Anabella – Rozdział CCXXIX

Anabella – Rozdział CCXXIX

No to jutro o 18.00 – potwierdziła smsem Emilia. – Na rynku przy pasmanterii.

Iza uśmiechnęła się, wyklepując na klawiaturze ostatnie OK i chowając telefon. Negocjacje z Beatą i Emilią dotyczące spotkania w Radzyniu w gronie poszerzonym o Agnieszkę zakończyły się sukcesem, mimo że do ustalenia dogodnego dla wszystkich terminu trzeba było wziąć pod uwagę wiele różnych czynników, w tym dyspozycyjność samochodu, który Iza chciała na tę okazję pożyczyć od Roberta.

W sklepie panował dziś mniejszy ruch niż wczoraj, jednak i tak obie z Zosią miały pełne ręce roboty. Plotka o Agnieszce i Piotrku huczała już od wczoraj po Korytkowie, w czym, jak z rozbawieniem domyślała się Iza, koronny udział miała Dorota, a skutkiem tego wzmożonego zainteresowania były wizyty sąsiadek, które pod pozorem robienia zakupów przychodziły dyskretnie dopytywać o szczegóły. Większość z nich jako najpewniejsze źródło informacji traktowała Amelię, która pracowała dziś na górze w zastępstwie za Agnieszkę, dlatego od rana po schodach wspinały się kolejne klientki, a popularność stoiska przemysłowego przekraczała wszelkie dotychczasowe statystyki. Pracująca na dole Iza, z którą witano się serdecznie, lecz nie zadawano pytań o Agnieszkę, zapewne traktując ją jako nie do końca wtajemniczonego outsidera, miała przynajmniej pod tym względem spokój i mogła w pełni skupić się na sprawnej obsłudze sprzedaży.

Jedyną osobą, która zatrzymała się dziś dłużej, by z nią porozmawiać, była Marczukowa, ona jednak, wbrew temu, czego można by się spodziewać, nie wypytywała o szczegóły związane z Agnieszką. Owszem, wiedziała już o jej zaręczynach z Piotrkiem ze źródła, czyli od Kmiecikowej, i bardzo się z tego cieszyła, jednak jej uwagę zajmowało dziś zupełnie co innego.

– Czy ty nie wiesz może, Izabelko, gdzie tak ciągle znika ta nasza Weroniczka? – zagadnęła konspiracyjnym półgłosem, korzystając z okazji, że poza nią przy stanowisku Izy nie było nikogo. – Może coś ci mówiła? Bo Amelka mówi, że nic nie wie… Zważ mi jeszcze, dziecinko, pół kilo tych ogórków kiszonych, dobrze? Pół kilo albo nawet sześćdziesiąt deko, ogórkowej dzisiaj Jasiowi nagotuję.

– Nic nie wiem, proszę pani – pokręciła głową Iza, sięgając po wiaderko z ogórkami i ostrożnie otwierając wieko. – Przyjechałam tu w niedzielę i z Weroniką nawet się od tamtej pory nie widziałam, a Mela nic mi o niej nie mówiła. Tyle tylko, że wcześniej miała jakiś kryzys emocjonalny, ale teraz już jest dużo lepiej.

– No właśnie, kryzys! – westchnęła Marczukowa, opierając się ręką o ladę i zerkając za siebie, jakby chciała sprawdzić, czy na pewno nikt nie podsłuchuje. – To jest dobre słowo, Izabelko. Co to się z tą dziewczyną ostatnio porobiło, to święci pańscy! Matylda Andrzejczakowa mi mówiła, to z jej rodziny dziecko, rodzice od miesięcy nad nią tylko ręce załamują, a nic się od niej dowiedzieć nie mogą, bo milczy jak grób. Nic im nie mówi, nic a nic, a że coś się złego z nią dzieje, to przecie gołym okiem widać.

Iza pokiwała grzecznie głową, ważąc w milczeniu ogórki, które następnie zapakowała w podwójny woreczek, żeby nie przemokły.

– A najgorzej ponoć było w grudniu, przed świętami – ciągnęła Marczukowa. – Wtedy to już w ogóle nie do życia była ta dziewczyna, tylko snuła się po kątach, całymi nocami płakała, a schudła na taką szczapę, że aż żal patrzeć było. A do tego to znikanie… o, dziękuję, jak ładnie mi zapakowałaś… i wiesz co, Izabelko? Naważ mi jeszcze trochę tej kapustki kiszonej, widzę, że taką ładną macie… o tak, ze dwie garście, nie więcej… no, tyle wystarczy. O czym to ja?… – zastanowiła się. – A, że ona ciągle wieczorami gdzieś znikała. Po pracy ledwo obiad skubnęła, a potem wychodziła gdzieś i czasem to prawie o północy wracała, a przecież na rano miała do pracy. Ale jak ją matka pytała, gdzie się tak włóczy, to nic, ani słowa.

– Dziwne – przyznała Iza.

– Ano dziwne, dziwne! – podchwyciła żywo sąsiadka. – A już tym bardziej że u nich to nawet nie ma za bardzo gdzie pójść, jak do sklepu, to aż do Małowoli trzeba jechać. Wcześniej, jak jeszcze jesień była i Weroniczka do pracy jeździła na rowerze, to się nikt nie dziwił, że i potem z domu tak wybywa, matka nawet się cieszyła, że tak sobie jeździ, ćwiczy, powietrza zażywa… Ale w zimie to już przecie na rower nie mogła, a to nienormalne, żeby tyle czasu piechotą na spacery chodzić. Po ciemku, w zimnie, czasem to i w śniegu kopnym, i po mrozie… a tam wkoło zresztą tylko pola, no to gdzie tak się godzinami włóczyć? Cukru daj mi jeszcze kilogram, dobrze? I dziesięć jajek. A może dwadzieścia? – zastanowiła się. – Biszkoptu bym napiekła, Jasio tak lubi biszkopt… ale nie, jednak dziesięć – zdecydowała się, na co Iza odłożyła na półkę jedno z dwóch wziętych już stamtąd opakowań. – Przepraszam, Izabelko, że tak wydziwiam, ale już i tak nie wiem, jak ja to wszystko do domu doniosę. Już chyba wystarczy, za ciężko mi będzie, jak coś, to jutro rano po następne wrócę.

– Czyli to wszystko, podliczamy? – upewniła się Iza.

– Tak, kochanie, podliczaj, podliczaj. A co do Weroniczki, to fakt, że w styczniu, Bogu dzięki, trochę się uspokoiła, przestała tak płakać, jeść lepiej zaczęła, a były nawet dni, że po pracy cały wieczór w domu siedziała i nigdzie nie szła. No to, jak mówi Matylda, matka trochę odetchnęła, bo wcześniej już się bała, czy ona w jakieś złe towarzystwo nie popadła… no wiesz, czy się z jakimiś, nie daj Boże, ćpunami nie zadawała – wyjaśniła konspiracyjnym szeptem, pochylając się nad ladą i zerkając kontrolnie na Zosię, która w przeciwległym kącie sklepu obsługiwała kilkoro młodych gości z hotelu Krzemińskich. – Ale chyba nie, bo żadnych śladów po takich rzeczach u niej nie widać, a teraz i z wyglądu już się poprawiła. Tyle że ostatnio znowu znika na całe wieczory – rozłożyła ręce. – A w weekendy to potrafi i na całą noc nie wrócić. Ale chyba z żadnym chłopakiem się nie spotyka – zaznaczyła. – Odkąd tego Marcinka pognała na cztery wiatry, żaden się przy niej nie kręci, więc to chyba musi być coś innego. Tylko co? Matce dalej nic nie mówi, nic a nic, ani słowa! Więc tak sobie pomyślałam, że może jak ty tu jesteś, to tobie coś powiedziała? Czasem obcemu nawet łatwiej niż własnej matce, ale skoro mówisz, że nawet się z nią nie widziałaś…

– Nie, nie widziałam się z nią, proszę pani – powtórzyła grzecznie Iza. – I zresztą nie jestem z nią na takiej stopie zażyłości, żeby zwierzała mi się z czegokolwiek, a już zwłaszcza z takich rzeczy. Pomijając to, że Wera w ogóle nikomu się nie zwierza – zaznaczyła, przyjmując płatność kartą i drukując paragon. – Meli też nic nie powiedziała, jak parę razy próbowała ją podpytać, więc to chyba u niej taki standard. Ale jeśli już ma lepszy humor i lepiej wygląda, to chyba wszystko idzie ku dobremu? – dodała pocieszająco. – Może to po prostu taki mocny kryzys egzystencjalny, kiedy człowiek sam nie wie, co ma dalej ze sobą zrobić? Tak się przecież czasem zdarza.

– Ano tak, ano tak – pokiwała głową Marczukowa. – Oby to się tylko ułożyło, taka z niej śliczna, miła dziewczyna, aż żal było patrzeć, jak taka chodziła zapłakana… No nic, idę, Izabelko – oznajmiła, chowając kartę do torebki i z trudem podnosząc z lady dwie spakowane siatki zakupów. – My tu sobie gadu-gadu, a obiad sam się nie ugotuje. Pewnie jutro znowu przyjdę, to jeszcze sobie porozmawiamy… czy to z tobą, czy z Amelką… no, do widzenia. I Agniesię pozdrów od nas, jakbyś ją widziała.

– Dobrze, proszę pani. Dziękuję i do widzenia.

„Uff!” – odetchnęła z ulgą, zerkając na Zosię, która w tym samym momencie uporała się ze swoimi klientami i również posłała jej znaczące, rozbawione spojrzenie. – „W Korytkowie nawet nie trzeba dopytywać o nowinki, wystarczy stanąć przez pół dnia na kasie w sklepie i o wszystkim można się dowiedzieć bez wysiłku, czy się tego chce, czy nie.”

***

– No dobrze, Zosieńko – zagadnęła Iza, kiedy ruch w sklepie opadł na tyle, że od dobrych kilku minut nie było ani jednego klienta. – Póki mamy spokój, siadajmy sobie na chwilę i mów, o jakich dwóch sprawach chciałaś ze mną porozmawiać.

– Aha – pokiwała rezolutnie głową Zosia, podstawiając jej wyjęty zza regału stołek, a sama zajmując drugi. – Już mówię. Pierwsza rzecz to jest właściwie prośba i to nawet nie moja, ale trochę też, bo obiecałam pośrednictwo.

– Pośrednictwo? – zdziwiła się Iza. – Komu?

– Małgosi Zielińskiej – odparła, zniżając głos i zerkając dla pewności w stronę schodów na piętro, jakby z obawy, że usłyszy ją Amelia. – I na razie chciałabym mówić o tym tylko z tobą.

– Okej – Iza podniosła brwi w jeszcze większym zdziwieniu, takiego tematu bowiem zupełnie się nie spodziewała.

– W sumie to Małgosia prosiła mnie, żeby porozmawiać właśnie z tobą… tak tylko, żeby wyczuć teren, bo z szefową to na razie boi się rozmawiać bezpośrednio. Chodzi o zatrudnienie – wyjaśniła, jeszcze bardziej ściszając głos. – Tu u nas, w sklepie.

– Małgosia Zielińska? U nas w sklepie? – powtórzyła szczerze zaskoczona Iza. – Przecież ona pracuje w hotelu u Krzemińskich.

– No tak, właśnie dlatego to jest taka delikatna sprawa – podjęła z przejęciem Zosia. – Jak wiesz, jej mama bardzo się przyjaźni z Krzemińską, to ona załatwiła jej tę pracę na pokojach i Małgosi nie bardzo wypada powiedzieć jej, że już nie chce tam pracować.

– A nie chce?

– Bardzo nie chce. Mówiła mi w zaufaniu, że nie cierpi tego miejsca i tej roboty, a zwłaszcza Krzemińskich. I starego, i młodego, podobno obaj są tacy sami. Bardzo niemili dla swoich pracowników, wyzyskiwacze… no nie wiem, czy mam ci to wszystko powtarzać – spojrzała na nią niepewnie.

– Nie musisz – machnęła ręką Iza. – Wiem, jacy są Krzemińscy. Ale skoro Małgosia jest protegowaną Krzemińskiej jako córka jej przyjaciółki, to chyba krzywda jej się tam nie dzieje?

– Jej niby nie – zaznaczyła Zosia. – Ale innym bardzo. A przez to Małgosia też źle się tam czuje, mówi, że z każdym miesiącem ta praca robi się dla niej coraz bardziej nie do zniesienia, chociaż nie każdy zrozumiałby powody. Na przykład to, że ma najwyższą pensję z koleżanek. Niby super, ale wcale jej to nie cieszy, wie, że zawdzięcza to protekcji swojej mamy, a nie własnej pracy. Inne pokojówki też wiedzą, kto za nią stoi, i traktują ją jak szpicla od Krzemińskich, a ją to boli, bo ona Krzemińskich nie trawi, a nawet nie może nikomu tego powiedzieć. Mówi, że nieraz była świadkiem, jak źle traktowali jej koleżanki, i nie mogła nic z tym zrobić, żeby nie podpaść mamie i w ogóle nie wywołać jakiejś głupiej burzy, która tylko wszystkim zaszkodzi. Ale ma tego już coraz bardziej dość, nie może znieść tej ciężkiej atmosfery i najchętniej przeniosłaby się gdzieś indziej.

– Kapuję – pokiwała głową Iza. – Ale dlaczego akurat do nas?

– Mówi, że to jest jej największe marzenie – odparła Zosia. – Pracować tutaj, u osób, które nie trzymają z Krzemińskimi, tylko właśnie wręcz przeciwnie, są od nich niezależne. Zwłaszcza że widzi, jak buduje się nasza nowa hala i domyśla się, że tam też będzie potrzeba ludzi. Nieważne do czego, mówi, że mogłaby się dostosować i to nawet za połowę niższą pensję, byle tylko nie pracować u Krzemińskich.

– Ale przecież gdyby przeniosła się do nas, podpadłaby matce – zauważyła Iza.

– Właśnie – przyznała Zosia. – Dlatego na razie nie chce się wyrywać i robi takie bardzo ostrożne rozeznanie sytuacji. Póki co rozmawiała tylko ze mną i prosiła, żebym w jej imieniu poradziła się ciebie, zapytała, czy to w ogóle ma sens, bo jak ty powiesz, że nie, to ona nawet nie będzie próbowała rozmawiać z szefową i rozejrzy się gdzie indziej.

– Rozumiem, tylko dlaczego to ja mam jej udzielać rad? – zdziwiła się Iza. – Przecież mnie tu prawie nie ma, a decydentami w sprawach zatrudnienia są moja siostra i szwagier.

– Tak, ale Małgosia na razie boi się z nimi rozmawiać – wyjaśniła jej cierpliwie Zosia. – Ja też ją zapytałam, dlaczego mam o tym gadać akurat z Izą, a ona mi na to, że właśnie dlatego, że niby jesteś kimś spoza, ale jako siostra szefowej znasz sytuację i będziesz mogła jej doradzić obiektywnie. Poza tym mówiła, że chociaż mało cię zna, to bardzo cię ceni – spojrzała na nią znacząco. – Zwłaszcza za to, że nie dałaś się omotać pewnej osobie… no wiesz.

– Wiem, Michałowi – wzruszyła ramionami. – Zależy, jak na to spojrzeć, bo do czasu niestety, jak wiesz, dawałam mu się omotywać, dopiero niedawno poszłam po rozum do głowy. Czyli Małgosia aż tak nie lubi Michała Krzemińskiego?

– Mówiłam przecież, że nie cierpi obydwu, i Michała, i jego ojca – przypomniała jej Zosia. – A od swojej mamy i od Krzemińskiej wie, że między nim a tobą były poważne plany, ale się skończyły. Słyszała też nieraz, jak one na ciebie najeżdżały – dodała ciszej. – Nie opowiadała, co dokładnie mówiły, ale podobno w słowach nie przebierały, a jej, kiedy tego słuchała, aż się niedobrze robiło. I za to, jak mówi, tym bardziej cię ceni.

– Hmm – mruknęła bez przekonania Iza. – Jesteś pewna, że cię nie wkręca?

Zosia zerknęła na nią zdziwiona.

– Myślisz?

– Nie wiem, Zosieńko – odparła z namysłem. – Nie chcę nikogo bezpodstawnie oskarżać, ale Małgosia jednak jest z domu Zielińska, a Zielińscy i Krzemińscy to… wiadomo, jeden obóz od wielu lat. Oczywiście nie jest wykluczone, że ona jest inna, bo chociaż faktycznie słabo się znamy, na mnie też już kilka razy zrobiła dobre wrażenie – zaznaczyła, wspominając grudniową scenę na drodze, gdzie spotkała przelotnie Małgosię, idąc do Agnieszki. – Ale jednak, biorąc pod uwagę okoliczności, nie tylko ona musi zachowywać ostrożność. My też.

– Rozumiem – pokiwała głową Zosia. – To co mam jej powiedzieć w takim razie?

– Powiedz jej, że chciałabym z nią porozmawiać osobiście – odpowiedziała stanowczo Iza. – Oczywiście rozumiem, że zależy jej na dyskrecji, więc na razie nie będę nic mówić Amelii, a do tego jestem gotowa spotkać się z nią w tajemnicy, w jakimś miejscu, gdzie nikt z Korytkowa nie będzie nas razem widział.

– Dobrze, przekażę jej. Gdzie to by było?

– Nie mam pojęcia, niech ona coś wymyśli. Ale najlepiej nie na dworze, bo teraz zimno i ten śnieg ciągle pada, wolałabym spotkać się z nią gdzieś pod dachem. Może w ogóle nie w Korytkowie, tylko na przykład w jakiejś dyskretnej knajpce w Radzyniu? Albo gdzieś obok? Niech pomyśli, zostawiam jej inicjatywę, ja się dostosuję.

– Okej, dziękuję, Iza. Masz rację, najlepiej będzie, jak pogadasz z nią bezpośrednio, wtedy sama wyczujesz, czy ściemnia, czy nie. Ja się niestety na tym nie znam – skrzywiła swą delikatną buzię. – Jak wiadomo, łatwo mnie oszukać.

Iza zerknęła na nią badawczo.

– Tym bardziej sama z nią pogadam – zapewniła ją spokojnie. – Dobrze wiem, że takie pośrednictwo to psychiczne obciążenie, dlatego skontaktuj mnie z nią tylko dyskretnie, a ja już dalej to pociągnę.

– Dobrze.

– A ta druga sprawa? – zagadnęła od niechcenia, sprawdzając dla pewności przez okno, czy nie zbliża się jakiś klient. – Też dotyczy kogoś innego czy tym razem ciebie?

Zosia zmieszała się i na policzki wypełzł jej delikatny rumieniec.

– Tym razem mnie – odparła cicho. – Tylko aż się boję o tym mówić, bo… nie uwierzysz mi.

– Uwierzę, Zosieńko – zapewniła ją ciepło, poprawiając pozycję na stołku i wyciągając przed siebie nogi, by je rozprostować. – Nie masz się czego bać, ja i tak wiem, o co chodzi.

– Wiesz? – Zosia spojrzała na nią zdziwiona.

Iza pokiwała głową twierdząco ze znaczącym uśmiechem.

– Powiedział ci? – szepnęła cichutko dziewczyna.

– Tak. Powiedział mi wszystko – potwierdziła łagodnie. – A wiesz, co ja powiem tobie? Że jestem z ciebie bardzo dumna.

Zosia spuściła głowę, oblewając się jeszcze silniejszym rumieńcem, i w sklepowej sali na kilka sekund zapadła cisza.

– Zrobiłam tak, jak mówiłaś – odezwała się w końcu, nieco nerwowym ruchem splatając dłonie. – Nie pozwoliłam, żeby dalej mnie oszukiwał i zwodził.

– Słusznie, Zosiu. Zachowałaś się wspaniale, właśnie tak, jak powinnaś się była zachować.

Dziewczyna pokiwała głową, wciąż nie podnosząc na nią wzroku.

– Co dokładnie ci powiedział? – szepnęła.

– Wszystko. To, że był w Korytkowie i widział się z tobą, dlaczego przyjechał, jak to się rozegrało i jak skończyło. Opowiedział mi o tym, bo bał się, że i tak dowiem się od ciebie, więc wolał przyznać się od razu. Wiedział, że będę o to zła.

– Rozmawiałaś z nim o mnie? – zapytała cichutko Zosia.

– Tak, nawet kilka razy – odparła Iza, przyglądając się uważnie jej mieniącej się emocjami twarzy. – Przeprowadziłam z nim poważną rozmowę jeszcze w grudniu, a wcześniej też, kiedy oddawałam mu ten breloczek z koniczynką, pamiętasz?

– Ach… tak, pamiętam.

– No. Poprosiłam go wtedy, żeby więcej nie próbował ci dokuczać, bo gadał o numerze telefonu do ciebie, pytał, czy mu dam. Oczywiście nie dałam – zaznaczyła. – Ale wiadomo, że mógł go zdobyć w inny sposób, więc starałam się z góry temu zapobiec.

– O numerze telefonu? – szepnęła Zosia.

– Mhm. Zaraz po wakacjach wykasował go w swoim telefonie, a potem chciał go odzyskać, żeby, jak to ujął, „coś sprawdzić”. Ale to nie było nic dobrego, Zosiu… Chodziło mu o to, czy jeszcze coś do niego czujesz – wyjaśniła. – A ściślej, chciał wiedzieć, na ile dalej ma cię w swojej mocy, to by go satysfakcjonowało. W każdym razie wkurzało go, kiedy mówiłam, że się leczysz, że jest coraz lepiej i że niedługo śladu nie będzie po tej nieszczęsnej wakacyjnej przygodzie.

– Czy dalej ma mnie w swojej mocy? – głos Zosi zadrżał lekko.

Iza zatrzymała się, tknięta niepokojem. Po sobotniej rozmowie ze Zbyszkiem miała jasną wizję tego, jak powinna rozmawiać z Zosią – po prostu powiedzieć jej prawdę, niczego nie ukrywać. Mimo że nadal zamierzała chronić ją przed lekkomyślnymi zagrywkami Zbyszka, nie chciała już nosić na sumieniu odpowiedzialności za blokowanie kontaktu między nimi, zwłaszcza w świetle wniosków, do jakich doszła ostatnio na temat swojej roli dobrej wróżki. Bo czy przemilczanie kluczowych informacji nie jest rodzajem wtrącania się w prywatne sprawy innych?

Miała przy tym nadzieję, że wakacyjna przygoda z punktu widzenia Zosi rzeczywiście była już zakończona, o czym świadczyło jej godne zachowanie na niespodziewany widok mężczyzny, który pół roku wcześniej potraktował ją jak śmiecia. Teraz już, jak uznała Iza, z resztkami dawnego uczucia, jeśli takie jeszcze zostały, dziewczyna będzie musiała poradzić sobie sama, a nic nie pomoże jej w tym lepiej niż poznanie prawdy o wciąż wyrachowanym i egoistycznym działaniu Zbyszka. Ów co prawda przejawiał post factum pewne przebłyski sensownych przemyśleń, może nawet naprawdę szczerze żałował tego, co zrobił w wakacje, jednak sam przyznawał, że sprawa była już nie do naprawienia, natomiast Zosia, dowiadując się o wszystkim, będzie mogła wyciągnąć z tego kolejną cenną lekcję na przyszłość.

Owszem, jednak czy na pewno już się wyleczyła? Te jej rumieńce, emocje na twarzy, drżący głos… A z drugiej strony czemu się dziwić? Spotkanie ze Zbyszkiem, nawet jeśli przy nim tak wspaniale zachowała zimną krew, musiało ją kosztować mnóstwo nerwów, co najmniej tyle, ile ją samą kosztowała pamiętna rozmowa z Michałem w hotelu Europa. Zerknęła na nią spod oka.

– Tak – odparła ostrożnie. – Liczył na to, że zachowa cię jako wakacyjne trofeum zdobyte dla sportu. Ale to już chyba jest za tobą, co, Zosieńko?

– Tak, oczywiście, już dawno! – zapewniła ją żywo Zosia, podnosząc głowę i patrząc na nią spokojnie swymi błękitnymi oczami. – Tylko chcę zrozumieć… Powiedziałaś, że wiesz, po co on tu przyjechał. Że ci to powiedział. Po co?

– No właśnie po to, żeby cię sprawdzić – odparła uspokojona jej reakcją Iza. – Przekonać się, czy dalej ma cię w swojej mocy, tak tylko… dla połechtania męskiego ego. Ponieważ nie miał numeru telefonu i nie wiedział, skąd go wziąć, po prostu przyjechał, tak zresztą mógł najłatwiej sprawdzić twoją bezpośrednią reakcję. Czy rozpłaczesz się na jego widok, czy okażesz emocje… Sam mi to powiedział prosto w oczy. Dlatego bardzo dobrze zrobiłaś, że nie chciałaś z nim rozmawiać – podkreśliła. – To by mu tylko dało niepotrzebną satysfakcję, a tak może wreszcie naprawdę się odczepi.

Zosia pokiwała powoli głową i zagryzła wargi.

– Tak – odparła cicho. – Ja też się cieszę, że tak zrobiłam. Wszystko poszło zgodnie z planem… dzięki tobie, Iza.

– Zgodnie z planem? – zdziwiła się. – Z jakim planem?

– Z moim – wyjaśniła Zosia, znów podnosząc głowę i spokojnym wzrokiem patrząc jej prosto w oczy. – Bo ja sobie obiecałam, że tak właśnie będzie. Po tym, jak rozmawiałyśmy, wtedy, kiedy oddałam ci dla niego ten breloczek, długo o tym myślałam i postanowiłam, że nigdy więcej nie pozwolę się tak wykorzystać. Byłam pewna, że nie zobaczę go już nigdy, ale milion razy wyobrażałam sobie, jak by to było, gdybym jednak jeszcze kiedyś go spotkała. To mi się nawet nieraz śniło – dodała ciszej, jakby z zawstydzeniem. – Taka scena, kiedy on nagle staje przede mną i chce ze mną rozmawiać, może nawet chce do mnie wrócić… a ja mówię mu twardo nie. To było oczywiście nieprawdopodobne, ale jakoś tak… lubiłam o tym myśleć. To mi pomagało się pozbierać.

– Rozumiem – pokiwała aprobująco głową Iza. – To był twój sposób na leczenie złamanego serca. Taka psychologiczna autoterapia.

– Tak… to mi pomagało. Za każdym razem, kiedy wyobrażałam sobie taką scenę i odpowiadałam mu w niej tak, jak na to zasługiwał, czułam się odrobinę mniej zdeptana, zgnojona… czy ja wiem?… po prostu mniej wykorzystana. Więc powtarzałam to w myślach bardzo często, tak jakbym ćwiczyła to na wszelki wypadek, chociaż wiedziałam, że w realu nigdy się nie zdarzy.

– Ale się zdarzyło – zauważyła Iza. – I dzięki temu byłaś gotowa na właściwą reakcję.

– Zdarzyło się – przyznała w zamyśleniu Zosia. – Do tej pory ledwo mogę w to uwierzyć, czasem budzę się w nocy i zastanawiam się, czy to się stało naprawdę, czy tylko to sobie wyobraziłam. Ale wiem, że stało się. Dokładnie tak, jak sobie wymyśliłam.

– Budzisz się w nocy i myślisz o tym? – zaniepokoiła się na nowo Iza.

– Tak, chociaż teraz już mniej niż tydzień czy dwa temu – odparła spokojnie dziewczyna. – Odkąd on tu przyjechał i moja scena z wyobraźni odegrała się naprawdę, przestałam już sobie ją wyobrażać, to się skończyło jak nożem uciął. Ale w to miejsce weszło tamto… ta prawdziwa scena. Pewnie jeszcze trochę będę musiała się z tym pomęczyć – stwierdziła rzeczowo – ale mam nadzieję, że za jakiś czas przejdzie całkowicie i będę miała z tym spokój raz na zawsze.

– Bardzo mądre podejście, Zosieńko – pochwaliła ją Iza. – Mądre i dojrzałe, najsłuszniejsze z możliwych.

– Dziękuję – uśmiechnęła się nieco smutno Zosia.

– Czyli to, jak zareagowałaś na widok Zbyszka, nie było do końca spontaniczne, tylko w jakimś sensie przećwiczone – podsumowała z satysfakcją. – I dobrze, bo spontanicznie pewnie nie wypadłoby tak przekonująco, a mogę cię zapewnić, że efekt, jaki tym osiągnęłaś, był piorunujący.

– Jak to? – Zosia spojrzała na nią czujnie.

– Chodzi mi o to, że Zbyszek dostał po uszach dokładnie tak, jak zaplanowałaś sobie w wyobraźni – wyjaśniła. – Przyjechał z nastawieniem bojowym, żeby sprawdzić, na ile ma cię w garści, a wyjechał jak zbity pies i sam przyznaje, że nie ma już czego szukać w Korytkowie.

– Jak zbity pies? – szepnęła dziewczyna.

– To tylko taka metafora – stonowała na wszelki wypadek przekaz Iza. – Po prostu oberwało jego męskie ego i dzięki temu, mam nadzieję, dotarło do niego kilka ważnych prawd o życiu. To dobrze, może na drugi raz będzie myślał, zanim zrobi coś głupiego… Ale nie o tym chciałam mówić, Zosieńko. Powiedz mi, tak w szczegółach, jak wyglądała ta scena? Podobno czekał na ciebie w samochodzie na tym rozjeździe koło domu, tak?

Pytanie to miało swój cel – nie tylko chciała w ten sposób zweryfikować, czy Zbyszek powiedział jej prawdę, ale również dokładniej przyjrzeć się Zosi, kiedy będzie o tym opowiadać. W zachowaniu dziewczyny było bowiem coś, co nie dawało jej spokoju i co w dodatku, połączone z niektórymi uwagami i reakcjami Zbyszka z sobotniej rozmowy, powoli zasiewało w jej sercu maleńkie ziarenko wątpliwości. A jeśli?…

– Tak – odpowiedziała rezolutnym, w pełni opanowanym tonem Zosia. – Nie wiedziałam, że ten czerwony samochód to jego, dopiero potem przypomniałam sobie, że jak wychodziłam ze sklepu, to tam stał, a jak tylko wyszłam, ruszył i odjechał. A potem, jak już dochodziłam do domu, zobaczyłam, że to samo auto stoi przy krzakach na krzyżówce, i nawet trochę mnie to zestresowało, bo byłam na drodze sama, a o tej porze było już ciemno.

– Aha. Przestraszył cię, jak stamtąd wysiadł, co?

– Bardzo – przyznała. – Najpierw wystraszyłam się, jak zobaczyłam, że ten ktoś wysiada tuż przede mną, a potem jeszcze bardziej, jak poznałam, że to on. W pierwszej sekundzie myślałam, że duch mi się ukazał… ale zaraz potem przypomniałam sobie, że duch czy nie duch, i tak muszę zachować się, jak należy. Pomyślałam sobie, że potem się nad tym zastanowię, a na razie muszę zrobić wszystko tak, jak sobie wyobrażałam. Nie do końca byłam pewna, że to się dzieje naprawdę, ale działałam tak, jak trzeba było, nawet za bardzo nie myślałam, bo byłam w takim… szoku, amoku, nie wiem, jak to powiedzieć… miałam przed oczami mgłę i aż mi uszy przytykało.

– Wyobrażam sobie – pokiwała głową Iza. – Ale dałaś radę.

– Dałam radę – powtórzyła z satysfakcją Zosia. – I coraz bardziej się z tego cieszę. Z tego, że się nie zatrzymałam, że nie chciałam z nim rozmawiać, powiedziałam mu tylko na koniec, żeby zostawił mnie w spokoju, a tak to w ogóle się nie odzywałam.

– Mówił tylko on?

– Tak, coś tam mówił, tylko że ja niewiele z tego rozumiałam, prawie nic. Tak mi z wrażenia w uszach szumiało, że tylko patrzyłam, żeby iść prosto, bo bałam się, że się przewrócę. Zresztą po co miałam go słuchać? – wzruszyła ramionami. – To już i tak jest skończone.

Głos zadrżał jej leciutko przy ostatnich słowach, ale szybko opanowała emocje.

– Skończone – zgodziła się Iza. – On też ma tego świadomość i obiecał mi, że tym razem naprawdę już odpuści.

– Dziwię się, że w ogóle jeszcze o mnie myślał – zauważyła cicho Zosia. – I że przyjechał do Korytkowa… do tej pory to jest dla mnie szok. Byłam pewna, że już dawno o mnie zapomniał i że nigdy więcej go nie zobaczę.

– Przyjechał, bo chciał sprawdzić, czy dobrze zrobił, że z tobą zerwał – wyjaśniła ostrożnie Iza, w chwili wypowiadania tych słów zastanawiając się, czy dobrze robi, że je wypowiada. – I ostatecznie przekonał się, że tak.

– Sprawdzić, czy dobrze zrobił? – szepnęła Zosia.

– No tak. To było z jego strony bardzo egoistyczne i sam zdaje sobie z tego sprawę, ale z drugiej strony ma też chyba trochę wyrzutów sumienia. Wie, że jesteś wartościową osobą, że nie jesteś taka sama jak te dziewczyny, z którymi zadaje się na co dzień, a chwalił się, że od liceum miał ich już co najmniej czterdzieści, więc porównanie chyba ma dobre.

Zosia zagryzła wargi i skrzywiła się z niesmakiem.

– Sama widzisz, jakie to żałosne – pokiwała głową Iza, której uwadze nie umknęła ta mina. – Ale to tym bardziej działa na twoją korzyść, udowadnia, jak dobrą podjęłaś decyzję. Z takimi łobuzami trzeba krótko. Zresztą Zbyszek przy tej okazji, mam wrażenie, też kilka rzeczy zrozumiał, przynajmniej dotarło do niego, że zachował się skandalicznie, i już nie jest z tego dumny tak jak wcześniej. A to zawsze coś.

– Był z tego dumny? – skrzywiła się znowu dziewczyna.

– Bardzo. Byłaś jego wakacyjnym trofeum, mógł cię dopisać do listy zdobyczy i bardzo go to bawiło. Wybacz, że mówię tak bezpośrednio – dodała, widząc cień na jej twarzy – ale już raz rozmawiałyśmy o tym szczerze i wiesz, jak to wygląda.

– Tak, wiem – zapewniła ją skwapliwie. – Przecież wiem, Iza.

– Natomiast teraz trochę spuścił z tonu – ciągnęła. – Wychodzi na to, że przemyślał sobie parę rzeczy i zrobiło mu się głupio, może na drugi raz puknie się w głowę, zanim odwali podobny numer, i chociaż tyle z tego będzie dobrego. Człowiek z wiekiem podobno mądrzeje, więc nikogo nie można z góry spisywać na straty, chociaż w twojej sytuacji, mam nadzieję, to i tak nic nie zmienia.

– Nic a nic – pokiwała głową.

– Chciał sprawdzić, to sobie sprawdził i ma za swoje, a ty zamknęłaś tę sprawę w pięknym stylu i masz już święty spokój.

– Tak – przyznała Zosia, a błękitne oczy, które swego czasu wypłakały za Zbyszkiem hektolitry łez, błysnęły dumnie. – I przede wszystkim mam poczucie, że chociaż trochę odzyskałam godność.

– Właśnie. To też jest bardzo ważne.

– Dla mnie najważniejsze – zapewniła ją z nagłą energią dziewczyna. – Wiem, że nie cofnę czasu i już nigdy nie naprawię tego, co się stało… tego, że byłam taka głupia i naiwna… że tak łatwo dałam się podejść i wykorzystać… To już się nie odstanie. Ale dostałam nauczkę i już nigdy więcej nie dam się tak oszukać. Nigdy. Przysięgłam to sobie i teraz będę bardzo, ale to bardzo ostrożna.

– I bardzo słusznie – pochwaliła ją Iza. – Chociaż to nie znaczy, że z tego powodu masz się zamykać na innych chłopaków.

Zosia pokręciła stanowczo głową, znów zagryzając wargi.

– Oczywiście teraz jest jeszcze na to za wcześnie – zaznaczyła Iza. – Ale życie toczy się dalej, musisz pamiętać, że to Zbyszek zawiódł twoje zaufanie, nie ktoś inny. Jesteś śliczną dziewczyną i na pewno szybko trafi się ktoś, komu będzie warto dać szansę. Powiedz mi – zagadnęła, mimo woli wspominając poirytowaną minę Zbyszka. – Słyszałam, że kręci się w twojej orbicie ten Grzesio Wilk… to prawda?

– Grzesiek? – Zosia spojrzała na nią jak na wariatkę. – No co ty, Iza! Kto ci tak powiedział? Grzesiek to tylko dzieciak, lubię go i czasem z nim pogadam, ale żeby od razu myśleć, że ja i on… co za bzdura!

Odetchnęła z wyraźnym oburzeniem i niedowierzaniem. Iza uśmiechnęła się, w duchu nieco zdziwiona, że ta odpowiedź sprawia jej satysfakcję, a może nawet coś w rodzaju ulgi.

– Ja sama też niezbyt w to wierzyłam – zapewniła ją ciepło. – Ale wiesz, jak to jest z plotkami w Korytkowie. Nie ma na to rady.

– Od tej strony Korytkowo jest okropne – wydęła z niesmakiem wargi Zosia. – Jak kogoś wezmą na języki, to masakra, poczułam to najlepiej na własnej skórze po tamtym… ale żeby i teraz? I to takie coś? Ja i Grzesiek Wilk? Pff!

– Nie przejmuj się tym, Zosiu – machnęła lekceważąco ręką Iza. – Chyba nie ma tu osoby, która by nigdy nie trafiła na języki korytkowskiej hydry. Ja też to kiedyś przeżyłam, a wszyscy wiemy, jakie ludzie potrafią głupoty opowiadać. Teraz i tak na językach są Agnieszka z Piotrkiem – zauważyła z rozbawieniem. – A za parę dni pewnie znowu coś się zdarzy i plotkary zmienią temat jak jednorazową rękawiczkę. Szkoda na to nerwów.

– Tak, wiem – zgodziła się Zosia. – Ale to jest jednak wkurzające. Nawet z nikim dwa razy spokojnie porozmawiać nie można, bo zaraz się rozsiewają jakieś głupie plotki. Dobrze, że nikt mnie wtedy nie widział… z nim – dodała ciszej. – Bo przez to też bym nie miała życia w tym bagienku.

Iza pokiwała milcząco głową. Miała już na końcu języka informację, że ten komfort Zosia zawdzięczała bezpośrednio Zbyszkowi, który świadomie zadbał o to, by pojawić się w Korytkowie incognito i nie narażać jej na plotki, uznała jednak, że lepiej jej tego nie mówić. Po co niepotrzebnie ocieplać jego wizerunek w jej oczach? Zwłaszcza że miała jej do przekazania jego przeprosiny i wciąż wahała się, czy nie odłożyć tego na inny raz, aż szalejące w duszy dziewczyny emocje opadną całkowicie. A z drugiej strony może lepiej załatwić to od ręki?

– Iza? – zagadnęła Zosia po kilku długich sekundach ciszy.

– Hmm? – ocknęła się.

– Powiesz mi, co on ci o mnie mówił? – zapytała nieśmiało. – Wiem, że pewnie nie powinnam już tego rozgrzebywać, ale chciałabym wiedzieć. Po to, żeby raz a dobrze to zakończyć – zaznaczyła. – Tylko po to.

Iza zawahała się. Powtarzanie Zosi wszystkiego, co po pijaku wygadywał Zbyszek, nie byłoby w tej sytuacji polityczne, jednak przekazanie jej ogólnych linii jego wypowiedzi było nawet wskazane. Zwłaszcza jeśli chodzi o konkluzję.

– Okej – odparła ostrożnie. – Właściwie to nie dopowiedziałam jeszcze najważniejszego. O ile on przyjechał do Korytkowa po to, żeby cię sprawdzić, po twojej reakcji naszły go refleksje, bo, jak to ujął, zaimponowałaś mu. Stanowczością, asertywnością… myślę, że po prostu tym, że nie dałaś mu się omotać po raz drugi. A to, paradoksalnie, wywołało u niego wyrzuty sumienia, które przez te dwa tygodnie między waszym spotkaniem a rozmową ze mną skłoniły go do zastanowienia się nad swoim zachowaniem. Oczywiście dla niego, tak jak dla ciebie, ta sprawa jest definitywnie zakończona – zaznaczyła. – Ale jednak jakiś efekt moralny z tego jest, skoro na koniec poprosił mnie, żebym coś ci od niego przekazała.

Słuchająca jej w milczeniu Zosia podniosła głowę i spojrzała na nią wyczekująco.

– Nie chciałam pośredniczyć – podkreśliła Iza. – Nawet mu tego nie obiecywałam, ale teraz, kiedy widzę, jak mądrze do tego podchodzisz, chyba nie ma przeszkód, żeby ci to powtórzyć. Właściwie to chciał, żeby powiedzieć ci tylko jedno słowo.

– Jakie? – szepnęła dziewczyna.

Przepraszam.

– Ach… – wyprostowała się na stołku i wzdrygnęła lekko.

– Tak. Chce cię przeprosić za to, co odwalił. Sądzę, że chodzi o uspokojenie sumienia i zyskanie poczucia, że sprawa zakończyła się ugodowo.

– Ugodowo? – prychnęła Zosia.

– On tego tak nie ujął, to moje określenie – sprostowała Iza. – Ale nie ma wątpliwości, że o to właśnie mu chodzi. Prosił mnie, żeby przekazać ci od niego przeprosiny, a jeśli to możliwe, uzyskać też informację zwrotną, czyli odpowiedź, czy je przyjmujesz.

– Nie przyjmuję – odpowiedziała spokojnie i jednocześnie dumnie Zosia.

Iza, choć nieco zdziwiona tak szybką i stanowczą odpowiedzią, nie mogła powstrzymać uśmiechu satysfakcji.

– Mam mu tak powiedzieć?

– Jeśli będzie pytał, to powiedz – wzruszyła ramionami. – Nie przyjmuję żadnych przeprosin, niech zostawi mnie w spokoju i tyle. Ja i tak nigdy mu tego nie wybaczę.

Jej delikatna, łagodna buzia na krótką chwilę przybrała chmurny, zacięty wyraz.

– Spokojnie, kiedyś ci przejdzie – zapewniła ją ciepło Iza. – Teraz jeszcze masz do niego wielki żal, ale jak minie trochę czasu i ułożysz sobie wszystko fajnie w życiu, zobojętniejesz na to i nawet zaczniesz szukać w tym dobrych stron. Popatrz na Agnieszkę. Ona przeszła swego czasu przez jeszcze gorsze piekło, a teraz nawet nie myśli o Rafale, wręcz paradoksalnie może być mu wdzięczna, że zrobił, to, co zrobił, bo dzięki temu jest tak szczęśliwa, jak z nim pewnie nie byłaby nigdy.

Twarz Zosi natychmiast się rozjaśniła.

– Tak, to prawda – przyznała. – To mnie podwójnie cieszy, daje taką nadzieję… Ale jemu i tak nie wybaczę – spochmurniała znowu. – Sobie zresztą też, że byłam taka głupia.

– Wybaczysz sobie, Zosieńko. Wiem, co mówię, bo ja też jestem w podobnej sytuacji jak ty, mam za sobą bardzo zbliżone doświadczenia. We mnie też po dawnej głupocie na zawsze zostanie jakaś mała zadra i wstyd, ale to w niczym nie przeszkadza, bo odzywa się tylko wtedy, kiedy się o tym pamięta, a ja nawet już o tym nie myślę. Owszem, czasem, kiedy coś mi się przypomni, czuję taką lekką falę żenady, ale nie skupiam się na tym, traktuję to jako zamkniętą przeszłość. I w twoim przypadku też tak będzie, zobaczysz. Musisz tylko doleczyć się do końca, wygasić emocje, które nadal jeszcze są żywe, wiadomo, że tego nie da się wytłumić w krótkim czasie. Ale jesteś już na bardzo dobrej drodze, a do tego masz fajną pasję, którą będziesz mogła się teraz zająć – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – I jak rozkręcisz biznes, to dopiero się okaże, kto tu rozdaje karty!

Zosia roześmiała się, już całkowicie rozpogodzona.

– E tam, karty! – odparła wesoło. – Mnie by wystarczyło od czasu do czasu kilka zamówień, żeby robić ładne rzeczy dla ludzi… no, coś przy tym zarobić to też, wiadomo… ale przede wszystkim cieszyć się, że im się podoba i że są zadowoleni. To by była dla mnie wielka satysfakcja! Bardzo bym chciała zapisać się też na jakiś porządny kurs krawiectwa, wiesz? – zapaliła się, aż na policzki wybiegł jej leciutki rumieniec. – Coraz więcej o tym myślę, interesują mnie nie tylko tutoriale z Internetu, ale prawdziwy kurs z certyfikatem, tak, żeby poćwiczyć na żywo pod okiem jakichś fachowców. Zwłaszcza szycie na maszynie, ale może są też jakieś inne sprzęty, na przykład do haftowania, wyszywania i tak dalej? Wszystko by mi się przydało, mam tyle pomysłów!

– Cudownie, Zosiu! – zaśmiała się Iza, spontanicznie przechylając się i kładąc jej dłoń na ramieniu. – Z taką pasją na pewno wszystkie powoli zrealizujesz, o to się nie martw. Strasznie się cieszę, że znalazłaś swoją ścieżkę rozwoju, jestem przekonana, że z tego wyjdzie coś fajnego. A co do kursu – spojrzała na nią z zastanowieniem – to pewnie w Radzyniu nie znajdziesz niczego takiego, ale w Lublinie już na pewno. Porozglądaj się po necie, może wyszukasz coś, co będzie ci odpowiadało? W razie czego, jakbyś dojeżdżała na takie zajęcia na przykład raz w tygodniu, zawsze mogę cię u siebie przenocować. Mam wygodny materac dmuchany – oznajmiła wesoło. – I całkiem niezły ekspres do kawy, więc warunki prawie jak w czterogwiazdkowym hotelu!

Zosia pokraśniała z radości i entuzjazmu.

– Ach… to by było cudowne! – zawołała, składając dłonie. – Naprawdę bym mogła?

– Oczywiście, zapraszam cię już teraz – zapewniła ją Iza. – Co prawda w marcu mnie nie będzie, bo jadę na cztery tygodnie do Belgii, ale gdybyś zaczynała ten kurs już w marcu, to uprzedzę sąsiadkę, u której zostawię klucze. Tak czy inaczej bądźmy w kontakcie, a gdyby…

Przerwało jej szczęknięcie drzwi do sklepu i odgłos rozmów wchodzących do środka klientów. Obie z Zosią natychmiast poderwały się na równe nogi i wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia, wróciły na swoje stanowiska.

„Jest dobrze” – pomyślała z satysfakcją Iza, ważąc, pakując i podając klientce różne rodzaje wędlin. – „Coś tam jeszcze się w niej tli na samym dnie, ale to już tylko resztki emocji, które wypalą się i powolutku same wygasną. Żal do Zbyszka też za jakiś czas minie i zostanie obojętność, a to właśnie ona jest najlepszym świadectwem wyleczonego serca. Uff! Przynajmniej jedna duszyczka uratowana… Fakt, dobra wróżka zalicza czasem wpadki, ale tym razem może być naprawdę z siebie dumna!”

***

– Ale śliczne! – zawołała z zachwytem Iza.

– Rewelacja! – przyznała równie zachwycona Amelia. – W tej oprawce zdjęcie mamy i taty wygląda nawet lepiej niż w oryginale!

Obie stały obok siebie przed stołem, na którego blacie Robert rozłożył przywiezione z Radzynia i odpakowane z licznych warstw folii i papieru dwa wielkie zdjęcia w jednolitych drewnianych oprawach – były to zamówione przez Izę do salonu na Bernardyńskiej fotografie rodziców oraz Szczepana i Hani. Oczywiście uwaga obu sióstr w naturalny sposób skupiła się na ślubnym zdjęciu rodziców, które niby doskonale znały, ale które po skopiowaniu w większym formacie, lekkim retuszu i oprawieniu w nowe ramy dawało nowy, spektakularny efekt. Młode, rozświetlone szczęściem twarze Klary i Piotra Wodnickich jaśniały na fotografii jak żywe, a wychylające się z sąsiedniego zdjęcia twarze Szczepana i Hanny, krewnej Piotra, który miał bardzo podobne do niej oczy, dopełniały ten obraz w harmonijny i zadziwiająco spójny sposób.

– Oni też to w sobie mieli – zauważyła Amelia, najwyraźniej tknięta dokładnie tą samą myślą co siostra, ruchem głowy wskazując na zdjęcie Szczepana i Hani. – Coś podobnego jak mama i tata.

– Tak – przyznała ze wzruszeniem Iza. – Po prostu tak samo mocno się kochali… Pięknie to wyszło, Robciu, bardzo ci dziękuję!

– Przecież to nie moja zasługa – uśmiechnął się Robert, który od kilku minut bardziej niż zdjęciom przyglądał się rozemocjonowanym twarzom obu sióstr. – Ja tylko złożyłem zamówienie, wręcz obawiam się, czy nie przegiąłem z wielkością formatu, bo nie uważasz, że te zdjęcia są trochę za duże?

– Uważam, że są idealne – zapewniła go Iza. – Mam salon z bardzo wysokim sufitem, więc taki format pięknie zakomponuje mi się na ścianie, a do tego te ramki, ten odcień… wyszło po prostu przepięknie! Jedyny problem, jaki tu widzę, to transport ich do Lublina, pociągiem będzie trudno, bo te ramy są ciężkie, boję się też, żeby nie uszkodzić ich w drodze.

– Zawiozę ci je autem – obiecał Robert. – Nie wiem, czy teraz dam radę, bo kończymy halę, ale zrobię to przy najbliższej okazji, kiedy uda nam się skoczyć do Lublina.

– I to jest najrozsądniejsze rozwiązanie – skinęła z satysfakcją głową Iza. – Dziękuję, Robciu. Absolutnie nie musi być teraz, nie śpieszy się, zresztą mnie i tak przez cały marzec nie będzie w Polsce, możemy to zrobić kiedykolwiek później. Ściana nad łóżkiem już tak długo czeka na te zdjęcia, że nic jej nie zaszkodzi poczekać jeszcze trochę, a nie darowałabym sobie, gdybym przez wleczenie tych zdjęć po dworcach, pociągach, autobusach i taksówkach miała w jakikolwiek sposób je zepsuć.

– To prawda, szkoda by było – przyznała Amelia. – Są śliczne, będą ci się pięknie prezentować na ścianie, już to sobie wyobrażam.

– I podlicz mnie, Robciu, muszę ci oddać pieniądze – przypomniała szwagrowi Iza. – Taka usługa musiała niemało kosztować, nie wspominając już o tym, że sam zawiozłeś to do fotografa, a teraz sam odebrałeś. Miałam przecież pojechać tam z tobą, a ty od początku do końca wszystko za mnie zrobiłeś.

– A, daj spokój! – machnął ręką Robert. – Nawet o tym nie mówmy, Iza. Akurat byłem z Piotrkiem po towar, to przy okazji odebrałem, dla mnie to żaden problem, po co ty masz sobie zawracać tym głowę? Gdybyś akurat była wolna i mogła jechać ze mną, to co innego, ale dzisiaj cały dzień przeharowałaś za ladą i jeszcze masz jakieś skrupuły?

– To prawda, Izunia – poparła męża Amelia. – Nie mówmy już o tym, to ty ciągle oddajesz nam wielkie przysługi, więc jak raz Robik coś zrobił za ciebie, to dla nas obojga to jest tylko wielka radość.

– Ale…

– Nie ma „ale”, kochanie – przerwała jej stanowczo siostra. – A o pieniądzach to nawet nie wspominaj, proszę cię. Jakbyśmy mieli się w ten sposób liczyć, nadal mielibyśmy z Robciem u ciebie dług za tego cudownego sylwestra w Lublinie, nie mówiąc już o tym, że powinnam ci zapłacić za tę dzisiejszą ciężką dniówkę w sklepie. I za wszystkie poprzednie, te z wakacji. Dlatego, proszę – objęła ją ramieniem i przytuliła serdecznie – ani słowa więcej na ten temat, hmm?

– Tak jest – podsumował z satysfakcją Robert.

– No dobrze… dziękuję wam – poddała się Iza. – W takim razie po cudownym sylwestrze szykujcie się na cudowny letni urlop w Lublinie, obiecałaś mi to, a ja tego nie odpuszczę – pogroziła żartobliwie palcem Amelii. – Musicie zresztą zobaczyć te zdjęcia na docelowym miejscu, w moim salonie. I to koniecznie na żywo!

– Nie protestujemy – uśmiechnęła się Amelia, wymieniając spojrzenia z Robertem. – Ale to w lecie, a teraz już nie negocjujmy, tylko popatrzmy sobie na nie jeszcze trochę… Niby znam to zdjęcie, ale na tej twojej kopii oni naprawdę wyglądają jak żywi!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *