Anabella – Rozdział CCXXXVII

Anabella – Rozdział CCXXXVII

– Nie no, Iza, w tej kiecce po prostu wymiatasz! – stwierdziła z uznaniem Wiktoria, taksując wzrokiem sylwetkę Izy, na którą pochylała się Klaudia kończąca jej makijaż. – Pasuje ci ten kolor, wiesz? Nawet lepiej niż tamten srebrny, co miałaś na sylwestra.

– No – przyznała Klaudia. – Ja też tak uważam. Czekaj, nie ruszaj się teraz, pociągnę ci jeszcze po powiekach tym złotym, a w kącikach trochę czerwonego i niebieskiego. Niech już będzie ta flaga francuska, tak chociaż symbolicznie.

– Fryz też ci pasuje – dodała Wiktoria. – Mnie się zawsze bardziej podoba, jak masz kok, ale akurat z tą sukienką takie pasma z tyłu świetnie grają i w sumie są praktyczne, nie będą przeszkadzać ci w pracy.

– Tylko nie wal za dużo tych cieni, Klaudziu – zastrzegła Iza, posłusznie nieruchomiejąc z przymkniętymi powiekami i poddając się działaniom koleżanki. – Nie lubię takiej skorupy, potem zawsze gdzieś to wycieram i brudzę sobie ciuchy.

W Anabelli trwały właśnie ostatnie przygotowania do lutowego Dnia Francuskiego. Dekoracje od rana wisiały już na sali, kuchnia szykowała się do rozpoczęcia wydawania zamówień, Antek z szefem kończyli testowanie nagłośnienia, a przebrane w granatowe spódnice i czerwone bluzki, przepasane białymi fartuszkami kelnerki krążyły wśród stolików, sprawdzając ułożenie serwetników i kart z menu. Iza, która do ostatniej chwili biegała między kuchnią a salą, doglądając przygotowań, dopiero teraz, ponaglona przez koleżanki, jako ostatnia udała się do szatni kelnerek, aby przebrać się w przyniesiony na tę okazję specjalny strój.

Była to ta sama długa, złotawa suknia, w której trzy miesiące temu wystąpiła na weselu Kingi i Andrzeja i do której dziś dobrała podobną fryzurę jak wtedy – rozpuszczone na plecy włosy podpięte po bokach wsuwkami, których ułożenie, nieco wyższe niż wówczas, zmodyfikowała ze względów praktycznych związanych z koniecznością obsługi klientów. Makijaż, jaki zrobiła jej Klaudia, tym razem delikatniejszy niż na sylwestra, świetnie dopełniał całości, do odtworzenia efektu z listopada brakowało właściwie tylko połyskującego na złoto lakieru, jakim wtedy pomalowała paznokcie. Dzisiaj zrezygnowała z tego świadomie, częściowo z braku czasu, ale przede wszystkim ze względu na fakt, że była w pracy, całodzienne noszenie naczyń narażałoby bowiem polakierowane paznokcie na nieestetyczne odrapania i odpryśnięcia.

– Dobra, tak jest super – orzekła z satysfakcją Klaudia, chowając kosmetyki do saszetki. – Wika, ja to pozbieram, a ty weź jeszcze te kotyliony, co zostały, i daj dziewczynom na sali, co? Zuzka i Pati jeszcze nie brały.

– Daj, ja im zaniosę – zgłosiła się Iza. – Wika, ty idź już sobie spokojnie na bar i ustaw Iwonę, dzisiaj przed nami mega ciężka dniówka.

W istocie, choć dziś wyjątkowo lokal otwierał się dopiero o godzinie czternastej, dzień zapowiadał się wymagająco, zwłaszcza dla szóstki „niezastąpionych”, jak nazwali ich wczoraj żartobliwie koledzy. Wiktoria, Klaudia, Chudy, Antek, Iza i Majk mieli bowiem zaplanowaną dwunastogodzinną zmianę od samego początku aż do zamknięcia, nie licząc przygotowań poprzedzających otwarcie. W zamian za to nazajutrz mieli mieć wolny dzień, co jednak nie zmieniało faktu, że na dziś rysowała się przed nimi perspektywa pracy na pełnych obrotach aż do wyczerpania baterii.

– Iza, tylko pamiętaj, co mówił szef, bez nadgorliwości – przypomniała jej Wiktoria, kiedy we dwie zmierzały na salę, z której dobiegały już dźwięki skocznej francuskiej muzyki. – Dzisiaj jesteś naszą twarzą, możesz zbierać zamówienia i nosić te lżejsze, ale większe to już my, okej? Żebyś nie pochlapała sobie czymś sukienki i dotrwała w formie do finału. To nie tylko twoja sprawa, ale nasze wspólne dobro.

– Jasne – uśmiechnęła się Iza. – Wiem, że po tym, co odstawiłam w październiku, ciągle się boicie, że znowu na koniec wam zemdleję albo coś w tym stylu, ale spokojnie, nic takiego się nie powtórzy. Wtedy to była wyjątkowa sytuacja.

Na sali trwało poruszenie, bowiem przez otwarte drzwi wejściowe wchodzili już pierwsi klienci. Iza wygładziła na sobie fałdy sukienki i z kotylionami w dłoni ruszyła na w stronę sektora D, by odszukać Zuzię. W półmroku sali, nie patrząc na boki, nie zauważyła nieruchomej postaci szefa lokalu, który właśnie, wracając od Antka, stanął jak wryty pomiędzy bocznymi stolikami, dostrzegłszy przemykającą przez salę jej zwiewną, złocistą sylwetkę. Mężczyzna przez kilka sekund śledził zjawisko zachwyconym, pełnym światła wzrokiem, po czym, odgarnąwszy sobie ręką włosy z czoła, energicznym krokiem, uśmiechając się leciutko do siebie, ruszył na zaplecze.

***

– Jest cygan! – zameldowała Ola, kiedy wraz z Izą i Klaudią spotkały się w kuchni przy blacie z zamówieniami. – Widziałyście? Siedzi na D.

– Ja nie widziałam, zaraz sobie zerknę – odparła Klaudia. – Gdzie? Tam, gdzie Daria?

– Daria? – podchwyciła czujnie Iza. – To ona też tu jest?

– Aha, jest, przyszła pół godziny temu z tymi swoimi koleżankami. Toma jeszcze nie ma, przy stoliku siedzą same, pewnie na niego czyhają.

Iza skrzywiła się z niechęcią.

– Tom przecież będzie na służbie, to nie może – wzruszyła ramionami Ola. – Ale ja mówię o cyganie, skupcie się, dziewczyny. Przyszedł z jakimś kumplem i z trzema dziewczynami, pewnie wszyscy z tej szkoły od Zuzki.

Francuska impreza trwała już od kilku godzin i powoli zbliżała się dziewiętnasta, czyli moment, którego Iza w głębi duszy obawiała się najbardziej, bowiem wówczas w Anabelli miała pojawić się paczka przyjaciół Majka. Ów wspomniał o tym już kilka razy, kazał zarezerwować i przygotować dla nich osobny stół, a także osobiście wybrał butelki najlepszego wina, którym miał zamiar ich poczęstować.

– Izula, wyślesz tam kogoś ze szkłem? – zapytał w przelocie, kiedy mijali się w drzwiach na zaplecze. – I niech od razu postawią owoce, żeby potem nie zapomnieć.

– Jasne, sama się tym zajmę – zapewniła go. – Ile dać nakryć i kieliszków?

– Rzuć na razie dwanaście… albo nie, piętnaście. Na wypadek, gdyby przyszli wszyscy.

– Tak jest, szefie.

„Na wypadek, gdyby przyszli wszyscy” – powtórzyła w myśli, kiedy wraz z zaangażowaną do zadania Andżeliką niosły ostrożnie korytarzem zaplecza tace z kieliszkami, talerzami i sztućcami. – „Piętnaście osób, nawet licząc z nami dwojgiem, bo dla królowej zaplecza też zwykle znajduje się talerz… hmm. Biorąc pod uwagę, ile osób zazwyczaj przychodzi, to i tak bardzo dużo. A to znaczy, że ona dzisiaj będzie.”

Kalkulację tę potwierdzało zresztą jeszcze coś innego, w jej przekonaniu o wiele bardziej wiarygodnego, mianowicie doskonały humor Majka, który, ubrany dziś w białą koszulę i ciemnogranatowe dżinsy, biegał po swojemu po całym lokalu, kipiąc niespożytą energią. Co istotne, nie tylko organizował i nadzorował pracę ekipy, ale również zagadywał na sali znajomych klientów, a nawet przysiadał się do nich na kilka minut, ożywiając rozmowę żartami i swym zaraźliwym śmiechem, co raczej mu się nie zdarzało, kiedy był w słabszym nastroju.

Znając doskonale jego zwyczaje, już z samego tego zachowania Iza mogła wyciągnąć jasne wnioski, a na ich potwierdzenie miała jeszcze jeden argument, który, choć subtelny, dla niej był najsilniejszy, niemal niepodważalny – brak smutku w jego oczach. Smutku, który nieraz, gdy było mu ciężko, pojawiał się w nich pomimo uśmiechu i który ostatnio widziała na otrzymanym półtora tygodnia wcześniej od Lodzi zdjęciu z imprezy w Anabelli. To, że dziś go nie było, znaczyło, że Majk nie grał, że jego księżycowa dusza nie musiała kryć przed ludźmi uczuć sprzecznych z zewnętrzną maską, a uśmiech i energia w ruchach były autentyczne. Czy trzeba było czegoś więcej, by połączyć kropki?

„Zdziwiłabym się, gdyby ona dzisiaj nie przyszła” – pomyślała ponuro, przechodząc kontrolnie między stolikami i uśmiechając się służbowo do coraz liczniej oblegających je klientów. – „Przecież on wyraźnie na nich czeka, więc musiała mu obiecać, że przyjdzie, nie widzę innej opcji. No trudno, Izabello, szykuj się powoli do włączenia trybu komandosa. Dzisiaj łatwo nie będzie.”

Jej spojrzenie padło na jeden ze stolików pod tylną ścianą sali, gdzie już wcześniej, zgodnie ze wskazówkami Oli, zauważyła „cygana” Maćka bawiącego się w większym towarzystwie, lecz bez przerwy wodzącego tęsknym wzrokiem za uwijającą się między stolikami Zuzią. Kilka metrów dalej siedziała Daria z koleżankami, której obecność Iza również zarejestrowała już wcześniej i która niewątpliwie czekała tu na nieobecnego jeszcze Toma, ten bowiem swoją zmianę miał zacząć dopiero o dwudziestej. Za każdym razem, kiedy na nią patrzyła, wspominała Beatę odrzucającą na plecy swe piękne, ciężkie blond włosy, jednak po ostatniej rozmowie z nią w Suchej Woli nie miała już wątpliwości, że sprawa była bezpowrotnie stracona i trzeba się było z tym pogodzić.

„Sam tego chciałeś, Ursusie” – pomyślała pod adresem Toma – „a ja tylko niepotrzebnie się wtrąciłam i zrobiłam z siebie idiotkę. Beti ma rację, to nie mogło się udać, zresztą klątwa Anabelli nadal trwa i robi swoje, a nawet jak zostanie zdjęta… pewnie już niedługo… to i tak zostaną obiektywne okoliczności, które wszystko blokują.”

– Przepraszam! – zahaczyła ją jakaś dziewczyna, wychylając się ku niej na krześle. – Kiedy będzie ten konkurs piosenki?

– O dwudziestej – odpowiedziała grzecznie.

– Aaa, okej! Grzesiek, słyszysz? O dwudziestej. To jak, zdecydowałeś się? Stajesz do śpiewania?

Zebrane przy stoliku mieszane towarzystwo gruchnęło śmiechem i zajęło się sobą, Iza mogła więc ruszyć dalej, mijając po drodze Zuzię niosącą ostrożnie na tacy kilka porcji gorącej tarty z łososiem. Charakterystyczny zapach francuskiego dania w połączeniu z płynącą z głośników muzyką tworzył klimat, który uwielbiała, lecz którym dziś najprawdopodobniej nie będzie mogła cieszyć się do końca, działając ze ściśniętym sercem w trybie komandosa.

„A może ona jednak nie przyjdzie?” – przemknęło jej przez głowę w odruchu irracjonalnej nadziei. – „Może coś jej wypadnie?”

Intuicja podpowiadała jej jednak, że tym razem nie będzie taryfy ulgowej, że po relatywnie długim okresie uspokojenia dziś przyjdzie czas, by znów zmierzyć się z trudną do opanowania zazdrością i bólem serca, które w dodatku będzie musiała starannie ukryć. Przed przyjaciółmi i przed nim. Zwłaszcza przed nim.

– Iza, Antek cię woła – zaczepiła ją w pobliżu baru Klaudia. – Ma do ciebie jakiś interes muzyczny.

– Okej – skinęła głową, zawracając na pięcie. – Dzięki, już do niego idę.

W istocie, jako że konkurs piosenki zaczynał się za niespełna godzinę, Antek chciał z nią pilnie skonsultować kwestię zakwalifikowania na listę konkursową dwóch dodatkowych francuskich utworów, które zostały zgłoszone w ostatniej chwili przez grupkę zainteresowanych klientów.

– A na finał o północy zostawiamy Dassina? – upewnił się.

– Chodzi ci o ten, który mam tańczyć z ewentualnym zwycięzcą? Tak, niech będzie Dassin.

– Wolisz wydłużoną wersję czy standard?

– Standard – odparła stanowczo. – I w ogóle nic dzisiaj nie wydłużaj, Antoś, co? I tak pod koniec będziemy już nieludzko zmęczeni.

– Dobra – zgodził się bez wahania Antek. – Szef zresztą mówił mi to samo. Ustaliliśmy, że spróbujemy zamknąć konkurs do północy, a potem będzie już tylko spokojna dyskoteka dla chętnych. O, widzę, że są już ci jego goście – ruchem głowy wskazał w stronę baru. – Ty też pewnie powinnaś tam iść, co nie?

Iza spojrzała we wskazanym kierunku i na widok tłoczącej się tam grupki osób, które wśród wesołych okrzyków i wybuchów śmiechu witały się z Majkiem, natychmiast włączyła tryb komandosa. Nie potrzebowała czasu na zastanowienie, wystarczył jej bowiem jeden krótki rzut oka, by wśród nowo przybyłych gości dostrzec zgrabną sylwetkę Natalii.

– Tak, już idę – odparła spokojnie. – Dzięki, Antoś.

Na wpół mechanicznym ruchem wygładziła na sobie fałdy sukienki i ruszyła w stronę baru, obserwując spod oka, jak roześmiany od ucha do ucha Majk serdecznym gestem ściska Lodzię, następnie zwraca się ku Justynie i kłania jej się teatralnym gestem, po czym przenosi wzrok na stojącą tuż za nią Natalię, ubraną dziś w elegancką sukienkę w kolorze łososiowym. Nawet z tej odległości widziała, że jego twarz na jej widok na chwilę spoważniała, a choć sekundę później odwrócił się w taki sposób, że nie mogła już widzieć jego miny, jego gesty były wystarczająco wymowne. Odciągnął bowiem Natalię na bok i pochyliwszy się nad nią, rozmawiał z nią, prawdopodobnie patrząc jej prosto w oczy, co dało się wywnioskować z jej utkwionego w nim, równie poważnego spojrzenia.

Ależ to bolało! Choć Iza nie chciała na nich patrzeć, nie umiała ich nie widzieć, choćby kątem oka. A to był przecież dopiero początek! Na szczęście jej uwaga szybko została rozproszona przez okoliczności zewnętrzne, jako że w tym momencie dostrzegły ją Justyna i Dominika, podnosząc na jej widok wesoły raban.

– Iza! Jesteś!

To natychmiast zwróciło też uwagę Asi, Lodzi oraz jej koleżanek, Niny i Julii, przez co wszystkie sześć otoczyły ją, ściskając i zgodnie podziwiając jej strój.

– Łał, Izunia, ale ty wyglądasz! Jaka super sukienka! Ślicznie ci w tej fryzurce, wiesz? Tylko dlaczego dzisiaj na złoto, a nie na czerwono-niebiesko?… Ach, to przez ten konkurs! No tak! Majk przecież mówił, że Iza ma być przynętą, pamiętacie?

Iza śmiała się, odpowiadając na pytania i serdecznie ściskając się z każdą z nich, co pozwoliło jej przynajmniej przez kilkadziesiąt sekund nie patrzeć w tamtą stronę. To podziałało, bowiem kiedy dziewczyny puściły ją, aby mogli się z nią przywitać także panowie, Majk odsunął się już od Natalii i wmieszał się w tłumek, stając teraz obok Pabla, z którym wdał się w jakąś przyciszoną pogawędkę.

– Izunia, tak się cieszę, że cię widzę! – zagadnęła tymczasem Lodzia, odciągając ją nieco na stronę. – Powiedz, jak tam po urlopie? Wypoczęłaś sobie chociaż trochę przed wyjazdem?

– Aha, pewnie! Wypoczęłam, odwiedziłam rodzinę i przyjaciół, a nawet napisałam kawałek pracy licencjackiej. Wszystko zgodnie z planem.

– No to super! Ależ ty jesteś zorganizowana, podziwiam cię! Ja też staram się pisać pracę i nawet zaczyna mi całkiem nieźle iść, aż szkoda, że w poniedziałek trzeba będzie wracać na zajęcia, plan znowu strasznie się zagęści. A właśnie! – spojrzała na nią badawczo. – Co z tym naszym spotkaniem u mnie w domu? Dasz radę w tym tygodniu, czy już nie masz gdzie tego wcisnąć?

– Niestety, nie za bardzo, Lodziu – pokręciła przepraszająco głową Iza. – Na przyszły tydzień mam już tak napięty grafik, że nie wiem, czy wyrobię się na zakrętach, wolałabym nic więcej sobie nie dokładać. Zwłaszcza że jak już będę u was, to chciałabym wpaść na dłużej, porozmawiać na spokojnie, popodziwiać Edzia… Pewnie znowu urósł i rozwinął elokwencję, co? – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Półtora roku, zdaje się, już skończone, więc noblesse oblige!

Roześmiały się obie.

– Tak, skończył osiemnaście miesięcy w czwartek – przyznała z dumą Lodzia. – Na temat elokwencji nie będę się wypowiadać, bo tego nie da się zreferować, sama musisz zobaczyć. A jeśli chodzi o spotkanie, to rozumiem cię doskonale – dodała, wyciągając rękę i gładząc ją z sympatią po ramieniu. – Tak podejrzewałam i nawet nie miałabym sumienia zajmować ci czasu w tak gorącym tygodniu, przed samym wyjazdem. Kiedy dokładnie lecicie?

– Za tydzień w sobotę – odparła rzeczowo.

– Mhm… słuchaj, Izunia, tak a propos – Lodzia spojrzała na nią z wahaniem. – Wiem, że będziesz u Ani i Jean-Pierre’a, więc jakby się dało, miałabym do ciebie prośbę.

– No?

– Chciałabym podać mały prezent dla Tosi.

– Nie ma sprawy, Lodziu – zgodziła się natychmiast. – Byleby zmieścił mi się do walizki.

– Nie, no jasne! Postaram się, żeby to było coś lekkiego i niedużego – zapewniła ją żywo Lodzia. – Na pewno się zmieści i nie obciąży ci bagażu. Chodzi tylko o taki mały, symboliczny gest, Pablo jest ojcem chrzestnym Tosi, więc wypada coś jej podrzucić.

– Żaden problem. Chętnie przekażę jej prezent od chrzestnego.

– Bardzo ci dziękuję, jesteś kochana. Odszukam cię w takim razie w środę albo w czwartek na uczelni i podam ci paczuszkę, dobrze? A na spotkanie faktycznie umówimy się, jak już wrócisz. Może zresztą dzisiaj znajdzie się chwila, żeby porozmawiać? Zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja – dyskretnym ruchem głowy wskazała na Majka, który rozmawiał wciąż z Pablem, a teraz dołączył do nich także Kajtek. – Może być ciekawie, bo dzisiaj wreszcie jest Natalia – zniżyła konspiracyjnie głos, w którym zabrzmiała nuta rozbawienia. – A zaczyna się całkiem nieźle, widziałaś ich powitanie?

– Nie zwróciłam uwagi – odparła Iza, natychmiast włączając tryb komandosa. – Porwałyście mnie w takie obroty, że nie zdążyłam nawet się obejrzeć.

– No tak, faktycznie! – parsknęła śmiechem Lodzia. – Musiałyśmy zbiorowo cię wyściskać i skomplementować twoją sukienkę, to było najważniejsze! W sumie to nic takiego się nie działo – machnęła lekko ręką. – Po prostu rozmawiali na boku, choć fakt, że dosyć długo. Pisałam ci, jak było w tamtym tygodniu, nie? Naty nie było, a ja dawno nie widziałam Majka w takim wisielczym humorze. Za to dzisiaj? Bardzo proszę… po prostu cud, miód!

Obie parsknęły śmiechem, zerkając na Majka, który w tym samym momencie również zerknął na nie i obdarzył je z daleka szerokim uśmiechem.

– Dobra, chodźcie już tam, pozdejmujecie sobie katany – rzucił tonem gospodarza do przyjaciół, ruchem głowy wskazując z daleka na przygotowany w sektorze VIP-ów stół. – Postawiliśmy tam specjalne wieszaki dla was… Iza? – obejrzał się na nią. – Powiesz dziewczynom w kuchni, żeby przysłały już przystawki dla gości specjalnych? Mogą podawać od ręki.

– Tak jest – poderwała się Iza. – Już lecę. A zamówienia na danie główne?

– Jeszcze nie, najpierw musimy zrobić wywiad. Na razie niech rzucą przystawki na zimno.

– Okej – skinęła głową.

Po czym, mrugnąwszy porozumiewawczo do Lodzi, odwróciła się i ruszyła w stronę zaplecza, dopiero wtedy pozwalając sobie na rozluźnienie mięśni twarzy dotąd boleśnie rozciągniętych w uśmiechu.

***

Konkurs piosenki francuskiej w Anabelli trwał od półtorej godziny ku uciesze tłumnie zebranych gości, spośród których do zabawy zgłosiło się ponad dwadzieścia osób. Były to w większości panie, aczkolwiek wśród uczestników znalazło się również kilku odważnych panów, niekoniecznie uzdolnionych wokalnie, za to prezentujących ogromną dozę poczucia humoru i dystansu do samych siebie. To oraz błyskotliwy sposób, w jaki szef lokalu prowadził zabawę, sprawiało, że publiczność, wliczając w to również paczkę przyjaciół z Pablem i Lodzią na czele, pękała ze śmiechu, choć zdarzały się i momenty wzniosłej ciszy, kiedy kilku uczestników zaprezentowało iście profesjonalne wykonania.

Uwagę zwrócił zwłaszcza jeden z młodych mężczyzn, który wybrał stary utwór Christophe’a Aline i wykonał go tak pięknie, że zebranym ze wzruszenia ścisnęły się gardła, a niektórym wręcz łzy stanęły w oczach. Iza, ogłoszona przewodniczącą komisji konkursowej, również słuchała go oczarowana, zwracając uwagę nie tylko na jego czysty, niski głos, ale także na prawidłowo wymawiane i akcentowane słowa, co dla niej było równie ważne jak sam wokal. Kiedy utwór zakończył się, przez dwie czy trzy sekundy na sali trwała jeszcze pełna skupienia cisza, po czym rozległ się gromki huk aplauzu.

– No i wygrał! – słychać było wszędzie pełne uznania stwierdzenia. – Bezkonkurencyjnie!

– Sławek, ale dałeś! – klepali wykonawcę po plecach przyjaciele. – Gratulacje!

Spośród uczestników wyróżniły się również dwie dziewczyny, które ubrały się tak samo, przez co wyglądały jak siostry bliźniaczki, choć zapewniały, że nie są spokrewnione, i które w wielkim stylu wykonały jeden ze znanych utworów Edith Piaf. Okraszone żartami i komentarzami przesłuchania potrwały prawie dwie i pół godziny, dlatego, biorąc pod uwagę, że goście chcieli również potańczyć, Majk zapowiedział przerwę techniczną przed ogłoszeniem wyników, które miało odbyć się punktualnie o północy, i do tego czasu nakazał Antkowi uruchomić regularną dyskotekę. Spotkało się to z wielkim wybuchem entuzjazmu i na parkiet wyległy takie tłumy, że Chudy z Tomem, aby zrobić więcej miejsca, musieli odsunąć kilkanaście okolicznych stolików, ścieśniając je z innymi w sektorze B i D.

Również paczka przyjaciół Pabla, która dziś stawiła się w Anabelli w szerokim, kilkunastoosobowym składzie, zadeklarowała gotowość do tańca, nakłaniając do tego także Izę i Majka.

– Przewodnicząca komisji konkursowej i gospodyni balu w jednej osobie zatańczy ze mną – oznajmił Wojtek, stając przed Izą i kłaniając się jej szarmancko. – Czy mogę panią prosić?

Iza, choć zdziwiona, chętnie podała mu dłoń, na co zebrane wokół nich towarzystwo wytrzeszczyło na Wojtka oczy i gruchnęło śmiechem.

– Wojtuś, ty? – zawołała Dominika. – Ty?! Pierwszy się wyrywasz do tańca? Przejmujesz inicjatywę? No nie wierzę!

– Ja też pierwsze widzę u ciebie taki entuzjazm – przyznał Maciek.

– Justi, uważaj! – zaśmiała się Asia. – Z twoim mężem dzieje się coś podejrzanego! Lepiej go pilnuj, to chyba kryzys wieku średniego, ciągnie go do młodszych!

– A niech idzie! – machnęła ze śmiechem ręką Justyna, mrugając wesoło do Izy. – Poradzę sobie, znajdę kogoś na zastępstwo! Majk mnie pocieszy, prawda, Majk?

– Tak jest, o pani! – skłonił jej się teatralnie Majk. – Zawsze do usług. Uwielbiam służyć pięknym damom za koło ratunkowe!

– To ja po Justi! – zgłosiła się Dominika. – Majk, słyszysz? Zapisz mnie w swoim karneciku!

– Wojtek, przyznaj się, to taki sposób na spłatę długu wdzięczności? – pokiwał głową rozbawiony Kajtek. – Za te fałszywe ślimaki, co?

Wszyscy znów roześmiali, wspominając scenę sprzed kilku godzin, kiedy to Wojtek, przegrawszy jakiś zakład z kolegami, został zobligowany do zamówienia i zjedzenia porcji ślimaków po prokuratorsku, z czego udało mu się wybrnąć w iście dyplomatycznym stylu. Odciągnąwszy bowiem Izę na stronę, wynegocjował z nią, by w przygotowanej dla niego porcji nie znalazły się nawet śladowe ilości tego specjału, a zamiast niego w sosie zostały zanurzone udające ślimaki gnocchi. Iza, zmiękczona jego deklaracją, że od prawdziwych ślimaków dostanie torsji i skrętu żołądka, a kto wie, może nawet umrze przy stole, zlitowała się i przystąpiła do spisku, osobiście nadzorując przygotowanie w kuchni dania specjalnego. Oczywiście zamówienie to wzbudziło wśród kucharek wielkie rozbawienie, jednak porcja fałszywych ślimaków została spreparowana i podana zgodnie z instrukcją.

Przewrotny ów spisek zakończyłby się pełnym sukcesem, gdyby nie czujność Pabla, którego uwagę zwrócił fakt, że Wojtek jadł owe „ślimaki” z podejrzanym smakiem i bez oporu, zaś wezwanemu na inspekcję Majkowi wystarczył krótki rzut oka, by zdemaskować kulinarne oszustwo. Odkrycie to wywołało taką falę śmiechu i żartów, że do tej pory wszystkich bolały przepony, a ponieważ Wojtek pokornie przyznał się do winy, konsumpcja prawdziwych ślimaków została mu uroczyście darowana. Publiczne rozgrzeszenie otrzymała także główna wspólniczka i wykonawczyni planu, którą zgodnie okrzyknięto królową miłosierdzia, a wdzięczny jej z całego serca Wojtek zapewnił, że ma w nim bezterminowego dłużnika.

Izie ten zabawny epizod był bardzo na rękę, podobnie jak każde inne zajęcie lub zdarzenie absorbujące uwagę przyjaciół, a jej samej ułatwiające odgrywanie roli komandosa. Właściwie od kilku godzin całkiem skutecznie lawirowała po sali i zapleczu, tylko od czasu do czasu zaglądając do sektora VIP-ów, by donieść coś z kuchni albo chwilę porozmawiać. Z Natalią zdążyła się tylko przywitać i w krótkich słowach ustalić, że ze względu na napięty grafik na zaległe spotkanie umówią się dopiero po jej powrocie z Belgii. Perspektywa ta sprawiała jej ulgę, podobnie jak to, że Majk zachowywał się dziś względem Natalii całkowicie neutralnie i z jakiegoś powodu nie epatował okazywaniem jej względów, przez co również Lodzia, Justyna, Dominika i Asia nie miały pretekstu do wciągania jej w spiskowe rozmowy.

„Pewnie gra przed nami i nie pokazuje nic po sobie, bo chce zachować to na razie w tajemnicy” – analizowała, obserwując z daleka Majka tańczącego z Justyną i pozwalając prowadzić się po parkiecie Wojtkowi, który nota bene tańczył całkiem nieźle. – „Udaje dystans względem Natalii, żeby nikt tego przedwcześnie nie komentował… woli się kryć, dopóki nie zdobędzie jej serca i nie rozwiąże tych swoich klinczów i patów… Nie ma tylko pojęcia, że to jest tajemnica poliszynela i prawie wszyscy już się tego domyślają. Tak czy inaczej ta jego zeszłotygodniowa niechęć do tańca, o której mówiła Lodzia, to jednak nie była rezerwacja sentymentalna dla Natalii. I Bogu dzięki. Proszę, nie rób już takich rezerwacji, promyczku, nie odbieraj mi chociaż tego… tak bardzo chciałabym i ja czasem móc z tobą zatańczyć…”

– Dziękuję – powiedział Wojtek, kiedy utwór zakończył się, światło przestało migać, a tłum zatrzymał się na parkiecie. – Moje wyrazy uznania, naprawdę świetnie tańczysz.

– Wzajemnie, ja też dziękuję – odparła z uśmiechem, po czym, skinąwszy mu głową, wycofała się z zamiarem czmychnięcia z parkietu na zaplecze.

Nie zdążyła jednak zrobić nawet kilku kroków, kiedy za ramię chwycił ją Pablo.

– A dokąd to, elfiku? – zagadnął wesoło. – Znowu nam uciekasz? Nie ma mowy, nigdzie nie pójdziesz, teraz tańczysz ze mną!

– Ach – spojrzała na niego zdezorientowana.

– No co? – zaśmiał się. – Chyba mi nie odmówisz? Nie bój się, nie gryzę!

– Nie dyskutuj, Iza, robimy wymianę partnerów! – wyjaśniła jej wesoło przybyła tuż za nim Asia, wyciągając rękę do Wojtka. – Lodzię zabrał Kajtek, a ty, Wojtuś, dawaj, teraz ze mną!

Wojtek rozłożył ręce w żartobliwym geście bezradności i posłusznie stanął przy niej w oczekiwaniu na wznowienie muzyki.

– No to ja z Maćkiem! – zgłosiła się Justyna, wpadając pomiędzy nich. – Gdzie on się znowu podział? Asia, gdzie twój mąż?

– Co mnie pytasz, szukaj go sobie – wzruszyła ramionami Asia. – Teraz to twój problem!

Zamieszanie z dobieraniem się w pary potrwało jeszcze chwilę, jednak już w następnej minucie światło znów przygasło i Antek włączył lampki dyskotekowe, a z głośników popłynęły dźwięki kolejnego, tym razem spokojnego utworu. Pablo z uśmiechem podał rękę Izie i oboje zatonęli w rozkołysanym tłumie, w którym szybko zgubili pozostałe znajome pary. Jako że Pablo był znakomitym tancerzem i prowadził ją po parkiecie z podobną wprawą i wyczuciem, jak potrafił robić to Majk, tych kilka kolejnych minut tanecznego odpoczynku od pracy stało się dla Izy prawdziwą przyjemnością, zwłaszcza że ze względu na głośną muzykę żadne z nich nie musiało czuć się w obowiązku podtrzymywania konwersacji.

Majk, który kilka metrów dalej, zgodnie z ustaloną kolejką, tańczył z Dominiką, również milczał, ukradkiem obserwując przebłyskującą w migoczącym świetle sylwetkę dziewczyny w sukience o złotawej barwie księżyca w pełni. Wyglądała w niej tak prześlicznie, jak wiosenny motyl… Ciepły odcień tkaniny cudownie ożywiał jej bladawą cerę, rozpuszczone ciemne włosy, podpięte tylko po bokach, odcinały się wyraźnie na tle jasnej kreacji, a długie fałdy sukni dopełniały wrażenia lekkości i zwiewności jej postaci. Zdawało mu się chwilami, że u jej ramion, choć niewidzialne dla ludzkiego oka, furkoczą przeźrocze skrzydełka elfa alias dobrej wróżki, która sfrunęła do jego podziemnego królestwa, by napełnić je magicznym czarem swojej obecności.

Anabella, dusza i światło tego miejsca… Od początku francuskiej imprezy dziesiątki razy zerkał na nią, gdy przemykała po sali jak mała iskierka, krążąc tu i tam, a niekiedy przecinając mu drogę i w przelocie obdarzając go uśmiechem. Jej złocista sukienka migotała raz w jednym, raz w drugim kącie sali, czasem błyskała w korytarzu zaplecza albo w drzwiach od kuchni, pojawiała się i znikała niczym promyk słońca przesłaniany od czasu do czasu figlarnymi chmurkami. Mimo że wciąż niczego nie mógł być pewien i że znów ziała przed nim czarna przepaść zbliżającego się kilkutygodniowego rozstania, świadomość, że Iza była dziś obok, że wraz z nim działała i współtworzyła klimat tego miejsca, przepełniała mu serce cichą radością, nadając sens nie tylko bieżącemu dniu, ale i wszystkim minionym latom jego ciężkiej pracy. Tu wszak było jej miejsce i taka była jej rola – gospodyni, szefowej, wymarzonej pani jego małego, prywatnego świata, który z takim wysiłkiem i poświęceniem budował od ponad dekady.

Przyjaciele również nie omieszkali zauważyć, jak pięknie wyglądała dziś w tej złocistej odsłonie, i zasypali ją komplementami, on zaś, patrząc na to, pękał z cichej, rozpierającej mu piersi dumy. Przyglądał jej się ukradkiem, kiedy witała się z Lodzią, i choć wiedział, że w przypadku kobiet piękna z pięknem się nie porównuje, mimo wszystko nie mógł się od tego powstrzymać. Gwiazdeczka, owszem, była prześliczna, jej oczy koloru niezapominajek oraz imponujący blond warkocz wyróżniały ją na tle innych i masowo przyciągały męskie spojrzenia, jednak on, choć lubił ją bardzo i podziwiał, jako mężczyzna nie gustował w tym akurat typie kobiecej urody. W jego oczach słoneczne piękno Lodzi, choć spektakularne i obiektywnie niezaprzeczalne, bladło na tle księżycowej poświaty bijącej od tego małego elfika w zwiewnej, złotej sukience, której refleksy tak cudownie podkreślały dziś zgrabne linie jej sylwetki, eksponując także jedwabisty blask jej ciemnych, prostych włosów. Jeden jej gest, jedno spojrzenie czy uśmiech potrafiły w ułamku sekundy rozkołysać mu serce, rozpalić zmysły i wynieść do gwiazd jego duszę – księżycową duszę, którą odkrył w sobie właśnie dzięki niej.

Tańczyła teraz z Pablem, a wcześniej z Wojtkiem i tak uroczo się do niego uśmiechnęła, przyjmując zaproszenie… aż mu pozazdrościł. Oczywiście tylko w żartach, ci dwaj na szczęście byli niegroźni, wręcz cieszył się, że tak ją lubią i cenią, zwłaszcza Pablo. Jak on to niedawno powiedział? Jestem autentycznym fanem twojego elfika… Twojego. Właśnie. To było w tamtym zdaniu najważniejsze słowo, choć frajer pan mecenas pewnie niezbyt zdawał sobie z tego sprawę. Przyjaciele kojarzyli ją z nim tylko w kontekście zawodowym, jako jego prawą rękę i stały element pejzażu jego firmy, nie mając pojęcia, jakiej rewolucji dokonała w jego życiu osobistym i kim stała się dla niego w przeciągu ostatnich dwóch lat. I dobrze. Niech na razie nie wiedzą, tak będzie dla niego lepiej. Jeśli ma kogokolwiek wtajemniczyć, to co najwyżej Pabla, który właśnie teraz, o tam, kilka metrów dalej prowadził ją po parkiecie przy dźwiękach już powoli kończącego się utworu. Tak, to już koniec, trzeba będzie podziękować za taniec Dominice, skwitować go jakąś żartobliwą uwagą i poczekać na zmianę partnerów – może jakimś cudem trafi mu się Iza?

– Coś ty taki zamyślony, Majk? – zagadnęła go Dominika, zatrzymując się i wycofując z jego objęć, kiedy muzyka ucichła. – Jakbyś był w jakimś transie!

– Bo jestem – odparł, składając jej szarmancki, przerysowany ukłon. – Któż by nie był w tańcu z tobą, Madame?

– Aha, jasne, ściemniaj dalej! – zaśmiała się, pociągając go ku brzegowi parkietu. – Za stara już jestem na takie bajery… o, Nata! – zdziwiła się, wpadając centralnie na Natalię, która właśnie zakończyła taniec z jakimś nieznajomym partnerem.

Ów najwyraźniej chciał z nią tańczyć dalej, ona jednak skinęła mu stanowczo głową na znak podziękowania i odwróciła się do Dominiki i Majka, skutkiem czego speszony mężczyzna wycofał się i szybko zniknął w tłumie.

– Dobra, słuchajcie, zostawiam was i wracam na chwilę do stołu – oznajmiła żywo Dominika, również cofając się o krok. – Muszę się czegoś napić!

I nim Majk zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, został na skraju parkietu sam na sam z Natalią, która, sądząc po minie, zdawała się być usatysfakcjonowana tą okolicznością. A więc będzie musiał z nią zatańczyć… W sytuacji jeden do jednego nie wypadało się wykręcać, choć najchętniej by to zrobił, zwłaszcza że kątem oka wciąż widział złotawą plamę sukienki Izy, która, zamieniwszy kilka grzecznościowych słów z Pablem, podziękowała mu właśnie i zeszła z parkietu, przemykając szybkim krokiem na zaplecze. Minęła go o zaledwie metr, nie zauważając nawet, że tu był.

Co za stracona okazja! Gdyby Dominika nie wyhaczyła tej Natalii i nie zagadnęła do niej, miałby wolną rękę! Mógłby zatrzymać Izę, tak jak wcześniej zrobił to Pablo, nie pozwolić jej uciec i zaprosić do tańca przy tym pięknym powolnym utworze, którego pierwsze dźwięki właśnie popłynęły z głośników… No, ale cóż. Jak pech, to pech.

Zrezygnowany zaoferował ramię Natalii i pociągnął ją w tłum tańczących, ustawiając się przy tym tak, by móc kontrolnie zerkać w stronę baru. Iza jednak już definitywnie zniknęła z horyzontu, pewnie poszła do kuchni doglądać menu albo dogadać coś z dziewczynami, korzystając z pasma przerwy przed ogłoszeniem wyników konkursu. Trudno. On dzisiaj i tak nie liczył na wiele, z góry godził się z tym, że będą się tak mijać, Dzień Francuski był wszak dla obojga tylko zadaniem do wykonania, w trakcie którego musieli trzymać się swych ról. Owszem, gdyby udało mu się ugrać chwilę sam na sam z nią, przytulić w tańcu tego migoczącego na złocisto motyla, byłby przeszczęśliwy, ale cóż… Prawdziwe szczęście czekało go dopiero jutro wraz z umówioną od wielu dni sesją filozofii księżycowej i ta promesa wystarczała mu dziś w zupełności. Bo czy nie był mistrzem czekania, doskonale zaprawionym w tej walce wojownikiem?

O tak. Taniec z Natalią, którą dziś przy powitaniu musiał lekko ochrzanić za nieusprawiedliwione nieobecności z zeszłego tygodnia, też był elementem tej walki. Potem będzie rozstrzygnięcie konkursu, po którym oboje z Izą zatańczą ze zwycięzcami, a potem… potem może jeszcze trafi się okazja? Dyskoteka, zgodnie z planem, potrwa przecież co najmniej do pierwszej w nocy, więc może kiedy goście już pojadą, na sam koniec… może…

– Majk, ale nie jesteś na mnie zły? – zagadnęła Natalia, podnosząc na niego wzrok i przechylając kokieteryjnie głowę.

Muzyka była głośna, jednak ten utwór był nagrany jakoś ciszej niż poprzedni, co w tym miejscu parkietu, z dala od głośnika, w pełni umożliwiało rozmowę. A niech to, znowu ten cholerny pech!

– Zły nie – zaprzeczył spokojnie. – Po prostu sformułowałem pierwsze ostrzeżenie.

– Wybacz, ten wyjazd był naprawdę pilny, musiałam, hmm… zamknąć taką jedną sprawę. Jak będziesz chciał, to potem wszystko ci opowiem – błysnęła tajemniczo oczami. – A co do zaległości w papierach, to nie bądź taki, przecież je nadrobię. W przyszłym tygodniu mogę przyjść trzy albo nawet cztery razy.

– W przyszłym tygodniu nie ma takiej potrzeby, Iza ogarnęła już wszystkie zaległości. Nadrobisz te nieobecności w marcu, jak ona wyjedzie, będę wtedy potrzebował stałej pomocy przy fakturach.

– Okej, nie ma sprawy. Wiem, że w tamtym tygodniu głupio wyszło, bo jej też nie było i zostałeś z papierami sam, ale u mnie to naprawdę była siła wyższa.

– Rozumiem, zdarza się – skinął głową. – I moje zastrzeżenie dotyczy nie tyle samej nieobecności, co tego, że mnie o niej z góry nie poinformowałaś.

– Jasne, szefie, poprawię się – uśmiechnęła się, powłóczystym gestem dłoni przesuwając mu po ramieniu. – Tylko już nie bądź na mnie zły, hmm?

– Nie jestem.

Nie, nie był na nią zły, choć sam przed sobą nie krył, że coraz bardziej go irytowała. I nie chodziło tylko o tę niezapowiedzianą nieobecność, o której nawet nie raczyła mu wspomnieć, ani nawet o to, że znowu kleiła się do niego, jeżdżąc mu odważnie dłońmi po ramionach, aż momentami czuł na szyi i karku dotyk jej palców. To mu jakoś bardzo nie przeszkadzało, to przecież tylko taniec, inne dziewczyny nieraz zachowywały się podobnie, a granice i tak wyznaczał on… Chodziło o całokształt. Pomimo pozorów rzetelności i sympatyczności, instynktownie wyczuwał w Natalii coś fałszywego, a choć nie chciało mu się wnikać w to, na czym ów fałsz polegał, z biegiem tygodni nabierał coraz głębszego przekonania, że nie pasowała do zespołu Anabelli.

A zatem cóż – good bye. Choć umowę miała podpisaną do końca kwietnia, on już teraz wiedział, że jej nie przedłuży. Oczywiście skonsultuje to jeszcze w swoim czasie z Izą, ale raczej nie zakładał wielkiego sprzeciwu z jej strony, będzie musiał tylko pomyśleć, jak załatwić to dyplomatycznie, by niepotrzebnie nie narazić się na foch Justyny. Miał na to jeszcze pełne dwa miesiące – i dobrze, zwłaszcza że w marcu, pod nieobecność Izy, pomoc Natalii przy fakturach faktycznie mu się przyda. Tak strasznie nie znosił tej nieszczęsnej papierkowej roboty! Zresztą docelowo trzeba będzie zdjąć to też z Izy, na tym etapie rozwoju firmy księgowa na osobnym etacie to już nie był luksus, a konieczność. Od maja będzie więc musiał rozejrzeć się za kimś innym… A może by tak pogadać z teściem Pabla? Ha! Świetny pomysł, że też wcześniej na to nie wpadł! Wszak pan Marek od czterdziestu lat pracuje w Urzędzie Miasta właśnie jako księgowy, na pewno zna ludzi z branży, więc może kogoś by mu polecił?

Stojące w cieniu pod ścianą ze szklankami wody w dłoniach Justyna i Dominika z rozbawieniem obserwowały z daleka tańczącą parę.

– No i co? – zagadnęła wesoło Dominika. – To był majstersztyk dyplomacji, szkoda, że tego nie widziałaś! Chłopczyk jest nieśmiały, musiałam mu trochę pomóc.

– A miałyśmy nie ingerować, pamiętasz? – zestrofowała ją żartobliwie Justyna. – Już nie przesadzaj, kto jak kto, ale Majk na pewno poradziłby sobie sam. Może nie wyrywał się dzisiaj, bo po prostu nie chce tak publicznie?

– Oj tam, mała pomoc losowi nigdy nie zaszkodzi – machnęła ręką Dominika, upijając łyka ze szklanki. – Wyszło naturalnie, nie bój się. Zobaczyłam ją na parkiecie, pociągnęłam Majka niby przypadkiem do niej i udałam, że muszę iść się napić, żeby zostali sami. I co? Zobacz, jaki efekt!

– No, tańczą – przyznała Justyna. – I to całkiem blisko, ale póki co nic wielkiego się nie dzieje. Szczerze mówiąc, liczyłam na więcej.

– Spokojnie, cierpliwości – pokiwała z pobłażaniem głową Dominika. – Pamiętasz, jak w tamtą środę w ogóle nie chciał tańczyć, a potem przepadł gdzieś jak kamień w wodę? A dzisiaj, kiedy ona tu jest, dziwnym trafem ma zupełnie inny humor.

– Mhm, prawda. Ale wtedy zniknął raczej nie po to, żeby się z nią kontaktować – zaznaczyła Justyna, nieco poważniejąc. – To był jednak fałszywy trop, Domi. Podobno miał do niej pretensje o to, że w tamtym tygodniu nie było jej w pracy, ale powiedział jej to dopiero dzisiaj, więc, jak rozumiem, wcześniej nie rozmawiali.

– Skąd to wiesz?

– Bezpośrednio od Naty, mówiła mi przy stole.

– E, przecież wiadomo, o co miał pretensje – Dominika spojrzała na nią porozumiewawczo. – Przykro mu było bez niej w środę na imprezie, same możemy to potwierdzić, widziałyśmy, jaki chodził skwaszony. Ale co tam… nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, a Majk to stary, doświadczony dyplomata, nie bój się. Teraz przynajmniej będzie miał okazję poudawać obrażonego i zażądać, żeby jakoś mu to wynagrodziła, nie?

Obie parsknęły śmiechem, zgodnie podnosząc do ust szklanki z wodą.

– A nie wiesz, czy Lodzia wyciągnęła coś nowego od Izy? – zapytała Dominika.

– Nie wiem, nic mi nie mówiła – pokręciła głową Justyna. – Potem jeszcze ją zapytam, ale jakby było coś spektakularnego, to już dawno by nam to przekablowała. Izy chyba zresztą też jakiś czas nie było w Lublinie, więc pewnie za wiele się nie dowiedziała, zwłaszcza że z Natalią podobno rzadko się widują.

– Jak to? Przecież pracują razem.

– Tak, ale w innych godzinach. Nata dyżuruje popołudniami i tylko dwa razy w tygodniu, a Iza jest tu głównie wieczorami, bo w dzień ma te swoje studia.

– Aha, no tak.

– Poza tym Majk pewnie całkiem nieźle się z tym kryje… znaczy, próbuje – uśmiechnęła się pobłażliwie. – A wiesz, jaka Iza jest lojalna i dyskretna, jak nie zaobserwuje czegoś na własne oczy, to raczej nie będzie go o nic wypytywać wprost. On by zresztą nic jej nie powiedział, to są przecież skrajnie prywatne sprawy.

– No, prawda – zgodziła się Dominika, nie spuszczając uważnego wzroku z tańczącej pary. – I w sumie nie ma co się niecierpliwić, wszystko w swoim czasie, przecież dopiero niedawno się poznali. To tylko Pablo narzucił takie kosmiczne tempo, pamiętasz? Jak zadurzył się w gwiazdeczce, to ze schowka na szczotki w niecały rok powędrował do ołtarza!

– Aha! I jak widać, jeszcze ani trochę mu nie przeszło!

Zaśmiały się obie, przenosząc pełne sympatii spojrzenie w inną stronę parkietu, gdzie Pablo znowu tańczył z Lodzią, co zresztą nikogo z przyjaciół nie dziwiło. Z daleka, w ciemnościach i migającym świetle, mogły dostrzec tylko zarys ich sylwetek, nie zauważyły więc, że wzrok mężczyzny od kilku minut również skupiał się dyskretnie na postaciach tańczących wciąż razem Majka i Natalii. Co ciekawe, widok ów nie rodził na jego obliczu typowego dla takich sytuacji uśmiechu pobłażliwego przyzwolenia, lecz jego spojrzenie wyrażało raczej podszyty niedowierzaniem niepokój, który mimo to starannie krył przed żoną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *