Anabella – Rozdział CCXI
– Fajnie ci, że masz już z głowy zaliczenie z seminarium – zagadnęła nie bez nuty zazdrości Marta, kiedy po zakończonych zajęciach zmierzały z Izą do szatni. – Ja ciągle nie mogę się zebrać, dopiero za tydzień spróbuję coś mu przynieść. Jak ty to robisz, że trzymasz taką dyscyplinę?
– E tam, dyscyplinę – machnęła ręką Iza, kładąc na ladzie szatni numerek, a po chwili odbierając swój płaszcz. – Ja raczej pracuję skokami. Jak zaczyna dręczyć mnie sumienie, to siadam i odwalam zadanie, z dyscypliną to nie ma nic wspólnego. Na początku miesiąca dostałam trochę wolnego w pracy, więc przysiadłam i napisałam tych parę stron, ale to przecież dopiero początek. A ty co? Nie masz jeszcze nic a nic?
– Trochę mam, ale w rozsypce – westchnęła Marta. – Muszę to jakoś poukładać, a ciągle nie mam do tego głowy. I jeszcze ta opisówka… Mam nadzieję, że poprawiłam pierwszy test i chociaż z tego zaliczenie będę mieć w kieszeni.
Iza pokiwała głową. Testy poprawkowe z gramatyki opisowej koledzy pisali w zeszłym tygodniu i nadal oczekiwali na wyniki, to zaś spędzało sen z powiek zwłaszcza tym najbardziej zagrożonym, czyli Zbyszkowi, Kindze i Basi. Jednak i pozostali, nie mając pewności co do zaliczenia, stresowali się tym prawie tak samo mocno.
– A jak tam Dan? – zagadnęła, kiedy ubierały się przed lustrem w holu. – Ile mu jeszcze tych badań zostało?
– Jutro dwa, a potem już tylko tomografia głowy – odpowiedziała Marta, nakładając czapkę, lecz szalik chowając do torebki. – E, nie będę się owijać tym szalem, ciepło jest… Tomografię będzie miał w piątek. Problem w tym, że niektóre wyniki przyjdą dopiero pod koniec stycznia, na razie odebrał tylko te podstawowe z krwi.
– I co? Coś tam wyszło? – zaciekawiła się Iza.
– Chyba tak, jest dużo strzałek w górę albo w dół… no wiesz, sygnał, że to czy tamto jest powyżej albo poniżej normy. Ale co to znaczy, to już nie wiadomo… Ja się na tym nie znam, Dan też, zaniesie to wszystko do lekarza dopiero, jak będzie miał komplet.
– Kapuję. A po co tomografia głowy?
– Lekarz mu zlecił – wyjaśniła. – Pewnie przez te poranne zawroty i osłabienia. Ale to dobrze, jak już sprawdzać wszystko, to sprawdzać. USG brzucha też robił, tam akurat nic nie wyszło, powiedzieli mu to od razu na badaniu.
– Na szczęście – mruknęła Iza.
– No – zgodziła się ponuro Marta, otwierając drzwi, przez które obie wyszły na zewnątrz i powoli ruszyły chodnikiem w stronę centrum. – Markery nowotworowe też mu zlecił, wiesz? W piątek ma odebrać wyniki… i tego chyba najbardziej się boję.
Zamilkły na chwilę, idąc jeszcze odrobinę wolniej chodnikiem mokrym od roztapiającego się śniegu. Pogoda wciąż była zmienna i bardzo nieprzyjemna ze względu na przesycającą powietrze wilgoć, w dzień temperatura wznosiła się powyżej zera, przez co stare zwały brudnego śniegu roztapiały się i spływały błotem po chodnikach i ulicach, nocami zaś spadała do minus jeden lub dwóch, na nowo ścinając lekkim lodem roztopione grudy. Choć przypominało to klimat wczesnej wiosny, wszyscy mieli świadomość, że zima wciąż była w pełni, a prognozy pogody zapowiadały powrót siarczystych mrozów na przełomie stycznia i lutego.
– Ty i tak jesteś bardzo dzielna, Martuś, że jeździsz z nim na te badania – odezwała się Iza.
– E tam. Ktoś przecież musi go pilnować – wzruszyła ramionami. – Jak nie będzie miał nad sobą cerbera, to znowu zacznie ściemniać i robić uniki, a skoro padło na mnie, to po prostu wywiązuję się z zadania. Zresztą robię to głównie z innego powodu – dodała ciszej. – I głupio mi przez to jak cholera.
– No wiem – pokiwała ze zrozumieniem głową Iza. – Ja też mam wyrzuty sumienia po tym balu, trudno ich nie mieć. Ale skąd mogłyśmy wtedy wiedzieć, że on jeszcze nie jest w pełnej formie? Pewnie nawet on sam tego nie wiedział tak do końca.
Marta zagryzła wargi i niby przypadkiem kopnęła nogą leżącą na chodniku brudną muldę śnieżną, aż rozsypała się z impetem na wszystkie strony.
– Nie chodzi tylko o wyrzuty sumienia – wyjaśniła jej ponuro. – Mam je, owszem, i to nie tylko przez ten bal, ale też przez to, jak zachowywałam się względem Dana od wakacji aż do wesela Kini. Jakbym była w jakimś amoku. Olewałam go, unikałam, nabijałam się z niego jak świnia… brr, nawet nie chcę o tym myśleć! Tak się nie traktuje przyjaciół, dlatego teraz muszę się chociaż trochę zrehabilitować, to prawda. Ale to nie jest tak, że jestem świętą altruistką, Iza. Wręcz przeciwnie i bardzo mi za to wstyd.
– Za co? – zdziwiła się Iza.
– Za to, że myślę głównie o sobie. Bo ja tego nie robię dla Dana, rozumiesz? – spojrzała na nią z miną winowajcy. – Wszystko to, od samego początku, robiłam i robię głównie dla siebie. I ten bal, i odnowiony kontakt z nim, teraz te badania… Wiesz chyba dlaczego.
– Żeby nie myśleć o Patryku? – domyśliła się.
– Mhm, dokładnie – znów z całej siły kopnęła rozmiękłą muldę śniegu, która napatoczyła jej się pod nogi. – To mi pozwala zająć głowę czymś w miarę neutralnym, nie gryźć się tamtym, tylko skupić się na jakimś temacie zastępczym. Próbowałam już z uczeniem się, z pisaniem licencjatu, ale do tego kompletnie nie mam zacięcia, a ta choroba Dana… wiem, że to zabrzmi chamsko, ale taka jest prawda… ta jego choroba okazała się dla mnie psychicznym plastrem na ranę, dosłownie spadła mi teraz jak gwiazdka z nieba. Oczywiście to nie jest tak, że się o niego nie martwię, bo martwię się bardzo – zastrzegła. – Ale w tym martwieniu się jest taka dawka egoizmu, że czasem ciężko mi popatrzeć w lustro.
– Rozumiem – szepnęła Iza.
– A z drugiej strony wierzę, że naprawdę do czegoś się Danowi przydam – ciągnęła smutno Marta. – Że on potrzebuje mojej motywacji i nadzoru, więc de facto to wspólne latanie po lekarzach to korzyść dla nas obojga. Taka jakby… symbioza.
– Symbioza – powtórzyła cicho Iza.
Choć takie postawienie sprawy, w pewnym sensie odzierające działania Marty z otoczki wzniosłej szlachetności, w pierwszej chwili nieco ją wstrząsnęło, z każdym jej słowem coraz lepiej rozumiała mechanizm psychiczny, który nią powodował. Tematy zastępcze, pomoc innym, praca bez wytchnienia… wszystko to były przecież dobrze jej znane mechanizmy mentalnej samoobrony i radzenia sobie z bólem złamanego serca. W sumie nic nowego i nic godnego potępienia.
– Niezła ze mnie świnia, co? – zapytała Marta, również zniżając głos.
– No co ty, Martuś, nie mów tak – odpowiedziała łagodnie. – To przecież w twoim przypadku całkowicie zrozumiałe, zresztą mniejsza o intencję, obiektywnie liczy się to, że realnie pomagasz Danielowi. Tak jak powiedziałaś, to jest symbioza, oboje na tym korzystacie, więc czego tu się czepiać?
– Nie chodzi o czepianie. Mówię ci tylko, jak jest, żebyś nie brała mnie za jakąś wielką altruistkę, bo to nieprawda. Gdybym dalej była z Patrykiem, pewnie nawet nie zwróciłabym uwagi, że Dan choruje, kompletnie by mnie to nie obchodziło, żyłabym nadal w swojej bańce. Po prostu sytuacja się zmieniła.
– No tak – przyznała ciepło Iza. – Ale może to i dobrze? Może tak miało być?
– Może. Teraz najważniejsze, żeby te badania wyszły mu w miarę okej. Wiadomo, że idealne nie wyjdą, ale żeby to nie było nic strasznego, tylko coś, z czym da się żyć.
– Razem z tobą mocno trzymam za to kciuki i mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy.
– No. Oby. Mnie te markery martwią najbardziej, jeśli to wyjdzie dobrze, to będzie można odetchnąć z ulgą, ale do piątku jeszcze przed nami trochę stresu. Dan chyba mniej się stresuje niż ja, martwi się tylko, że zbliża się koniec semestru, a on nie ma jeszcze nic pozaliczane.
– I co zamierza?
– Chce oczywiście walczyć o zaliczenie semestru, pewnie w jakimś nadzwyczajnym trybie, bo w zwykłym już nie zdąży. Planuje pogadać z wykładowcami, z dziekanem… Tyle że załatwić sobie zgody to jedno, a drugie to faktycznie zaliczyć materiał, nie? Nadrobienie prawie dwóch miesięcy nieobecności to mega wysiłek, do tego trzeba czuć się dobrze, a nie ledwo chodzić i to w dodatku z zawrotami głowy. Dlatego teraz najważniejsze jest, żeby zdiagnozować, co mu jest, i wyleczyć to.
– Tak jest – zgodziła się Iza. – I oby to się udało jak najszybciej.
Znów przez chwilę szły w milczeniu mokrym, zabłoconym chodnikiem.
– A oglądałaś te bilety na samolot, co ci wysłałam na maila? – zmieniła temat Marta. – Na dwudziestego siódmego lutego, o dziesiątej czterdzieści pięć.
– Tak, widziałam! – ożywiła się Iza. – Wszystko super, dzięki, Martuś, że się tym zajęłaś. Za mój zwróciłam ci już kasę na konto, widziałaś?
– Nie zaglądałam jeszcze, ale jak mówisz, że wysłałaś, to na pewno jest. Wiesz? Coraz bardziej cieszę się, że tam jedziemy. W grudniu, jak dostałyśmy decyzję, mało mnie to obchodziło, ale teraz już inaczej na to patrzę, bo wiem, że to będzie dla mnie psychiczna odskocznia. Dla ciebie zresztą też – zerknęła na nią znacząco. – Przyda ci się trochę odpocząć od tej twojej pracy i wszystkiego, co z nią związane.
Iza pokiwała w zamyśleniu głową, wpatrując się w rozciągającą się przed nimi perspektywę ulicy.
– Owszem – przyznała cicho. – Żebyś wiedziała, Martuś.
***
– Iza, chodź na chwilę do Wiki, co? – zagadnęła Ola, zaglądając do gabinetu, gdzie Iza opisywała i archiwizowała zaległe faktury z końca poprzedniego tygodnia. – Przyszła już Gosia i ma najnowsze info o Lidce, a nie chce powtarzać dziesięć razy.
– Okej – skinęła głową Iza, natychmiast podnosząc się od biurka. – A jak tam na sali? Dużo ludzi?
– Jeszcze mało. Zuzka też już przyszła, przez pół godziny ogarną całość we dwie z Patrycją, a potem my je zastąpimy i sobie odpoczną, już mamy to ugadane.
Iza zerknęła mimo woli na leżące na biurku niebieskie klasery z podatkami, zapewne przygotowane już przez Majka pod jutrzejszą sesję pracy Natalii, po czym zgasiła lampkę i udała się za Olą na salę. Na ich widok Wiktoria dała znać Iwonie, że ma ją zastąpić, po czym wraz z czekającymi już przy barze Klaudią i Gosią dołączyły do Izy i Oli, a następnie wszystkie pięć weszły w korytarz zaplecza i przystanęły pod ścianą.
– Umówiłam się z Zuzką, że będziemy stały w tym miejscu – oznajmiła Ola. – I jakby bardzo nas było trzeba na sali, to ma przyjść i powiedzieć, obiecałam, że będziemy w gotowości.
– Dobry pomysł – pochwaliła ją Iza.
– No, ale mów, Gosia, co u Lidii – niecierpliwiła się Wiktoria. – Trzeba jej w czymś pomóc? Co z jej mamą? Lepiej już?
– Ani trochę, wręcz gorzej – odparła ponuro Gosia, na co dziewczyny popatrzyły po sobie z niepokojem. – Ciężki udar z powikłaniami. Lidia mówi, że jest całkowicie nieprzytomna, lekarze dalej walczą, ale nie dają za dużo nadziei na to, że wróci do siebie, cud będzie, jak w ogóle to przeżyje.
– O kurczę – szepnęła ze zgrozą Klaudia.
– Jeszcze tylko tego Lidzi brakowało… – dodała Wiktoria.
– No. Nie dość, że zwalił jej się na głowę problem z mamą, to jeszcze nie ma z kim zostawiać wieczorami dzieci – ciągnęła Gosia. – Bo przecież mama pomagała przy chłopcach, kiedy Lidia była w pracy, dzięki temu jakoś sobie radziły, i finansowo, i logistycznie. A teraz, kiedy wypadło jedno ogniwo, cały system nagle się zawalił.
– Tak, słyszałam o tym – przyznała z zasępioną miną Iza. – Lidia mówiła w sobotę szefowi, że ma chwilową katastrofę logistyczną i prosiła o wyrozumiałość. Tyle że liczyła, że to stan przejściowy i że za kilka dni albo tygodni wszystko się unormuje… a tymczasem, jak widzę, to już chyba nieaktualna informacja.
– Nieaktualna – przyznała smutno Gosia. – Raczej nie ma szans na unormowanie tego w najbliższych tygodniach. Dopóki jej mama jest w szpitalu, Lidia musi całkowicie się przeorganizować.
– Kto pilnuje jej teraz chłopców wieczorami? – zapytała rzeczowo Iza.
– Sąsiadka. W sobotę została z nimi awaryjnie, a teraz Lidia umówiła się z nią, że przez najbliższy tydzień też posiedzi, a ona jej coś tam zapłaci. Tyle że to nadal jest prowizorka i łatanie dziur – zaznaczyła. – Ale dobre i to. Zresztą Lidia prosiła, żeby usprawiedliwić jej nieobecność w środę na zlocie czarownic u Klaudii – spojrzała znacząco na koleżanki. – Nie będzie mogła przyjść, bo przed pracą jedzie do mamy do szpitala, a potem musi wracać do chłopców.
– Ojej, szkoda – zmartwiła się Ola.
– Szkoda – przyznała Iza. – Myślałam, że dowiemy się od niej więcej z pierwszej ręki i zapytamy, jak można jej pomóc.
– Właśnie! – podchwyciła Wiktoria. – Ale to się przecież nie wyklucza, Iza. Ja też uważam, że trzeba się skrzyknąć i jakoś jej pomóc, przynajmniej dopóki trwale nie ogarnie sytuacji. I póki nie wyjaśni się, co z jej mamą.
– Tak jest – zgodziła się Iza, a Ola, Gosia i Klaudia pokiwały głowami na znak aprobaty. – Myślę, że największą pomocą będzie reorganizacja grafika tak, żeby codziennie któraś z nas mogła zająć się dziećmi. Jak weźmiemy się za to w trybie rotacyjnym i poprosimy o pomoc jeszcze ze dwie dziewczyny, na przykład Zuzkę i Alę, to każdej z nas wypadnie dyżur tylko raz w tygodniu.
– Racja – przyznała Gosia. – I to przecież nie będzie trwało w nieskończoność, tylko przez jakiś czas, więc co nam szkodzi? Uważam, że to świetny pomysł, Iza!
– Ja na mój dyżur mogę przyjmować ich u siebie – zaznaczyła Klaudia. – Bo łazić sama po mieście, zwłaszcza po zmroku, dalej się boję. Ale jeśli Lidia podrzuci mi ich na chatę…
– Daj spokój, ciebie z tego wyłączymy – przerwała jej Wiktoria. – Masz wystarczająco własnych kłopotów.
– Ale ja też chcę pomóc Lidzi! – zaprotestowała Klaudia.
– Dobra, spokojnie, omówimy to w środę na zlocie czarownic, co? – zaproponowała tonem rozjemcy Iza. – Ustawiłam nam wszystkim grafiki tak, że od osiemnastej będziemy wolne. Wszystkie inne dziewczyny mają wtedy zmiany i na Zamkowej, i na Koncertowej, więc brak naszej szóstki powinien być niezauważalny. Lidię oczywiście też uwzględniłam – spojrzała znacząco na Gosię.
– Tak, ona wie i kazała ci podziękować – odparła Gosia – ale właśnie chce skorzystać z tego wolnego pasma, żeby pozałatwiać różne sprawy, które jej wypadły, pojechać do mamy, a potem spędzić trochę czasu z młodymi. Oni też są w szoku, że nie ma z nimi babci, tylko jakaś sąsiadka, a Lidia ostatnio widuje się z nimi głównie rano, jak prowadzi ich do szkoły i przedszkola. Bo potem tylko ich odbiera i leci do roboty, nie zawsze mają nawet czas zjeść razem obiad, a jak wraca i zwalnia sąsiadkę, to chłopcy już śpią.
– No tak – westchnęła Klaudia. – Przecież siedzi w robocie do północy albo i dłużej.
– Do tego od dziesiątego razem z Kacprem zaczęła kurs na prawko – mówiła dalej Gosia. – Szef wszystko opłacił z góry, więc uznała, że musi to pociągnąć, zresztą chce mieć prawko jak najszybciej, ale przez to ma do wciśnięcia w grafik jeszcze po kilka dodatkowych godzin w tygodniu. Masakra, mówię wam.
– Boże, co to jest za życie… – pokręciła współczująco głową Ola. – Normalnie kierat jak w epoce niewolników!
– Ciekawe, ile ona śpi, bo pewnie niewiele – dodała ponuro Wiktoria. – I że też to musiało jej się zwalić na głowę akurat w momencie, kiedy rusza z Koncertową jako szefowa lokalu… jak na złość!
– Jak na złość – powtórzyły mechanicznie Iza, Gosia i Klaudia, wymieniając smętne spojrzenia.
– Coś wymyślimy, żeby jej pomóc – podsumowała Wiktoria. – Ten pomysł Izy z dyżurami przy chłopcach to jest…
– Hej, drogie panie! – przerwał jej donośny głos szefa, który właśnie wypadł z kuchni, przez którą musiał przejść w drodze z parkingu, i dostrzegł zbiorowisko pod ścianą korytarza. – Co to za spęd? Coś się stało?
Mówiąc to, zmierzał ku nim, rozpinając na sobie kurtkę i ściągając ją z siebie, gdyż na zapleczu było bardzo ciepło, wręcz gorąco, a ponieważ na dworze mżyło, rozwichrzone na wszystkie strony włosy bardziej niż zwykle skręcały mu się od wilgoci. Iza poczuła, jak na ten widok opuszki jej palców przeszywa tęskne mrowienie… Czy to nie był ewidentny znak uzależnienia?
– Nie, nic, szefie – zapewniła go w imieniu wszystkich. – Już wracamy do pracy, rozmawiałyśmy tylko chwilę o Lidii.
– Ach, o Lidii! – pokiwał głową, podchodząc do nich i zerkając po nich z niepokojem. – I co tam u niej? Jakieś złe wieści?
– Na szczęście nic ekstremalnego – odparła uspokajająco Wiktoria. – Raczej bez zmian, ale brak zmian to u niej nie jest dobra wiadomość, jak szef zresztą sam najlepiej wie. Po prostu bardzo jej współczujemy i zastanawiałyśmy się, jak mogłybyśmy jej pomóc.
– Też o tym myślę – przyznał Majk, przeciągając dłonią po włosach. – Pogadam z nią jeszcze przy jakiejś okazji, jak będę na Koncertowej, na pewno jako firma nie zostawimy jej bez wsparcia. Ale póki co wracajcie do roboty – dodał, wskazując na wejście na salę. – A ty, Iza, chodź ze mną do gabinetu, jest sprawa do załatwienia.
– Jaka sprawa? – zapytała Iza w drodze przez korytarz, kiedy pozostałe dziewczyny skręciły już na salę.
– Za chwilę Chudy przyprowadzi tu kandydatkę do pracy w kuchni, musimy z nią pogadać – odparł rzeczowo Majk, przerzucając sobie kurtkę przez przedramię i znów nonszalanckim gestem przesuwając dłonią po wilgotnych włosach. – Miał wejść z nią głównym, powinni być za minutę. To osoba z polecenia Ćwiklińskiego – spojrzał na nią znacząco – i jeśli wypadnie pozytywnie, trzeba będzie od ręki zrobić jej umowę na okres próbny. Masz tam otwarty komputer?
– Mam – skinęła głową. – Właśnie siedziałam w fakturach… Nie ma sprawy, zrobi się.
– Chudy ma też przynieść z vana plakaty na Dzień Francuski – dodał Majk, otwierając drzwi od gabinetu i wskazując jej, że może wejść. – Odebraliśmy rano z drukarni i zaraz będą z Tomem rozwieszać, tylko najpierw nasza mistrzyni musi sprawdzić, czy nie ma jakichś błędów.
– Sprawdzę – zapewniła go, znów tęsknie zerkając na jego wzburzone włosy. – Oczywiście, że sprawdzę, szefie, to potrwa minutę, i tak na pewno wszystko jest okej. A dwie godziny temu przyjechała już pierwsza partia wina, wiesz? Kazałam ustawić skrzynki w magazynku, jutro zrobię wkładkę do menu. Gdybyśmy mieli kolorową drukarkę, można by drukować na miejscu, bo to mały format, przynajmniej pod tym względem bylibyśmy samowystarczalni.
– Tak, kupimy porządną kolorową drukarkę – przyznał Majk, zapraszającym gestem wskazując jej fotel. – Jesteś już drugą osobą, która mi to sygnalizuje, a to znak, że faktycznie czas o tym pomyśleć. No, siadaj, skarbie, i przygotuj sprzęt, ja poczekam na stojąco… zresztą, zdaje się, że Chudy już idzie.
Mówiąc to, ruchem głowy wskazał na drzwi, za którymi w istocie narastał odgłos zbliżających się kroków, a po chwili w progu stanął Chudy z ubraną w czarną puchową kurtkę kobietą o okrągłych kształtach. Iza przywitała się grzecznie, jednak przez całą rozmowę kwalifikacyjną, której prowadzenie w całości wziął na siebie Majk, nie była w stanie skupić na niej uwagi, zastanawiała się bowiem mimo woli, raz za razem zerkając na odłożone na brzeg biurka niebieskie klasery, kto był ową pierwszą osobą, która wspomniała mu o potrzebie zakupu na firmę nowej kolorowej drukarki.
***
Butelki z winem rozstawione na stoliku kawowym w mieszkaniu Klaudii opróżniały się już powoli do połowy, kiedy ponura atmosfera, w jakiej zainicjowany został styczniowy zlot czarownic, wreszcie powoli zaczęła ustępować nieco weselszej aurze. Nieobecność Lidii i trudna sytuacja, w jakiej się znalazła, skutecznie tonowały nastroje pozostałych „sióstr krwi”, jak nazwała ich sześcioosobową brygadę Ola; dziewczyny spędziły zwłaszcza dużo czasu na ustaleniu planu pomocy logistycznej w opiece nad dziećmi, o czym Gosia już wczoraj poinformowała Lidię, ta zaś przyjęła propozycję ze łzami wdzięczności w oczach.
Powiedziała, że w ciągu kilku tygodni wymyśli coś na stałe – relacjonowała Gosia – ale do tego czasu będzie nam bardzo wdzięczna za tę pomoc, zwłaszcza że ma do nas większe zaufanie niż do tej sąsiadki. To dla niej ogromny stres zostawiać chłopców nie wiadomo z kim, a przy nas przynajmniej wie, że będą bezpieczni.
Plan, do którego wstępnie zgodziły się przystąpić też Zuzia i Ala, zakładał gotowość do awaryjnych zastępstw za Lidię na Koncertowej oraz rotacyjne zajęcie się jej dziećmi popołudniami, kiedy wracały z placówek oświatowych do domu, a ich matka jako szefowa lokalu koniecznie musiała być w pracy. Na szczęście mieszkali bardzo niedaleko od Koncertowej, w jednym z bloków dosłownie dwie przecznice dalej, co pozwalało połączyć w grafiku dla każdej z dziewczyn zapisany w umowie kilkugodzinny dyżur w nowym lokalu z późniejszym dyżurem w domu Lidii.
Młodzi będą mieć całą bandę nowych cioć! – podsumowała wesoło Wiktoria. – Przynajmniej nie będą się nudzili, a my też nabierzemy przy tym nowego doświadczenia.
Ustalenie szczegółowego planu i wpisanie odpowiednich rozwiązań do grafika, który Iza specjalnie w tym celu zabrała ze sobą do Klaudii, poprawiło wszystkim nastroje, podobnie jak sączone przy tym wino, jedynie gospodyni, która dzień wcześniej znów została wezwana do składania zeznań na policji w sprawie Mileny, wciąż pozostawała w dość wisielczym humorze.
– Jesteś pewna, Klaudziu, że ty też chcesz jeździć do Lidii? – zapytała Iza, kończąc wpisywanie dyżurów do grafika. – Nie będziesz się bała wracać od niej po nocy?
– Nie, już wczoraj umówiłam się z Tymkiem, że będzie mnie stamtąd odbierał – odparła Klaudia, wzruszając ramionami na znaczące uśmiechy, jakie na te słowa wymieniły ze sobą Ola i Wiktoria. – Obiecał mi codziennie, to będzie codziennie, w piątek wypada mi dyżur na Koncertowej i u Lidii, to podjedzie po mnie wyjątkowo tam, mówi, że to nie problem. A wy, Ola i Wika, nie śmiejcie się głupio, tylko pomóżcie mi wymyślić, co fajnego mogłabym mu kupić, żeby się odwdzięczyć. I bez żadnych aluzji! – zastrzegła. – To daremny trud, choćbyście na głowach stanęły, zapewniam was, że nic z tego.
– No co ty! – zaśmiała się Ola. – Przecież nie swatamy cię z Tymkiem, żartujemy sobie tylko! Zresztą do Wielkanocy i tak nie ma o czym mówić, nie?
– Po Wielkanocy też – zapewniła ją Klaudia. – I w ogóle nigdy.
– Spoko, Klaudziu, nie podgrzewaj się – odparła pojednawczo Wiktoria. – Wiadomo, że to tylko żarty, zresztą klątwa Anabelli i tak by na to nie pozwoliła, więc jesteś bezpieczna. Musisz chyba wypić trochę więcej tego rozweselacza, żeby nabrać dystansu – podniosła rękę, pokazując jej świeżo odkorowaną butelkę wina. – A jeśli chodzi o prezent, to może po prostu kup mu coś praktycznego?
– Albo zabawnego – poddała Iza. – Widziałam w galerii handlowej pod Zamkiem taki fajny sklep ze śmiesznymi gadżetami na prezent, może tam byś coś znalazła?
– Dobry pomysł – przyznała Klaudia.
– Albo daj mu karnet do SPA – zażartowała Ola. – Możesz odkupić od Izy, ona ma tego pewnie jeszcze z osiemdziesiąt!
Dziewczyny wybuchły śmiechem i rozmowa zeszła na wrażenia z SPA, wszystkie bowiem w czasie okołoświątecznym i noworocznym zdążyły skorzystać z prezentu Izy w różnych lokalach na terenie Lublina i nie tylko, a teraz mogły je porównać i podzielić się wrażeniami. Następnie Gosia podjęła temat Kacpra, o którym wszyscy już wiedzieli, że od stycznia dostał od szefa umowę na czas nieokreślony, co, według hipotezy Izy, Klaudii i Wiktorii, czyniło go podatnym na klątwę Anabelli.
– To była decyzja szefa – zaznaczyła Iza. – Ja zostałam postawiona przed faktem dokonanym, miałam tylko przygotować papiery, ale nie ukrywam, że gdybym to ja decydowała, zrobiłabym to samo. Nie możemy blokować Kacprowi życiowych decyzji i rozwoju z powodu hipotezy o klątwie, to już naprawdę byłaby przesada.
– Ja też tak uważam – zgodziła się Wiktoria.
– I dobrze, że w końcu poszłyście po rozum do głowy – zauważyła z przekąsem Ola.
– A co można zrobić? – prychnęła Klaudia. – W tym przypadku nie ma dobrych rozwiązań. Iza ma rację, nie można z takiego powodu blokować chłopaka, ta umowa była mu koniecznie potrzebna do kredytu, a kredyt do skończenia remontu w mieszkaniu.
– A remont w mieszkaniu do ślubu – dokończyła z rozbawieniem Gosia – U Kacpra ostatnio wszystko sprowadza się do Kasieńki.
– I dlatego właśnie martwimy się o niego – zauważyła Wiktoria. – A raczej o nich oboje, to taka sympatyczna para… Oby klątwa nie zadziałała i nic się nie stało, ale ja i tak do lipca będę się tym stresować.
– Ja tak samo – westchnęła Iza.
– A nie wiecie, czy dostał ten kredyt? – zapytała Ola.
– Dostał – skinęła głową Gosia. – Mówił mi wczoraj, że dali mu prawie od ręki, co prawda trochę mniej, niż chciał, ale dali i jest zadowolony.
– Tak i razem z chłopakami wypłytkowali już podobno całą łazienkę – dodała Wiktoria. – Zostały im tylko spojenia między kaflami, muszą je połączyć takim zapychaczem… jak to się nazywało, Iza?
– Fuga – odparła spokojnie Iza.
– O właśnie, fuga! Więc to im zostało i zaraz coś wam powiem a propos! – parsknęła śmiechem, dolewając sobie wina. – Ale kuchnia dalej w rozsypce, bo coś tam z instalacjami jest nie tak i trzeba poprawić, więc będą się z tym użerać pewnie do połowy lutego albo i dalej. Tak podobno mówił Chudy, chociaż ja słyszałam o tym tylko z drugiej ręki.
– Od kogo? – zaciekawiła się Ola.
– Od Zuzki – oznajmiła z rozbawieniem Wiktoria. – Wczoraj z nią gadałam i miałam taki ubaw, że bajka, zresztą nie wiem, czy wiecie, że Zuzia ma adoratora?
– Zuzia? Adoratora? – podchwyciły z zaintrygowaniem pozostałe koleżanki. – Kogo? Przecież nie Chudego?
– Nie, no co wy! Chudy nie wchodzi w grę, jak na razie jest kompletnie niereformowalny, chociaż mała świata za nim nie widzi. Jakiś jej kolega z tej szkoły wieczorowej – wyjaśniła. – Taki czarny, krępy… całkiem przystojny, wygląda trochę jak cygan i ma na imię Maciek. Przedstawiła mi go wczoraj, bo przyszedł ją odwiedzić w pracy.
– O! – zdziwiła się Klaudia. – Kiedy to było? Na mojej zmianie? Ja go nie widziałam…
– Nie, tuż przed tym, jak przyszłaś, tylko nic nie mówiłam, bo pomyślałam, że i tak wszystko wam opowiem na zlocie czarownic. Oczywiście nie przedstawiła mi go jako adoratora, tylko jako kolegę ze szkoły, ale gdybyście widziały, jak on na nią patrzył…
Wywróciła teatralnie oczami, przybierając rozanieloną minę, na co dziewczyny prychnęły śmiechem.
– No to pięknie, Chudy ma konkurencję! – zaśmiała się Ola. – Jak myślicie, zareaguje jakoś na to, że ktoś chce mu podebrać jego Wunderwaffe?
Znów roześmiały się wszystkie, łącznie z Klaudią, której humor teraz już wyraźnie się poprawił.
– Chudy w tej sytuacji powinien być zazdrosny jak diabli – przyznała z rozbawieniem. – Tylko pytanie, czy w ogóle zauważył rywala, bo znając go, mam co do tego poważne wątpliwości!
– Ja też! – zaśmiała się Wiktoria. – Wręcz jestem przekonana, że jeszcze się nie zorientował, ale od czego jesteśmy my? Przy pierwszej sprzyjającej okazji trzeba go dyskretnie uświadomić!
– Właśnie! Zróbmy eksperyment psychologiczny! – zawołała żywo Ola. – Taki jak… – zerknęła ukradkiem na Izę i urwała, zgromiona wzrokiem przez Klaudię i Wiktorię. – No wiecie – spuściła z tonu. – Żeby sprawdzić jego reakcję.
– Możemy – zgodziła się Klaudia. – Chociaż w przypadku Chudego na wielkie efekty podchodów psychologicznych to ja bym nie liczyła.
– No i co z tego? Szkodzi nam coś spróbować?
– Kurczę, a ja na Zamkowej mam tylko raz w tygodniu i pewnie za szybko nie zobaczę cygana – zauważyła z żalem Gosia. – A jak Zuzka na niego reaguje?
– Z sympatią ale raczej obojętnie – odparła Wiktoria. – Nadal zapatrzona w Chudego jak w obrazek, niby teraz lepiej się z tym kryje, ale ja to widzę jak na dłoni. Moim zdaniem, cygan nie ma u niej szans.
– Moim też – zgodziła się Klaudia. – Co prawda nie widziałam go jeszcze, ale jeśli chodzi o małą, to uważam, że Chudy jest dla niej idolem nie do przebicia. Już nieraz widziałam, jak pomaga mu w interwencjach, a jak tylko mają wolną chwilę, to ćwiczą w składziku te swoje chwyty samoobrony. Poza tym Tymek mówił mi, że łażą też razem na nocne wyprawy detektywistyczne, Zuzka podobno w ogóle szkoli się na detektywa.
– No a co! – uśmiechnęła się Iza. – Jak Wunderwaffe to Wunderwaffe!
Ach, to wspomnienie! Co ja bym bez ciebie zrobił, moja Wunderwaffe! Chudy ma swoją, a ja swoją, wychodzi na to, że żaden z nas nie zginie!… I ten dziwny wzrok, na wpół badawczy, na wpół pytający… Jeszcze trzy tygodnie temu była skłonna uwierzyć, że… tymczasem… Co tam, nieważne. Takie jest życie. Po co niepotrzebnie psuć sobie humor w czasie luźnych babskich pogaduszek?
– Otóż to! – zawołała ze śmiechem Wiktoria. – Ale nie dokończyłam wam o Kacprze, bo właśnie skojarzyło mi się z Zuzką i z tym, jak ona wszędzie ciągnie za tym tłukiem Chudym. Wiecie, że dołącza też do ekipy remontowej?
– Co? – zdumiały się dziewczyny. – Do tej u Kacpra?
– Aha! Będzie im pomagać z tymi fugami!
– Ach! – roześmiała się Iza. – No tak! Wcześniej to było moje zadanie, ale teraz nie zgłosiłam się do brygady, to zwerbowali w mojej miejsce Zuzię. Sprytne zagranie!
– Sprytne – przyznała Ola. – Zwłaszcza ze strony Zuzki, przecież wiadomo, że korzysta z okazji, żeby pobyć bliżej Chudego. Gdyby nie było go w tej ekipie, to pewnie by się do tych fug tak nie wyrywała!
Roześmiały się wszystkie, podstawiając swoje kieliszki, do których Wiktoria usłużnie podolewała wina.
– Chociaż powiem wam, że ja w tej sytuacji trzymałabym raczej kciuki za cygana – podjęła poważniejszym tonem Iza. – Skoro ta fascynacja Chudym nie ma przyszłości, to szkoda mi Zuzanki. Nieodwzajemnione uczucie bardzo boli.
W jej głosie zabrzmiało coś takiego, że w salonie Klaudii na chwilę zapadła cisza, a dziewczyny spojrzały po sobie znad kieliszków.
– No, boli, to fakt – przyznała Wiktoria. – Poza tym ja uważam, że Chudy to nie jest dla Zuzki dobry adres. Po pierwsze za stary dla niej, po drugie o pół metra za wysoki, a po trzecie i najważniejsze kompletnie nią niezainteresowany. Wystarczająco powodów, żeby dać sobie siana.
– Po czwarte klątwa Anabelli – zauważyła wymownie Gosia. – Nawet jeśli na Kacpra nie zadziała, bo Kasia jest spoza zespołu, to w przypadku Zuzki i Chudego warunki są spełnione na dwieście procent. Oboje przecież pracują u nas na czas nieokreślony.
– Racja – zgodziła się Wiktoria. – I miejmy nadzieję, że to działa tylko na tym planie. Wtedy Kacper byłby bezpieczny.
– I Tom – zauważyła Ola.
– Tom z Darią? – skrzywiła się z niechęcią Klaudia, zerkając na Izę, która odpowiedziała jej równie skrzywioną miną. – No, nie wiem. Moim zdaniem, z klątwą czy bez, to i tak się nie utrzyma, ta dziewczyna najzwyczajniej jaja sobie z niego robi.
– A właśnie, coś nowego na tym froncie? – zaciekawiła się Gosia. – Dalej ze sobą kręcą? Ja ich ostatnio razem nie widziałam.
– Ja też nie – odparła Klaudia. – Ale wiesz, jak to jest z tą Darią, nie ma jej, nie ma, a potem nagle znowu się pojawia i zawraca Tomkowi głowę.
– Prawda – zgodziła się Wiktoria, marszcząc z zastanowieniem czoło. – Ja ostatnio widziałam ją na Zamkowej jakoś przed świętami… ale po Nowym Roku ani razu.
– Tak, ja też widziałam ją tuż przed świętami – potwierdziła z niechęcią Iza, wspominając poirytowaną minę Beaty jedzącej w tempie błyskawicy porcję quiche lorraine. – I potem już nie.
– Czyli jest szansa na to, że go rzuciła? – zapytała z przekąsem Klaudia.
Iza i Wiktoria spojrzały po sobie i jednocześnie wzruszyły ramionami.
– Moim zdaniem, nie – odparła z zastanowieniem Ola. – Zauważcie, że Tomek nie wygląda na smutnego, a wiecie, jaki on jest. Chodzący barometr uczuć. Jak coś nie gra z Darią, to zaraz łazi jak struty i wszystko po nim widać, a teraz wygląda normalnie. Może spotykają się gdzieś na zewnątrz?
– Może – przyznała niechętnie Klaudia. – Ale tak się zastanawiam… pamiętacie tę dziewczynę, z którą tak fajnie tańczył na Dniu Francuskim w listopadzie?
– Beatę – dopowiedziała Wiktoria.
– Aha, Beatę. Co z nią, Iza? Jej też już dawno u nas nie widziałam.
– Bo faktycznie dawno jej nie było – przyznała Iza. – I pewnie szybko do nas nie zajrzy, jest teraz bardzo zapracowana, otwiera z koleżanką firmę.
– Aaaa! – zareagowały z uznaniem dziewczyny. – No to odważnie! A w jakiej branży?
Rozmowa skupiła się zatem wokół kliniki weterynaryjnej Beaty i Emilii, co koleżanki uznały za bardzo dobry pomysł, dopytując Izę o szczegóły, między innymi o to, jakimi zwierzętami planują się zająć oraz jakie stawki obowiązują za takie usługi, ona jednak, zwłaszcza w tej ostatniej kwestii, nie miała za wiele informacji.
– Jak kiedyś wpadną, to je podpytam – obiecała. – Ale myślę, że to opłacalna inwestycja, zwłaszcza że dziewczyny mają do tego profilowe wykształcenie i kompetencje.
– Ale jeśli chodzi o Toma, to niestety nic z tego nie będzie – oceniła z nutą żalu Klaudia, podstawiając Wiktorii pusty kieliszek. – Wika, jeszcze, please… Tylko lej do pełna, czuję, że powoli zaczyna mi pomagać!
Koleżanki roześmiały się z aprobatą, a Wiktoria posłusznie napełniła jej kieliszek aż po brzegi.
– Dlaczego uważasz, że nic z tego nie będzie? – zaciekawiła się Ola. – Moim zdaniem, Tom jest całkowicie do przerobienia, pamiętacie, jak gadali z tą Beatą na Dniu Francuskim? Godzinami! A potem ten taniec…
– On tak, jak najbardziej, na to właśnie liczyłam – odparła Klaudia, pociągając solidnego łyka wina. – Każda dziewczyna byłaby lepsza od tej porąbanej Darii, a Beata wygląda sympatycznie i normalnie – to ostatnie słowo wymówiła z naciskiem. – Ale czy ona jest zainteresowana? Raczej nie, skoro woli pracę, a do nas się nie wybiera. Gdyby o nim myślała, szukałaby kontaktu, a patrzcie, ile już minęło od tamtego Dnia Francuskiego. Prawie dwa miesiące!
„Szukała, owszem, szukała” – pomyślała smutno Iza, również sięgając po swój kieliszek, by umoczyć usta w winie. – „Tylko nie chciała pchać się między wódkę i zakąskę. A że woli pracę? To przecież lekarstwo na złudzenia, najlepsze, jakie istnieje.”
– Poza tym jak zakłada firmę gdzieś u siebie, sto kilometrów stąd, to tym bardziej odpada – zauważyła Gosia. – Zaraz skończy studia i wyjedzie z Lublina na zawsze, więc ta sprawa nie ma przyszłości. Musisz, Klaudziu, szukać dla Toma innej alternatywy, tylko pilnuj, żeby tym razem koniecznie była z Lublina.
– Ja? Dlaczego ja? – obruszyła się Klaudia. – A co ja mam z tym wspólnego? Tylko obserwuję! Tom niech sam sobie szuka, chociaż znając go, będzie się bujał z tą Darią jeszcze latami, aż jej się znudzi… Jej, nie jemu – zaznaczyła. – On w tych sprawach jest jak duże dziecko, ta psychopatka robi z nim, co chce, a ja po prostu nie mogę na to patrzeć!
Na policzki wystąpiły jej teraz lekkie rumieńce będące oznaką wypitego wina, którego działanie widać było też w jej nadmiernie ożywionych gestach, silnie kontrastujących z apatyczną postawą, w jakiej trwała na co dzień od czasu zniknięcia Mileny.
– Miejmy nadzieję, że powoli się ogarnie – odparła pocieszającym tonem Wiktoria. – Ale fakt, że w przypadku Darii ja też trzymam kciuki za klątwę Anabelli. Nawet jeśli to tylko nasz wymysł, w tym punkcie mogłaby zadziałać… z korzyścią dla naszego kolegi.
– A wiecie, co sobie pomyślałam? – podjęła z zastanowieniem Gosia, zerkając ukradkiem w stronę Izy, która wpatrywała się zamyślonym wzrokiem w swój kieliszek. – A propos tej klątwy i szans na jej ściągnięcie.
– No? – zaciekawiła się Wiktoria.
– Bo mówiłyśmy, że to może zrobić tylko szef – przypomniała Gosia. – Ale jak zaczęłyście rozkminiać te umowy Kacpra i Chudego… w sensie, że Kasieńka u nas nie pracuje, więc Kacper jest bezpieczny, a Zuzia pracuje, więc z tego i tak nic nie będzie… to przyszło mi do głowy, że to faktycznie może mieć znaczenie. Mam na myśli to, że być może szef ma szansę zdjąć klątwę tylko w jeden sposób – wyjaśniła. – I to taki, którego nigdy nie uznawał.
– Czyli?
– Z kimś z naszej ekipy.
Spojrzenia Wiktorii, Klaudii i Oli również mimowolnie pobiegły w stronę Izy, lecz gdy tylko ta podniosła głowę, odwróciły się od niej jak na komendę i wszystkie cztery koleżanki przybrały całkowicie neutralne miny.
– Hmm – mruknęła z zastanowieniem Wiktoria. – Kto wie? Może coś w tym być.
– A do tego jest nawet potencjalna kandydatka – zauważyła niewinnie Ola.
Iza, która od kilku sekund znajdowała się już w trybie gotowości bojowej komandosa, przeniosła na nią wzrok, nadając swej twarzy wyraz lekkiego zaciekawienia. Nie miała wątpliwości, że dziewczyny domyślają się już wszystkiego podobnie jak Justyna i Lodzia, dlatego i ona musiała przyjąć zbliżoną strategię kamuflażu jak przy Lodzi – ukrycia się pod maską neutralnego obserwatora.
– Masz na myśli Natalię? – zapytała równie niewinnie Gosia.
Specjalnie nie patrzyła przy tym na Izę, zostawiając zadanie kontrolowania jej reakcji Klaudii i Wiktorii, które jednak nie znalazły nic nadzwyczajnego ani w wyrazie jej twarzy, ani w gestach. Wyglądała jak osoba, która po prostu czeka na dalszy ciąg wyjaśnień.
– No tak – odparła Ola, przybierając konspiracyjny ton. – Przecież od dawna im się przyglądamy, a ostatnio są z szefem coraz bardziej nierozłączni. Gdzie on, tam i ona… Nie widziałyście na otwarciu Koncertowej?
– Hmm – mruknęła Klaudia.
– A co było na otwarciu Koncertowej? – odezwała się Iza. – Ja Natalię widziałam tylko przez moment, pamiętam, że miała bardzo ładną sukienkę, zamieniłyśmy dwa słowa i niestety musiałam szybko wracać z Chudym na Zamkową. Ale wy byłyście chyba tam do końca? Opowiecie?
Ta neutralna, podszyta naturalnym zaintrygowaniem reakcja kosztowała ją tysiąckroć więcej, niż którakolwiek z koleżanek mogłaby podejrzewać, jednak musiała przyznać sama przed sobą, że wypadła świetnie. Jeden zero dla niej.
– No właśnie! – podchwyciła Wiktoria. – Co widziałyście, dziewczyny? Ja stałam przez cały czas na barze i miałam tam tłumy, parę razy wymieniłam z szefem dwa zdania, ale tylko migał mi od czasu do czasu przed oczami i tyle. Nie obserwowałam go systematycznie, bo nie miałam na to czasu i zresztą nie było powodu. Mówisz, że cały czas był z Natalią?
– Nie, no cały czas to nie – zaprzeczyła Ola. – Przecież ciągle biegał i pomagał Lidii wszystkiego doglądać, a potem, jak zwolnił ją, żeby mogła pojechać ogarniać swój problem, to już w ogóle nie miał kiedy usiąść i nawet wody się napić. Ale wcześniej owszem, wszystkie wolne minuty, jakie miał, spędzał z Natalią – zaznaczyła. – Zwłaszcza jak pokazywała mu jakieś zdjęcia na telefonie. Chyba z pół godziny nad tym stali i coś gadali, śmiali się… To akurat widziałam dobrze, bo obsługiwałam stoliki w tamtym miejscu.
„Pewnie zdjęcia z Nałęczowa” – domyśliła się Iza. – Ciekawe, czy strzelili sobie wtedy wspólną fotkę pod księżycem…”
– A sukienkę faktycznie miała genialną, masz rację, Iza – przyznała Gosia. – Tylko właśnie się zastanawiam, na ile to się liczy do zdejmowania klątwy…
– Sukienka? – zdziwiła się Wiktoria.
– Nie sama sukienka, tylko to, że Natalia była na otwarciu Koncertowej jako gość – wyjaśniła Gosia. – I to gość honorowy, a nie członek naszego zespołu. Rozumiesz. Niby pracuje z nami, ale nie jest do końca jedną z nas, umowę też ma czasową i w dodatku niepełną, więc kryterium nie jest w stu procentach spełnione.
– Hmm – mruknęła znów dwuznacznie Klaudia.
– Ale chyba lepszy rydz niż nic? – zauważyła Ola. – Ja w tę waszą klątwę nie wierzę, a kryteria z umowami tylko mnie rozśmieszają, ale że coś jest na rzeczy z Natalią, to nie ulega wątpliwości. Koncertowa Koncertową, ale na Zamkowej przecież oboje z szefem też ciągle razem… a na bank spotykają się i poza pracą.
– Skąd to wiesz? – zdziwiła się Klaudia, zamaszystym gestem opróżniając kieliszek do dna.
– Wystarczy wyciągnąć wnioski z tego, ile razy gdzieś ją podwoził po pracy – odparła z przekonaniem Ola. – Jakoś zawsze tak się składa, że jak wychodzą z roboty, to razem i wcale się z tym nie kryją.
– Prawda – zgodziła się Wiktoria. – Szef już dawno z nikim w takim stylu nie wychodził, kiedyś owszem, często, z tymi wyfiokowanymi panienkami, ale od jakiegoś czasu już nie, dopiero teraz z Natalią… chociaż myślę, że tu nie chodzi o to samo co z tamtymi.
– Na pewno nie – pokręciła głową Gosia. – Jeśli coś jest na rzeczy, to o wiele bardziej na poważnie. Natalia nie wygląda na jedną z tych łatwych panienek, wręcz przeciwnie.
Na chwilę zapadła cisza, która potrwała może kilka sekund, a może całą wieczność… Czas to przecież jedna wielka niewiadoma, a tempo jego upływu zależy ściśle od okoliczności.
– A ty co o tym myślisz, Iza? – zagadnęła Klaudia, na co wszystkie spojrzenia skierowały się na przysłuchującą im się w milczeniu dziewczynę.
Podniosła na nich spokojny wzrok.
– Ja? – wzruszyła ramionami. – Szczerze mówiąc, to mam tu najmniej do powiedzenia, bo Natalię widuję chyba najrzadziej z was. Ale jeśli faktycznie szef jest nią zainteresowany, to obiektywnie uważam, że to z jego strony bardzo dobry wybór.
Znów cisza. Czy powiedziała coś nie tak? A może po prostu okazała za mało zdziwienia i wypadła niezbyt wiarygodnie? Cóż, teraz już było za późno na korektę, musiała brnąć w to do końca.
– Serio tak myślisz? – w głosie Klaudii zabrzmiało niedowierzanie.
– Oczywiście – odparła swobodnie. – A co? Wy chyba też nie macie co do tego wątpliwości? W przeciwieństwie do tego, co mówiłyście o Zuzi i Chudym, Natalia spełnia wszystkie kryteria, które wymieniła Wika. Jest po trzydziestce, więc nie jest wcale dużo młodsza od szefa, nie ma między nimi przepaści wiekowej, wzrostem też odpowiadają sobie idealnie, a do tego oboje są fizycznie bardzo atrakcyjni.
– No tak… prawda – przyznała jakby zbita z tropu Ola.
– Więc jeśli wasze obserwacje są słuszne, to tylko się cieszyć – ciągnęła lekkim tonem Iza, podstawiając swój kieliszek Wiktorii. – Wika, polejesz jeszcze?… O, dzięki, tyle wystarczy. Właściwie to pod kątem fizycznym trudno byłoby szefowi o lepszą partię, Natalia jest naprawdę piękną kobietą, a ja nawet nie wyobrażam sobie, żeby tak przystojny facet jak on wybrał kogoś mniej ładnego. Od tej strony to pod każdym względem para idealna, a jeśli do tego odpowiadają sobie charakterologicznie…
– Ale wierzysz, że z tego coś będzie? – przerwała jej Wiktoria, wymieniając znaczące spojrzenia z Gosią. – Czy mówisz to tylko tak… w teorii?
– Na razie w teorii, ale jeśli macie rację, to praktyka przecież szybko to potwierdzi – uśmiechnęła się Iza, w duchu licząc kolejne punkty w grze komandosa, jakie z każdym swobodnym zdaniem wpadały na jej konto. – Odkąd pracuję w Anabelli, nie widziałam szefa w żadnym poważnym związku, ale kto wie, może teraz to się zmieni? A zdjęcie klątwy byłoby korzyścią dla nas wszystkich, więc tym bardziej powinnyśmy mocno trzymać za niego kciuki.
Klaudia jednym haustem wychyliła do dna swoje wino i skrzywiła się z niezadowoleniem pod triumfującymi spojrzeniami Oli, Gosi i Wiktorii.
– A powiedz, Iza, Natalia kontaktowała się z tobą? – zapytała ta ostatnia.
– Aha, tak – skinęła głową Iza. – Na Koncertowej rozmawiałyśmy przez chwilę i zdążyłyśmy się umówić na rozmowę poza pracą. Widzimy się jutro.
– Ach, jutro! – podchwyciła Ola. – To słuchaj, Iza, może byś ją trochę wybadała, co? W sprawie szefa? Podpytałabyś o to i owo, wyczułabyś teren…
– Dobry pomysł! – przyznała Wiktoria. – Niewykluczone zresztą, że ona sama będzie cię zahaczać o szefa, a to już samo w sobie będzie znakiem, że coś jest na rzeczy.
– Okej – zgodziła się bez oporu Iza. – Zachowam czujność i będę zwracać uwagę na wszelkie takie sygnały, a jeśli coś wychwycę, to wieczorem zdam wam z tego relację. Zaintrygowałyście mnie – uśmiechnęła się. – Brzmi to trochę surrealistycznie, ale ja wam wierzę, zwłaszcza Wika i Klaudia bezbłędnie wyłapują takie rzeczy – mrugnęła porozumiewawczo do Wiktorii. – Pamiętacie, jak namierzyłyście Toma i Darię? Antka i Karolę? Teofila? A potem zdemaskowałyście też Zuzię, wprawdzie z małą pomyłką na początku, ale finalnie wyszło na wasze. Więc jeśli i tu coś widzicie, to jestem pewna, że na dziewięćdziesiąt dziewięć procent prawdopodobieństwa macie rację.
– No, ja akurat w tej kwestii mam inną teorię niż Wika – mruknęła z wyraźnym niezadowoleniem Klaudia. – Ale na razie jedno i drugie wymaga dalszej obserwacji, więc nie ferujmy jeszcze wyroków, co? Zresztą na zlotach czarownic nie powinnyśmy gadać za dużo o pracy, lepszy byłby jakiś wiedźmowy temat, jak za pierwszym razem o tych klątwach i duchach, pamiętacie? Wika, opowiesz coś? Ty znasz takie fajne creepy historie…
„Dzięki, Klaudziu” – pomyślała z ulgą Iza, kiedy Wiktoria chętnie przystała na zmianę tematu i nie zważając na pełne politowania pukanie się po głowie Oli, rozpoczęła jakąś wyciągniętą na poczekaniu z rękawa opowieść o duchach. – „Masz u mnie za to jeszcze jeden karnet do SPA i butelkę dobrego wina. Chociaż jako komandos-zombie i tak wygrałam dzisiaj z dziesięć do zera, nie zaliczyłam żadnej wtopy, wręcz przeciwnie. Ha, to dobry znak! Wyrabiasz się, Izabello.”