Anabella – Rozdział CCXXXI

Anabella – Rozdział CCXXXI

– To co, dziewczyny, chyba jednak pojedziemy do Suchej, co? – zapytała wesoło Beata, wskazując na okno. – Zobaczcie, już przestaje sypać, jeszcze trochę i się uspokoi, trzeba będzie tylko wykopać ze śniegu nasze samochody i możemy ruszać.

– Aha – przyznała Iza. – Jest szansa, że się uspokoi, dajmy sobie jeszcze pół godzinki, może w międzyczasie jakiś pług przejedzie? Będzie łatwiej się przebić.

– Dobra, pół godziny – zgodziła się Emilia. – Ale nie bierzcie już nic do jedzenia, zapraszamy was na kolację, którą zjemy uroczyście w naszym biurze. Wszystko już gotowe, więc śnieg czy nie śnieg, nie możecie się wykręcić!

Spotkanie w niewielkiej kawiarence w centrum Radzynia, gdzie Iza od dwóch godzin siedziała przy kawie z Agnieszką, Beatą i Emilią, przebiegało w wesołej atmosferze, każda z nich bowiem miała coś do powiedzenia, a sensacją wieczoru stała się oczywiście wiadomość o rychłym zamążpójściu Agnieszki. Zarówno ona, jak i Beata i Emilia były zachwycone odnowieniem kontaktu po wielu latach i z góry umówiły się na kolejne spotkanie, tym razem z Piotrkiem i Pepusiem, których dziewczyny z Suchej Woli bardzo chciały poznać. Beata co prawda kojarzyła Piotrka z widzenia, ale tylko jak przez mgłę, natomiast Emilia nie znała go wcale, obie zaś paliły się zwłaszcza do tego, by zobaczyć Pepusia.

Jaki słodziak! – zachwycały się, oglądając zdjęcia prezentowane im przez Agnieszkę na ekranie telefonu. – A jaki podobny do ciebie! Te same oczy, uśmiech… no po prostu skóra zdjęta!

Obie dziewczyny były pod wrażeniem tego, jak w przeciągu niespełna dwóch lat rozwinęła się pełna dynamicznych zwrotów sytuacja życiowa Agnieszki.

Takimi przeżyciami mogłabyś obdzielić połowę dziewczyn z waszej wioski – zauważyła Emilia. – Akcja normalnie jak w filmie! Ale najważniejsze, że kończy się pozytywnie, przed ołtarzem z normalnym facetem.

A Emi wie, co mówi, bo jest następna w kolejce przed ten ołtarz – zapowiedziała wesoło Beata. – Już planują z Jackiem poważne kroki, może nawet w te wakacje? To się zresztą zgadza, w tamtym roku na weselu jednej naszej kumpeli złapała bukiet panny młodej… i jak tu nie wierzyć we wróżby? Wyjdzie na to, że w tym gronie tylko ja zostanę starą panną!

Spokojnie, ja też – zapewniła ją z humorem Iza. – Co prawda i ja w tamtym roku złapałam bukiet na weselu koleżanki, ale to ewidentnie była pomyłka losu, po prostu skręcił i poleciał nie tam, gdzie trzeba.

Oooo! – ożywiły się pozostałe dziewczyny. – Serio, złapałaś bukiet? No, no! Tu nie ma pomyłek, Iza! Ty lepiej uważaj na tę Belgię, bo coś ewidentnie czai się za rogiem!

Iza zaśmiała się, mrugając do nich porozumiewawczo, lecz był to śmiech ze ściśniętym sercem, w trybie komandosa. Jej myśli natychmiast pobiegły w stronę Majka, który dziś, sto kilometrów dalej, spędzał wieczór na pracy i rozmowach z przyjaciółmi w Anabelli. Czy była tam Natalia? Przypomniała sobie, że Lodzia, która też miała być obecna na imprezie, przysłała przecież jakieś zdjęcie, ona zaś nie zdążyła obejrzeć go w samochodzie. Niesiona ciekawością, korzystając z tego, że dziewczyny dalej perorowały wesoło, przekrzykując się na temat wróżb weselnych i niemożliwych pomyłek losu, sięgnęła zatem dyskretnie po telefon i pod stołem zerknęła na mms od Lodzi.

Nie myliła się – zdjęcie pochodziło z imprezy w Anabelli. Było to zbiorowe selfie paczki przyjaciół, którzy stłoczeni, z szerokimi uśmiechami na twarzach, pozowali na tle stołu zastawionego jedzeniem i kieliszkami z winem, wszyscy naraz podnosząc w górę kciuki. Była tam Lodzia, Pablo, Justyna z Wojtkiem, Dominika i Kajtek, Asia z Maćkiem, Nina, Szymon z Julią oraz Majk, którego postać od razu przyciągnęła jej uwagę, ubrany był bowiem w kremową koszulę, dokładnie taką, w jakiej widziała go w wyobraźni, jadąc samochodem w stronę Radzynia. Czy to mógł być przypadek? Taka telepatia zdarza się tylko w trybie porozumienia księżycowych dusz, wszak tylko one potrafią łączyć się ponad przestrzenią, pokonywać granice i odczytywać księżycowe kody…

Serce zabiło jej mocniej… i jeszcze mocniej, gdy w utrwalonych na zdjęciu oczach Majka, pomimo szerokiego uśmiechu, jaki prezentował, dostrzegła doskonale znany sobie smutek. Grał! Podobnie jak ona przed chwilą przed dziewczynami, on też znowu grał przed ludźmi wesołka, korzystając z bogatego doświadczenia księżycowej duszy. Ona jednak znała go zbyt dobrze, by się na to nabrać, jego oczy wyraźnie mówiły, że wcale nie był wesoły. Powód był zresztą jasny – na zdjęciu nie było Natalii, a to był jasny znak jej nieobecności na imprezie. Czy trzeba było innego wyjaśnienia?

Iza spochmurniała i zerknąwszy jeszcze raz w przepełnione melancholijną tęsknotą oczy Majka, z ciężkim sercem zamknęła zdjęcie, by zerknąć na treść wiadomości od Lodzi.

Pozdrowienia z imprezy od całej watahy, Izunia!

I jeszcze jeden sms, który przyszedł dosłownie kilka minut temu.

PS. Dobrze prorokowałaś, nie ma dzisiaj N, gdzieś wyjechała. A Majk nie w sosie, nawet z nikim tańczyć nie chce.

Wiadomość wieńczyła emotka z mrugającym oczkiem. Iza zagryzła wargi, zamknęła smsy i nerwowym gestem wrzuciła aparat do torebki, znów skupiając się na rozmowie. Jako że śnieg powoli się uspokajał się, plan wspólnego wyjazdu do Suchej Woli wrócił, a wraz z nim rozmowa przeszła na sprawy zawodowe, w szczególności na temat kliniki weterynaryjnej, którą dziewczyny rzeczywiście otworzyły już w styczniu.

– Sprzęt do badań obrazowych już jest zamówiony, mamy go dostać w marcu – oznajmiła z entuzjazmem Beata. – Ja jeszcze ciągle nie mogę w to uwierzyć, wiecie? Ten Rolski po prostu spadł nam z nieba! Nie wiem, skąd ten facet się urwał i co jeszcze z tego wyniknie, ale to, co dla nas zrobił, jest niesamowite.

Iza uśmiechnęła się leciutko, wyświetlając sobie w pamięci bladą twarz Krawczyka z podkrążonymi na sino oczami, taką jak wtedy, w chwili, kiedy wypowiadał tamte słowa.

Wszystko, co zrobiłem przy pomocy pana Arkadiusza w Korytkowie, Małowoli, Suchej Woli i okolicy, zrobiłem ze względu na panią, w ramach spłaty długu wdzięczności.

Od czasu, kiedy wróciła do Korytkowa ze świadomością, kto tak naprawdę kryje się za działaniami Rolskiego, nasłuchała się na ten temat tyle dobrych słów, że przestała już żałować, iż niechcący wzięła udział w tym przedsięwzięciu – przeciwnie, w duchu była dumna, że dzięki jej znajomości z milionerem przed wieloma przedsiębiorcami z okolicy otworzyły się nowe możliwości. Dotarło to do niej zwłaszcza wczoraj, kiedy wraz z Amelią i Robertem oglądała postępy w wykańczaniu „hali”, oni zaś co drugie zdanie zapewniali, że postępy te byłyby niemożliwe bez finansowego wsparcia Rolskiego. Beata i Emilia mówiły to samo, nie mając pojęcia, że osoba, która najlepiej ze wszystkich znała kulisy tej sprawy, siedziała właśnie z nimi przy jednym stoliku. Czy to, co nieświadomie dla nich zrobiła, nie było kolejnym osiągnięciem dobrej wróżki? Co prawda tym razem nie było ono jej zasługą, lecz wynikało z szalonego zbiegu okoliczności i specyficznej osobowości Krawczyka, jednak nie ulegało wątpliwości, że bez jej pośredniego udziału działalności Rolskiego jako naczelnego dobrodzieja okolicy prawdopodobnie w ogóle by nie było.

– Niesamowite jest zwłaszcza to, że wybrał właśnie nas – dodała z entuzjazmem Emilia. – Wśród tych firm, które podpisały z nim umowę, tylko my jesteśmy całkowicie na rozruchu, reszta to doświadczeni biznesmeni. A jednak zaufał nam i dał nam szansę.

– Aha – zgodziła się Beata. – Co prawda styl, w jakim nas wszystkich rekrutował, był trochę dziwaczny… pamiętasz moje wątpliwości, nie, Iza? – zerknęła na Izę, która wciąż z tym samym leciutkim uśmiechem pokiwała głową. – Ale potem okazało się, że wcale nie byłyśmy w tym same, wszyscy pozostali mieli te same obawy. Dlatego spotkaliśmy się i długo o tym dyskutowaliśmy, potem Rolskiego prześwietlało kilka osób, w tym jakiś znajomy Giziaka z Lublina, i ostatecznie nic na niego nie znaleźli.

„Nie znaleźli” – przyznała w duchu Iza, wspominając samozadowolenie Krawczyka z udanej operacji i wyprowadzenia w pole wszystkich prześwietlających sprawę, w tym nawet tak doświadczonego szpiega jak Pablo. – „I lepiej, żebyście na razie nie wiedziały, że jednak dałoby się coś znaleźć.”

– Ja nadal nie rozumiem do końca jego pobudek – podjęła Emilia. – Jak by na to nie spojrzeć, podejmuje duże i z jego punktu widzenia niepotrzebne ryzyko, ale skoro chce je podjąć, a my jesteśmy beneficjentami, to przecież nie będziemy z tym dyskutować. Zastanawialiśmy się nad tym wspólnie całą koalicją i jedyny wniosek, do jakiego doszliśmy, jest taki, że to po prostu filantropijny kaprys bogacza.

– Albo jakaś pokuta za grzechy z przeszłości – dodała Beata. – Ewentualnie misja. Coś w rodzaju rozdawania majątku biednym, tyle że Rolski nie rozdaje, a pomaga inwestować.

– Niegłupie! – przyznała słuchająca z zaciekawieniem Agnieszka. – Taki, jak by to nazwać… Robin Hood biznesu!

Roześmiały się wszystkie cztery.

„Muszę powtórzyć to kiedyś panu Sebastianowi” – pomyślała z rozbawieniem Iza. – „Niech wie, że w opinii podlaskich beneficjentów został Robin Hoodem biznesu, co prawda pod nazwiskiem Rolskiego, ale to mu raczej nie przeszkadza, wręcz przeciwnie!”

– A tak serio, to naprawdę jesteśmy mu wdzięczne – zaznaczyła Beata. – Nawet myślałyśmy, żeby zaprosić go kiedyś do nas na kolację, zobaczyć się osobiście, pogadać, jakoś wyrazić wdzięczność… nie, Emi? Ale on niestety jest nieosiągalny.

– No – przyznała Emilia. – Wszystko załatwia przez tego swojego pełnomocnika Kowala, nie ma szans się do niego dostać. Podobno to nie ze złej woli, tylko dlatego, że ma problemy ze zdrowiem, a w takiej sytuacji to cóż… nawet nie miałybyśmy sumienia go męczyć. Tak czy inaczej jesteśmy mu bardzo wdzięczne, z tym dofinansowaniem to jest dla nas zupełnie inny start na rynku.

– A w ogóle to jak wam się działa? – zapytała Iza, by zmienić już ten bądź co bądź niezbyt wygodny dla niej temat. – Jest klientela?

– Powoli budujemy bazę – odparła zachowawczo Beata. – Na razie zgłaszają się do nas głównie ludzie z okolicy, nie jest ich bardzo dużo, ale co tydzień o parę osób więcej. Myślę, że jak ruszymy z reklamą, to już pójdzie z kopyta.

– No właśnie, co z tą reklamą? – zdziwiła się Iza. – Nigdzie nie widać żadnych waszych banerów, ani w Radzyniu, ani w Małowoli… Jakby Aga nie powiedziała mi, że w styczniu już ruszyłyście, to nawet tego bym nie wiedziała.

– A ty skąd wiedziałaś, Aga? – zaciekawiła się Beata.

– Od Amelii – odpowiedziała Agnieszka. – Nie mówiła mi, że to jakaś tajemnica.

– Żadna tajemnica, no co ty! Z biznesu robiłybyśmy tajemnicę? Po prostu ciekawi mnie, bo nie puszczałyśmy tego tak daleko w obieg. Od Amelii, no tak, rzeczywiście… mówiłyśmy o tym ludziom z koalicji, miejscowi z Suchej też wiedzą, ale na zewnątrz na razie się nie reklamujemy.

– No właśnie, dlaczego? – dziwiła się dalej Iza.

– Dajemy sobie czas na rozkręcenie się – wyjaśniła jej Emilia, dopijając wodę i odstawiając szklankę na blat. – Zaczęłyśmy, bo był już na to czas, ale musimy jeszcze dograć w marszu milion różnych spraw, takich, których nie da się ogarnąć inaczej niż przez doświadczenie. Chcemy też poczekać na ten zamówiony sprzęt… no i nadal zbieramy kadrę – tu spojrzała znacząco na przyjaciółkę. – A to wcale nie jest takie proste z Beti jako rekruterką.

– Dlaczego? – zapytała Agnieszka.

– A bo wydziwia jak diabli – wzruszyła ramionami Emilia. – Już dwie osoby spławiła, bo jej nie pasowały, a przecież same wszystkiego nie zrobimy, musimy mieć ręce do pracy.

– Musimy, ale nie byle kogo – zaznaczyła stanowczo Beata. – Tych dwoje, których, jak mówisz, spławiłam, nie nadawało się do naszego profilu, zresztą i jedno, i drugie od pierwszej minuty mnie wkurzało, ona bez żadnych kwalifikacji, za to roszczeniowa za dwunastu, a on hop do przodu, wielki znawca wszystkiego, co po pięciu minutach rozmowy zaczął mnie pouczać. Nie ma mowy – pokręciła głową, twardym gestem kładąc rozprostowaną dłoń na blacie. – Ja takich ludzi nie chcę mieć z zespole i koniec.

– Masz rację – poparła ją Iza. – Wiadomo, że kiedy trzeba rąk do pracy, nie można za bardzo wydziwiać, ale są granice, a kiedy przyjmie się niewłaściwą osobę, potem więcej z tego kłopotów niż pożytku.

– Dlatego ja się nie burzę, zostawiam to Beti – zapewniła ją Emilia. – Ona umie wyczuwać ludzi, tyle tylko, że trzeba nam będzie coraz więcej pracowników, w tym fizycznych, a w ich przypadku naprawdę nie ma co przebierać. Najważniejsze, żeby facet miał trochę pary w mięśniach, to przy dużych zwierzętach konieczne, żadna z nas sama nie da sobie rady.

– Tak, tylko że i z tym jest problem – zauważyła Beata, pochmurniejąc. – Para w mięśniach plus trochę oleju pod sufitem to zestaw coraz rzadziej spotykany, a w naszej okolicy jak dotąd nie spotkany ani razu. Przynajmniej wśród tych, którzy rozważali pracę u nas.

Iza zerknęła na nią spod oka, mimo woli zastanawiając się, jak bardzo się myliła, niepotrzebnie opowiadając Tomowi o grudniowej „hipotezie”, i na ile źle zrobiła, podając mu numer telefonu do Beaty. Bo że zrobiła źle, to już było niemal oczywiste.

„Tom powinien dalej męczyć się z Darią, aż nauczy się czegoś na własnych błędach” – pomyślała z przekąsem, przyglądając się spokojnej twarzy Beaty, na której dziś wieczór co chwila odbijał się zawodowy entuzjazm. – „A Beti ma własne życie tutaj, do Lublina pewnie będzie zaglądać coraz rzadziej, z czasem nawet wcale, taka kolej rzeczy. Co prawda, jak to ujął Zbyszek, sto kilosów to żaden problem, kiedy ma się samochód, ale to się tylko tak mówi, odrębność światów mimo wszystko robi swoje. Niepotrzebnie dałam Tomkowi ten numer… a z drugiej strony może wcale nie zrobił z niego użytku? Beti już by pewnie o tym wspomniała, więc podejrzewam, że bał się zadzwonić. No i dobrze!”

– A dużo macie ludzi na ten moment? – zapytała Agnieszka.

– Na razie czworo – odparła rzeczowo Beata. – Ale w tym jedna dziewczyna od ogarniania papierów, bo my nie mamy na to czasu, więc do pracy ze zwierzętami, łącznie z nami dwiema, jest nas pięcioro. Póki co dajemy sobie radę bez problemu, ale gdyby sypnęło się więcej zleceń, mogłoby być ciężko, dlatego na razie wstrzymujemy się z reklamą.

– Ja cały czas pamiętam, że obiecałam ci reklamę w Korytkowie – przypomniała Iza. – Mam to na uwadze, tylko nie zaczynałam, bo nie wiedziałam, kiedy w końcu ruszycie i czy faktycznie będziecie tego potrzebować.

– Na razie nie zaczynaj – zastrzegła Emilia. – Ale jak już będziemy gotowe, osprzętowane i z zebraną, sprawdzoną załogą, będziemy cię bardzo o to prosić.

– Ja też mogę pomóc – zgłosiła się Agnieszka. – W Korytkowie, ale też w Małowoli, mój Piotrek może rozpropagować wśród sąsiadów, a jak raz taka informacja chwyci, to już idzie jak domino.

– Super – skinęła z satysfakcją głową Beata. – Dzięki za chęć pomocy, dziewczyny, damy wam znać, jak tylko interes trochę bardziej się rozkręci. Na razie jeszcze wszystko jest w rozwałce, bo musimy przecież skończyć studia – spojrzała znacząco na Emilię. – Póki co pomaga nam kolega z Lublina, w klinice musi być pełnoprawny lekarz weterynarii ze stażem, więc to on figuruje w dokumentach rozruchowych, my jesteśmy tam tylko jako właścicielki. Ale jak najszybciej chciałybyśmy przejąć też pełne stery merytoryczne, a do tego niestety potrzeba tych dyplomów.

– A właśnie, studia – podchwyciła Iza, przypominając sobie zeszłotygodniowego smsa od Klaudii. – Często teraz bywacie w Lublinie?

– Teraz skrajnie rzadko, mamy pasmo na praktyki – odparła Emilia. – Ja bywam trochę częściej, bo jeżdżę z Jackiem, ale i tak ostatnio byłam bodaj… ja wiem? Jakoś w połowie stycznia. A Beti ostatnio to chyba w tamtym roku, nie, Beti?

– Mhm – przyznała Beata. – Ale w marcu będę musiała zajrzeć, pokazać się na dwóch czy trzech wykładach, żeby potem nie było problemu z zaliczeniem.

„Czyli to nie Emi szukała mnie w piątek w pracy” – skonstatowała w myśli Iza. – „Tamta elegancka szatynka, o której mówiła Klaudia, to musiał być ktoś inny… w sumie nawet nieważne kto, byle tylko nie Sylwia od Krawczyka.”

Wzdrygnęła się, wyobrażając sobie narzeczoną Krawczyka idącą przez salę Anabelli jak kiedyś Ewelina… brr! Mimo to miała nadzieję, że to jednak nie była ona i że to tylko głupia hipoteza, która uczepiła jej się zupełnie bezpodstawnie. Jednak, choć ze sceny wyobraźni szybko wymazała Sylwię, sala Anabelli nadal nie chciała zniknąć sprzed oczu, bezlitośnie przypominając o zdjęciu otrzymanym dwie godziny temu od Lodzi. Te smutne oczy Majka tak jaskrawo kontrastujące z szerokim uśmiechem, w jakim rozciągał twarz… ciche współczucie dla niego, a z drugiej strony skrywana ulga, że tamtej dziś nie było na spotkaniu przyjacielskiej paczki… Jego dobro i szczęście kontra jej własne serce. Czy już do końca życia będzie musiała trwać rozdarta między tak skrajnymi emocjami?

– Dobra, koniec, dziewczyny! – zadecydowała stanowczo Beata, podnosząc się z krzesła i z daleka dając znak kelnerce, by przyniosła rachunek. – Śnieg już nie pada, nie ma na co czekać. Płacimy, zbieramy się i jedziemy do Suchej na dalszy ciąg imprezy!

***

Budynek, a raczej niewielki kompleks budynków nowo otwartej kliniki weterynaryjnej w Suchej Woli robił imponujące wrażenie. Choć Iza widziała go już w lecie, kiedy jeszcze trwała budowa i wykańczanie lokali, teraz była równie pozytywnie zaskoczona jak Agnieszka, która była tu po raz pierwszy. Szczególną uwagę zwracały profesjonalnie wyposażone wnętrza, które zwiedziły po kolei, oglądając je w silnym sztucznym świetle zapewniającym możliwość pracy bez przeszkód nawet w środku nocy.

– Zwierzęta są jak ludzie, u nich też zdarzają się nagłe wypadki – tłumaczyła Emilia, kiedy obie z Beatą z dumą oprowadzały je po kolejnych pomieszczeniach. – Na razie działamy tylko w dzień, ale z czasem planujemy zrobić dyżur dwadzieścia cztery na dobę, z rozeznania rynku i doświadczenia z praktyk wiemy, że jest taka potrzeba.

Uroczysta kolacja, wydana na cześć Izy i Agnieszki w pachnącym nowością biurze kliniki, ukoronowała miło spędzony wieczór, w trakcie którego dziewczyny poruszyły i wyczerpująco omówiły chyba wszystkie możliwe tematy. Jednak śnieg znów zaczynał delikatnie prószyć, dlatego w okolicach dwudziestej pierwszej Iza dała stanowczy znak do odwrotu, a Agnieszka bez wahania ją w tym poparła.

– Ty się zbieraj, Aga, a ja skoczę jeszcze na chwilę do łazienki – oznajmiła Iza, kiedy wszystkie cztery wyszły do ogólnego holu kliniki. – Możecie poczekać na mnie na zewnątrz.

W łazience, kiedy już umyła i wysuszyła ręce, sięgnęła po telefon i jeszcze raz na spokojnie otworzyła smsy od Lodzi.

„Nawet z nikim tańczyć nie chce” – odczytała ostatnie zdanie drugiej wiadomości, po czym znów zerknęła na zdjęcie, z którego spośród roześmianego grona przyjaciół patrzyły na nią przepełnione znajomą melancholią oczy Majka. – „Czyżby znowu zrobił rezerwację sentymentalną? Jeśli tak, to na pewno mi o tym powie, przecież w tej kwestii mówi mi wszystko, albo prawie wszystko. Prawie. No właśnie. Prawie robi wielką różnicę… ale może to i lepiej?”

Z westchnieniem wygasiła telefon, schowała go do torebki i wyszła z łazienki. Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi, zza rogu ściany wyjrzała Beata, która wyglądała, jakby celowo tu na nią czekała.

– Iza? – zagadnęła ściszonym głosem. – Mogę z tobą zamienić dwa słowa?

– Jasne – odparła ciepło, zatrzymując się.

– Aga poszła jeszcze z Emi na górę, żeby obejrzeć, jak są zamontowane rolety na świetlikach, to pomyślałam, że skorzystam z okazji, kiedy wreszcie będę z tobą sama. Nie ma czasu, śpieszycie się, więc od razu przejdę do rzeczy. Chodzi mi o Tomka, tego od was z knajpy.

– No? – Iza spojrzała na nią uważnie.

„A jednak!” – mignęło jej w głowie.

– Powiedz, co u niego? – twarz Beaty nie wyrażała żadnych szczególnych emocji, ale w jej głosie czuć było napięcie. – Wszystko okej?

– Tak, myślę, że tak – odparła ostrożnie. – Po staremu.

– Aha… pytam, bo wysłał mi smsa – wyjaśniła, nonszalanckim gestem odrzucając włosy na plecy. – Tak przynajmniej myślę, że to on. Podpisał się Tom Korc.

– Tak, on – potwierdziła Iza.

– Nie znałam jego nazwiska, samo imię, a w tym smsie napisał mi tylko parę słów, co słychać i podpis, dlatego nie wiedziałam, czy to on, czy nie on. Ale znam tylko jednego Tomka, na którego mówią Tom, więc domyśliłam się, chociaż i tak nie miałam pewności. Zastanawiałam się, skąd miałby mój numer telefonu, i pomyślałam, że cię zapytam, bo jedyna opcja, jaka wchodzi w grę, to taka, że ty mu go dałaś.

– Tak – przyznała się bez wahania Iza. – Prosił mnie, więc mu dałam… Źle zrobiłam?

– Nie, dlaczego źle? – wzruszyła ramionami Beata. – Tak tylko pytam, bo trochę mnie to zdziwiło. I zależało mi, żeby wiedzieć na pewno, nie lubię sytuacji, kiedy nie wiem, z kim piszę albo rozmawiam.

– Mogłaś sama go o to dopytać – zauważyła Iza. – Nie odpisałaś mu?

– Nie. Uznałam, że nie będę się odzywać, dopóki nie będę wiedzieć na bank, kto pisze. Już raz kiedyś wdałam się w głupią korespondencję z typem, którego nie znałam i który potem nie chciał się odczepić. Nieprzyjemna sprawa – skrzywiła się. – Musiałam zmienić numer telefonu, zjadłam kupę nerwów, jedyne, czego sobie gratulowałam, to tego, że nie podałam mu adresu. Nigdy nie wiadomo, na jakiego stalkera albo psychola się trafi.

– No tak – zgodziła się Iza. – Ale teraz już wiesz, że to był Tomek, więc możesz mu odpisać.

– Tak… albo i nie – machnęła ręką. – Dzięki, Iza, tak tylko chciałam zapytać i upewnić się. Miałam do was zajrzeć, jak będę w marcu w Lublinie, ale skoro mówisz, że ciebie nie będzie, bo na miesiąc jedziesz do Belgii, to nie mam po co się do waszej knajpy fatygować… no, chyba żeby Emi z Jackiem chcieli, to ewentualnie pójdę z nimi. Ale bez ciebie to tam już nie ma takiego klimatu, wiesz? – uśmiechnęła się. – Ja zawsze jak idę do Anabelli, mam w głowie myśl, że zobaczę tam ciebie. Po prostu dla mnie Anabella to Iza i myślę, że nie tylko dla mnie.

„Jasne” – pomyślała smutno Iza. – „Ty nie wiesz, co mówisz, Beti.”

– A wracając do Tomka… – dodała z lekkim zawahaniem Beata. – Pewnie nie powinnam o to pytać, bo w sumie co mnie to obchodzi, ale jakoś tak… Nie wiesz, czy on dalej ciągnie tamto? Z tą Darią?

„Aha!” – zmieniła natychmiast tor myśli Iza. – „Mam cię!”

– Niby ciągnie – odparła oględnie. – A właściwie to i tak, i nie.

Beata zerknęła na nią czujnie.

– To znaczy?

– Nie wiem, czy powinnam opowiadać o jego prywatnych sprawach – odparła wymijająco. – Zwłaszcza że sama niewiele o tym wiem, mam tylko trochę własnych obserwacji, a życie już mnie nauczyło, żeby nie dzielić się z nikim przemyśleniami, co do których nie ma się pewności i poparcia w faktach.

– Jasne, Iza! – podchwyciła żywo Beata. – Pytam tylko z czystej ciekawości, bo po pierwsze on opowiadał mi trochę o tym, a po drugie wiesz przecież, że nie przepadam za tą dziewczyną, ani za tymi jej dwiema koleżaneczkami – wydęła wargi. – Tego akurat nie ukrywam i nigdy nie będę ukrywać, nie lubię jej i już, a Tomka po prostu mi żal… No, ale jeśli dalej z nią ciągnie, to chyba sam tego chce i to mu się podoba, nie? Faceci już tacy są, nigdy ich nie odgadniesz – dodała żartobliwie. – Mówią jedno, myślą drugie, robią trzecie, zawsze trzeba brać na to poprawkę. A niby to z kobietami jest jakiś problem.

– Bywa i tak – przyznała Iza. – Ale akurat Tomek to uczciwy chłopak, fakt, że z tą Darią jest niekonsekwentny, ale to dlatego, że zbyt łatwo daje jej sobą manipulować. Mnie też to denerwuje, ale co zrobić? Nie mogę się wtrącać, to jest jego życie.

– Wiadomo – Beata znów wydęła usta i nerwowym gestem odrzuciła na plecy swe bujne blond włosy. – Po prostu i ty, i ja jesteśmy z tych, którzy dobrze mu życzą, a w tej sprawie… w sprawie Darii… chyba jesteśmy zgodne. To co? Powiesz mi, jak to wygląda?

– Skoro cię to ciekawi…

– Ciekawi mnie. W listopadzie długo z nim gadałam, opowiedział mi różne rzeczy, ja jemu trochę swoich też. O Darii i jego wątpliwościach też rozmawialiśmy, więc chociażby dlatego mnie interesuje, a poza tym… Iza? – spojrzała na nią z wahaniem.

– No?

– Powiem ci, jak było naprawdę, ale niech to zostanie między nami, okej?

– Jasne.

– Nie mów ani Adze, ani nikomu, zwłaszcza Tomkowi, dobrze? Nie chcę, żeby wiedział.

– Oczywiście, Beti – zapewniła ją zaciekawiona Iza. – Nic mu nie powiem.

– Tylko nie tutaj, chodź tam – Beata stanowczym gestem pociągnęła ją przez korytarz do jednego z pomieszczeń, w którym stały jakieś nierozpakowane pudła, i zamknęła za sobą drzwi. – Siadaj gdzieś tu, na czymkolwiek, i nie patrz na ten bajzel, to nasz tymczasowy magazynek. Dziewczyny chyba też zagadały się na górze, jak będą nas szukać, to się zgłosimy, ale póki mamy czas, korzystajmy. Muszę z tobą pogadać poważnie, a nie ślizgać się bez sensu po temacie, zwłaszcza że nie wiem, kiedy znowu się zobaczymy.

Iza posłusznie zajęła miejsce na jednej z wielkich paczek, zaś Beata opadła na drugą naprzeciw niej.

– Będę z tobą szczera – podjęła konspiracyjnym półgłosem, pochylając się w jej stronę. – I opowiem ci to tylko raz, nigdy więcej już do tego nie wracajmy, dobrze?

– Dobrze – pokiwała głową.

– Wiesz, co myślę o Tomku, prawda? Wiesz, jak go lubię i podziwiam, jak mi imponuje tymi swoimi mięśniami Herkulesa, ale i dobrym serduchem, które czuje się w nim od razu, wystarczy zamienić dwa słowa. Mówiłam ci to już nieraz, chyba nie muszę powtarzać?

– Nie musisz – uśmiechnęła się Iza. – Pamiętam twoje peany na jego cześć, a zwłaszcza to, jak mówiłaś, że chciałabyś go sklonować i dołączyć do swojego zespołu tutaj.

– Właśnie – odwzajemniła jej uśmiech Beata. – Tak mówiłam, chociaż klonowanie to wcale nie jest dobry pomysł, bo wtedy byłoby ich dwóch, a Tomek jest jedyny w swoim rodzaju i taki powinien zostać. Nie chciałabym klona tutaj, wiedząc, że oryginał został w Lublinie i żyje swoim życiem – skrzywiła się. – Skoro nie mogę mieć wszystkiego, to już wolę nie mieć nic.

– Wszystkiego? W sensie zatrudnienia w klinice?

– Też, ale nie tylko. Widzisz, miałam przez moment takie marzenie… przez moment, czyli przez kilka tygodni, chociaż tak nieśmiało to już wcześniej mi się to marzyło, nie powiem. Ale zwłaszcza od tego waszego Dnia Francuskiego w listopadzie aż do… no, po prostu przez kilka tygodni – machnęła ręką. – Wcześniej za nic w świecie nie powiedziałabym tego nikomu, tobie też nie, ale dzisiaj, kiedy wiem, że z tego nigdy nic nie będzie, powiem ci. Zresztą i tak na pewno się domyślasz, powiedziałam już wystarczająco dużo. Hmm? – spojrzała na nią z uważnym, nieco zaczepnym uśmiechem. – Wiesz, co sobie wyobrażałam, prawda?

– Chyba wiem – pokiwała głową Iza. – Że weźmiesz, jak to ujęłaś, wszystko.

– Dokładnie tak – parsknęła śmiechem Beata. – Głupia byłam, co? Teraz już mi przeszło, sama się z tego śmieję i pukam po głowie, ale wtedy to było jak amok. Przyjemny amok, wiadomo, chociaż niebezpieczny, na szczęście pod tym względem zawsze miałam mocne hamulce i mam je do teraz, straciłam je ostatnio tylko trochę, na tych kilka tygodni. Po prostu zakochałam się – rozłożyła ręce w geście bezradności. – Czy raczej zauroczyłam, bo dla mnie to nie jest to samo – zaznaczyła, strzepując z rękawa bluzki jakiś paproch. – Zauroczenia mają to do siebie, że działają jak wódka, szybko się ją pije, szybko zaszumi w głowie, na chwilę urwie się film, potem trochę pocierpi się na kacu i koniec, aż do następnego. Tyle że u mnie następnego tak szybko nie będzie – zaznaczyła stanowczo. – Dostałam nauczkę i zapamiętam ją sobie, zresztą teraz nawet nie mam czasu na takie zabawy.

– Zakochałaś się w Tomku? – upewniła się Iza.

– Zauroczyłam – poprawiła ją Beata. – Mówię ci, że to nie to samo, chociaż w momencie, kiedy to się dzieje, wydaje się człowiekowi, że na jedno wychodzi. Ale jednak nie. Zauroczenie ma o wiele krótszy lont, szybko się odpala, ale potem też szybko wypala.

Iza pokiwała głową, przyglądając jej się z uwagą. Choć po cichu domyślała się skłonności, jaką Beata żywiła względem Toma, ba, domyślały się jej nawet koleżanki z ekipy Anabelli, tak bezpośrednie postawienie sprawy mimo wszystko ją zaskoczyło. A z drugiej strony… Ni stąd, ni zowąd przypomniały jej się słowa Amelii sprzed kilku dni.

Ja nie wiem, jak ona to robi, ale jej faktycznie wszyscy wszystko mówią!

A potem słowa Agnieszki.

Nie wiem, co ty masz takiego w sobie, ale kiedy się z tobą rozmawia, to nagle wszystko wyłazi z człowieka na wierzch i układa się w logiczną całość.

Zdecydowanie, coś w tym było, przecież i Majk nieraz powtarzał jej to samo, a w ostatnich dniach, po Zbyszku, Zosi i Agnieszce, Beata była już czwartą osobą, która sama z siebie, całkowicie spontanicznie i z własnej woli zwierzała jej się z takich spraw. Czy to samo w sobie nie było znaczące?

– W każdym razie nie ukrywam, że poniosło mnie – ciągnęła w zamyśleniu Beata. – Oczywiście tylko w wyobraźni, czego dzisiaj serdecznie sobie gratuluję, bo przynajmniej nie zrobiłam z siebie idiotki. Jak wiesz, Tomek zawsze mi się podobał, a jak już rozmawiam z tobą tak szczerze, to przyznam ci się, że jeszcze nigdy żaden facet nie podobał mi się do tego stopnia, i nie wiem, czy kiedykolwiek spotkam innego, który spodoba mi się choć w połowie tak jak on.

– Aż tak? – szepnęła Iza, ze ściśniętym sercem wspominając rozmowę z Tomem i mieniące się na jego twarzy emocje.

– Aha. Naprawdę. Zawsze miałam słabość do takich mięśniaków, faceci typu chuchro mnie nie interesują. Problem tylko w tym, że najczęściej, jak już koleś wygląda jak facet, wzrost, mięśnie, siła i tak dalej, to pod czaszką sieczka albo wiatr hulający między uszami. A do tego jeszcze charakter, bo niestety, jak facet jest bardzo silny, to często też nieobliczalny, a ja się takich boję… jak każda normalna kobieta, nie? – wzruszyła ramionami. – Nigdy w życiu nie wpakuję się w typa, który będzie mi się podobał fizycznie, ale z charakteru będzie taki, że z czasem, jak pierwsze uczucia puszczą, urządzi mi w domu jesień średniowiecza. Na to sobie nie pozwolę, a jak dotąd, oprócz Tomka, nie spotkałam nikogo, komu mogłabym zaufać. Bo wiem, że jemu bym mogła – zaznaczyła. – To jedyny facet w moim typie… i to bardzo w moim, aż do bólu… który ma też to wszystko inne, na czym mi zależy, olej w głowie, dobre serce, no i charakter, właśnie taki, jaki mi się zawsze marzył u mężczyzny.

– Charakter potulnego baranka, który słuchałby się ciebie we wszystkim i byłby w takim układzie szczęśliwy – podsumowała z uśmiechem Iza.

– Możesz się ze mnie śmiać, ale tak właśnie jest. Wkurzałby mnie facet, który wtrącałby mi się w cokolwiek, ingerował w moje decyzje i próbował mną rządzić, długo bym z takim nie wytrzymała. Idealny dla mnie byłby właśnie ktoś taki jak Tomek, spokojny, ugodowy, potulny, jak to nazwałaś, ale jednocześnie silny w mięśniach, na tyle, żebym w każdej sytuacji czuła się przy nim bezpiecznie. Myślę, że on by właśnie taki był, taki w sam raz dla mnie… dlatego tak bardzo mi się spodobał. Ale cóż – rozłożyła ręce z nieco krzywym uśmiechem. – Trzeba się nauczyć odróżniać marzenia od rzeczywistości. To jak? Powiesz mi, jak się mają sprawy z Darią? Wtedy ja opowiem ci do końca historyjkę o moim zauroczeniu i będę mogła to podsumować, zwłaszcza że mam do ciebie małą prośbę.

– Jaką?

– To na końcu – zastrzegła. – Na razie mów mi o Darii. On nadal z nią jest, prawda?

– Mówiłam już… i tak, i nie – odparła z wahaniem Iza. – A właściwie to niby jest, ale ma coraz poważniejsze wątpliwości, czy dalej to ciągnąć.

– Aha, jasne, czyli nic się nie zmieniło – machnęła pobłażliwie ręką Beata. – Mnie też opowiadał te androny, te swoje niby wątpliwości i obawy, a ja, głupia, przez moment serio w to wierzyłam. Ale to jest tylko takie gadanie. Daria pomiata nim jak śmieciem, a on się zgadza na takie traktowanie, bo ją kocha, serca przecież nie zmienisz. Jak byłam w grudniu w Lublinie, widziałam te jego wątpliwości na własne oczy, gruchali sobie przy stoliku jak dwa gołąbki! I tak będzie już zawsze, chyba że to ona w końcu definitywnie go oleje, ale nie sądzę. To jest toksyczna wariatka, ma przyjemność z tego, że go tak omotała, a on… widocznie to mu się podoba. Jakby się nie podobało, już dawno by z tym skończył.

„Co fakt, to fakt” – przyznała w duchu Iza, na nowo poirytowana niezdecydowaną postawą Toma, która jednak wskazywała na to, że diagnoza Beaty była słuszna. – „Sam jest sobie winien!”

– Więc skoro dalej się zastanawia, czy z tym skończyć, ale nie kończy, to pewnie nie skończy już nigdy – ciągnęła pobłażliwym tonem Beata, znów zamaszystym gestem odrzucając włosy na plecy. – A dla mnie to tym lepiej, woda na mój młyn, nie musisz nawet mówić nic więcej, to potwierdza wszystkie moje przypuszczenia i cieszę się, że już się z tego otrząsnęłam. Jeszcze by mi tylko tego brakowało, żeby teraz, w tak gorącym czasie, zawracać sobie głowę chorymi amorami.

– Czyli to twoje marzenie już zdechło? – zapytała smutno Iza.

– Zdechło na amen – skinęła stanowczo głową Beata. – Teraz tylko jeszcze muszę je pochować, żeby mieć totalny święty spokój. Ten sms od Tomka, jak już wiem, że to on, bo wcześniej nawet nie znałam jego nazwiska… głupia jestem, co?… ten sms mi w tym nie pomaga, ale też nie pozwolę, żeby mi przeszkodził.

– Jednak niepotrzebnie dawałam mu twój numer – westchnęła Iza. – Przepraszam, Beti.

– No co ty, nie przepraszaj, nic złego się nie stało. Poprosił cię, to dałaś, normalne, nie mam do ciebie o to żalu, skąd mogłaś wiedzieć? Między innymi dlatego mówię ci to teraz, żebyś już wiedziała, co i jak, zwłaszcza gdyby zdarzyło ci się znowu rozmawiać z nim o mnie. Na przykład w kontekście tego smsa i numeru telefonu. Chcę, żebyś znała moje stanowisko i pomogła mi to zamknąć raz na zawsze.

– Pomogła?

– Mhm. To jest właśnie ta moja prośba, Iza. Tylko zanim to rozwinę, najpierw dokończę ci moją romantyczną opowieść – skrzywiła się z przekąsem. – Właściwie tu nie ma za wiele do dokończenia, najważniejsze i tak powiedziałam. Po prostu w tamten listopadowy Dzień Francuski, kiedy porozmawialiśmy dłużej i potańczyliśmy z Tomkiem, wydawało mi się, że dogaduję się z nim jak z żadnym innym facetem, a kiedy nosił mnie jak małą dziewczynkę po tym parkiecie i pozorował taniec – prychnęła śmiechem, a Iza mimo woli za nią na wspomnienie niedźwiedziego tańca Toma – czułam się jak… właśnie tak, jak zawsze marzyłam, że będę się czuć, kiedy spotkam mojego, jak to się mówi, księcia z bajki. Bo właśnie taki miał być mój książę… taki wielki, silny jak tur, z mięśniami jak stal ale z charakteru łagodny jak baranek… jak ten Ursus z Quo Vadis, pamiętasz? – spojrzała na nią rozbawiona. – Serio mówię. Ursus zawsze mi się podobał jako postać literacka, kręcił mnie bardziej od tych wszystkich lalusiów w rolach głównych, chociaż nie sądziłam, że tacy faceci istnieją w realu.

– A jednak – uśmiechnęła się Iza.

– A jednak. Tyle że w realu, jak widać na załączonym obrazku, zawsze musi być jakieś ale – zaznaczyła z przekąsem Beata. – Ta Daria… Kiedy opowiadał mi o niej, jak nim manipuluje, a on cierpi przez to, to mi się dosłownie nóż w kieszeni otwierał. Pomyślałam, że szczytem moich marzeń byłoby go od niej uratować, zabrać dla siebie, i to nie tylko jako pracownika do kadry w klinice, ale przede wszystkim jako faceta… mojego mężczyznę – jej twarz, chyba nie do końca świadomie, przybrała wyraz błogiego rozmarzenia. – Zauroczenie, jak pewnie sama wiesz, potrafi działać bardzo szybko, sama byłam w szoku, że w takim tempie się wkręciłam. To było nie do pokonania. Wyobrażałam sobie, że Tomek mógłby być mój, że gdyby tylko mnie pokochał, nieba bym mu przychyliła… Zabrałabym go do Suchej, zadbałabym o niego, a on pomagałby mi w najcięższych pracach fizycznych i byłby przełożonym męskiego zespołu w klinice, robiłby wszystko dokładnie tak, jak bym mu powiedziała, bez żadnych własnych głupich pomysłów. A wieczorami po pracy mogłabym się do niego przytulać… przez cały dzień tylko na to bym czekała! W każdym razie przez tych kilka tygodni nakręciłam się niesamowicie, już widziałam nas razem, prawie doszłam z nim do ołtarza… ech! – znów parsknęła śmiechem. – Miałaś kiedyś coś takiego? Że aż tak cię zaślepiło w tak szalonym tempie?

– W tak szalonym tempie to nie – odparła Iza. – Ale zaślepienie miałam, owszem. Ze wszystkimi objawami odłączenia mózgu.

Roześmiały się obie.

– Żebyś wiedziała, to jest całkowite odłączenie mózgu! – przyznała wesoło Beata. – Jak teraz o tym myślę, to aż ciężko mi w to uwierzyć, ale to naprawdę tak działa. Jakby człowiek był na jakimś haju! Po tym Dniu Francuskim musiałam wracać do Suchej i ogarniać z Emi firmę przed otwarciem, do tego doszła sprawa Rolskiego, więc nawet nie miałam kiedy jeździć do Lublina. Ale obiecałam Tomkowi, że wpadnę tam przed świętami i odwiedzę go w Anabelli, żebyśmy mogli złożyć sobie życzenia na Boże Narodzenie. Ucieszył się tym bardzo, tak mi się przynajmniej wydawało… pożegnaliśmy się tak ciepło… popatrzyliśmy sobie w oczy w taki sposób, że aż mnie w środku prąd poraził… no to nic dziwnego, że nawyobrażałam sobie nie wiadomo czego, nie? – wzruszyła ramionami. – Przez parę tygodni żyłam w totalnym amoku, tęskniłam za nim strasznie i czekałam na to spotkanie, nie wiem czemu, ale zakładałam, że on czuje to samo, to było dla mnie oczywiste. Wyobrażałam sobie, że przyjadę w grudniu, spotkamy się i sprawy potoczą się same, dokładnie tak jak w moich marzeniach.

Skrzywiła się znowu i popukała wymownie palcem w czoło.

– Na tym właśnie polega to głupie zaślepienie – ciągnęła po chwili. – Człowiekowi serio mózg odłącza, pięknie to ujęłaś, Iza. U mnie odłączył się totalnie, a przecież nie mogłam pozwolić sobie na bujanie w obłokach, roboty w Suchej było wtedy tyle, że ledwo z Emi wyrabiałyśmy na zakrętach. Więc przeżywałam coś w rodzaju rozdwojenia jaźni, jedna połowa mnie działała normalnie, harowała, analizowała logicznie sytuację i wszystko ogarniała, a druga fruwała gdzieś w gwiazdach… nie wiem, czy rozumiesz, o czym mówię.

– Rozumiem doskonale – uśmiechnęła się Iza.

– No. To właśnie było coś takiego. Bardzo czekałam na to przedświąteczne spotkanie, niezbyt mi pasowało przyjeżdżać wtedy do Lublina, musiałam ostro się nakombinować, żeby wyrwać się na jeden dzień z kieratu. Ale przyjechałam, a raczej przyfrunęłam jak na skrzydłach… pamiętam, jak schodziłam w dół po tych waszych schodkach, aż mi się w głowie kręciło na myśl, że zaraz go zobaczę… No i zobaczyłam – wydęła pobłażliwie wargi. – Z Darią, jak ją obściskiwał i obcałowywał przy stoliku. Tak był tym zajęty, że nawet mnie nie zauważył.

– Aha, pamiętam – pokiwała głową Iza.

– Pamiętasz? – zdziwiła się Beata. – Ten wieczór, kiedy jadłam u was francuskie danie, a Tomek siedział z Darią i tamtymi dwiema w drugim końcu sali?

– Tak. Zwróciłam na to uwagę, chociaż tylko tak przelotnie, bez głębszej refleksji. Miałam przez moment taką myśl, że mogłaś przyjechać między innymi po to, żeby zobaczyć Tomka, i że to straszny pech, że akurat trafiłaś na Darię, bo ona u nas jednak bardzo rzadko bywa.

– Przyjechałam specjalnie dla niego – podkreśliła Beata. – I jak zobaczyłam go z nią, zwłaszcza jak ją całuje, to w pierwszej chwili mało trupem nie padłam. To był dla mnie zimny prysznic, totalny upadek wszystkiego, co zbudowałam sobie w głowie przez kilka tygodni, jakby od jednego dmuchnięcia wiatru rozwalił się domek z kart. Nie miałam już siły pokazywać mu się, składać życzeń i tak dalej, od pierwszej sekundy wiedziałam, że to bez sensu. Zjadłam więc tylko to wasze danie… pamiętam, że było pyszne, ale już chyba nigdy go nie ruszę, nabawiłam się urazu psychicznego… i wróciłam do domu jak w amoku. Ponad tydzień mi zabrało, zanim się po tym pozbierałam, całe święta miałam w plecy, w sumie dopiero po Nowym Roku to cholerstwo wreszcie względnie odpuściło. Bolało jak diabli – westchnęła – a pracować przecież dalej trzeba było… Więc co? Znowu to rozdwojenie jaźni, z jednej strony praca, działanie, wyzwania, otwarcie kliniki, Rolski i tak dalej, a z drugiej taka totalna dziura w głowie i w sercu. Straszne uczucie, nie chciałabym już nigdy więcej go przeżywać.

„Mhm. Przez kilka tygodni zaznałaś aury księżycowej duszy” – pomyślała z melancholią Iza. – „Cierpienie po utraconych nadziejach i rozwianych złudzeniach daje właśnie taki efekt. Tylko czy ty nie za szybko się poddałaś, Beti?”

– Ale znasz mnie, jestem twarda – uśmiechnęła się z satysfakcją Beata. – Nie należę do tych, co użalają się nad sobą, więc w miarę szybko się pozbierałam, a ten zimny prysznic w grudniu dobrze mi zrobił, skutecznie wytrącił mnie z zaślepienia. Dopiero wtedy uruchomił mi się mózg i zaczęłam myśleć, dotarło do mnie, jaka byłam głupia i naiwna, a przede wszystkim to, że całe te moje plany i marzenia były bez sensu, kompletnie oderwane od rzeczywistości. Przecież on by i tak tu do mnie nie przyjechał, nie? – wzruszyła ramionami. – Mieszka na stałe w Lublinie, tam ma pracę, którą lubi i w której jest wam potrzebny, a ja z kolei jestem i muszę być tutaj, w Suchej. Studia w Lublinie skończy się w międzyczasie, zresztą już dużo nie zostało, teraz priorytetem jest rozkręcanie firmy, a kto się zajmie tym na fula jak nie ja? Nie możemy zostawić w połowie naszego wieloletniego projektu, ani zawieść Rolskiego, który w nas zainwestował, Emi przecież niedługo wyjdzie za Jacka i będą zakładać rodzinę, więc przez najbliższych kilka lat to ja będę musiała wszystko tu ogarniać z zimną krwią. I jestem na to gotowa – podkreśliła, wyprostowując się i stanowczym gestem poprawiając włosy. – Teraz moim celem jest wyłącznie praca, nie ma czasu na sprawy osobiste, na to przyjdzie czas kiedyś tam… może. A może i nie, wszystko mi jedno.

Iza pokiwała głową, przyglądając jej się spod oka.

– Tak czy inaczej odpuściłam sobie z amorami – podsumowała spokojnym tonem Beata. – I tak jest dobrze, przynajmniej czuję, że znowu mam kontrolę nad własnym życiem, a co do Tomka, to zachowam o nim jak najlepsze wspomnienie i zawsze będę go lubić. To przecież nie jego wina, że wybrał inaczej, zwłaszcza że dla mnie to się obróciło w dobrą stronę.

– No… jeśli chodzi o niego, to trudno powiedzieć, że cokolwiek wybierał – sprostowała ostrożnie Iza. – Chyba nawet nie wiedział, że ma jakiś wybór.

Beata zerknęła na nią uważnie i wzruszyła ramionami.

– Trudno – odparła lekko. – Może i nie wiedział, ale to w sumie dobrze, na jedno wychodzi. Prawda jest taka, że gdyby coś miało z tego być, gdyby wtedy, w grudniu, pomyślał o mnie, gdyby zatęsknił tak, jak ja tęskniłam za nim, poprosiłby cię o mój numer telefonu dużo wcześniej. Teraz, po dwóch miesiącach, to już jest musztarda po obiedzie… i na całe szczęście – podkreśliła. – Przypomniał sobie o mnie, okej, to miłe z jego strony, ale ja wolę już tego nie rozwijać. Bo po co? I tak nic z tego nie będzie, a skoro nie będzie, to lepiej zamknąć te drzwi i więcej ich nie otwierać.

Iza patrzyła na nią bez przekonania, odnosząc ulotne i dogłębnie przykre wrażenie, jakby coś ważnego i pięknego umykało jej spod palców, ewaporowało się, nim zdążyła nie tylko to uchwycić, ale nawet ogarnąć wzrokiem.

„Właściwy moment” – mignęło jej w głowie. – „Oni go mieli, ale nie skorzystali z niego, rozminęli się… Tylko dlaczego ich czas był taki krótki?”

– I w tym właśnie miejscu mam do ciebie prośbę, Iza – mówiła dalej swobodnym tonem Beata. – Chcę cię prosić, żebyś pomogła mi to zakończyć, ale w taki sposób, żeby, jak to się mówi, wilk był syty i owca cała.

– To znaczy? – zapytała podejrzliwie Iza.

– Wtajemniczyłam cię w tę moją uczuciową przygodę nie po to, żeby się wyżalić – zaznaczyła Beata. – No dobra, może to trochę też… nie tyle wyżalić się, co po prostu wygadać, powiedzieć o tym komukolwiek, a wiem, że ty zrozumiesz mnie w tym względzie lepiej niż na przykład Emi. Ale chodzi też o to, że ty masz dobry kontakt z Tomkiem, wiem, że on mówi ci o swoich problemach, zwierzał ci się też w sprawie Darii, więc ze wszystkich moich znajomych to ty wiesz o nim najwięcej. Zresztą to ciebie poprosił o numer do mnie, więc jeśli chciałby dowiedzieć się czegoś na mój temat, to na pewno zwróci się do ciebie.

– Pewnie tak – zgodziła się. – I co mam wtedy zrobić?

– Właśnie o tym chcę z tobą pogadać. Od paru dni, odkąd Emi powiedziała mi, że jesteś w Korytkowie i że planujemy się spotkać, męczyła mnie myśl, czy nie zahaczyć cię jakoś w kontekście smsa od Tomka. Wahałam się, ale, jak widzisz, zdecydowałam się, bo z jednej strony zależy mi, żeby na bieżąco wiedzieć, co u niego, a z drugiej nie chciałabym, żebyś ty interpretowała to w niewłaściwy sposób.

– Nie rozumiem.

– Chodzi o to, że… jak ci to wyjaśnić? – zastanowiła się. – Z jednej strony chciałabym definitywnie zakończyć to we własnej głowie i w sercu, więc wolę nie mieć z nim bezpośredniego kontaktu, tak będzie dla mnie zdrowiej i bezpieczniej. Dlatego raczej nie odpowiem mu na tego smsa i teraz tak sobie myślę, że do Anabelli też za szybko nie zajrzę, na pewno nie w najbliższych miesiącach, zwłaszcza że ciebie w marcu tam nie będzie. A z drugiej strony chciałabym zachować taką mikro namiastkę kontaktu… w takim sensie, że od czasu do czasu będę mogła cię o niego podpytać i nie będę musiała robić jakichś skomplikowanych podchodów, bo ty będziesz już z góry wiedziała, o co biega. Rozumiesz. Takie podejście czysto sentymentalne, o którym Tomek nie musi i nawet nie powinien wiedzieć.

– W sensie, że mam ci nie robić dywersji? – uśmiechnęła się z przekąsem Iza. – Nie wtrącać się, tylko od czasu do czasu zdawać ci relacje z frontu?

– No, coś w tym stylu – pokiwała głową Beata. – Ale w takim pozytywnym sensie, nie nazwałabym tego nie wtrącaniem się, tylko raczej dyskretnym wsparciem w podtrzymywaniu miłych wspomnień. Chodzi mi o to, żebyś, jak będziesz z nim gadać o mnie, bo niewykluczone, że czasem o mnie zapyta… żebyś nie dawała mu do zrozumienia, że jestem na niego zła albo coś w tym stylu, ani też w drugą stronę, że zależy mi na nim albo że kiedykolwiek zależało. Po prostu żebyś mówiła o mnie całkowicie neutralnie, tak, żebym kiedyś, jak zdecyduję się do was zajrzeć i spotkam go twarzą w twarz, mogła z nim rozmawiać jak ze zwyczajnym znajomym, bez podtekstów. A jednocześnie żebym wiedziała, na jakim on jest etapie w swoim życiu, zwłaszcza jeśli chodzi o Darię. Rozumiesz. Po prostu chcę to wiedzieć, tak tylko dla samej siebie, z sentymentu.

– Chcesz zostawić sobie furtkę? – zapytała ostrożnie Iza. – Taką małą, maleńką furteczkę na przyszłość?

Beata parsknęła śmiechem.

– Można to tak ująć – zgodziła się pobłażliwie. – Tyle że chodzi o czysto przyjacielską furteczkę, Iza. Mówiłam ci już, że wyszłam z tego zauroczenia, ono było bardzo silne i intensywne, ale mam to już za sobą. To nie zmienia faktu, że Tomka lubiłam i podziwiałam od samego początku i tak już zostanie, wcale się tego nie wstydzę. Można powiedzieć, że już zawsze będę miała do niego słabość, tego nie da się wymazać bez śladu, takich Ursusów nie spotyka się na co dzień! – zaśmiała się. – Ale na nic poważniejszego niż przyjacielski sentyment żadnych furtek nie planuję i właśnie zależy mi, żeby to dla ciebie było jasne. Emi by mnie nie zrozumiała, dlatego nie mówiłam jej o tym, ale wiem, że z tobą mogę być szczera, bo ty jak rzadko kto łapiesz takie rzeczy. To co? Możemy się tak umówić?

– Okej – zgodziła się z wahaniem Iza. – Mam tylko nadzieję, że uda mi się to wyważyć tak, jak ty to sobie wyobrażasz, Beti.

– Bez spiny – zapewniła ją spokojnie Beata. – Nie musisz wiele robić, po prostu gdybyś kiedykolwiek gadała z Tomkiem o mnie, miej na względzie to, co ci dzisiaj powiedziałam, zdaję się na twoje wyczucie. Jak podkreślałam na początku, powiedziałam ci to tylko raz i nie chcę więcej do tego wracać, dyskutować o tym ani nic takiego. Niech to po prostu zostanie między nami w zawieszeniu, jako tło, dobrze?

– Dobrze.

– A jakby zdarzyło się coś kluczowego w sprawie Darii, to puść mi małego smsa, okej? – poprosiła, podnosząc się z pudła, na którym siedziała. – Tak tylko… żebym wiedziała.

– Okej – odparła Iza, również podrywając się z miejsca. – Chociaż teraz pewnie nic się nie wydarzy, a ja potem wyjeżdżam do Belgii, więc nie będę na bieżąco.

– Jasne, ale ja mam na myśli nie najbliższe tygodnie, tylko długofalową przyszłość – wyjaśniła Beata, zmierzając ku drzwiom i sięgając do klamki. – Dzięki, Iza. A teraz wracajmy do dziewczyn, pewnie już się niecierpliwą albo nawet nas szukają, a wy z Agą musicie jechać, zanim śnieg nas znowu tu zasypie.

– Właśnie! – przypomniała sobie Iza, wyciągając z kieszeni telefon i zerkając na godzinę. – Ajć, jak późno! Serio, musimy już jechać, przed nami prawie czterdzieści kilometrów!

– Tak wiem i przepraszam, że tak cię zatrzymałam – odparła ze skruchą Beata, otwierając drzwi i wychodząc wraz z nią na korytarz. – Czekaj, zgaszę tylko światło… W każdym razie pamiętaj o mnie, okej? A to, co ci powiedziałam, niech zostanie naprawdę stricte między nami.

– Oczywiście, Beti.

– Dzięki. No i gdzie one są? – zdziwiła się, rozglądając się po pustym holu. – Emi? Emi!

– Tu jesteśmy! – odezwał się z piętra wesoły głos Emilli. – Sorry, dziewczyny, zagadałyśmy się. Już schodzimy!

– Ach, faktycznie, już strasznie późno! – zawołała Agnieszka, zbiegając wraz z nią po schodach. – Ależ ten czas poleciał! Przepraszam, Iza, jedźmy już, przecież jak tak dalej pójdzie, do Korytkowa dojedziemy o północy!

***

„Właściwy moment” – wracała do Izy uporczywa myśl, kiedy jechały już z Agnieszką w stronę Małowoli zaśnieżoną drogą wśród białych połaci pól. – „Tomek w niego nie utrafił, przegapił go, sam o tym nie wiedząc, poniekąd na własne życzenie, chociaż z drugiej strony Beti mogła dać mu trochę większe okienko czasowe na reakcję i wysłać jaśniejsze sygnały. Tylko co by to dało? Skoro dla niej i tak ta sprawa jest bez przyszłości…”

Znów zrobiło jej się smutno, choć obiektywnie patrząc, Beata miała rację, a to, co jej dzisiaj powiedziała, niewątpliwie wynikało z jej długich i głębokich przemyśleń. Owszem – tylko co jej szkodziło dać mu szansę na wybór, a do tego trochę więcej czasu?

„Tomek przecież czuł to samo” – pomyślała z mimowolnym żalem. – „Fakt, że nie umiał tego ogarnąć, dla niego po prostu takie tempo jest za szybkie, poza tym on jest z tych, którzy potrzebują prostego i jednoznacznego przekazu, a nie dyskretnych aluzji. Z drugiej strony z tą Darią to faktycznie spieprzył po całości” – zagryzła z poirytowaniem wargi, wpatrując się uważnie w drogę. – „A do tego miał niesamowitego, wręcz niewyobrażalnego pecha, że Beti przyjechała do Lublina akurat tego dnia i o tej godzinie, kiedy on siedział przy stoliku z Darią i w dodatku się z nią całował. Zbieg okoliczności jak z jakiegoś koszmaru… a może właśnie tak działa klątwa Anabelli?”

Wzdrygnęła się na tę myśl, tknięta nagłym przypomnieniem. Kacper! To przecież dziś wieczorem miał spotkać się na swoją kluczową rozmowę z Kasieńką! Dlaczego o tym zapomniała? Miała przecież trzymać za niego kciuki… Czy to też była sprawka tej nieszczęsnej klątwy? Ciekawe, jak mu poszło, czy udało mu się przekonać Kasię i dostać drugą szansę, a przynajmniej jakąś jej promesę…

Kątem oka zerknęła na Agnieszkę, która od Suchej Woli prawie całkowicie milczała, a teraz wyjęła telefon i – podobnie jak w drodze do Radzynia – świeciła nim w ciemnościach, smsując z kimś, najprawdopodobniej z Piotrkiem. Ona sama żałowała teraz, że zanim ruszyły w drogę, nie sprawdziła jeszcze raz swojego telefonu, który teraz leżał zagrzebany w torebce rzuconej na tylną kanapę audi. A może Kacper właśnie coś napisał? Może chciał z nią pogadać?

„Za dużo tych zadań naraz” – pomyślała z rezygnacją. – „Żadna dobra wróżka, nawet najwytrwalsza, nie wytrzyma takiego dzikiego tempa! Zwłaszcza że sama przecież nie jest cyborgiem, tylko zwykłą kobietą, która też ma swoje problemy…”

Na pamięć wróciła jej poniedziałkowa rozmowa z Majkiem i tamte jego słowa. Słowa, o których sam nie wiedział, jaki sprawiły jej ból.

Oprócz tego, że jesteś dobrą wróżką, jesteś też kobietąnie możesz zapominać, że to w tym obszarze powinnaś się spełniać w pierwszej kolejności

Jasne. Po co w ogóle tak mówił? Powinien raczej myśleć o sobie i o tym, jak wyzwolić się z własnych pułapek i blokad. Dlaczego nie umiał tego zrobić? Dlaczego bał się zaryzykować, choć w innych sprawach nie był przecież tchórzem? Czy i tu działała metodycznie klątwa Anabelli?

Nienawidzę tych klinczów i patów, które ciągle blokują mi życie

Zdało jej się, że słyszy te słowa wypowiedziane jego głosem właśnie teraz, tuż przy jej uchu. A do tego te jego smutne, pełne tęsknoty oczy w szeroko uśmiechniętej twarzy z dzisiejszego zdjęcia, które przysłała jej Lodzia…

„Za dużo naraz” – powtórzyła stanowczo w myśli, pochylając się nad kierownicą w pozycji rajdowca, by lepiej skupić się na drodze. – „Aga i Piotrek, Wera… ten cały Zawisławski… Beti i Tom… Majk… Muszę to przemyśleć na spokojnie i po kolei, punkt po punkcie, ale już nie teraz, tylko w domu. W domu, do którego póki co musimy bezpiecznie wrócić… Jak dobrze, że przynajmniej już ten śnieg nie pada!”

– Dobrze, że przynajmniej już ten śnieg nie pada, nie? – zagadnęła Agnieszka, jakby czytała w jej myślach. – Jak jest czysto w powietrzu, to nawet po ciemku lepiej widać drogę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *