Światła wigilijnej nocy (2)

Światła wigilijnej nocy (2)

3.

 

Sobota i pół niedzieli minęły Edycie jak w nierealnej mgle, z której nie umiała wyjść, mimo że pozornie wykonywała wszystkie zaplanowane na ten czas czynności sumiennie i bez opóźnień. Jako że w dzień jej przyjazdu z Warszawy dom był już pięknie wysprzątany, pozostało jej tylko pomóc matce i babci w ubieraniu choinki oraz w gotowaniu świątecznych przysmaków dla rodziny, która w Wigilię miała licznie zjechać do nich z różnych stron Polski i zostać na dwie noce aż do środy. Podjęła się również przygotowania dla wszystkich gości w przydzielonych im pokojach świeżej pościeli i ręczników oraz wyposażenia dwóch znajdujących się na piętrze łazienek w środki czystości i odpowiednie akcesoria, co, łącznie z koniecznością dokupienia wielu drobiazgów w miasteczkowym supermarkecie, zajęło jej skutecznie cały sobotni wieczór.

Matka, udobruchana pokaźną sumą gotówki, jaką córka przekazała jej w białej kopercie w ramach swojego wkładu finansowego w przygotowanie świąt, coraz rzadziej wypominała jej piątkową wpadkę ze spaniem na dworcowej ławce, obie z babcią zresztą cieszyły się, że znowu mają ją w domu i że zostanie u nich na całe półtora tygodnia. Ich uwadze nie umykało jednak dziwne zamyślenie dziewczyny, dość dla niej nietypowe, Edyta bowiem była osobą z natury energiczną, towarzyską i rozmowną, taką, której wszędzie pełno i która zawsze potrafi wprowadzić do domu wesołą, beztroską atmosferę. Tym razem jednak ewidentnie coś z nią było nie tak… Pomijając ów dziwny epizod na stacji, po którym wróciła do domu milcząca i na wszelkie pytania odpowiadała jedynie półsłówkami, od sobotniego poranka nadal była nieobecna duchem, w kuchni zawieszała się nad garnkami i patelniami, nie słuchała, co się do niej mówiło, i wyglądała, jakby bez przerwy błądziła myślami gdzie indziej.

Lecz może w tym nie było nic złego? Może po prostu, jak stwierdziły zgodnie po krótkiej naradzie obie panie, spotkała wreszcie w tej Warszawie chłopaka, który ją zainteresował, i najzwyczajniej w świecie była zakochana? To by dopiero była świetna wiadomość! Obie od dawna na to czekały, jednak jak dotąd Edyta nie śpieszyła się do zakochiwania się w kimkolwiek, więc jeśli teraz znalazł się w końcu jakiś młody człowiek, który skradł jej serce, to zamiast się o nią martwić, trzeba było raczej z całych sił trzymać za nią kciuki! I przede wszystkim o nic jej nie wypytywać. Jak będzie chciała, to sama powie, zresztą jeśli coś ma z tego być, to i tak prędzej czy później przywiezie tu wybranka, by przedstawić go rodzinie. Uspokojone tą interpretacją kobiety dały jej więc święty spokój i od niedzieli już z iście anielską wyrozumiałością pozwalały jej bujać w obłokach nad formami do wypieków i wielkimi michami skrajanych wspólnymi siłami składników do sałatki jarzynowej.

Edyta zaś wciąż biła się z myślami. Sen, jaki przyśnił jej się na dworcowej ławce i który wciąż pamiętała w najdrobniejszych szczegółach, nie przestawał jej prześladować, mimo że z początku ze wszystkich sił starała się go zbagatelizować. Nie miała wątpliwości, że to był tylko sen, wszystko na to wskazywało, nie tylko fakt, że na okrzyk matki przebudziła się na dworcu, którego najwidoczniej ani na chwilę nie opuściła, ale również typowa dla sennych wizji aura i logiczna niespójność niektórych elementów, w tym jej własnych reakcji.

Najrozsądniejszym wytłumaczeniem tej przygody była hipoteza, według której, niewyspana i wycieńczona koszmarną podróżą, nie wiedzieć kiedy zasnęła na ławce, a ponieważ niewiele wcześniej w pociągu zwróciła uwagę na przyglądającego jej się złotowłosego przystojniaka o szmaragdowych oczach, sterana podświadomość połączyła jego postać z powracającą od lat we śnie wizją drewnianego domku z pobielonymi wapnem ścianami i ogniem na kominku, który w istocie mógł być leśniczówką. Mógł, ale wcale nie musiał, bo jakie miała na to dowody? Żadnych. Podobnie zresztą jak ów facet z pociągu, który we śnie przedstawił jej się jako Stefan, mógł być od początku do końca jedynie wytworem jej wyobraźni, obecnie bowiem wcale już nie miała pewności, że naprawdę widziała go w tym wagonie. Wszak mignął jej przed oczami tylko przez chwilę, szybko przecież odwróciła wzrok, a kiedy kilka minut później jeszcze raz spojrzała w miejsce, gdzie stał, jego już tam nie było. Wiec może po prostu nie było go tam wcale? Skrajnie zmęczony umysł potrafi przecież płatać różne figle, tym bardziej że tak niezwykły kolor tęczówek, jaki widziała u tamtego mężczyzny, w rzeczywistości prawdopodobnie w ogóle nie istnieje.

Kolejnym dowodem na to, że spotkanie ze Stefanem na stacji i wizyta w leśniczówce tylko jej się śniły, było to, w jak absurdalny sposób zachowywała się ona sama. W rzeczywistości nigdy nie wsiadłaby do auta z nieznajomym mężczyzną poznanym kilka minut wcześniej na stacji kolejowej, nie nabrałaby się na żadne tanie bajeczki o nieistniejącym skrócie przez las do miasteczka, a nade wszystko nie pozwoliłaby z taką naiwną, wręcz dziecinną ufnością wywieźć się nocą do serca lasu i zaprosić do jakiejś zapadłej, krytej strzechą leśniczówki. Na jawie, w pełnym stanie świadomości opcja przyjęcia takiego zaproszenia po prostu nie mieściła jej się w głowie! Sen natomiast ma to do siebie, że śniący akceptuje w nim bez zastrzeżeń nawet największe absurdy i zachowuje się tak, jak w realnym świecie nigdy by się nie zachował.

„W realu nigdy, przenigdy bym takiej głupoty nie zrobiła!” – myślała z mieszaniną zgrozy i niedowierzania, energicznym gestem ucierając żółtka na biszkopt. – „Za nic w świecie, choćby nie wiem jak mi się ten Stefan podobał! Owszem, przyznaję, podobał mi się bardzo… ale nie… nie! To się mogło zdarzyć tylko w wyobraźni!”

A inne szczegóły? To, że nie widziała go wysiadającego na stacji? Że w momencie odjazdu pociągu z Bobrzy nie było go na peronie, choć kilka minut później pojawił się w budynku dworca? Jak zresztą mógł być w pociągu, skoro wówczas miał być w leśniczówce? Wszak powiedział jej, że napalił w kominku i zaraz potem wyjechał po nią na stację… Co prawda we śnie częściowo postrzegała te absurdy, ale przyjmowała je bezkrytycznie, zupełnie się nimi nie przejmując. A to, że powiózł ją niby-skrótem przez las, choć tamta droga, jak uświadomiła sobie dopiero w domu, wcale nie prowadziła w stronę miasteczka, wręcz oddalała się od niego? Fakt, że wiodła od stacji w okolice nieistniejącego już od ponad stu lat dworu, to akurat była prawda, ale cała reszta… No i to obite miękkim, bordowym welurem wnętrze czerwonej toyoty… To dopiero był prawdziwie senny obraz! No bo kto by w tak idiotycznie niepraktyczny sposób kazał wytapicerować samochód?

Im dłużej o tym myślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że wszystko to, choć wyglądało niezwykle sugestywnie, musiała wymyślić jej rozedrgana z przemęczenia wyobraźnia. Gdyby Stefan rzeczywiście istniał i był mieszkańcem tej okolicy, nie było opcji, żeby go nie znała, przynajmniej z widzenia. We śnie zdawała sobie zresztą z tego sprawę i była bardzo tym faktem zdziwiona, ale dlaczego w takim razie nie zadała mu normalnych w takiej sytuacji pytań o tożsamość, zawód, dokładne miejsce zamieszkania czy choćby wspólnych znajomych z miasteczka? Jeśli mieszkał gdzieś w tych stronach, na pewno by takich mieli. Ona tymczasem zadowalała się ogólnikami, które jej sprzedawał, nie drążąc praktycznie żadnego tematu, co w realnym świecie na pewno by się jej nie zdarzyło. No, ale cóż, sen rządzi się swoimi prawami.

Z drugiej strony jednak historia leśnika i panny z dworu Dołanieckich, opowiedziana jej w onirycznej wizji przez Stefana tak niezwykle obrazowo i z najdrobniejszymi szczegółami, wciąż fascynowała ją i elektryzowała aż do szpiku kości. Teraz już, wiedząc, że to był tylko sen, nie dziwiła się drobiazgowym opisom okoliczności i emocji bohaterów, których przecież nikt nie mógł znać, nawet najbardziej zapalony historyk-hobbysta, jakim rzekomo był ów Stefan. Lecz jak jej umysł mógł wymyślić taką historię, skoro nigdy nie interesowała się losami swych przodków? Nazwisko Dołanieckich przypomniała sobie z nagrobka prababci Anieli dopiero, kiedy wymienił je on… Czy to możliwe, żeby jej umysł, nawet w stanie skrajnego przemęczenia, był zdolny do tak szczegółowej i wewnętrznie spójnej konfabulacji? W dodatku na temat osób, które być może naprawdę istniały, jak chociażby ten wuj Dołaniecki, który w teorii rzeczywiście mógł być jednym z jej przodków.

Czy zatem w historii opowiedzianej przez Stefana tkwiło jakieś ziarno prawdy? A może wręcz była prawdziwa od początku do końca? Gdyby tak mogła to sprawdzić! Tylko jak? Rodzinne archiwum zdjęć i dokumentów, które kiedyś pokazywała jej babcia, sięgało wstecz jedynie do czasów życia prababci Anieli, wcześniejsze pamiątki spłonęły doszczętnie wraz z dworem podczas pierwszej wojny światowej, czyli już grubo ponad sto lat temu. Być może dałoby się znaleźć coś w archiwach urzędu gminy, ale… właściwie czego miałaby szukać?

„Nie wymienił ani razu imienia tej panny, a ja, głupia, nie wpadłam na to, żeby go o to zapytać!” – pomyślała z irytacją. – „A niech to szlag… dlaczego tego nie zrobiłam?! Gdybym znała chociaż jej imię… Nazwisko miała inne, ale była siostrzenicą tego Dołanieckiego, więc… Zaraz, zaraz!” – zastygła nad misą z jajkami jak zaczarowana. – „Przecież można by sprawdzić chociaż tego wuja! Panna od leśnika była córką jego siostry… Gdyby w archiwach były na to jakieś papiery…”

Nagle poczuła, że sprawdzenie tego tropu, by potwierdzić lub wykluczyć prawdziwość historii opowiedzianej jej przez Stefana, to sprawa absolutnie priorytetowa, wręcz gardłowa. To był przecież jedyny punkt zaczepienia, jedyne miejsce, gdzie ów sen mógł w jakikolwiek sposób zahaczać o rzeczywistość! Dopóki tego nie sprawdzi, nie zazna spokoju! Już i tak drugą noc prawie przez to nie spała, straciła apetyt, a do tego wciąż czuła się, jakby żyła w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Nawet teraz miała głupie i nieprzyjemne wrażenie, że choć niby jest sobą, to jednocześnie stoi obok i patrzy na samą siebie ubijającą jak automat żółtą masę na biszkopt. To zapewne z powodu niewyspania i rozedrgania nerwów, ale tak przecież dłużej być nie może!

„Urząd gminy jutro będzie zamknięty” – przypomniała sobie karteczkę na szklanych drzwiach, jaką zupełnie przypadkowo zauważyła, idąc wczoraj do sklepu po mydło w płynie dla gości. – „W Wigilię nie pracują, w święta przecież też nie, więc otworzą się dopiero w czwartek. A niech to! Jak sprawdzić wcześniej, czy ta dziewczyna w ogóle istniała? Albo ten leśnik. Jego imienia Stefan też mi nie powiedział, a ja oczywiście nie zapytałam. Niezła ze mnie idiotka. I jak teraz, do jasnej cholery, dotrzeć do tych informacji?!”

Dotarcie do nich to było chyba jedyne, co mogła zrobić. Pozostałych elementów snu, zwłaszcza tych dziwnych słów Stefana, że niby miała kogoś uratować, nie brała na poważnie, kładąc je na karb sennych konfabulacji. A nie, zaraz! Drugim punktem zaczepienia, który w teorii byłby możliwy do sprawdzenia, była przecież leśniczówka!

Choć Edyta nigdy nie słyszała, żeby w okolicy znajdował się taki obiekt, ze snu znała przybliżone miejsce jego położenia, ów wielki las, którego kilkukilometrowy fragment rozpościerał się pomiędzy stacją kolejową a polami, gdzie kiedyś stał dwór Dołanieckich. Zazwyczaj nie zapuszczała się w tamtą okolicę, gdyż nie miała do tego powodu, właściwie była tam tylko raz jako dziecko, na długim spacerze z babcią, która pokazywała jej to miejsce jako ciekawostkę z rodzinnej przeszłości. Dzięki temu resztki ruin dworu odnalazłaby bez większego problemu i dziś, pamiętała, że na tle pól to miejsce wyróżniało się pozostałościami po starym sadzie owocowym, więc relatywnie łatwo byłoby je namierzyć. Ale co z leśniczówką? Choć znała ogólną lokalizację lasu, do którego we śnie zawiózł ją Stefan, nie miała pojęcia, gdzie dokładnie leżał ten budynek – o ile w ogóle istniał, był tak głęboko ukryty w leśnej głuszy, że bez pomocy kogoś, kto znałby ów las na wylot, nie było mowy o tym, żeby go odnaleźć.

„Przydałby mi się jakiś leśnik z tamtego rejonu” – dumała, oddając babci misę z biszkoptem i zabierając się teraz na jej rozkaz za wyrabianie ciasta na wigilijne pierożki z kwaśną kapustą, tradycyjną rodzinną specjalność. – „Ktoś, kto pracuje na co dzień w tamtym lesie, powiedziałby mi na pewno, czy tam jest jakaś leśniczówka. Tak dobrze zachowanego budynku, nawet bez prądu i bieżącej wody, nie da się przecież przeoczyć.”

Jednak, nawet gdyby udało jej się odnaleźć aktualnego leśnika z tych stron, zadanie to również musiało poczekać co najmniej do czwartku. Ona zaś czuła, że musi poznać prawdę jak najszybciej! Prawdę albo chociaż część prawdy… cokolwiek, co pozwoli jej odnieść się jakoś do tego dziwnego snu, ustalić, czy powinna wziąć go na poważnie czy jedynie z przymrużeniem oka. Postać przystojnego Stefana o lniano-złotych, półdługich włosach i szmaragdowych oczach wciąż wracała jej na pamięć i nie chciała zniknąć, zwłaszcza kiedy przymykała powieki. Jakże ten facet jej się podobał! Jako postać ze snu zachowywał się wprawdzie trochę dziwnie, niekiedy wręcz dziwacznie, ale gdyby w realu spotkała takiego mężczyznę jak on… Jaka szkoda, że był tylko produktem jej zwariowanej wyobraźni!

„No dobrze, usystematyzujmy” – nakazała sobie stanowczo, gniotąc energicznie ciasto w obu dłoniach. – „Czy jest coś, co mogę logicznie wydedukować z samych okoliczności, o których była mowa w historii o pannie i leśniku? Dwór spłonął w czasie pierwszej wojny światowej, czyli najpóźniej w tysiąc dziewięćset osiemnastym, a to znaczy, że rzecz działa się na pewno przed wojną. Tylko na jak długo przed? Ze słów Stefana nie wynika, które to było pokolenie… Ale zaraz. Punktem odniesienia niech będzie prababcia Aniela, która była z domu Dołaniecka i urodziła się w… o ile pamiętam, w tysiąc dziewięćset ósmym” – wysiliła się, by wyświetlić sobie przed oczami nagrobną tabliczkę prababci. – „A w takim razie kim mogła być dla tego wuja?”

Zerknęła z zastanowieniem w stronę babci, która na blacie kuchennego stołu w drugiej części kuchni kroiła drobniutko kapustę kiszoną. Pomimo swego sędziwego wieku, dobiegała już bowiem do osiemdziesiątki, oraz zdiagnozowanego nadciśnienia tętniczego była wciąż kobietą sprawną fizycznie i w pełni sił umysłowych. Może dałaby radę coś sobie przypomnieć? Akurat były w kuchni same, matka wyszła do salonu prasować obrusy… okazja nadarzała się sama!

– Babciu? – zagadnęła ostrożnie, nie przestając wyrabiać ciasta. – Mogę cię o coś zapytać?

– A tak, pewnie, dziecinko – uśmiechnęła się ciepło znad kapusty starsza pani. – Co tam?

– Chodzi mi o prababcię Anielę – zaczęła niepewnie.

– O moją mamę? – zdziwiła się babcia. – Nigdy o nią nie pytałaś.

– No właśnie. A teraz chciałabym zapytać, bo tak sobie pomyślałam o tym naszym starym rodzinnym dworze, co się spalił… Czy ona tam mieszkała, jak była dzieckiem?

– Hmm – babcia zastanowiła się, zwalniając tempo krojenia kapusty. – Czy tam mieszkała? Nie, na stałe, o ile wiem, mieszkała z rodzicami gdzie indziej, ale opowiadała kiedyś, że przyjeżdżała tam dosyć często w odwiedziny do dziadka.

– Do dziadka – powtórzyła powoli Edyta. – Czy jej dziadek nazywał się Dołaniecki?

– A pewnie! – skinęła stanowczo głową starsza pani. – Tam zawsze dziedzicami byli Dołanieccy. Jej dziadek, czyli mój pradziadek był ostatni na majątku, gdyby nie ta wojna i pożar, to dziadek dziedziczyłby po nim ojcowiznę i pewnie by tam wrócił z rodziną. Może nawet dotąd byśmy tam mieszkali? No ale… wiadomo – westchnęła. – Wojna to zawsze tylko krew i zło.

– Ale czekaj, czekaj! – zatrzymała ją Edyta. – Mówisz, że twój dziadek, czyli ojciec prababci Anieli, był synem ostatniego dziedzica na dworze… tak?

– Tak. I niestety zginął na wojnie, zaraz na samym początku.

– Czy jego ojciec, ten dziedzic, miał jeszcze inne dzieci?

– No… ależ ty mi pytania zadajesz, Edziu! – pokręciła z rozbawieniem głową babcia. – Tak, miał jeszcze młodszą córkę, ciocię mojej mamy. Sam ją wychowywał, bo żona go odumarła, zaraz po tym, jak się ciocia urodziła.

„Sam wychowywał… to by się zgadzało!” – pomyślała z podekscytowaniem Edyta. – „Ten pradziadek to mógł być właśnie tamten wuj!”

– Aha. A czy we dworze mieszkał z nimi jeszcze ktoś? W sensie ktoś z rodziny, z dalszych krewnych?

– Oj, Edziu, a skąd ja mogę takie rzeczy wiedzieć? – uśmiechnęła się jeszcze bardziej rozbawiona babcia. – Cioteczną babcię Lusię to sama jeszcze trochę pamiętam, lepiej nawet niż babcię, bo babcia krócej żyła, ale dziadka Dołanieckiego to ani trochę. Na wojnę pojechał i zginął, jak mama jeszcze była dzieckiem.

– Ale ja mówię o twoim pradziadku, tym dziedzicu. Pamiętasz, jak on się nazywał?

– Pradziadek? Bodaj Ernest. Albo Bogumił… Nie, jednak Ernest, Bogumił to był jego ojciec. No co ty, dziecko, jak ja mam go pamiętać?

– Ty nie, wiadomo, ale może prababcia Aniela coś ci o nim opowiadała?

– A cóż to, Edziu, pradziadek Dołaniecki tak cię nagle zainteresował? – zdziwiła się babcia. – No, mama coś tam opowiadała… niewiele, bo też mało co pamiętała z tych czasów. Jak we wojnę jej ojciec zginął, a potem dwór dziadka się spalił, to ile ona miała? Kilka lat… osiem albo dziewięć. To była jeszcze mała dziewczynka.

Mała Anielka… – zaszemrał w głowie Edyty niski głos Stefana.

Zesztywniała z wrażenia, a kawał wyrabianego ciasta wypadł jej z rąk i pacnął głucho o stolnicę. Zgarnęła go pośpiesznie i znów zabrała się za energiczne gniecenie.

„O kurczę, to musieli być oni!” – pomyślała, cała drżąc z emocji. – „Wuj panny, czyli dziedzic Dołaniecki… Stefan przecież też nazwał go dziedzicem! Jego syn to był mój prapradziadek, ojciec prababci Anieli, a jego córka to jej ciocia… Panna od leśnika była jej kuzynką, córką jego siostry! Wszystko by się zgadzało!”

– A czy ktoś jeszcze z krewnych mieszkał wtedy u pradziadka we dworze? – zastanawiała się dalej babcia. – No ja ci tego, dziecino, nie powiem… Mama opowiadała mi różne swoje wspomnienia, nawet pamiętała kolory ścian w pokojach i niektóre meble, zwłaszcza łóżko z baldachimem po prababci. Mówiła, że tam dużo ludzi mieszkało, samej służby to pradziadek miał ze dwadzieścia osób. Ale czy ktoś z krewnych Dołanieckich? Nie wiem. Chociaż czekaj… – zastanowiła się, przerywając krojenie kapusty. – Może ta wariatka, co się jej mama bała, też była z Dołanieckich?

– Jaka wariatka? – zapytała czujnie Edyta.

– No, jakaś wariatka tam u nich była, chora psychicznie kobieta. Mama mówiła, że się jej bała, bo miała straszne oczy i czasem chodziła i wyła jak wilk, chociaż krzywdy nikomu nie robiła. Ale to było krótko, bo ona szybko umarła, jeszcze zanim dwór się spalił. Tak mi się coś kojarzy, że ona mogła być z dalszej rodziny, mama mówiła, że jadła z nimi przy stole. Nie wiem, naprawdę nie wiem, Edziu. Mama tyle różnych rzeczy opowiadała, najwięcej to z późniejszych czasów, z drugiej wojny… Ale ty mi powiedz, skąd ci się w ogóle wzięło, że o to wszystko pytasz?

– A… tak tylko. Zasłyszałam parę historii z okolicy i tak mnie zaciekawiło. W końcu to moja rodzina, aż wstyd, że tak naprawdę niczego o nich nie wiem.

– Jakoś wcześniej się tym nie martwiłaś – zauważyła dobrodusznie babcia. – No, ale dobrze, dobrze, Edziu… co tylko wiem, to ci powiem, tyle że co ja tam mogę wiedzieć? Jakby mama żyła, to by ci więcej naopowiadała, dla mnie to taka sama historia jak dla ciebie. Jak dwór się spalił, to mnie jeszcze na świecie nie było.

– Tak, tak, wiem – pokiwała głową, czując, że musi zaryzykować i kuć żelazo, póki gorące. – Skoro nawet prababcia była jeszcze wtedy dzieckiem… A słuchaj, babciu, czy ona opowiadała ci może o leśniku, którego w lesie stratowały konie?

Babcia podniosła głowę znad kapusty i przyjrzała jej się z namysłem.

– O leśniku… którego konie… hmm – zastanowiła się. – Ty wiesz, że było coś takiego? Nie słyszałam, żeby to był leśnik, ale o człowieku, co go konie zadeptały, to tak, mówiła. Pamiętała, bo sama tam była i widziała, jak martwego już przywieźli go do dworu.

Edyta, pod którą nogi nagle ugięły się, jakby były z waty, opadła na stołek z bryłą ciasta na pierogi w dłoniach. Co za szczęście, że był tu ten stołek i mogła sobie usiąść, inaczej chyba by upadła!

– Widziała to na własne oczy? – wyszeptała z niedowierzaniem.

– No tak. Mówiła, że ludzie przywieźli na saniach do dworu martwego człowieka i położyli go na sianie w stodole. Nie znała go, ale ponoć pracował u pradziadka i właśnie spłoszone konie go w lesie stratowały, zapamiętała to, bo wszyscy wkoło przez dwa dni tylko o tym gadali. Mama, jak to dziecko, była ciekawa, jak wygląda nieżywy człowiek, bo nigdy wcześniej takiego nie widziała, więc zakradła się do tej stodoły, żeby popatrzeć. Był bardzo blady, cały we krwi i oczy miał otwarte, nieruchome… Jak go zobaczyła, wystraszyła się i uciekła, a potem jeszcze długo jej się śnił, aż bała się chodzić do tej stodoły. Ale skąd ty, Edziu, w ogóle o tym wiesz? – zdziwiła się nagle. – Kto ci powiedział, że ten zabity to był leśnik?

– Podsłuchałam w pociągu, jak ktoś o tym opowiadał – skłamała wymijająco. – I zaciekawiło mnie, bo padło nazwisko Dołanieckich, więc od razu pomyślałam o prababci.

– Ano tak, tak – pokiwała głową usatysfakcjonowana tym wyjaśnieniem babcia. – Pewnie po ludziach jeszcze z tamtych czasów różne opowieści krążą… Nie męcz tak tego ciasta, dziecko, wystarczy, już jest dobre. Nastaw mi teraz patelnię z kapką tłuszczu, dobrze? Podsmażymy trochę tę kapustkę, grzybków się doda i za jakąś godzinę będzie można lepić.

 

4.

 

Aniela Kossowska z d. Dołaniecka. 1908-1951.

Edyta wpatrywała się w znajomy napis na betonowym nagrobku prababci inaczej niż zwykle. Historia opowiedziana jej we śnie przez tajemniczego Stefana nadała postaci przodkini, nieznanej jej osobiście, bo zmarłej pół wieku przed jej narodzeniem, aspektu osoby z krwi i kości, która jako „mała Anielka”, zaledwie kilkuletnia dziewczynka, była świadkiem części wydarzeń związanych z panną i leśnikiem. Ich historia musiała być prawdziwa, w przeciwnym razie babcia nie mogłaby usłyszeć od swej matki o martwym człowieku stratowanym w lesie przez konie, lecz jakim cudem ona sama dowiedziała się tego wszystkiego we śnie? Wyobraźnia wyobraźnią, ale wszystko wskazywało na to, że to były fakty historyczne! Fakty wcześniej kompletnie jej nieznane… Skąd zresztą znał je ów Stefan, skoro był tylko półtora roku starszy od niej? Czy to możliwe, że wszystko to sobie wymyśliła?

Był poniedziałek, Wigilia Bożego Narodzenia, zbliżała się godzina czternasta, to zaś znaczyło, że niebawem będzie musiała wrócić do domu i pomóc matce i babci w ostatnich przygotowaniach na przyjęcie gości. Wczesnym popołudniem z wielkim trudem udało jej się wyrwać na cmentarz pod pretekstem odwiedzenia grobu ojca, co wprawiło obie panie w osłupienie. W Wigilię na cmentarz? Edyta zwykle ledwo dawała się tam wyciągnąć na Wszystkich Świętych, a w dorocznym sprzątaniu rodzinnych mogił pomagała zawsze z widoczną niechęcią. Jak jednak jej tego zabronić? Zwłaszcza że od kilku lat była już dorosła, o czym matka i babcia czasami jeszcze zapominały… Puściły ją zatem bez oporu, matka tylko dopilnowała, nie szczędząc wymownych aluzji do wydarzeń z piątku, by córka zabrała ze sobą telefon z naładowaną do pełna baterią.

Odwiedziwszy rzeczywiście grób ojca, który już ponad dziesięć lat temu zmarł na stole operacyjnym podczas nieudanego wszczepiania bajpasów, złożyła na płycie przyniesione świerkowe gałązki i udała się w starszą część cmentarza, gdzie znajdował się grób prababci Anieli, jej męża oraz jego rodziny, wielopokoleniowego klanu Kossowskich. Po raz pierwszy w życiu zaciekawiło ją, gdzie też mogli być pochowani przedstawiciele starszych pokoleń Dołanieckich, zwłaszcza ostatni dziedzic dworu Ernest, który, jak obliczyła, był jej pra-prapradziadkiem, a także jego córka i przede wszystkim siostrzenica. Według słów babci, córka miała na imię Lusia, mogło to być zdrobnienie od Lucyna, Elżbieta, Alicja, Łucja… zawsze to jakiś trop. Ale siostrzenica? Tu Edyta nie miała żadnej wskazówki, ukochana tragicznie zmarłego leśnika wciąż była dla niej postacią bezimienną, podobnie zresztą jak on sam.

„A przecież on też musiał być pochowany na tym cmentarzu” – pomyślała, po raz pierwszy w życiu zapuszczając się w boczną alejkę, gdzie znajdowały się najstarsze mogiły, niektóre bez żadnych napisów, jedynie z anonimowym krzyżem albo z rozpadającą się świętą figurką ze zmurszałego betonu. – „Ciekawe, czy został po nim jakikolwiek ślad? Jeśli miał grób usypany z samej ziemi, to pewnie już nici z szukania, ale może panna postarała się dla niego o bardziej trwały pomnik? Niby był tylko leśnikiem, ale skoro go kochała i był jej narzeczonym…”

Nagle uświadomiła sobie z żalem, że nie zna zakończenia tej smutnej historii, gdyż Stefan nie zdążył opowiedzieć jej w całości. Urywała się w momencie śmierci leśnika, która niewątpliwie była punktem kulminacyjnym – lecz co było dalej? Co się stało z panną, jak potoczyły się jej dalsze losy? Czy po śmierci ukochanego ułożyła sobie jeszcze życie? O ile lat go przeżyła? A może to ona była ową „wariatką”, której bała się mała Anielka? Nie można przecież wykluczyć, że z rozpaczy dostała pomieszania zmysłów.

„To by było jeszcze tragiczniejsze zakończenie” – pomyślała z melancholią, lustrując uważnie grób po grobie w poszukiwaniu znajomego nazwiska. – „Ale może ta wariatka to nie była ona? A niech to, gdybym chociaż znała jej imię!… No nie, tu nic nie ma, ani śladu kogokolwiek z Dołanieckich… Trudno, trzeba wracać.”

Zerknęła jeszcze na tabliczki nagrobne w ostatnim zakamarku alejki i rozczarowana zawróciła, kierując się w stronę bocznego wyjścia z cmentarza, do którego z tego miejsca miała najbliżej. Zdecydowanie musiała już wracać, za dwie godziny zjadą już chmary niewidzianych od roku ciotek, wujków i kuzynów z dziećmi, trzeba pomóc matce i babci w ich przyjęciu, a potem w nakrywaniu stołu do uroczystej rodzinnej wieczerzy. Z rozjaśnianiem zagadek z piątkowego snu będzie musiała poczekać do czwartku, aż otworzą urząd gminy, gdzie spróbuje złożyć wniosek o dostęp do archiwum. Oby udało się dostać go od ręki! Całe szczęście, że do Warszawy wracała dopiero za tydzień.

„No ale zaraz!” – kalkulowała, otulając się mocniej szalikiem i podnosząc kołnierz płaszcza, gdyż mróz szczypał ją już niemiłosiernie w policzki. – „W archiwum trzeba by sprawdzić konkretne roczniki, więc powinnam zawęzić pasmo czasowe, na ile to tylko możliwe. Rzecz działa się na bank przed pierwszą wojną światową, w przeciwnym razie Stefan wspomniałby o jej wybuchu, zresztą w czasie wojny spłonął dwór. To znaczy, że leśnik umarł na pewno przed tysiąc dziewięćset czternastym, to jest bezsprzecznie data zaporowa. Dobra, idźmy dalej. Prababcia Aniela urodziła się w tysiąc dziewięćset ósmym, pamiętała flesze z dworu swojego dziadka, w tym ciało leśnika w stodole, co znaczy, że musiała wtedy mieć już kilka lat… ile? Co najmniej cztery, może pięć? Mhm, policzmy… Wychodziłby tysiąc dziewięćset dwunasty albo trzynasty. To była Wigilia, czyli koniec albo dwunastego, albo trzynastego, w zasadzie nie ma innej opcji. A właśnie, to przecież była Wigilia!” – podjęła w olśnieniu. – „No tak! To dlatego Aniela mogła widzieć martwego leśnika, była przecież wtedy z rodzicami na święta u dziadka, jedli we dworze wieczerzę wigilijną, tę, prosto z której panna wymknęła się potem do leśniczówki… A niech to! Wszystko się zgadza co do szczegółu!”

Przechodząc inną niż zwykle drogą między zasypanymi śniegiem nagrobkami, zbliżała się już do bocznej furtki wykutej w murze cmentarza, kiedy nagle jej uwagę przyciągnęło wielkie ozdobne „D” wyryte na tablicy nagrobnej starego pomnika, który wieńczyła figura w kształcie płaczącego anioła z wielkimi, kamiennymi skrzydłami. Natychmiast zatrzymała się i pochyliła nad grobem, by odczytać niewyraźne, zarośnięte mchem litery.

Dołanieccy – głosił napis.

„Ach, grób Dołanieckich!” – ucieszyła się, a serce zaczęło jej mocniej bić. – „Jednak tu jest! Jaki bogaty! I to na samym przodzie cmentarza… Jak to możliwe, że babcia nigdy mi go nie pokazała?”

Schyliła się jeszcze mocniej i ściągnąwszy pomimo mrozu rękawiczkę, przez kilka minut pracowicie odskrobywała zmrożony mech ze znajdujących się poniżej dużo mniejszych i zupełnie już nieczytelnych literek wykutych w starej granitowej płycie. Po zdjęciu kruszących się zielonkawo-czarnych resztek mchu odsłoniła się wreszcie seria czterech napisów umieszczonych jeden pod drugim.

„Barbara, urodzona 1866, zmarła 1898” – odczytała z trudem. – „Ernest… o, Ernest! To on, dziedzic! Ernest, urodzony 1864, zmarł 1916… Ha! Tysiąc dziewięćset szesnaście, to pewnie wtedy spalił mu się dwór! Może nawet sam zginął w pożarze?… Henryk, urodzony 1885, zmarł 1915… Czy to nie ich syn, ojciec prababci Anieli? Zginął na wojnie, zaraz na początku, to by się zgadzało. A to ostatnie to pewnie jego żona, matka Anieli… Anna, urodzona 1890, zmarła 1928… Tak, to na pewno matka Anieli. Urodziła ją bardzo młodo, w wieku osiemnastu lat, z kolei Barbara urodziła Henryka w wieku dziewiętnastu… Ależ wtedy młodo się zakładało rodziny! Ja mam prawie dwadzieścia sześć, w tamtych czasach byłabym już zgrzybiałą starą panną.”

Poskrobała paznokciem jeszcze niżej, ale nie było tam już więcej nazwisk, odsłonił się jedynie fragment standardowego napisu Pokój ich duszom! Czym prędzej założyła więc z powrotem rękawiczkę na zgrabiałą od mrozu rękę, wyprostowała się i…

Podskoczyła gwałtownie i omal nie krzyknęła, czując, jak serce podchodzi jej pod samo gardło. Tuż przy niej stała wsparta na lasce nieznajoma kobieta w średnim wieku, ubrana w czarne wysłużone palto, z szyją i głową owiniętymi grubą wełnianą chustą, która, chroniąc ją od mrozu, niemal do połowy zasłaniała jej twarz.

– Aj, niech się panienka nie boi! – machnęła uspokajająco ręką. – Jak przestraszyłam, to przepraszam.

– Uch… nic się nie stało – odetchnęła Edyta. – To ja przepraszam, nie zauważyłam, kiedy pani podeszła. Zresztą już stąd idę, muszę wracać do domu.

Kobieta wykonała ruch, jakby chciała ją zatrzymać.

– Dołanieccy – powiedziała, ruchem głowy wskazując na nagrobek. – To dla panienki rodzina?

– Tak, przodkowie – odparła grzecznie. – Moja prababcia nosiła to nazwisko. Wprawdzie tylko jako panieńskie, ale nosiła.

– A tak, to już wygasła linia – przyznała kobieta. – Wszyscy Dołanieccy poumierali, ostatni męski potomek to był ten Henryk – wskazała znów na grób – ale on zginął na wojnie i od stu lat nikt już nie nosi tego nazwiska. Chociaż ich krew dalej po świecie krąży – zerknęła na nią uważnie spod chusty. – Bo panienki prababcia to pewnie Aniela z Dołanieckich?

Edyta wytrzeszczyła na nią zdumione oczy.

– Skąd pani to wie?

– Domyśliłam się – uśmiechnęła się lekko. – Aniela Dołaniecka… ona była najmłodsza.

– Jak to? Zna pani historię mojej rodziny?

– Znam różnie historie, widziało się i słyszało to i owo – machnęła ręką kobieta. – Ale to już wszystko stare dzieje… A panienka to tak w Wigilię po cmentarzu chodzi? – dodała z nutą zdziwienia. – Przecie tu pusto i mróz taki, że aż dech zatyka.

– Przyszłam na chwilę z gałązkami świerku na grób mojego taty – wyjaśniła. – I przy okazji sobie pospacerowałam, znalazłam ten grób ze znajomym nazwiskiem i się zatrzymałam. Skąd pani wie, że Henryk Dołaniecki zginął na wojnie? – zapytała podchwytliwie. – I że Aniela była najmłodszą z tych, co nosili to nazwisko?

Nieznajoma pokręciła głową.

– Aj… to przecie żadna tajemnica. Dołanieccy to tu kiedyś byli wielcy państwo, chociaż teraz już się o nich nie pamięta. Ale co zrobić? – rozłożyła ręce. – Tak to już jest na tym świecie, był człowiek, nie ma człowieka, jak sobie spokojnie w ziemi leży, to i nic w tym nie ma złego. Gorzej, kiedy dusza niespokojna… No, już tu panienki nie trzymam – dodała, cofając się. – Też zresztą muszę iść, za godzinę zacznie się ściemniać, a w ciemnościach to tu trochę straszno będzie.

– Tak, ma pani rację – przyznała z niepokojem Edyta, wyszarpując z kieszeni telefon i zerkając na wyświetlacz. – Już czternasta osiemnaście, muszę natychmiast biec do domu, niedługo z mamą i babcią będziemy miały gości na wigilię, muszę pomóc.

– Chodźmy – podchwyciła stanowczo kobieta, ruszając w stronę furtki.

– Szkoda, bo chętnie bym jeszcze z panią porozmawiała – podjęła z żalem Edyta, posłusznie podążając za nią. – Tak się składa, że poszukuję teraz wszelkich informacji o moich przodkach, po świętach nawet wybieram się do archiwum w urzędzie gminy, a pani, jak widzę, wie różne rzeczy. To aż dziwne, jakby mi pani dzisiaj z nieba spadła!

– A tam z nieba – machnęła po swojemu ręką kobiecina. – Czy ja o jakich tajemnicach mówię? A w urzędzie gminy nic o Dołanieckich nie ma – zaznaczyła, zerkając na nią wymownie spod swej wielkiej chusty. – Tylko parę książek rachunkowych z podpisami dziedzica, nic więcej.

– Jak to? – zdumiała się znowu Edyta. – Była pani w archiwum, sprawdzała pani to?

– Już prędzej w kościele, akty ślubów, chrzcin… ale to też nic panience nie wyjaśni. Na tamto nie ma żadnych dokumentów, tylko ludzka pamięć.

– Na tamto? – powtórzyła, zatrzymując się jak wryta tuż przed furtką. – Na jakie „tamto”?

– No na tę historię, co panience Stefan opowiadał – wzruszyła ramionami. – Tu żadne dokumenty nie pomogą, a swoje i tak zrobić trzeba. No, ale niechże już panienka leci, bo się spóźni! – przynagliła ją, otwierając furtkę i niemal wypychając przez nią oszołomioną dziewczynę. – Jak panienka chce, to jeszcze się spotkamy i porozmawiamy, ale teraz to nie pora.

Edyta patrzyła na nią jednocześnie przerażona i zaintrygowana.

– Zna pani Stefana? – wyszeptała zszokowana.

– A pewnie, co mam nie znać – machnęła znów ręką kobieta. – No już, czas na nas, panienka tak nie stoi, do domu wracać trzeba. Ja idę tam – wskazała w przeciwną stronę niż droga wiodąca z cmentarnego wzgórza z powrotem do miasteczka. – Do widzenia.

– Pani poczeka! – zawołała za nią gorączkowo. – Dwie sekundy! Proszę mi tylko powiedzieć, jak i gdzie mogę panią znaleźć! Muszę koniecznie z panią porozmawiać!

– Porozmawiamy – zapewniła ją z daleka kobieta, drepcząc ze swoją laską w dół zaśnieżoną ścieżką. – Obiecuję, że porozmawiamy, ja sama panienkę znajdę! Ale teraz już panienka biegnie, naprawdę… przecie czasu szkoda!

Edyta załamała ręce, jednak, przyznając jej w duchu rację, odwróciła się i biegiem ruszyła w stronę miasteczka, które zaczynało już powoli okrywać się pierwszymi mgiełkami grudniowego zmroku.

 

5.

 

W salonie rodzinnego domu Edyty panował radosny gwar i rozprężenie po zakończonej uroczystej wieczerzy wigilijnej. W tle stonowanej pogawędki dorosłych, którzy przenieśli się teraz zza stołu na fotele i wersalki, wymieniając rodzinne nowinki, rozbrzmiewały radosne piski dzieci bawiących się wokół świątecznie przystrojonej choinki świeżo otrzymanymi prezentami.

– Edyciu, a ty jak tam z pracą? – zagadnął życzliwie wujek Mariusz, popijając z nowego kubka przygotowaną mu przez żonę herbatkę na trawienie. – Dalej w tej korporacji?

– Tak – odpowiedziała grzecznie. – W tym samym miejscu, tylko na innym stanowisku, w lepszym dziale.

– To chyba i więcej ci płacą? – zauważyła ciotka Luiza.

– Tak, trochę więcej, ale tylko trochę – wyjaśniła. – Dopiero niedawno zaczęłam i muszę jeszcze nabrać doświadczenia, więc póki co to są najniższe stanowiska, ale w przyszłym roku będę mieć szansę na poważniejszy awans, taki z porządną podwyżką.

– No tak, szczebelek po szczebelku i nasza Edycia zrobi wielką korporacyjną karierę! – pokiwał głową wujek. – Zobaczycie, jeszcze główną prezeską tam zostanie!

– E, gdzie tam! – wtrącił się stryjek Robert, który, siedząc niedaleko choinki, co jakiś czas przechylał się, by zerwać z niej cukierka, po czym z przyjemnością go konsumował. – W takich korporacjach najwyższe stanowiska są zarezerwowane dla tak zwanych swoich, zwykły, uczciwy człowiek do najwyższego szczebla nigdy nie dojdzie. Mój szwagier pracował w takiej dziesięć lat i to, co nam opowiadał, to mówię wam…

„Kim jest, do diabła, ta kobieta?” – myślała gorączkowo Edyta, która od powrotu z cmentarza, kiedy tylko mogła, wyłączała się z rozmowy i zanurzała w swoje rozważania. – „Widziałam ją pierwszy raz w życiu, ale przecież nie wymyśliłam jej sobie, tym razem nie spałam, naprawdę tam byłam i rozmawiałam z nią na jawie! A ona zna Stefana… Jak to możliwe? Wychodzi na to, że albo oboje są wytworem mojej wyobraźni, albo oboje istnieją naprawdę, nie ma trzeciej opcji.”

– A masz, Edytko, na horyzoncie jakiegoś… hmm, hmm… kawalera? – zagadnęła podstępnie ciotka Malwina, wymieniając porozumiewawcze spojrzenie z jej matką. – Może w tej Warszawie w końcu jakiś wpadł ci w oko?

– Niestety nie – uśmiechnęła się. – Na razie w ogóle nie skupiam się na tym, ciociu, najpierw chcę dostać ten awans, a potem może… Ale to przecież i tak nie ode mnie zależy.

– Pewnie, jeszcze masz czas – przyznała dobrotliwie ciotka Brygida. – Zawsze lepiej cierpliwie poczekać na swojego księcia, niż zadowalać się byle kim.

– A bo w tych korporacjach to co to są za mężczyźni! – prychnął lekceważąco stryj Robert. – Zwłaszcza młodzi! Nie, Edytko? Prawie wszyscy wyglądają jak z jednej formy odlani, krawacik, okularki, na włosach żelatynka… jeszcze tylko makijażu do kompletu im brakuje!

Towarzystwo roześmiało się gromko, po czym rozgorzała ogólnorodzinna dyskusja na temat współczesnych modeli męskości i kobiecości, z której Edyta znowu bezpiecznie mogła się wyłączyć.

„Jeśli Stefan nie jest tylko projekcją mojej podświadomości, a kimś prawdziwym, to wszystko, co powiedział mi w tym śnie, powinnam potraktować poważnie” – myślała z niepokojem. – „Bo czy to nie dziwne, że przez tyle lat historia rodu Dołanieckich omijała mnie szerokim łukiem, kompletnie mnie nie obchodzili, a teraz nagle w ciągu trzech dni spotykam dwie zupełnie obce osoby, które mi o nich opowiadają? I ta leśniczówka… Latami wracał do mnie ten krótki sen, w którym ją widziałam, przygotowaną do wigilii jak wtedy, w tysiąc dziewięćset dwunastym albo trzynastym, a teraz nagle we śnie poznałam to miejsce i związaną z nim historię… Dlaczego właśnie teraz?”

– Ciociu, zaglas z nami w chińcyka? – poprosił, przypadając nagle do jej kolan, Karolek, niespełna siedmioletni synek kuzyna Andrzeja. – Bo blakuje nam jednego glaca!

– Oczywiście, kochanie – odparła, podnosząc się i dając mu się pociągnąć za rękę w stronę dywanu przy choince, gdzie czekała już dwójka innych dzieci. – Ale tylko jedną partyjkę, dobrze? Potem będziecie musieli znaleźć sobie innego gracza, bo ja będę musiała pójść do kuchni i pomóc w sprzątaniu.

„Coś się ma wydarzyć!” – skonkludowała, kiedy po rozpoczęciu gry czekała na swoją kolejkę, wpatrując się półprzytomnym wzrokiem w planszę chińczyka. – „I to będzie coś ważnego, a zdarzy się w najbliższych dniach, albo nawet dzisiaj. Dzisiaj… przecież dzisiaj jest Wigilia, a Stefan właśnie w tym kontekście mówił, że zostało mało czasu…”

– Ciociu, telaz ty!

Skupiła się przez chwilę na grze, lecz kiedy tylko przesunęła pionek i oddała kostkę, natychmiast wróciła do przerwanej myśli.

„Tylko co mogłoby się wydarzyć dzisiaj? Już po kolacji, wszyscy jesteśmy w domu, nic niezwykłego się nie dzieje…”

Niby nic, jednak raz pomyślana myśl nie chciała jej już opuścić, nie pozwalając skupić uwagi na zabawie z dziećmi.

– Wujku, telaz ty chodź z nami poglać! – zażądał Karolek, zwracając się do jednego z młodszych kuzynów swego ojca. – Ciocia Edzia dzisiaj nie umie glać, a my musimy mieć doblego pseciwnika!

Zwolniona zatem z posterunku, na którym, jako że bardzo lubiła bawić się z dziećmi kuzynów, w każdym innym czasie byłaby największą gwiazdą, Edyta z ulgą udała się do kuchni, zapewniając matkę, że sama poradzi sobie ze sprzątaniem po wieczerzy, w tym zwłaszcza z myciem naczyń. Zgodnie z zasadami logistyki wypracowanymi od lat w przypadku rodzinnych spędów, najbrudniejsze i najtrudniejsze do mycia naczynia trafiały do zmywarki, zaś pozostałe, aby nie tracić czasu, należało umyć ręcznie. Wstawiwszy zatem zmywarkę, dziewczyna zakasała rękawy i zabrała się za mycie dziesiątek talerzy, talerzyków, półmisków, szklanek, szklaneczek i kubeczków pod bieżącą wodą w zlewie. Jako że powrót do salonu wiązałby się z koniecznością kontynuowania udziału w rozmowie, myła je powoli, bez pośpiechu, tak, by zyskać jak najwięcej czasu, tym bardziej że myśli coraz słabiej układały jej się w głowie w logiczną całość – nie dosypiając od trzech dób, z mocno nadszarpniętymi nerwami, była już po prostu bardzo zmęczona.

Niepokój, jaki czuła od kilku dni, nie opuszczał jej ani na chwilę, wręcz od spotkania z nieznajomą kobietą na cmentarzu stał się jeszcze silniejszy.

„Jeśli coś ma się stać, niech się stanie jak najszybciej” – myślała drętwo, opłukując z piany pod kranem kolejną szklaneczkę. – „Niech już nie trzyma mnie w tej niepewności. Zawsze lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć, lepiej działać, niż nie działać… i czekać nie wiadomo na co…”

– Edziu! – energiczny głos matki w progu wytrącił ją z letargu nad zlewem. – O, pięknie pozmywałaś, dzięki, ale zostaw już te ostatnie, ja dokończę, a ty leć na górę i pomóż Asi i Andrzejowi położyć spać dzieciaki. Dobrze? Agusia prosi, żebyś opowiedziała jej bajkę, koniecznie tę samą co ostatnim razem.

– Dobrze – uśmiechnęła się Edyta. – Tę o księżniczce w diamentowej sukni?

– A skąd ja mogę wiedzieć, co ty jej opowiadałaś? Idź, zapytaj, mała ci powie. A potem sama też się kładź – dodała, zakasując rękawy i przyglądając jej się z troską. – Zmęczona jesteś, zobacz sobie w lustrze, jakie ty masz podkrążone oczy!

 

6.

 

Minęła już godzina dwudziesta druga i gwar w domu powoli przycichał; rozlokowani po pokojach na parterze i piętrze goście krzątali się jeszcze przed snem, kłapiąc cicho drzwiami i puszczając wodę w łazienkach. Czteroletnia Agusia, z którą Edyta chętnie bawiła się na wszelkich rodzinnych spotkaniach, przez co zyskała miano jej ulubionej cioci, wysłuchała już bajki o zaczarowanej księżniczce w diamentowej sukni i powoli zapadała w sen. Siedząca na brzegu jej łóżka dziewczyna, otuliwszy ją kołdrą, przyglądała się z mieszaniną rozbawienia i rzewności, jak powieki małej robią się coraz cięższe i cięższe, aż w końcu całkowicie opadają i jej śliczną, małą buzię obleka słodka chmurka dziecięcego snu.

– Śpi – oznajmiła kilka minut później szeptem Asi, żonie kuzyna Andrzeja. – Ja zejdę jeszcze do kuchni pomóc mamie dokończyć sprzątanie w kuchni. A wy jak, macie tu wszystko? Może donieść wam więcej wody mineralnej?

– Nie, Edyciu, nic nam nie trzeba – odszepnęła Asia, kładąc jej życzliwym gestem dłoń na przedramieniu. – Wielkie dzięki za bajkę i uśpienie Agi, my też już się kładziemy. Do zobaczenia jutro na śniadaniu!

Schody prowadzące na piętro były stare i drewniane, co sprawiało, że przy każdym kroku potrafiły niemiłosiernie skrzypieć, jednak Edyta miała na to patent – trzymając się linii tuż przy samej ścianie i omijając niektóre ze stopni, potrafiła przebyć je niemal bezszelestnie, co teraz, gdy dom był pełen zasypiających powoli gości, stanowiło bardzo cenną umiejętność. Matka poszczękiwała jeszcze garami w kuchni, zatem, zszedłszy cicho jak kot na parter, dziewczyna skierowała się w tamtą stronę z zamiarem zapytania, czy nie trzeba w czymś jeszcze pomóc. Kiedy jednak przemykała koło zamkniętych już na ciężką zasuwę drzwi wejściowych do domu, zatrzymała się jak wryta, zdało jej się bowiem, że słyszy pukanie.

Cofnęła się zaskoczona, a serce zabiło jej w piersi tak mocno, jakby za chwilę miało z niej wyskoczyć. Któż to mógł pukać do ich domu o tak późnej porze? Wszyscy zapowiedziani goście byli na miejscu… A może… może właśnie coś się zaczynało dziać?

Czasu jest bardzo mało, do Wigilii zostało tylko kilka dni – przypomniała sobie słowa Stefana.

Pukanie ponowiło się, mocniejsze, bardziej niecierpliwe, ona zaś stała przed drzwiami nieruchomo, jak sparaliżowana. Wigilia wciąż trwała… A jeśli?… Pukanie rozbrzmiało znowu, tym razem na tyle głośno, że dotarło do uszu matki, która z niepokojem wychyliła się z kuchni.

– Co to za hałas? – zapytała przyciszonym, pełnym wyrzutu głosem. – Edzia! Co ty tu jeszcze wyprawiasz? Przecież goście już śpią, a ty…

Urwała, gdyż pukanie rozbrzmiało znowu i tym razem nie mogła mieć wątpliwości, że dobiega od strony drzwi.

– O masz! A któż to jeszcze o tej porze…

Nie namyślając się ani sekundy, zaskoczona kobieta podeszła do drzwi, wyjrzała przez wizjer, po czym, rzuciwszy córce przez ramię zdezorientowane spojrzenie, otworzyła je, jednak nie ściągając zabezpieczającego łańcucha. Jako że pozwalał on uchylić skrzydło tylko o kilka centymetrów, Edyta nie mogła dostrzec, kto był po drugiej stronie.

– Dobry wieczór – odpowiedziała cicho matka komuś, kto mówił jeszcze ciszej, zbyt cicho, by z daleka można było cokolwiek usłyszeć. – Co też pani tutaj o takiej porze… stało się coś? Pomóc trzeba?… Co? Edzia?… no tak, jest… – odwróciła się ku córce, mierząc ją zdziwionym wzrokiem. – Edzia, chodź no tu, dziecko. Ta pani do ciebie.

Podchodząc posłusznie do drzwi, oszołomiona dziewczyna już prawie nie miała wątpliwości, kto stoi po drugiej stronie. Nie myliła się – przez szparę dostrzegła i od razu rozpoznała kobietę spotkaną dzisiaj po południu na cmentarzu. Była ubrana tak samo, tyle że swą wielką chustę miała jeszcze ściślej owiniętą wokół szyi i głowy, co bynajmniej nie dziwiło, bowiem na dworze panował teraz jeszcze większy niż w dzień, trzaskający mróz, którego powiew wdzierał się przez uchylone drzwi do przedpokoju. Edyta dała znać matce, że już sobie poradzi, na co ta wycofała się, ale tylko pod kuchnię, skąd ze zdziwieniem i niepokojem obserwowała z daleka córkę rozmawiającą przez szparę w drzwiach z tajemniczą przybyszką.

– Panienka musi się szybko ubrać i natychmiast ze mną jechać – mówiła pośpiesznym półgłosem kobieta. – Natychmiast! Tylko ciepłych rzeczy ponakładać, bo mróz straszny.

– Ale… jak to jechać? – wytrzeszczyła na nią oczy wystraszona Edyta. – Z panią? Dokąd?

– Nie ma czasu tłumaczyć, panienka się szybko ubiera i lecieć musim, bo nam autobus ucieknie! – niecierpliwiła się przybyszka. – Tylko telefon panienka weźmie! Z baterią naładowaną!

– Autobus? – powtórzyła zdumiona Edyta, doskonale wiedząc, że o tej porze nie jeżdżą już żadne autobusy. – Przecież…

– Proszę, panienko, nie ma czasu! – w głosie kobiety zabrzmiała błagalna nuta. – Musimy gnać jak najszybciej, on przecie już tam jedzie! Proszę, niech się panienka zbiera i biegniemy! Stefan też prosi.

– Stefan? – wyszeptała Edyta.

– Autobus zaraz podjedzie na rynek, musimy zdążyć! Ratować go trzeba! – mówiła dalej gorączkowo kobieta. – Czasu coraz mniej! No niechże się panienka ubiera…

Na pamięć wstrząśniętej Edyty natychmiast wróciły słowa Stefana z samej końcówki sennej wizji sprzed trzech dni.

Musisz go uratować, Edyto

„Kogo?” – mignęło jej w głowie. – „O kim oni oboje mówią? Boże…”

Wspomnienie rozmowy w leśniczówce, zadziwiająco spójnie łączące się z tym, co mówiła przybyszka, nagle przywróciło jej energię, jakby w jednej sekundzie została podłączona pod prąd. Prawda, że nie było czasu na wyjaśnienia! Prawda, że musiała działać! Nieważne, o co chodziło, to była prośba Stefana, a skoro on prosił, ona nie mogła nie posłuchać! Jej umysł zaczął teraz działać w dziwnym trybie wzmożonej, nerwowej gotowości, jak umysł żołnierza na froncie – odrzucając to, co mniej istotne, skupiając się wyłącznie na wykonaniu zadania. Na walce. Nie wahała się już, wiedziała, że jeśli dziś nie podejmie tej walki, nie wybaczy sobie tego do końca życia. Cokolwiek się nie stanie, gdziekolwiek jej ta kobieta nie zabierze, bezwzględnie musiała z nią jechać!

– Dobrze, niech pani na mnie poczeka! – odpowiedziała teraz już zupełnie innym, zdecydowanym tonem. – Postaram się jak najszybciej, góra kilka minut!

– Tak, dobrze, poczekam – pokiwała z ulgą głową nieznajoma, wycofując się od drzwi. – Tu będę, przed domem. Tylko proszę… szybko!

Edyta zatrzasnęła drzwi, przez które zdążyło już wpaść tak wiele mroźnego powietrza, że w przedpokoju zrobiło się chłodno, po czym rzuciła się gorączkowo w stronę schodów.

– Edzia! – zatrzymała ją nerwowym półgłosem matka, podbiegając i łapiąc ją za rękę. – Co ty znowu wyprawiasz? Gdzie lecisz? Kto to był?

– Mamo, muszę wyjść z tą panią – odparła pośpiesznie. – Biegnę się ubrać i wychodzę, potem wszystko wytłumaczę. Zresztą i tak na razie nie wiem, co się dzieje, wiem tylko, że jestem potrzebna.

– Wychodzisz? – wytrzeszczyła na nią oczy matka. – Dokąd? Potrzebna? Czyś ty, dziecko, zwariowała? W środku nocy?!

– Mamo, proszę – wyszeptała stanowczo, wyrywając jej się stanowczym gestem. – Nie zatrzymuj mnie, mam bardzo mało czasu. Wezmę telefon, cały dzień się ładował, będziemy w kontakcie, obiecuję!

Po czym, rzuciwszy się na schody, najciszej jak tylko mogła, wbiegła na górę do swojego pokoju, gdzie chaotycznie, bez większego zastanowienia narzuciła na siebie najcieplejsze ubrania, jakie tylko posiadała w szafie, w tym gruby, wełniany sweter i termiczną bluzę sportową, a następnie, chwyciwszy z szafki telefon, który niemal siłą wyrwała z kabla od ładowarki, zbiegła z powrotem na dół. Tam, w asyście zdezorientowanej i zestresowanej matki wybebeszyła pół ściennej szafy przedpokojowej w poszukiwaniu zimowych butów narciarskich, których używała wyłącznie w największe mrozy do chodzenia na spacery, po czym narzuciła na siebie ciepłą, puchową kurtkę, upychając w kieszeniach wyjęte naprędce z torebki klucze, dokumenty i portfel z pieniędzmi, zaś strój dopełniła grubym szalem z polaru, zimową czapką sportową i skórzanymi rękawicami z futerkiem.

– Edzia, bój się Boga! – załamała ręce matka. – Co ty wyprawiasz, dziecko! Ja wiem, że jesteś dorosła i nie mogę cię zatrzymać, ale…

– Zobacz, mam sto procent! – Edyta podsunęła jej przed oczy telefon z wyświetlonym na ekranie stanem naładowanej do pełna baterii. – Nie martw się o mnie, jak coś, to będę dzwonić! Pa, zamknij za mną porządnie, bo zimno jak diabli! I nie czekaj, tylko kładź się spać, sama sobie otworzę, mam klucze!

To powiedziawszy, zostawiła zszokowaną rodzicielkę na środku przedpokoju i wypadła na zewnątrz, otulając się mocniej szalikiem, gdyż tuż za drzwiami silny podmuch mroźnego wiatru na chwilę aż odciął jej oddech. Nieznajoma czekała na nią nie pod samym domem, ale dalej, przy furtce wyjściowej z posesji, niecierpliwie drepcząc w miejscu.

– Szybko, szybko! – ponagliła zmierzającą ku niej dziewczynę. – Bo czasu nie ma! Ciepło panienka ubrana? A telefon wzięła? To dobrze… No już, biegniemy, biegniemy! Szybciutko, na rynek! Autobus zaraz będzie!

Edyta posłusznie biegła u jej boku, nie zadając już żadnych pytań, jednak w głowie aż jej od nich huczało. Nie ulegało wątpliwości, że tym razem to jej się nie śniło, a przecież okoliczności znów były tak absurdalne, że na zdrowy rozum to powinien być sen! Jaki autobus, przecież przez miasteczko nocą nie kursowały żadne autobusy! A już zwłaszcza w czasie świątecznym! Przecież trwała noc wigilijna, za chwilę Boże Narodzenie! Autobus?! Poza tym skąd ta spotkana przypadkowo na cmentarzu kobieta znała miejsce jej zamieszkania? Dokąd ją zabierała? A Stefan? Jak mógł ją o cokolwiek prosić, skoro był tylko wytworem wyobraźni, postacią ze snu! Ale może jednak nie? Może istniał naprawdę?

Do rynku miasteczka na szczęście było niedaleko, ale sprint w trzaskającym mrozie nie mógł nie dać się we znaki zarówno jej, jak i jej towarzyszce, na oko dwa razy od niej starszej i w dodatku podpierającej się laską, która przy każdym kroku stukała głucho o ośnieżony asfalt. Pośpiech ten okazał się jednak uzasadniony, bowiem kiedy tylko zdyszane wbiegły na rynek, zza rogu wyjechał w istocie jasno oświetlony autobus PKS, który chwilę potem zatrzymał się na przystanku przy Urzędzie Gminy Bobrza. Jak zauważyła Edyta, był całkiem pusty, w środku znajdował się tylko kierowca, mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu lat, z bujnym siwym wąsem.

– Uff! – odetchnęła nieznajoma, kiedy obie opadły na siedzenia w ciepłym wnętrzu pojazdu, a kierowca ze stoickim spokojem ruszył z przystanku. – Bogu niech będą dzięki! Zdążyłyśmy! Uch… ale się zmachałam! Panienka se czapinkę zdejmie i paletko porozpina, bo tu gorąco, jeszcze się panienka przegrzeje… Uch!… W ostatniej chwili!

– Ale dokąd my jedziemy? – zapytała Edyta, posłusznie ściągając czapkę. – Daleko?

– Niedaleko – zapewniła ją kobieta, również rozluźniając swoją chustę i odwijając ją sobie z głowy i szyi. – Tylko jeden przystanek.

„Jeden przystanek” – powtórzyła w myśli z niemałą ulgą, usiłując wypatrzeć przez szybę, dokąd kierował się autobus. – „Ale w którą stronę?”

Jako że pojazd po opuszczeniu rynku krążył chwilę wśród ciemnych uliczek, gdzie światło paliło się już w rzadko którym oknie, szybko straciła orientację w terenie. Musieli już wyjechać z miasteczka, gdyż za oknem autobusu rozpościerała się teraz całkowicie czarna przestrzeń, zaś wciąż aktywne oświetlenie wnętrza sprawiało, że w szybie widziała tylko własne odbicie, z boku zaś, w tle, odbicie swej towarzyszki.

Co ciekawe, w odbiciu tym kobieta wydawała się o wiele młodsza niż w rzeczywistości, zwłaszcza gdy zdjęła z głowy swoją wielką chustę, całkowicie odsłaniając twarz i długie, jasne włosy. Zdziwiona ta metamorfozą Edyta ostrożnie odwróciła się ku niej, jednak szybko zauważyła, że było to tylko złudzenie słabego odbicia w szybie – owszem, włosy nieznajomej były długie, ale wcale nie takie bujne, wręcz mocno przerzedzone i poprzetykane licznymi siwymi pasmami, które w odbiciu zlewały się po prostu z pozostałościami dawnego koloru blond. Jej twarz, teraz całkowicie odsłonięta z chusty, również wyglądała starzej niż ta odbita w szybie, widać było na niej nie tylko drobne zmarszczki w kącikach oczu i przy ustach, ale również długą, zagojoną już ale jednak wciąż widoczną, szpecącą bliznę na policzku.

– Mamy bardzo mało czasu, ale zdążymy – zapewniła ją z wyraźnym zadowoleniem, rozluźniając sobie zapięcie palta pod szyją. – Uch, gorąco tutaj… ale na dworze zimno strasznie, dobrze, że się panienka tak porządnie ubrała.

Edyta uznała, że ma teraz dogodną okazję do tego, żeby dowiedzieć się od niej czegoś więcej, jednak o co zapytać w pierwszej kolejności? Jeśli mają jechać tylko jeden przystanek, to podróż długo nie potrwa, trzeba zatem ustalić priorytety. Pytanie o to, co się zaraz może zdarzyć, właściwie nie było konieczne – jeśli się zdarzy, to się zdarzy, wtedy okaże się, o co chodziło. Zresztą, gdyby kobieta chciała o tym mówić, już dawno by mówiła, tymczasem wręcz jakby unikała tematu. Jednak ten Stefan…

Właśnie, Stefan! Dowiedzieć się, kim był! To było najważniejsze! We śnie opowiedział jej historię panny z dworu i leśnika… historia okazała się prawdziwa… Czy zrobił to więc tylko (albo głównie) po to, żeby się przed nią uwiarygodnić? Z kolei ta dziwna kobieta uwiarygodniła się najbardziej tym, że znała Stefana…

– Czy mogę panią o coś zapytać? – zagadnęła ostrożnie, porzucając beznadziejne zadanie wypatrywania czegokolwiek za oknem i wyprostowując się na siedzeniu tak, by wygodniej jej było na nią patrzeć. – Tylko o jedną rzecz.

– O cóż to? – zapytała życzliwie kobieta.

– Powie mi pani, kim jest Stefan?

– A, Stefan – machnęła ręką. – Toć to on panience wszystko opowiadał… Ano dobry z niego człowiek, dobry i wierny, uczciwy, taki, jak to się mówi, z sercem na dłoni. A przystojny! – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Przyzna panienka, co? Chłopak jak malowane!

– Owszem – zgodziła się zachowawczo Edyta. – Ale mnie chodzi o jego tożsamość. Czy jest z tej okolicy, gdzie mieszka, jak ma na nazwisko… I skąd zna historię mojej rodziny sprzed ponad stu lat?

– A! – znów po swojemu machnęła ręką. – Toć mówiłam panience, że te historie to żadna tajemnica. Było, minęło, ale że ludzie długo o tym gadali, to się i rozeszło. Chociaż prawda taka, że o panience ze dworu i leśniku to tak naprawdę mało kto wie… znaczy o tym, że się kochali. Bo to, jak on zginął przez te konie, to wszyscy wiedzą, ale że ona też tam była i dlaczego, to już prawie nikt.

Edyta patrzyła na nią jak zaczarowana, nie próbując nawet dociekać, skąd ona w ogóle wiedziała, jaką historię opowiadał jej Stefan.

– Jak to? – wyszeptała. – Nikt nie wiedział, że ona była z nim w lesie, kiedy stratowały go konie? Przecież pobiegła do dworu po pomoc.

– A! – kolejne machnięcie ręką, tym razem jakieś inne, bardziej nerwowe. – Ot i cały Stefan. Jakby tak było, to i wszystko inne by poszło inaczej… ale niestety. Nie słyszała panienka, jak to się skończyło? – zerknęła na nią spod oka.

– Nie – pokręciła głową zaintrygowana Edyta. – Stefan nie zdążył mi dokończyć tej historii, doszedł tylko do chwili śmierci leśnika, a potem już… no, na resztę zabrakło czasu – wyjaśniła dyplomatycznie. – Ale pani wie, co było dalej, tak? Opowie mi pani? Zwłaszcza co działo się z tą panną, kiedy on umarł.

– Ano tak – westchnęła kobieta i jej dotąd pogodna twarz spochmurniała. – Wszystko się wtedy zepsuło. Biedna panienka…

– Ale co się stało? – dopytywała gorączkowo Edyta, nie zważając już zupełnie na to, dokąd jechał autobus. – Jak to było tamtej nocy? Dlaczego pomoc z dworu przyszła tak późno?

Nieznajoma machnęła ręką niecierpliwie, jakby odganiała się od natrętnej muchy.

– Jaka tam pomoc z dworu! – skrzywiła się. – Nie było żadnej pomocy. Ludzie od tego hrabi Barwińskiego, co to jego stangretowi konie spłoszyły się i uciekły z powozem, od świtu szukali na drodze w lesie rzeczy, co w tej wariackiej jeździe z powozu powypadały. I to oni go znaleźli. Zabrali na sanie i zawieźli do dworu Dołanieckich, bo się domyślili, że to pewnie od dziedzica człowiek.

– Co? – szepnęła ze zgrozą Edyta. – A panna? Nie wezwała pomocy?

– Nie – pokręciła głową kobieta. – I nigdy sobie tego nie wybaczyła, a przez to całkiem zmysły postradała. Do imentu oszalała, biedna.

„Czyli to jednak była ta wariatka!” – pomyślała wstrząśnięta. – „Ta, której bała się babcia Aniela!”

– Ale jak? Dlaczego? – zapytała bezradnie.

– Ano tak. Kiedy dobiegła do dworu, miała jak zawsze wejść tylnymi drzwiami, z pomocą służki, ale nie doszła tam, bo przy sadzie wpadła na dziedzica. Taki pech… Dołaniecki spać nie mógł po ciężkiej wieczerzy, to wyszedł sobie na spacer po sadzie, a tu nagle ona wbiega tam od pola jak jaka zjawa… a wyglądała jak szalona jakaś, cała się trzęsła i coś mamrotała, ale tak, że nie szło nic zrozumieć… no to dziedzic, uch! Mało zawału nie dostał! Serce to w ogóle miał słabe, na palpitacje chorował – zaznaczyła. – Ale jak już z bliska rozpoznał, że to jego siostrzenica… to jak się wściekł! Kazał jej natychmiast do pokoju wracać, a że w domu gości na święta było pełno, wszyscy spali i nie chciał ich jakim hałasem wybudzić, zapowiedział, że porozmawiają rano i taką karę jej obmyśli, że aj!… No i ona, biedna, cała w szoku, tak się wystraszyła, że nie miała odwagi powiedzieć o wypadku. Była zresztą pewna, że leśnik już nie żyje, bo kiedy tam w lesie ostatni raz się nad nim pochyliła, pożegnał ją i oczy zawarł. Do rana płakała w swoim pokoju… skręcała się po łóżku, poduszkę gryzła i rwała… tak strasznie go opłakiwała, że serce się krajało… Ale bała się powiedzieć dziedzicowi ani nikomu innemu, że on zginął pod końskimi kopytami w lesie, i że ona była tam z nim. Po prostu bała się do niego przyznać – rozłożyła ręce. – Bo i po co miała to robić, jak on i tak już nie żył? To na nic by się zdało.

– Ale przecież on wtedy jeszcze żył… – wyszeptała z żalem Edyta.

– No tak – zgodziła się kobieta. – Ale czy te jego rany były śmiertelne, co by już i tak nic mu nie pomogło, czy takie, co by może i się z nich wylizał, to kto wie? Wiadomo tylko, że rano do dworu nieboszczykiem go przywieźli, a rządca rozpoznał, że to leśnik Dołanieckich… bo sam Dołaniecki po tej nocnej przygodzie z palpitacjami dwa dni w łóżku leżeć musiał. No to tamci ciało do stodoły na siano rzucili i pojechali sobie. Całe święta, aż do pogrzebu w Świętych Młodzianków, biedak tam przeleżał… a że mróz był, to i nic się nie zmienił, cały czas wyglądał tak świeżo, jakby dopiero co umarł. A panienka nocami się do niego w tajemnicy wykradała i płakała nad nim aż do rana… godzinami na tym mrozie do zimnego trupa leżała przytulona…

– Boże… – pokręciła głową wstrząśnięta tą wizją Edyta, czując, że oczy zaczynają ją szczypać ze wzruszenia i współczucia.

– Ano tak… rozpaczała po nim strasznie. A płakać mogła tylko nocami, bo w dzień trza było ubrać się, obetrzeć łzy i z gośćmi na salonach siedzieć. Przecie dziedzic na serce chory w łóżku leżał, a ktoś tych ludzi, co do dworu na święta pozjeżdżali, podejmować musiał.

– Co za męczarnia!

– Oj tak, męczarnia straszna była dla panienki, bo przed ludźmi musiała kryć się z rozpaczą, żeby nikt się niczego nie domyślił. I zresztą to jej się udało. Jak nikt z dworu wcześniej przez prawie dwa lata nie wykrył, że spotykała się z tym chłopcem w leśniczówce, tak teraz też nikt nie połączył nitek. Nawet dziedzic, co ją osobiście w tamtą noc taką roztrzęsioną w sadzie widział, nic a nic się nie połapał, że to przez to. A ona przecie straciła swój największy skarb… No, ale co zrobić? – rozłożyła ręce nieznajoma. – Kto się na tym świecie urodził, ten i umrzeć musi, jeden wcześniej, drugi później. Smutne to, ale przecie śmierć rzecz ludzka, więc i panienka powoli by się z tym pogodziła. Tylko że wtedy, jakiś tydzień po tym, jak leśnika pochowali, przyjechał do dziedzica w odwiedziny ten hrabia Barwiński.

– Ten od powozu i spłoszonych koni? – upewniła się Edyta.

– Ano – skrzywiła się. – Przyjechał, żeby o sprawie pomówić, bo przecie z winy jego koni dziedzica człowiek został zabity, to i odszkodowanie, jak mówił, się należało. Panienka niestety też musiała tam z nimi siedzieć, słuchać o tym i udawać obojętną… I wtedy ten hrabia mówi, że słyszał od swoich ludzi, co wtedy leśnika przy drodze znaleźli, że jak go podnosili i na sanie kładli, to był jeszcze ciepły, a to znaczyło, że niedługo wcześniej umarł. Jakie pół godziny przed nimi, mówi, nie więcej, bo jakby dużo wcześniej, to by na tym mrozie dawno wystygł. A panienka, jak to tylko usłyszała… ryms! Z krzesła zemdlona na podłogę spadła. Nikt nie wiedział, co się stało, wynieśli ją, doktora wezwali… ale jak się zbudziła, to już nie była sobą. Nigdy się już po tym nie podniosła.

– No tak… miała wyrzuty sumienia, że nie posłała do lasu ludzi z pomocą – pokiwała smutno głową Edyta. – Obwiniała się, że mogła go uratować, a tego nie zrobiła.

– Ano… grzech zaniedbania czasem gorszy niż taki, co się go popełni czynem… i też bardziej boli. A ona tak się męczyła! Co noc prześladował ją sen z tymi światłami od powozu, jak zbliżają się do niej, żeby zabić.

„Światła!” – wzdrygnęła się Edyta. – „Zbliżające się światła…”

– Zanim jeszcze rozum postradała, powiedziała swojej zaufanej służce… a tylko ta jedna służka o wszystkim wiedziała, nikt inny… że to on uratował jej życie. Bo ona stała na tej drodze jak sparaliżowana, wszystkie mięśnie z nerwów jej osłabły i nie mogła się ruszyć, a te konie jak czarne diabły pędziły prosto na nią. W ciemności nawet nie było widać, że to konie, tak naprawdę widziała tylko te dwa światła… I wtedy on rzucił się, w ostatniej chwili odepchnął ją na bok, ale sam nie zdążył już odskoczyć.

– Boże…

– Ano. To ją tak bolało, że on bez wahania życie za nią oddał, a ona nawet mu pomocy z dworu nie wysłała, że jej rozum tego nie wytrzymał. Z tej zgryzoty dostała pomieszania zmysłów i umarła trochę więcej jak rok później. No i tak to się skończyło.

Autobus teraz mocno zwolnił, a do tego trząsł się i podskakiwał, jakby jechał po nieutwardzonej, wertepiastej drodze, Edyta jednak nie zwracała na to najmniejszej uwagi.

– Strasznie smutna i tragiczna historia – westchnęła z żalem, dyskretnym ruchem dłoni ocierając łzę z kącika oka. – Biedny leśnik, a jeszcze biedniejsza ta dziewczyna… Jak ona miała na imię?

W tym momencie autobus podskoczył na jakiejś potężnej nierówności, po czym zahamował z głośnym chrzęstem i stanął. Kobieta zerwała się z siedzenia, narzucając pośpiesznie na głowę chustę.

– To już tu, panienko, wysiadamy! – zawołała. – Szybko, szybko! Jesteśmy na miejscu!

Edyta poderwała się posłusznie, również w pośpiechu nakładając czapkę i na znak, jaki dała jej towarzyszka, ruszyła pierwsza do wyjścia. Kierowca zerknął na nią i podniósł lekko rękę w geście pozdrowienia… a wtedy ona uświadomiła sobie, że wsiadając na przystanku przy rynku miasteczka, nie zapłaciły przecież za bilety! Odwróciła się do swej towarzyszki, żeby jej o tym powiedzieć, ta jednak nie dała jej dojść do słowa.

– Wysiadamy! – powtarzała gorączkowo. – Szybko, to już tutaj! Zaraz tu będzie! Musi go panienka uratować! Krew z krwi… taka podobna, że aż serce staje! Niechże go panienka uratuje… dla niej, dla niego… dla siebie też… dla wszystkich! To jedyna szansa, właśnie dzisiaj… Panienka będzie wiedziała, co robić! No, szybko, szybko!

Drzwi otworzyły się ze szczękiem, z zewnątrz wionęła do środka fala mrozu. Skołowana Edyta wyskoczyła z autobusu i omal nie przewróciła się, czując pod podeszwami warstwę żywego lodu. Na szczęście miała dobre buty, przeskoczyła zatem szybko po zmrożonych muldach trochę dalej, gdzie nie było już lodu, a tylko gruba warstwa śniegu na poboczu jakiejś nierównej drogi. Wokół niej, na ile mogła dostrzec nieprzyzwyczajonymi do ciemności oczami, były tylko wielkie, ciemne drzewa… Las?

Drzwi za nią szczęknęły po raz drugi, po czym silnik zawył i autobus ruszył dalej, chwiejąc się na wertepach. Kiedy mijał ją, zdało jej się, że w jego oświetlonym wnętrzu jakby coś się poruszyło… Oszołomiona dopiero teraz zorientowała się, że kobieta w chuście za nią nie wysiadła! Została w autobusie! W autobusie, który właśnie nieubłaganie się oddalał!

– Proszę pani! – krzyknęła w panice, rzucając się za nim. – Proszę poczekać! Co pani robi?! Niech mnie pani nie zostawia! Ja nawet nie wiem, gdzie jestem!!! Proszę pani!!!

Autobus jednak nie zwolnił, przeciwnie, jeszcze bardziej przyśpieszył, rycząc silnikiem, i po chwili zniknął za ostrym zakrętem w prawo, jeszcze tylko przez chwilę przeświecając światłami przez nagie, pokryte śniegiem gałęzie gęsto tu rosnących drzew. Biegnąca za nim po śnieżno-lodowej nawierzchni Edyta potknęła się na jakiejś kolejnej nierówności i natrafiwszy znów podeszwą na lód przykryty jedynie cieniutką warstewką sypkiego śniegu, poślizgnęła się na nim, po czym, tracąc równowagę, przewróciła się i wpadła w jakąś płytką dziurę.

– Proszę pani… – wyszeptała z rozpędu, bardziej zdezorientowała niż przerażona. – Nie zostawiajcie mnie… Chryste, gdzie ja jestem?!…

Wygramoliwszy się z trudem z zagłębienia, w które wpadła, dopiero teraz spostrzegła, że była to koleina nieutwardzonej drogi gruntowej, gdzie zebrana wcześniej woda i błoto zamarzły na lód, tworząc śliską pułapkę. Odruchowo otrzepała się ze śniegu, rozglądając się z trwogą, by dojrzeć w ciemnościach cokolwiek, co mogłoby dać jej choć blade pojęcie na temat tego, gdzie się znajduje. Wokół widziała jednak tylko wielkie drzewa postukujące głucho na wietrze nagimi konarami. Ewidentnie była w lesie i – jako że autobus zniknął już dawno za zakrętem, a dźwięk silnika ucichł w oddali – była tu całkowicie sama!

„Nie, to się nie dzieje” – pomyślała stanowczo, wciąż stojąc w tym samym miejscu na środku pustej leśnej drogi. – „To mi się znowu tylko śni… na pewno! Za chwilę się obudzę.”

Jako że nie miała najbledszego pojęcia, ani gdzie jest, ani dokąd ma iść, ani co powinna teraz zrobić, odruchowo ruszyła po prostu dalej przed siebie, w stronę, w którą odjechał autobus-widmo. Oczywiście nie było tu ani śladu przystanku, znów, jak w poprzednim śnie ze Stefanem dała się nabrać jak dziecko, wszak nocny autobus kursujący z rynku w miasteczku do samego środka lasu był zwyczajnie bytem niemożliwym. Wiedziała zresztą o tym, a i tak znów dała się złapać… no, ale cóż, tak to już we śnie bywa. Co prawda tych szalonych snów było ostatnio aż za dużo, ale w sumie co w tym dziwnego? Od kilku dni była tak przemęczona i znerwicowana, że jej umysł produkował nadmiarowo takie właśnie wizje. Powinna wreszcie porządnie się wyspać, wypocząć i uspokoić nerwy, a wtedy głupie sny same się skończą. A póki co trudno, nie ma co panikować, wystarczy, że będzie tak szła przed siebie tą leśną drogą ze snu, aż w końcu się obudzi. Kiedyś przecież musi się obudzić.

Jej oczy coraz bardziej przyzwyczajały się do ciemności, widziała zatem nieco więcej, choć i tak niewiele. Wigilijna noc była mroźna i bezksiężycowa, dokładnie taka jak tamta, o której opowiadał Stefan… jak noc tragicznej śmierci leśnika! Wzdrygnęła się mimo woli. Co prawda to był tylko sen, ale nawet we śnie lepiej o takich rzeczach nie myśleć, tym bardziej, że… zaraz, co on wtedy powiedział?

To się powtórzy. Powtórzy się już niebawem, czasu jest bardzo mało, do Wigilii zostało tylko kilka dni

Dochodziła właśnie do wielkiego zakrętu, za którym kilka minut temu zniknął autobus. Może za tym załomem dostrzeże go jeszcze w oddali? Nie, jednak nie, ani śladu, wszędzie wokół ciemność i cisza zakłócana jedynie ponurym stukaniem wielkich gałęzi drzew nad głową. Jak dobrze, że ubrała się tak ciepło! W tych solidnych ubraniach przynajmniej się nie przeziębi. Nota bene czy to nie dziwne, że we śnie można tak realistycznie odczuwać szczypanie mrozu na policzkach?

Ciekawe dokąd prowadzi ta droga?

Tam jest taki duży zakręt między świerkami

Zatrzymała się jak wryta, czując, jak serce gwałtownie podchodzi jej do gardła. Rozejrzała się raz jeszcze. Zakręt. Gęstwina drzew i krzewów, niewątpliwie liściastych, jednak na górze, ponad nimi – ewidentnie świerki! Wysokie, potężne, z ostrymi czubkami odcinającymi się na tle ciemnego, ale jednak nieco jaśniejszego od nich nieba… A jeśli to nie był tylko zbieg okoliczności?

Zaraz po tym, jak minęli ten zakręt, usłyszeli z tyłu jakiś dziwny, głuchy hałas, jakby stukot albo tętent koni połączony ze zgrzytaniem stali

Stop! Czy tylko jej się zdawało, czy z tyłu, ze strony, z której przyszła, dobiegał jakiś niewyraźny hałas? Niemożliwe, to musiała być autosugestia albo jakiś kolejny senny zwid, tym razem dźwiękowy. A jednak słyszała to! Słyszała wręcz coraz wyraźniej, co prawda z całą pewnością nie był to tętent koni, brzmiało to raczej jak dźwięk piły łańcuchowej, ewentualnie wycie silnika samochodu jadącego na wysokich obrotach, ale – było!

Wystraszona już teraz nie na żarty, cofnęła się w panice o kilka kroków, przypominając sobie natychmiast opowieść Stefana o spłoszonych koniach. Musiały zbliżać się strasznie szybko i wypaść zza zakrętu jak torpeda, skoro leśnik ledwo zdążył uratować ukochaną, a sam już nie miał szans.

To się powtórzy. Powtórzy się już niebawem…

Absurd… Jednak, nawet jeśli to był tylko sen, nie mogła ryzykować! A jeśli nie był? Tym bardziej że dziwny dźwięk narastał, teraz już wyraźnie przypominał odgłos pracującego silnika spalinowego… Co robić?! Spanikowana dziewczyna miała teraz w głowie tylko jeden pomysł – natychmiast zejść z tej drogi! Cokolwiek wydawało ten dźwięk, zbliżało się tu, dlatego, jeśli nie chciała podzielić losu panny i leśnika, pod żadnym pozorem nie mogła znaleźć się na jego trajektorii!

Niewiele myśląc, zeskoczyła z drogi na zaśnieżone pobocze zawalone pokrytymi śniegiem stosami zeschłych liści. Odniosła przy tym wrażenie, że czarna przestrzeń za zakrętem rozświetla się lekko i migocze, jakby rzeczywiście zbliżał się tamtędy jakiś oświetlony pojazd.

„Jeszcze głębiej, pod te drzewa!” – pomyślała w panice. – „Muszę schować się za jakiś pień!”

Brnąc z trudem po nierównym, przykrytym śniegiem runie leśnym, dotarła do jednego z wielkich świerków rosnących na samym zakręcie, w miejscu, z którego prawie dałoby się spojrzeć w głąb drogi – wystarczyłoby podejść z drugiej strony pnia i rozsunąć trochę gałęzie rosnących gęsto w tym miejscu krzaków. Hałas silnika, który ewidentnie pracował na bardzo wysokich obrotach, narastał i przybliżał się z każdą sekundą, podobnie jak świetlna, ruchoma poświata, która coraz wyraźniej rozjaśniała gałęzie i pnie okolicznych drzew. Edyta nie miała już wątpliwości – coś tu jechało i był to najprawdopodobniej samochód, bo cóż innego mogłoby wydawać taki dźwięk?

Wiedziona niepohamowanym pragnieniem sprawdzenia, z czym ma do czynienia, niczym wojownik pragnący rozpoznać niebezpieczeństwo, któremu ma stawić czoła, rozsunęła gałęzie i spojrzała w głąb drogi. W jednej chwili wszystkie włosy stanęły jej dęba na głowie, a po całym ciele przebiegł zimny dreszcz… Z oddali, widoczne na tle całkowicie ciemnej ściany lasu, zbliżały się ku niej dwa silne, oślepiająco jasne punkty świetlne – dokładnie takie same jak w koszmarach, które śniły jej się regularnie od lat! Z początku, z racji odległości, miała wrażenie, że poruszają się niezbyt szybko, jednak im były bliżej, tym zdawały się nabierać większej prędkości, a towarzyszący im wciąż narastający ryk silnika potęgował wrażenie grozy oraz znane jej ze snu poczucie, że za chwilę stanie się coś strasznego.

Było to tak przerażające, że dziewczyna, choć schowana bezpiecznie za krzakami i pniem wielkiego świerku, poczuła nagłą, nieprzyjemną niemoc we wszystkich mięśniach, jakby ze strachu chwycił ją paraliż. Czy właśnie tak czuła się tamta panna, kiedy prosto na nią pędziły spłoszone konie? Stojąc na środku drogi, widziała przed sobą tylko dwa niezidentyfikowane, zbliżające się ku niej z zawrotną szybkością punkty świetlne… Punkty, które w rzeczywistości były zawieszonymi po obu stronach powozu lampami, lecz skąd mogła o tym wiedzieć? W ciemnościach widziała tylko te światła.

Światła wigilijnej nocy… światła niosące nieszczęście!

Edyta patrzyła w zbliżające się światła szeroko otwartymi oczami, ze świadomością, że jeśli to, co nadciągało, skręci w te krzaki, żeby ją staranować, ona, choćby miała czas na reakcję, i tak nie zrobi nic, ponieważ zwyczajnie nie da rady się poruszyć. Hałas tymczasem wciąż narastał, stawał się coraz głośniejszy, wściekły, nieznośny… Światła zbliżały się teraz tak szybko, że nie widać już było wokół nic innego, ani skrawka ciemności, jedynie ich oślepiający blask, który rósł i przybliżał się w każdym ułamku sekundy. Znieruchomiała za pniem świerka, przerażona dziewczyna nie miała już teraz wątpliwości, że pędzą prosto, prościuteńko na nią.

– Nie! – szepnęła z trwogą, mając tylko tyle siły, by przycisnąć policzek do szorstkiej kory drzewa. – Proszę… nie!…

Dlaczego nie mogła się obudzić?! Przecież zawsze, właśnie w tym krytycznym momencie, budziła się z koszmaru! Tymczasem on wciąż trwał… A jeśli to nie był sen?!

Kiedy światła były już tak blisko, że zdawało się, że zaraz ją pochłoną, Edyta po prostu zamknęła oczy, z całych sił zaciskając powieki z nieznanym sobie dotąd poczuciem rezygnacji i pogodzenia się ze swoim losem. Nie myślała o niczym… nie miała żalu o nic… do nikogo… Ani do tajemniczej kobiety, która przywiozła ją tu niemożliwym autobusem, ani do Stefana, który rozpętał cały ten bieg zdarzeń, ani nawet do siebie, że tak łatwo dała się w to wciągnąć. Po prostu czekała, aż to się stanie. Niech się wreszcie stanie i niech się skończy! Skoro i tak było nieuniknione…

Światło przedzierające się przez powieki narosło do granicy wytrzymałości, po czym nagle, ku jej zdumieniu, zgasło, tak jakby zniknęło, albo ją minęło. Hałas jednak nie przycichł ani trochę, wręcz wzmógł się, po czym nagle, oprócz wycia silnika, powietrze przeciął jeszcze inny, tym razem piskliwy dźwięk jakby gwałtownego, rozpaczliwego hamowania, a kilka ułamków sekundy później całość zwieńczył potworny, rozsadzający uszy huk połączony z dźwiękiem rozsypującego się tłuczonego szkła. I dopiero wtedy zapadła cisza… cisza i ciemność.

Oszołomiona Edyta tkwiła jeszcze przez kilkanaście sekund w tej samej pozycji, z policzkiem przyciśniętym do pnia wielkiego świerku i mocno zaciśniętymi powiekami, nie mając pewności, czy na pewno jeszcze żyje. Ale chyba żyła, a to coś, które miało ją zabić, zniknęło jeszcze szybciej, niż się pojawiło… sądząc po tym huku, najpewniej eksplodowało gdzieś tam, kilka metrów dalej, tuż za zakrętem. Co to, u diabła, było?

Ciekawość bywa silniejsza niż strach, zaś powrót pierwotnej ciszy i ciemności zadziałały na dziewczynę na tyle uspokajająco, że w jej zdrętwiałe mięśnie powolutku zaczęła napływać energia, przywracając im zdolność ruchu. Oderwała twarz od pnia i otworzyła oczy, mrugając szybko powiekami, by przystosować oślepiony wcześniej światłem wzrok do nowych warunków. Poprzez gałęzie drzew i krzewów rosnących przy samym załomie drogi dostrzegła coś dziwnego – znów były to dwa światełka, ale tym razem o wiele słabsze, przytłumione i w kolorze żywoczerwonym. Podeszła zatem dwa kroki bliżej i rozsunęła gałązki krzaków, konstatując, że owe dwa czerwone punkty znajdowały się już nie na drodze, a w krzakach poza nią, na przedłużeniu zakrętu po jej przeciwnej stronie. Co to mogło być?

Przyzwyczajające się z powrotem do ciemności oczy dostrzegały coraz więcej szczegółów, aż nagle Edyta zrozumiała – obiektem emitującym podwójne czerwone światełka był samochód, który, wpadłszy w poślizg na zalegającej pod śniegiem warstwie lodu, nie zdołał wziąć ostrego zakrętu i wypadł z drogi, zatrzymując się wśród drzew i krzaków. Wyjaśniało to ów przeraźliwy dźwięk gwałtownego hamowania, który słyszała przed minutą, a następujący po nim ogłuszający huk świadczył niezbicie o tym, że auto uderzyło w coś twardego, niewątpliwie w drzewo. Czerwone światełka były tylnymi reflektorami samochodu, przednie nie świeciły się już, zapewne rozerwane siłą uderzenia.

Lecz co z kierowcą i jego ewentualnymi pasażerami? Panująca wokół głucha cisza nie wróżyła dobrze… Tknięta tą myślą Edyta podskoczyła i wybiegła zza krzaków na drogę, zmierzając pośpiesznie ku rozbitemu autu, które stało przekrzywione na bok, teraz już w wyraźnych oparach dymu wydobywającego się spod roztrzaskanej maski.

Tam przecież byli ludzie! A przynajmniej jeden człowiek, kierowca!

Ty musisz go uratować, Edyto

„Boże!” – pomyślała, zatrzymując się na moment jak wryta na środku zakrętu. – „To o to im chodziło! Muszę uratować tego kierowcę! To po to mnie tu sprowadzili! Uratować tego człowieka… Tylko jak? Nie umiem… I czy on w ogóle jeszcze żyje?”

Teraz już puściła się w stronę wraku biegiem, świadoma, że nie może tracić czasu. Jak zauważyła z bliska, prawa część samochodu była zmiażdżona o pień drzewa na tyle doszczętnie, że nawet dla takiego laika jak ona jasne było, że jeśli po tamtej stronie siedział pasażer, nie miał najmniejszych szans. Za to lewa strona, która w niekontrolowanym poślizgu cudem ominęła pień, była w o wiele lepszym stanie – mimo że z maski nie zostało prawie nic, kabina powyginała się tylko, zatem kierowca mógł ocaleć, choć niewątpliwie odniósł poważne rany. Nie krzyczał, nie jęczał, nie wydawał żadnego głosu, zatem były tylko dwie opcje – albo żył, tylko stracił przytomność, albo już było za późno.

Edyta bez wahania przyjęła tę pierwszą opcję. Nie miała już wątpliwości, po co trafiła dziś tutaj w tak absurdalny i nieprawdopodobny sposób – w tym aucie był ktoś, kto nadal żył i potrzebował jej pomocy! Musiała jakoś mu jej udzielić! Tylko jak się do niego dostać? W środku wraku nie widać było nic, przez powyginane blachy dostrzegła tylko jakąś migającą jeszcze na pomarańczowo kontrolkę, a poza tym była tylko ciemność, absolutna ciemność, w której nie dało się rozpoznać nawet tego, czy ktoś w ogóle się tam znajdował. Wszak jeśli człowiek ma niezapięte pasy, przy uderzeniu może wypaść przez przednią szybę, kto wie, czy i ten kierowca nie poleciał gdzieś w krzaki?

„Latarka!” – mignęło jej w głowie. – „Telefon!”

Gorączkowym ruchem zdjęła rękawiczkę i sięgnęła do kieszeni po aparat, w którym po krótkiej chwili, roztrzęsionymi z nerwów i z zimna palcami udało jej się uruchomić latarkę. W jej świetle zanotowała, że poobdzierany lakier samochodu był w kolorze czerwonym, czego wcześniej, w głębokich leśnych ciemnościach, nie dało się rozpoznać. Z bijącym sercem zaświeciła przez wybite okno do środka wraku, gdzie wśród oparów snujących się od rozbitego silnika, dostrzegła sylwetkę kierowcy. Leżał bezwładnie na przekrzywionym i odchylonym mocno w tył fotelu, z nogami uwięzionymi pod pokiereszowanym kokpitem i głową odwróconą ku wnętrzu auta w taki sposób, że z perspektywy okna nie było widać jego twarzy. Był to mężczyzna w nieokreślonym wieku, ubrany w jakąś ciemną, do połowy rozpiętą kurtkę, z czapką na głowie i skórzanymi rękawicami na rękach – w pierwszej chwili to było wszystko, co zdołała zaobserwować. Omiotła światłem latarki resztę wraku i z ulgą skonstatowała, że ani na tkwiącym pod masą zmiażdżonej blachy fotelu pasażera, ani na tylnej kanapie auta nikogo nie było. Kierowca najwyraźniej jechał sam.

Szarpnęła zatem za klamkę zniekształconych drzwi, które, choć, jak jej się zdało, drgnęły w zawiasach, nie dały się otworzyć. Jako że dach nad fotelem kierowcy był wgnieciony wraz z ramą okna, otwór, przez który zaglądała do środka, był zbyt mały, by można było sięgnąć przezeń do uwięzionego, nieprzytomnego mężczyzny, nie mówiąc już o tym, żeby go tamtędy wyciągnąć. Szarpnęła za klamkę raz jeszcze, a choć zamek nie puścił, drzwi znów zakołysały się, jakby ledwo trzymały się na zawiasach. Wygasiła zatem telefon, chowając go do kieszeni, zaparła się mocno o podłoże i chwyciwszy oburącz już nie za klamkę, a za dolną część ramy wybitego okna, poczęła ze wszystkich sił ciągnąć i szarpać drzwi, za każdym szarpnięciem czując, że opór jakby odrobinę malał.

– No puszczaj… puszczaj! – cedziła przez zaciśnięte zęby, walcząc z pogniecioną, chyboczącą się blachą. – No już!

Nagle, jak na zawołanie, rozległ się głośniejszy trzask i pogięte drzwi wypadły, zwalając się na Edytę, która wraz z nimi upadła do tyłu na śnieg. W krytycznym przypływie adrenaliny, nie czując prawie ich ciężaru, odrzuciła je z całych sił na bok i podniósłszy się, czym prędzej dopadła z powrotem do auta, jednocześnie sięgając do kieszeni po telefon. Jeszcze chwila i snop światła po raz drugi oświetlił pokiereszowane wnętrze, do którego miała teraz pełny dostęp. Na kierownicy, pod którą w zwałach blachy i plastiku uwięzione były nogi kierowcy, dostrzegła znaczek toyoty, który odbił się srebrnym blaskiem w świetle latarki, po czym ostrożnie wsunęła głowę i ramiona w głąb samochodu, aby ocenić stan mężczyzny. Ku swemu przerażeniu na wystającej spod kurtki jasnej koszuli dostrzegła czerwone plamy, a kiedy poświeciła na nie z bliska, zauważyła broczącą krwią ranę ciętą, która ciągnęła się od lewego obojczyka aż do prawej części szyi kierowcy. Wyglądało to tak, jakby jakiś ostry fragment blachy dosłownie podciął mu gardło.

– Boże… – wyszeptała przerażona, czując, że robi jej się słabo.

Nie mogła jednak pozwolić sobie nawet na sekundę słabości. Nie teraz! Nade wszystko musiała sprawdzić, czy ten człowiek jeszcze żyje, a choć nie znała się na tym zupełnie, musiała przynajmniej spróbować. Sięgnęła zatem jeszcze głębiej, wsuwając się niemal całkowicie do środka wraku, i ostrożnym ruchem jednej ręki odwróciła ku sobie twarz mężczyzny, drugą ręką kierując na nią snop światła z latarki.

I wtedy w jednej chwili świat zawirował jej przed oczami niczym karuzela.

– Boże! – powtórzyła zdumiona. – Stefan…

Nie miała żadnych wątpliwości, zbyt dobrze znała tę twarz! Twarz młodego, niezwykle przystojnego mężczyzny o szmaragdowych oczach, która od kilku dni bez przerwy wracała jej na pamięć jak bumerang… Stefan! Co prawda, jako że na głowie miał dziś czarną, obcisłą czapkę, nie widać było spod niej charakterystycznych jasnoblond włosów… co prawda oczy miał zamknięte, przez co nie można było sprawdzić koloru tęczówek… co prawda twarz pokrywał mu mocny, kilkudniowy zarost, podczas gdy w leśniczówce, kiedy z nią rozmawiał, był gładko ogolony… ale bez wątpienia to był on! I to był jego samochód! Czerwona toyota, dziś z całkowicie typowym wnętrzem, bez tego dziwnego welurowego obicia, jakie widziała we śnie, ale jakie to miało znaczenie? Wtedy to był tylko sen! A teraz?

Nie, teraz nie śniła, wiedziała to już na pewno. To, co działo się wcześniej, było skrajnie dziwne i niewątpliwie zahaczało o sen, ale nie wydarzyło się ot tak, po nic, przeciwnie, miało jasny i konkretny cel. Było potrzebne po to, żeby doprowadzić ją do tego miejsca i do tego momentu – do wypadku samochodowego, który wydarzył się naprawdę!

– Stefan! – wyszeptała, gładząc go ostrożnie po zabrudzonym krwią policzku w nadziei, że odzyska przytomność. – Stefan!

Mężczyzna nie reagował, wciąż leżał bezwładnie, jednak policzek miał ciepły, a z jego ust, jak jej się zdało, uniosła się właśnie delikatna mgiełka pary wodnej. Żył! Żył, ale był ranny, ciągle tracił krew! Musiała natychmiast coś zrobić! Nieważne, jak się tu znalazł, nieważne, co znaczyły wszystkie te wcześniejsze spotkania i jego słowa, nad tym zastanowi się później, teraz za wszelką cenę musiała go ratować!

„Pomoc!” – błysnęło jej w głowie. – „Muszę natychmiast wezwać pomoc!”

Wycofała się pośpiesznie z wraku, zostawiając rannego w niezmienionej pozycji, i na klawiaturze telefonu, który wciąż miał włączoną latarkę, wybrała numer alarmowy 112. Zauważyła, że aparat miał słaby zasięg, na pięć kresek wyświetlały się niepełne dwie, ale to powinno wystarczyć. Każda sekunda zdawała jej się teraz wiecznością.

Wreszcie po kilku sygnałach oczekiwania odezwał się spokojny, życzliwy głos dyspozytora, który zapytał, w czym może pomóc. Szybko wyjaśniła sytuację, w całkiem składnych słowach opisała wypadek, którego była świadkiem, i podała szczegóły dotyczące stanu poszkodowanego. Lecz wtedy okazało się, że to wcale nie jest takie proste, albowiem, kiedy przyszło do określenia miejsca, w jakie ma zostać zadysponowana karetka, z przerażeniem przypomniała sobie, że… nie zna go!

– Ale jak to pani nie wie, gdzie pani jest? – zdziwił się dyspozytor. – To jak zespół ratowniczy ma do państwa trafić i udzielić pomocy?

– Nie wiem! – krzyknęła prawie przez łzy. – To jest środek lasu, trafiłam tu przypadkiem, akurat zdarzył się ten wypadek, a nikogo innego tu nie ma! On potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej, jeśli jej zaraz nie dostanie, może umrzeć! Wykrwawi się!

– Jak mocno krwawi? – zapytał wciąż tym samym spokojnym mężczyzna.

– Nie tak mocno, pewnie adrenalina działa, ale krwawi… ma paskudną ranę, jakby poderżnięte gardło, musiała po nim polecieć jakaś blacha… Ale żyje! – dodała z rozpaczą. – Jeszcze żyje! Ma uwięzione nogi, trzeba go stąd wyciągnąć… Błagam, ratujcie go!

– Proszę pani, muszę najpierw wiedzieć, dokąd zadysponować karetkę.

Łzy ciekły jej już teraz po policzkach, szczypiąc boleśnie na mrozie. Ranny kierowca nie był już anonimowym człowiekiem potrzebującym ratunku – to był Stefan! Stefan, do którego od pierwszej sekundy rwało jej się serce, a który teraz potrzebował jej pomocy! Czy z góry wiedział, że będzie miał dziś ten wypadek i dlatego zawczasu zapewnił sobie pomoc? Przecież gdyby jej tu nie było, co najmniej do rana nikt by go tu nie znalazł!

Do rana… Jak tamtego leśnika! Po karku przebiegł jej zimny dreszcz.

To się powtórzyTam jest taki duży zakręt między świerkami

Zaraz, przecież on mówił coś jeszcze!

Wyszli razem i szli jak zwykle drogą, o tam, w stronę dworu… Nie przejeżdżaliśmy jeszcze dzisiaj przez to miejsce, więc nie mogłaś widzieć… droga do dzisiaj wygląda tak samo, wtedy była tylko trochę węższa, ale tak naprawdę prawie nic się tam nie zmieniło.

Olśnienie spłynęło na nią jak promień słońca przebijający się przez burzową chmurę.

– Proszę pana! – rzuciła pośpiesznie do słuchawki, teraz już stanowczym, opanowanym głosem. – Ja już wiem, gdzie jestem! To jest leśna droga, która prowadzi w lewo od wyjazdu ze stacji kolejowej w Bobrzy. Najpierw jest asfalt, potem zamienia się w gruntówkę. Trzeba wjechać w las i jechać kilka kilometrów, cały czas prosto, aż do takiego dużego zakrętu, przy którym rosną świerki. Droga dalej prowadzi w stronę doliny rzeki, po drugiej stronie lasu stał kiedyś taki dworek, którego już nie ma… Tak jest, drogą w lewo od stacji w Bobrzy. Prosto przez las aż do miejsca wypadku… Oczywiście, będę tu na nich czekać i dawać z daleka znaki latarką z telefonu. Tylko, błagam, niech pan im powie, żeby się pośpieszyli!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *