Światła wigilijnej nocy (6)
25.
– Edka, no nie wygłupiaj się! – oburzyła się Magda. – Jak to nie jedziesz z nami na majówkę?! A ja już wszystko nagrałam, specjalnie zaprosiłam Pawła…
– Madziu, proszę – uśmiechnęła się z pobłażaniem Edyta. – Po pierwsze niczego jeszcze nie deklarowałam, a po drugie mówiłam ci wyraźnie, że Paweł mnie nie interesuje. I to nie było krygowanie się, tylko prawda. Przepraszam cię, ale nic na to nie poradzę, w weekend muszę koniecznie zajrzeć w moje rodzinne strony, mam tam ważny interes. Ale wam oczywiście życzę świetnej zabawy!
– A weź! – machnęła ręką Magda, wydymając z dezaprobatą wargi. – Nawet mnie nie denerwuj… Ty jesteś kompletnie nie do życia, Edka, serio!
Edyta skwitowała to tylko kolejnym szerokim uśmiechem i uścisnąwszy serdecznie Magdę, pomknęła do swojego biura, przy wejściu mimochodem zerkając na wiszący na ścianie kalendarz. Do majówki zostało tylko trzy dni! Nic innego się nie liczyło! Cóż z tego, że realizowany przez jej zespół projekt nadal był w powijakach? Cóż z tego, że wisiało już nad nimi realne ryzyko, że nie wyrobią się terminie, a wówczas największe gromy spadną na nią jako szefową ekipy? Później się tym pomartwi. Fakt, że sytuacja wymagałaby, by zabrać służbowego laptopa do domu i w weekend choć częściowo nadrobić zaległości, ale ani jej to było w głowie. Owszem, na tygodniu codziennie posiedzi w biurze do oporu, zatrzyma też współpracowników, i do piątku postarają się zrobić jak najwięcej, ale potem… potem już była sobota, a w sobotę jechała z Simem do miasteczka! I choćby mieli ją zdegradować albo całkiem wywalić z pracy, nie będzie w tym czasie zawracać sobie głowy pracą!
Dziś wieczorem umówili się zresztą na telefoniczny kontakt, by doprecyzować szczegóły wyjazdu, ona zaś, po wczorajszej rozmowie telefonicznej z matką, miała dla niego pewną dodatkową propozycję. I jeśli on się zgodzi… ach, jaka to by była radość! Prawda, że nie powinna się nakręcać i znowu robić sobie głupich nadziei, prawda, że sama pchała palce między drzwi i że to się pewnie źle skończy, ale co mogła poradzić na to, że tak bardzo tego chciała? Chciała, pragnęła, marzyła o tym – i to całym sercem, bez hamulców, jak naiwna nastolatka, która pierwszy raz w życiu czuje właśnie to!
Po co dalej miała oszukiwać samą siebie, skoro wiedziała to od samego początku? Czuła to awansem już wtedy, w skąpanym w ciemnościach wraku czerwonej toyoty rozbitej o pień świerka, gdy, czekając na pogotowie, gładziła po zakrwawionym policzku poszkodowanego w wypadku kierowcę. Już wtedy mogła się domyślić, że to się tak potoczy, że pokocha go bez pamięci, czy będzie tego chciała, czy nie. Ogrzana od środka nieznanym dotąd płomykiem, który zaiskrzył pod jej palcami na krzesiwie szorstkiego policzka rannego mężczyzny, mogła spodziewać się, że na tym się nie skończy, że ten rozpalony na mrozie ogień, raz poznany, nie da się ugasić już nigdy, lecz stopniowo obejmie świętym płomieniem całe jej ciało i duszę, odcinając jej drogę powrotu. Czy zresztą chciałaby powrotu? Wrócić do stanu sprzed zeszłorocznej Wigilii, kiedy jeszcze nie znała Sima? Nigdy i za nic w świecie! Choćby nie wiadomo, jak miała cierpieć w przyszłości, to, co czuła teraz, było tego warte. Lepiej cierpieć, niż nigdy nie zaznać tego ognia, bo nie zaznać go, to jakby nigdy nie żyć!
A może zresztą nie powinna być taka samokrytyczna? Może mimo wszystko miała jakieś szanse? Może to, co o Simie mówiła Monika, a potem nawiasowo i on sam, wcale nie było prawdą, tylko takim sobie gadaniem? Może spotkane w restauracji dziewczyny, które wycałowały go, zostawiając mu na policzku ślad czerwonej szminki, też tylko sobie żartowały? Może… może nawet nie było żadnej Rusałki?
Ech! Nadzieja matką głupich, jednak jak się jej oprzeć, gdy serce śpiewa słowiczą pieśń, nie zważając na batutę dyrygenta? Szczęście to wszak nie tylko ostateczne spełnienie, bo czy nie są nim również wszelkie pośrednie formy i etapy, które do tego spełnienia prowadzą? Nawet jeśli na którymś z nich z konieczności trzeba będzie się zatrzymać.
Sim zadzwonił zgodnie z umową, punktualnie o dwudziestej.
– To co? – zagadnął wesoło. – Sobota rano? Czy wolisz później?
– Rano, ale w granicach rozsądku, tak, żebyśmy się wyspali – odpowiedziała podobnym tonem. – Nie musimy się śpieszyć, autem to jakieś półtorej godziny jazdy, cmentarz nie jest mega duży, a kancelaria parafialna jest otwarta dopiero od siedemnastej, przed wieczorną mszą. I tak dobrze, że ktoś tam bywa w soboty.
– Kancelaria parafialna? – zdziwił się.
– Aha – odparła z dumą. – Załatwiłam nam przez mamę wjazd do archiwum parafii. To nawet nie było trudne, ona świetnie zna proboszcza, kumplują się od lat.
– Rewelacja! – szepnął Sim.
– Tylko jest jeden warunek – zastrzegła. – Będziesz musiał udawać historyka-amatora, który szuka materiałów na temat rodziny Dołanieckich. Tak powiedziałam mamie i ona tak zaanonsowała cię u proboszcza. Sama jest zaintrygowana, że ktoś w ogóle interesuje się rodziną jej babci, ale doceniła to i chętnie nam pomogła.
– Eda, jesteś wielka! – oznajmił z uznaniem. – Oczywiście, z przyjemnością odegram przed księdzem proboszczem rolę historyka-pasjonata, jeśli trzeba, mogę nawet założyć jakiś ekscentryczny krawat i kapelusz.
– Ach, nie, to nie będzie konieczne! – roześmiała się. – Dzisiaj historycy-pasjonaci wyglądają jak normalni ludzie, tak mi się przynajmniej wydaje. Chodzi tylko o to, żeby jakoś uzasadnić naszą prośbę, to zresztą nawet nie będzie kłamstwo, przecież naprawdę się tym pasjonujesz.
– Zgadza się. Czyli cmentarz i potem archiwum parafii? Zdążymy do wieczora?
– Mam nadzieję, chociaż nie wiem, ile tam jest tych materiałów. Może niewiele, ale gdyby było dużo, to najwyżej pogadamy z proboszczem i dokończymy eksplorację w niedzielę. O ile będziesz mógł zostać oczywiście – dodała z bijącym mocniej sercem. – Bo może w niedzielę masz jakieś zobowiązania w Warszawie?
– Nie, akurat niedzielę mam wolną – odparł z lekkim zawahaniem. – I bardzo chętnie bym został, tylko…
– Oczywiście przenocujesz u mnie – weszła mu w słowo Edyta, która tylko na to czekała. – Załatwię to z mamą, jestem pewna, że chętnie przyjmie pod swój dach słynnego historyka-amatora. Musisz tylko pilnować się, żeby nie wypaść ze swojej roli.
– Jasne! – ucieszył się. – Genialny plan, nie wiem, co powiedzieć, Eda… Dziękuję. Bardzo chętnie zostanę w Bobrzy na niedzielę, to nam pozwoli nie śpieszyć się i dokładniej sprawdzić cmentarz. I wiesz co? Moglibyśmy też pojechać do tamtego lasu i poszukać leśniczówki, co ty na to?
– O, świetny pomysł! – zgodziła się, niemal tańcząc z radości z telefonem przy uchu. – Zwłaszcza że tam, to tylko za dnia, nigdy więcej nie chciałabym jechać w to miejsce po nocy. Możemy nawet pojechać tam od razu w sobotę, prosto z drogi, spróbowałabym odtworzyć trasę, którą jechałam ze stacji ze Stefanem.
– Właśnie! – odparł z entuzjazmem Sim. – To ma sens, Eda, tak zrobimy. To o której mam po ciebie podjechać w sobotę? Dziewiąta?
– Dziewiąta – potwierdziła bez wahania. – Tylko weź ze sobą jakieś ciuchy na zmianę i szczoteczkę do zębów, pamiętaj!
26.
Droga z Warszawy do Bobrzy minęła na rozmowie tak szybko, że zanim Edyta zdążyła się zorientować, zjeżdżali już z ekspresówki w kierunku Ostrowa, za którym znajdował się odjazd w jej rodzinne strony.
– Serio aż tak boisz się jeździć samochodem? – zagadnął Sim, kiedy na ostrym łuku zjazdu odruchowo chwyciła jedną ręką za podłokietnik fotela, a drugą za uchwyt w drzwiach.
– Jako pasażer nie, może tylko trochę – odparła, wracając do swobodnej pozycji, gdy tylko wyjechali na prostą. – Ale bałabym się jako kierowca i nawet wolę nie próbować. Fakt, że w CV ten brak prawa jazdy trochę źle wygląda, ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Chociaż może jeszcze kiedyś się przełamię?
– Na pewno – uśmiechnął się znad kierownicy. – Jak raz się przekonasz, jaka to frajda, to już pójdzie z górki, a prawko zawsze warto mieć. To przez te światła ze snu, tak? – zerknął na nią, więc tylko pokiwała głową. – Nie martw się, to już za nami. Jestem prawie pewien, że po tym, co odwaliło się w Wigilię, sprawa jest zakończona i już więcej ten koszmar ci się nie przyśni.
– Oby! – westchnęła.
– Miałaś go od tamtej pory?
– Nie, ani razu. W ogóle nic mi się od tego czasu nie śniło.
– Mnie też. Urwało się jak nożem uciął i mam nadzieję, że tak już zostanie. Skoro od paru miesięcy nikt z nich się nie odzywa, to ja interpretuję to jako znak, że niczego więcej od nas nie chcą.
– Ja też ufam, że spełniliśmy ich oczekiwania – przyznała Edyta. – A jak wyjaśnimy to do końca, przynajmniej na tyle, na ile się da, to nie tylko Eliza, ale i my wreszcie zaznamy spokoju.
Sim parsknął śmiechem.
– Dobrze powiedziane! Wiesz, co mnie ciągle zastanawia najbardziej?
– Twoja rola w tej całej aferze?
– Też. Ale zwłaszcza to moje podobieństwo do Stefana. Co prawda wiem, że nie umywam się do leśnego księcia Wikingów, i już się z tym pogodziłem, ale jednak muszę być do niego podobny, skoro nie tylko mnie z nim pomyliłaś, ale w dodatku tak długo trwałaś w tym błędzie.
– Mówiłam ci, że to w dużym stopniu była autosugestia.
– Tak, ale nawet autosugestia musi bazować na jakimś minimum prawdopodobieństwa. A to kompletnie nie ma sensu. O ile w twoim przypadku podobieństwo jest w jakimś stopniu normalne, bo Eliza była twoją krewną, o tyle ja nie mam przecież żadnych powiązań ze Stefanem.
– Skąd wiesz? Może masz, tylko o tym nie wiesz?
– Niemożliwe. Przed wypadkiem nigdy w życiu nie byłem w tej okolicy, w Wigilię trafiłem tam totalnie przypadkowo, kiedy źle poprowadziła mnie nawigacja. Moja rodzina od strony ojca od pokoleń mieszka w Warszawie, to akurat wiem doskonale, bo babcia pasjonowała się kolekcjonowaniem rodzinnych albumów i pamiątek. A ta od strony matki z dziada pradziada pochodzi z Wielkopolski i to z tych najbardziej zachodnich rejonów, więc też nie ma opcji, żeby tam były jakieś powiązania z Bobrzą.
– A sprawdzałeś pod tym kątem te pamiątki z kolekcji babci? Widziałeś je na własne oczy, czy tylko słyszałeś o nich?
– Widziałem na własne oczy, zadałem sobie ten trud – uśmiechnął się. – Ja też nie próżnowałem przez ten tydzień, Eda. Po śmierci babci kolekcja pamiątek wylądowała na strychu u wujka, byłem tam u nich parę dni temu i poprosiłem, żeby udostępnili mi te wszystkie szpargały. Zdziwili się, ale nie widzieli problemu, nawet dali mi je do domu. Siedziałem nad tym wczoraj i przedwczoraj pół nocy, tam jest full ciekawych dokumentów, w tym zdjęcia dziadka, pradziadka, jego sióstr… Pradziadek był znanym w Warszawie adwokatem, zdaje się, że prapradziadek też, chociaż w kolekcji są tylko dwa jego zdjęcia, takie już z późnej starości. Specjalnie patrzyłem na miejsca urodzenia każdego z rodziny, nie wszędzie znalazłem, ale jeśli już, to zawsze to była Warszawa, tylko w jednym przypadku Kraków. O Bobrzy czy Ostrowie nie ma najmniejszej wzmianki.
– Hmm – mruknęła Edyta. – A tych z Wielkopolski też sprawdziłeś?
– Tych nie, bo nie mam dostępu do danych, matka mieszka za granicą i już dawno nie utrzymuje z nimi kontaktów. Jak kiedyś będę się z nią widział, to oczywiście zapytam, ale szczerze wątpię, żeby tam się znalazł jakiś trop. Wiadomo, nic nigdy nie jest w stu procentach wykluczone, ale na ten moment nie trafiłem na żaden, nawet najmniejszy ślad jakiegokolwiek powiązania mojej rodziny z Bobrzą. I dlatego to mnie tym bardziej męczy… Czekaj, czy to już nie Ostrów?
– Tak, wjeżdżamy od południa, zaraz będziemy nawet mijać ten szpital, gdzie leżałeś zaraz po wypadku.
– O! – zaciekawił się. – Po lewej czy po prawej?
– Aż tak dobrze nie pamiętam, zawsze wjeżdżałam w tę część miasta z drugiej strony, ale chyba po lewej. Zwolnij trochę i skupmy się, to nie przegapimy.
W kolejnych minutach rzeczywiście musieli skupić uwagę na tym, by sprawnie przejechać przez Ostrów, który, choć niewielki, charakteryzował się dość skomplikowaną siecią uliczek w samym centrum. Sim, który po grudniowym wypadku, jak to ujął, „obraził się na nawigację”, nie zamontował jej w nowej toyocie, lecz metodycznie na nowo uczył się polegać głównie na znakach i drogowskazach, częściowo tylko wspomagając się wskazówkami z Google Maps. Był w tym zresztą całkiem skuteczny, czego nie omieszkała z uznaniem zauważyć Edyta, kiedy sprawnie przejechali przez Ostrów, nie zgubiwszy się w nim ani razu.
Wkrótce wyjechali na drogę prowadzącą do Bobrzy, położoną wśród pól i łąk, które o tej porze roku zachwycały soczystą zielenią traw i jaskrawą żółcią rozkwitającego rzepaku. Edyta, która kilka miesięcy temu jechała tędy z Rubensem, teraz, zmierzając w rodzinne strony u boku Sima, odczuwała nie tylko coś w rodzaju lokalnej dumy, ale i przyjemne trzepotanie serca na myśl o tym, że dziś i jutro ów będzie gościem w jej domu. Cokolwiek jeszcze wydarzy się w przyszłości, niezmazywalny ślad jego obecności w miejscu, w którym wychowała się od niemowlęctwa, na zawsze pozostanie jej prywatnym skarbem, istną perełką w kolekcji najpiękniejszych wspomnień.
Kilka kilometrów dalej drogowskaz poprowadził ich wąską asfaltówką, którą Edyta chyba jeszcze nigdy nie miała okazji jechać, a która prowadziła przez rozłożyste pola w stronę stacji kolejowej Bobrza. Ponieważ zawsze jeździła tam od strony swojego miasteczka, była wręcz zdziwiona, że prowadzi tędy tak dobrze utrzymana droga utwardzona, zresztą jeszcze niedawno była to pewnie polna droga gruntowa, gdyż jej równiutka asfaltowa nawierzchnia wyglądała na relatywnie nową.
– Tędy to już chyba musiałem jechać – zauważył Sim, kiedy po ominięciu widocznego z daleka budynku stacji zmierzali już w stronę odległej o jakieś trzysta metrów ściany lasu. – Nie kojarzę, bo była zima i ciemno, ale tu chyba nie ma innej drogi od stacji w las?
– Nie ma – przyznała Edyta, z bijącym mocnej sercem obserwując okolicę. – I zaraz chyba skończy się asfalt.
Podskórnie podekscytowana świadomością, że oto przemierzają dokładnie tę samą drogę, którą na trzy dni przed Wigilią jechała ze Stefanem i którą następnie również Sim dojechał na miejsce swojego nocnego wypadku, miała wrażenie, jakby w jakimś sensie przeżywała tamte wydarzenia na nowo, choć tym razem zupełnie inaczej, jakby głębiej i spokojniej, bez ówczesnego stresu i chaosu. Dziś zresztą, jak słusznie zauważył Sim, wszystko wokół wyglądało zupełnie inaczej, śnieżne zaspy zastępowała buzująca zieleń pól, łąk, drzew i krzewów, odmieniając wizualnie okolicę niemal nie do poznania.
Asfalt w istocie urwał się dość szybko, zamieniając się w drogę gruntową, na szczęście dziś, z racji ładnej pogody, jaka panowała od kilku dni, suchą i całkowicie przejezdną. Kiedy czerwona toyota wjechała do lasu, światło słońca natychmiast przygasło i otoczyły ich monumentalne drzewa, głównie dęby, jesiony, świerki i sosny poprzetykane mniejszymi drzewami liściastymi, a na dole otoczone gęstwiną zielonych lub kwitnących na biało krzewów.
Widok wiosennego lasu był zaiste urzekający, jednak oni nie komentowali tego, jadąc w milczeniu przez leśne wyboje, teraz już z niewielką prędkością, by po pierwsze nie uszkodzić podwozia samochodu, a po drugie mieć czas na obserwację bocznych dróżek. Jedna z nich, o ile dobrze pamiętała Edyta, odchodząca na prawo, powinna zawieść ich w głąb leśnej gęstwiny wprost do leśniczówki. Tylko która? Owszem, były tu różne ścieżki i ścieżynki, niektóre szersze, niekiedy nawet oznakowane symbolami ostrowskiego nadleśnictwa, inne wąskie i tak zarośnięte roślinnością, że ledwo było widać ich wlot w poszyciu lasu. A ile było takich, które zarosły całkowicie?
– Długo wtedy jechaliście, zanim skręciliście w prawo? – zagadnął Sim przyciszonym głosem, jakby w obawie przez naruszeniem monumentalnego status quo tego miejsca. – Daleko w głąb, czy raczej bliżej stacji?
– Zdawało mi się, że to było dość daleko, tak jakby w samym środku lasu – odparła z wahaniem, wciąż wytężając wzrok w poszukiwaniu czegokolwiek, co pozwoliłoby jej rozpoznać okolicę. – Ale wiesz, jak to jest w tych snach… strasznie trudno na tej podstawie oceniać odległości.
– Racja – przyznał, zwalniając jeszcze bardziej, tak, że samochód ledwo się teraz toczył. – Równie dobrze mogliście skręcić od razu, a tobie się wydawało, że to było dużo dalej. Coś czuję, że to będzie cholernie ciężkie zadanie, Eda… Trzeba by przeszukać co najmniej po pięćdziesiąt metrów w głąb każdą z tych dróżek, od samego skraju lasu, a mniejszych czy większych minęliśmy już chyba ze czterdzieści. W dodatku wszystko teraz zarośnięte tymi liśćmi, nic przez to nie widać. Jak chcesz, możemy się gdzieś tu zatrzymać i spróbować sprawdzić kilka ścieżek, ale to i tak będzie loteria i liczenie na łut szczęścia.
– Nie, jedźmy dalej – odparła Edyta. – Dzisiaj rozejrzymy się tylko trochę, a jutro najwyżej tu wrócimy i spróbujemy zacząć metodycznie, czyli tak jak mówisz, od skraju lasu każda ścieżka po kolei, pięćdziesiąt metrów w głąb.
Zamilkli znowu, jakby zniechęceni tą wstępną porażką, i jechali dalej już nieco szybciej, aczkolwiek wciąż nie przekraczając dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę. Droga, choć długimi fragmentami równa i wygodna, chwilami zamieniała się istne wertepy powstałe z rozjeżdżonych kolein wypełnionych resztkami wody i błota.
Nagle Sim znów zwolnił i gwałtownie wyprostował się w fotelu. Nie musiała go pytać, co się stało, widziała to sama. Przed nimi, w odległości może stu metrów, droga jakby się kończyła, zamieniając się w ścianę lasu ze szpalerem wysokich świerków o grubych pniach, przysłoniętych u dołu liściastymi krzewami. Nie był to jednak koniec drogi, a tylko jej ostry zakręt w prawo… Ten zakręt! Oboje rozpoznali go od razu, czy też raczej wyczuli wyostrzoną jak brzytwa intuicją, mimo że w zimie i w kompletnych ciemnościach miejsce to wyglądało zupełnie inaczej.
– To tu – szepnął Sim.
– Tak – odszepnęła Edyta.
Nie musieli mówić nic więcej. Kiedy dojechali do zakrętu, Sim zatrzymał samochód na przeciwległym poboczu drogi, zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie parę miesięcy temu leżał wrak rozbitej toyoty, i wyłączył silnik. Oboje jak na komendę, wymieniwszy poważne, znaczące spojrzenia, wysiedli z auta i cichutko, bez trzaskania, przymknęli drzwi. Równie cicho przeszli przez niskie zarośla pokrywające skraj drogi i znaleźli się pod pamiętnym pniem świerka, na którego korze, po rozsunięciu gałęzi obrastających go krzewów, łatwo było dostrzec duży, jaśniejszy ubytek.
Edyta patrzyła na ten ślad z mocno bijącym sercem, przepełniona niezwykłym koktajlem emocji, w którym żal, wzruszenie, zadumanie i wtórny przestrach na wspomnienie wigilijnej traumy mieszały się z rozpierającą serce radością, że wszystko dobrze się skończyło, oraz z cichym szczęściem, że znów są tu razem… właśnie tu, w tym symbolicznym, jakże znaczącym miejscu. Zastanawiała się z troską, jak musiał czuć się teraz stojący nieruchomo obok niej mężczyzna, mający wszak świadomość, że omal nie stracił tu życia… a jednocześnie jej myśli biegły w stronę Stefana, który wiek wcześniej naprawdę zginął na tym zakręcie, w samym środku swego ukochanego lasu.
A ów las, zwłaszcza w tym miejscu, był dziś przepiękny – pełen światła i życia, rozmigotany intensywnie zielonymi liśćmi, rozbrzmiały odgłosami śpiewających w gałęziach ptaków i cichym szumem wiosennego wiatru. Kiedy Sim poruszył się, spontanicznie podniosła na niego wzrok i zamarła porażona widokiem jego szmaragdowych oczu, które na zielonym tle prześwietlanych przez promienie słońca liści iskrzyły jak dwa najprawdziwsze klejnoty, piękniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, jak nie z tego świata. W ułamku sekundy zrozumiała, że właśnie to musiała zobaczyć i poczuć panna Eliza, gdy pierwszy raz zanurzyła wzrok w oczach młodego leśnika i przepadła w nich bez ratunku. Właśnie to – te szmaragdowe otchłanie lśniące na tle zieleni prześwietlonego słońcem lasu! Wystarczyła jedna chwila… kilka sekund… jak teraz… o Boże!
Jednak w tym momencie Sim odwrócił wzrok, ona zaś poczuła, jak na twarz i szyję wypełza jej gorący rumieniec wstydu. O szlag! Ależ się wygłupiła! Kto to widział tak otwarcie i bezczelnie gapić mu się w oczy, co on sobie o niej pomyśli?! Czym prędzej, niesiona pragnieniem natychmiastowego naprawienia swojej wpadki, pochyliła się mocniej do przodu, tak, by włosy opadły jej na twarz, zasłaniając zbyt jawne oznaki emocji, po czym sięgnęła ręką do pnia i dotknęła miejsca z uszkodzoną korą.
– Duży ten ślad – powiedziała cicho, starając się nadal swemu głosowi neutralny ton. – Prawie pięć miesięcy, a jeszcze nie zarosło.
– Mhm – zgodził się Sim. – Dowaliłem, że lepiej nie trzeba… Dobra, spadajmy już stąd, Eda. Czuję się jak przestępca, który wrócił na miejsce zbrodni.
Posłusznie, nie mając odwagi drugi raz na niego spojrzeć, Edyta wróciła do samochodu, z ulgą czując, że płomień na policzkach powoli opadał i stygł, co dawało nadzieję, że za chwilę będzie wyglądać już całkiem normalnie.
Sim tymczasem zajął miejsce za kierownicą i spokojnym gestem odpalił silnik.
– To co teraz robimy? – zapytał. – Jedziemy dalej, czy zawracamy i próbujemy sprawdzić kilka ścieżek?
– Jedźmy dalej – odparła. – Pokażę ci miejsce, gdzie stał dwór, to tylko kilka kilometrów stąd.
27.
– Rzeczywiście, te ruiny są tak ukryte w krzakach, że sam za Chiny Ludowe bym ich nie znalazł – przyznał Sim, kiedy po długim i szczegółowym oglądzie szczątków spalonego dworu wsiedli z powrotem do samochodu. – Do tego trzeba mieć za przewodnika takiego autochtona jak ty.
– Zdecydowanie – zgodziła się Edyta, zapinając pas bezpieczeństwa. – To teraz totalne odludzie, nikt tu nie mieszka i gdyby babcia kiedyś nie pokazała mi, że tu był dwór, nie miałabym pojęcia, gdzie go sytuować. Nawet będąc autochtonem.
– No to powiedz, autochtonie, dokąd teraz jedziemy? – uśmiechnął się. – A zwłaszcza którędy. Da się stąd wydostać inną drogą niż z powrotem przez las?
– Obawiam się, że lepiej nie ryzykować – odparła dyplomatycznie. – Wprawdzie Stefan twierdził, że tędy prowadzi jakiś skrót do rzeki i że da się dojechać do miasteczka, ale potem sam przyznał, że nie wie, czy samochód tamtędy przejedzie, i że najlepiej iść na piechotę albo konno… ech! – parsknęła śmiechem. – A ja się dziwiłam, co on bredzi, jakie „konno”? Teraz wszystko jasne. Wracamy przez las – oznajmiła stanowczo. – Tamta droga przynajmniej jest pewna.
Sim skinął głową, odpalił silnik i zawrócił na nierównej trawie, dzięki czemu po chwili jechali już z powrotem drogą w stronę lasu.
– To co? – zagadnął. – Teraz cmentarz?
– Czekaj, która jest? Ach, już prawie czternasta… w takim razie najpierw jedziemy na obiad. Umówiłam się, że mama będzie z nim czekać od czternastej trzydzieści, dojedziemy idealnie na godzinę.
– Na obiad? – zdziwił się.
– No a co? Historyk-pasjonata przez cały dzień będzie szukał tropów z przeszłości o suchym pysku? – zażartowała. – Nawet tacy wariaci nie żywią się powietrzem! Oczywiście, że zapraszam cię na obiad, Sim. Pojedziemy do mnie, zostawisz sobie tam rzeczy i samochód, a po obiedzie pójdziemy na cmentarz na piechotę. To nie jest daleko.
– Okej – uśmiechnął się. – Dzięki, Eda.
W okolicach wiadomego zakrętu rozmowa spontanicznie się urwała i minęli to miejsce w całkowitym milczeniu, które dla Edyty było teraz więcej niż znaczące. Po wpadce sprzed dwóch godzin, kiedy zbyt głęboko zapatrzyła się w oczy Sima i chyba go tym zaniepokoiła, pilnowała się, żeby drugi raz nie popełnić tego błędu. On również zachowywał się całkowicie normalnie, co prawda nie łudziła się, że o tym zapomniał, ale przynajmniej dyplomatycznie udawał, że wszystko jest w porządku, ona zaś, jeśli nie chciała znowu wywołać jakiejś głupiej sceny, musiała go w tym poczuciu utwierdzić.
Na rynek miasteczka wjechali kwadrans po czternastej. Jako że dysponowali jeszcze kilkunastoma minutami do umówionej godziny, Sim poprosił o krótkie pasmo na obejrzenie tego w istocie urokliwego miejsca i pilotowany przez Edytę zatrzymał samochód przed budynkiem Urzędu Gminy Bobrza.
– Pięknie tu! – stwierdził ze szczerym uznaniem, kiedy, wysiadłszy z auta, przeszli wzdłuż i wszerz rynek miasteczka. – Architektura małych miejscowości to kopalnia niesamowitych niespodzianek, te budyneczki po tej stronie to po prostu cudo! Poczekaj, zrobię sobie ze dwa zdjęcia na pamiątkę.
Edyta uśmiechnęła się z dumą i przystanęła nieco za nim, by nie wchodzić mu w kadr. On jednak, uchwyciwszy w różnych ujęciach panoramę rynku, odwrócił się nagle do niej i bez ostrzeżenia kliknął kilka zdjęć.
– No weź! – skrzywiła się, zaniepokojona, że pewnie wyszła na nich jak straszydło. – Miałeś fotografować architekturę, nie mnie!
– A co to za architektura bez autochtonicznego czynnika ludzkiego? – zaśmiał się, chowając telefon. – To tylko tak, dla ewidencji, dzięki temu nie zapomnę, czyje to miasteczko.
Pokręciła głową z dezaprobatą. A jeśli naprawdę wyszła na tych zdjęciach źle? Choć nigdy się takimi rzeczami nie przejmowała, w tym przypadku wiele by dała, żeby móc na nie zerknąć… Nie miała jednak odwagi, by tego zażądać.
– Cześć, Duśka! – usłyszała za plecami dobiegający z głębi rynku znajomy głos.
Odwrócili się oboje. Za nimi, przed stylowym budynkiem komisariatu policji zatrzymał się właśnie policyjny radiowóz, z którego wysiadło dwóch umundurowanych policjantów. Młodszy z nich machał do niej z daleka ręką.
– Hej, Rubens! – odkrzyknęła, odmachując mu wesoło.
Policjanci jednak najwyraźniej śpieszyli się, dlatego Rubens posłał jej tylko jeszcze jeden szeroki uśmiech i pośpiesznym krokiem podążył za kolegą do budynku. Sim przyglądał się z uwagą tej scence.
– Widzę, że wszystkich tu znasz, jak na prawdziwą autochtonkę przystało.
– Tak, to mój kolega z podstawówki – wyjaśniła, wskazując ręką w stronę zaparkowanej po drugiej stronie rynku toyoty. – Pracuje w policji. To co, jedziemy na ten obiad? Już prawie wpół do.
Wkrótce ruszyli wąską uliczką wiodącą od rynku do jej domu, który znajdował się zaledwie dwie przecznice dalej, w nieco wyżej położonej zachodniej części miasteczka, u stóp malowniczo rozpościerającego się wzniesienia.
– Fajnie mieć kumpla w policji – zauważył Sim, kierując auto we wskazaną stronę. – Sam bym tak chciał, to się pewnie nieraz przy…
Urwał nagle, jakby coś sobie przypomniał albo jakby coś innego odwróciło jego uwagę.
– Oj tak, przydaje się! – podchwyciła Edyta, podekscytowana faktem, że podjeżdżali już w okolice domu. – W takim miasteczku jak to najważniejsze znajomości to policjant i proboszcz, trzeba umieć się ustawić! To już tutaj – dodała ciszej, wskazując mu budynek i podjazd. – O tu, na lewo.
Sim w milczeniu zaparkował auto we wskazanym miejscu. Edyta z rozbawieniem już z daleka zauważyła twarze matki i babci dyskretnie wyglądające przez szybę okienka nad gankiem, które stanowiło tradycyjny punkt obserwacyjny z widokiem na drogę. To właśnie z tamtego miejsca najlepiej było widać nadjeżdżających gości, ona sama w dzieciństwie przed każdym rodzinnym spędem wystawała w nim godzinami, jako że wyglądanie gości i uprzedzanie o ich przybyciu matki było jej stałym zadaniem.
Owszem, ale takiego gościa jak dziś jeszcze tu nie było!
– Wysiadamy! – zarządziła wesoło, odwracając się do swego towarzysza. – Na razie zostawimy samochód tutaj, ale na noc… Co się stało? – zdziwiła się na widok jego niewyraźnej miny.
Wyglądał trochę tak, jakby zobaczył ducha. Rzuciła szybkie spojrzenie na jego umocowany w uchwycie przy kierownicy telefon. Czy w międzyczasie, kiedy ona wpatrywała się w okienko ganku, odebrał jakąś złą wiadomość?
– Coś nie tak? – zapytała z niepokojem.
– Nie, nie, wszystko okej – ocknął się, machnął ręką i uśmiechnął się. – Coś mi się tylko przypomniało… nieważne. Bardzo fajna miejscówka to twoje miasteczko, podoba mi się. A ta uliczka to już w ogóle rewelacja, czuję się, jakbym był w jakimś uzdrowisku. To co? Idziemy? Mam od razu brać walizkę czy już potem?
28.
Domowy obiad po długiej trasie, zwłaszcza po włóczeniu się po lesie i łąkach smakował wyśmienicie. Edyta z dumą musiała przyznać, że matka i babcia stanęły na wysokości zadania i przygotowały same sprawdzone przysmaki; największe wrażenie robiły jak zwykle babcine zrazy, zwane przez stryja Roberta specjalnością zakładu, które Sim pałaszował, aż mu się uszy trzęsły, nie odmawiając dokładek.
– A pokazałaś, Edziu, panu to miejsce, gdzie stały czworaki? – zapytała babcia, obserwując z sympatią zajadającego ze smakiem gościa. – Czy tylko sam dwór?
– Wszystko – zapewniła ją Edyta. – Spędziliśmy tam prawie dwie godziny, obejrzeliśmy każdy kamień. Nawet zajrzeliśmy do tej cembrowanej studni, wiesz? Jest solidnie przykryta, więc pewnie nie wolno, ale co tam… Wiadra ani wału nie ma, ale na dole widać, że tam nadal jest woda.
– A tak – pokiwała głową babcia. – Pamiętam tę studnię, pamiętam…
– To pan szuka, czego tylko się da, o Dołanieckich? – zagadnęła zaintrygowana matka.
– Czego tylko się da – zapewnił ją z powagą Sim.
– A można wiedzieć, po co to panu?
– Z czystej ciekawości – odparł swobodnie. – Uwielbiam historie starych rodów, zwłaszcza wygasłych, a najbardziej takich, w przypadku których trudno znaleźć jakiekolwiek dokumenty. Taki syndrom szperacza – uśmiechnął się. – Zainteresowała mnie historia Ernesta Dołanieckiego i spalonego dworu pod Bobrzą, przekopałem Internet, żeby czegoś więcej się dowiedzieć, a potem już poszło po nitce do kłębka. Eda bardzo mi pomogła – skłonił się uprzejmie Edycie przez stół. – I jestem jej za to naprawdę wdzięczny, sam nie miałbym pojęcia, gdzie szukać tych ruin. Dziękuję też za załatwienie dostępu do archiwum parafii – tym razem skłonił się gospodyni. – Bez pani pomocy to by się mogło nie udać.
– Ależ nie ma problemu, jak trzeba, to zawsze chętnie pomogę! – zapewniła go z sympatią pani Marta. – Ksiądz Bogdan to stary przyjaciel mojego zmarłego męża, taki z czasów młodości. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby odmówił, jak o coś go poproszę.
– Tym bardziej dziękuję – odparł z powagą Sim. – Również za zaproszenie na nocleg i za ten przepyszny obiad.
– Cała przyjemność po naszej stronie! – uśmiechnęła się matka. – Może pan zostać tak długo, jak tylko pan chce, u nas miejsca do spania, jak pan widzi, nie brakuje!
Edyta słuchała tej rozmowy z rozbawieniem i cichą radością, widać było bowiem wyraźnie, że sprowadzony przez nią gość trafił do serca zarówno matki, jak i babci. Obie panie wręcz prześcigały się w dokładaniu mu na talerz przysmaków, on zaś, zgodnie z ustaleniami, jakie poczynili w drodze, nie tylko znakomicie grał swoją rolę historyka-amatora, ale również pilnował się, by ani słowem nie napomknąć o grudniowym wypadku.
Ona bowiem, w obawie przed zbyt niewygodnymi pytaniami, nie chciała w rozmowie z rodziną wracać do tego zapomnianego już tematu. Matka wiedziała tylko tyle, że w wigilijną noc córka była świadkiem wypadku samochodowego i przy udzielaniu pomocy rannemu zaplamiła krwią kurtkę, którą obie czyściły potem przez cały dzień w dolnej łazience. Od tamtej pory matka nie wypytywała jej o nic, a Edyta bardzo to doceniała i wolała trwale zachować takie status quo. Jednak gdyby matka dowiedziała się teraz, że to Sim, którego przedstawiła jej jako znajomego z Warszawy, był poszkodowanym w tamtym wypadku, taryfa ulgowa skończyłaby się natychmiast i rozkręciłaby się karuzela pytań, na które trudno by jej było poudzielać satysfakcjonujących odpowiedzi.
– Czyli rozwiązuje pan zagadki historyczne tylko po godzinach? – zagadnęła matka, kiedy obie z Edytą przyniosły z kuchni i podały deser. – A z czego pan żyje, jeśli można zapytać?
Dowiedziawszy się, że pracuje w branży zabezpieczeń informatycznych dla biznesu, klasnęła w dłonie z radością.
– A to pewnie zna się pan na Internecie! Bo wie pan, my tu mamy sieć na kablach, a na górze Wi-Fi, niby jest ten wzmacniacz sygnału, ale i tak ciągle coś nie działa. Tak to góry nie potrzebujemy, ale jak są goście, to nam zawsze narzekają. Może by pan znalazł chwilę czasu, żeby na to zerknąć?
– Mamo! – zdyscyplinowała ją zażenowana tą prośbą Edyta. – Sim nie pracuje przy instalacjach internetowych, to inna branża, zresztą nawet instalacji oprogramowania sam nie robi, ma od tego techników. Poszukam ci jakiegoś speca od wzmacniaczy i podeślę numer telefonu. Albo może w ogóle wymienimy sprzęt na nowy?
– Ale nie ma problemu, Eda, chętnie zerknę na to Wi-Fi – zaprotestował Sim. – To, że się tym nie zajmuję i mam techników, nie znaczy, że kompletnie się na tym nie znam. Kto wie, może uda mi się pomóc?
– No i widzisz, Edzia? – zatriumfowała pani Marta. – Pan się zna, a co męska ręka, to zawsze męska ręka. Jakby pan był tak miły i zerknął na to – spojrzała na niego przymilnie – byłabym naprawdę bardzo wdzięczna. Oczywiście już nie teraz – zastrzegła. – Na przykład wieczorem, jak wrócicie na kolację, albo jutro.
– Nie ma sprawy – uśmiechnął się uprzejmie mężczyzna. – Nie mogę z góry obiecać, że rozwiążę problem, ale na ile będę umiał, postaram się pomóc.
– Wieczorem albo jutro – podkreśliła Edyta. – Bo teraz kończymy ten deser i idziemy na cmentarz. A potem do kościoła.
29.
Kto o zdrowych zmysłach spędza pogodne majówkowe popołudnie na spacerach po cmentarzu? Edyta i Sim z rozbawieniem zadawali sobie to pytanie, przemierzając powoli kolejne alejki bobrzańskiej nekropolii i z uwagą wczytując się w napisy na każdym mijanym nagrobku, on po lewej, ona po prawej stronie od przejścia. Nauczeni przedpołudniowym doświadczeniem z lasu, którego eksplorację na razie postanowili odpuścić, za zwiedzanie cmentarza w Bobrzy zabrali się metodycznie, począwszy od rzędów położonych najbardziej na lewo od głównego wejścia, pod samym ceglanym murem ogrodzenia. Jako że na całym cmentarzu stare groby przeplatały się w przypadkowy i nieregularny sposób z nowymi, zadanie było czasochłonne, tym bardziej że na najstarszych nagrobkach, czyli właśnie tych, które szczególnie ich interesowały, napisy często były pozacierane albo zarośnięte mchem, co wymagało dodatkowego wysiłku, aby je odcyfrować.
Jednak w pierwszej kolejności, zanim zaczęli ową metodyczną eksplorację, Edyta pokazała Simowi te groby, które już znała, zwłaszcza miejsce spoczynku prababci Anieli oraz grób rodziny Dołanieckich, gdzie był pochowany Ernest i jego najbliżsi.
– I to tu spotkałaś Kalinkę? – upewnił się, kiedy dotarli w ostatnie z tych miejsc. – Może zaraz przyjdzie do nas jeszcze raz?
– Nie strasz! – fuknęła Edyta, rozglądając się z niepokojem po pustych jak okiem sięgnąć alejkach. – Wtedy nie wiedziałam, kto to jest, ale jakby dzisiaj przyszła to… brr! Nawet mi nie mów takich rzeczy, aż mi się zimno robi.
Sim parsknął śmiechem, jednak zaraz spoważniał, podchodząc bliżej do zarośniętej mchem tablicy nagrobnej. Po jego minie widać było, że widok nazwisk ludzi, o których tyle rozmawiali, zrobił na nim wrażenie, bowiem długo analizował w milczeniu napisy, które Edyta wprawdzie już wcześniej spisała z nagrobka, ale które, widziane na żywo, stanowiły namacalny ślad istnienia leżących tu zmarłych.
Niestety, poszukiwania nowych tropów wśród innych grobów na cmentarzu, przynajmniej w części, którą zdążyli przejrzeć, zanim przyszedł czas na umówioną wizytę u proboszcza, zakończyły się kompletnym fiaskiem. Mimo że dokładnie zbadali napisy na nagrobkach z ponad jednej trzeciej alejek, nie znaleźli śladu ani Elizy Rostowskiej, ani nikogo innego, kto byłby w jakiś sposób związany z tą historią. Co gorsza, w archiwum kościoła czekała ich kolejna przykra niespodzianka.
– Sprzed pierwszej wojny to prawie nic nie ma – oznajmił im proboszcz, otwierając przyległy do kancelarii parafialnej magazynek w całości wypełniony starymi tomami akt z naklejonymi na grzbietach rocznikami. – A z drugiej też nie wszystko, bo jak Niemcy weszli tu w czterdziestym roku i zajęli parafię, mnóstwo papierów popalili, pewnie żeby zrobić miejsce na swoje. O, tu jest kilka – wskazał na najwyższą półkę z lewej strony przy drzwiach. – Widzicie? Po bokach jeszcze osmalone, kościelny z niedopałków wyjął, jak zobaczył, że niektóre się ogniem nie zajęły.
– Tysiąc dziewięćset dziesiąty… jedenasty… piętnasty… – odczytała Edyta, zadzierając głowę. – A dalej już dwudziesty ósmy, dziewiąty… to nas nie interesuje.
– One są ułożone rocznikami chronologicznie, tak? – upewnił się Sim.
– Co? A tak, tak – pokiwał głową ksiądz. – Po kolei. Na początku dużo brakuje, ale po drugiej wojnie to już są chyba wszystkie.
– My chcielibyśmy obejrzeć tylko te trzy pierwsze – odpowiedział Sim, stając na palcach i sięgając na półkę po nadpalone tomy. – Można?
– A pewnie, pewnie! – machnął ręką proboszcz. – Te starocie, co tam już nikt z zapisanych nie żyje, to możecie oglądać, ile chcecie, tylko na nowe musielibyście mi podpisać papierek. Do domu to wolę nie wydawać – zastrzegł – żeby co nie poginęło, czasem to nawet jak człowiek nie chce, coś mu się zdarzy, a wiadomo… dokumenty to dokumenty. Ale możecie sobie usiąść tutaj – otworzył drzwi do niewielkiej salki rekolekcyjnej po przeciwnej stronie korytarza – i poczytać na miejscu. Jak tylko trzy księgi, a was dwoje, to aż tak długo chyba wam nie zajmie? Ja idę teraz mszę odprawić, a potem jeszcze do was zajrzę.
Z jednej strony rozczarowani, z drugiej podekscytowani, że zachowały się przynajmniej te trzy tomy z interesującego ich okresu, Edyta i Sim podziękowali i chętnie zasiedli przy jednym ze stolików we wskazanej salce, rozkładając przed sobą dwie pierwsze księgi. Były to opasłe tomy akt w formacie A4 o lekko nadpalonych okładkach, lecz w środku w pełni zachowane, z powypełnianymi ręcznie przez księży i kościelnych rubrykami, które zawierały wszelkie informacje z bieżącego życia parafii, nie tylko adnotacje o chrztach, komuniach, ślubach czy pogrzebach, ale również intencje mszalne czy zapiski na temat datków na rzecz kościoła.
– Mamy, ile mamy, ale trzeba to przejrzeć bardzo dokładnie – podsumował Sim. – Ty bierz tysiąc dziewięćset dziesiąty, ja biorę jedenasty i sprawdzamy strona po stronie, każdy swoje, okej? A ten trzeci weźmie ten, kto skończy pierwszy.
– Dobra – zgodziła się bez wahania Edyta, otwierając przydzieloną sobie księgę. – Tylko kurczę… szkoda, że tego tak mało. Myślałam, że znajdziemy coś z dwanaście, trzynaście i czternaście, zwłaszcza trzynaście nas interesuje, bo wtedy prawdopodobnie zginął leśnik. Kalinka mówiła, że został pochowany w Świętych Młodzianków, sprawdziłam, to jest dwudziesty ósmy grudnia, a pogrzeb przecież na bank miał w tej parafii. Więc wystarczyłoby sprawdzić tę datę i mielibyśmy go… a tak znowu szukaj wiatru w polu.
– Trudno, szukajmy przynajmniej śladów Elizy – odparł Sim, który, pochylony już nad swoim rocznikiem, analizował zapiski na kolejnych kartach. – I w ogóle wszystkich Dołanieckich. Kto wie, może jednak czegoś się dowiemy?
Po niemal godzinie spędzonej na mrówczej pracy, którą wykonywali w pełnej skupienia ciszy zakłócanej jedynie cichym szelestem przekładanych kart, Edyta po raz pierwszy natrafiła na nazwisko Dołanieckiego.
– Aha, pokaż! – zaciekawił się natychmiast Sim. – Henryk Dołaniecki… świadek na ślubie niejakiego Alberta Wojewody z panną Ludmiłą Sitko. Dziewiąty lipca tysiąc dziewięćset dziesięć. Henryk, o ile dobrze pamiętam, to był twój prapradziadek?
– Tak, ojciec prababci Anieli, która miała wtedy dwa latka.
– Okej. Przynajmniej mamy dowód, że naprawdę tu byli, ale sam Henryk niestety słabo nas interesuje. Szukajmy dalej.
– Aha, tylko czekaj, zapalę światło. Coś się już zaczyna ciemno robić.
Niestety, poza adnotacją o pełnionej przez Henryka Dołanieckiego roli świadka na czyimś ślubie znaleźli jeszcze tylko jeden zapisek z tym nazwiskiem – była to informacja o dobrowolnej ofierze, jaką na rzecz parafii złożył Ernest Dołaniecki w marcu roku tysiąc dziewięćset jedenastego.
– I tyle – westchnął z rozczarowaniem Sim, zamykając tom. – Ja już, mogę brać ten ostatni.
– Bierz – skinęła głową Edyta, wciąż zajęta przeglądaniem swojej księgi. – Jak skończę, to ci pomogę.
Znów pochylili się nad pracą, nawet nie zauważając, że na dworze zapadł już zmierzch, zbliżała się bowiem godzina dwudziesta pierwsza, a to znaczyło, że przekroczyli porę kolacji umówioną z panią Martą na dwudziestą.
– Mam! – zawołał nagle z przejęciem Sim. – Jest Eliza!
Zaintrygowana Edyta, porzucając sprawdzanie przedostatniej karty tomu, pochyliła się nad jego księgą, przez co ich głowy znalazły się tuż obok siebie, tak blisko, że na policzku poczuła ciepło jego oddechu. Mimo że wcale tego nie chciała, po karku przeszedł jej ciepły, rozkoszny dreszczyk… Nie powinna tak. Powinna trzymać zdecydowany dystans, zwłaszcza w kontekście tego, co zdarzyło się dzisiaj w lesie. Jednak w tym ekscytującym momencie nie umiała się tym przejmować, a i Sim zdawał się zupełnie nie zwracać na to uwagi.
– Zobacz, tu! – wskazał jej palcem miejsce mniej więcej w połowie strony. – Widzisz?
– Pogrzeb – odczytała drżącym ze wzruszenia półgłosem Edyta. – Eliza Rostowska, szósty lutego tysiąc dziewięćset piętnaście. Data śmierci, drugi lutego. Opatrzona sakramentami świętymi… Faktycznie, mamy ją!
– Długo tego swojego Stefana nie przeżyła – zauważył Sim. – Niewiele ponad rok.
– Tak… rok i niecałe dwa miesiące. Tak czy inaczej jest w dokumentach parafii, a to znaczy, że została pogrzebana tutaj i że gdzieś jeszcze może być jej grób.
– Jutro go poszukamy, bo dzisiaj już noc… O cholera, czy my już nie powinniśmy wracać, Eda? – zaniepokoił się, zerkając na ciemne okno, a potem na zegarek. – Już po dziewiątej, jesteśmy dawno spóźnieni do twojej mamy na kolację!
Edyta zerwała się z miejsca zaskoczona i również zaniepokojona.
– A niech to, faktycznie! Tak się wciągnęłam, że nie zauważyłam, kiedy to zleciało…
– Poczekaj, zrobię tylko zdjęcie tego wpisu – powiedział Sim, wyciągając telefon i fotografując znalezisko. – Dalej właściwie nawet nie ma co szukać, głównie o to nam chodziło. Mamy datę śmierci i pogrzebu Elizy, a Stefana i tak tutaj nie znajdziemy, skoro umarł wcześniej.
W tym momencie na korytarzu rozległy się pośpieszne kroki i do salki zajrzał proboszcz.
– A to wy jeszcze tutaj? – zdziwił się. – Przepraszam was, zaraz po mszy musiałem jechać do umierającego, pilna posługa duszpasterska. I co, znalazł pan coś ciekawego?
– Znalazłem – uśmiechnął się Sim. – Bardzo księdzu dziękujemy i już się wynosimy, nie będziemy dłużej zawracać głowy. Otworzy ksiądz ten magazynek? Odstawię księdzu te akta na półkę, bo ciężkie.
30.
Dom tonął w całkowitych ciemnościach i nocnej ciszy, zbliżała się już trzecia nad ranem, lecz Edyta, pomimo ciężkiej dniówki, jaką miała za sobą, wciąż nie mogła zasnąć. Spóźniona kolacja dawno się zakończyła, a Sim, który zaraz po niej, pomny obietnicy danej pani Marcie, w ciągu niespełna kwadransa rozwiązał problem z Internetem na piętrze, z racji późnej pory pożegnał się i poszedł spać. Jako że otrzymał wygodny pokój z łazienką tuż obok jej pokoju, najpierw z rozrzewnieniem słuchała dobiegającego przez ścianę szumu wody, kiedy brał prysznic, potem wychwyciła stłumione odgłosy jego krzątaniny, aż wreszcie zapadła cisza. Zapewne spał już smacznie, zmęczony podróżą, łażeniem po cmentarzu i ślęczeniem nad aktami kościelnymi, ona zaś ciągle leżała w łóżku z przymkniętymi powiekami i bijącym mocno sercem.
Obrazy związane z tym, co działo się w ostatnim czasie, przesuwały jej się w pamięci, nakładając się na siebie razem ze scenami z grudniowych wydarzeń oraz wizjami ze snów. Ciemność, śnieg, zbliżający się na światłach samochód Sima… leśniczówka… twarz Stefana okolona puklami jasnych włosów… Więc to on był tamtym przystojnym leśnikiem o złotym sercu? Tak bardzo kochał tę swoją Elizę, że nie tylko uratował jej życie, ale nawet po śmierci nie przestał o nią dbać. Gdzieś tu na cmentarzu powinien być jej grób… Jak wyglądała? Tylko Sim ją widział, ona nie, ale mogła wyobrazić ją sobie na podstawie jego opisu i rysów własnej twarzy. Elegancka panna Rostowska z matki Dołanieckiej, ubrana w długą suknię z epoki, z upiętymi w kok ciemnymi włosami i kolczykami w uszach… Musiała wyglądać jak prawdziwa dama i pewnie była całkiem ładna, skoro tylu konkurentów się o nią ubiegało… no, chyba że chodziło im jedynie o jej majątek… ale jednak. Ona tymczasem na śmierć i życie pokochała prostego leśnika i – jak jasno wynikało z akt kościoła w Bobrzy – przeżyła go zaledwie o rok i dwa miesiące.
Czyli dobrze typowali z Simem Wigilię roku tysiąc dziewięćset trzynaście, nie ulegało już wątpliwości, że właśnie wtedy pod końskimi kopytami i kołami powozu hrabiego Barwińskiego zginął Stefan. Wyjaśnienie tajemnicy szło im całkiem nieźle, jednak nadal brakowało odpowiedzi na kluczowe pytanie – dlaczego został w to wplątany Sim? Jedynym ewidentnym powiązaniem z tą historią było jego łudzące podobieństwo do Stefana. Zwłaszcza te oczy… ach!
Mimo że leżała w łóżku, zakręciło jej się w głowie tak, że musiała wyciągnąć rękę i na oślep przychwycić się ściany. Owszem, Stefan i Eliza byli ważni, wyjaśnienie tajemnicy było ważne, ale jednak ponad wszystko najważniejszy był on!
Był tu! Był w jej domu, tak jak to sobie wymarzyła, co prawda tylko na jedną noc, ale to przecież wystarczy. Był i z każdą minutą coraz silniej naznaczał swoją obecnością te ściany, sufity, podłogi… zwłaszcza ów duży pokój obok, który zwykle wraz z rodzicami i bratem zajmowała mała Agusia, a który od dziś stanie się dla niej rodzajem świątyni. Tak samo jak ten las i tamto miejsce na zakręcie… jak łąka z ruinami dworu i pozostałą samotnie w zaroślach cembrowaną studnią… jak cmentarz, plebania i rynek jej miasteczka… O tak, tam już na zawsze będzie obecny Sim! Bez względu na to, co dalej się wydarzy, nawet jeśli na tym wszystko będzie musiało się zakończyć, te miejsca na zawsze zachowają cień jego uśmiechu i blasku szmaragdowych oczu, tak samo jak ona na zawsze zachowa je we własnym sercu.
To było najważniejsze! Teraźniejszość! Historia leśnika i panny Elizy była tylko nicią łączącą oba wymiary, trampoliną, która pozwoliła na skok ponad czasem prowadzący do spotkania z nim! Analogie, które spinały przeszłość z teraźniejszością, były niezwykle wymowne, wręcz oszałamiające, ale kto wie, może tak dzieje się częściej, niż można by pomyśleć? Czy nawet mądrość ludowa nie głosi, że historia lubi się powtarzać? Rzecz w tym, że ludzie rzadko o tym wiedzą, ci z teraźniejszości często pewnie nie mają pojęcia, że w ich życiu powtarza się coś, co ci z przeszłości już dawno przeżyli. Śmierć leśnika i wypadek Sima to tylko jeden z przykładów, podobnie jak blask ich oczu na tle leśnej zieleni… Edyta nie miała bowiem wątpliwości, że wczorajsza scena z zakrętu w lesie, kiedy spojrzała w oczy Sima i bez żadnej kontroli zapadła się w ich otchłań jeszcze głębiej niż w grudniu w ostrowskim szpitalu, była powtórką z chwili, gdy dystyngowana panna Eliza po raz pierwszy spojrzała w oczy leśnika Stefana. Musiała zobaczyć dokładnie to samo – lśniące szmaragdowym blaskiem tęczówki, których barwę podkreślał i wysycał dookolny las. Nic dziwnego, że zakochała się w nim bez pamięci! O tak, historia lubi się powtarzać!
Zgadza się, jednak istniała zasadnicza różnica. Leśnik tę Elizę kochał, on pierwszy oddał jej serce na wyłączność na długo przed tym, nim ona w ogóle dostrzegła jego istnienie. A Sim? Edyta nie miała złudzeń. Nie była przecież głupia i doskonale wiedziała, że Sim był poza jej zasięgiem. Od pierwszego warszawskiego spotkania pod Pałacem Kultury i Nauki widziała – a wczoraj w lesie przekonała się o tym ponad wszelką wątpliwość – jak skrupulatnie dbał o to, by nie dopuścić do żadnej dwuznacznej sytuacji i na każdym kroku zachować względem niej bezpieczny dystans. Owszem, zależało mu na kontakcie z nią, zabiegał o niego bardzo aktywnie, ale przecież tylko po to, żeby pomogła mu w wyjaśnieniu zagadki. Mimo swej otwartej, przyjaznej postawy i szczerego zaangażowania w odkrycie tajemnicy, która obojgu leżała na sercu, mimo długich godzin spędzonych razem na dyskusjach dotyczących jakże prywatnych sfer duszy i intymnych doświadczeń z pogranicza metafizyki, mimo śmiechu i żartów, które tak lubiła, Sim nie wychodził względem niej poza ramy owej zgranej współpracy, wręcz rozmawiał z nią praktycznie tylko o tym.
Otóż to! Przecież ona nadal tak niewiele o nim wiedziała… Kiedy rozmawiali, skupiali się na swej pracy śledczej, owszem, w luźnej atmosferze, ale jednak w duchu bardziej służbowym niż prywatnym. Jak ludzie, którzy, połączeni w zespół pracujący nad jedną sprawą, wkładają w nią swój czas, uwagę i wysiłek, a przez to nawiązują między sobą ciepłe relacje ułatwiające wykonanie zadania, jednak kiedy owo zadanie zostaje zamknięte i zespół rozwiązany, rozchodzą się każdy w swoją stronę, często całkowicie tracąc kontakt. To było właśnie coś takiego. Co z tego, że ona po drodze straciła dla Sima serce i głowę, skoro on nie był zainteresowany wpuszczaniem jej zbyt daleko na swój prywatny teren? Nawet wczoraj, kiedy podjeżdżali pod jej dom, coś się musiało stać, skoro miał taką minę, jednak jej nie chciał powiedzieć, o co chodziło – i słusznie, bo to nie była jej sprawa. Z nią rozwiązywał tylko zagadkę wigilijnej nocy, ale to nie zmieniało faktu, że obok miał swoje życie, swoje problemy… i swoją Rusałkę.
Cóż. Rusałka prawdopodobnie rzeczywiście istniała, bo czy nie tak właśnie zachowuje się mężczyzna wierny tej, której oddał serce? Wobec innych życzliwy, uczynny i przyjacielski, lecz w tym jednym aspekcie niedostępny i zdystansowany, pilnujący tego, by granice nie zostały naruszone. Ona sama również nie miała prawa ich naruszać. Granica między bezpiecznym stopniem przyjacielskiej zażyłości a niebezpiecznym terenem choćby najbardziej niewinnego flirtu jest wszak bardzo subtelna, a Sim nigdy jej nie przekraczał. Ba. Wczoraj, kiedy w lesie tak radykalnie i znacząco zerwał z nią kontakt wzrokowy, nie mogła już mieć w tym względzie wątpliwości ani złudzeń.
Tym bardziej powinno być jej wstyd za to, co wyprawiała zaraz po wypadku, tak bezczelnie dotykając go i gładząc po policzku, kiedy on nawet nie mógł się przed tym bronić. A to, co zrobiła wczoraj w lesie… Ech, ależ wstyd! Nawet jeśli on był do takich gestów przyzwyczajony (trudno było bowiem nie zorientować się, jak wielkie miał powodzenie u kobiet), ona zachowała się jak idiotka, a w najlepszym razie jak ślepo zakochana małolata, która nie dość, że wzdycha do faceta, u którego nie ma szans, to jeszcze bez żenady mu to okazuje.
A jednak nie zmieniało to faktu, że był dziś tutaj, że spał w sąsiednim pokoju oddzielony od niej jedynie ścianą, tak blisko, niemalże na wyciągnięcie ręki… Tego przecież nikt i nic jej nie odbierze! Tak samo jak nie odbierze jej wspomnień, wprawdzie zdobytych bezprawnie i okupionych walutą piekącego wstydu, ale jakże tego wartych! Wspomnień, z którymi we własnej głowie i sercu mogła robić, co chciała, przeżywać je na nowo choćby milion razy i przekuwać w nawet najbardziej szalone marzenia. Bo czy w jakikolwiek sposób szkodziła tym Simowi lub Rusałce? Bez przesady. Jeśli już, to szkodziła samej sobie, ale do tego akurat miała pełne prawo, a bilans zysków i strat był jej prywatną sprawą.
Dlaczego zatem również teraz, skoro i tak nie mogła spać, nie miałaby dać ponieść się marzeniu? Wyobrazić sobie, że wstaje z łóżka i za pośrednictwem jakichś magicznych mocy, które we snach i marzeniach nie są niczym nadzwyczajnym, przenika przez ścianę dzielącą ją z pokojem Sima. Podchodzi do jego łóżka, jak wtedy w szpitalu, siada na brzegu i pochyla się nad śpiącym… wyciąga rękę i dotyka jego policzka pokrytego jaśniutkim, przyjemnie kłującym zarostem… A wtedy on otwiera oczy…
Cóż z tego, że wokół panuje atramentowa ciemność? W marzeniu wszystko jest możliwe. Sim otwiera oczy, które w tym momencie same z siebie rozjaśniają ciemności szmaragdowym blaskiem… patrzy na nią, a ona na niego… uśmiecha się… Edyta czyta w nich, a raczej odszyfrowuje odwieczną mądrością kobiecego serca to, co tak bardzo pragnęła w nich zobaczyć… Czy muszą mówić to na głos? To nie jest konieczne, i tak rozumieją się bez słów. Ale jednak tak przyjemnie byłoby to wypowiedzieć…
Kocham cię, Sim – szepcze zatem, cała drżąc w środku na dźwięk tych szalonych słów.
Ja ciebie też – odpowiada ów tonem, od którego wszystko w niej omdlewa, mięśnie słabną, a zmysły dostają totalnego fioła. – Kocham cię, Dusiu…
Znów nagły zawrót głowy, aż musiała wyciągnąć rękę i w popłochu przytrzymać się ściany, to zaś wywołało niezamierzony hałas, który natychmiast przywrócił ją do rzeczywistości. Poderwała się i usiadła na łóżku. Co ona wyprawia, wali w ścianę w środku nocy? Jeszcze go obudzi! Wystarczy już tych marzeń, które i tak nigdy się nie spełnią, przez to jeszcze, nie daj Boże, zacznie gadać przez sen… ba, może nawet już gadała? A niech to! Ściany przecież nie są takie grube, a gdyby on usłyszał to, co mówiła… Uch!
Gwałtownym gestem opadła na poduszkę, odwróciła się na łóżku plecami do ściany i owinąwszy się kołdrą, zarzuciła jej skraj na głowę, zostawiając sobie tylko szparę do oddychania. Koniec już tego dobrego, musiała wreszcie zasnąć! Do rana pozostało niewiele czasu, a przecież koło siódmej trzeba będzie wstać i pomóc matce w przygotowaniu śniadania!
31.
– Na moje oko tu są same nowe, ale sprawdźmy dla pewności – powiedział Sim, wskazując ręką kolejną cmentarną alejkę, do której przeszli po bezowocnych poszukiwaniach w kilku poprzednich. – Nawet tak po łebkach.
Edyta zerknęła na niego spod oka, notując w jego głosie zmęczenie, to samo, które wychwyciła już rano przy śniadaniu. Przebiegło ono zresztą w zupełnie innej atmosferze niż wczorajszy obiad i kolacja, oboje z Simem jedli bowiem w milczeniu, ledwo zahaczając o siebie wzrokiem, właściwie gdyby nie matka i babcia, nikt by się pewnie przy stole nie odzywał. Mężczyzna był dziś wyraźnie nie w humorze, jakby się nie wyspał, albo jakby w nocy stało się coś poważnego, o czym ona nie wiedziała. Może dostał jakąś kolejną złą wiadomość z Warszawy i coś go w związku z tym gryzło? To się zaczęło przecież już wczoraj.
Zresztą i ona sama od rana czuła się niepewnie. Po pierwsze przespała efektywnie tylko niecałe cztery godziny, więc była półprzytomna, a po drugie… a jeśli jednak coś gadała przez sen? Jeśli w półśnie wypowiadała na głos znaczące słowa z marzenia, i to na tyle głośno, że Sim usłyszał je przez ścianę? Ależ to by była katastrofa! Miała nadzieję, że to nieuzasadniona obawa, jednak na wszelki wypadek i tak wzmogła środki ostrożności, zachowując dziś wobec niego podwójny, jeśli nie potrójny dystans. Robiła to zresztą nie tyle dla siebie co dla niego, chcąc zapewnić mu jak największe poczucie swobody i okazać respekt dla jego przestrzeni osobistej.
Rozmowa zatem nie kleiła się, nie tylko przy śniadaniu, ale również w drodze na cmentarz, którą tak jak wczoraj pokonali piechotą. Na szczęście tu, wśród grobów, milczenie już tak nie ciążyło, było bardziej naturalne, zgrywało się nie tylko z powagą miejsca, ale i ze skupieniem, z jakim przeszukiwali kolejne alejki.
– Okej – pokiwała głową Edyta, ruszając wzdłuż szpaleru grobów i analizując po kolei te po prawej stronie. – Masz rację, dla pewności sprawdźmy wszystko.
„Pewnie o niczym innym nie marzysz jak o tym, żeby skończyć już to sprawdzanie i wracać do Warszawy” – myślała smutno. – „Las i leśniczówkę odpuszczamy, to i tak bez sensu, ja też po wczorajszej wtopie wolę tam nie wracać. Zresztą nie bój się, nie będę ci narzucać swojego towarzystwa. Zostanę w miasteczku do końca majówki, mama się ucieszy… a ty sobie wracaj do swojej Rusałki.”
Choć pogoda była przepiękna, a nad głowami tak jak wczoraj świeciło majowe słońce, zdawało jej się, że świat znów jest dziwnie szary i wypłowiały, pozbawiony nasyconych barw pomimo środka wiosny. I to pomimo jego obecności tuż obok – bo cóż z tego, że był obecny przy niej ciałem, skoro jego dusza bujała gdzie indziej?
Zmęczone od niewyspania oczy błądziły zatem tylko z obowiązku po mijanych nagrobkach, które, jak słusznie zauważył Sim, wyglądały na zbyt nowe, by można było się spodziewać, że właśnie tu znajdą grób Elizy. A jednak… Kiedy dochodzili już do końca alei, u kresu której widoczny był ceglany mur ogrodzenia, Sim nagle zatrzymał się gwałtownie, jak w ziemię wryty.
– Eda! – zawołał zupełnie innym, żywym i podekscytowanym głosem. – Patrz! Jest!
Zaintrygowana Edyta natychmiast ocknęła się ze swojego półletargu i skoczyła jak łania w stronę granitowego nagrobka, który jej wskazywał. Ów wyglądał na dość stary, jednak na pewno nie miał stu lat. Jak od razu zauważyła, był raczej podobny do wielu innych, które pochodziły z czasów tuż po drugiej wojnie światowej, z lat czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Być może wykonywał je według tego samego wzoru jakiś lokalny kamieniarz, bowiem na cmentarzu było takich całkiem sporo.
Mimo to na płycie ewidentnie było wyryte nazwisko Elizy Rostowskiej, a także daty jej urodzin i śmierci: 5.X.1887 – 2.II.1915. Oboje przez dłuższą chwilę stali nieruchomo, wpatrując się w ów napis.
– Daty są dzienne – zauważył w końcu Sim. – U Dołanieckich był podany tylko rok.
– Tak – przyznała. – Zrobisz zdjęcie? Trzeba będzie wpisać to do notatek i przeanalizować.
Mężczyzna posłusznie wyciągnął telefon i obfotografował ze wszystkich stron znalezisko.
– Nagrobek jest powojenny – stwierdził z przekonaniem. – Dobrze, że tu weszliśmy, bo gdybyśmy oddali tę alejkę walkowerem, przeoczylibyśmy go. Ktoś musiał postawić jej ten pomnik wiele lat po śmierci. Ciekawe kto, może ktoś z potomków Ernesta? Może nawet twoja prababcia?
– Nie wiem – pokręciła głową Edyta. – Ale wątpię, bo gdyby prababcia, to moja babcia by to wiedziała i zabrałaby mnie tutaj przynajmniej raz. A ja w tej części cmentarza chyba jeszcze nigdy nie byłam.
– Hmm… ciekawe. Ale w sumie nie takie istotne, najważniejsze jest to, że ją znaleźliśmy i mamy dokładne daty jej urodzin i śmierci. Trzeba to będzie przekalkulować, ale i tak już widzę, że wszystko się zgadza. To jest ewidentnie ona i…
Urwał, zerknąwszy na Edytę, która w międzyczasie przystanęła naprzeciw grobu w postawie pełnego powagi skupienia i przeżegnała się, najwyraźniej przystępując do modlitwy za zmarłych. Skonfundowany zawahał się, lecz po chwili poszedł za jej przykładem, skutkiem czego znów długą chwilę stali obok siebie nieruchomo i w całkowitym milczeniu.
– Niezła zmyła – przyznała Edyta po zakończeniu krótkiej modlitwy za duszę Elizy. – Ktoś postawił nowszy pomnik na starym grobie, może ktoś z rodziny Rostowskich? Nie znam ich, ale ewidentnie ktoś o Elizie pamiętał jeszcze jakieś trzydzieści lat po jej śmierci. Wszystkie takie pomniki – rozejrzała się dookoła – są podobne i tam są głównie daty śmierci z końca lat czterdziestych. O, nawet tu jest taki…
– Poczekaj, zrobię więcej zdjęć z bliska – oznajmił Sim, pochylając się nad płytą. – Szkoda, że nie ma jej fotografii, ale to już byłyby zbyt wygórowane wymagania z naszej strony.
Tymczasem Edytę zaciekawił fakt, że kilka kroków dalej acz nieco na skos, gdyż kończąca się alejka skręcała tutaj w prawo, znajdował się niemal identyczny granitowy pomnik z napisami wyrytymi bardzo podobną czcionką. Niewiele myśląc, podeszła tam, rzuciła okiem na tablicę i zdrętwiała, czując jak robi jej się na przemian zimno i gorąco.
– Sim! – zawołała z bijącym sercem.
– Co tam?– zaciekawił się, wyprostowując się nad grobem Elizy. – Znalazłaś coś?
– Chodź szybko! – rzuciła gorączkowo. – Tylko najpierw weź ze trzy porządne oddechy, żebyś mi tu zaraz nie fiknął.
Sim, nie zadając już więcej pytań, przyskoczył do niej jednym susem.
– O ku… – szepnął i zamilkł.
Na płycie nagrobka widniał napis:
ŚP. Stefan Jurczyk, 21.VIII.1886 – 25.XII.1913. Pokój Jego Duszy.
Oboje patrzyli nań jeszcze przez chwilę, po czym jak na komendę zwrócili na siebie wzajemnie wymowne spojrzenie. Edyta pomyślała na wpół ironicznie, że w tej sytuacji przynajmniej nie musi bać się patrzenia mu w oczy, bo nawet gdyby zagapiła się w nie tak jak wczoraj w lesie, on i tak pewnie nawet nie zwróci na to uwagi.
– Chyba już znamy odpowiedź – zauważyła cicho. – Nadal twierdzisz, że nie masz żadnych rodzinnych powiązań z tą okolicą?
– A niech to… – pokręcił głową Sim. – Czekaj, Eda, daj mi chwilę ochłonąć.
– Jasne – szepnęła, cofając się o krok, by uszanować tę prośbę.
Rozumiała go doskonale, potrzebował teraz chwili ciszy i skupienia, by zasymilować szokującą informację, która spadła na niego jak grom z jasnego nieba, mimo że de facto oboje mogli się jej spodziewać. Zbieżność nazwiska, o wiele bardziej wymowna i bezpośrednia niż w jej przypadku, bo związana z linią męską, sama w sobie wyjaśniała tę część zagadki, która dla Sima była najważniejsza – pytanie dlaczego on. Udowadniała, że jego rola wcale nie była przypadkowa, lecz w integralny i uzasadniony sposób wpisywała się w logikę tej szalonej historycznej układanki.
By skorzystać z wydłużającej się chwili milczenia, odmówiła modlitwę za duszę Stefana, wspominając rozmowę w leśniczówce, która pomimo swej onirycznej atmosfery pozostawiła w niej wrażenie żywej interakcji z kimś, kogo przecież już dawno tu nie było. Widziała wówczas leśnika takiego, jakim był za życia, słyszała jego głos, nota bene do złudzenia podobny do głosu Sima, poznała jego historię, to zaś sprawiało, że teraz, stojąc nad jego grobem, tym dobitniej czuła, iż za napisem na granitowej płycie krył się nie jakiś anonimowy zmarły, ale konkretny, żyjący niegdyś pełnią życia człowiek.
– Dobra, już – mruknął Sim, odwracając się do niej. – Chyba do mnie dotarło, chociaż w pierwszej chwili poczułem się, jakbym oberwał jakimś drągiem w łeb. To mi wyjaśnia właściwie wszystko. Jestem potomkiem leśnika, noszę jego nazwisko, a to znaczy, o ile dobrze rozumuję, że mój prapradziadek musiał być jego bratem.
– I na pewno był – zgodziła się Edyta. – Mówiłam ci przecież, że Stefan miał dwóch młodszych braci, którzy w wieku szkolnym razem z rodzicami wyjechali do miasta, a tylko on został w lesie.
– Mówiłaś – przyznał. – A ja przywiązałem do tego za mało uwagi, myślałem, że to tylko dygresja. Teraz widzę, że to był poważny błąd. Wychodzi na to, że nic, co mówili nam Stefan i Eliza, nie było bez znaczenia… Czekaj, zrobię parę fotek. Dokumentacja zdjęciowa jako dowód, że to mi się nie śniło.
– To, że leżą obok siebie i mają takie same pomniki, to nie może być przypadek – rozważała dalej Edyta, obserwując, jak fotografuje nagrobek. – Elizę pochowano w zupełnie innej części cmentarza niż Dołanieckich, mimo że należała do rodziny. Kiedy umarła, Stefan już od roku leżał tutaj, a to znaczy, że ktoś intencjonalnie zadbał o to, żeby znalazła się przy nim. Ktoś fundnął im też potem te jednakowe nagrobki… oczywiście to już mógł być ktoś inny, ale miejsce przy Stefanie musiało zostać wybrane od razu. Ciekawe… To przecież musiał być ktoś, kto wiedział. Może Eliza przed śmiercią zwierzyła się wujowi i poprosiła, żeby pochować ją koło narzeczonego?
– Możliwe – zgodził się Sim, chowając telefon do kieszeni. – Na łożu śmierci to już co jej szkodziło? A wuj, nawet jeśli to mu się nie podobało, nie odważył się zlekceważyć ostatniej prośby umierającej. Mogło tak być. Mogło też być inaczej. Moja hipoteza jest taka, że zadziałała tu Kalinka.
– Ach, Kalinka! – spojrzała na niego z zaciekawieniem. – Też niegłupie!
– Pamiętasz? Stan wiedzy – uśmiechnął się. – Nadal uważam, że to jest klucz. Jeśli sugerować się wyglądem, a mówiłaś, że Kalinka przyszła do ciebie jako kobieta w średnim wieku, to znaczy, że po śmierci Elizy żyła jeszcze ze trzydzieści lat. Tylko ona znała tę historię, więc niewykluczone, że to właśnie ona załatwiła jakoś dla swojej pani to miejsce na cmentarzu, może to ona pogadała z Dołanieckim? A po drugiej wojnie zamówiła też jednakowe nagrobki dla nich obojga. Ernest już dawno wtedy nie żył, więc nawet jeśli coś wiedział, to na bank nie on postawił te pomniki.
– Mhm, Kalinka to dobry trop – przyznała Edyta. – Po tym, co zrobiła dla Elizy, widać, że była do niej bardzo przywiązana, taka wierna służka, co za swoją panią skoczy nawet w ogień. Kupuję twoją hipotezę, Sim. To wręcz najbardziej prawdopodobna opcja.
– A co do mojego prapradziadka – podjął – to prześwietlę jeszcze dokładniej babcine dokumenty, zwłaszcza że już wiem, czego szukać. Jego miejsca urodzenia. Chociaż nawet jeśli nie znajdę, to i tak wiem, że urodził się w leśniczówce pod Bobrzą. A niech to… wychodzi na to, że Stefan to był jego starszy brat, czyli mój stryjeczny prapradziadek.
– Według twojego systemu skrótów, pra-pra-stryjek – uśmiechnęła się Edyta.
– Tak jest. Nie ma po nim śladu w żadnych dokumentach, bo został w leśniczówce, a potem szybko umarł, zresztą kto wie, czy rodzina z miasta się go nie wstydziła. Prapradziadek zrobił w Warszawie karierę adwokacką, niby po co miał się chwalić jakimś niewykształconym, młodo zmarłym bratem z lasu? Uch! – odetchnął z głębi piersi. – Niezły numer. Wychodzi na to, że od strony więzów krwi jestem w to wplątany tak samo jak ty. Oboje zostaliśmy wytypowani według jednego kryterium… chyba po to, żeby powtórzyć tę historię.
Ostatnie słowa wymówił ciszej, znacząco. Edyta czuła na sobie jego wzrok, jednak sama wolała nie podnosić na niego oczu. Jeszcze znowu odpłynie w szmaragdowy kosmos i narobi sobie wstydu… Bezpieczny dystans. Lepiej o tym nie zapominać.
– Aha, wersja dwa zero, tyle że z innymi aktorami i ze zmodyfikowanym scenariuszem – zgodziła się żartobliwie, uparcie wpatrując się w napisy na grobie Stefana. – Czekaj, tak patrzę jeszcze na te daty… chyba dobrze liczę? On żył dwadzieścia siedem lat i cztery miesiące. Prawie dokładnie co do dnia.
Sim przeniósł wzrok z powrotem na tablicę.
– O masz… faktycznie – pokiwał głową po chwili namysłu. – Świetna uwaga, Eda. Dwadzieścia siedem i cztery miesiące, dokładnie tak, jak ci powiedział.
– A Eliza? – zaciekawiła się. – Teraz już możemy przekalkulować, skoro znamy i datę urodzenia, i datę śmierci.
Oboje wrócili przed grób Elizy i przystanęli, analizując daty.
– A niech to! – szepnął zaskoczony Sim. – Wychodzi to samo! Dwadzieścia siedem i cztery, jak w pysk strzelił!
– Zgadza się – przyznała równie oszołomiona Edyta. – W październiku tysiąc dziewięćset piętnaście skończyłaby dwadzieścia osiem, ale nie dożyła. W lutym miała prawie dokładnie dwadzieścia siedem i cztery, zabrakło jej do tego trzech dni.
– Niebanalnie – pokręcił głową. – Aż się nie chce wierzyć.
Z cmentarza wracali w zupełnie innych humorach, niż przyszli tu rano, znów mieli bowiem świeży, intrygujący temat do dyskusji. Edyta jednak, świadoma faktu, że tylko to ich łączyło, nie zmieniła swojej decyzji o pozostaniu w Bobrzy do końca majówki, co oznajmiła wszystkim otwarcie przy obiedzie.
– Ach, Edzia, no to super! – ucieszyła się matka, wymieniając z babcią rozpromienione spojrzenia. – Uprzedzałaś, że całą majówkę masz zajętą, nawet nie myślałam, że zostaniesz dłużej niż do niedzieli, a tu proszę, jaka niespodzianka! Bardzo się cieszę, dziecko. A pan, panie Szymonie? – spojrzała na wyraźnie zdezorientowanego tą informacją Sima. – Może też by pan został u nas jeszcze dzień czy dwa? Serdecznie zapraszamy!
Sim zawahał się i zerknął spod oka na Edytę, która z kamienną twarzą kroiła na talerzu kotleta, po czym pokręcił głową przecząco, na moment zagryzając wargi.
– Bardzo dziękuję za życzliwość i zaproszenie, ale niestety nie mogę – odparł grzecznie. – Dzisiaj wieczorem muszę być w Warszawie. Ale skoro ty zostajesz, Eda, to może zabiorę ci autem przynajmniej jakiś bagaż?
– Nie, nie trzeba – zapewniła go Edyta, wciąż nie odrywając skupionego wzroku od kotleta, jakby jego przecięcie na pół wymagało precyzji zegarmistrza. – Zostanę tu do wtorku, więc cały bagaż będzie mi potrzebny. A do Warszawy wrócę sobie pociągiem, to żaden problem, przecież zawsze tak jeżdżę.
Pokiwał głową, bez słowa sięgając po kompot – wspaniały kompot agrestowy domowej roboty wprost ze spiżarki babci.
– No dobrze, ale jakby jeszcze kiedyś był pan tutaj, to proszę o nas pamiętać – zastrzegła życzliwie matka. – Nasz dom zawsze stoi przed panem otworem.