Anabella – Rozdział CCX

Anabella – Rozdział CCX

– Jak to nie ma Lidii? – zdumiała się i zaniepokoiła Iza, rozpinając pośpiesznie płaszcz. – To gdzie jest? Przecież zostało już tylko dwadzieścia pięć minut do otwarcia!

– No właśnie – pokiwała głową Wiktoria, po raz kolejny wyciągając z kieszeni telefon i sprawdzając powiadomienia. – Próbowałyśmy do niej dzwonić, Klaudia i szef też, ale się nie odzywa i w ogóle ma wyłączony telefon. A tam już ludzie czekają – ruchem głowy wskazała na zbierający się powoli pod lokalem tłumek. – Dobrze, że chociaż mrozu nie ma, ale stanie na chodniku w tej śniegowej chlapie to też nic przyjemnego!

– A niech to! – sarknęła Iza. – Gdzie szef?

– Na zapleczu, ogarnia z Dominiką organizację pod stół szwedzki.

– Oby tylko Lidka dotarła – dodała z niepokojem Gosia, zerkając przez przeszklone drzwi na zewnątrz. – I oby nie stało jej się nic złego.

– No właśnie – mruknęła Klaudia. – To przecież do niej niepodobne.

– Ej, to może wezmę samochód i podskoczę do niej piorunem na chatę? – zaproponował równie zaniepokojony Chudy, który, zgodnie z planem, przywiózł Izę z Zamkowej, a teraz przysłuchiwał się rozmowie. – Sprawdzę przynajmniej, czy jest w domu i co się z nią dzieje. Musiałbym tylko mieć adres.

Dziewczyny popatrzyły na niego z zastanowieniem.

– Może to i dobry pomysł? – przyznała Iza. – Gdzieś tu powinna być kopia jej papierów z adresem, mogę zaraz poszukać, ale najpierw skocz zapytać szefa, okej? Skoro jest na miejscu, to niech on decyduje, co robić.

Nieobecność Lidii w nowym lokalu Anabelli na Koncertowej, gdzie o szesnastej, czyli już za niespełna pół godziny, miało się odbyć oficjalne otwarcie placówki, była okolicznością równie niepokojącą co niespodziewaną. Można było przewidywać różne komplikacje, ale przecież nie taką! Akurat dzisiaj Lidia była osobą niezastąpioną, Majk miał ją przedstawić publicznie jako szefową lokalu, bez tego uroczystość otwarcia poniekąd traciła sens. Tymczasem, choć według grafika miała stawić się w pracy wraz z Kacprem, Gosią i kucharkami już na trzy godziny przed imprezą, by wszystko przygotować, do tej pory nie tylko się nie pojawiła, ale do tego miała nieaktywny telefon i w żaden sposób nie dawała znaku życia.

Z zaplecza wypadł Kacper, niosąc kolejną skrzynkę z napojami, które miały trafić na stoliki, dziś bowiem, w ramach otwarcia lokalu, jednorazowo przyjęto formę biletową – klienci płacili za bilety wstępu, w ramach których mieli do dyspozycji stół szwedzki i napoje bezalkoholowe, a dopłacać mieli tylko za alkohol. Wszystko było opisane na plakatach, łącznie z uroczystością przecięcia wstęgi, która leżała już przygotowana przy drzwiach, zaś z głośników sączyła się cicho muzyka z ułożonej zawczasu przez Antka playlisty w stylu Anabelli.

– I co, jest już Lidia? – zapytał Kacper, zestawiając skrzynkę na podłogę i rozglądając się z niepokojem. – Nie ma jeszcze? Kurde…

– Najgorsze, że tylko ona zna niektóre szczegóły organizacji – zauważyła ponuro Gosia. – Jak nie przyjdzie, szef będzie musiał improwizować.

– A ja przyniosłam dla niej kosmetyki – pokręciła z żalem głową Klaudia. – Miałam jej zrobić specjalny makijaż, Wika fryzurę… teraz już i tak nie zdążymy. No klęska po prostu!

– Dziewczyny, szybko do kuchni po żarcie! – zabrzmiał od progu zaplecza rozkazujący głos Majka, na co kelnerki, łącznie z Izą, natychmiast poderwały się z miejsca i ruszyły w tamtą stronę. – Już gotowe, trzeba nosić i ustawiać. Iza, Chudy pyta, czy ma podjechać do Lidii, ale to bez sensu, za późno już. Niech to szlag, nie da się do niej dodzwonić! Albo przyjdzie sama, albo musimy sobie poradzić bez niej, w razie czego będziesz mi pomagać przy otwarciu, okej?

– Tak jest, szefie – odpowiedziała w locie Iza. – Od tego tu jestem, proszę tylko o jasne rozkazy.

– A jak tam na Zamkowej? – zatrzymał ją. – Dużo luda się naszło?

– Sporo i jest coraz więcej – odparła, przystając na chwilę. – O dwudziestej pewnie będzie taki sam kocioł jak w tamtym tygodniu, dlatego powinniśmy z Chudym wrócić tam jak najszybciej. No, ale to potem… na razie lecę pomóc dziewczynom nosić te przekąski. Łukasz, chodź z nami! – złapała Chudego, który właśnie wychodził z zaplecza, i zawróciła go. – Ty też się przydasz, musimy to zrobić szybko. Kacper, ty też!

– To ja też idę – oznajmił Majk, zawracając za nimi. – Powinniśmy otworzyć punktualnie, nie wypada trzymać długo ludzi na tej brei, tylko niech najpierw wszystko… Moment, ktoś mi tu dzwoni – wyszarpnął z kieszeni dzwoniący telefon i zerknął na wyświetlacz. – Pff, co za frajer? Nie znam numeru… Halo?

Zajęty rozmową zatrzymał się u wejścia na zaplecze, tymczasem kelnerki wraz z Chudym i Kacprem udały się do kuchni, gdzie nowa kucharka Dominika, córka pani Wiesi z wyglądu uderzająco podobna do matki, wydawała przy pomocy Dagmary przygotowane przekąski.

– Nosimy to szybko, po jednym talerzyku z każdego rodzaju na stolik – zadysponowała Iza, sama również chwytając za jedną z tac. – Pani Dominiko, w podgrzewaczach już jest wsad, czy trzeba będzie nakładać?

– Jest, jest, już od pół godziny – odpowiedziała kucharka, nie przerywając pracy. – Zostały tylko te zimne, dopiero je skończyłyśmy. I desery, ale to potem, tak?

– Chyba tak – odpowiedziała niepewnie Iza, zerkając na Gosię. – Nie wiem, jaki był plan… Gosiu, desery na stoliki od razu czy potem? Lidia nic nie mówiła?

– Chyba potem – odparła równie niepewnie Gosia. – Jak już pójdą przekąski. Ale zabij mnie, nie pamiętam! To ona nad tym czuwała.

– Dobra, damy radę – machnęła ręką Iza. – Desery zostawiamy na potem, teraz lećmy na salę z samymi przekąskami. I to szybko, zostało piętnaście minut!

Przy wejściu na zaplecze wpadły znów na Majka, który chował do kieszeni telefon.

– Lidia już jedzie – oznajmił, na co kelnerki wydały zgodny okrzyk ulgi i radości. – Jest w taryfie, dzwoniła z telefonu taksówkarza, bo bateria jej padła, zaraz powinna tu być. Świetnie, dziewczyny, działajcie z przekąskami, ja lecę po następne – skierował się w stronę kuchni. – Bez paniki, zdążymy!

Pozytywna wiadomość w okamgnieniu poprawiła nastroje zestresowanego zespołu, który uwijał się przy ostatnich przygotowaniach do otwarcia, mając przy tym świadomość, że przez szyby obserwują ich czekający na zewnątrz coraz liczniejsi klienci. Kilka minut później do lokalu rzeczywiście wpadła jak burza blada, trzęsąca się z nerwów Lidia, którą natychmiast otoczyły koleżanki.

– Lidziu, co się stało? – dopytywały jedna przez drugą. – Martwiliśmy się strasznie! Już myśleliśmy, że nie dotrzesz!

– Błagam, nie teraz, potem wam powiem – odparła szybko, zrzucając z siebie płaszcz zimowy i ruszając na zaplecze, skąd właśnie wypadł Majk z dwiema tacami przekąsek. – Szefie, nie wiem, jak przepraszać, ja…

– Spokojnie, potem pogadamy – przerwał jej stanowczo. – Najważniejsze, że jesteś, wal teraz na zaplecze przebrać się i przygotować, my już wszystko tu ogarniamy. Iza, sprawdzałaś, czy na tamtych dalszych stolikach wszystko gotowe?

– Sprawdzałam pobieżnie, ale dla pewności przejdę jeszcze raz – odparła Iza. – Olu, pomożesz mi? Zacznij od tamtych pod oknem, ja biorę te pod ścianą.

– A my z Wiką zabieramy Lidkę na szybki lifting! – zadecydowała stanowczo Klaudia, pociągając obie koleżanki za sobą na zaplecze. – No chodź, Lidia, nie świruj, musimy cię chociaż trochę uczesać i umalować! Widziałaś, jak ty wyglądasz? Jak siedem nieszczęść! A dzisiaj przecież masz być naszą wizytówką!

Argument ten natychmiast podziałał i roztargniona, półprzytomna Lidia bez oporu dała się zaprowadzić na zaplecze, gdzie została poddana pośpiesznym zabiegom kosmetyczno-fryzjerskim. Klaudia i Wiktoria uporały się z tym zadaniem w iście ekspresowym tempie, dzięki czemu kilka minut później szefowa lokalu wyszła na salę w wysoko upiętych rudych włosach i świetnie dobranym do eleganckiej zielonej sukienki makijażu, wywołując tym aplauz pozostałych koleżanek. Te, wyposażone w białe fartuszki, identyczne jak na Zamkowej, ustawiały się już pod dyktando Izy w równym szeregu przy drzwiach.

– Kacper, montuj wstęgę i zaraz otwieramy! – zarządził tymczasem Majk. – Chudy, pomóż mu, okej? Wika, zaraz po inauguracji leć za bar, będziesz wydawać alko. Inkasuj według cennika na dzisiaj, masz go tam?

– Jest w szufladzie – poinformowała go szybko Lidia, skręcając w stronę baru. – Przepraszam, już wieszam na ścianie. A drugi, Wika, położę ci na blacie, nie zamoczy się, jest laminowany.

Zamieszanie naznaczające ostatnie minuty przed otwarciem lokalu powoli opadało, ustępując miejsca atmosferze pełnej gotowości i oczekiwania na godzinę zero. Iza, która z ulgą przekazała Lidii nadzór nad całością, przystanęła na samym końcu powitalnego szeregu kelnerek, skąd miała dobry widok przez jedno z okien na zbierający się pod lokalem tłumek gości. Chodnik był mokry i pokryty pośniegowym błotem, bowiem po mroźnym i śnieżnym przełomie grudnia i stycznia obecnie przyszła fala dodatnich temperatur, które spowodowały trwającą od kilku dni odwilż. Pogoda, typowa bardziej dla przedwiośnia niż środka stycznia, była wyjątkowo nieprzyjemna, zwłaszcza z uwagi na przesycone wilgocią powietrze i wiszące nad miastem ciemne chmury, z których od czasu do czasu padał niewielki, zimny deszcz. Dlatego tym bardziej fakt, że pomimo niesprzyjającej aury na otwarcie nowego lokalu Anabelli przyszło tak dużo ludzi, był dla zespołu powodem do wielkiej satysfakcji.

Właśnie z takim nastawieniem, dumna z bycia częścią ekipy tak dynamicznie rozwijającej się firmy, Iza obserwowała przez szybę zebranych na chodniku klientów, przed którymi Kacper i Chudy na polecenie Majka otwierali już dwuskrzydłowe drzwi. Spowodowało to ogólne poruszenie i aplauz wśród oczekujących, którzy ruszyli tłumnie w stronę wejścia, by zająć tam jak najlepsze miejsce. I wtedy ją zobaczyła…

Tak, wzrok jej nie mylił. W pierwszym rzędzie oczekujących na chodniku ludzi, nieco z boku czyli akurat blisko okna, przez które patrzyła, stała Natalia ubrana w długi czarny płaszcz zimowy z jasnoszarym futrzanym obszyciem rękawów i kaptura. Wprawdzie Iza widywała ją tak rzadko, że nie znała tego płaszcza, do tego na dworze panował już mrok rozproszony tylko światłem latarni, a twarz tamtej ocieniał kaptur, pod którym chroniła się od wilgotnego powietrza, jednak i tak nie miała żadnych wątpliwości – to była ona.

Jej widok nie był dla niej kompletnym zaskoczeniem, jako że od tygodnia, po informacji od koleżanek, że Natalia jej szukała, spodziewała się ją zobaczyć i mentalnie szykowała się na konfrontację, jednak akurat dziś, tu na Koncertowej, nie była na to gotowa. Poza tym ten efekt zobaczenia na własne oczy osoby, z którą już dawno nie miało się bezpośredniego kontaktu, lecz o której ciągle się słyszy i której obraz tkwi w głowie dniem i nocą… Na to bez względu na okoliczności trudno się przygotować.

A więc przyszła na otwarcie nowego lokalu… oczywiście. Nie było w tym przecież nic dziwnego. Tylko dlaczego nie weszła do środka, korzystając z przywileju bycia członkiem zespołu? Musiała przecież przybyć tu na zaproszenie Majka, zatem tym bardziej powinna podejść prosto do drzwi, pokazać mu się i zażądać, żeby ją wpuszczono. Już samo to wystarczyłoby do bycia potraktowaną po królewsku… A może, przeciwnie, Majk nic o tym nie wiedział, ona zaś chciała zrobić mu niespodziankę? Albo poobserwować go z daleka incognito, przyjrzeć mu się z ukrycia w rytmie pracy, zanim ją zauważy? Bo póki co ewidentnie jeszcze nie zauważył…

– Iza, podejdź do drzwi, szybko! – usłyszała tuż obok siebie konspiracyjny szept Oli. – Szef kazał cię zawołać, już zaczynamy!

Czym prędzej odwróciła wzrok od okna i posłusznie pośpieszyła ku wejściu, gdzie Majk rzeczywiście zaczynał już witanie gości okolicznościową przemową inauguracyjną. Nie była jednak w stanie słuchać jej ze zrozumieniem, jego głos szemrał tylko jej w uszach, a świadomość przepuszczała jedynie wyrywkowe słowa, które pozwalały jej zorientować się, że właśnie w wielkim stylu przedstawia publiczności Lidię. Na tle jego przemowy i przerywających ją co jakiś czas braw wciąż kątem oka widziała tamtą postać kryjącą się za plecami innych gości – zgrabną kobiecą sylwetkę w długim czarnym płaszczu obszytym jasnoszarym futerkiem.

„Jak kiedyś Ewelina w swoim płaszczu z szynszyli” – skojarzyło jej się mimowolnie.

To oczywiście nie było właściwe skojarzenie, bo ani płaszcz Natalii nie przypominał tamtego futra Eweliny, ani ona sama nie była osobą tego pokroju, manipulatorką, przez którą Pablo stracił tyle nerwów, a Lodzia wylała morze łez. A jednak trudno było oprzeć się wrażeniu, że miały w sobie coś podobnego… A może to była kwestia jej własnego, podświadomie wrogiego nastawienia?

„Wstyd, Iza!” – powtarzała w myśli z zażenowaniem. – „Wstyd i hańba! Co ona ci winna, że wpadła mu w oko i w serce? Przecież jeśli chcesz zachować jego przyjaźń, i z nią musisz się zaprzyjaźnić… im szczerzej, tym lepiej… Zwłaszcza lepiej dla ciebie.”

Porzuciła jednak instynktownie tę myśl, gdyż w tym momencie poczuła na sobie wzrok Majka, który wychwyciłaby radarem zakochanego serca nawet w największym tłumie. To nakazało jej wrócić do rzeczywistości – jak się okazało, w samą porę.

– Przedstawiam państwu jeszcze jedną ważną osobę – mówił właśnie mężczyzna, wskazując na nią z uśmiechem. – Mianowicie moją zastępczynię i prawą rękę, Izabellę Wodnicką, która również jest współtwórczynią i wielką ambasadorką naszej nowej placówki. Właściwie to nie przesadzę, jeśli powiem, że bez fizycznego, merytorycznego i duchowego wsparcia Izy otwierana dzisiaj filia Anabelli prawdopodobnie nigdy by nie powstała. Dlatego również dla niej proszę o wielkie i gorące brawa!

Tłum posłusznie odpowiedział aplauzem, a wzruszona tą prezentacją Iza ukłoniła się, przybierając na twarz promienny uśmiech. Jednak chwilę potem znów wyłączyła się, wciąż bowiem widziała w tłumie tę jedną, jedyną postać… Jakby nie było tu nikogo innego, tylko ona! Czuła przy tym na sobie jej wzrok, który dopiero kilka długich sekund potem przeniósł się znów na Majka. Ów, najwyraźniej wciąż nieświadomy obecności Natalii w tłumie, przedstawiał teraz kolejne osoby z zespołu, zwłaszcza te, które miały na stałe pracować na Koncertowej, a następnie, zgodnie z planem, oddał głos Lidii.

„I teraz ją zauważy” – myślała z ciężkim sercem Iza, celowo nie patrząc już ani na niego, ani na Natalię. – „Kiedy wygłasza się publiczną mowę, nie skupia się uwagi na ludziach, ale teraz mówi Lidzia, więc on może na spokojnie przyjrzeć się gościom. Jeszcze chwila i będzie miał swoją niespodziankę… ech, nie mogę na to patrzeć! Po prostu tego nie zniosę. Chcę już wracać na Zamkową, jak najszybciej!”

Nie mogła jednak nic zrobić, musiała dalej tu stać, dopóki nie skończy się inauguracja. Co za męczarnia! Na szczęście zbliżał się finał, Lidia, która zdołała opanować nerwy na tyle, by w miarę normalnym głosem wypowiedzieć przygotowaną na tę okazję kwestię, przywitała w swoim imieniu przybyłych gości, po czym nastąpiło uroczyste przecięcie wstęgi, którego dokonał szef Anabelli w towarzystwie przedstawiciela klientów wybranego losowo spośród najbliżej stojących. Zebrani na chodniku skwitowali to gromką owacją, po czym rozgadany tłum, okazując bilety Oli, wlał się powoli do środka przez dwuskrzydłowe drzwi, które Chudy i Kacper mieli zadanie zamknąć za ostatnią wchodzącą osobą, by zapobiec wyziębieniu lokalu.

Iza, nie czekając, aż Natalia dotrze do środka, rzuciła się czym prędzej do pomocy Lidii i Gosi, które wprowadzały klientów w głąb sali, asystowały przy zajmowaniu stolików i odpowiadały na ich pytania. Majk został gdzieś z tyłu, pewnie przy drzwiach, gdzie niewątpliwie już ją zauważył… Ale lepiej tam nie patrzeć. Trzeba zająć się gośćmi, a potem, kiedy sytuacja się ustabilizuje, jak najszybciej zabrać Chudego i wracać na Zamkową. Tam przecież były już na pewno jeszcze większe tłumy! Tam była o wiele bardziej potrzebna niż tutaj!

– Tak, oczywiście, można wybrać sobie stolik – instruowała z uśmiechem kolejnych gości, specjalnie ustawiwszy się przy sektorze położonym najdalej od wejścia, przy łazienkach. – Dzisiaj przystawki i napoje w cenie biletu, do tego szwedzki stół z daniami na gorąco. Zapraszamy, proszę siadać i częstować się.

Jednocześnie rozejrzała się ostrożnie, by ocenić rozwój sytuacji. Goście powoli zalewali salę, napełniając ją gwarem i śmiechem rozbrzmiewającym na tle lecącej z głośników muzyki. Lidia, która przejęła już pełną kontrolę nad swoją placówką, biegała z zaangażowaniem od stolika do stolika, koordynując pracę zespołu, Wiktoria objęła bar, a Klaudia, Gosia, Ola i Emilia uwijały się między stolikami. Drzwi wejściowe zostały już zamknięte, Chudy z Kacprem rozmawiali przy nich z kilkoma klientami, zaś dalej, w drugim krańcu sali pod ostatnim oknem… I co ją, do cholery, podkusiło, żeby spojrzeć w tamtą stronę? Przecież miała nie patrzeć! A jednak nie umiała nie patrzeć i nie widzieć, właściwie wystarczył jeden rzut oka, więcej nie było jej trzeba.

Pod ostatnim oknem u tylnej ściany lokalu, przy ustawionej tam dla ozdoby wielkiej palmie w glinianej doniczce pasującej kolorem do umeblowania lokalu, przystanęli Natalia i Majk. Przystanęli, czy też może raczej zaszyli się tam, wybierając ów najbardziej dyskretny zakątek na to, by spokojnie porozmawiać i nacieszyć się swoją obecnością. Zupełnie jak za tym filarem w Nałęczowie, za którym składali sobie życzenia noworoczne z dala od oczu innych… Cóż z tego, że Iza wiedziała o tym jedynie z relacji Lodzi, skoro wyobrażała sobie ową scenę tak plastycznie, jakby widziała ją na własne oczy? Była pewna, że to wyglądało właśnie tak jak teraz.

Półsekundowa stop-klatka, którą uchwyciła, omiatając wzrokiem salę, wyryła jej się w mózgu w najdrobniejszych szczegółach i pewne było, że zostanie w nim na zawsze. Natalia nie miała już na sobie płaszcza, który leżał przewieszony przez oparcie jednego z krzeseł, lecz stała ubrana w długą srebrzysto-białą suknię wieczorową, na tle której pięknie odcinały się jej kruczoczarne włosy. Podobnie jak na grudniowych imieninach Lodzi mówiła coś do Majka, patrząc mu w oczy, z dłonią ułożoną zalotnie na jego przedramieniu, on zaś słuchał lekko pochylony ku niej, zapatrzony w nią jak w obrazek. Co prawda jego twarzy z tej perspektywy nie było widać, stał bowiem niemal całkiem odwrócony do Izy plecami, jednak, pomimo kilkunastu metrów jakie dzieliły ją od nich oraz słabego oświetlenia panującego na sali, mogłaby przysiąc, że oczy Natalii odbijają jak zwierciadło jego pełen zachwytu wzrok. Czy zresztą musiała to widzieć? To przecież było oczywiste!

Tymczasem trzeba było natychmiast coś ze sobą zrobić. Najlepiej ulotnić się stąd jak najszybciej i wrócić na Zamkową, byle nie musieć dalej na to patrzeć. To było takie trudne! Nie przewidywała dzisiaj gry na punkty w trybie komandosa, zwłaszcza nie była gotowa na wejście od razu na najwyższy level. Bo ta gra, jak za każdym razem przekonywała się na własnej skórze, miała swoje poziomy. Pierwszym była rozmowa o nich z kimś innym, tak jak na początku stycznia z Lodzią. Drugi to mówienie o niej z Majkiem – bolało, owszem, ale przynajmniej ograniczało się do słów i wyobraźni. Natomiast trzeci poziom, ten najtrudniejszy, to patrzenie na nich z boku, oglądanie ich razem na własne oczy, tak jak teraz. Na to wciąż nie była uodporniona, ćwiczenie woli zajmie jej w tym przypadku jeszcze bardzo dużo czasu. Oczywiście podejmie ten trud i powoli się uda, musi się udać, byle nie musiała ćwiczyć tego dzisiaj. Dzisiaj swoją dawkę dostała już z nawiązką.

Uporawszy się z klientami, nie patrząc już ani razu w stronę okna pod palmą, zahaczyła przebiegającą w pośpiechu Lidię, która zdawała się być już w swoim żywiole, choć nadal widać było po niej zdenerwowanie.

– Lidziu, jestem jeszcze tu potrzebna? – zapytała. – Bo jeśli nie, to wrócilibyśmy jak najszybciej z Chudym na Zamkową. Tam też na pewno już są dzikie tłumy, o dwudziestej przecież dyskoteka.

– Jasne, Iza, jedźcie spokojnie – odparła żywo Lidia. – My już tutaj damy radę, zresztą szef zostaje dzisiaj z nami, poza tym mamy aż do zamknięcia Wikę, Olę, Klaudię… na luzie sobie poradzimy. Dzięki wielkie za wsparcie i przepraszam za kłopot, wytłumaczę się, jak tylko będzie wolna chwila. Zwłaszcza muszę pogadać z szefem.

– Ale już wszystko w porządku, prawda? – zagadnęła z troską, kładąc jej na chwilę dłoń na ramieniu.

– Nie do końca – westchnęła Lidia. – Moja mama jest w szpitalu, prawdopodobnie ma udar, ale tak na pewno to nic jeszcze nie wiem. O czternastej zabrało ją pogotowie, a ja musiałam zrobić coś z dziećmi i lecieć tutaj… masakra, mówię ci. Ja chyba niedługo zwariuję.

– O kurczę – pokręciła współczująco głową Iza. – Udar? Faktycznie niedobrze, i to jeszcze dzisiaj, jak na złość… mam nadzieję, że mama wyciągnie się z tego. Strasznie mi przykro, Lidziu, trzymam za was kciuki, a jakby trzeba było coś ci pomóc, to mów, skrzykniemy się z dziewczynami i coś wymyślimy. Oby wszystko się ułożyło…

– Dzięki, Iza – uśmiechnęła się blado. – Ja też wierzę, że się ułoży, chociaż dzisiaj jeszcze nic do mnie nie dociera, jestem nieprzytomna i ledwo kontaktuję. Ale co tam… najważniejsze, że zdążyłam na otwarcie lokalu, a resztą pomartwię się potem. No, jedźcie z Chudym na Zamkową – dodała ciepło. – Tam też pewnie Sajgon i Hiroszima, będziecie mega potrzebni, a my tu spokojnie damy radę bez was.

Iza pogłaskała ją zatem raz jeszcze po ramieniu na znak wsparcia i ruszyła na poszukiwanie Chudego, który wraz z Kacprem zniknął już spod drzwi, co znaczyło, że najprawdopodobniej obaj udali się na zaplecze. Rzeczywiście, znalazła ich tam od razu, debatujących nad zapasowymi skrzynkami z coca-colą i wodą mineralną.

– Dokończę to tylko i od wtorku można będzie dalej kłaść – mówił Kacper. – Dam wam znać, co i jak w poniedziałek, okej? Dzięki, Chudy.

– Łukasz, zbieraj się, wracamy na Zamkową – wtrąciła pośpiesznie Iza, skręcając do pomieszczenia socjalnego po swój płaszcz. – Zadzwonię jeszcze szybko do Antka, zapytam, jaka sytuacja, ale i tak powinniśmy tam być jak najszybciej. Lidia już wie, mówi, że sobie poradzą.

– Dobra – poderwał się natychmiast Chudy. – Skoczę tylko po kurtkę i możemy jechać. Szef uprzedzony?

– Jeszcze nie, ty go uprzedź, dobrze? – zawołała od progu. – Jest gdzieś na sali. Ja muszę dryndnąć do Antosia i sama też się ubrać. To co? Za pięć minut przy samochodzie?

– Tak jest, dam znać szefowi i będę na ciebie czekał na parkingu.

W niewielkim pomieszczeniu, gdzie została urządzona prowizoryczna szatnia, nie było nikogo, na krześle, właściwie w połowie na podłodze leżał rzucony niedbale w pośpiechu płaszcz Lidii. Iza podniosła go i odwiesiła na wieszak, na nowo zdjęta współczuciem dla koleżanki.

„Tak to właśnie jest” – pokiwała głową filozoficznie, odkładając w to samo miejsce szalik Lidii. – „Jak się chrzani, to się chrzani po całości, takie akcje wypadają zawsze w najgorszym możliwym momencie. Biedna Lidzia… oby wszystko jej się wyprostowało, ona już i tak ma przecież ciężko w życiu…”

Sięgnęła po torebkę i wyjęła z niej telefon, by zgodnie z zapowiedzią zadzwonić do Antka. Co prawda nie było to konieczne, bo i tak nie ulegało wątpliwości, że oboje z Chudym byli teraz bardzo potrzebni na Zamkowej, ale dzięki temu miała pretekst, żeby wysłać go do szefa z meldunkiem o wyjeździe i sama nie musieć patrzeć, jak gruchają z Natalią pod tą palmą w kącie.

Antek nie odebrał, co bynajmniej jej nie zdziwiło – był przecież zajęty przygotowywaniem dyskoteki, do tego przez cały czas i tak puszczał muzykę w tle, poza tym pewnie mieli tam coraz większy kocioł, więc nie miał chwili, by zerknąć na telefon, albo po prostu go nie słyszał. Zebrała zatem swoje rzeczy, założyła płaszcz i pośpiesznie udała się do wyjścia z zaplecza, a następnie ku drzwiom wyjściowym z lokalu, starając się nie patrzeć w stronę kąta z palmą. Było to o tyle ułatwione, że na sali panował gwar, część osób siedziała przy stolikach, inni ustawiali się z talerzami, by skorzystać z ustawionego pod ścianą stołu szwedzkiego, jeszcze inni tłoczyli się wokół baru, gdzie Wiktoria wydawała profesjonalnie przygotowywane na bieżąco drinki.

Jednak nim zdążyła dojść do drzwi, drogę niespodziewanie zastawił jej Majk.

– Izuś, poczekaj! – zatrzymał ją. – Chudy mówi, że już lecicie, podobno na Zamkowej ostra jazda, tak?

Przystanęła, czując słodkie drgnienie serca na zdrobnienie swego imienia, które tak lubiła w jego ustach, jednak w tym samym momencie kątem oka dostrzegła za jego plecami srebrzysto-białą plamę sukni Natalii.

– Tak – odparła pośpiesznie. – Próbowałam dodzwonić się do Antka, ale nie udało się, pewnie mają tam taki ukrop, że nawet nie ma czasu odebrać telefonu. Musimy jechać. Lidia mówi, że tu już sobie poradzicie, a my z Łukaszem jesteśmy potrzebni tam.

Majk pokiwał głową.

– Okej, jedźcie. Ja też wpadnę tam potem, o północy zamykamy tutaj i od razu ruszam na Zamkową, zwolnię cię z posterunku.

– Nie trzeba, zwolnij raczej wcześniej Lidię, dobrze? – spojrzała na niego prosząco. – Ona ma dzisiaj bardzo trudną sytuację, więc jeśli to możliwe, to bardzo cię proszę…

Majk wpatrzył się łapczywie we wzniesione na niego oczy.

– Oczywiście – odparł ciepło. – Zaraz z nią pogadam i wszystkiego się dowiem, nie martw się. Jestem tu i czuwam, a ty…

– Iza, cześć! – wtrąciła się Natalia, podchodząc do nich z uśmiechem. – Już wychodzisz? A ja jeszcze nawet nie miałam okazji się z tobą przywitać!

– Cześć – uśmiechnęła się Iza, choć mięśnie twarzy niemal ją przy tym zabolały, i wyciągnęła do niej rękę. – Rzeczywiście, w takim tłumie łatwo się przeoczyć. Tak, wychodzę, przyjechałam tu tylko na chwilę, na otwarcie.

Majk, który wyczuł w jej zachowaniu lekkie spięcie, zinterpretował to jako skrywaną irytację wobec narastającego opóźnienia. Tym bardziej że i jego to irytowało. Wiedział, że Chudy czeka już na parkingu, więc sam też chciał na szybko dokończyć temat Lidii i odpowiedzieć dosadniej na prośbę Izy. Jedno takie jej spojrzenie jak przed chwilą i tak z miejsca załatwiało sprawę, on jednak nie miałby nic przeciwko temu, by zobaczyć je jeszcze raz… A tymczasem ta cholerna Natalia, która przyszła tu dziś nie wiadomo po co i od której dopiero co zdołał się uwolnić, znów musiała poleźć za nim i się wciąć!

– Iza musi teraz wracać na Zamkową – wyjaśnił. – Nie zatrzymujmy jej.

– Oj, nie bądź taki, przecież to tylko na chwilkę! – Natalia rzuciła mu przekorne spojrzenie, po czym serdecznym gestem ujęła dłoń Izy w obie swoje. – Iza, strasznie się cieszę, że cię widzę! Nareszcie! Od ponad tygodnia poluję na ciebie, ale dotąd nie udało mi się trafić w twoje pasmo, więc teraz, kiedy trafia się okazja, koniecznie muszę skorzystać! Powiedz mi, tak szybciutko, czy możemy na dniach umówić się na kawę? Chciałabym z tobą trochę porozmawiać. Pamiętasz? – spojrzała na nią przymilnie. – Obiecywałaś mi to.

Iza, która od tygodnia spodziewała się tej propozycji, nie miała zamiaru robić uników, przeciwnie, wolała mieć to jak najszybciej z głowy.

– Tak, oczywiście, pamiętam – odpowiedziała grzecznie. – Bardzo chętnie.

– Co byś powiedziała na ten czwartek? – zaproponowała Natalia. – Jakoś po południu? Akurat do trzynastej mam swoje pasmo w Anabelli – spojrzała znacząco na Majka, który przysłuchiwał się teraz rozmowie z kamienną twarzą – i potem bym mogła… tylko czy ty wtedy będziesz wolna?

– Wstępnie… tak – skinęła głową po chwili namysłu Iza. – W czwartek jak najbardziej. Niby zajęcia na uczelni mam do piętnastej, ale jak trzeba, to bez problemu mogę urwać się z ostatniego wykładu.

– Ach! – zaśmiała się Natalia. – No tak, zajęcia! Zapomniałam, że ty jeszcze studiujesz! To co? O której się spotkamy?

– Zależy gdzie… Może doprecyzujemy godzinę i miejsce smsem?

– Jasne! – ucieszyła się Natalia, po czym spojrzała na nią z zastanowieniem. – Tylko czy ja mam twój numer telefonu?

– Pewnie nie masz, ale Majk ci poda – odparła Iza, zerkając na przysłuchującego im się w milczeniu mężczyznę. – Dobrze, szefie?

– Tak jest, Mademoiselle – skłonił jej się natychmiast teatralnym gestem.

– Ale teraz, przepraszam was, naprawdę muszę już biec – sięgnęła do kieszeni po czapkę. – Łukasz na mnie czeka. Szefie, ja już ogarnę Zamkową do zamknięcia, nie musisz przyjeżdżać, ważne, żeby tutaj pomóc Lidii. A my do zobaczenia w czwartek – przeniosła wzrok na Natalię. – Wyślesz mi kontaktowego, odpiszę i się umówimy.

– Dobrze! – pokiwała głową Natalia. – Dzięki, trzymaj się i do zobaczenia!

Iza uśmiechnęła się do niej raz jeszcze, zerknęła też przelotnie na Majka, którego mina zdawała się zdradzać to samo łagodne wzruszenie, z jakim zwykle wspominał imię Anabelli, po czym, skinąwszy z daleka ręką na pożegnanie Lidii, wyszła na zewnątrz, zakładając na głowę czapkę. Uff, miała to za sobą. Chodniki i trawniki pokrywało mokre pośniegowe błoto, dlatego nie poszła skrótem na parking, lecz wybrała dłuższą drogę środkiem najmniej zabłoconego chodnika, który prowadził od drzwi lokalu aż do skrętu w główną osiedlową alejkę. Kiedy znalazła się u jej wlotu, skręcając na parking, gdzie z daleka widziała już zarys srebrnego peugeota, to samo licho, które wcześniej podkusiło ją, by spojrzeć w kąt pod palmą, kazało jej na pół sekundy odwrócić głowę i jeszcze raz zerknąć w stronę jasno oświetlonej, widocznej przez przeszklone drzwi i okna sali nowej filii Anabelli.

Nieopodal wejścia, dokładnie w miejscu, w którym przed chwilą ich pożegnała, wciąż znajdowali się Majk i Natalia, pochyleni ku sobie i stojący tak blisko, że stykały się ich ramiona. Oboje skupiali wzrok na jakimś przedmiocie, prawdopodobnie na telefonie, co mogło znaczyć, że Majk, zgodnie z obietnicą, podawał właśnie swej towarzyszce numer do Izy, jednak ona, w tym krótkim przebłysku z odległości dobrych już trzydziestu metrów widziała tylko jedno – ich złączone w oddali sylwetki, zbliżone do siebie tak, że jego biała koszula i jej jasna suknia niemal zlewały się w jedno.

***

„Niedziela” – uświadomiła sobie Iza, budząc się w zalanym pierwszymi promieniami świtu salonie. – „Uff… można jeszcze trochę pospać. Chyba że zaraz zadzwoni Mela.”

Uchyliła jedną powiekę, zerkając na zegar na ścianie – wskazywał godzinę siódmą dwanaście. Wciąż jeszcze zmęczona po wczorajszym dniu, jednak już bez bólu nóg, na który, podobnie jak tydzień wcześniej, wzięła w nocy tabletkę, odwróciła się na drugi bok i znów popadła w poranny półsen typowy dla człowieka, który niby już się zbudził, ale jeszcze nie ma siły ani motywacji, żeby wstać. Spodziewała się dziś telefonu od siostry, ta bowiem zapowiedziała jej szczegółowy raport z wizyty u mecenasa Giziaka, gdzie w piątek razem z Robertem mieli podpisać umowę z Rolskim. Wczoraj Amelia wysłała tylko zdawkowego smsa, by poinformować, że wszystko poszło zgodnie z planem, jednak na rozmowę ani ona, ani Iza nie miały już tego dnia czasu.

Po kilkunastu minutach takiego ni to snu, ni to czuwania usłyszała cichy dźwięk smsa dobiegający z okolicy stołu, na który na noc odłożyła telefon. Z westchnieniem rezygnacji otworzyła oczy, wyplątała się z kołdry i usiadła na łóżku, sięgając po telefon. Sms przyszedł z numeru, którego nie miała wpisanego do kontaktów.

Cześć, Iza. Odzywam się zgodnie z umową. Gdzie i o której spotkamy się w czwartek? Może u Ciebie pod uczelnią? Mogę tam podejść. Pozdrawiam, Natalia B.

Iza zagryzła wargi. Owszem, spodziewała się tego smsa, ale czy musiał przyjść akurat teraz, zanim jeszcze dobrze zdążyła się obudzić? A z drugiej strony cóż… na nieprzyjemne rozmowy czy niemile widziane smsy nigdy nie było dobrego momentu. Mimo to trzeba było stawić temu czoła.

Przed oczy wróciły jej obrazy z wczorajszego otwarcia nowego lokalu na Koncertowej, z imprezy, którą pamiętała jak przez mgłę i w której wzięła jedynie symboliczny udział, czując się tam jak piąte koło u wozu. Zwłaszcza odkąd za oknem zobaczyła czekającą w tłumie kobietę w czarnym płaszczu obszytym szarym futerkiem, a potem… Nieważne. Po co było o tym myśleć? Musiała się z nią spotkać, uprzejmie porozmawiać… nie, uprzejmie to mało. Musiała nawiązać z nią bliższy kontakt, wzbudzić w sobie sympatię względem niej, ba, zaprzyjaźnić się z nią. Za-przy-jaź-nić, jakby to wyskandował Krawczyk. Tego wymagała sytuacja i jej rola oddanej przyjaciółki Majka.

„Spróbuję” – pomyślała, jeszcze mocniej zagryzając wargę. – „Nie wiem, czy dam radę, ale spróbować muszę. Przyjaciele naszych przyjaciół są, a przynajmniej powinni być naszymi przyjaciółmi.”

Ciężkimi, niemrawymi ruchami jeszcze niezgrabnych po spaniu palców zapisała kontakt Natalii w telefonie, nadając mu taką samą nazwę, jaka widniała na końcu smsa – Natalia B.

„Idealny zbieg okoliczności” – pomyślała posępnie. – „Nawet nie będzie musiała zmieniać inicjałów. To się nazywa przeznaczenie…”

Zapisawszy kontakt, wybrała go raz jeszcze i tworzyła okienko edycji wiadomości tekstowej, nim jednak zdążyła wklepać choćby jedną literkę, telefon rozdzwonił jej się w dłoni tak nagle i niespodziewanie, że podskoczyła i omal go nie upuściła. Amelia.

– Cześć, Izunia, mam nadzieję, że cię nie zbudziłam? – zaczęła od swego standardowego pytania siostra. – Zawsze powtarzasz, że o wpół do ósmej w niedzielę już nie śpisz, ale nigdy nie wiem, czy tym razem nie będzie wyjątku.

– Tym razem go nie ma, Melu – zapewniła ją ciepło Iza. – Byłby tydzień temu, kiedy odsypiałam wyjątkowo zwariowaną dniówkę w pracy i wstałam dopiero o jedenastej, ale ty akurat wtedy nie dzwoniłaś.

– I chwała Bogu! – odetchnęła ze zgrozą Amelia. – O jedenastej? Musiałaś rzeczywiście nieźle zabalować! Robiliście w knajpie poprawkę z sylwestra? – zażartowała.

– Coś w tym stylu – uśmiechnęła się Iza, wspominając rozłożony na podłodze materac i podnoszącego zeń bajecznie rozczochraną głowę Majka. – To był pierwszy dzień z dyskoteką karnawałową, zwaliło się do nas pół miasta i siedzieliśmy w robocie prawie do trzeciej nad ranem. Wczoraj zresztą było niewiele lepiej, do tego otwieraliśmy ten nowy lokal w innym końcu miasta, ale tym razem miałam krótszą zmianę, więc… no, nieważne – machnęła ręką. – Ty lepiej mów, co u was. Jak poszła akcja z Rolskim?

– Bardzo dobrze – zapewniła ją siostra. – Umowa podpisana i powiem ci, że jak już klamka zapadła, to wreszcie zeszła z nas para, jakoś tak… przestaliśmy się stresować. Podobne odczucia mają pozostali z koalicji, wczoraj spotkaliśmy się na małym przyjęciu u tej Gabrysi z apteki. Bardzo fajna kobitka, cieszę się, że mogłyśmy się poznać.

– Aha! – pokiwała żartobliwie głową Iza. – Widzę, że koalicja kwitnie i przenosi się już na grunt prywatny?

– No co? To źle? Musieliśmy trochę poświętować, pogadać i podtrzymać się wzajemnie na duchu, bo to jednak były ciężkie decyzje. A w razie czego, mam nadzieję, będziemy mogli na siebie liczyć i w przyszłości, zwłaszcza gdyby, nie daj Boże, u kogokolwiek z nas wynikły na tym tle jakieś kłopoty. Oby tak nie było, ale jednak ryzyko zawsze jest, a wtedy, jak to się mówi, w stadzie raźniej.

– To prawda.

– Twoje koleżanki, Beata i Emilia, też były – zaznaczyła Amelia. – I kazały cię pozdrowić. Beata mówi, że teraz zajmą się załatwianiem sprzętu diagnostycznego dla zwierząt za kasę od Rolskiego, a mają zamawiać to w Warszawie, więc do Lublina za szybko nie zajrzą. Tylko na niezbędne zaliczenia na studiach, ale do ciebie do knajpy raczej nie będą miały czasu zajść, za co z góry przepraszają.

– E tam, bez przesady – odparła ciepło Iza. – Za co mają przepraszać? Przecież nie muszą mnie odwiedzać co chwila. Ważne, żeby im się wiodło i żeby klinika ruszyła pełną parą, a spotkamy się, kiedy trafi się okazja. Może tym razem to ja je odwiedzę? Zobaczymy. Ale mów dalej o was, Melciu – podjęła temat. – Co ostatecznie wpisaliście do tej umowy?

– Dwadzieścia pięć procent udziałów w zamian za inwestycję bezzwrotną do maksymalnie dwustu tysięcy – odparła rzeczowo Amelia.

– Do dwustu tysięcy? – zdumiała się. – To bardzo dużo!

– Dużo, prawda. Ale jeśli interes urośnie, to Rolski tylko na tym zyska, a on właśnie na to liczy i wręcz nie wyobraża sobie inaczej. Wyliczył sobie pewnie, że jeśli zainwestuje u każdego, to nawet jak u jednych coś nie pójdzie, a u drugich chwyci, to i tak nie będzie stratny. Cwaniak z niego – podsumowała z uznaniem. – Ale układ wydaje się uczciwy, a tylko czas pokaże, co z tego ostatecznie wyjdzie.

– No, przy dwustu tysiącach natychmiastowego wkładu, to możecie halę wykończyć na tip-top w ciągu trzech miesięcy – zauważyła wciąż będąca pod wrażeniem Iza. – Przecież tam już nawet dużo nie trzeba, zainwestowaliście już swoje, ale dwieście… no, no! Swoją drogą facet musi mieć niezłe zasoby…

Urwała, mimo woli wyświetlając sobie w pamięci twarz Krawczyka i obraz jego ociekającej przepychem rezydencji, a potem drżącą mu w dłoni żółtą karteczkę, z której odczytywał nazwiska znajomych z jej okolic. Co prawda Pablo nie znalazł powiązań Rolskiego z Krawczykiem, ale to skojarzenie i pytanie, na które od miesięcy nie umiała znaleźć odpowiedzi, powracało do niej nadal, czy tego chciała czy nie. A z drugiej strony, skoro klamka już zapadła, to jakie to miało znaczenie?

– Tak, chociaż każdemu oferuje inne kwoty – zaznaczyła Amelia. – Według potrzeb i tego, jak ocenia szanse rozwoju interesu. Na przykład Beata i Emilia dostały prawie tyle co my, mimo że dopiero zaczynają, widocznie ocenił ich klinikę jako bardzo obiecującą. Chciałabym, żeby nam wszystkim to wyszło na dobre, no ale, jak mówię, co z tego będzie, to może pokazać tylko czas.

– A w co konkretnie planujecie zainwestować te środki? – zaciekawiła się.

Pytanie to trafiło na podatny grunt, Amelia bowiem natychmiast zapaliła się i rozpoczęła snucie przed siostrą planów inwestycyjnych, które, jak podkreślała, oboje z Robertem rozważali w najdrobniejszych szczegółach całymi wieczorami, nie chcąc zmarnować z puli od Rolskiego ani jednej złotówki.

– To ogromna kasa, ale my, po tych wszystkich życiowych perturbacjach, mamy we krwi szacunek do pieniędzy i nie znosimy wydawać ich na głupstwa – podkreśliła. – Zresztą jak przyjedziesz w lutym, to może też nam coś doradzisz? Znasz się na infrastrukturze restauracyjnej o wiele lepiej niż my, więc dopilnujesz, żebyśmy nie zapomnieli o czymś ważnym, dobrze?

– Bardzo chętnie, Melu – zapewniła ją ciepło. – A na kiedy planowalibyście otwarcie?

– Myślimy, żeby wycelować w początek sezonu wakacyjnego – odparła bez wahania. – Czyli to by była mniej więcej połowa czerwca, może trochę wcześniej, wstępnie na dokończenie budowy i wyposażenie dajemy sobie czas do końca kwietnia, maksymalnie do połowy maja, ale przecież jeszcze trzeba zapewnić logistykę, zatrudnić ludzi i tak dalej.

– I zrobić reklamę – zauważyła Iza. – Jakieś plakaty zamówić, banery…

– To już w ostatniej chwili, Izunia. No wiesz… lepiej, żeby sąsiedzi, a zwłaszcza Krzemińscy jak najdłużej nie wiedzieli, co planujemy. Wiadomo, że chcielibyśmy, żeby w tej restauracji stołowali się między innymi goście z ich hotelu, ale spontanicznie, bez żadnych układów z nimi, tylko po prostu na takiej zasadzie, że my otwieramy lokal, a goście przychodzą do nas sami z siebie.

– No tak – zgodziła się Iza. – Postawienie Krzemińskich przed faktem dokonanym to najlepsze rozwiązanie, chociaż myślę, że oni i tak prędzej czy później zorganizują się z częścią restauracyjną u siebie. To się przecież narzuca.

– Tak, na pewno, ale na razie nie widać, żeby coś dobudowywali czy robili jakieś modernizacje, sądzę, że póki co nie mają do tego głowy. Roman Krzemiński ma mieć w Warszawie operację na serce, mówiłam ci?

– Mhm, coś wspominałaś. Kiedy?

– Chyba już nawet w przyszłym tygodniu, więc pewnie teraz myślą tylko o tym. No i ten ślub Michała z Alą… Wiesz? – ożywiła się jeszcze bardziej. – Dorotka słyszała od Zielińskiej, że planują go na pierwszą niedzielę po Wielkanocy, już podobno pełną parą załatwiają formalności. I że ślub będzie nie w Korytkowie, tylko u Ali w Warszawie… a wesele w którymś z hoteli jej ojca, pewnie też gdzieś tam.

– No i super – mruknęła Iza, wspominając smutną twarz Aliny z ostatniego spotkania.

– W sumie chciałabym, żeby i ta klamka zapadła jak najszybciej – dodała nieco ostrożniej i mniej entuzjastyczne Amelia, czując w głosie siostry delikatny dystans. – Byłby wreszcie święty i definitywny spokój.

Iza uśmiechnęła się z pobłażaniem.

– Bo co? Boisz się, że jak Michał się nie ożeni, to znowu będę chciała do niego wrócić?

– Nie, no… wrócić to nie – zmieszała się Amelia. – O to cię nie podejrzewam, mam nadzieję, że jak już raz przejrzałaś na oczy, to więcej nie oślepniesz i nie zmienisz zdania. Ale nie ufam jemu, Iza. Po prostu czułabym się spokojniej, gdyby był już żonaty, miał swoją rodzinę i swoje życie, wtedy byłaby względna gwarancja, że więcej nie będzie za tobą łaził i psuł nam wszystkim krwi.

– O to się nie bój, Melu – zapewniła ją spokojnie. – Takiego niebezpieczeństwa już nie ma, Michał, Bogu dzięki, śmiertelnie się na mnie obraził i nawet gdyby nie wyszło mu z Ali… z tą Alą – poprawiła się szybko – to zwykły honor i tak nie pozwoli mu więcej na mnie spojrzeć.

– Oby – westchnęła Amelia. – Chociaż ja, znając te wszystkie jego wolty, nie uwierzę, dopóki klamka nie zapadnie, a to, na szczęście, tym razem naprawdę ma szanse się stać. Może zresztą zamieszkają na stałe u niej, a tu Michał będzie przyjeżdżał tylko z doskoku, żeby doglądać interesów?

– Może – zgodziła się uprzejmie Iza.

– A z drugiej strony po co by tak inwestował w tę willę w Polanach? – zastanowiła się Amelia. – Bo tam podobno budowa aż furczy, właściwie to dom od początku grudnia już stoi w całości, obejście ogrodzone, podjazd kostką wyłożony, teraz już tylko w środku wykańczają.

– Skąd to wszystko wiesz? – zdziwiła się.

– Piotrek mówił Robertowi, a sam słyszał od Waldka – wyjaśniła siostra. – Waldek dalej szefuje u Michała na budowie, dlatego rzadko go widujemy, ale Piotrek spotkał go przypadkiem w centrum budowlanym, jak kupował cement. No to zapytał z ciekawości, jak idzie budowa, nie? Waldek mówi, że teraz pracują w środku, bo zima, na dworze będą kończyć, dopiero jak śnieg zejdzie.

– Aha – mruknęła Iza.

– Wcześniej próbowałam podpytać o to Werkę – ciągnęła Amelia. – Ona mieszka przecież w Polanach, podobno tuż obok, więc na pewno widziała, czy tam się coś u sąsiadów dzieje, ale nie chciała ze mną o tym rozmawiać. Z nią się zresztą ostatnio ciężko rozmawia o czymkolwiek – westchnęła znowu. – Ale to akurat nie jest żaden drażliwy temat, co jej szkodziło powiedzieć, jak wygląda sytuacja u Michała na budowie? Pewnie codziennie ma na nią widok z okna.

– Nie, Melu, wcale nie – odpowiedziała stanowczo Iza, czując nagłą i niewytłumaczalną potrzebę wzięcia dziewczyny w obronę. – Byłam na tej działce Michała w Polanach i ona jest dość mocno oddalona od drogi, ukryta za drzewami i krzakami, a dom rodziców Weroniki jest po drugiej stronie szosy, trochę za zakrętem. W prostej linii to faktycznie jest bardzo niedaleko, formalnie niby najbliższe sąsiedztwo, ale z okien na pewno się wzajemnie nie widzą. Więc żeby zobaczyć, co się dzieje na budowie, Wera musiałaby celowo tam pójść i zapuścić żurawia za te krzaki. A to przecież trochę nie wypada, jak się nie ma do sąsiada interesu, nie?

– Aha – zdziwiła się nieco Amelia. – No tak… tego nie wiedziałam. Faktycznie chodzić na przeszpiegi to bez sensu, ale czy nie mogła sama mi tego powiedzieć? Wytłumaczyć tak jak ty teraz? Masakra ostatnio z tą dziewczyną…

– Dalej tak płacze po kątach? – zapytała smutno Iza.

– No – potwierdziła ponuro. – Może odrobinę mniej niż w grudniu, tak jakby trochę już się pozbierała, ale i tak wygląda jak cień samej siebie. A temu Marcinowi Cieślikowi z Sokółki to chyba ostrego kosza dała, wiesz? – przypomniała sobie. – Bo jak raz, tuż po Nowym Roku, wyparował od niej ze sklepu cały czerwony i z hukiem wywalił zakupy do kosza, tak od tamtej pory już się tu nie pojawia. Dorotka widziała to na własne oczy, akurat szła do nas cukru dokupić, i mówi, że wyglądał, jakby go kto wrzątkiem oblał. A wtedy tylko Wera była na zmianie w sklepie.

– No cóż – odparła zachowawczo Iza. – Jeśli jej się nie podobał, a ciągle się napraszał, to wiesz, jak to jest, Melu… Nieodwzajemnione uczucie jest przykre dla obu stron.

– Prawda – zgodziła się Amelia. – I ja się przecież w to nie wtrącam, Izunia, mówię tylko, co Dorotka zaobserwowała… zresztą rozmawiałyśmy nie o Werce, tylko o Michale i jego willi w Polanach. No więc Waldek mówi, że wykańczają wszystko w środku, tempo trzymają, czyli niewykluczone, że po ślubie z Alą Michał jednak będzie chciał zamieszkać tutaj. Ale tak na pewno to nikt tego nie wie, Krzemińska chyba nawet Zielińskiej i Maliniakowej na ten temat plotki nie puściła. Albo zobowiązała je, żeby milczały jak grób, bo jeśli nawet Dorotka nic nie wybadała…

Zawiesiła głos, zaś Iza z trudem powstrzymała parsknięcie śmiechem, jak zawsze, gdy słuchała o niezawodnych kanałach plotkarskich z Korytkowa.

– No, ale mniejsza o Michała i jego plany – podjęła siostra. – Jak przyjdzie co do czego, to i tak wszystkiego się dowiemy, czy będziemy tego chcieli, czy nie. A ja muszę cię zapytać o coś jeszcze, Iza – dodała jakby z wahaniem. – Wprawdzie to jest takie dziwne, że nie wiem, jak to ugryźć… no, ale jednak muszę.

– O co chodzi, Melu? – zaniepokoiła się Iza.

– Widzisz… wczoraj po południu byliśmy z Robciem w tym SPA, obiecał mi, że po podpisaniu umowy z Rolskim da się tam wyciągnąć, i słowa dotrzymał. Było bardzo fajnie, podobało mu się, ale jak wychodziliśmy, trafiliśmy na tę… pamiętasz tę panią, która nas obsługiwała tamtym razem?

– Pamiętam – westchnęła, domyślając się już, o co mogło chodzić.

– No to ona znowu tam była, wprawdzie przyszła dopiero, jak my już wychodziliśmy, ale rozpoznała mnie i zaczepiła, a potem zapytała o ciebie.

– O mnie? – powtórzyła bez cienia zdziwienia, za to z ciężkim sercem Iza.

– Tak. Zapytała, czy przyjdziesz tam jeszcze kiedyś, bo chciałaby chwilę z tobą porozmawiać. Powiedziałam, że raczej nieprędko, bo na stałe mieszkasz w Lublinie, ale że przekażę ci to i jak będziesz na ferie w Korytkowie, to kto wie? Podkreśliłam, że niczego nie mogę obiecać, tylko że dam ci znać, że o ciebie pytała. Zapytałam też, czy to coś ważnego, a ona mówi, że tak, nawet bardzo, ale nie chciała powiedzieć, o co chodzi. Powiedz, Izunia – zniżyła głos. – Czy ty ją znasz? W sensie, czy znałaś ją wcześniej, zanim pojechałyśmy tam we dwie?

– Nie, Melu – odparła smutno. – Wtedy w SPA widziałam ją po raz pierwszy w życiu.

– No właśnie! – odparła żywo Amelia. – Byłam o tym przekonana, przecież gdybyś ją znała, rozpoznałybyście się od razu, a żadna z was nic nie mówiła… Jak myślisz, o co ważnego może jej chodzić?

Iza zawahała się. Powiedzieć Amelii o Szymkiewiczu, czy jednak lepiej milczeć? Z jednej strony nie chciała okłamywać siostry, lecz z drugiej, skoro Aleksandra chciała rozmawiać z nią na osobności, nie zdradzając Amelii, o co chodzi, to należało to uszanować. Co prawda moralnie Iza nie miała sobie nic do zarzucenia, jednak materia była bardzo delikatna, a jaką mogła mieć gwarancję, ze Amelia nie szepnie na ten temat słówka Dorocie? Zrobi to oczywiście w najgłębszej tajemnicy, ale to akurat wielkiej różnicy nie robiło…

– Może z kimś jej się skojarzyłam? – poddała obojętnym tonem, celowo unikając bezpośredniej odpowiedzi na pytanie.

– No, może – zgodziła się bez przekonania Amelia. – Skoro mówisz, że jej nie znasz, to chyba nie ma innej opcji niż to, że cię z kimś pomyliła… tylko nadal dziwi mnie, że nie zareagowała od razu, kiedy tam byłaś, tylko pyta o ciebie dopiero po paru tygodniach.

– Jak ją kiedyś spotkam, to pewnie mi to wyjaśni – zauważyła Iza. – Ale póki co dobrze, że niczego jej nie obiecywałaś, bo ja nie wiem, czy w ferie w ogóle będę miała czas i ochotę na SPA. Wolę pobyć jak najwięcej z wami, pobawić się z Klarcią… A właśnie, co u Klarci? – zmieniła zgrabnie temat. – Pewnie przez te ostatnie trzy tygodnie znowu urosła, co?

Amelia bez oporu porzuciła wątek Aleksandry i jej dziwnego zainteresowania Izą, opowiadając z dumą o kolejnych postępach córki, która kilka dni wcześniej skończyła już pół roku. Następnie rozmowa w naturalny sposób zeszła na Pepusia, a z niego na Agnieszkę, która kończyła już ostatnie drobiazgi wykończeniowe w mieszkaniu i w ostatnim tygodniu stycznia planowała całkowicie przeprowadzić się tam od rodziców.

– Cyzeluje to mieszkanko, dopieszcza jak cacko w każdym szczególiku – opowiadała z rozbawieniem Amelia. – I cieszy się nim jak dziecko, a my razem z nią. Robert zamontował już domofon i monitoring przez wejściem, a w tym tygodniu mają nam zrobić w całym budynku alarmy, bo ciągle leży nam na sercu bezpieczeństwo Agi. Co ciekawe, ona sama twierdzi, że nie boi się tam mieszkać, wręcz cieszy się, że wprowadzi się tam tylko z Pepciem i będzie miała wreszcie swój upragniony święty spokój.

– A z Piotrkiem już się pogodziła? – zagadnęła od niechcenia Iza.

– Chyba nie – sposępniała siostra. – W sumie tak naprawdę to nie wiem, czy oni się faktycznie pokłócili, bo przy Pepciu dalej współpracują, poza tym Piotrek obiecał pomóc jej w przeprowadzce, będą rzeczy od Kmiecików wozić do nowego mieszkania jego samochodem. Ale oboje, jak się spotkają, to dalej jacyś tacy nabzdyczeni i prawie ze sobą nie gadają. Ja tam Agi nawet o to nie pytam, nie chcę jej psuć humoru, zresztą po co mi to wiedzieć? Robik raz próbował podpytać Piotrka, ale on nic mu nie powiedział, burknął coś tylko, machnął ręką i koniec tematu. Pewnie wtedy przed świętami jedno drugiemu coś dogadało i do tej pory się na siebie boczą.

– Pewnie tak – przyznała Iza. – Miejmy nadzieję, że powoli się pogodzą. A ten plan, żeby Piotrek też zamieszkał w hali? Dalej go rozważacie?

– Na razie nie. Po pierwsze nie chcemy drażnić Agnieszki, a po drugie Robi mówi, że Piotrek ma jakieś inne plany. Wie jakie, ale przyrzekł mu sto procent tajemnicy, więc nic mi nie powie. Może to i lepiej? Po przemyśleniu uznaliśmy, że ten monitoring i alarmy wystarczą, w Korytkowie nigdy żadnych rozbojów nie było, a zresztą co tam można ukraść? Na ten moment nic.

– No właśnie. I skoro Aga sama się nie boi tam mieszkać, to nie ma sensu, żebyście wy bali się za nią. No to super, Melu, cieszę się, że wszystko się układa. Powiedz, coś jeszcze ciekawego dzieje się w Korytkowie? – dodała żartobliwie. – Dorotka wpadła na jakieś nowe tropy u sąsiadów?

Wysłuchawszy jeszcze kilku drobnych i mało istotnych ploteczek z Korytkowa, które Amelia chętnie jej zrelacjonowała, rozłączyły się, co pozwoliło Izie wrócić do przerwanego redagowania wiadomości do Natalii.

Cześć, dzięki za smsa. Skoro tak, to proponuję 13.30 na skwerku pod pomnikiem przy wejściu na miasteczko. Co Ty na to? Pozdrawiam, Iza.

„Wezmę ją do tej kafejki, gdzie gadałam z Lodzią” – pomyślała, zabierając ze sobą telefon do kuchni, by w oczekiwaniu na odpowiedź przygotować sobie poranną kawę. – „Już i tak jest spalona, zawsze będzie mi się kojarzyć z rozmową o Nałęczowie i grą na punkty komandosa, więc to najlepsze miejsce, żeby pociągnąć tę tradycję.”

Odpowiedź przyszła, zanim zdążyła nasypać kawy do ekspresu.

Dla mnie idealnie. Dzięki i do zobaczenia! N.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *