Światła wigilijnej nocy (1)
1.
Dawno przepełniony pociąg nadal się dopełniał, przez co w wagonie nie było już praktycznie ani centymetra wolnej przestrzeni. Edyta, która ustąpiła swoje zarezerwowane miejsce siedzące jakiejś starszej pani, stała w przejściu między tłoczącymi się pasażerami ściśnięta jak sardynka w puszce, coraz mocniej przygniatana bokiem do oparcia jednego z siedzeń, ze wszystkich sił starając się utrzymać równowagę. Pomna ostrzeżeń matki, że taki tłok to raj dla kieszonkowców, torebkę z najcenniejszymi rzeczami czyli dokumentami, kluczami i telefonem trzymała przed sobą, przyciskając ją do piersi; leżąca na górnej półce wielka torba podróżna wydawała się bezpieczna, jednak to ona stanowiła główne zmartwienie dziewczyny. Bo w jaki sposób, kiedy trzeba będzie wysiadać, zdejmie to ustrojstwo z półki w takim tłumie? Czy w ogóle zdąży przecisnąć się do wyjścia?
Wreszcie ruszył. Podróż potrwa tylko niecałe dwie godziny, jakoś wytrzyma.
To co? Święta jednak z rodziną? – odezwał się w jej pamięci głos Magdy, koleżanki z pracy. – Jedziesz na tę swoją wiochę?
W głosie tym brzmiała dyskretna nuta politowania, ale Edyta nie przejmowała się tym ani trochę. Owszem, jechała „na tę swoją wiochę”, gdzie miała spędzić święta Bożego Narodzenia w gronie bliższej i dalszej rodziny, to zaś znaczyło, że większość wolnego czasu jak zwykle zleci na pomaganiu matce i babci w przygotowaniu jedzenia i spania dla gości. I co z tego? W przeciwieństwie do Magdy, która planowała świąteczny wypoczynek w jakimś bajecznym kurorcie w Tanzanii w towarzystwie swego hiper-super-przystojnego narzeczonego, ona po pierwsze lubiła rodzinne spotkania w gronie cioć i wujków widywanych tylko raz lub dwa do roku, a po drugie i tak nie miałaby z kim pojechać do takiej Tanzanii, na Teneryfę czy do innego Paryża. Nie posiadała ani bogatego narzeczonego, ani pieniędzy na takie zbytki, a poza tym… jaką wartość mają święta Bożego Narodzenia spędzane z dala od domu rodzinnego? Nawet sobie tego nie wyobrażała. Chyba że…
Cofnęła stopę, którą właśnie ktoś jej przydepnął, mocniej przycisnęła torebkę do piersi i uśmiechnęła się leciutko na wspomnienie wizji, jaka od wielu lat od czasu do czasu nawiedzała ją we śnie i która zawsze kojarzyła jej się z Wigilią Bożego Narodzenia. De facto były to tylko krótkie przebłyski, jakby kadry fotografii wyświetlające się tylko na ułamek sekundy, gdy błyska lampa flesza aparatu. Widziała wówczas ciemne wnętrze drewnianego domku z niską powałą i ogniem palącym się w staromodnym, pobielanym kominku, a także wielki stół z grubo ciosanego drewna nakryty białym lnianym obrusem, spod którego, jak jej się zdawało, wystawały wiechcie siana. Niektórych szczegółów, zwłaszcza tego siana, nie była pewna, być może tylko interpretowała to tak świątecznie, zapewne dlatego, że w owym pomieszczeniu unosił się zapach świerkowej żywicy. Czy we śnie można czuć zapachy? Chyba można, skoro za każdym razem, gdy to jej się śniło, bez względu na to, jaka była wówczas pora roku, wyraźnie czuła woń świeżo ułamanych świerkowych gałązek. Ponadto na stole stały miski z jedzeniem, które również wyglądały na świąteczne, choć nigdy nie udało jej się zajrzeć do nich i sprawdzić, co zawierały.
Tak czy inaczej dla niej była to Wigilia. Magiczny czas tuż przed wigilijną wieczerzą, która miała się odbyć z jej udziałem w tym małym drewnianym domku w stylu rustykalnym, a choć nigdy nie widziała go na żywo, był jej niemal równie bliski jak dom rodzinny. Zwłaszcza że we śnie nie była tam sama.
Syknęła z bólu, gdyż znów ktoś nadepnął jej na nogę. Sądząc po ciężkości buciora, to chyba ten wielki, zwalisty facet, który stoi tuż obok i zajmuje tyle miejsca w przejściu, że nie ma mowy, aby ktoś przecisnął się między nim a siedzeniem. Przy wysiadaniu trzeba będzie pchać się do drzwi po przeciwnej stronie. Do tego z tą torbą… Cofnęła stopę jeszcze nieco bardziej, jednak dalej już się nie dało, na podłodze wagonu nie było więcej wolnej przestrzeni. I tak powinna się cieszyć, że nie musi stać na jednej nodze, a z drugiej strony, jeśli ten typ będzie deptał ją w ten sposób jeszcze przez półtorej godziny, niewygodna podróż może się zamienić w istny koszmar.
Właśnie. Koszmar. Miły sercu sen o Wigilii w przytulnym drewnianym domku nie był niestety jedynym, który do niej powracał, czasem miewała i koszmary. Zwłaszcza jeden z nich, choć krótki, był szczególnie uporczywy. Zaczynał się zawsze tak samo, od ciemności i poczucia przeszywającego zimna, po czym stopniowo z owej ciemności wyłaniały się dwa światła, które przypominały parę przednich reflektorów samochodu. Światła te zbliżały się ku niej z początku powoli, lecz potem szybciej i coraz szybciej, aż całkowicie ją oślepiały, stając się złowrogie i przerażające. Towarzyszył im dziwny hałas, ni to silnika samochodowego, ni to turkotu kół zdezelowanego wozu, któremu towarzyszył tętent koni, lecz czymkolwiek był, zawsze kończył się tak samo – zbliżające się światła osiągały najwyższy stopień oślepiającej jasności, która ogarniała ją całą, po czym sen urywał się jak nożem uciął.
Edyta wiele razy zastanawiała się, co mógł znaczyć ów koszmar. Czy był tylko wytworem wyobraźni, czy raczej proroczą zapowiedzią jakiegoś złego wydarzenia? Może wypadku samochodowego, który miał jej się przydarzyć w przyszłości? Między innymi z tego właśnie względu dotąd jeszcze nie zrobiła prawa jazdy, bałaby się wsiąść za kierownicę, zresztą nawet nie miała takiej potrzeby – w drodze do pracy wystarczała jej komunikacja miejska, a w dalsze trasy, takie właśnie jak powrót na święta lub urlopy w rodzinne strony, wybierała się pociągiem.
Był piątek, do świąt Bożego Narodzenia pozostało kilka dni, a ponieważ Wigilia w tym roku wyjątkowo korzystnie wypadała w poniedziałek, wystarczyło wziąć w pracy zaledwie trzy dni urlopu, by zyskać aż półtora tygodnia wolnego. Jednak, jako że na ten pomysł wpadła nie tylko Edyta, tłumy w pociągach przekraczały dziś wszelkie normy. Ale cóż. Musiała się jakoś przemęczyć.
Na podłodze wagonu zwolniło się trochę miejsca, dzięki czemu mogła zmienić pozycję, przenosząc wygodnie ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Jednak nic za darmo. Kosmyk włosów, który opadł jej przy tym na twarz, nieznośnie załaskotał w policzek, ona zaś nie miała ani jednej wolnej ręki, aby móc go poprawić. Poruszyła więc energicznie głową, by w ten sposób odrzucić go na bok, i prawie jej się to udało… prawie, bo po kilku sekundach kręcony ciemny kosmyk znów odskoczył jak sprężynka i opadł dokładnie w to samo miejsce, łaskocząc jeszcze bardziej.
„A niech cię!” – pomyślała z irytacją, przytrzymując przyciskaną do piersi dość ciężką torebkę tylko jedną ręką i ostrożnie podnosząc drugą, by odgarnąć włosy, a przy tym nie uderzyć łokciem nikogo ze współpasażerów.
Odsunęła niesforny kosmyk za ucho, wtłaczając go tam tak ściśle, by nie mógł się już oswobodzić, a przy okazji przetarła palcami swędzące miejsce na policzku. Uff, wreszcie ulga! Opuściła rękę z powrotem na torebkę i podniosła głowę, odnosząc przy tym nieprzeparte wrażenie, że czuje na sobie czyjeś przenikliwe spojrzenie. Dyskretnie przesunęła wzrokiem po współpasażerach, jednak wszyscy mieli odwrócone od niej, całkowicie obojętne twarze. Skąd więc to dziwne wrażenie, że była obserwowana?
– U mnie w domu, to, wie pani, nie robiło się barszczu z uszkami, tylko prawdziwą zupę grzybową – pochwyciła mimo woli fragment rozmowy, jaką na pobliskich siedzeniach prowadziły dwie starsze panie. – Ale mąż musi mieć barszcz, upiera się, że bez barszczu to co to za Wigilia. No to robię zawsze i to, i to, już od czterdziestu sześciu lat, wie pani…
„Barszcz z uszkami” – rozmarzyła się Edyta, wyobrażając sobie zaparowaną kuchnię i krzątające się w niej postacie matki i babci przygotowujących wigilijne potrawy. – „Kapusta z grzybami… i ten zapach kompotu z suszu… Jaki wypasiony urlop w najbardziej luksusowym hotelu w Tanzanii może się z tym równać? A do tego pierożki babci… mmm!”
Drgnęła, gdyż znów wyraźnie poczuła na sobie czyjeś przenikliwe spojrzenie. Rozejrzała się, tym razem już szybko i otwarcie, nim winowajca zdąży odwrócić się, by udawać Greka – i wtedy go dostrzegła. Kilka metrów dalej, w stłoczonej ludzkiej masie tuż przy przednich drzwiach wagonu, bokiem do kierunku jazdy stał młody mężczyzna w brązowym zimowym płaszczu z futrzanym kołnierzem. Jako że w wagonie było duszno, nie miał na głowie czapki, przez co w świetle znajdującej się tuż nad nim lampy doskonale widać było jego półdługie jasnoblond włosy o złotawo-lnianym odcieniu, które bujną, lśniącą kaskadą opadały mu na ramiona. To właśnie on na nią patrzył, teraz już na tyle otwarcie i badawczo, że sama się zmieszała i odruchowo odwróciła wzrok. Nim jednak to zrobiła, zdążyła dostrzec niezwykły, szmaragdowozielony kolor jego oczu, w których, jak się jej zdało, krył się dziwny smutek.
„O kurczę, ale ciacho!” – pomyślała mimo woli, nerwowym gestem obu rąk poprawiając na piersi torebkę i celowo wgapiając się w wysłużony beret siedzącej przy niej staruszki. – „Jeszcze nigdy nie widziałam takich oczu! Wygląda jak jakiś, nie przymierzając, książę Wikingów… Tak, jasne!” – zreflektowała się. – „Przecież właśnie ktoś taki może być genialnym wabikiem z bandy kieszonkowców! Koleś hipnotyzuje kobiety tymi zielonymi oczami, a w tym czasie jego kumple obrabiają im kieszenie i torebki!”
Zerknęła podejrzliwie na stojącego obok zwalistego faceta z wielkim brzuchem, który, zapewne zmęczony trwającą już od kilkudziesięciu minut jazdą w ciężkich warunkach, posapywał nad jej głową jak lokomotywa. Nie wyglądał na kieszonkowca, ale czy w takim tłumie komukolwiek można ufać? Tłok był tak ścisły, że nie musiała niczego się trzymać, dzięki czemu obie ręce mogła w pełni zaangażować w pilnowanie torebki. Otóż to. Pilnować swoich rzeczy jak oka w głowie i przede wszystkim nie rozpraszać się. Przecież oni tylko na to czekają!
Z oczami znów wbitymi w beret staruszki jeszcze mocniej przycisnęła do piersi torebkę, dla pewności wsuwając ją głębiej pod połę rozpiętego płaszcza. Owszem, może to był rodzaj manii prześladowczej, ale odkąd lata temu w takim właśnie zatłoczonym pociągu okradziono z dużej sumy jej matkę, wolała dmuchać na zimne. Pamiętała tamtą rozpacz matki, jej czerwone, spuchnięte od płaczu oczy i napięty mocniej niż zwykle budżet domowy, który dopiero po kilku miesiącach wrócił do względnej równowagi.
„Gdybym zrobiła prawko i jeździła samochodem, tego problemu by nie było” – przyszło jej do głowy. – „Tak samo jak problemu wirusów, których w tym wagonie fruwają pewnie miliardy…”
Jednak natychmiast przed oczy wróciła jej wizja ze snu – dwa światła samochodowych reflektorów zbliżające się do niej z zawrotną, złowrogą prędkością… A jeśli to naprawdę była jakaś przepowiednia? Ostrzeżenie? Zdecydowanie, lepiej było jeździć pociągiem w potencjalnym towarzystwie wirusów oraz kieszonkowców. Jakoś przecież przetrwa tę podróż, przed świętami zawsze jest taki tłok, po prostu trzeba pilnować torebki. Zresztą do jej docelowej stacji została już tylko godzina, może nawet niecała, a po drodze były jeszcze dwie inne stacje, więc może ten tłum powoli się rozrzedzi?
Nie czując już na sobie spojrzenia nieznajomego mężczyzny o szmaragdowych oczach, ostrożnie podniosła głowę i ukradkiem, niby nie patrząc w tę stronę, omiotła wzrokiem przód wagonu, zwłaszcza miejsce, w którym stał. Jego jednak już tam nie było.
2.
Pociąg zatrzymał się na docelowej stacji Edyty na całe trzy minuty, dzięki czemu, przy uprzejmej pomocy zwalistego sąsiada z podróży, udało jej się wyszarpnąć z górnej półki torbę i cudem przecisnąć się z nią przez wciąż gęsty tłum do wyjścia. Czerwona jak burak, spocona i wymiętoszona, z podeptanymi butami i zapewne siniakami na łydkach, w które dziś zarobiła niejednego anonimowego kopniaka, wylądowała wreszcie na niewielkim betonowym peronie malowniczo położonym na skraju lasu. Las ów był pokryty grubą warstwą śniegu okrywającego nagie gałęzie jesionów, a także wciąż nieopadłe brązowe liście wielkich dębów, które dziś, w światłach stojącego pociągu i oświetleniu budynku stacji, wydawały się jeszcze większe niż zwykle, wręcz monumentalne.
„Uff!” – pomyślała z ulgą, gorączkowo otwierając torebkę, by upewnić się, że niczego w niej nie brakuje. – „Jakoś dojechałam!”
Zawartość torebki była nienaruszona, torba z rzeczami też, a to znaczyło, że koszmarna podróż przeszła do historii, nie pozostawiając po sobie szkód. Co tam kilka siniaków na łydkach! Przed nią było aż dziewięć dni wolnego!
Zawlókłszy ciężką torbę do niewielkiego budynku stacji, gdzie znajdowała się tylko kasa biletowa i nieczynny już o tej porze kiosk, opadła na pierwszą lepszą ławkę, by odrobinę ochłonąć, zanim ruszy na przystanek autobusowy. Stacja kolejowa była położona na uboczu, w odległości około dziesięciu kilometrów od miasteczka, w którym znajdował się jej dom rodzinny, a połączenie z nią zapewniały autobusy, które kursowały co godzinę, spod stacji zawsze ruszając o tej samej porze – kwadrans po pełnej godzinie. Ponieważ wielki zegar na ścianie wskazywał dziewiętnastą pięćdziesiąt trzy, nie musiała się śpieszyć, do najbliższego autobusu miała jeszcze ponad dwadzieścia minut, a przystanek był tuż za rogiem.
„Muszę uważać na zmiany temperatur” – pomyślała przytomnie, zapinając płaszcz i otulając szyję kolorową bawełnianą chustą, którą nosiła zamiast szalika. – „W pociągu było gorąco, jestem zgrzana, aż mi pot po plecach spływa, a to najlepsza okazja, żeby się przeziębić. Tylko tego by mi brakowało na święta!”
Postanowiła zatem zostać jeszcze trochę w budynku stacji, gdzie, słabo bo słabo, ale mimo wszystko działało ogrzewanie. Wyjąwszy z torebki telefon, wysłała do matki smsa informującego, że jest już na stacji i niebawem wsiada w autobus, który w ciągu kilkunastu minut dowiezie ją do domu.
„Niech już szykują gorącą herbatę” – uśmiechnęła się do siebie, lecz w następnej sekundzie ściągnęła z niezadowoleniem brwi, gdyż na ekranie telefonu pojawił się komunikat o krytycznie niskim poziomie baterii. – „No tak… zapomniałam naładować go przed wyjazdem, to mi zaraz padnie. Na szczęście do domu już niedaleko.”
Schowała dogorywający aparat do kieszeni i usadowiwszy się wygodniej na dworcowej ławce, położyła sobie torebkę na kolanach, a torbę z bagażem tuż przy nodze, żeby mieć je pod pełną kontrolą wzrokową. Po ciężkiej podróży spędzonej na stojąco w tłumie sama możliwość przyjęcia pozycji siedzącej była zbawieniem dla jej zmęczonych i poobijanych mięśni. Tym bardziej że była niewyspana, dziś musiała przecież wstać o piątej rano, żeby przed pracą przygotować się do wyjazdu, a potem, prosto z biura, gdzie spotkanie zespołu projektowego jak na złość przeciągnęło się prawie do siedemnastej, pognała na dworzec, wlokąc ze sobą tę ciężką torbę. Na szczęście to był już finał tej odysei, a jutro wypocznie sobie do woli we własnym wygodnym łóżku.
„Mama pewnie przygotowała mi już świeżutką, pachnącą pościel’ – przymknęła z rozmarzeniem oczy. – „A babcia, znając ją, podrzuci mi na noc gorący termoforek…”
Łatwo jej było wyobrazić sobie, że już tam jest… kąpie się po podróży, je pyszną kolację… a potem wsuwa się pod kołdrę i z rozkoszą rozprostowuje przemęczone nogi. Torbą nie będzie się dzisiaj zajmować, rozpakuje ją jutro. Dziś tylko kąpiel, kolacja i spaaać… wreszcie spać…
– Przepraszam panią – usłyszała nagle tuż nad sobą męski głos o niskiej, przyjemnej modulacji. – Czy wszystko w porządku?
Podniosła szybko głowę i zamarła zdumiona. Przed nią, pochylony lekko w jej stronę z troską na obliczu, stał widziany w pociągu młody mężczyzna w płaszczu z futrzanym kołnierzem. Co prawda teraz miał na głowie czapkę, która przykrywała mu włosy, jednak kilka lniano-złotych kosmyków wymykało się spod niej, a zresztą… i tak rozpoznałaby go po tych niesamowitych szmaragdowych oczach. Zdecydowanie, takiego koloru tęczówek nie widziała jeszcze nigdy w życiu!
Lecz skąd on się tu wziął? Nie ulegało wątpliwości, że wysiadł z pociągu na tej samej stacji co ona, jednak jak to możliwe, że tego nie zauważyła? Głowę by dała, że nie było go ani w jej wagonie, gdy pociąg hamował na stacji, ani w grupce pasażerów, z którymi schodziła z peronu. A może po prostu w trakcie podróży zmienił wagon na inny, a na peronie przemknął obok niej niezauważony, kiedy mocowała się z bagażem i sprawdzała, czy niczego nie brakuje w torebce? Zresztą – czy to ważne? Choć jego obecność w tym miejscu skrajnie ją zaskoczyła, nie mogła udawać przed samą sobą, że nie sprawiała jej mimowolnej przyjemności, podobnie jak atencja i troska, jakie właśnie jej okazywał, mimo że widzieli się przecież po raz pierwszy w życiu.
– Ach, tak, w porządku! – odparła szybko, zrywając się z miejsca i odruchowo wygładzając na sobie płaszcz. – Jak najbardziej w porządku, nie czuję się słabo ani nic takiego. Po prostu usiadłam na chwilę, żeby ochłonąć po tym ścisku w wagonie, zwłaszcza że i tak muszę poczekać na autobus. Dziękuję panu, to miłe, bardzo obywatelska postawa, domyślam się, że wyglądam po tej podróży jak widmo… ale naprawdę nic mi nie jest. Nic a nic, jestem tylko trochę zmęczona.
Twarz mężczyzny rozjaśniła się na te słowa i oblekła się wyrazem ulgi.
– No to chwała Bogu! – odetchnął i uśmiechnął się, a w jego pięknych oczach błysnęły przyjazne ogniki. – Daleko pani mieszka?
– Nie, tylko dwa przystanki stąd.
– W miasteczku?
„Aha, miejscowy!” – zdziwiła się Edyta.
W istocie nazwy jej rodzinnej miejscowości Bobrza, która widniała wypisana wielkimi literami na budynku stacji, używali jedynie obcy w tych stronach przybysze, podczas gdy rdzenni mieszkańcy okolicy nigdy nie mówili na nią inaczej niż „miasteczko”. Co prawda Bobrza, choć była miejscowością dużą i gęsto zamieszkaną, nigdy nie posiadała praw miejskich, była to tylko duża wieś z rynkiem otoczonym paroma sklepikami i lokalami usługowymi. Niemniej od pokoleń tak właśnie ją nazywano. Miasteczko.
Stojący przed nią mężczyzna musiał zatem pochodzić stąd, a nawet jeśli był mieszkańcem napływowym, bez wątpienia zdążył już mocno wsiąknąć w środowisko, skoro znał ten zwyczaj. Tylko jak to możliwe, że nigdy wcześniej go nie spotkała? Był wszak mniej więcej w jej wieku, co najwyżej kilka lat starszy, więc w teorii powinna znać go przynajmniej z widzenia… Lecz znowu – czy to ważne? Jeśli za chwilę ich drogi się rozejdą, nie będzie to miało znaczenia, w przeciwnym zaś wypadku i tak prędzej czy później wszystkiego się dowie.
– Tak, w miasteczku – potwierdziła, odwzajemniając mu uśmiech. – I to całkiem niedaleko od rynku, tylko dwie ulice dalej, w stronę rzeki.
– O proszę! – ucieszył się. – To się doskonale składa, bo ja właśnie jadę w tamtą stronę. Nie mieszkam w miasteczku, tak prestiżowa lokalizacja jest niestety poza moim zasięgiem – tu roześmiali się oboje – ale mam tam akurat coś do załatwienia, więc, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, chętnie panią podwiozę.
Edyta natychmiast spoważniała i cofnęła się o krok.
– No… nie wiem – pokręciła głową zmieszana. – Ja…
– Ależ proszę się nie obawiać – odparł łagodnie nieznajomy, również poważniejąc. – Jest pani przy mnie całkowicie bezpieczna. Po co tłuc się przez ten śnieg autobusem, na który zresztą musi pani jeszcze trochę poczekać, skoro ja i tak jadę do miasteczka? Autem będzie pani wygodniej, wrzucimy to do bagażnika – ruchem głowy wskazał na jej torbę podróżną – i podwiozę panią pod same drzwi. Jak dobrze policzyć, za kwadrans, góra dwadzieścia minut będzie pani w domu.
Jego oczy znów błysnęły fosforyzującym blaskiem szmaragdów prześwieconych na wylot promieniem słońca. Edyta poczuła, że pod ich spojrzeniem topnieje w niej wszelki opór, a wątpliwości rozpływają się w powietrzu jak mgła w słoneczny poranek. Co się z nią działo? Jakby była zaczarowana albo… Przecież kompletnie nie znała tego gościa, skąd mogła wiedzieć, co to był za jeden?
– Nie wiem – powtórzyła z wahaniem. – Chyba nie powinnam…
– Dlaczego? – uśmiechnął się czarująco. – Naprawdę wyglądam na kogoś, kogo trzeba się bać?
– Ależ nie… tylko…
– Zależy mi na tym – zaznaczył ciepło młody człowiek. – I proszę wierzyć, że będzie mi bardzo przykro, jeśli pani się nie zgodzi.
Choć tego rodzaju słowa powinny natychmiast zapalić w jej głowie czerwoną lampkę ostrzegawczą, Edyta zignorowała szepczący jej do ucha głos rozsądku. Wbrew własnej zachowawczej naturze czuła, że niezwykle trudno będzie jej odrzucić propozycję nieznajomego, zwłaszcza że była ona zaiste kusząca. Na dworze panował mróz, droga do miasteczka zapewne tonęła w ledwo odgarniętym śniegu, a ona była już taka zmęczona… i jeszcze ta ciężka torba… Poza tym sama myśl o tym, że do domu odwiezie ją ten intrygujący przystojniak o szmaragdowych oczach, sprawiała jej wyjątkową przyjemność.
Choć nie, to nie była tylko kwestia przyjemności. Edyta miała świadomość, że po prostu nie może mu odmówić. To było najzwyczajniej w świecie wykluczone.
– Ale… na pewno to nie będzie dla pana kłopot? – zapytała zmieszana.
– Kłopot? Ależ żaden! – zapewnił ją żywo nieznajomy. – Przeciwnie, sama przyjemność! Chodźmy – dodał stanowczo, schylając się, by podnieść z dworcowej podłogi jej torbę. – Szkoda tracić czas, tu jest zimno i obskurnie, a my oboje jesteśmy po tym pociągu nieźle wykończeni. Im szybciej dojedziemy do domu, tym lepiej.
Przyznając mu w duchu rację, Edyta bez oporu podążyła wraz z nim do wyjścia na dworcowy parking, gdzie znajdował się również przystanek autobusowy. Od razu zauważyła, że autobusu jeszcze tam nie było, a spora grupka ludzi, nie tylko tych, którzy wysiedli z jej pociągu, lecz jeszcze jakichś innych, tłoczyła się w oczekiwaniu na jego przyjazd pod tylną ścianą stacji. Dobrze widoczna z perspektywy parkingu droga, którą miał nadjechać, była jednak czarna i pusta aż po horyzont, co wskazywało, że najbliższe połączenie autobusowe z miasteczkiem prawdopodobnie się opóźni.
– Wszędzie śnieg, nawet dzisiaj rano jeszcze padało, a pługi rzadko jeżdżą – stwierdził jej towarzysz. – Przez to i autobusy mają ciężko się przebić.
Edyta zdziwiła się nieco. Skąd wiedział, że rano padał tu śnieg, skoro go tu nie było? Widziała go przecież w pociągu z Warszawy. A może wcale nie jechał z Warszawy, tylko wsiadł na którejś z późniejszych stacji? Bardzo prawdopodobne. To by tłumaczyło też fakt, że nie miał przy sobie żadnego bagażu.
Jak zauważyła z bliska, jego zimowy płaszcz z futrzanym kołnierzem nie był pierwszej nowości, wyglądał raczej jak nadgryziony zębem czasu ciuch wyciągnięty z pełnej moli szafy pradziadka, skórzane brązowe buty również sprawiały wrażenie sfatygowanych, mimo że z wierzchu były czyste i wypastowane. A zatem, wbrew pozorom, nie był to żaden bogaty książę Wikingów…
„Nie powinnaś z nim jechać” – szeptał jej znów do ucha głos rozsądku, kiedy podążali w stronę jedynego już na parkingu, widocznego w silnym świetle latarni czerwonego auta. – „Nie znasz go, nie wiesz, kim jest, może to jakiś morderca? Wywiezie cię gdzieś po ciemku i zabije, ciało wrzuci w krzaki… i kto cię tam znajdzie? Mama oszaleje z rozpaczy…”
Jednocześnie, co dla niej samej było dziwne i zaskakujące, w ogóle nie przejmowała się tymi ostrzegawczymi wizjami snutymi przez czujny rozum, nie bała się ich ani trochę, wręcz miała wewnętrzną pewność, że nic złego jej się nie stanie, że naprawdę u boku tego fascynującego mężczyzny była całkowicie bezpieczna.
– Pojedziemy krótszą drogą – oznajmił ów, gdy torba podróżna dziewczyny spoczęła już w bagażniku, a oni zajęli miejsca w środku. – Tam jest nawet mniej śniegu na drodze, bo między drzewami jest cicho i nie zawiewa z pola.
Edyta pokiwała głową aprobująco, ignorując narzucającą jej się natychmiast myśl, że tu przecież nie ma żadnej krótszej drogi do miasteczka. Ale kto wie? Może faktycznie był tu jakiś skrót, tylko ona zwyczajnie go nie znała? Na stację jeździła przecież rzadko i wyłącznie autobusem.
Nie miała zresztą czasu zastanawiać się nad tym, gdyż jej uwagę przykuło nietypowe wnętrze samochodu. Z wierzchu wyglądał jak zwykłe auto, pierwsza lepsza toyota, jakich tysiące jeżdżą codziennie po ulicach, jednak w środku był jakiś dziwny. Nie tylko bowiem siedzenia ale właściwie wszystko – drzwi, podsufitka, kokpit, nawet obramowanie rozświeconej kontrolkami deski rozdzielczej – było wytapicerowane miękką, przyjemną w dotyku tkaniną, jakby welurem albo aksamitem, a choć w ciemnościach trudno było dokładnie rozpoznać jej kolor, Edyta zakładała, że był to odcień ciemnej czerwieni. Nietypowe obicie kojarzyło się bardziej ze staromodnymi wystrojami dawnych luksusowych karoc czy dyliżansów niż z wnętrzem nowoczesnego samochodu. Dziwne… To musiał być jakiś spersonalizowany egzemplarz na zamówienie. Ciekawe, gdzie zamawia się takie szalone wykończenia wnętrz samochodowych? To była kolejna niezwykła rzecz, jaką dziś widziała po raz pierwszy w życiu.
– Jak pani na imię? – zagadnął nieznajomy, kiedy wyjechali na zaśnieżoną drogę wyjazdową spod stacji.
– Edyta.
– Bardzo ładnie. Ja jestem Stefan.
– Miło mi – szepnęła.
Ze zdziwieniem zauważyła, że auto skręciło w niewłaściwą stronę i jechało teraz drogą wiodącą w przeciwnym kierunku niż trasa autobusów. Czy na pewno trafią tędy do miasteczka? Spychany w głąb podświadomości głos rozsądku znów zaprotestował ostrzegawczo, jednak Edyta, ze stanowczością, która podświadomie samą ją dziwiła, po raz kolejny zignorowała go ze spokojem w duszy. Skoro już wsiadła do samochodu z tym człowiekiem, to musiała mu zaufać i przyjąć na słowo, że tędy rzeczywiście prowadzi jakiś skrót.
Stefan. Nie znała nikogo w swoim pokoleniu, kto nosiłby to staromodne dziś imię, ale musiała przyznać, że bardzo do niego pasowało. I podobało jej się… tak samo jak podobał jej się on sam, choć z każdą minutą utwierdzała się w przekonaniu, że było w nim coś bardzo, ale to bardzo dziwnego. Tak czy inaczej po pewności siebie, z jaką prowadził samochód, widać było, że wie, dokąd zmierza, mimo że pokryte równomiernie śniegiem i tonące w ciemnościach przestrzenie, gdzie nie spojrzeć, wyglądały tak samo. Najwyraźniej znał te tereny jak własną kieszeń, o wiele lepiej niż ona, choć mieszkała w tych okolicach od urodzenia aż do dziewiętnastki, kiedy to wyjechała do Warszawy na studia, a po ich ukończeniu w zeszłym roku znalazła tam pracę i zamieszkała w stolicy na stałe. Nie zmieniało to jednak faktu, że była rodowitą mieszkanką tych okolic, jej rodzina miała nawet jakieś korzenie wśród dawnej tutejszej szlachty, po której co prawda nie zostało już ani śladu, ale przecież krew nie woda…
Zerknęła ukradkiem na swego towarzysza. Wciąż miał na głowie czapkę, równie staromodną jak jego płaszcz i jego imię, po bokach obszytą nieco już wyliniałym futerkiem; w delikatnej poświacie padającej od przednich reflektorów samochodu i kontrolek rysował się męski, regularny profil jego twarzy. Ciekawe, dlaczego patrzył na nią tak badawczo w pociągu… czy wiedział, że będzie wysiadać na stacji w Bobrzy? Może znał ją z widzenia? To, że ona widziała go dziś po raz pierwszy, nie znaczyło wcale, że on nie kojarzył jej, musiał wszak mieć jakiś powód, że pośród innych pasażerów upatrzył sobie właśnie ją.
Auto wjechało teraz w las, pomiędzy wysokie drzewa uginające się pod ciężarem śniegu. Zgodnie z tym, co powiedział na parkingu Stefan, droga była tu mniej zasypana białym puchem niż ta wiodąca przez pola, było tu też ciszej, mroźny wiatr nie obijał się już wściekle o boki samochodu, właściwie nie było słychać go wcale.
– To jest skrót do miasteczka? – upewniła się, wpatrując się w nieutwardzoną już teraz, wertepiastą drogę oświetlaną reflektorami auta. – Chyba jeszcze nigdy nie jechałam przez ten las… Podjedziemy od strony rynku?
– Nie, od strony rzeki, stamtąd będzie bliżej do pani domu.
– Tą dróżką wzdłuż rzeki? – zdziwiła się. – To ona dochodzi aż tutaj? Tam jest przecież strasznie wąsko, a teraz pewnie w dodatku wszystko zasypane… Jest pan pewien, że da się tamtędy przejechać samochodem?
– Spróbujemy – zapewnił ją spokojnie. – Wiadomo, że tam łatwiej konno albo na piechotę, ale chciałem jechać tędy, bo najpierw chcę jeszcze pani coś pokazać.
– Coś pokazać? – zdumiała się jeszcze bardziej Edyta. – Co?
„Konno?!” – pomyślała jednocześnie. – „To on tu jeździ na koniu?”
– Takie jedno miejsce – odpowiedział wymijająco mężczyzna. – Bardzo dla mnie ważne. Jesteśmy już niedaleko, zaraz tam będziemy.
Dziewczyna rozejrzała się, opierając dłoń na welurowym obiciu drzwi – wokół nich, tak daleko, jak sięgały reflektory samochodu, wciąż widać było tylko wysoki, monumentalny las z drzewami pokrytymi ciężkimi czapami śniegu. Gdzie on ją wiózł? Co chciał jej pokazać? Co w ogóle godnego oglądania mogło znajdować się w tej leśnej głuszy?
„Mama umarłaby na zawał, gdyby wiedziała, gdzie teraz jestem i co robię” – pomyślała przytomnie. – „Sama w ciemnym lesie z jakimś nieznajomym facetem, którego spotkałam pół godziny temu na stacji… To przecież kuszenie losu, wręcz niedopuszczalna nieostrożność!”
Nadal jednak, choć w duchu się temu dziwiła, nie bała się ani trochę, pławiąc się w bezwarunkowym poczuciu bezpieczeństwa. Las, owszem, wyglądał groźnie, ale ona nie musiała się obawiać jego ciemnych czeluści, była tu przecież ze Stefanem. Wszak skoro znała jego imię, to już chyba nie był taki całkiem nieznajomy?
Samochód zwolnił i wjechał w ukrytą w leśnych zaroślach dróżkę, na końcu której zdało jej się, że widzi coś nietypowego – jakby ścianę budynku albo ogrodzenie. Kiedy zbliżyli się tam, zauważyła, że był to po prostu drewniany płot z grubych, ściemniałych już desek z otwartymi wrotami niskiej bramy. Auto wjechało przez nią na zaśnieżone podwórko i zatrzymało się przed niskim domem z drewnianych bali pokrytym… ach, czy dobrze widziała? To przecież była prawdziwa słomiana strzecha! Kto by pomyślał, że w środku lasu znajduje się coś takiego!
Stefan wyłączył silnik i światła, przez co wokół zrobiło się całkowicie cicho i ciemno.
– Jesteśmy – oznajmił, a w jego głosie, jak jej się zdało, zabrzmiała nuta wzruszenia. – Chce pani zobaczyć?
Zaintrygowana Edyta nie odrywała wzroku od ciemnej bryły domu, a zwłaszcza od niewielkiego okna, z którego ewidentnie biła delikatna łuna światła.
– Ktoś tam jest? – zapytała, wskazując na nie ruchem głowy.
– Nie, to tylko ogień na kominku. Rozpaliłem, bo dzisiaj w nocy mróz, nie chciałem, żeby pani zmarzła.
Odwróciła się ku niemu zdziwiona.
– Jak to? Wiedział pan, że przyjadę tu z panem?
– Pewnie, że wiedziałem – uśmiechnął się, opierając się ramieniem na kierownicy. – Napaliłem w kominku i specjalnie wyjechałem po panią, ze stacji tutaj bliżej niż z miasteczka. Cieszę się, że przyjechała pani z Warszawy już dzisiaj, i tak jest mało czasu. Wigilia przecież za kilka dni.
Edyta patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, z kompletną pustką w głowie.
– Nic nie rozumiem… – wyszeptała.
Szmaragdowe oczy Stefana, mimo że wokół panowała ciemność rozjaśniana tylko odrobinę bielą śniegu, były tak dobrze widoczne, jakby odbijało się w nich światło dnia.
– Nie zawsze trzeba rozumieć – odpowiedział łagodnie. – Czasem wystarczy zrobić to, co należy, zwłaszcza kiedy idzie o to, żeby kogoś uratować. Chodźmy.
Mówiąc to, wyciągnął kluczyki ze stacyjki i wysiadł z auta, zaś Edyta, znajdując się w dziwnym stanie częściowego paraliżu woli, odruchowo zrobiła to samo.
„Jak to? Kogoś uratować?” – powtórzyła bezradnie w myśli, idąc posłusznie za Stefanem w stronę domu, a następnie wchodząc przez drzwi, które otworzył przed nią uprzejmym gestem. – „Niby kogo? Nic z tego nie ro…”
– Ach! – wyrwał jej się nagle okrzyk zdumienia.
Stanęła właśnie jak wryta na progu izby, do której wprowadził ją Stefan. Niewątpliwie była to główna lub być może nawet jedyna izba w tym niewielkim domu, obszerna, ze ścianami z poprzecznie ułożonych bali, z niską powałą, kominkiem w głębi i wielkim stołem z grubo ciosanego drewna. Oświetlał ją jedynie blask ognia buzującego na kominku, malując na ścianach ruchome, doskonale znane jej cienie. Znała je, tak samo jak znała całe to miejsce, widziała je już przecież tyle razy! Wszystko wyglądało tu dokładnie tak jak w jej nawracającym od lat śnie!
Oniemiała z zaskoczenia odwróciła się, by spojrzeć na Stefana, który, zamknąwszy za sobą drzwi wejściowe, zdejmował właśnie z głowy czapkę. Uśmiechnął się do niej dokładnie w momencie, kiedy złotoblond włosy wysypywały mu się spod niej na ramiona.
– Ogień się pali, ale i tak zimno, lepiej zostać w palcie – zauważył. – Pani sobie tylko czapkę zdejmie i paltocik porozpina. Zaraz dorzucę do ognia i zrobię jakiejś herbaty. Napije się pani?
Edyta wciąż patrzyła na niego oszołomiona.
– Przecież ja znam ten dom – wyszeptała. – Byłam tu… we śnie…
Znów uśmiechnął się tylko i podstawiwszy jej uprzejmie jedno z ciężkich, drewnianych krzeseł, wskazał, by usiadła przy stole. Opadła na nie, posłusznie ściągając z głowy czapkę i rozpinając płaszcz, ale nie zdejmując go, w pomieszczeniu bowiem rzeczywiście było dosyć chłodno. Zdawało jej się, że teraz wszystko wokół niej dzieje się jak we śnie… Niezdolna do tego, by podnieść się i pomóc Stefanowi, patrzyła tylko, jak krząta się po izbie, dokładając drew do kominka i przygotowując herbatę w jakimś starym blaszanym dzbanku, a wszystkie jego gesty, pewne siebie i wyraźnie wskazujące, że czuł się tu gospodarzem, wydawały jej się dziwnie nieśpieszne, jak na filmie puszczonym w zwolnionym tempie.
Ocknęła się dopiero, kiedy na stole przed nią wylądował blaszany kubek z dymiącą herbatą.
– Dziękuję – szepnęła zmieszana, obejmując go obiema dłońmi, by ogrzać je bijącym od niego ciepłem. – Przepraszam, że tak siedzę… powinnam panu pomóc…
– Już skończyłem – oznajmił pogodnie, zajmując miejsce obok niej i stawiając na blacie identyczny kubek dla siebie. – Napijmy się herbaty, żeby trochę się rozgrzać, nie mamy za dużo czasu. Muszę przecież odwieźć panią do domu, zanim rodzina zacznie się o panią martwić.
– Tak – pokiwała głową w roztargnieniu, podnosząc do ust kubek i ostrożnie zamaczając usta w herbacie.
Była jeszcze trochę zbyt gorąca, ale za to pyszna – mocna, aromatyczna, w sam raz na taki zimowy wieczór jak dziś.
– Więc mówi pani, że zna ten dom? – zagadnął od niechcenia Stefan, również upijając łyka herbaty. – A może tylko się pani z czymś kojarzy? Wszystkie takie leśniczówki wyglądają podobnie.
– Ach, czyli to jest leśniczówka! – Edyta spojrzała na niego jak człowiek, który budzi się ze snu. – No jasne! Mogłam się domyślić… Dom w środku lasu to przecież leśniczówka.
Mężczyzna roześmiał się miłym, perlistym śmiechem, który był tak zaraźliwy, że i ona musiała mu zawtórować.
– Tak, to leśniczówka – potwierdził. – Zbudowano ją na polecenie dziedzica Dołanieckiego, bo to były kiedyś jego ziemie. Zresztą dwór był niedaleko, o tam – wskazał nieokreślonym ruchem ręki gdzieś w stronę kominka. – Jakieś może cztery kilometry stąd.
– Dołaniecki? – powtórzyła czujnie Edyta, wspominając napisy na starych nagrobkach, które wraz z babcią i matką odwiedzały co roku w listopadzie na miejscowym cmentarzu. – Moja prababcia od strony mamy była z domu Dołaniecka…
– Tak, wiem o tym – uśmiechnął się młody człowiek. – Pani przodkowie to byli wielcy państwo, teraz już nikt nawet nie pamięta, że istnieli. Jak miała na imię pani prababcia?
– Aniela – odparła, znów wizualizując sobie napis na zwietrzałej płycie starego grobowca.
– Aniela – pokiwał głową w zamyśleniu. – Mała Anielka…
Edyta przyjrzała mu się na nowo zdziwiona, on jednak w tym samym momencie jakby ocknął się z zamyślenia i machnął ręką.
– Stare dzieje… Ludzie dzisiaj nie interesują się lokalną historią, a szkoda, bo to przecież ich korzenie, a historia, jak to się mówi, jest nauczycielką życia. Ja na przykład interesuję się tym bardzo – zaznaczył . – A pani? Zna pani historię swojej rodziny ze dworu?
Pokręciła głową przecząco i upiła kolejnego łyka herbaty, która teraz miała już idealną temperaturę, w sam raz do picia. A jak przyjemnie rozgrzewała żołądek…
– Ze wstydem muszę powiedzieć, że nie – odparła zmieszana. – Właściwie to wiem o nich tylko tyle, że istnieli, nazwisko Dołanieckich znam tylko z napisu na grobie prababci na cmentarzu w miasteczku. Oczywiście wiem, że mieszkali we dworze, byłam nawet kiedyś z babcią na miejscu, gdzie stał, ale ledwo tam trafiłyśmy, zostało z niego tylko trochę ruin, a wszystko zarosło trawą i krzakami. Zresztą pan pewnie o tym wie, skoro interesuje się pan lokalną historią… to zresztą ciekawe, że ma pan takie hobby, dość nietypowe jak na osobę z naszego pokolenia. Ile ma pan lat, jeśli wolno zapytać?
– Dwadzieścia siedem – odparł bez wahania. – Dokładnie dwadzieścia siedem i cztery miesiące.
– No właśnie! – uśmiechnęła się, rozbawiona tą precyzją. – A ja mam prawie dwadzieścia sześć, więc różnica niewielka i teraz wstyd mi przed panem, że o własnych przodkach nie wiem prawie nic. Ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że to wcale nie ze złej woli – zastrzegła. – Po prostu nie miałam nigdy dostępu do źródeł, jak pan na pewno wie, w czasie pierwszej wojny światowej dwór został doszczętnie spalony, a z nim wszystkie pamiątki, zdjęcia, dokumenty… Moja prababcia widziała go tylko jako dziecko i przez traumę wojenną podobno niewiele z tamtych czasów pamiętała, zresztą umarła dość młodo… a babcia urodziła się już w miasteczku. Ależ mnie pan wciągnął w te rozmowy o historii! – zaśmiała się, zdziwiona własnym gadulstwem. – Nawet nie wiem kiedy!
Stefan również zaśmiał się z wyraźną satysfakcją i podniósł do ust kubek z herbatą, co pozwoliło Edycie przez kilka sekund przyglądać się bez przeszkód jego włosom lśniącym w świetle ognia jak żywe złoto.
„Bardzo sympatyczny z niego chłopak” – pomyślała, czując ciepło rozlewające jej się po sercu. – „A jaki przystojny… Fakt, że trochę dziwak, czuć to nawet w sposobie mówienia, ale to pewnie przez to jego historyczne hobby. A to miejsce?” – na nowo ogarnięta zdziwieniem omiotła spojrzeniem znajome kąty izby. – „Leśniczówka z czasów Dołanieckich? Niesłychane, przecież to tutaj byłam w tych snach, wszystko jest tak samo, brakuje tylko białego obrusa i misek z jedzeniem na stole! Czy w takim razie to był sen proroczy?”
– Pan jako hobbysta na pewno zna więcej szczegółów z tamtych czasów – podjęła, zerkając na niego spod oka. – O mojej rodzinie, o dworze… o tej leśniczówce… Ciągle nie mogę się nadziwić, że pan mnie tu przywiózł, i nadal nie rozumiem po co, ale cieszę się, że mogłam ją zobaczyć. Mieszka pan tutaj na stałe?
– Teraz już nie – odparł Stefan. – Ale mieszkałem, a i teraz chętnie tu wracam. To było miejsce najpiękniejszych chwil, jakie przeżyłem w całym swoim życiu – wyjaśnił, uśmiechając się ze wzruszeniem. – Zasługuje na to, żeby o nim nie zapomnieć.
– Na pewno… chociaż przed panem bez wątpienia jeszcze wiele pięknych chwil – zauważyła Edyta. – Dwadzieścia siedem lat i cztery miesiące to przecież jeszcze nie tak dużo. A swoją drogą… – spojrzała na niego z lekkim wahaniem. – Skoro jesteśmy prawie w tym samym wieku, to może przejdźmy po prostu na ty?
– Nie śmiałem tego proponować – odparł z powagą Stefan, a w jego oczach zapaliły się znów ciepłe, budzące sympatię ogniki. – Ale skoro potomkini państwa Dołanieckich sama wyciąga rękę do ludu… nie odmówię.
Edyta roześmiała się serdecznie.
– Ależ z ciebie żartowniś! Potomkini państwa Dołanieckich! Nigdy w życiu tak bym o sobie nie pomyślała! Chociaż fakt, że to przez nieznajomość własnej historii… Ty, jak widzę, wiesz o mojej rodzinie o wiele więcej niż ja sama, więc pewnie jakieś źródła na ten temat są dostępne, tylko nigdy nie wpadło mi do głowy, żeby się tym zainteresować. A w ogóle to jesteś stąd? – zaciekawiła się. – W sensie, że urodziłeś się w tych stronach, czy przyjechałeś z zewnątrz w poszukiwaniu ciekawych historii lokalnych?
– Urodziłem się tutaj – odparł spokojnie Stefan – i spędziłem tu całe życie, uważam, że na ziemi nie ma lepszego i piękniejszego miejsca niż to.
– Proszę, jaki lokalny patriota! – pokiwała głową na wpół pobłażliwie, na wpół z uznaniem. – Ale wiesz co? Aż się dziwię, że nigdy wcześniej cię nie spotkałam, bo ja też przecież jestem stąd. Od urodzenia mieszkałam w miasteczku i tak jak ty nigdy nie przestanę mieć sentymentu do tej okolicy. Teraz mieszkam w Warszawie – zaznaczyła – ale zawsze wracam tu z radością.
– Ja też – uśmiechnął się. – Nie jest ci zimno?
– Nie, w tym płaszczu jest w sam raz, a twoja herbata dodatkowo rozgrzała mnie od środka. Bo co? – spojrzała na niego z niepokojem. – Musimy już jechać?
– A chcesz?
Nie chciała. O, jak bardzo nie chciała stąd odjeżdżać!
– Zostańmy jeszcze trochę – poprosiła. – Podoba mi się tutaj.
Twarz Stefana rozjaśniła się jeszcze bardziej, widać było, że ucieszył się na te słowa.
– To może jeszcze herbaty?
– Chętnie, ale tym razem pomogę ci ją zrobić – zastrzegła. – Przy okazji lepiej obejrzę sobie wszystkie kąty.
Skinął głową z uśmiechem na znak akceptacji i oboje podnieśli się od stołu, zgarniając z blatu swoje kubki.
– Tak naprawdę to jeszcze niewiele widziałaś – oznajmił wesoło, podając jej szklany słoik z herbatą liściastą, a sam zabierając się za przepłukiwanie kubków wodą z wiaderka, leśniczówka bowiem, jak zauważyła Edyta, nie była wyposażona w wodę bieżącą. – Jest noc, prawdziwe piękno tego miejsca widzi się dopiero w dzień, zwłaszcza jak wyjdzie się na podwórko albo pójdzie na spacer drogą w stronę dworu. Środek lasu jest jak kawałek raju… w lecie zielono, w zimie biało… Szczęśliwy człowiek, który może urodzić się i umrzeć w lesie.
– Taki z ciebie leśny ludek? – zażartowała, sypiąc herbatę do przygotowanych przez niego kubków.
– Aha! Las to mój żywioł, nigdzie indziej nie czuję się tak dobrze jak tutaj.
Woda zaszumiała w elektrycznym czajniku, który jednak nie był podłączony pod prąd, musiał to być zatem jakiś model na baterie. W ogóle w leśniczówce nie widać było gniazdek, żarówek ani żadnych innych śladów wskazujących na to, że budynek posiadał instalację elektryczną. Kto by zresztą doprowadzał prąd w taką głuszę?
– No to opowiedz mi jakąś ciekawą historię z tych stron – zażądała wesołym tonem Edyta, kiedy z powrotem zasiedli przy stole z kubkami dymiącej herbaty. – Na pewno znasz ich milion, wybierz jakąś najciekawszą. Może być na przykład o mojej rodzinie, chętnie poznam losy przodków… albo może coś o tej leśniczówce?
Szmaragdowe oczy Stefana znów rozbłysły, a na jego oświetlonej blaskiem ognia twarzy pojawił się wyraz radości i satysfakcji. Był w tej odsłonie taki uroczy… aż topniało serce!
– Bardzo proszę! – podchwycił chętnie. – Skoro tak, to opowiem ci historię związaną jednocześnie i z tą leśniczówką, i z twoją rodziną, chcesz?
– O, to jest taka? – zaciekawiła się natychmiast. – Pewnie, że chcę, opowiadaj!
– Właściwie to jest to historia dwóch osób, leśnika, który mieszkał właśnie tutaj, i panny ze dworu Dołanieckich.
– Ach, historia miłosna? – domyśliła się z entuzjazmem. – I to pewnie jeszcze z mezaliansem w tle? Tym bardziej chcę ją poznać! Leśnik? I panna z dworu? Czy to znaczy, że ona była z mojej rodziny?
– Tak – pokiwał głową. – Daruj, że nie określę dokładnie, kim była dla ciebie, ale na pewno jedną z twoich krewnych, chociaż nie nosiła nazwiska Dołaniecka.
– Ja też go przecież nie noszę – wzruszyła ramionami. – Pewnie to szło po kądzieli, a kobiety zmieniają nazwiska, kiedy wychodzą za mąż. No? I co z tym leśnikiem? Domyślam się, że zakochała się w nim?
– Tak, chociaż najpierw on w niej – uśmiechnął się Stefan. – Od pierwszego wejrzenia, do szaleństwa i bez pamięci. Pierwszy raz zobaczył ją w kościele niedługo po tym, jak po przedwczesnej śmierci obojga rodziców zamieszkała we dworze Dołanieckich. Miała wtedy niecałe szesnaście lat, on był trochę ponad rok starszy. Wystarczyło, że spojrzał na nią ten jeden raz i przepadł na wieki… Od tamtej pory nie mógł przestać o niej myśleć, nosił ją w sercu, budził się i zasypiał z jej imieniem na ustach, a przede wszystkim robił wszystko, żeby od czasu do czasu ją zobaczyć, chociaż z daleka. Ale ponieważ mieszkał z rodzicami i młodszymi braćmi w leśniczówce, rzadko wychodził z lasu, więc takie okazje, jak możesz się domyślić, nie zdarzały się często. Najłatwiej z tym było właśnie w kościele, siedział wtedy w tłumie i zamiast, niech mu Bóg wybaczy, słuchać mszy, wpatrywał się w nią jak w obrazek. Tyle że ona w ogóle nie zwracała na niego uwagi – zaznaczył, upijając łyka herbaty. – Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że taki ktoś istnieje.
– Bo nie był z jej sfery? – domyśliła się.
– Właśnie. Jego ojciec był zwykłym najemnikiem, zatrudnił się u Dołanieckiego po śmierci poprzedniego leśnika. Posada była dobrze opłacana, więc wywiązywał się sumiennie z obowiązków, ale nie miał serca do tej pracy. Nie podobało mu się życie na odludziu, jego żona, która pochodziła z miasta, tęskniła za miejskim gwarem, a młodsi synowie pod wpływem opowiadań matki też marzyli tylko o tym, żeby kiedyś wyrwać się do miasta. Tylko najstarszy, właśnie ten, o którym mowa, kochał las tak samo mocno jak swoją panienkę, a jego największym, naiwnym marzeniem, o którym z góry wiedział, że nie ma szans się spełnić, było zdobyć jej wzajemność, poślubić ją i zamieszkać z nią właśnie tutaj, w leśniczówce w samym sercu lasu.
Zamilkł na chwilę, wpatrując się z daleka w buzujący ogień na kominku.
„Jak on to opowiada!” – pomyślała zafascynowaniem Edyta. – „Tak obrazowo, z emocjami, jakby widział to na własne oczy! Ciekawe, skąd w ogóle zna tę historię, i to z tyloma szczegółami…”
– A jednak jego niemożliwe marzenie przynajmniej częściowo się spełniło – poddała, nie mogąc się doczekać dalszego ciągu. – Bo przecież zdobył w końcu jej wzajemność?
– Tak – ocknął się Stefan. – Ale dopiero kilka lat później, kiedy był już sam na leśniczówce.
– Co się stało z jego rodziną? – zdziwiła się.
– Nic złego – uśmiechnął się. – Spełnili swoje marzenie i udało im się przeprowadzić do miasta, ojciec dostał posadę ogrodnika u bogatego sędziego w Warszawie, matka została tam pokojówką, a dzięki temu ich synowie mogli pójść do szkół i z czasem całkiem nieźle ustawić się w życiu.
– A najstarszy został w lesie?
– Tak jest. Nie wyobrażał sobie opuścić miejsca, do którego był przywiązany, a tym bardziej odjechać daleko od dziewczyny, której oddał serce. Na szczęście był już dorosły, więc mógł postawić się rodzicom, a Dołaniecki, który potrzebował leśnika, zgodził się, żeby na pełnych prawach przejął leśniczówkę i pracę po ojcu.
– A jak zwrócił na siebie uwagę tej panny?
– To był przypadek, a raczej zrządzenie losu. Przyjechała któregoś dnia ze swoim wujem… bo nie dopowiedziałem chyba, że dziedzic Dołaniecki był jej rodzonym wujem, bratem jej zmarłej matki… przyjechała z nim, ze swoją kuzynką czyli jego córką i z jakimiś ludźmi ze służby do leśniczówki na kwartalną inspekcję majątku. Oczywiście tę inspekcję przeprowadzał jej wuj, ona i kuzynka zabrały się z nim tylko dla rozrywki, na dłuższą przejażdżkę powozem. To miała być przyjemna wycieczka połączona z piknikiem, ale nie do końca to wyszło. Głównie ze względu na napiętą atmosferę między nią i wujem.
– Pokłócili się?
– Można tak powiedzieć, chociaż bardziej chodziło o to, że wuj od kilku dni był na nią śmiertelnie obrażony.
– Za co?
– Za to, że dała kosza synowi jednego z jego najbliższych przyjaciół. Miała już dwadzieścia cztery lata, wtedy panny wcześnie wychodziły za mąż, więc od dawna szukano dla niej kandydata, najlepiej jakiegoś młodego, bogatego szlachcica z okolicy. Dziewczyna była piękna i miała dostać całkiem przyzwoity posag, dlatego chętnych do jej ręki nie brakowało, na przestrzeni dwóch lat zgłosiło się ich trzech czy nawet czterech, ale żaden z kandydatów nie poruszył jej serca, więc wszystkich po kolei konsekwentnie odtrącała. A przez to niestety narażała się wujowi, który był jej opiekunem prawnym po śmierci rodziców i którego zresztą bardzo kochała i szanowała.
– Rozumiem – szepnęła Edyta.
– Więc kiedy to samo zrobiła z synem przyjaciela, nota bene bogatego i wysoko postawionego człowieka, mającego koneksje wśród wyższych sfer arystokracji, wuj, dotąd wyrozumiały, wpadł w furię i zrobił jej o to wielką awanturę, a potem obraził się na nią i przez kilka tygodni nie odzywał się do niej ani słowem. Na tę wycieczkę do leśniczówki pojechała z nim tylko dlatego, że prosiła ją o to kuzynka, która strasznie chciała mieć ją do towarzystwa.
– Leśnik musiał bardzo się ucieszyć, kiedy tak niespodziewanie ją zobaczył – zauważyła, wyobrażając sobie tę scenę. – I to we własnym domu.
– Ucieszył się, to mało powiedziane – uśmiechnął się Stefan. – Z wrażenia omal nie padł trupem, ale nie mógł przecież niczego po sobie pokazać, zwłaszcza przed Dołanieckim. Na szczęście miał czas trochę ochłonąć, ponieważ przez kilka godzin zdawał panu szczegółową sprawę ze stanu majątku, z prac przeprowadzonych w lesie i potrzeb na dalsze miesiące, a panny w tym czasie spacerowały ze służbą po lesie albo odpoczywały tu, w tej izbie – zakreślił lekkim gestem dłoni przestrzeń dookoła. – I kiedy leśnik z panem wrócili z inspekcji, panna Dołaniecka zaproponowała, żeby przed drogą powrotną zjeść w leśniczówce prowiant, jaki wiozły na piknik, bo tu wygodniej niż na trawie i można usiąść na krześle. Jej ojciec zgodził się i służba szybko rozłożyła na stole różne frykasy, a ponieważ leśnik był u siebie, zaproszono do stołu i jego, jako gospodarza. I teraz możesz zgadywać, obok kogo wyznaczono mu miejsce?
– Oczywiście obok jego ukochanej – pokiwała głową Edyta. – Też mi zagadka, pff! To nie było ani trochę trudne.
– To prawda – przyznał z rozbawieniem Stefan. – Tak, usadzono go tuż obok niej, na sąsiednim krześle, przez co wypadało im od czasu do czasu zamienić kilka słów. Właściwie tylko ona mówiła, bo on przy niej kompletnie głupiał i co chwila zapominał języka w gębie, nawet nie do końca słyszał, co do niego mówi, był tak szczęśliwy, że szumiało mu w uszach i mącił mu się wzrok. To zachowanie w końcu chyba zwróciło jej uwagę, bo kilka razy zapytała go szeptem, czy dobrze się czuje, i sama nalała mu wody do szklanki. Niedługo potem państwo musieli jechać, bo mieli odwiedzić jeszcze jedno miejsce, zanim wrócą do dworu, a już niedaleko było do wieczora. Kiedy szykowali się do wyjazdu, leśnik pobiegł na tyły domu, gdzie jego matka miała kiedyś mały ogródek, i zerwał wszystkie kwiaty, jakie jeszcze tam rosły i jakie tylko wpadły mu pod rękę. Pewnie nie miałby odwagi wręczyć ich pannie w obecności wuja i kuzynki, ale miał szczęście, bo Dołaniecki był na siostrzenicę obrażony i rozmawiał tylko ze swoją córką, przez co panna przy wychodzeniu z leśniczówki została z tyłu i szła za służbą jako ostatnia.
– I wtedy dał jej kwiaty? – domyśliła się Edyta.
– Tak, a ona je przyjęła. Była bardzo zdziwiona, ale przyjęła je, podziękowała i wtedy pierwszy raz popatrzyła mu prosto w oczy… a w niego jakby piorun strzelił. W nią zresztą też, jak później mu wyznała, to była sekunda, w której pokochała go natychmiast, tak mocno jak nikogo innego na świecie – w jego głosie znów zabrzmiało wzruszenie. – Wyobrażasz sobie to, Edyto? Jedna sekunda, w której wszystko się zmieniło…
Zamilkł znowu na dłuższą chwilę, zapatrując się w płomienie ognia dziwnym, jakby nieobecnym wzrokiem.
„Skąd on zna takie szczegóły?” – pomyślała zafascynowana zarówno jego opowieścią, jak i nim samym Edyta. – „Albo ktoś mu to aż tak dokładnie opowiedział, albo sam tak pięknie fabularyzuje… Jeśli to drugie, to trzeba przyznać, że ma do tego talent!”
– I co było dalej? – zapytała cicho.
Stefan oderwał powoli wzrok od ognia i przeniósł go na nią.
– Co dalej? Dalej zaczyna się bajka… Przez kilka tygodni po wizycie państwa leśnik chodził jak nieprzytomny, wykonywał swoje obowiązki w amoku i z sercem tak pełnym szczęścia, że czasem w środku lasu, kiedy miał pewność, że jest sam, tańczył i krzyczał na całe gardło, żeby od tego szczęścia nie zwariować. Nie miał wątpliwości, że tamten dzień, kiedy ona w końcu zauważyła jego istnienie, a zwłaszcza chwila, kiedy spojrzała mu tak głęboko w oczy, to był szczyt spełnienia jego marzeń i że to wspomnienie będzie musiało wystarczyć mu do końca życia jako najpiękniejszy dar od losu. Ale mylił się. Nie miał pojęcia, że czeka go o wiele więcej szczęścia.
– Jak spotkali się drugi raz? – zapytała rzeczowo.
– Pewnego dnia, jakieś dwa miesiące po tamtym, leśnik musiał powywozić ścięte drewno na skraj lasu, a stamtąd zabierali je służący z dworu. Kiedy układał je w stos i umacniał, żeby bale się nie rozsypały, nagle, nie wiedzieć skąd, pojawiła się obok niego jakaś postać w białej sukni. To była ona… Znalazła się tam tak niespodziewanie, że w pierwszej chwili aż się wystraszył, a w drugiej, kiedy tylko ją rozpoznał, mało nie spadł z tego stosu jak ubita mucha. Ona jednak była bardzo niespokojna i zmieszana, co chwila oglądała się za siebie, czy ktoś z dworu jej nie widzi, a potem zapytała, czy mogą wejść kawałek w las, bo chciała go o coś zapytać. Tam od razu się uspokoiła i poprosiła, żeby pokazał jej drogę do leśniczówki, bo nie zapamiętała jej i bała się zabłądzić, a bardzo jej się w tamtej okolicy podobało. Więc co miał zrobić? Zabrał ją tam z radością, choć przez całą drogę szedł jak ogłuszony i co chwila szczypał się w ramię, żeby sprawdzić, czy to mu się aby nie śni. Ale nie, nie śniło się. Naprawdę z nim była.
– Piękne – szepnęła z rozrzewnieniem Edyta.
– Kiedy dotarli na miejsce, poprosiła go o kubek wody, żeby ugasić pragnienie, a potem zapytała, skąd wziął tamte kwiaty, bo były tak cudne, że zasuszyła je sobie na pamiątkę. Zaprowadził ją więc do starego ogrodu matki, gdzie kwiaty zdążyły już odrosnąć, i znowu zerwał je dla niej wszystkie, co do jednego, a ona wtedy powiedziała mu, że od dnia, kiedy była tu z wujem i kuzynką, codziennie chodziła na przechadzki na skraj lasu w nadziei, że go spotka, i dziś bardzo się cieszy, że wreszcie to się udało. Zapytała, czy będzie mogła czasem tu zajrzeć i z nim porozmawiać, bo we dworze strasznie się nudzi, zaś on wydał jej się bardzo miłym człowiekiem i w ogóle bardzo jej się podoba w jego leśniczówce.
– A leśnik oczywiście się zgodził? – uśmiechnęła się.
– Oczywiście. Przystał na to z największą radością i zaproponował jej, że jeśli życzy sobie, w umówione dni o umówionych godzinach będzie po nią wychodził na skraj lasu, żeby się nie zgubiła, a potem będzie odprowadzał ją w to samo miejsce, aby mogła bezpiecznie wrócić do domu. Ten pomysł bardzo jej się spodobał, ale zastrzegła, że nikt z dworu nie może się o tym dowiedzieć, bo wuj, jak to ujęła, „nie zrozumiałby” i wtedy oboje mieliby kłopoty.
– I tak zrobili? Spotykali się w tajemnicy w lesie?
– Tak, dwa razy w tygodniu, bo ona częściej nie mogła wymykać się z dworu. Z początku to były bardzo niewinne spotkania, żadne z nich nie miało odwagi przekroczyć granicy, ale to była tylko gra pozorów, bo ciągnęło ich do siebie jak magnes i oboje to doskonale czuli. Ona przychodziła pod pretekstem oglądania przyrody i uczenia się rozpoznawania gatunków leśnych roślin, on zabierał ją ze sobą do pracy, pokazywał jej te roślinki, a potem razem gotowali posiłek i jedli go w leśniczówce. Przynosiła ze sobą książki z biblioteki wuja, które razem czytali, uczyła go wszystkiego, co sama umiała z książek i z lekcji z preceptorką, nauczyła go nawet trochę francuskiego, bo to wtedy było bardzo w modzie, a on chłonął wszystko to jak gąbka i coraz lepiej umiał z nią dyskutować na różne światowe tematy.
– Aha! Zacierali różnice klasowe – zauważyła z uznaniem Edyta. – Ona pewnie chciała go podciągnąć do swojego poziomu wykształcenia, żeby nie czuł się od niej gorszy, a on chętnie z tego korzystał, bo bardzo ją kochał i chciał z nią spędzać każdą możliwą chwilę pod każdym możliwym pretekstem.
– Dokładnie tak. I któregoś dnia, po kilku miesiącach takich tajnych spotkań, zdarzyło się coś niespodziewanego.
– Wuj ich nakrył? – domyśliła się.
– Nie! – zaśmiał się Stefan. – Aż tak źle nie było. Wuj na szczęście niczego się nie domyślał, ani on, ani nikt z dworu, po prostu leśnikowi przydarzył się mały wypadek przy pracy, spadło na niego wycinane drzewo i dosyć mocno poraniło mu obie nogi. Na tyle mocno, że nie mógł chodzić i w umówiony dzień nie mógł pójść na skraj lasu po pannę, a powiadomić jej ani nie miał jak, ani nawet nie mógł, skoro musieli zachowywać swą znajomość w tajemnicy.
– Ona powinna wtedy przyjść do niego – zauważyła Edyta. – Po tylu razach, kiedy prowadził ją do leśniczówki, powinna już dobrze znać drogę.
Stefan spojrzał na nią z uznaniem.
– I tak właśnie było. Przybiegła do niego niedługo po umówionej godzinie, wystraszona, cała we łzach… Wiedziała dobrze, że skoro nie przyszedł, to nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego że coś się stało, i tak bardzo bała się o niego, że cała dosłownie się trzęsła. Kiedy zobaczyła, że to tylko niezagrażające życiu rany na nogach, z ulgi aż jej się zrobiło słabo, a potem usiadła na jego łóżku, przytuliła się do niego i wtedy tama pękła… Wyznali sobie miłość i przez kilka godzin prawie bez przerwy całowali się jak szaleńcy, płakali i opowiadali sobie wzajemnie wszystko, czego wcześniej nie mogli otwarcie wypowiedzieć. Leśnik, choć był ubogim najemnikiem leśniczówki i miał niewiele własnych oszczędności, wiedząc, że jest szczerze kochany, odważył się zrobić krok, na którym poległ już niejeden konkurent do ręki panny, mianowicie oświadczył jej się. A ona od razu, bez wahania i z radością odpowiedziała tak.
– Wolała go od tylu innych – westchnęła z rozrzewnieniem Edyta. – Dużo bogatszych, lepiej postawionych, z jej sfery…
– Tak, to była historia jak z baśni, chociaż w rzeczywistości ich różnica stanu była oczywiście poważnym problemem. Wuj…
– Poczekaj – przerwała mu. – Powiedz mi tylko najpierw, co z jego nogami po tym wypadku? Rany wyleczyły się?
– Pewnie, bez problemu – machnął lekceważąco ręką. – Ogólnie nic wielkiego się nie stało, tyle że przez kilka pierwszych dni nie mógł chodzić, musiał po prostu poczekać, aż rany porządnie się zabliźnią. Jak tu zresztą przejmować się takimi drobiazgami, kiedy po kolei spełniały się wszystkie jego marzenia? Ona za to przejęła się tym bardzo – zaznaczył – i chociaż leśnik umiał opatrywać rany, dlatego po tym wypadku nie potrzebował pomocy lekarza, zaczęła snuć wizje, co by było, gdyby to drzewo przygniotło go mocniej, albo gdyby po prostu przeziębił się na tym odludziu i poważnie rozchorował. Ona sama mogłaby przecież w tym czasie również leżeć chora we dworze, więc uznała, że dla bezpieczeństwa musi wiedzieć o nich jeszcze ktoś trzeci. Jakiś zaufany człowiek, który w razie zerwania kontaktu pośpieszy z pomocą lub przynajmniej poniesie wiadomość od niej do niego i z powrotem.
– Aha. I kto to był?
– Wtajemniczyła swoją najbardziej zaufaną służkę, Kalinkę. Dziewczyna była nie do końca sprawna po jakimś wypadku z dzieciństwa i miała długą szramę na policzku, którą zawsze kryła pod włosami i pod chustą, na wsi uważano ją za dziwaczkę. Kiedy panienka przyjechała do dworu Dołanieckich, przydzielono jej do służby właśnie ją i z czasem obie bardzo się polubiły… tak bardzo, że Kalinka gotowa była za nią w ogień skoczyć. Wiele razy pomagała jej i leśnikowi, albo nosiła między nimi wiadomości, albo kryła swoją panienkę przed wujem i zapewniała jej alibi na czas, kiedy spotykała się ze swoim tajnym narzeczonym.
– No właśnie, wuj! – przypomniała sobie. – Zacząłeś mówić o jej wuju.
– Tak. Wuj Dołaniecki był już wtedy ciężko chory na serce, jego córka wyszła za mąż i wyjechała z dworu, żona nie żyła już od lat, więc de facto u jego boku została tylko ona. Jak mówiłem, pomimo napięć, jakie były między nimi, kochała go i była mu bardzo wdzięczna za wszystko, co dla niej zrobił po śmierci rodziców, dlatego bała się ujawnić ze swoją miłością do zwykłego leśnika, zwłaszcza że odrzuciła już tylu bogatych zalotników. Nie chciała, żeby ta wiadomość odbiła się na zdrowiu wuja, było zresztą bardzo prawdopodobne, że mogłaby wręcz wpędzić go do grobu, poza tym nie ulegało wątpliwości, że on by się nie tylko nie zgodził na to małżeństwo, ale dodatkowo ukarałby leśnika za śmiałość i natychmiast odebrałby mu posadę w leśniczówce.
– To kiedy zamierzała mu o tym powiedzieć?
– No właśnie to był problem. Nie chciała stawiać sprawy na ostrzu noża, zresztą była osobą z natury bardzo delikatną i wrażliwą, nie miała duszy rewolucjonistki, takiej, która stanie z podniesionym czołem przeciwko społecznym machinom i zawalczy jak lwica o swoje szczęście. Miała zobowiązania wobec wuja, nie chciała okazać się niewdzięcznicą, a oboje z leśnikiem i tak byli szczęśliwi, nawet w tym swoim ukryciu, więc w naturalny sposób zwlekali z ujawnieniem prawdy. Oczywiście mieli zamiar w końcu to zrobić – zaznaczył. – Pragnęli być razem na zawsze, żyć wreszcie oficjalnie jako mąż i żona… ale ponieważ pewne było, że to wywoła wielki skandal w okolicy, najpierw chcieli się do tego dobrze przygotować. Również finansowo.
– Hmm – zastanowiła się Edyta. – Nigdy nie słyszałam o takim skandalu w mojej rodzinie… o mezaliansie…
– Nie słyszałaś, bo nigdy do niego nie doszło – wyjaśnił jej ze smutnym uśmiechem Stefan.
– Ach, czyli nie pobrali się?
– Nie zdążyli.
– Co się stało? – zaniepokoiła się. – Dlaczego nie zdążyli? Czy któreś z nich… umarło?
– Tak. Leśnik. Nie tyle umarł, co zginął w wypadku. Stratowany przez spłoszone konie.
– O Boże… to straszne! – wyszeptała ze zgrozą, na wskroś przejęta współczuciem wobec cierpienia, przez jakie musiała przejść jej przodkini. – Jak to się stało?
Mężczyzna kiwał przez chwilę powoli głową z bardzo poważną miną, wpatrując się w ogień na kominku, który teraz palił się już o wiele spokojniej, wręcz jakby zaczynał przygasać. Jego czerwonawo-złote poblaski migotały na białych ścianach izby, figlując również w jego oczach. Czy naprawdę znał tę starą historię w aż tak precyzyjnych szczegółach? A może ta opowieść wcale nie była prawdziwa, może niczym natchniony poeta wymyślał ją na poczekaniu tylko po to, żeby sprawić jej przyjemność? Tak czy inaczej, czy była wymyślona czy nie, z całego serca pragnęła dosłuchać jej do końca!
– To było w zimie, takiej jak teraz – podjął po dłuższej chwili, nie odrywając oczu od ognia. – Nawet dokładnie w tym samym czasie, w wigilijną noc. Spotkali się późnym wieczorem w leśniczówce, po zakończonej wieczerzy we dworze, na której panna musiała być obecna, gdyż wuj tego wieczoru podejmował gości. Po zakończeniu kolacji z pomocą Kalinki udało jej się wreszcie uwolnić i wymknąć do lasu, gdzie na skraju jak zawsze czekał na nią leśnik. Poszli razem do leśniczówki zrobić sobie własną wieczerzę. Od paru dni szykowali się do tego, znosili różne przysmaki, ona zresztą i teraz przyniosła jeszcze ze dworu kilka rzeczy w koszyczku, tak że zrobiła się z tego prawdziwa królewska uczta. Cały ten stół – wskazał ruchem ręki – był zastawiony różnymi talerzami, miseczkami, szklaneczkami z jedzeniem i piciem, zabrała nawet z dworu biały krochmalony obrus, pod który włożyli tradycyjne, pachnące siano.
„Ach! Przecież ja właśnie to widziałam!” – pomyślała natychmiast Edyta, wyprostowując się w zaalarmowaniu na krześle. – „W moich snach to był właśnie ich stół nakryty do wieczerzy wigilijnej! Z białym obrusem, z tymi miseczkami… dokładnie tak, jak mówi Stefan!”
– Od dawna zresztą mieli plan, że kiedy zbiorą wystarczająco dużo oszczędności, ujawnią się i wspólnie stawią czoła skandalowi. Umówili się, że jeśli wuj z tego powodu wydziedziczy siostrzenicę, a leśnika zwolni z posady i każe wynosić się z majątku, co było najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, wyjadą gdzieś razem, wezmą ślub, zbudują własną leśniczówkę i zamieszkają tam z dala od wścibskiego świata. Nie wyobrażali sobie mieszkać gdzie indziej niż w lesie, docelowo to właśnie tam miał stanąć ich własny, wymarzony domek, tam miały się urodzić ich dzieci i tam mieli spędzić resztę życia na szczęśliwym, spokojnym i pracowitym życiu. Tego wieczoru chcieli przeżyć namiastkę wspólnej wieczerzy wigilijnej, takiej właśnie, jakich wiele planowali spędzić w przyszłości na łonie założonej przez siebie rodziny. I tak właśnie było… to były jedne z najszczęśliwszych chwil, jakie razem przeżyli.
Edyta przymknęła oczy, wizualizując sobie ów nawracający obraz, który nawiedzał ją we śnie od wielu lat. Tak, to było tutaj, ona zaś patrzyła na tę izbę z perspektywy tamtej panny z dworu. Jak ona miała na imię? Trzeba by zapytać… A może Stefan sam nie wiedział, skoro jeszcze ani razu tego imienia nie użył? Zresztą – czy to ważne? Ważniejsze było, by dowiedzieć się, co stało się tamtej wigilijnej nocy z nieszczęsnym leśnikiem, a potem również z jego ukochaną.
– Kiedy skończyli kolację – podjął przyciszonym głosem Stefan – i panna musiała wracać do dworu, on oczywiście poszedł z nią. Była już późna noc, więc chciał nie tylko przeprowadzić ją przez las, ale i odstawić pod same drzwi dla służby, którymi miała wpuścić ją Kalinka. Wyszli więc razem i szli jak zwykle drogą, o tam, w stronę dworu – wskazał ręką w kierunku jednego z okien. – Nie przejeżdżaliśmy jeszcze dzisiaj przez to miejsce, więc nie mogłaś widzieć, ale tam jest taki duży zakręt między świerkami… Droga do dzisiaj wygląda tak samo, wtedy była tylko trochę węższa, ale tak naprawdę prawie nic się tam nie zmieniło. W pewnym momencie, zaraz po tym, jak minęli ten zakręt, usłyszeli z tyłu jakiś dziwny, głuchy hałas, jakby stukot albo tętent koni połączony ze zgrzytaniem stali. Wydawał się dobiegać z daleka, jednak kiedy tylko odwrócili się, żeby sprawdzić, skąd dobiega, tuż za zakrętem zobaczyli jakieś światła, które chwilę potem pojawiły się przed nimi i zbliżały się w zawrotnym tempie. Noc była ciemna i bezksiężycowa, tyle że trochę było jaśniej od śniegu, ale i tak widzieli tylko te dwa szybko zbliżające się światła…
Edyta zadrżała, czując, jak na kilka sekund całe jej ciało pokrywa gęsia skórka. Dwa szybko zbliżające się światła! Przecież i ona nieraz je widziała! To przez nie bała się jeździć samochodem!
– Co to było? – zapytała cichym, zdławionym z wrażenia głosem.
– To były światła dwukonnego powozu – wyjaśnił Stefan. – I to on wydawał takie metaliczne zgrzyty, bo po prostu jechał za szybko. Ciągnęły go w panice dwa spłoszone konie, bez pasażerów ani stangreta, bo ten już wcześniej, zaraz gdy się spłoszyły, zeskoczył z kozła, bojąc się, że gdzieś go zrzucą i zabiją. Konie uciekły mu razem z powozem w las i biegły na oślep jak szalone w stronę dworu, dokładnie tą drogą, na której znaleźli się panna i leśnik.
– Straszny zbieg okoliczności – zauważyła z żalem Edyta. – Ale dlaczego nie uciekli, nie odskoczyli?
– Zrobili to – zapewnił ją Stefan. – Tyle że to stało się tak szybko, że zanim zorientowali się, co się dzieje, konie z powozem znalazły się tuż przed nimi. Te dwa światła… to były światła latarni zawieszonych z przodu powozu, po obu jego stronach… to było z początku jedyne, co widzieli. Ciemną masę koni i powozu dostrzegli dopiero, kiedy znalazły się kilka metrów przed nimi i pędziły prosto na nich. To były sekundy, dwie, może trzy… Na szczęście dziewczynie udało się uniknąć uderzenia, konie minęły ją o włos, ale leśnikowi to się już nie udało. Wpadł prosto pod ich kopyta, stratowały go, a potem jeszcze przejechał po nim powóz.
– Boże… – wyszeptała wstrząśnięta Edyta. – Zginął na miejscu?
– Nie – pokręcił głową. – Chociaż tak pewnie byłoby lepiej. Kiedy dziewczyna znalazła go stratowanego na skraju drogi, żył jeszcze i nawet był przytomny. Czuł, że już po nim, ale w tym momencie był szczęśliwy, że jeszcze raz może na nią popatrzeć i pożegnać się. Co ciekawe, chociaż tam było piekielnie ciemno, widział dokładnie jej twarz i przerażone, zapłakane oczy… oczy jedynej kobiety, jaką kochał w całym swoim życiu… Nie mógł mówić, ale wszystko widział, słyszał i rozumiał, cieszył się, że może na nią patrzeć, a najważniejsze dla niego było to, że nic jej się nie stało.
– A ona? – zapytała Edyta. – Co zrobiła?
– Najpierw próbowała go podnieść… Biedna, była w tak ciężkim szoku, że z początku nie umiała ocenić sytuacji, a potem wpadła w panikę, zaczęła krzyczeć, błagać go, żeby nie umierał, aż w końcu zostawiła go tam i pobiegła na oślep w stronę dworu.
– Pobiegła po pomoc – domyśliła się.
– E… pomoc na nic już by się nie zdała – machnął ręką Stefan. – Leśnik miał tak ciężkie obrażenia i stracił tyle krwi, że nie mógł nie umrzeć, chociaż fakt, że najpierw jeszcze trochę się pomęczył. Ale za to odszedł z tego świata w piękny sposób… w środku swojego ukochanego lasu, z obrazem najdroższej twarzy przed oczami, a do tego w pierwszych promieniach wschodzącego słońca.
– Jak to? – spojrzała na niego zmrożona. – To leżał tam i umierał na śniegu aż do rana? Pomoc nie przyszła od razu? Przecież gdyby znaleźli go wcześniej, może mogliby go jeszcze uratować!
– Nie tak łatwo znaleźć rannego człowieka w lesie w środku nocy – odparł łagodnie. – Zwłaszcza że leśnik nie mógł krzyczeć, ani nawet się poruszać. To jest jak szukanie igły w stogu siana.
– Ale przecież ona dobrze znała drogę! – zaprotestowała żywo Edyta, czując, jak z emocji na policzki występuje jej płomienny rumieniec. – Wiedziała, gdzie to się stało… że to było przy zakręcie… dokładnie wiedziała, gdzie go szukać! Dlaczego nie sprowadziła pomocy natychmiast, dlaczego nie pojechała z ludźmi na poszukiwania?
– Zostawmy to – odparł tym samym łagodnym tonem Stefan. – Była w szoku, w panice, mogła coś pomylić, a zresztą zanim dobiegła do dworu… tam wszyscy przecież spali…
– No dobrze, zgoda, organizacja takich poszukiwań w lesie może zająć godzinę, niech będzie nawet dwie… ale aż do rana? Przecież w takim czasie to było oczywiste, że on nie tylko się wykrwawi, ale i zamarznie!
– Zostawmy to, Edyto – powtórzył ciepłym tonem. – Widzę, że ta historia bardzo cię zdenerwowała, a przecież to tylko historia, jedna z wielu takich… Śmierć to dla każdego normalna kolej losu, owszem, można się zastanawiać, czy tamtej wigilijnej nocy dało się tego uniknąć, ale jakie to ma znaczenie? Stało się to, co się stało, leśnik zginął i nic mu już ziemskiego życia nie wróci. Ważniejsze jest coś innego… coś, co wiąże się ściśle z tą historią, ale i z tobą.
– Ze mną? – spojrzała na niego zdumiona i jednocześnie wystraszona. – Jak to?
– Nie przywoziłbym cię tutaj i nie opowiadał tego wszystkiego, gdyby to nie było konieczne – wyjaśnił, patrząc jej teraz prosto w oczy świetlistym wzrokiem o szmaragdowym poblasku. – Bo widzisz… to się powtórzy. Powtórzy się już niebawem, czasu jest bardzo mało, do Wigilii zostało tylko kilka dni. I tym razem on nie może zginąć.
– Co? – wyszeptała, blednąc. – O czym ty mówisz?
– Ty musisz go uratować, Edyto.
Patrzyła na niego przerażona, szeroko otwartymi oczami.
– Ja? Jak to… Kogo?
Stefan otworzył usta i już miał odpowiedzieć, ale nagle zamarł w bezruchu, jakby czegoś nasłuchiwał, po czym poruszył się niespokojnie na krześle.
– A niech to… twoja rodzina cię szuka – oznajmił jej z nutą rezygnacji w głosie. – Nie możemy dłużej tu zostać, mamy bardzo mało czasu.
– Przestań, to nieważne! – zaprotestowała. – Moją rodziną się nie przejmuj, może i mnie szukają, ale zaraz odwieziesz mnie do domu i jakoś im to wyjaśnię. Mów, o co chodzi z tą Wigilią? Co się ma powtórzyć? I kogo mam uratować? Ja nic z tego…
Młody człowiek przerwał jej ruchem ręki, po czym przechylił się ku niej przez blat i położył obie dłonie na jej ramionach, patrząc jej prosto w oczy stanowczym wzrokiem.
– Posłuchaj mnie – powiedział pośpiesznie. – Nie ma już czasu na wyjaśnienia, ale ty sama będziesz wiedziała, co robić. Po prostu musisz go uratować. Jeśli to zrobisz, tamta krew zostanie zmazana, a ona zazna prawdziwego spokoju. Wie, że on jej wybaczył, że ani przez chwilę nie miał jej niczego za złe, ale to się jednak położyło cieniem na obu rodzinach i żeby się skończyło, wszystko musi wrócić i rozegrać się od nowa. Rzecz w tym, żeby tym razem nic złego się nie stało, a tylko ty możesz to zagwarantować. Tylko ty, Edyto.
Sięgnął do jej włosów i delikatnym gestem odgarnął jej z twarzy poskręcany, ciemny kosmyk, dokładnie ten sam, z którym walczyła w pociągu. Jego oczy zajaśniały jeszcze jaśniejszym, złoto-szmaragdowym światłem, jak prześwietlone na wskroś promieniem słońca.
– Tylko ty – szepnął. – Jedyna prawdziwa… z jej krwi… tak samo piękna…
Oszołomiona Edyta nabrała mocniej powietrza w płuca, jednak otwarłszy usta, z zaskoczeniem zauważyła, ze nie może wydać z siebie głosu. Mogła tylko patrzeć, jak Stefan cofa dłoń i z tym samym smutnym uśmiechem, jaki widziała dziś już raz u niego, odsuwa się od niej i wyprostowuje na krześle. Ogień chyba znów przygasł, bo w izbie było ciemniej niż wcześniej… a teraz jeszcze ciemniej… i jeszcze…
– Edzia!!! – wrzasnął nagle z ulgą i oburzeniem tuż nad jej uchem znajomy głos. – To ty jesteś tutaj?! I śpisz?!! Panie Zenku, jest! Tutaj, na ławce…
Przecknęła się, z trudem rozwierając powieki i mrugając nimi szybko w kompletnym oszołomieniu i niedowierzaniu. Czy to możliwe? Jak to się stało? Znajdowała się teraz już nie w leśniczówce ze Stefanem, ale wciąż w budynku stacji kolejowej Bobrza… Siedziała na ławce, z torbą podróżną przy nodze, a nad nią pochylały się dwie twarze – jedna z nich, czerwona z emocji jak burak, należała do jej matki, druga zaś, ozdobiona sumiastym wąsem i jowialnie uśmiechnięta, do sąsiada z miasteczka, pana Zenka.
– No czyś ty zwariowała, dziecko?! – piekliła się matka, załamując nad nią ręce. – Śpisz sobie na ławce na dworcu, a my tam przecież w domu z babcią od zmysłów odchodzimy! Czy ty widzisz, która jest godzina?!
Zszokowana dziewczyna, wciąż jeszcze niezdolna do wykrztuszenia z siebie choćby jednego słowa, spojrzała odruchowo na dworcowy zegar i zamarła, bezwolnie otwierając usta. Wskazywał on godzinę dwudziestą trzecią czterdzieści dwie.
– Oj tam, oj tam, pani Marteczko! – wtrącił się wesoło pan Zenek. – Ważne, że dziewczyna się znalazła! A że się biedactwu na ławce zasnęło, no to co? Pewnie wczoraj w tej Warszawie do rana z jakimiś kawalerami balowała, he-he! Jak się nie wyspała, to nic dziwnego, że w końcu padła jak mucha!
– Przed ósmą wysłałaś smsa, że zaraz wsiadasz w autobus, wyszłam na rynek, żeby ci pomóc z bagażem, a on przyjechał bez ciebie – ciągnęła matka, siadając obok niej na ławce z miną człowieka, który za chwilę dostanie apopleksji. – No to już się zmartwiłam, ale pomyślałam, że może się zagapiłaś i przyjedziesz tym ostatnim… A w ogóle to dlaczego ty nie odpowiadasz na smsy?! – podniosła znowu głos. – Chyba ze czterdzieści ich wysłałam, a ty nic i nic!
– Telefon mi się wyładował – szepnęła blado Edyta, z trudem wyduszając z siebie słowa. – Bateria padła…
– To nie mogłaś jej porządnie naładować przed wyjazdem? – prychnęła kobieta. – Zawsze tak robisz, ja z tym telefonem to już nie mam na ciebie słów! Jak nie przyjechałaś też tym ostatnim, to tak się wystraszyłam, że mi serce mało nie stanęło… a babci ciśnienie w minutę skoczyło do stu osiemdziesięciu sześciu! Boże, Edzia, jak my się martwiłyśmy… nie wiedziałyśmy, co robić… Myślałyśmy już, że ktoś cię porwał, wywiózł gdzieś do lasu i… nie, ja nie mogę! – ukryła twarz w dłoniach. – Pan to sobie wyobraża, panie Zenku? My tam mało nie poumierałyśmy ze strachu, a ona siedzi sobie spokojnie na ławce na dworcu i śpi!
– Przepraszam, mamo – wymamrotała ze skruchą Edyta. – Sama nie wiem, jak to się stało…
„Spałam!” – pomyślała jednocześnie z przejmującym żalem i rozczarowaniem. – „Wcale nie spotkałam Stefana… nie byłam w żadnej leśniczówce… To był tylko sen…”
– Przecież ciebie mogli tu z kretesem obrabować! – ciągnęła ze zgrozą matka. – A ty nawet byś się nie zbudziła! Sprawdź lepiej szybko, czy na pewno wszystko masz – dodała, wskazując na leżącą na jej kolanach torebkę. – Pieniądze, telefon… przecież ktoś mógł ci to wszystko wziąć!
Zaniepokojona tą wizją Edyta przyznała jej w duchu rację i pośpiesznie przeszukała torebkę. Na szczęście zarówno telefon, dokumenty i portfel, jak i biała koperta, w której wiozła gotówkę z zamiarem wsparcia nią domowego budżetu na święta, były na swoich miejscach.
– Wszystko jest – oznajmiła z ulgą.
– Portfel jeszcze sprawdź – poleciła jej w napięciu matka. – Zobacz, czy w środku czegoś nie brakuje.
Nie próbując nawet protestować, dziewczyna posłusznie wykonała polecenie.
– Wszystko jest – powtórzyła mechanicznie.
– Uff, no to całe szczęście! – odetchnęła nieco uspokojona kobieta. – Jeszcze tylko tego by brakowało, żeby cię tu okradli! A my tam z babcią po ścianach chodziłyśmy… już miałyśmy na policję dzwonić… Powiedziałam jej w końcu, mamo, ja muszę najpierw pojechać na ten dworzec i sprawdzić, czy jej tam nie ma, a jak nie, to może chociaż ktoś ją widział? Tylko że jak? Autobusów już o tej porze nie uświadczysz, auta nie mamy… No to poleciałam do pana Zenka i proszę, błagam, niech mnie pan podwiezie na stację… Z łóżka człowieka wyciągnęłam, już w piżamie był! Ale dobry z niego sąsiad – spojrzała na mężczyznę, który machnął tylko na to ręką na znak, że to żaden kłopot. – Tak, tak! Wstał i pomógł, ubrał się, samochód wyciągnął… i pojechaliśmy. Bogu dzięki, że stacja całą noc otwarta. I co? Wchodzę tu, patrzę i aż się nogi pode mną ugięły… jest! Podchodzę bliżej… śpi! Boże, Edzia… aleś nas nastraszyła! To ty nie mogłaś, dziecko, jeszcze pół godziny w tym autobusie wytrzymać, do domu przyjechać i pospać sobie normalnie w łóżku?
– Pani Marteczko, już dobrze – zagadnął uspokajająco pan Zenek. – Córka się znalazła, nic jej nie zginęło, to cieszyć się trzeba, a nie dalej denerwować. Zabrać już to do bagażnika? – wskazał na torbę Edyty. – Musimy wracać, toć już prawie północ.
– Ach, prawda! – zreflektowała się kobieta, zrywając się na równe nogi. – Przepraszam, panie Zenku, nie dość, że pan tu ze mną taki kawał w środku nocy jechał, to jeszcze teraz niepotrzebnie pana tu trzymamy… No, wstawaj, Edzia! – rzuciła rozkazująco do córki. – Porozmawiamy w samochodzie, teraz trzeba jechać, przecież babcia dalej tam się martwi! Jeszcze nam przez to zawału dostanie!
Edyta posłusznie podniosła się z ławki i przyciskając do piersi torebkę podobnie kurczowym gestem, jak robiła to w pociągu, skołowana, na uginających się nogach wyszła z matką i sąsiadem na przydworcowy parking, ten sam, z którego kilka godzin wcześniej odjeżdżała we śnie czerwoną toyotą Stefana.