak, jak ludzie gadają, to z miejsca opieprzyłby Piotrka, że tak długo zwlekał z uregulowaniem sytuacji. No, ale skoro tak, to może tylko uścisnąć mu rękę i z serca błogosławić – uśmiechnęła się ze wzruszeniem. – W ogóle powiedział mu dużo dobrych słów na temat jego decyzji, rodziny, którą nam stworzy, a której Pan Bóg na pewno też będzie błogosławił… a mnie się tylko łzy w oczach kręciły, byłam z niego taka dumna! Wyszliśmy stamtąd mega podbudowani, zwłaszcza ja, z takim silnym poczuciem, że Bóg wybaczył mi te głupie błędy z przeszłości i daje szansę zacząć od nowa, również w tym sensie… no wiesz… duchowym.

– Aha – pokiwała głową Iza. – Wiem, Aguś. To jest bardzo ważne, żyć w zgodzie z Panem Bogiem, mieć jego błogosławieństwo. W wymiarze duchowym to jest fundament, na którym można zbudować wszystko.

Przed oczami natychmiast wyświetliła jej się skupiona twarz Majka, który mówił jej o dealu z Bogiem Ojcem, a potem brodata twarz księdza Tomasza, u którego tak bardzo chciała się wyspowiadać… porozmawiać z nim… poprosić o duchową poradę… Stanowczo, po powrocie do Lublina będzie musiała się tym zająć!

– Tak. I ja Go już więcej nie zawiodę – mówiła dalej Agnieszka. – Tak samo jak nie zawiodę moich chłopaków, teraz oni obaj są sensem mojego życia, we dwóch, w pakiecie, jak jedna nierozerwalna całość. A co do terminu ślubu – dodała lekko – to ksiądz zarezerwował nam wstępnie sobotę dwudziestego czwartego kwietnia.

– O! – zdziwiła się Iza. – Tak szybko?

– Aha. Tyle że na razie wpisał nam tę datę warunkowo, bo musimy zdobyć i dostarczyć mu wszystkie potrzebne dokumenty, zwłaszcza zrobić kurs przedmałżeński, a to potrwa kilka tygodni. Jak zabierzemy się za to od razu, jest szansa, że się wyrobimy, weseliska wielkiego i tak nie będziemy robić, więc wystarczy załatwić formalności. Szaleństwo, mówię ci, Iza… ale cudowne szaleństwo, uwielbiam takie planowanie! Po Rafale nawet nie marzyłam, że jeszcze kiedyś będę to robić, wybierać białą sukienkę i tak dalej… Chociaż na welon sobie nie pozwolę – zaznaczyła. – Oczywiście żałuję, ale jednak w mojej sytuacji przyzwoitość wymaga, żeby z niego zrezygnować, zostanę tylko przy jakimś kwiatowym stroiku na włosach. Ech, i o czym ja mówię! – zaśmiała się, kręcąc głową. – Nie gniewaj się, Izunia, ale ciągle jestem w takim amoku, że już mi się od tego w głowie kręci.

– Mów dalej, jak najwięcej, uwielbiam słuchać takich dobrych wieści – zapewniła ją ciepło Iza. – Czyli to będzie tuż po Wielkanocy?

– Tak, zaplanuj sobie tę datę, dobrze? A najlepiej kilka dni wcześniej też, chciałabym, żebyś była moim świadkiem i pomogła mi w przygotowaniach.

– Z przyjemnością, Aguś, będę to mieć na uwadze. A powiedz jeszcze, wspominałaś o Giziaku, do niego też mieliście wczoraj jechać. Byliście?

– Mhm, byliśmy. Ale i tak będziemy musieli wrócić tam jeszcze nieraz, przed nami cała seria operacji prawnych, żeby uregulować sytuację Piotrka i Pepusia. Do tego jeszcze nadal nie zamknęła się sprawa wypadku.

– Jak to? – zdziwiła się. – To się jeszcze ciągnie?

– W sądzie na szczęście już nie, wyrok mamy, papiery załatwione, tylko nadal czekam na wypłatę odszkodowania – wyjaśniła rzeczowo Agnieszka. – Giziak mówi, że trwają ostatnie formalności i przelew powinien być na dniach, mam nadzieję, że tak się stanie i już niedługo będę mogła przestać o tym myśleć. Ale póki co, to mi ciągle wisi gdzieś z tyłu głowy.

– No tak, wiadomo. Ale za to wpłynie ci na konto przyzwoita suma, akurat przyda się wam na rozruch na nowej drodze życia.

– Żebyś wiedziała! Oczywiście wolałabym, żeby tamtego wypadku nigdy nie było, ale skoro już tak się stało, to cieszę się, że przynajmniej dostanę tę kasę. Do tego, dzięki gestowi twojej siostry i szwagra, mam moje śliczne, wykończone mieszkanko, a to nam da możliwość spokojnego startu, bo oczywiście Piotrek po ślubie wprowadzi się do nas.

– Tak myślałam – uśmiechnęła się Iza.

– To już ustalone, zresztą nie ma innej opcji, ale żadne z nas nie traktuje tego jako docelowe rozwiązanie – zaznaczyła Agnieszka. – Zresztą nie wyobrażam sobie nadużywania na dłuższą metę życzliwości Amelii i Roberta, już i tak tyle dla mnie zrobili, że nie wiem, jak ja się im odwdzięczę.

– Przestań, Aga, no co ty! – zestrofowała ją Iza. – Oni to robią z potrzeby serca, a nie po to, żebyś im się odwdzięczała. Zwłaszcza że nieraz i tak to robisz, kiedy pilnujesz im Klarci, pamiętasz na przykład ich wyjazd na sylwestra do Lublina? Bez ciebie nie mogliby się wtedy wyrwać na dwa dni z Korytkowa.

– To akurat żaden problem i przede wszystkim nie ten kaliber przysługi – podkreśliła Agnieszka. – Ale tak czy inaczej mamy z Piotrkiem mega plan na przyszłość, bo… ty wiesz, co on wymyślił?

– No?

– Pamiętasz, jak wspominałam ci w poniedziałek, że ma dla mnie niespodziankę i w czasie wyjazdu do Radzynia chce mi coś pokazać?

– Aha. Co to było?

– Po spotkaniu u Giziaka zabrał mnie do… ach! – urwała wystraszona.

Tuż przed maską samochodu, który właśnie wjechał w zadrzewiony, pełen zakrętów fragment drogi, w świetle reflektorów pojawiła się szybko przebiegająca przez jezdnię, ubrana na czarno ludzka postać. Równie wystraszona Iza natychmiast wcisnęła hamulec, przez co samochód zatańczył na ośnieżonej drodze, na chwilę tracąc pod kołami przyczepność, i podskakując z hukiem na wertepach pobocza, które złapał prawą stroną, zatrzymał się – na szczęście bez szwanku – kilka metrów dalej.

W kabinie zapadła cisza, obie dziewczyny przez kilka sekund patrzyły na siebie ze zgrozą w ciemnościach, które rozświetlał jedynie odblask przednich reflektorów i światełka kontrolek na desce rozdzielczej audi. Iza, która zareagowała odruchowo w przypływie adrenaliny, trwała wciąż z rękami zaciśniętymi na kierownicy, nie do końca pewna tego, co się właśnie stało.

– A niech to – szepnęła w końcu Agnieszka. – Co to było?

– Człowiek! – ocknęła się Iza, nagle odzyskując pełną zdolność myślenia i działania. – Chodź, Aga! Trzeba sprawdzić, czy nic mu się nie stało!

Mówiąc to, otworzyła drzwi i wyskoczyła z auta, po czym na rozedrganych z emocji nogach ruszyła w stronę, gdzie mignęła im przed chwilą tamta czarna postać. Jako że drogą nie przejeżdżał żaden inny samochód i wokół nie było żywej duszy, jeśli cokolwiek się tej osobie stało, musiała udzielić jej pomocy. Co prawda nie zarejestrowała uderzenia, więc było raczej mało prawdopodobne, że jej auto zahaczyło tego człowieka, jednak nie było wykluczone, że w jakiś sposób otarło się o niego w trakcie kilku sekund niekontrolowanego poślizgu.

Agnieszka posłusznie wyskoczyła za nią, naciągając na głowę kaptur, i obie ruszyły ku miejscu zdarzenia. Choć znajdowały się między drzewami, a na drodze nie było latarni, zalegający wszędzie śnieg rozjaśniał otoczenie na tyle, że wszystko było widać, zwłaszcza gdy miało się już przyzwyczajone do ciemności oczy. Wystarczyło zatem kilka kroków, by dostrzec czarną ludzką postać gramolącą się na skraju rowu, gdzie zapewne uskoczyła, by uniknąć zderzenia. Po jej ruchach i szczupłych, zgrabnych liniach sylwetki rozpoznały, że była to raczej kobieta. Obie rzuciły się natychmiast ku niej.

– Halo! – zawołała Iza. – Wszystko w porządku? Nic się pani nie stało?

Kobieta, która zdążyła już wykaraskać się z zaspy w zarośniętym krzakami rowie, nie odpowiedziała, wręcz cofnęła się, jakby miała zamiar uciec. Nie zdążyła jednak, bowiem Agnieszka dopadła do niej pierwsza i chwyciwszy ją odruchowo za ramię zajrzała jej w twarz.

– Wera! – zawołała zdumiona. – To ty?!

Równie mocno zaskoczona Iza podeszła bliżej i spojrzała – wystraszona, patrząca na nią wielkimi oczami, które w ciemności wyglądały jak dwa czarne węgle, blada jak płótno twarz młodej dziewczyny rzeczywiście wyglądała znajomo, choć ona sama w pierwszej chwili miałaby problem, by rozpoznać w niej Weronikę, zwłaszcza że ta miała na głowie czapkę i kaptur.

– Przepraszam – wyszeptała spłoszona. – Ja… zamyśliłam się i…

– Ale nic ci się nie stało? – upewniła się Iza, z ulgą konstatując, że chyba wszystko jest w porządku i skończyło się na strachu. – Nie uderzyłaś się?

– Nie – pokręciła głową dziewczyna, z niepokojem zerkając za siebie, w stronę drogi, którą Iza i Agnieszka przyjechały przed chwilą z Korytkowa. – Nic mi nie jest, wszystko w porządku, odskoczyłam tylko do rowu, potknęłam się i wpadłam w śnieg, a tam jest głęboko i jakieś gałęzie. Ale nic mi się nie stało.

– No to całe szczęście! – odetchnęła z ulgą Agnieszka. – Ale co ty tu robisz sama po ciemku w tych krzakach?

– Wyszłam na spacer – odpowiedziała wymijająco Weronika, znów zerkając za siebie z niepokojem. – Ja tu mieszkam niedaleko… o tam – wskazała ręką w przeciwległą stronę, gdzie w oddali, za drzewami i mgiełką padającego śniegu, w istocie majaczyły światła jakiegoś budynku.

– Ach, faktycznie, przecież to Polany – zorientowała się Agnieszka.

– Aha – przyznała Iza. – Racja.

W istocie, znajdowały się w Polanach, które leżały właśnie w tej zadrzewionej kotlince i o których przypominała zielona tabliczka z nazwą miejscowości, dziś jednak zalepiona śniegiem na tyle, że Iza, rozmawiając w trakcie drogi z Agnieszką, zupełnie nie zwróciła na nią uwagi. Wszak to właśnie gdzieś tu, niedaleko, odchodziła w prawo droga gruntowa prowadząca do nowej willi Michała… Co prawda po ciemku i w śniegu nie byłaby pewnie w stanie namierzyć, gdzie to dokładnie było, ale zdecydowanie gdzieś tutaj, zważywszy na bliskość domu Weroniki, który stał po sąsiedzku, choć po przeciwnej stronie drogi.

Fakt, że znajdowały się właśnie tutaj, wyjaśniał obecność dziewczyny na drodze – ale czy do końca? Iza przyjrzała się jej badawczo, po raz kolejny wyczuwając w jej postawie dziwny niepokój oraz dystans, dokładnie ten sam co wcześniej, kiedy widziała się z nią w grudniu. Ponadto, mimo że było ciemno, nie mogła nie dostrzec zmian, jakie zaszły w jej wyglądzie, zwłaszcza szczupłości twarzy, której kości policzkowe stały się bardziej widoczne, nadając jej obliczu jakiś inny niż wcześniej, jakby ostrzejszy rys.

– To ja już pójdę – oznajmiła nieco drżącym głosem Weronika, cofając się o krok. – Przepraszam za to, że tak wyskoczyłam, myślałam, że… po prostu nie zorientowałam się w porę. Jedźcie dalej, nie chcę was opóźniać, naprawdę nic się nie stało. Tylko się wszystkie wystraszyłyśmy.

– Na całe szczęście – pokiwała głową Iza. – No dobrze, Wera… skoro mówisz, że wszystko w porządku, to leć do domu, a my jedziemy dalej, jesteśmy umówione na spotkanie. Ale uważaj na przyszłość, bo w taką pogodę hamowanie jest trudne, gdyby mnie bardziej zarzuciło, mogłam w ciebie uderzyć, następnym razem możesz nie mieć tyle fuksa.

– Tak, wiem – odparła ze skruchą dziewczyna, cofając się o kolejny krok. – Przepraszam.

– Nie musisz przepraszać – dodała łagodniej. – Najważniejsze, że nic złego się nie stało. Wracasz do domu, czy podwieźć cię gdzieś?

– Wracam do domu – zapewniła ją pośpiesznie Weronika. – To blisko, dam sobie radę.

– Okej, w takim razie trzymaj się i nie włócz się tak po drogach.

– I do zoba jutro w pracy! – dodała Agnieszka, na co Weronika pokiwała tylko głową.

Obie z Izą cofnęły się zatem i wróciły do samochodu, który czekał na nich na włączonym silniku i światłach.

– Uff, ale się wystraszyłam – pokręciła głową Iza, wrzucając pierwszy bieg i zwalniając hamulec ręczny. – Aż mi się noga na sprzęgle trzęsie.

– To może poczekajmy tu chwilę, co? – zaniepokoiła się Agnieszka. – Ochłoń i dopiero pojedziemy dalej, ja sama wystraszyłam się jak diabli, a co dopiero ty! Dla kierowcy takie coś to musi być podwójny stres.

– Nie, jedźmy dalej – pokręciła głową Iza, ostrożnie zjeżdżając z pobocza na jezdnię. – Dziewczyny będą na nas czekały, i tak nie mamy dużo czasu, a ja najszybciej uspokoję się w drodze. Uff… co za wariatka z tej Werki! Przecież jakbym jechała dziesięć kilometrów szybciej, nie wyhamowałabym i walnęłabym ją na pewno!

– Co to w ogóle za pomysł, żeby tak nagle wyskakiwać ludziom pod maskę? – dodała z poirytowaniem Agnieszka. – Przecież tamtędy przejeżdża średnio jeden samochód na godzinę, musiała przebiegać przez jezdnię akurat wtedy, kiedy jechałyśmy? Zamyśliła się… aha, jasne. Ona w ogóle ostatnio jest nie do życia, ale to, co odwaliła teraz, to już szczyt wszystkiego!

– Dziwna pora na spacer – zauważyła Iza, jadąc teraz o wiele wolniej niż wcześniej i uważnie obserwując jezdnię łącznie z poboczem. – Fakt, że była niedaleko domu, ale łazić po drodze w taką pogodę, a do tego nie zauważyć, że nadjeżdża samochód… fakt, że tam był zakręt, ale przecież świeciłyśmy światłami, słychać było silnik… Coś ją chyba musi mocno gryźć – stwierdziła. – Są takie stany ducha, kiedy można odciąć zmysły, nic nie widzieć i nie słyszeć, ja to rozumiem. Ale tutaj to już, jak mówisz, przesada, taka sytuacja na drodze naprawdę była niebezpieczna.

– Spacer w padającym śniegu po całej dniówce w robocie to serio świetny pomysł – dodała Agnieszka. – Przecież Werka skończyła dzisiaj o szesnastej, zanim dojechała do domu, już pewnie było wpół do piątej. I co? Nawet nie odpoczęła, nie zjadła obiadu, tylko poleciała na spacer? Włóczyć się po ciemku? Z nią naprawdę jest coś nie halo.

– No jest, ewidentnie – westchnęła Iza, wspominając wystraszone oczy Weroniki. – Marczukowa mówiła, że rodzina się o nią martwi, bo ciągle znika, włóczy się gdzieś sama i nikt nie wie gdzie i po co, to by się zgadzało. Mela też od wielu tygodni się o nią martwiła, zwłaszcza w czasie, kiedy Wera chodziła taka zapłakana, bała się, żeby nie skończyło się czymś takim jak u Moni Klimek… No, ale co możemy z tym zrobić, Aga, skoro ona sama nie chce dać sobie pomóc?

– Nie wiem – przyznała Agnieszka. – Ze mną też nie chce gadać, a jak już się odezwie, to tylko służbowo. Najbardziej z nas wszystkich chyba toleruje Zośkę, ale ona też nic podobno z niej nie wyciągnęła.

– Nic. Tyle że nawet nie chodzi o to, żeby cokolwiek z niej wyciągać, tylko po prostu żeby jej pomóc. Żeby nie została sama z czymś, co ją przerośnie i żeby to się źle nie skończyło… A niech to! – pokręciła głową. – Skoro to nie są problemy w rodzinie, to pewnie osobiste, tylko jakie?

– Nie mam pojęcia. Ale naprawdę coś z nią jest nie tak.

– Podobno z żadnymi chłopakami się nie spotyka, wiesz coś o tym?

– Nie spotyka się – potwierdziła stanowczo Agnieszka. – Niejeden do niej uderzał, zwłaszcza ten Marcin Cieślik z Sokółki, ale wszystko ucinała, nie widziałam, żeby którykolwiek cokolwiek u niej ugrał. No a potem, jak ją tak rozwaliło, to już w ogóle się skończyło… nie, moim zdaniem, to nie to.

– Mela mówiła to samo, ale przecież coś się dzieje, to musi mieć jakąś przyczynę. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, zresztą Meli też o tym mówiłam, to, że złapała jakiś niebezpieczny kontakt w Internecie i wpadła w kłopoty. To by wyjaśniało, dlaczego nikt nic nie wie, bo gdyby coś się działo w realu, korytkowskie plotkary już dawno by to namierzyły.

– Pewnie tak – przyznała Agnieszka. – Szkoda mi jej, serio. Możesz mieć rację z tym Internetem, ale kto to może wiedzieć? To tylko hipoteza, a ona nic nikomu nie mówi, nie ma jak tego potwierdzić. Błędne koło.

– No – westchnęła Iza. – Trudno, Aga, nic z tym nie zrobimy, zwłaszcza że to de facto nie jest nasza sprawa, a ona nie chce pomocy z zewnątrz. Jak już, to powinna się tym zająć rodzina, a skoro nawet oni są bezradni, to co dopiero my… Możemy mieć tylko nadzieję, że Wera sama powoli wyjdzie z tego kryzysu i jakoś się pozbiera. Zostawmy już to, co? Mów mi dalej o sobie, bo przerwałaś. Dokąd Piotrek zabrał cię po wizycie u Giziaka?

– Do architekta – odpowiedziała Agnieszka.

– Do architekta? – zdziwiła się.

– Aha. Jest takie biuro architektoniczne blisko centrum, pewnie kojarzysz. Zabrał mnie tam, żeby pokazać mi plany działki, którą kupuje w Korytkowie, i wstępny projekt zabudowy.

– Działki, którą kupuje w Korytkowie? – powtórzyła jeszcze bardziej zaskoczona Iza. – Jak to? Piotrek? Nic o tym nie wiedziałam.

– Ja też – uśmiechnęła się Agnieszka. – Wiedział podobno tylko Robert, bo pomaga mu w tym i musi wyrazić kilka zgód. To na razie, do czasu finalizacji transakcji, ścisła tajemnica, ale Piotrek mówi, że z tobą mogę się tym podzielić. Oczywiście w trybie dyskrecji.

– Jasne, Aguś, nikomu nic nie powiem. Czyli to o to chodziło, kiedy we dwóch z Robertem kombinowali za naszymi plecami…

– Mhm. To nie jest wcale nowy pomysł, Piotrek planował to już od dawna, jeszcze zanim pomyślał o mnie w tym sensie – spojrzała na nią znacząco. – Uznał, że jego miejsce pracy i cała przyszłość jest w Korytkowie, do Małowoli niby ma nie tak daleko, ale jednak codziennie trzeba dojeżdżać, więc wygodniej mu będzie, jak docelowo przeprowadzi się do nas. Planuje wybudować własny dom, mówi, że to od dawna jego wielkie marzenie, a teraz jest podwójnie szczęśliwy, że będzie dzielił je ze mną.

– Rewelacja, Aga – uśmiechnęła się Iza. – Zobacz, jak wszystko świetnie wam się układa, to chyba musiało być już dawno zaplanowane na górze. Tyle szczęśliwych zbiegów okoliczności to nie może być przypadek!

– O tak… Chociaż ten dom to oczywiście jeszcze odległy śpiew przyszłości – zaznaczyła Agnieszka. – Inwestycja na wiele lat, wiadomo, że to kosztuje ogromną kasę, a my nie zarabiamy kokosów, więc pewnie będziemy to robić bardzo powoli. Ale po nitce do kłębka… Na razie Piotrek dopiero kupuje działkę, ziemia jeszcze do niego nie należy, chociaż już są dogadani z obecnym właścicielem i wszystko jest na dobrej drodze.

– A kto jest właścicielem? – zaciekawiła się Iza. – I gdzie jest ta działka?

– Zgadnij – uśmiechnęła się. – Zdziwisz się bardzo, tak jak ja się zdziwiłam.

– Tym bardziej mów!

– To jest ta ziemia, która przylega do waszej, znaczy, do tej łąki od Andrzejczaków, gdzie stoi nasza hala.

– Ach, tam! – ucieszyła się Iza. – Naprawdę? Będziecie docelowo naszymi bezpośrednimi sąsiadami? Ale czekaj… masz na myśli ten kawałek obok w stronę hotelu Krzemińskich, czy ten w stronę lasu?

– Ten w stronę lasu. Ładna ziemia, tylko nie ma bezpośredniej komunikacji z drogą, dojazd musiałby być służebny przez wasz teren, dlatego Piotrek od razu musiał porozmawiać o tym z Robertem. Chodziłoby o przedłużenie tej obecnej drogi wzdłuż granicy waszej działki.

– Aha, kapuję. To chyba nie problem?

– Chyba nie, Robert wstępnie się zgodził, tylko wiadomo, że i tak trzeba będzie załatwić do tego całą górę dokumentów.

– No tak. Prawda. A od kogo to kupujecie?

– Nie znasz pewnie, Piotrek sam się zdziwił, ja też. Okazało się, że właścicielem nie jest nikt z Korytkowa, tylko jakiś facet z Suchej Woli, Zawadzki czy jakoś tak… podobno w porządku człowiek. Piotrek mówi, że najpierw nie chciał sprzedać tej ziemi, ale jak dowiedział się, że pracuje u Roberta Staweckiego i to przez jego teren będzie dojazd do działki, nagle od razu się zgodził.

– O! – zdziwiła się Iza. – Znają się z Robertem?

– Nie wiem, musiałabyś pytać Roberta, wiem tylko, że jego nazwisko to był dla tamtego decydujący argument.

Iza zerknęła na nią z zastanowieniem znad kierownicy.

– Czekaj, Zawadzki… Zawadzki… nie znam nikogo takiego, zwłaszcza jak jest z Suchej. Stamtąd to tylko Beti i Emi… o właśnie! Może podpytamy je dyskretnie o niego?

– Możemy – zgodziła się Agnieszka. – Ale bez podawania kontekstu, dobrze? Nie chciałabym rozpowiadać, że facet sprzedaje Piotrkowi tę ziemię w Korytkowie, może nie chce, żeby sąsiedzi z Suchej w ogóle wiedzieli, że ją ma?

– Jasna sprawa, Aguś, ty tu rządzisz – zapewniła ją wesoło Iza, która ochłonęła już po zdarzeniu na drodze w Polanach i odzyskawszy pełną ostrość zmysłów, znów prowadziła samochód z pełnym opanowaniem i swobodą. – Zresztą to, kim on jest, to w sumie mało ważne, byle sprzedał działkę bez żadnych komplikacji.

– Aha… Ale zaraz, głupoty opowiadam, on jednak nie nazywa się Zawadzki – sprostowała po chwili namysłu Agnieszka. – To było dłuższe nazwisko, czekaj… wiem! Zawisławski.

– Zawisławski? – powtórzyła Iza, tknięta dźwiękiem tego nazwiska, które zabrzmiało w jej uszach znajomo, choć nie potrafiła ad hoc skojarzyć go z osobą. – No, wszystko jedno, ważne, że zgodził się na sprzedaż, a miejsce jest po prostu genialne. Ależ macie z Piotrkiem plany, no, no! Nie miałam pojęcia, że to taki obrotny facet!

– Tak – uśmiechnęła się ze wzruszeniem Agnieszka. – Jest przekochany. Miał nic nie mówić o działce, dopóki wszystkiego nie ureguluje, nie sfinalizuje zakupu i nie załatwi dokumentów, a to może jeszcze potrwać nawet kilka miesięcy… ale nie wytrzymał. Kiedy zaczęliśmy omawiać plan na najbliższe miesiące, powiedziałam, że oczywiście po ślubie zamieszka u mnie, bo to jedyne logiczne rozwiązanie. Pracuje przecież w Korytkowie, a u rodziców w Małowoli ma tylko jeden pokój, więc w ogóle nie wchodzi w grę, żebyśmy przenosili się tam. Zgodził się ze mną, powiedział, że chętnie się do nas wprowadzi, ale od razu wyznał mi, że po tych oświadczynach, kiedy czekał na moją odpowiedź, bał się strasznie, że wszystko rozbije się między innymi o to. I że nadal to jest dla niego ciężar na sumieniu.

– Mieszkanie?

– Aha. Bał się, że wezmę go za jakiegoś naciągacza, który, kiedy tylko wykończyłam mieszkanie i przeprowadziłam się, zwęszył okazję, żeby się pod to podpiąć w sprytny sposób. Wyobrażasz to sobie? Zwariował chyba… Przecież to mieszkanie nawet do mnie nie należy, a wykończenie go to w dużej mierze też dzieło Piotrka, mnóstwo rzeczy zrobił własnymi rękami i gdyby nie pomógł mi w tym remoncie, pewnie nadal mieszkalibyśmy z Pepciem u moich rodziców. Ale jego to i tak nie przekonało, zależało mu, żeby pokazać mi, co sam może wnieść do naszej rodziny, chociaż to na razie nadal są tylko plany.

Iza, która właśnie przypomniała sobie, skąd zna nazwisko Zawisławski, i poczuła, że serce zaczyna jej mocniej bić, zmusiła się, by nie zwracać na razie myśli w tę stronę, lecz słuchać uważnie przyjaciółki.

– No, nie do końca – zauważyła w roztargnieniu. – Przecież działkę już kupuje, nie?

– Kupuje, to fakt. I ja mu w tym pomogę, żeby nie musiał brać dużego kredytu – oznajmiła stanowczo Agnieszka. – Po wykańczaniu mieszkania nie mam już za wiele kasy na koncie, ale jak przyjdzie odszkodowanie, to dołożę swoje i powoli pociągniemy to do przodu… teraz już razem. Nie wiem, ile potrwa budowa, pewnie kilka lat, ale postaramy się, żeby to było możliwie jak najszybciej, a wtedy zwolnimy mieszkanie i oddamy je z powrotem Amelii i Robertowi.

– Przestań, Aga – machnęła ręką Iza. – Oni wcale tego nie oczekują, możecie tam mieszkać, ile tylko będzie trzeba.

– Wiem i jestem im za to niesamowicie wdzięczna, zrobili mi ogromną przysługę, której nigdy nie zapomnę i która teraz, w nowej sytuacji, tym bardziej jest na wagę złota. Dzięki nim przez ten okres przejściowy do budowy domu i wyprowadzenia się na swoje będziemy mogli mieszkać sami, bez gniecenia się u jednych czy drugich rodziców, bo to byłoby straszne. Romantyczne uczucia to jedno, a warunki mieszkaniowe jako proza życia to drugie i niestety oba są ważne.

– Zgadza się – przyznała Iza. – A ty masz już na tyle dużo życiowego doświadczenia, że wiesz o tym, bo nie o każdym można to powiedzieć.

– Otóż to. I zresztą nie chodzi tylko o mieszkanie, Robert i Amelia to nasi wielcy dobrodzieje pod różnymi względami, zrobili dla nas obojga więcej niż ktokolwiek inny. Piotrek też bardzo to docenia, dlatego uzgodniliśmy, że choćby nie wiadomo, co się działo, w każdej sytuacji będą mogli liczyć na nas oboje, we wszystkim będziemy im pomagać, nawet po godzinach, zwłaszcza jak już ruszy nowy interes w hali i trzeba będzie wszystkich rąk na pokład, żeby go rozkręcać.

– I to będzie najlepszy sposób na to, żeby im się odwdzięczyć – uśmiechnęła się Iza. – Dla biznesmena nie ma nic cenniejszego niż lojalni ludzie z rękami, które nie boją się pracy. Pieniądze pieniędzmi, ale ludzie, na których można liczyć, to absolutna podstawa, a jak ci ludzie w dodatku są też prywatnie przyjaciółmi, to już w ogóle rewelacja… A teraz, pokaż mi, gdzie mieszkają twoi przyszli teściowie – dodała żartobliwie, gdyż właśnie wjechały do Małowoli. – Tu w centrum, czy gdzieś na obrzeżach?

– Zaraz za centrum, ale tam, po drugiej stronie – Agnieszka odwróciła się w fotelu, wskazując ręką do tyłu. – Autobus nigdy tamtędy nie przejeżdża, więc pewnie nie kojarzysz.

– Spoko, kiedyś mi pokażesz. Mamy na to całe życie, nie?

Roześmiały się obie. W tym momencie telefon, który Iza odłożyła na półkę przy siedzeniu pasażera, by mieć go w razie czego pod ręką, rozświetlił się i zgasł.

– Jakiś sms ci przyszedł – zauważyła Agnieszka.

– Mhm, potem sobie sprawdzę. Albo weź tylko zerknij, od kogo, co? Jest odblokowany.

Agnieszka posłusznie sięgnęła na półkę po aparat i aktywowała ekran, zerkając na powiadomienie.

– Lodzia – odczytała. – To ta od mecenasa… jak mu tam?

– Tak, żona mecenasa Lewickiego.

– O właśnie, Lewickiego. Jakieś zdjęcie przysłała.

– Aha, okej, dzięki – machnęła ręką Iza. – To raczej nic pilnego, potem sobie zobaczę. Teraz muszę uważać na drogę.

Agnieszka odłożyła telefon i w samochodzie zapadła cisza, a chwilę potem również ciemność, opuściły już bowiem oświetlone zabudowania Małowoli i auto sunęło teraz szeroką szosą wiodącą wśród zawianych śniegiem pól w stronę Radzynia. Iza zwolniła nieco i obie w skupieniu śledziły drogę, gdyż śnieg padał tu dużo gęściej niż wcześniej, a jego grube płatki tańczyły przed przednią szybą i maską samochodu, wirując w świetle reflektorów, aż męczyły się od tego oczy. Najgorzej było, kiedy z przeciwka nadjeżdżało inne auto, przez chwilę oślepiając swoimi światłami tak mocno, że nie było widać dosłownie nic, a ruch był tutaj o wiele większy niż na trzeciorzędnej drodze między Korytkowem a Małowolą.

Po kilku minutach Agnieszka wyjęła swój telefon, by sprawdzić, czy Piotrek czegoś od niej nie chciał, i chyba faktycznie chciał, bo zajęła się intensywnym smsowaniem, tylko od czasu do czasu podnosząc oczy, by spojrzeć kontrolnie na drogę.

„Zawisławski” – myślała tymczasem Iza, korzystając z tej przedłużającej się ciszy. – „No oczywiście… to ten sam, który kilkanaście lat temu zalecał się do mamy, a ona go odrzuciła. Pamiętam go, chociaż nie pamiętam, jak miał na imię, może Mela by wiedziała, muszę kiedyś ją zapytać. Mieszkał za kościołem, tam, gdzie teraz młodzi Sobczakowie, pewnie to im sprzedał dom, a sam przeprowadził się do Suchej. Wtedy byłam za mała, żeby to śledzić, ale pamiętam go, to był w sumie spoko facet, dobrze mu z oczu patrzyło. Teraz jest już grubo po pięćdziesiątce, ciekawe, czy się ożenił? I kto by pomyślał… Miał kupioną działkę koło Andrzejczaków, sto metrów od naszego domu, a nikt o tym nie wiedział. Do tej pory jej nie sprzedał, teraz chce Piotrkowi, ale zdecydował się dopiero, jak się dowiedział, że on ma coś wspólnego z Robciem i Melą… aha! To nie może być przypadek.”

Przed oczami pamięci, w nieco przymglonej aurze na tle padających płatków śniegu, wyświetliła jej się twarz matki z czasów sprzed choroby. Wciąż młoda, piękna kobieta o łagodnych rysach, które odziedziczyła po niej Amelia, wdowa z dwiema nieletnimi córkami i poważnymi kłopotami finansowymi, którym ów Zawisławski mógłby szybko zaradzić… mógłby i chyba bardzo tego chciał, skoro w tajemnicy kupił nawet działkę tak niedaleko jej domu.

„To się na pewno jedno z drugim wiązało” – myślała Iza z sercem przepełnionym dziwnym wzruszeniem. – „Nie wiem, po co mu była ta działka, ale pewnie coś na niej planował, prawdopodobnie w związku z mamą, a to znaczy, że myślał o niej bardzo poważnie. Pewnie zakochał się i marzył o niej, ale ona nie chciała, została do śmierci wierna tacie, swojej pierwszej i jedynej miłości, wbrew wszystkiemu… nawet z nami na karku w katastrofalnej sytuacji finansowej… Tata na bank postąpiłby tak samo, my obie z Melą mamy to po nich, ale jednak… dzielna mama!”

Przez myśl przebiegło jej, że gdyby dwanaście czy trzynaście lat temu matka podeszła do sprawy mniej emocjonalnie, a bardziej racjonalnie, ów bliżej jej nieznany Zawisławski mógł być dziś członkiem jej najbliższej rodziny, ojczymem jej i Amelii. Czy to nie dziwne nagle sobie uświadomić, że tak właśnie mogło być?

„Pewnie byłby dobrym ojczymem” – myślała, nie mogąc się powstrzymać od snucia tej fascynującej, wzruszającej i do głębi smutnej hipotezy. – „To też jakiś dzielny człowiek, skoro nie odstraszyła go sytuacja mamy i chciał ją wziąć z dobrodziejstwem inwentarza, z dwójką dzieci i kłopotami finansowymi… Kto wie, może stałby się dla nas kimś takim jak Piotrek dla Pepcia? Oczywiście toutes proportions gardées, bo my z Melą pamiętałyśmy tatę i to, że bardzo nas kochał, ale jednak tak mogło być. Tymczasem nawet nie znamy tego faceta, ja nigdy z nim nie rozmawiałam, Mela pewnie też…”

Zadziwienie, jakie opanowało ją wobec tych myśli i hipotez, połączone z nutką fascynacji, jaka zawsze towarzyszy odkryciom różnych mniejszych czy większych tajemnic z przeszłości, przepełniło ją całą do tego stopnia, że zdawało jej się, jakby prowadziła samochód w jakiejś sennej mgle. Jechała jednak bardzo ostrożnie i bezpiecznie, co prawda niezbyt się orientując, w jakim dokładnie były miejscu, ale droga ta i tak prędzej czy później musiała je doprowadzić do Radzynia, więc nie przejmowała się tym wcale. Agnieszka dalej smsowała, świecąc w ciemnościach telefonem, to zaś pozwalało jej ciągnąć intrygujący wątek z coraz żywszym przekonaniem, że kiedyś musi porozmawiać o tym z Amelią.

„Życie to otwarta układanka, w której klocki wybiera się spośród wielu różnych opcji, i od tego, jakie się wybierze, zależy dalszy kształt i koloryt obrazka” – dumała, nie spuszczając uważnego wzroku z drogi. – „Co więcej, nasze wybory wpływają nie tylko na nasze życie, ale też na życie innych ludzi. Gdyby mama, załóżmy, jednak wyszła za tego Zawisławskiego, żeby… no nie wiem, żeby zapewnić nam stabilność, naprawić nasze rodzinne finanse, wszystko jedno… gdyby się na to zdecydowała, ja pewnie też dzisiaj byłabym w zupełnie innym miejscu. Kto wie, może nigdy nie pojechałabym na studia do Lublina? Ojczym pewnie fundnąłby mi Warszawę, albo w ogóle poszłabym w jakąś inną stronę… Nie pojechałabym do Lublina, nie potrzebowałabym dorabiać na studiach, nie zatrudniłabym się u Majka… może nigdy bym go nawet nie poznała?”

Serce ścisnęło jej się na tę myśl, ale kontynuowała ją, jakby prosta droga przed maską auta i hipnotyzujące wirowanie płatków śniegu w światłach reflektorów zaklęło ją w środku tej hipotezy i przynajmniej chwilowo nie pozwalało z niej wyjść. Agnieszka przestała już smsować, jej telefon zgasł, ale i ona nie odzywała się, zatopiona we własnych myślach lub po prostu na tyle ostrożna, by nie wytrącać przyjaciółki ze stanu skupienia, w którym prowadziła samochód.

„Co więcej” – kontynuowała swoją hipotetyczną wizję Iza – „w Korytkowie też miałabym inną pozycję, ten Zawisławski to był, jak mówiła Mela, jakiś dziany gość, więc byłabym córką z bogatej rodziny i zupełnie inną partią dla Miśka. Może wtedy nie spławiłby mnie tak łatwo, brałby mnie bardziej na poważnie i finalnie ożeniłby się ze mną, zanim zdążyłabym się zorientować, co to za typ, i odkochać się… brr!” – wzdrygnęła się mimo woli. – „Jak sobie pomyślę, w co mogłam się przez to wpakować, to aż mi się słabo robi, ale tak naprawdę mogło być! Gdybyśmy miały kasę i ojczyma, który by nas chronił, Krzemińscy bardziej by się z nami liczyli, a wtedy… wtedy mogło mnie ominąć wszystko to, co w moim życiu najpiękniejsze… przeżyłabym je, nie znając prawdziwego światła… księżycowego promyczka… nigdy nie poczułabym, jak miękkie i cudowne są jego włosy…”

Fala nagłej tęsknoty za Majkiem ogarnęła jej serce i gwałtownie zwróciła myśli w jego stronę, przerywając wątek Zawisławskiego i hipotez, które na szczęście nigdy się nie ziściły. Auto połykało kolejne kilometry, umysł Izy funkcjonował w pełnym skupieniu, a zmysły trwały w ostrości potrzebnej do prowadzenia samochodu, jednak jej dusza jak po nitce księżycowego światła przeniosła się tam, do Lublina, w podziemia kamienicy przy Zamkowej sześć, gdzie dziś, o czym przypomniał jej sms od Lodzi, Majk podejmował na imprezie paczkę przyjaciół – a zatem musiał tam być.

O tak, był na pewno! Czuła to, wiedziała, ba, na tle tańczących przed maską audi płatków śniegu niemal widziała scenę, która teraz, właśnie w tych sekundach, mogła się rozgrywać w Anabelli. Widziała jego sylwetkę w kremowej koszuli… dlaczego akurat w kremowej? – nie wiadomo, po prostu tak podpowiedziała jej wyobraźnia – widziała jego rękę wprawnym gestem nalewającą wino do kieliszków… jego rozczochraną, najdroższą w świecie czuprynę i szeroko uśmiechniętą twarz…

Komu nalewał wina? Do kogo się uśmiechał? Czy była tam Natalia? Pomimo wysiłku wyobraźni nie mogła jej sobie zwizualizować, widziała za to Lodzię, Pabla, Wojtka, Justynę, Asię… Śmiali się i bawili, nad czymś dyskutowali, wznosili toasty… W głębi rozmytej wizji dostrzegła zarys baru i sylwetkę Wiktorii, która serwowała drinka siedzącemu na wysokim stołku klientowi – to było takie realistyczne, jakby naprawdę była tam i widziała to na własne oczy! Nagle Majk przerwał napełnianie kieliszków winem, podniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy, a jego szare tęczówki zalśniły w półmroku księżycowym blaskiem… Patrzył na nią… patrzył poprzez przestrzeń, poprzez tańczące płatki śniegu, a ona znów widziała w jego oczach tamto… znów to samo co w noworoczną noc za pośrednictwem bladego księżyca… i znów czuła to niewytłumaczalne, zalewające duszę aż po brzegi, uskrzydlające szczęście…

– Dojeżdżamy – zauważyła Agnieszka. – Jest za pięć, będziemy idealnie.

Iza ocknęła się, lubelska wizja na przedniej szybie natychmiast znikła. Rzeczywiście, ciemności przed nimi zaczęły powoli rozjaśniać się łuną bijącą od miasta, którego światła coraz wyraźniej przebijały przez ruchomą kurtynę padającego śniegu. Audi zbliżało się do Radzynia.

– Aha – skinęła głową. – To super. Trzeba będzie tylko poszukać jakiegoś sensownego miejsca do zaparkowania. I tak boję się, że jeśli ten śnieg dalej będzie tak walił, kompletnie zasypie nam samochód i drogę, a wtedy będziemy mieć kłopot, żeby wrócić do Korytkowa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *