Światła wigilijnej nocy (7)

Światła wigilijnej nocy (7)

32.

 

Majówka spędzona w miasteczku wywołała wielką burzę nie tylko w sercu i duszy Edyty, ale również w jej życiu zawodowym. Fakt, że nie wykorzystała tego pasma czasowego na nadrobienie zaległości w projekcie, a także jej zbyt mało stanowcza postawa względem podwładnych poskutkowały poważną zwłoką w realizacji zadania w wyznaczonym terminie, to zaś ściągnęło nad jej głowę widmo poważnych konsekwencji. Teraz już nie było żartów, jeśli zespół miał się wyrobić w terminie, musiał podwoić tempo pracy, co implikowało codzienne siedzenie w biurze po godzinach, czasem nawet do późnego wieczora.

Sim chyba również miał zajęte całe dnie, bowiem od czasu wyjazdu z Bobrzy w majówkową niedzielę odezwał się tylko raz, kilka dni później, meldując jej przez telefon, że przekopał po raz wtóry archiwum dokumentów zebranych przez babcię Jurczykową, ale nie znalazł tam nic godnego uwagi. Ani miejsca urodzenia prapradziadka, ani najmniejszej wzmianki o jego najstarszym bracie Stefanie, tak jakby ów nigdy nie istniał.

– Ale to już i tak bez znaczenia – stwierdził lekko. – Wystarczy mi, że wiem, że tak było, daty się zgadzają, nazwisko mówi samo za siebie. Nie ma sensu dalej tego drążyć, są ważniejsze sprawy. Kiedy aktualizujemy nasze rozpiski?

Edyta zawahała się. Najchętniej rzuciłaby wszystko i poprosiła o spotkanie choćby jutro, ale…

– Teraz nie mogę, mam w pracy nóż na gardle – odpowiedziała z żalem.

– Jasne – rzucił szybko. – Ja w sumie też muszę ogarnąć zaległości zawodowe, zresztą najważniejsze już wiem. No to cóż… dzięki za poświęcony czas, Eda. To była dla mnie naprawdę kluczowa sprawa.

„Była?” – powtórzyła z niepokojem po zakończeniu połączenia.

Niepokój ten okazał się uzasadniony, gdyż w kolejnych tygodniach Sim już nie dzwonił, mimo że czekała na to każdego dnia. Zapewne nadrabiał wspomniane zaległości zawodowe, ona swoje też, więc w sumie co w tym było dziwnego? A zresztą… po co się łudzić, kiedy i tak wiadomo, że to tylko złudzenia?

„Czyli koniec” – podsumowała któregoś wieczoru, gapiąc się ponurym wzrokiem w milczący telefon odłożony na nocną szafkę. – „Sprawa wyjaśniona, może nie tak całkiem do końca, ale to, co najistotniejsze, już wiemy, a pewnych rzeczy i tak nigdy nie da się wyjaśnić. O leśniczówce nie zająknął się ani słowem, czyli ten temat też odpuszczamy, nie będzie żadnych poszukiwań w lesie. W ogóle to szybko skorzystał z pierwszego lepszego pretekstu, żeby się odmeldować… Może to i dobrze? Im prędzej się z tego wyleczę, tym lepiej.”

Problem jednak w tym, że nie tylko nie potrafiła się wyleczyć, ale wręcz z każdym dniem było z nią gorzej. Emocjonalna sinusoida, przez jaką przeszła w ostatnich tygodniach, wcale się nie zakończyła, przeciwnie, dopiero teraz zaczęła się na dobre, a wydarzenia, które były jej przyczyną, wciąż domagały się odreagowania. Naprzemienny rajd w górę i w dół, od wyżyn szczęścia i nadziei po dno rozpaczy i rozczarowania nie mógł pozostać bez efektu, tym bardziej że nic nie wskazywało na to, aby meta była blisko. Serce dziewczyny, latami wolne i niezależne na tyle, że pozwalało jej żyć w przekonaniu posiadania pełnej kontroli nad uczuciami względem mężczyzn, tym razem nie umiało stawić oporu i dało się schwytać w sidła, z których nie było ucieczki.

Mijały kolejne tygodnie, a czas nie zacierał obrazu Sima w jej pamięci, przeciwnie, tym bardziej go eksponował i naświetlał, ani na chwilę nie pozwalając mu zblednąć. Każdy dzień wypełniony po brzegi pracą i szarą rutyną, każdy poranek przy kawie i wieczór z samotną lampką wina przed snem, każdy kurs autobusem lub tramwajem przez zalane słońcem lub tonące w nocnych światłach miasto, wszystko nieustannie przypominało jej o nim i uświadamiało, jak potwornie za nim tęskni. Praca, której teraz, chcąc nie chcąc, musiała poświęcić jak najwięcej czasu, bynajmniej nie przynosiła ulgi, wręcz tym bardziej pogłębiała w niej poczucie bezużyteczności działań, które podejmowała na co dzień. Bo co jej było po karierze, nawet po największych sukcesach w pracy (na które zresztą obecnie wcale się nie zanosiło, wręcz przeciwnie), jeśli nie widziała w swoim życiu prawdziwego celu? Jak miała znaleźć w sobie motywację do tego, by rano z energią wstać z łóżka, jeśli z góry wiedziała, że dziś znów go nie zobaczy?

Słowo kocham, raz wybrzmiałe, wciąż wracało nieskończonym echem, nie tylko nie cichło samo z siebie, ale również nie dawało się niczym zagłuszyć. Kochała pierwszy raz w życiu, lecz od razu tak silnie, że sama nie mogła uwierzyć, iż tak się da. Zwłaszcza że znała Sima zaledwie od pół roku, a do tego raczej powierzchownie… Tak jednak argumentował tylko jej rozum, albowiem serce i dusza, które od pierwszych chwil spędzonych z nim we wraku rozbitej toyoty wiedziały swoje, nie przyjmowały żadnych racjonalnych tłumaczeń w tej materii. Przydarzyło jej się dokładnie to samo co pannie Elizie z dworu Dołanieckich – wystarczyło jedno spojrzenie w szmaragdowe oczy leśnika i już było po niej, właściciel owych oczu w ułamku sekundy stał się dla niej najważniejszą osobą na świecie, jedynym możliwym źródłem szczęścia, mężczyzną jej życia.

Jakże zazdrościła Elizie wzajemności Stefana! Tego, że to w jej rękach była decyzja o wspólnym szczęściu, że to ona, łamiąc konwenanse, mogła pójść z nim do leśniczówki, by spełnić wspólne marzenia! Nawet jeśli finalnie, przez głupi błąd i zaniedbanie wszystko skończyło się tragicznie i przedwcześnie, oboje mieli przecież swój czas, swoje spełnienie… Ona zaś nie miała na to nawet szansy!

Tamten telefon od Sima, jedyny od czasu majówki, tylko rozjątrzył niezgojoną ranę w sercu, jeszcze bardziej pogłębił poczucie bezsensu i rozczarowania, jeszcze skuteczniej pozbawił ją nadziei. Wspólna wizyta w Bobrzy wydawała jej się teraz jakąś odległą bajką, która chyba tylko jej się przyśniła, a poskładane jego ręką, leżące wciąż na brzegu stołu notatki, których nie miała odwagi schować do szuflady, nieustannie przypominały jej o tych niewielu chwilach spędzonych razem na wyjaśnianiu wigilijnej tajemnicy. Cóż, skończyło się… wszak właśnie tego się spodziewała, od początku się z tym liczyła, a że nie umiała się bronić, pofrunęła jak ćma do ognia i pozwoliła rozbuchać się głupiej nadziei, to już był jej wybór, za który teraz przyszedł czas zapłacić.

 

33.

 

Najgorsze były ostatnie kroki przez korytarz i moment, w którym naciskała klamkę gabinetu prezesa. Potem już było łatwiej, choć też niewesoło. Wezwana w sprawie projektu, którego jej zespół nie zdążył dopiąć przed terminem, mimo że w ostatnich dniach siedzieli w biurze od rana prawie do północy, Edyta w pokornym milczeniu wysłuchała reprymendy, nie ważąc się spojrzeć w oczy człowiekowi, który niespełna trzy miesiące wcześniej z pełnym uznania uśmiechem wręczał jej teczkę z awansem. Choć praca nie była ostatnio jej głównym problemem, przykro było jej słuchać, że zawiodła firmę, która jej płaciła, i ludzi, którzy pokładali w niej zaufanie.

– Właściwie od razu powinienem cofnąć panią na poprzednie stanowisko – mówił spokojnie prezes splatając ułożone na wielkim biurku dłonie. – Tak na początek, jako pierwsze ostrzeżenie, bo drugiego już zazwyczaj nie dajemy. Ale ma pani to szczęście, że moim ludziom udało się wynegocjować przedłużenie terminu i kontrahent daje nam na opracowanie kampanii jeszcze dodatkowe dwa tygodnie.

– Rozumiem – pokiwała głową Edyta.

– Dwa tygodnie to termin dla firmy – zaznaczył prezes. – Dla was co najwyżej dziesięć dni. Bo oczywiście pani zespół dokończy ten projekt zgodnie z przyjętą koncepcją i za dziesięć dni tutaj – położył rozprostowaną dłoń na lakierowanym blacie – ma leżeć raport z wykonania zadania. Poniedziałek, siedemnasty czerwca. Czy wyraziłem się jasno?

– Tak jest, panie prezesie.

– Proszę to potratować jako pomarańczową lampkę ostrzegawczą, następna będzie czerwona, a wtedy… rozumie pani – spojrzał na nią znacząco znad zsuniętych na nos okularów.

– Rozumiem, panie prezesie.

– To dobrze. A teraz proszę wracać na swoje stanowisko i zaprzęgać podwładnych do roboty. Siedemnasty czerwca – podkreślił raz jeszcze, kiedy zmierzała już ku drzwiom. – Proszę dobrze zapamiętać tę datę.

„Uff, ale mnie zgnoił!” – pomyślała, zamknąwszy się na chwilę w jednej z kabin w toalecie, gdzie schroniła się po drodze do biura, aby trochę ochłonąć. – „I tak cud, że mnie nie wylał, ani nawet nie zdegradował, myślałam, że będzie dużo gorzej. Siedemnasty czerwca… W dziesięć dni zdążymy na spokojnie, tylko tym razem muszę faktycznie wprowadzić bezwzględną dyscyplinę. Teraz już nie ma żartów, to nasze być albo nie być! Zwłaszcza moje.”

Zespół, który czekał w napięciu w biurze na informację o wyniku rozmowy u prezesa, odetchnął z wielką ulgą i z zapałem rzucił się do komputerów, aby skończyć projekt. Podbudowani wieścią, że spisane już na straty efekty ciężkiej pracy z ostatnich tygodni jakimś cudem otrzymały nowe życie, pracownicy zapewnili Edytę, że tym razem już nie będzie wpadki i zadanie zostanie zrealizowane nawet przed terminem.

– No to już, wracamy do pracy! – zdyscyplinowała ich, sama również aktywując ekran swojego laptopa. – Wszystkie ręce na pokład, działamy i nie przeszkadzamy sobie wzajemnie, jasne? Obowiązuje cisza służbowa, jakiekolwiek rozmowy tylko w kwestiach związanych z projektem. O czternastej, zaraz po przerwie obiadowej, robimy pierwsze podsumowanie dzisiejszych efektów. Każdy po kolei będzie prezentował i niech nikomu nie przyjdzie do głowy spóźnić się do biura!

 

34.

 

Pomarańczowa lampka ostrzegawcza, jaką Edyta otrzymała od prezesa, odrobinę pomogła jej postawić się do pionu. Serce nadal bolało, ale teraz, kiedy w stu procentach musiała skupić uwagę na dotrzymaniu terminu zakończenia projektu i złożenia z niego raportu, nie miała przynajmniej czasu ani siły, żeby to rozpamiętywać. Po prostu chodziła z tym bolącym sercem i działała jak robot, o ile oczywiście da się przyjąć, że roboty mają serce, w dodatku na tyle wrażliwe, że ktoś może im je złamać.

Sim milczał już od miesiąca, po telefonie na temat ustaleń w sprawie prapradziadka nie odezwał się więcej, ona zaś przestała już budzić się z myślą, że może dzisiaj… że choć parę słów… Najwidoczniej uznał, że sprawa jego roli w wigilijnych wydarzeniach została wyjaśniona w sposób satysfakcjonujący i zajął się swoimi sprawami, a o niej po prostu zapomniał. Tak samo jak zapomniał o leżących na stole w jej salonie notatkach, które po odkryciach na cmentarzu w Bobrzy mieli niby uzupełnić i jeszcze raz przedyskutować. Nic takiego jednak się nie stało, ona zaś domyślała się, dlaczego Sim tak szybko, łatwo i radykalnie zerwał kontakt – był to najprawdopodobniej dalekosiężny skutek jej nieszczęsnej wpadki w lesie. Zapewne wówczas zorientował się, że czuła do niego więcej, niż mógłby od niej przyjąć, i aby uniknąć kolejnych niezręcznych sytuacji, korzystając z pretekstu, który sama mu podsunęła, mówiąc o nożu na gardle w pracy, postanowił zakończyć to w dyplomatyczny lecz zdecydowany sposób.

Jednak któregoś czerwcowego wieczoru, kiedy wracała tramwajem z pracy, w jej torebce rozbrzmiał sygnał przychodzących seryjnie wiadomości. Było to sześć czy siedem MMS-ów z plikami zdjęciowymi, na których widniały tablice nagrobne z nazwiskami oraz datami urodzin i śmierci Elizy i Stefana. Nadawcą był oczywiście Sim. Pod ostatnim zdjęciem widniał dość długi dopisek.

Cześć, Eda, przesyłam zdjęcia z cmentarza, pomyślałem sobie, że może chciałabyś je mieć. Przepraszam, że tak późno. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko ok? Pozdrawiam, Sim.

Choć był to pierwszy od kilku tygodni sygnał od niego, Edycie sprawił więcej bólu niż radości, potwierdzał bowiem ponad wszelką wątpliwość, że z jego strony to już była tylko konkluzja.

„Wysłał mi je po miesiącu z hakiem” – myślała, biorąc w domu szybki prysznic przed snem. – „Pewnie dopiero teraz przypomniał sobie, że ich nie mam, a to najlepszy dowód na to, ile czasu poświęcił przez te wszystkie tygodnie na to, żeby o mnie pomyśleć. O notatki nie pyta, jak widać, to go już nie obchodzi. Dowiedział się, czego chciał, znalazł odpowiedź na swoje pytanie i może, jak to kiedyś ujął, iść dalej. Z czystym kontem, sumieniem i ze swoją Rusałką, za którą pewnie ostatnio tak intensywnie biegał, że nawet nie chciało mu się zadzwonić i powiedzieć, co u niego.”

Ona też nie dzwoniła i nie będzie dzwonić. Wystarczy, że dwa razy wygłupiła się jak małpa w cyrku, raz w szpitalu, a drugi raz w lesie, on zaś jasno dał jej do zrozumienia, że nie jest zainteresowany ani nią, ani nawet kontynuowaniem tej znajomości. Miała mu się narzucać? Nigdy w życiu! Pokaże mu, że nic jej to nie obchodzi, że nie zależy jej na kontakcie, owszem, podziękuje za te zdjęcia, bo tego wymaga grzeczność, ale nie od razu, najwcześniej jutro rano. Niech sobie nie myśli, że czeka na wieści od niego z wywieszonym jęzorem… że pamięta, że tęskni… że kocha…

Łzy żalu i rozpaczy wytrysnęły jej z oczu, mieszając się z wodą z prysznica. A jednak kochała! Kochała tak mocno, że to ją aż przerażało! Dlaczego nie potrafiła się wyleczyć? Dlaczego każdego dnia to, zamiast słabnąć, stawało się coraz silniejsze? Przecież musiała w końcu jakoś to pokonać, wydostać się z tej pułapki, w którą wpadła nie wiadomo jak i kiedy. Od tego zależała cała jej przyszłość! Musiała wyrwać się z tej sieci, odzyskać spokój ducha i tak jak on iść dalej… Tylko dokąd?

Dopiero na drugi dzień podczas przerwy obiadowej wysłała Simowi odpowiedź na MMS-y ze zdjęciami.

Dziękuję, E.

Tak jak się spodziewała, wiadomości zwrotnej już nie było.

 

35.

 

Odłożony jak zawsze na biurko przy laptopie telefon zadzwonił tuż przed rozpoczęciem dziennego raportu wykonanych zadań, kiedy pierwszy z kolegów szykował się już do zabrania głosu. Na wyświetlaczu pojawiło się imię Monika. Na ten widok Edycie serce literalnie podeszło do gardła.

„Po co ona dzwoni?” – pomyślała z trwogą, czując, jak krew odpływa jej z twarzy i robi jej się zimno. – „Chyba… chyba nie stało się nic złego?”

– Chwileczkę! – rzuciła do podwładnych, chwytając za telefon i podrywając się od biurka. – Zaczniemy za dziesięć minut, przygotujcie się, ja muszę pilnie odebrać ważne połączenie.

Przez tych kilka sekund, w trakcie których pokonała przestrzeń do drzwi, wybiegła na korytarz i schowawszy się za najbliższym załomem ściany, nacisnęła Odbierz, przeżyła istne piekło strachu i niepokoju. Czy chodziło o Sima? Czy coś mu się stało? Wszak jego siostra nie dzwoniłaby do niej, gdyby nie miała ważnego powodu! A jeśli on… Boże święty! Pozwól tylko, żeby nic mu się nie stało!

– Słucham, Edyta Milewska – wymówiła blado do słuchawki, profilaktycznie opierając się plecami o ścianę.

Czas zawiesił się, po prostu przestał płynąć, ona zaś w tej bezczasowej niby-przestrzeni, w najbardziej odległej i ukrytej przed nią samą głębi swej istoty do szpiku kości odczuła to, co prawdopodobnie czuła Eliza, kiedy dotarło do niej, że Stefan…

– Dzień dobry, pani Edyto, z tej strony Monika Dudzik – rozległ się po drugiej stronie linii miły głos siostry Sima. – Nie przeszkadzam?

Po samej barwie tego głosu, ciepłej i raczej wesołej, Edyta natychmiast zorientowała się, że jej obawy były bezpodstawne. Uff, co za ulga! Czas znowu ruszył, serce na nowo mogło bić, świat jeszcze się nie skończył.

– Nie, oczywiście, że nie, miło mi, że pani dzwoni.

– Przepraszam za to najście bez uprzedzenia i właściwie bez powodu – ciągnęła Monika. – Przeglądałam sobie właśnie kontakty w telefonie i trafiłam na pani numer, od razu przypomniało mi się, że od tamtej naszej rozmowy w szpitalu nie odezwałam się do pani, chyba tylko raz wysłałam smsa.

– Tak – odparła cicho Edyta, która wciąż potrzebowała czasu, aby dojść do siebie.

– No właśnie, a przecież wypadało się odezwać. Miałam dać pani znać, że przekazałam Simowi pani numer telefonu, bardzo o to prosił, chciał podziękować pani osobiście. Nie wiem, czy dzwonił do pani? – zawiesiła głos.

– Tak, dzwonił – odparła już pewnym, normalnym głosem. – Nawet spotkaliśmy się w Warszawie i dostałam piękne kwiaty.

– O, no to super! – ucieszyła się Monika. – Tak się właśnie zastanawiałam, czy podziękował pani, jak należy, wie pani, syndrom starszej siostry! – zaśmiała się. – Niby już dawno nie powinnam go pilnować, ale co zrobić? Młodszy braciszek zawsze będzie młodszym braciszkiem.

– Wyobrażam sobie – uśmiechnęła się. – Sama niestety nie wiem, jak to jest, bo nie posiadam rodzeństwa, ale domyślam się, że silna relacja z dzieciństwa nie kończy się w dorosłości.

– Dokładnie tak. A wracając do podziękowań, pani Edyto, to ja też chciałabym ponowić swoje, już tak na podsumowanie tej całej sprawy. Skoro widziała się pani z Simem, to sama pani wie, że wyzdrowiał już całkowicie, została mu tylko blizna na szyi i tego to już się raczej nigdy nie pozbędzie. Ale on się tym nie przejmuje, mówi, że porządny wojownik musi nosić na ciele ślady stoczonych walk! – zaśmiała się. – A ja się cieszę, bo widać po nim, że ten wypadek zmienił mu też trochę w głowie… w sensie poważniejszego podejścia do życia, przestawienia priorytetów i tak dalej. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że wypadek dobrze mu zrobił – zaznaczyła. – Nie chciałabym, żeby to tak zabrzmiało, wycierpiał się przecież strasznie, ale jednak pod pewnymi względami to trochę tak wygląda… Obiecał mi nawet, że zrobi wszystko, co tylko się da, żeby w tym roku się ożenić! – znów parsknęła śmiechem. – Wie, że to mi od dawna leży na sercu, że chciałabym, żeby się ustatkował, przed trzydziestką jest na to najlepszy czas… Ale czy ja nie za dużo gadam, pani Edyto? – zreflektowała się. – Przepraszam, już z natury taka ze mnie gaduła.

– Ależ nie, proszę mówić! – odparła ciepło Edyta, choć serce miała zmrożone na lód. – Bardzo się cieszę, że pani brat wyzdrowiał, a jeśli do tego udało mu się wyciągnąć jakiekolwiek korzyści z tego wypadku, to tym lepiej.

– Tak myślę – podjęła Monika. – Ostatnio, odkąd wrócił do Warszawy, rzadko go widuję, był u nas tylko raz, na Wielkanoc, ale właśnie jak się kogoś rzadziej widzi, łatwiej zobaczyć różnice, prawda? A Sim po tym wypadku naprawdę się zmienił… Przede wszystkim spoważniał, nawet moi kilkuletni synowie to zauważyli, a do tego sam z siebie zaczął zwracać uwagę na inne rzeczy niż praca, bo wcześniej tylko o tym dało się z nim rozmawiać. Kto wie, może to ta dziewczyna tak go odmieniła? – zastanowiła się. – Wiadomo, z tym ożenkiem to mógł być tylko taki żart, może tylko tak się ze mną droczył, ale sadząc po jego minie, kiedy to mówił, wydaje mi się, że tym razem nie żartował… No cóż, chciałabym! – podsumowała wesoło. – Już od paru lat moim wielkim marzeniem jest zatańczyć i wypić toast na weselu brata, wcale tego przed nim nie ukrywam! Tak czy inaczej nic z tego nie byłoby możliwe, gdyby nie pani pomoc w tamtym lesie – zaznaczyła, poważniejąc. – Dlatego jeszcze raz z całego serca pani dziękuję, pani Edyto, i życzę pani wszystkiego, co najlepsze. Niech los odda pani to dobro z nawiązką!

– Dziękuję. Ja też życzę pani i pani rodzinie samych najlepszych rzeczy. I dziękuję za telefon, to była dla mnie dzisiaj naprawdę miła niespodzianka.

„Miła jak cholera!” – pomyślała ponuro, kiedy po zakończeniu połączenia zmierzała korytarzem z powrotem do biura. – „Ale przecież nie mogę winić za to Moniki, to bardzo sympatyczna osoba, owszem, gaduła, ale skąd mogła wiedzieć, jak bardzo mnie tym gadaniem zrani? Ona naprawdę kocha swojego brata… Problem w tym, że ja też.”

Westchnęła z rezygnacją i z sercem ściśniętym na kamień otworzyła drzwi od sali, w której czekał na nią gotowy do podsumowania zespół.

– Okej, już jestem – rzuciła energicznie, zasiadając z powrotem przed biurkiem, odkładając telefon na blat i aktywując ekran laptopa. – Zaczynamy.

 

36.

 

„Obiecał, że zrobi wszystko, co tylko się da, żeby w tym roku się ożenić” – powtórzyła w myśli słowa Moniki Edyta, zerkając na przystankowy wyświetlacz kursu tramwajów. – „Najbliższy za siedem minut, okej… Wszystko się zgadza, pewnie właśnie to robi, skupia się na swojej Rusałce i dlatego nie ma już czasu na badanie losów leśnika i panny Elizy. Po co mu to zresztą? Odkąd dowiedział się, że Stefan był jego przodkiem, z jego punktu widzenia zagadka jest rozwiązana. A ja? O mnie nawet nie myśli… nie ma pojęcia, jak strasznie za nim tęsknię…”

Po analizie wydarzeń z majówki i tego, co powiedziała Monika, miała już pełną i spójną koncepcję tego, co było przyczyną nagłego i radykalnego rozluźnienia kontaktu ze strony Sima. Kluczowe były zwłaszcza dwa momenty w Bobrzy. Pierwszym z nich była oczywiście jej żałosna wpadka z gapieniem mu się w oczy w lesie, drugim zaś ów krótki epizod w samochodzie, kiedy podjechali pod jej dom, a on miał minę, jakby coś się stało. Wówczas prawdopodobnie dostał smsem jakąś złą wiadomość – może od Rusałki? Potem w nocy albo nad ranem to się musiało powtórzyć, gdyż na śniadanie zszedł w iście wisielczym humorze, a choć na cmentarzu na chwilę znowu stał się dawnym Simem, ten stan potrwał tylko do obiadu, na którym stanowczo oznajmił, że wieczorem musi być w Warszawie. Czy jechał wówczas do Rusałki? To było bardzo możliwe, wręcz prawdopodobne. I to dlatego potem już się nie odzywał. W czasie, kiedy ona skręcała się z tęsknoty za nim, on wkładał cały swój czas i wysiłek, by zabiegać o względy tamtej… Wszak nawet w trakcie rozmowy o archiwach babci Jurczykowej wspomniał, że ma ważniejsze sprawy na głowie niż tropienie śladów Stefana.

„I wszystko jasne” – westchnęła, poprawiając sobie na ramieniu torbę ze służbowym laptopem. – „Cóż, głupia Edziu, sama sobie to zrobiłaś… więc teraz nie smędź, tylko jedź do domu, jedz kolację i jazda do roboty! Przed spaniem musisz napisać chociaż pół strony raportu dla starego, inaczej nie wyrobisz się do poniedziałku i pomarańczowa lampka ostrzegawcza zamieni się w czerwoną, wyjącą syrenę.”

Spóźniony projekt, nad którym przez ostatnie dni intensywnie pracował jej zespół, udało się skończyć już wczoraj, na kilka dni przed terminem wyznaczonym przez prezesa, a dziś przełożeni zaakceptowali go i przekazali do pilnej realizacji, co znaczyło, że zadanie zostało wykonane. Pozostał jej tylko do napisania raport, który prezes życzył sobie mieć na biurku siedemnastego czerwca, a ponieważ siedemnasty wypadał w najbliższy poniedziałek, nie miała innego wyjścia, jak zabrać laptop do domu i popracować na raportem przez weekend, który właśnie się zaczynał. Tym bardziej że chciała zrobić to dobrze.

Piątkowy wieczór i sobota minęły jej zatem na pisaniu sprawozdania, które zamierzała przedstawić w wyczerpującej, jak najbardziej szczegółowej formie, tak aby prezes dostrzegł jej wysiłek i przekonał się, że z jego ostrzeżenia wyciągnęła prawidłowe wnioski. Raport dotyczył nie tylko działań z okresu przedłużenia terminu, ale obejmował cały projekt od początku, data po dacie, zadanie po zadaniu, łącznie z nazwiskami odpowiedzialnych za nie osób i wykazaniem czasu pracy, jaki każda z nich poświęciła na nie danego dnia. Aby dobrze to zrobić, musiała najpierw pościągać przechowywane w chmurze dane, które skrupulatnie archiwizowała tam dla każdego etapu i każdego pracownika zaangażowanego w projekt, to zaś, łącznie z samym pisaniem, okazało się na tyle pracochłonne, że kiedy nadszedł czas na kolację, raport był gotowy dopiero w jakichś sześćdziesięciu procentach. Za to jak wyglądał! Zaiste imponująco!

„Jutro dokończę, napiszę jakieś błyskotliwe podsumowanie i mam nadzieję, że zapcham mu tym gębę” – myślała z satysfakcją, zapisując plik na dysku i dla pewności umieszczając go też w internetowej chmurze. – „A na drugi raz muszę lepiej pilnować tych terminów, najlepiej maksymalnie je wyprzedzać, żeby nie dopuścić do takiego spiętrzenia zaległości. Prezesa nie obchodzi, że po majówce dwie osoby z zespołu pochorowały mi się i poszły na zwolnienie, właśnie moim zadaniem jest organizować pracę również w awaryjnych sytuacjach. Zresztą prawdą jest, że gdybym przycisnęła ich wcześniej, problemu by nie było.”

Jej wzrok przypadkowo (zawsze to było przypadkowe!) padł na leżące na brzegu stołu notatki z bobrzańskiego śledztwa i dobry humor, w który na chwilę wprawiła ją satysfakcja z dobrze wykonanej pracy, natychmiast wyparował jak kamfora. Natłok wspomnień, drogich sercu obrazów i dźwięków wrócił w jednym ułamku sekundy i zalał ją jak tsunami… w pamięci natychmiast błysnęły szmaragdowe oczy… Ach, stop! Stop. Nie wolno do tego wracać.

Nagle opanowała ją złość na samą siebie. Po jaką cholerę wciąż trzymała te papiery na wierzchu? Po to, żeby bez sensu podsycać w sobie nadzieję, że to może jednak jeszcze nie koniec? A może tylko dlatego, że nadal leżały tak, jak półtora miesiąca temu ułożył je Sim? Jakby to były jakieś święte relikwie! Bez przesady! Chyba na głowę upadła, żeby jeszcze tego nie posprzątać!

Zerwała się sprzed laptopa, chwyciła notatki i z furią wrzuciła je do pierwszej lepszej szuflady, zatrzaskując ją z całej siły, aż zabolały ją bębenki w uszach. Dość tego! Dość! Musi się z tego wyleczyć! Przecież nie będzie do końca życia dręczyć się czymś, co od początku nie miało racji bytu! Musi o nim zapomnieć! Zapomnieć jak najszybciej… na zawsze…

Opadła bezsilnie na kanapę i ukryła twarz w dłoniach. Po złości nie było już ani śladu, pozostał tylko piekący żal za niespełnionymi marzeniami i ten potworny ból w sercu, z którym jakoś przecież będzie musiała nauczyć się żyć. W sumie i tak szło jej całkiem nieźle, skoro była w stanie przez tyle godzin skupić się na pisaniu raportu. Powoli to zagłuszy, zneutralizuje i pokona. To tylko kwestia czasu.

Leżący na stole telefon rozdzwonił się, ona jednak w pierwszych kilku sekundach nie miała siły ani motywacji, żeby zareagować. Niech sobie dzwonią, co ją to obchodzi? Oddzwoni później. Aparat w końcu umilkł, ale po chwili znów się odezwał i tym razem wypadało już coś z tym zrobić, przynajmniej sprawdzić, od kogo jest połączenie. Oderwała zatem dłonie od wymiętej twarzy, sięgnęła po telefon i omal nie upuściła go na podłogę.

Sim! Najdroższy na świecie układ trzech literek naprawdę wyświetlał się na ekranie, to nie była fatamorgana!

– Tak? – szepnęła do słuchawki.

– Cześć, Eda, tu Sim – dźwięk ukochanego głosu sprawił, że do oczu w niekontrolowany sposób napłynęły jej łzy, przysłaniając wzrok wodnistą mgłą. – Masz chwilkę, żeby pogadać?

– Jasne – odpowiedziała, siląc się na w miarę normalny ton.

Łzy przepełniły oczy, spłynęły po policzkach i ustały, wzrok odzyskał pełną ostrość.

– Nie dzwoniłem, bo nie chciałem ci dokuczać – podjął Sim. – Mówiłaś, że masz nóż na gardle w pracy, więc domyślałem się, że chcesz mieć święty spokój. Ale teraz mam nadzieję, że ogarnęłaś już trochę robotę i odpoczęłaś ode mnie, więc może nie będziesz miała mi za złe, że znowu zawrócę ci głowę. A muszę – zaznaczył stanowczo. – To jest po pierwsze ważne, a po drugie pilne, wiadomość dosłownie sprzed chwili, dlatego uznałem, że muszę zadzwonić do ciebie natychmiast.

– Co się stało? – zaniepokoiła się Edyta.

– Znalazłem leśniczówkę! – oznajmił triumfalnie.

– Ach… – zdumiała się, zaskoczona nie tylko samym tym faktem, ale również tym, że jednak tak zupełnie tamtej sprawy nie odpuścił. – Mówisz serio?

– Aha. Co prawda nie widziałem jej jeszcze na własne oczy, bo sam nie szukałem w tych krzakach, to jest nie do zrobienia, za duża powierzchnia. Zabrałem się za to inaczej. Dotarłem do człowieka z nadleśnictwa w Ostrowie, a on za niewielką łapówkę dał mi namiar na swojego emerytowanego kumpla, który podobno zna każdy centymetr tego lasu.

– Dobry pomysł – zauważyła z uznaniem.

– Właśnie przed chwilą do niego dzwoniłem, kojarzy to miejsce i chętnie mi je pokaże – ciągnął z zapałem Sim. – Ale problem w tym, że może to zrobić tylko jutro. W poniedziałek wyjeżdża na kilka miesięcy do córki do Niemiec, mówi, że już siedzi na walizkach i że w ogóle miałem niezłego fuksa, że jeszcze go tu zastałem. Więc nie zastanawiałem się i umówiłem się z nim na jutro na dwunastą, mam podjechać po niego pod adres w Ostrowie, skoczymy na godzinkę do lasu i odwiozę go z powrotem. I teraz pytanie do ciebie, Eda. Chcesz jechać z nami?

Edyta zaniemówiła, w popłochu zastanawiając się, co odpowiedzieć. Jej wzrok padł na wciąż otwartego laptopa, w którym czekał na nią niedokończony raport. Jeśli jutro pojedzie oglądać leśniczówkę, nie zdąży go dopiąć w takiej formie, w jakiej by chciała, być może w ogóle nie zdąży go dokończyć, a to ją może bardzo drogo kosztować. A z drugiej strony nad czym tu się zastanawiać! To pewnie już ostatnia i jedyna szansa nie tylko na to, żeby zobaczyć leśniczówkę, ale również na to, żeby zobaczyć jego… Jeszcze raz, pod pretekstem szukania tropów z przeszłości, spotkać się z nim i spędzić w jego obecności choć tych kilka godzin. Nasycić oczy jego widokiem, nasłuchać się jego głosu… raz jeszcze przekonać się, jak niemożliwą barwę mają tęczówki jego oczu…

– To potrwa tylko kilka godzin, pojedziemy tam i z powrotem – ciągnął Sim, a w jego głosie oprócz perswazji czuć było napięcie. – Zabiorę cię spod bloku, a potem odwiozę pod same drzwi, zobaczymy tylko, gdzie to jest, i wracamy. Co ty na to, Dusia? Pojedziesz? Zależy mi, żebyś i ty to zobaczyła.

Dusia. W jego ustach to nie był nawet rozkaz, to było zaklęcie. Magiczny klucz, którym otwierał wszystkie furtki do jej serca i duszy, hasło dostępu do zdalnego sterowania jej wolą. Laptop nie był już ważny, właściwie już go nawet nie widziała na tym stole, a raport… Kogo obchodzi jakiś głupi raport dla prezesa?

– Nie wiem – odparła niepewnie dla zachowania pozorów. – Mam jutro bardzo pilną rzecz do dokończenia, ale jeśli to rzeczywiście będzie tylko tam i z powrotem…

– Tam i z powrotem – zapewnił ją stanowczo Sim. – Zajedziemy po dziadka do Ostrowa punktualnie na dwunastą, zakładam, że do czternastej załatwimy las, wyrzucimy go w drodze powrotnej pod domem i koło szesnastej powinniśmy być w Warszawie. Będziesz miała jeszcze pół popołudnia i cały wieczór, żeby dopiąć tę swoją pilną sprawę.

– Okej – zgodziła się, świadoma tego, że jej odpowiedź byłaby taka sama, nawet gdyby powiedział, że wrócą dopiero w poniedziałek rano. – W takim razie jadę. Ja też chciałabym zobaczyć leśniczówkę.

– Świetnie – odparł z satysfakcją. – Jutro o dziewiątej trzydzieści będę pod twoim blokiem.

– Dobrze. Wyjdę na parking, tam, gdzie zawsze. Będę punktualnie.

– No to umówione. A słuchaj… – zawahał się. – Mogę mieć do ciebie małą prośbę?

– Jaką?

– Chodzi o te rozpiski, które robiliśmy, żeby połapać się w tej całej historii. One zostały u ciebie, a ja chciałbym rzucić na nie okiem i posprawdzać kilka rzeczy…

– Jasne, nie ma sprawy – odparła szybko. – Wezmę je jutro i dam ci, leżą u mnie w szufladzie.

– Dzięki, Eda. Do jutra.

– Do jutra, Sim.

 

37.

 

Przez pół nocy z soboty na niedzielę Edyta biła się z myślami. Powinna tam jechać, czy jednak nie powinna? Może lepiej dla niej będzie nie rozdrapywać tych ran? Miała się wszak z tego leczyć, a takie ciągłe uchylanie drzwi, które już prawie udawało jej się zamknąć, na pewno jej w tym nie pomoże. Tak dobrze już jej szło… Co za ironia, że Sim zadzwonił dokładnie w chwili, kiedy odniosła ważne zwycięstwo nas samą sobą i po półtora miesiąca schowała te notatki do szuflady! Chwilę potem okazało się, że znowu będzie musiała je stamtąd wyjąć – jak na złość! Czy to był znak, że już nigdy się od tego nie uwolni?

A z drugiej strony ta leśniczówka… Znalazł ją, przynajmniej wpadł na trop, na własną rękę podjął trud szukania kontaktów w nadleśnictwie i organizacji wyjazdu do lasu z leśnikiem-emerytem, który znał tam każde drzewo. Czyli jednak tego nie odpuścił! Tak samo jak nie odpuścił notatek, które zostały u niej, wcale o nich nie zapomniał. Nadal się tym interesował, nadal drążył historię swojego przodka, ich wspólnych przodków…

Tak – lecz cóż z tego? Czy z jej perspektywy to cokolwiek zmieniało? Chciał, żeby pojechała z nim obejrzeć leśniczówkę, zaproponował jej to lojalnie, ponieważ to była ich wspólna sprawa, w którą oboje byli uwikłani i nad którą razem pracowali. Ale nic ponadto. Pojadą tam, ona ogrzeje się przez kilka godzin w promieniach jego obecności, w sercu na nowo rozbucha się ogień, który prawie już zdążyła opanować, a potem znowu kontakt się urwie, trzeba będzie wrócić do szarej rzeczywistości i będzie jej tylko tym ciężej. A on? Pogada z nią chętnie o Stefanie i Elizie, przedstawi jakieś kolejne przemyślenia, może podsumuje i na tym zakończy tę przygodę. Wróci do swojej Rusałki, a o niej zapomni na dobre, nieświadomy tego, co nosiła w sercu. Więc może jednak lepiej się w to nie pakować? Zadzwonić do niego rano i pod byle pretekstem wykręcić się z wyjazdu, poprosić tylko, żeby przysłał jej zdjęcia z wizji lokalnej w lesie?

O tak, zdecydowanie tak by było dla niej najlepiej. Jednak rzecz w tym, że to była tylko hipoteza, bowiem Edyta i tak wiedziała, że pojedzie. Choćby miało ją skręcić z bólu i zazdrości, nie podaruje sobie tego, żeby znowu go zobaczyć, w dodatku po tylu tygodniach. Minęło ich już przecież aż siedem! Siedem tygodni bez niego to jak siedem wieków albo siedem długich tysiącleci! Gdyby mu odmówiła, żałowałaby tego już zawsze, cierpiałaby na myśl o utraconej szansie na spotkanie, tak samo jak kilka miesięcy temu, po jego pierwszym telefonie, kiedy zbyła go zbyt radykalnie i potem miała o to do siebie żal. Swoją drogą wówczas jeszcze umiała być stanowcza i asertywna, choć już wtedy na dźwięk jego głosu uginały się pod nią kolana, a serce szalało w piersi jak trzepoczący się ptak. Kto wie, może jeszcze wtedy miała jakieś szanse, żeby to zatrzymać? A może nie? Dziś nie miała ich już na pewno.

Sim podjechał na umówiony parking punktualnie, z daleka rozpoznała zbliżającą się sylwetkę czerwonej toyoty. Plan był jasny – pod żadnym pozorem nie dać mu po sobie poznać, co działo się w jej sercu i duszy, wręcz trzymać dystans i pilnować, by tematem rozmowy były tylko i wyłącznie sprawy tajemnicy wigilijnej nocy. Broń Boże cokolwiek prywatnego, co mogłoby go sprowokować do zwierzenia jej się na tematy osobiste, do tego nie mogła dopuścić, bo jeśli on choć jednym słowem wspomni o Rusałce… I tak bała się, że w którymś momencie nie wytrzyma i rozbeczy się jak głupia.

– Cześć! – rzuciła celowo energicznym tonem, wsiadając do auta i kładąc na półce konsoli papierową teczkę. – Proszę, to te notatki. Zostawiam ci je od razu, żebym potem nie zapomniała.

– Dzięki, Eda – uśmiechnął się znad kierownicy. – Miło, że pamiętałaś. To co, ruszamy?

– Ruszamy – potwierdziła, zapinając pas.

Spojrzała na niego przy tym tylko krótko i przelotnie, ale to wystarczyło, żeby uchwycić każdy detal jak na fotografii. Nim wrzucił pierwszy bieg, wiedziała już na sto procent, że nigdy się z niego nie wyleczy. Nigdy! To po prostu było niemożliwe. Jak bowiem wyleczyć się z tej twarzy, z koloru tych włosów… z tych oczu!? Nie musiała na niego patrzeć, we wszystkich szybach auta i tak odbijała się owa niepowtarzalna i nieporównywalna z niczym innym szmaragdowa poświata, za którą oddałaby wszystkie skarby tej ziemi.

– Jak tam, wszystko u ciebie okej? – zagadnął, gdy wyjechali już z jej osiedla i zmierzali w stronę obwodnicy. – Jak w pracy?

– W porządku – odparła, na chwilę przypominając sobie o niedokończonym raporcie, lecz natychmiast wygaszając tę myśl. – A u ciebie? Firma działa, szef zadowolony?

– Względnie. Współpraca układa się nam różne, ale to głównie przez to, że obaj mamy wredne charaktery. Czasem, jak widzę go w lustrze, mam ochotę dać mu w ryj… ale ogólnie da się wytrzymać. Nauczyłem się już, że praca w życiu to nie wszystko.

W głowie Edyty uruchomił się alarm – uwaga, śliski temat!

– Nic mi nie powiedziałeś, że masz zamiar szukać leśniczówki – zeszła czym prędzej na bezpieczniejszy tor. – Myślałam, że już to odpuściłeś.

– Nie odpuściłem. Ja nie jestem z tych, co odpuszczają, zwłaszcza w sprawach, na których mi zależy. Po prostu dopóki nic z tego nie było, nie chciałem zawracać ci głowy. Właściwie dopiero wczoraj pojawiły się konkrety, ten stary leśnik twierdzi, że faktycznie w środku lasu była taka leśniczówka i że on nawet wie dokładnie gdzie.

– Była? – podchwyciła Edyta. – W czasie przeszłym?

– Tak powiedział. Więc mam nadzieję, że nie jedziemy tam po nic, tak czy inaczej chciałbym to sprawdzić do końca. Nie lubię żyć w przekonaniu, że zacząłem coś i porzuciłem w połowie, poza tym chciałbym zobaczyć miejsce, w którym, według wszelkiego prawdopodobieństwa, urodził się mój prapradziadek w linii prostej.

– No tak – pokiwała głową. – Odkąd znasz to powiązanie, motywacja jest jeszcze silniejsza niż przedtem. Historie własnych przodków są fascynujące.

Włosy od początku maja nieco mu urosły, przez co ich popielato-płowy odcień był bardziej widoczny, zwłaszcza że skórę miał ładnie opaloną, co z kolei wskazywało, że sporo czasu musiał spędzać na słońcu. Jednak kilkudniowy zarost, jaki nosił na co dzień, był taki sam jak pół roku temu we wraku samochodu, przynajmniej na tyle, na ile mogła to stwierdzić wzrokowo, bo przecież nie miała prawa go dotykać.

– Opowiesz mi, jak trafiłeś na tego człowieka z nadleśnictwa? – zapytała, niesiona pragnieniem nasłuchania się na zapas jego głosu bez względu na to, co będzie mówił. – Serio musiałeś dać mu łapówkę?

Sim chętnie przystąpił do opowiadania swoich perypetii, jak zwykle okraszając opowieść dozą właściwego sobie humoru. Choć w detalach, które jej relacjonował, nie było nic szczególnego, Edyta słuchała go jak zaczarowana. Jakimż szczęściem byłoby mieć go przy sobie na co dzień! Rozmawiać tak jak teraz przy śniadaniu i kolacji, jeździć razem samochodem na zakupy albo na wakacje… śmiać się z nim, żartować, innym razem gadać na poważnie… po prostu mieć poczucie, że jest obok. Czuć, że oboje żyją tym samym życiem i że ich droga jest wspólna, że nie rozszczepia się na dwie osobne. Być razem. Razem! Już dawno wpadła na to, że to jedno z najpiękniejszych słów, jakie tylko istnieją w ludzkim języku. Tyle tylko że nie każdy ma szczęście poczuć to i przekonać się o tym na własnej skórze.

Droga mijała jej dziś tak niepostrzeżenie, że kiedy zjechali z ekspresówki na powiatówkę wiodącą w stronę Ostrowa, była szczerze zaskoczona, że są już tutaj. Dlaczego ten czas leciał tak szybko? Zbyt szybko i zbyt nieubłaganie. Jeśli dalej tak pójdzie, ona nawet nie zdąży nacieszyć się jego obecnością, odczuć jej choćby w połowie, a co dopiero do syta! Jego prawa dłoń spoczywająca na kierownicy lub od czasu do czasu operująca drążkiem zmiany biegów przyciągała jej wzrok jak magnes, budziła pragnienia… gorącą tęsknotę za jego dotykiem, za elektryzującym zmysły ciepłem jego ciała… za tym wszystkim, czego jeszcze nigdy nie dane było jej zaznać, lecz o czym wiedziała na pewno, że przyniosłoby jej bezgraniczne szczęście.

Leśnik-emeryt czekał już na nich pod swoim domkiem na przedmieściach Ostrowa, mimo że, kiedy tam podjechali, do dwunastej brakowało jeszcze prawie dwudziestu minut. Czy w ten sposób ów sympatyczny siwy pan w szarozielonej kurtce i w butach z wysokimi cholewkami nie okradł jej nieświadomie z odrobiny najcenniejszego czasu w życiu?

– To nie jest bardzo głęboko w las od drogi – odpowiedział na pytanie Sima, kiedy dojeżdżali już w okolice stacji kolejowej Bobrza. – Ale dojazd już dawno zarósł, jak się nie wie, w którym miejscu skręcić, to się go nie znajdzie. Samochodem i tak pan tam nie wjedzie – zastrzegł. – Trza będzie go zostawić i pójść na piechotę.

Rzeczywiście, miejsce, w którym po około dwóch kilometrach od wjazdu do lasu nakazał Simowi zatrzymać samochód, wyglądało tak niepozornie, że trudno było podejrzewać, iż leśniczówka może się znajdować właśnie gdzieś tam. Wszyscy troje wysiedli z zaparkowanej na poboczu toyoty i ruszyli w stronę rosnącej po prawej stronie kępy krzewów, między którymi, jak dopiero teraz zauważyła Edyta, nie było żadnych grubych drzew.

– O tu, widzą państwo? – sapnął starszy leśnik, z trudem odgarniając gałęzie, na co Sim natychmiast rzucił mu się do pomocy. – Tędy musimy przeleźć, tam dalej już jest luźniej. Pan przytrzyma z tej strony, żeby pani po buzi te gałęzie nie majtnęły… jeszcze podrapią, a buzia śliczna, szkoda by było!

Edyta uśmiechnęła się smutno, schylając się, by przecisnąć się przez odsłoniętą szparę między chaszczami. Zgodnie z tym, co zapowiedział leśnik, największe i najgęstsze krzaki rosły przy samej drodze, natomiast tu, po drugiej stronie, prawie ich nie było. Kiedy przyjrzała się dokładniej, w istocie dostrzegła jakby dwie porośnięte rzadką trawą i częściowo przysypane zeschłymi liśćmi koleiny starej leśnej drogi, która prowadziła między drzewami w stronę widocznego w oddali jaśniejszego punktu, jakby polanki.

„Faktycznie, to tu!” – pomyślała, wspominając swą senną wizję z grudnia. – „Wtedy wszędzie leżał śnieg i nie było liści, tam był też płot, którego teraz nie widać, ale to było tutaj! Zdecydowanie, to tu przywiózł mnie Stefan!”

Zerknęła spod oka na Sima. On też z poważną miną przyglądał się temu miejscu tak, jakby je sobie przypominał. Szmaragdowy błysk, niczym promień słońca odbity w szlifie klejnotu, ostrzegł ją w samą porę, że właśnie odwraca twarz w jej stronę i zaraz na nią spojrzy, dzięki czemu zdążyła udać, że patrzy gdzie indziej, przed siebie. Nie mogła pozwolić sobie na to, by jeszcze raz zajrzeć mu w oczy w tym lesie i popaść w podobny stan hipnozy jak wówczas na zakręcie, to by ich oboje postawiło w koszmarnej sytuacji. Przyjechali tu przecież tylko po to, żeby obejrzeć leśniczówkę.

Jednak kiedy doszli do skraju niewielkiej polany, ich oczom ukazał się rozczarowujący widok. Owszem, na środku pokrytej trawą, niemal całkowicie wolnej od innej roślinności przestrzeni widać było wyraźny zarys pozostałości po starym, drewnianym budynku, jednak był on tak zniszczony, z zawalonymi, zbutwiałymi ścianami i zapadniętym, zmurszałym dachem tylko gdzieniegdzie noszącym resztki zgniłej strzechy, że trudno było nazwać te ruiny leśniczówką.

– O, i tyle z niej zostało – oznajmił siwy leśnik, wskazując je ręką. – Była, była, sto lat temu ludzie tu mieszkali, a potem, jak druga wojna wybuchła, to i partyzanci tu mieli swoją bazę. Ale po wojnie już nikt się tym nie zajął i przepadło… Tyle cośmy kiedyś z chłopakami trochę tego drewna z płotu i ścian, co jeszcze zdrowe było, o tam, na bok znieśli – pokazał ukryty pod drzewami stos starych bali i desek. – Tak myślałem, że trza by tu posprzątać, ale, wie pan, jak zaczęliśmy załatwiać pozwolenia, to okazało się, że to teren prywatny, wydzielony z nadleśnictwa. No to co zrobić? – rozłożył ręce. – Jak prywatny, to prywatny, niech właściciel sam sobie sprząta, nie? Tyle że, jak widać, do tej pory nie posprzątał… może nawet sam nie wie, że ma ten kawałek lasu?

– A kto jest właścicielem? – zaciekawiła się Edyta.

– Nie wiem – pokręcił głową. – Trza by w rejestrach posprawdzać, ja się tym nie interesowałem.

– Dałoby się wejść do środka? – zapytał Sim.

– Oj, nie radziłbym – skrzywił się sceptycznie leśnik. – Drewno przebutwiałe, jeszcze się co zawali, na głowę pospada… Widzi pan? Ten dach, co to jeszcze kawałek został, to już ledwo wisi.

– No to tylko zajrzyjmy – zaproponowała Edyta, również przepełniona pragnieniem rzucenia okiem do środka zrujnowanego budynku, choćby tylko po to, by sprawdzić, czy był tam kominek. – Przez to okno, a najlepiej przez drzwi.

– Zajrzeć można – zgodził się mężczyzna. – Ale wchodzić tam, to niech pani, broń Boże, nie wchodzi. I tak dużo pani nie zobaczy, bo przy wejściu dach zawalił się do środka. Może z drugiej strony więcej będzie widać, tam dwie ściany w jednym kącie prawie całe zostały.

Obeszli zatem budynek i wówczas ich oczom ukazał się widok, którego trudno byłoby spodziewać się w tym miejscu – dziki, zaniedbany ogród porosły rozkwitłymi o tej porze roku różnokolorowymi kwiatami.

– Ogród! – szepnęła zachwycona.

„To tu Stefan zrywał te kwiatki dla Elizy” – pomyślała z zafascynowaniem.

– Tędy można zajrzeć – odezwał się za jej plecami starszy leśnik. – O tu, między belkami.

Edyta natychmiast zwróciła się w tamtą stronę i z ciekawością zerknęła przez szeroką szparę w chylącej się ścianie. W środku w istocie widać było fragment zniszczonej izby z drewnianą podłogą i resztkami ustawionego w kącie zdezelowanego mebla przypominającego kuchenny kredens. Dziewczyna utkwiła w nim zaintrygowany wzrok – czy nie tak właśnie wyglądało miejsce, w którym w sennej wizji razem ze Stefanem przygotowywała herbatę? I czy tylko jej się zdawało, czy wciąż stał tam stary, blaszany kubek, kropka w kropkę podobny do tego, z którego potem ją piła?

„To ten!” – pomyślała podekscytowana. – „Albo do złudzenia podobny! Ale numer!”

Nagle z całego serca zapragnęła zabrać stąd ten kubek, zachować go sobie na pamiątkę tego miejsca i szalonej przygody sprzed pół roku. Dostać się tam jakoś, wziąć go sobie i już, przecież to tylko stary rupieć bez rynkowej wartości, nikomu do niczego nie potrzebny, podczas gdy dla niej… To nie będzie nawet kradzież, po prostu znalezisko, zresztą emerytowany leśnik wcale nie musi o tym wiedzieć, wystarczy poczekać, aż się odwróci, wsunąć się do środka przez tę szparę, szybciutko podbiec, złapać kubek i wyjść tą samą drogą, a na koniec wrzucić zdobycz do plecaka, który przezornie zabrała dziś ze sobą zamiast torebki. Ile to jej zabierze? Może minutę. Zwłaszcza jak od razu przygotuje plecak, zostawi go tuż przy wyjściu z rozsuniętym suwakiem kieszeni.

– O, a tu była studnia, widzi pan? – dobiegł do jej uszu głos leśnika, który przeszedł już wraz z Simem za róg pozostałości po południowej ścianie budynku. – Ale już zasypana, wody by się nie uciągło…

Teraz albo nigdy! Zdeterminowana Edyta, nie tracąc czasu na dalsze dywagacje, wcisnęła się przez szparę między brudnymi belkami do środka leśniczówki i na palcach, najciszej, jak umiała, po drodze omiatając głową i ramionami wiszące wszędzie stare pajęczyny, podskoczyła ku kredensowi, który znajdował się jakieś cztery, może pięć metrów w głąb, pod jedną z dwóch ocalałych ścian. W panującym tu półmroku trudno było stwierdzić ze stuprocentową pewnością, że to był ten sam kubek, ale co tam… wyglądał łudząco podobnie, zresztą wystarczał sam fakt, że należał do tego miejsca. Chwyciła go więc i po skrzypiącej, zbutwiałej podłodze ruszyła z powrotem do wyjścia.

Nagły, potworny huk i trzask walącej się konstrukcji sparaliżował ją w miejscu, w którym w tej sekundzie się znalazła. Zatrzymała się w samą porę, bowiem tuż przed nią zwaliła się z resztek dachu ogromna podsufitowa bela, ciągnąc za sobą chmurę pyłu i słomy, która przysłoniła wpadające tu światło tak, że wokół zrobiło się prawie ciemno. Kiedy huk przebrzmiał, dla odmiany nastała głucha cisza, którą w następnej sekundzie przerwał wystraszony głos Sima.

– Eda? Dusia?!

Wciąż zszokowana, stojąca nieruchomo jak słup soli z blaszanym kubkiem w zaciśniętej dłoni, przysypana pyłem i jakimiś trocinami Edyta chciała się odezwać, zapewnić go, że nic jej się nie stało, jednak w tym momencie zwyczajnie nie była w stanie wydusić z siebie nawet najlżejszego dźwięku. Gardło miała jak z drewna, w dodatku ten kurz…

– Dusia!!! – ryknął Sim, a w jego głosie zabrzmiało śmiertelne przerażenie.

– Weszła tam, tu jest jej plecak – odpowiedział mu zaniepokojony głos leśnika. – Proszę pani! Halo! Jest pani tam? Halo!

– Halo – szepnęła zakurzonymi wargami, jednak zbyt cicho, by ktoś mógł ją usłyszeć.

Zresztą nawet gdyby mówiła głośniej, i tak zagłuszyłby ją huk pośpiesznie, rozpaczliwie odwalanych po kolei na bok desek. Jeszcze chwila i z chmury brudnego pyłu, który przysłaniał wszystko dookoła i wciskał się w oczy, wyłoniła się ledwo widoczna w ciemności sylwetka Sima.

– Dusia! – zawołał z mieszaniną trwogi i następującej tuż po niej ulgi, po czym przypadł do niej i bez namysłu chwycił ją w ramiona. – Dusia… Żyjesz? Nic ci się nie stało? – upewniał się, przesuwając gorączkowo dłonią po jej zakurzonych policzkach i włosach. – O, Chryste… Szybko, uciekamy stąd! To się może jeszcze raz zawalić!

Edyta, która w pierwszej chwili próbowała wykrzesać z siebie głos i zapewnić go, że wszystko jest w porządku, w uścisku jego ramion, pod dotykiem jego dłoni, czując tak blisko na twarzy ciepło jego oddechu, znów zaniemówiła, a w głowie zakręciło jej się tak mocno, że prawie straciła przytomność. Poczuła, jak Sim podrywa ją z podłogi, unosi w górę i przedziera się z nią przez jakieś nierówne wertepy, niewątpliwie do wyjścia, gdyż chwilę potem poczuła powiew świeżego powietrza i pod powiekami znów zrobiło się jasno.

– W porządku? – usłyszała pełen troski głos starszego leśnika. – Nie jest ranna?

– Chyba nie – odparł Sim, stawiając ją na trawie kilkanaście metrów od ruin budynku i teraz już tylko nieznacznie podtrzymując ramieniem, żeby nie upadła. – Ale mało brakowało.

Pod wpływem świeżego powietrza, czując w gardle i ustach warstwę suchego pyłu, Edyta zaniosła się kaszlem, który pozwolił jej odrobinę oczyścić zakurzone drogi oddechowe i wreszcie wydobyć z siebie głos.

– Nic mi nie jest – zapewniła ich między jednym kaszlnięciem a drugim, wciąż kurczowo dzierżąc w dłoni wyniesiony z ruin kubek. – Przepraszam… i dziękuję, Sim… Gdzie mój plecak? Mam w nim wodę…

Sim natychmiast zawrócił w stronę leśniczówki i nim zdążyła odkaszlnąć jeszcze kilka razy, wrócił z jej plecakiem i wręczył jej go bez słowa. Plecak był cały zakurzony, podobnie jak ubrania i twarze obojga, ona jednak nie zważała na to, lecz odrzuciwszy blaszany kubek na trawę, gorączkowo szukała butelki z wodą, której kilka szybko wypitych łyków wreszcie przyniosło jej ulgę.

– No i gdzie pani polazła? – wyrzucał jej tymczasem z dezaprobatą leśnik. – Mówiłem, żeby nie wchodzić, przecie wiadomo było, że jak się co ruszy, to zaraz się może zawalić.

– Przepraszam – powtórzyła ze skruchą Edyta. – To była głupota, wiem… chciałam wejść tylko na chwilę po ten kubek.

Obaj mężczyźni natychmiast przenieśli wzrok na leżący w trawie przedmiot.

– Po co ci to? – zapytał ze zdziwieniem Sim.

Pokręciła głową zmieszana.

– A ja przez to wszystko gdzieś kaszkiet zgubiłem – zorientował się starszy pan, z zafrasowaniem przesuwając dłonią po siwej głowie.

– Chyba jeszcze wcześniej, gdzieś po drodze – zauważył Sim. – Bo jak podchodziliśmy do budynku i mówił pan o tych partyzantach, to już pan go nie miał.

– A to pewnie tam, przy gałęziach – machnął ręką w stronę wyjścia z polany, gdzie gałęzie obrastających ją buków sięgały niemal do ziemi. – Pójdę zobaczę. Ale państwo już tam więcej do budynku nie podłażą – zastrzegł. – Jak pani się trochę otrząśnie, to już lepiej nam do samochodu wracać.

– Tak jest – zapewnił go Sim. – Eda napije się jeszcze trochę wody, otrzepiemy się z kurzu i zaraz do pana przyjdziemy.

Mężczyzna pokiwał głową i ruszył powoli w swoją stronę, zostawiając ich samych na środku polany. Edyta, aby ukryć zmieszanie i szarpiące jej serce silne emocje, zabrała się za otrzepywanie ubrań i włosów z pyłu, czemu Sim przyglądał się w milczeniu, stojąc nieruchomo przed nią.

– Przepraszam, Sim – powiedziała w końcu cicho, nie patrząc na niego. – To było głupie i nieodpowiedzialne, wiem. Nie powinnam była tam wchodzić.

– Po co ci ten kubek? – ponowił pytanie, ruchem głowy wskazując na leżące u ich stóp pogniecione i brudne naczynie.

Edyta schyliła się i podniosła go z ziemi.

– Chciałam go wziąć na pamiątkę – odparła zgodnie z prawdą. – Wygląda dokładnie jak ten, z którego piłam herbatę ze Stefanem.

– Co? – szepnął.

– No tak. To był dokładnie taki kubek. Identyczny.

Sim zbliżył się do niej o krok.

– Spójrz na mnie, Eda – zażądał stanowczo.

Posłusznie podniosła na niego oczy i zastygła porażona szmaragdową zielenią jego tęczówek świecących w zakurzonej twarzy. Wzrok jednak miał bardzo poważny, wręcz surowy.

– Chcesz powiedzieć, że naraziłaś życie dla jakiegoś starego rupiecia, bo skojarzył ci się ze Stefanem?

Edyta pokręciła głową. To przecież nie tak… Nie chodziło o samego Stefana, chodziło o leśniczówkę. O sen. O historię, która ich połączyła. O wypadek, z którego go uratowała. O wszystko to, przez co razem przeszli. A najbardziej chodziło o niego samego. Wszak ten kubek będzie jej jedyną pamiątką po dzisiejszej wizycie tutaj… teraz tym cenniejszą, gdyż będzie jej się kojarzył z incydentem w ruinach… z jego strachem o nią, z dotykiem jego dłoni i uściskiem ramion…

– Z księciem Wikingów, tak? – dodał ironicznie Sim. – Nieźle musiał ci ten mój pra-pra-stryj nieboszczyk namieszać w głowie, że odwalasz takie akcje. A ja mało nie umarłem ze strachu, kiedy się nie odzywałaś… Taki ze mnie debil. Dobra, spadamy stąd – zarządził stanowczo. – Niepotrzebnie cię tu dzisiaj wziąłem.

Edyta poczuła, że łzy napływają jej do oczu.

– Sim – szepnęła. – Przepraszam…

– Nie ma za co – wzruszył ramionami, schylając się na trawę po jej plecak i podając jej go uprzejmym gestem. – Na szczęście nic się nie stało. Wracajmy już do samochodu.

Edyta posłusznie wzięła od niego plecak, wrzuciła do niego butelkę z wodą i blaszany kubek, po czym, zarzuciwszy plecak na jedno ramię, połykając łzy, ruszyła w stronę wyjścia z polany, gdzie czekał już na nich leśnik. Sim ruszył za nią, po drodze otrzepując na sobie ubrania z pyłu, który wzbijał się w powietrze szaro-żółtawą chmurą.

 

38.

 

Odkąd leśnik, zainkasowawszy od Sima przygotowaną specjalnie dla niego kopertę, pożegnał się z nimi i wysiadł w Ostrowie, w samochodzie panowało niezmącone niczym milczenie. Dochodziła godzina piętnasta, a oni minęli już wjazd na drogę ekspresową i od półgodziny mknęli dwupasmówką w stronę Warszawy. Edyta była w pełni opanowana, łzy nie pchały jej się już do oczu, serce biło równo, miała wręcz wrażenie, że pomimo tego pięknego czerwcowego dnia, słońca na niebie i przyjemnej temperatury dwudziestu kilku stopni jej ciało zamarzło od środka na kość.

Incydent w ruinach leśniczówki, o którym przypominały im wciąż zakurzone ubrania oraz umorusane dłonie i twarze, chyba już definitywnie zakończył to, co przecież i tak niebawem by się skończyło. Co prawda ona sama, po owej dramatycznej akcji, kiedy przez jakąś minutę lub dwie czuła niezaznany nigdy dotąd uścisk ramion i fizyczną bliskość Sima, kochała go jeszcze mocniej i rozpaczliwiej, lecz on najwyraźniej miał już dość jej towarzystwa na dzisiaj… na dzisiaj albo raczej raz na zawsze. To, że się o nią tak wystraszył i na własnych rękach wyniósł ją z tej nory, wynikało jedynie z odpowiedzialności, którą czuł z racji faktu, że namówił ją na ten wyjazd. Wszak jeszcze pół metra dalej, jeden krok więcej i przywaliłaby ją tam ogromna sufitowa bela, a wtedy w istocie nie byłoby z niej co zbierać. Nic dziwnego, że przeżył traumę, nic też dziwnego, że teraz, kiedy strach już minął, czuł względem niej jedynie żal i wściekłość.

„I taki jest finał tej historii” – pomyślała drętwo, wpatrując się w drogę, którą czerwona toyota połykała w iście rajdowym tempie. – „Zaczęła się w leśniczówce i w leśniczówce się skończyła, to nawet logiczne. Teraz przynajmniej będę miała jasność, a wtedy rany powinny się goić łatwiej… przynajmniej w teorii.”

– Już wszystko dobrze? – zagadnął znienacka Sim.

Drgnęła na dźwięk jego głosu, który teraz zabrzmiał inaczej niż pod leśniczówką, ciepło i łagodnie. Czy to już były ostatnie chwile, kiedy mogła go słuchać?

– Tak – odparła cicho. – Wszystko okej.

– Nie gniewaj się na mnie, Eda. Nie chciałem być takim nieokrzesanym gburem, po prostu zdenerwowałem się i wystraszyłem jak diabli, a wtedy trudno nad sobą panować.

– To była moja wina.

Wcale nie chciała, by jej głos zabrzmiał tak kategorycznie i konkludująco, ale cóż. Tak wyszło. Tak zresztą będzie lepiej. On zaś nie powinien silić się wobec niej na życzliwość, niech zostawi to tak, jak było, wręcz zrobi jej tym przysługę. Każdy taki ciepły gest z jego strony znowu tylko rozdrapywał rany, niechże więc ma już nad nią litość.

Sim chyba faktycznie się zlitował, a może to jej twardy ton zamknął mu usta, tak czy inaczej w samochodzie znów zapadła cisza. Ona tymczasem, wbrew temu, co przed chwilą sobie wmawiała, jednak wolałaby, żeby dalej mówił… Dlaczego w silnych emocjach, zwłaszcza w rozmowach z nim, nigdy nie potrafiła odpowiednio wyważyć barwy głosu? Wszak nie musiała być taka oschła, mogła zachować się inaczej, zwłaszcza że niedługo dojadą do Warszawy i trzeba będzie pożegnać go na zawsze. I zwłaszcza że to naprawdę była jej wina.

Warszawa zbliżała się nieubłaganie, na horyzoncie widać już było odległe zarysy miasta. Czas znowu leciał jak szalony, jak to jest, że zawsze przyśpiesza akurat wtedy, kiedy chciałoby się, żeby płynął jak najwolniej? A z drugiej strony po co to przeciągać? Kilka minut dłużej przy nim i tak jej nie zbawi, co jej po tym, skoro nie może mieć go dla siebie na zawsze? Niech wraca do swojej Rusałki i niech będzie z nią szczęśliwy, a jej niech dłużej nie dręczy i nie podsyca w niej złudzeń. Już i tak po dzisiejszej eskapadzie do leśniczówki długo jej zajmie, zanim podniesie się z podłogi.

Oto i Warszawa, pierwsze skrzyżowania ze światłami, potem coraz więcej ulic, ludzi, samochodów… Niebawem most na Wiśle, a stamtąd już prosta droga na jej osiedle, gdzie trzeba będzie się pożegnać. Właściwie już była na to gotowa. Pożegna go z należytą godnością, a z żalu i rozpaczy umrze sobie potem. Jak już zostanie sama.

Jeszcze kilka, a może kilkanaście minut (nie liczyła tego, czas płynął, jak chciał) i dotarli na jej osiedle, czerwona toyota podjechała na ten sam parking, z którego zabrała ją rano. Kiedy zatrzymali się, Edyta zebrała z podłogi auta swój plecak i położyła go sobie na kolanach.

– Dziękuję, Sim – powiedziała, starając się, by jej głos zabrzmiał normalnie i przyjaźnie. – I przepraszam za to, co się dzisiaj stało.

Sim oparł się ramieniem o kierownicę i spojrzał na nią poważnym wzrokiem.

– Kiedy umówimy się na podsumowanie?

Zawahała się. Kolejne spotkanie, kolejne rozdrapywanie ran? To przecież nie miało sensu. On nie rozumiał, co to dla niej znaczyło, po prostu chciał być miły, nie mógł wiedzieć, czym było dla niej każde jego słowo, każdy uśmiech, każde spojrzenie oczu, w których już na samym początku przepadła bez ratunku. A ona wszak musiała jakoś żyć… a żeby dalej żyć, musiała się bronić! Żeby mieć chociaż minimalną szansę na wyleczenie się z tego i powrót do życia, musiała wreszcie to uciąć, nie mogła wciąż ulegać swej słabości i ciągnąć w nieskończoność tej psychicznej poniewierki, w przeciwnym razie w którymś momencie naprawdę nie wytrzyma i zrobi coś nieodwracalnego.

– Zdzwonimy się kiedyś – odparła, nie patrząc na niego. – Teraz mam strasznie dużo pracy, prawie codziennie siedzę do wieczora, a rano znowu trzeba wstawać. Czasem nawet nie mam kiedy zjeść śniadania.

– Czyli nie chcesz już mnie znać? – zapytał cicho.

Jasne, niech robi tak dalej. Niech wali jej nożem prosto w serce, proszę bardzo. Już i tak jest tam tyle dziur, że cóż szkodzi jeszcze jedna więcej?

– Nie mów tak – pokręciła głową. – Przecież wiesz, że nie to miałam na myśli.

Tylko na tyle było ją stać. W gardle pojawiła się już gula, która w szybkim tempie zaczynała narastać, a przecież musiała wytrzymać do końca.

– Wiem, co masz na myśli – odparł wciąż tym samym cichym głosem Sim. – Rozumiem to doskonale, nie musisz mi tłumaczyć, aż takim idiotą nie jestem. Nawet największy młotek potrafi wyczuć, kiedy jest intruzem, chociaż nie zawsze umie się z tym pogodzić.

Łzy cisnęły się niebezpiecznie do oczu, podobnie jak na pierwszym spotkaniu w knajpce niedaleko Pałacu Kultury i Nauki, gdzie wypili razem niezapomniane latte z cynamonem i skąd musiała uciec, żeby nie rozpłakać się przy nim, gdy po raz pierwszy poczuła smak rozczarowania i ból zgaszonych nadziei.

– Na początku, kiedy prosiłem cię o pomoc w rozwiązaniu zagadki mojego wypadku pod Bobrzą – ciągnął Sim – obiecałem, że nie będę zawracał ci głowy dłużej, niż to będzie konieczne. Że kiedy to zakończymy, nie będę już ci się narzucał, wydzwaniał i truł krwi. I dotrzymam tej obietnicy, Eda.

A niech to! Jeszcze chwila i nie uda jej się utrzymać w ryzach tych łez. A już myślała, że jest na to odporna, że do końca wytrzyma w stanie zamrożenia i się przy nim nie rozklei… Póki co jeszcze miała na to szanse. Musiała tylko wytrwać pół minuty, może minutę. Jeszcze tylko trochę.

– Można uznać, że rozwiązaliśmy zagadkę na tyle, na ile się dało, i bardzo ci za to dziękuję, to było dla mnie ważne. Dziękuję ci też jeszcze raz za uratowanie życia i za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Jednocześnie rozumiem i szanuję to, że teraz chcesz mieć już spokój, wrócić do swojego życia, swojej pracy i normalnego rytmu, ja nie mam prawa ci w tym przeszkadzać. Chciałbym, żeby było inaczej, ale cóż… pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Mówią, że pierwsze wrażenie robi się tylko raz, a ja swoją szansę straciłem od razu na starcie. Nawet jeśli to nie zależało ode mnie.

O czym on mówił? Skołowana, walcząca ze sobą jak lew Edyta rozumiała już teraz tylko co drugie słowo, reszta w jej uszach była szumem, czy też raczej muzyką, cichą melodią najdroższego głosu. Docierało do niej jedynie to, że czynił jej wyrzuty i był rozczarowany jej zimną, zdystansowaną postawą, jej implicytną odmową dalszych spotkań. A czy jej to nie bolało? Bolało potwornie, raniło serce do krwi, ale przecież musiała się bronić! Gdyby on wiedział, ile kosztowała ją ta rozpaczliwa samoobrona… gdyby mógł to zrozumieć…

– Dziękuję ci, że pojechałaś dzisiaj ze mną zobaczyć leśniczówkę – szemrał dalej cichy głos Sima. – Gadałem głupoty, wcale nie żałuję, że cię tam zabrałem. Przynajmniej dowiedziałem się na pewno, na czym stoję, chociaż co mam dalej z tym zrobić, to Bóg mi świadkiem, że nie mam pojęcia. Tak czy inaczej nie będę już cię prześladował, Dusiu, obiecuję. Powiedz mi tylko… mogę czasem, tak raz na parę miesięcy, wysłać smsa, żeby zapytać, czy wszystko u ciebie okej?

Pokiwała głową, połykając łzy, choć ciężko było je połknąć tak ściśniętym gardłem.

– Jasne – odparła, kładąc rękę na klamce. – Będzie mi bardzo miło.

– Dziękuję – szepnął.

– Muszę już lecieć, Sim – jeszcze ostatni raz wysiliła się na neutralny ton, mimo że głos drżał jej coraz mocniej, nad tym już nie dała rady zapanować. – Trzymaj się i… wszystkiego dobrego.

Już. Trzask drzwi auta oznajmił koniec jej męczarni. Za chwilę będzie mogła płakać do woli, wić się na łóżku i spokojnie cierpieć w samotności. Jeszcze tylko kilkanaście metrów do klatki, wjazd windą na górę i będzie bezpieczna, jak zranione zwierzę w swojej norze.

Zarzuciła plecak na ramię, dokładnie tak jak pod leśniczówką, i nie oglądając się, ruszyła chodnikiem w stronę wejścia do bloku. Za sobą usłyszała wizg opon i jęk silnika przyśpieszającego gwałtownie na wysokich obrotach, jednak nie odwróciła się. Nie mogła. Tak było dla niej lepiej. Zresztą hałas silnika, łudząco podobny do tamtego z wigilijnej nocy w środku lasu, niebawem przycichł w oddali i na osiedlu, tonącym w leniwej atmosferze słonecznego czerwcowego popołudnia, znów zapadła sielska, przyjemna dla ucha cisza.

 

39.

 

Edyta przypomniała sobie o raporcie dla prezesa dopiero rano, kiedy zadzwonił budzik. Drżąc na całym ciele, na wpół przytomna, jako że miała za sobą zaledwie dwie godziny niespokojnego snu, rzuciła się w panice do laptopa, jednak kiedy otwarła plik, szybko uświadomiła sobie, że dokończenie tego raportu w ciągu godziny, jaką dysponowała przed wyjściem do pracy, to misja niemożliwa. Wczoraj wieczorem może i by zdążyła, nawet po łebkach, gdyby choć przez chwilę o tym pomyślała, ale cóż… wczoraj wieczorem przebywała zupełnie gdzie indziej, w innym świecie, do którego wolałaby już nigdy nie wracać. W świecie, w którym nie tylko nie ma laptopów, raportów ani tramwajów, na które trzeba zdążyć do pracy, ale właściwie nie ma nic. Zwłaszcza światła.

Dziś jednak był nowy dzień, a ona musiała jakoś wrócić do życia, tym bardziej że, wyczerpawszy do dna wszystkie łzy, nie miała już nawet czym płakać. Łóżko, po którym tłukła się całą noc, też ją odpychało, nie było już przytulną przystanią dla zmęczonego ciała i umysłu, lecz wrogim miejscem, gdzie własne myśli atakują bez pardonu, a każda kolejna spędzona w nim minuta działa jak chińska tortura. Jedynym rozsądnym wyjściem było wziąć się w garść i jechać do pracy, a tam dać sobie w kość, na ile tylko się da, zająć czas wytężonym działaniem, nie tracić ani ułamka sekundy na myślenie.

Tak, tylko co z tym raportem?! Nie ma szans, żeby skończyła go od ręki, teraz musi przecież wybrać się i dojechać do pracy, co prawda może posiedzieć nad nim jeszcze trochę w biurze, ale najpóźniej o dziesiątej musi złożyć gotowy wydruk na biurku prezesa.

„Dopiszę tylko szybko konkluzję” – pomyślała, zabierając komputer do kuchni, by w międzyczasie przygotować sobie poranną kawę, bez której nie było mowy o uruchomieniu mózgu. – „A przed nią kilka punktów z ostatniego tygodnia. Wprawdzie zostanie wielka, trzytygodniowa luka w datach, ale może stary się nie zorientuje… Raz kozie śmierć, nie ma innego wyjścia!”

Wybierała się zatem dziś do pracy w dość osobliwy sposób, wszystkie czynności wykonując z laptopem, który przenosiła z miejsca na miejsce, od kuchni, przez sypialnię po łazienkę, gdzie piła kawę, ubierała się czy szczotkowała zęby. Pozwalało jej to w każdej sekundzie, którą tylko mogła wykorzystać, dopadać do klawiatury i wpisywać kolejne zdanie, pół zdania, chociaż kilka słów, a choćby i kilka znaków – byle do przodu. W tramwaju jak zwykle o tej porze było tłoczno, zatem nie mogła wyjąć laptopa, jednak i tak kontynuowała pracę, układając szczegółowo w myśli dalszą część konkluzji tak, by po dotarciu do biura móc jedynie spisać ją z pamięci. Choć dojechała tam później, niż by chciała, udało jej się wykonać plan i resztę czasu, jaki pozostał do dziesiątej, poświęciła na upozorowanie ciągłości sprawozdania, dopracowanie formy wizualnej i przygotowanie wydruku.

Ów szalony wyścig z czasem, choć skrajnie stresujący, był jej bardzo na rękę, mogła bowiem skupić na nim całą swoją uwagę i nie myśleć o niczym innym, dlatego kiedy po oddaniu raportu sekretarce prezesa wracała do biura, wręcz żałowała, że maraton już się skończył. Im więcej pracy, tym lepiej. Los na szczęście był dla niej łaskawy i zaledwie godzinę później na jej ręce trafiło zlecenie od przełożonych dotyczące przygotowania części nowego projektu kampanii reklamowej dla kontrahenta zewnętrznego, a ponieważ zamawiającym była firma z ogromnym kapitałem zagranicznym, zadanie było nie tylko ambitne i rozbudowane, ale wymagało również ścisłej współpracy oraz koordynacji z innymi działami i agendami korporacji. Krótko mówiąc, oznaczało to pracę od rana do nocy, wyzwanie w sam raz dla niej na ten ciężki czas!

Kolejna noc była już nieco spokojniejsza, a choć serce nadal mocno bolało mimo metodycznego wyciszania myśli, miała przynajmniej przed sobą perspektywę zajęcia głowy na kolejnych kilkanaście tygodni, termin realizacji nowego projektu był bowiem wyznaczony dopiero na połowę września.

„Czyli najlepiej będzie, jak urlop wypoczynkowy wezmę w drugiej połowie września” – kalkulowała, układając się do snu. – „Przez całe lato zajmę się pracą i do września trochę się wyciszę… wpadnę w rutynę… przynajmniej odrobinę zapomnę.”

Zapomnieć! To był teraz jej główny cel. Zapomnieć o Simie i o tym wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie pół roku. Wprawdzie z góry było wiadomo, że tak do końca zapomnieć się nie da, ale nawet lekkie przykurzenie wspomnień to już będzie coś… Czas ponoć leczy rany, byle tylko ich nie rozdrapywać, nie odświeżać, dać im spokojnie się zagoić. Tylko na to mogła teraz liczyć.

Już wczoraj w nocy, nim na dwie godziny przed alarmem budzika zdołała w końcu zasnąć, zadbała o to, by od dziś przynajmniej w domu nic robiło jej dywersji i nie odświeżało wspomnień. Tak jak te notatki, które przez wiele tygodni bez sensu leżały na stole i za każdym razem, gdy na nie spojrzała, kłuły w serce igłą przypomnienia. Na szczęście, oddawszy je wczoraj Simowi, miała już z nimi spokój, a blaszany kubek przywieziony z leśniczówki, umyty i owinięty w czystą ściereczkę do naczyń, spoczął na dnie szuflady z ubraniami zimowymi, której jeszcze przez długie miesiące i tak nie będzie otwierała. Żadnych innych pamiątek, które potencjalnie mogłyby się stać wyzwalaczami wspomnień i impulsem do cierpienia, już nie posiadała, co zresztą samo w sobie też było znaczące. Spotkali się wszak z Simem tylko kilka razy, de facto niewiele o sobie wiedzieli, a to, że ona od kilku miesięcy nosiła go w myślach i w sercu, obiektywnie przecież się nie liczyło.

Nazajutrz w południe otrzymała informację z biura prezesa, iż ów wzywa ją do siebie w trybie natychmiastowym w sprawie złożonego w poniedziałek raportu. Był to zły znak, bowiem zazwyczaj raporty były po prostu akceptowane i odsyłane do archiwum, dlatego Edyta podążyła do gabinetu naczelnika z duszą na ramieniu. Miała rację – już od progu, po samej jego minie widać było, że to będzie bardzo trudna rozmowa.

– Czy pani naprawdę ma mnie za idiotę? – zapytał chłodno, kładąc przed sobą na biurku jej raport. – Czy może liczyła pani na to, że tego dokładnie nie przejrzę?

Edyta spuściła oczy jak uczeń przyłapany na ściąganiu.

– Ja… – zaczęła i urwała, uznając, że skoro nie ma nic na swoje usprawiedliwienie, to chyba bezpieczniej będzie nie odzywać się i w pokornym milczeniu przyjąć reprymendę.

– Otóż przejrzałem – zapewnił ją prezes. – Przejrzałem co do jednego przecinka, ponieważ chciałem sprawdzić, czy wyciągnęła pani właściwe wnioski z mojego ostrzeżenia. I niestety zawiodłem się. Nie tylko nie wykonała pani zadania, które pani wyznaczyłem, ale w dodatku zakpiła sobie pani ze mnie.

Pokręciła głową na znak, że to nieprawda, i już miała zacząć tłumaczyć, że wcale nie chciała z nikogo kpić, a po prostu z ważnych powodów osobistych nie zdążyła dokończyć raportu, on jednak autorytarnym ruchem ręki nakazał jej milczenie.

– A ja, proszę pani, bardzo nie lubię, kiedy ktoś sobie ze mnie kpi – ciągnął spokojnym, zimnym tonem. – Przygotowała pani raport tylko częściowo, pominęła w nim pani całą drugą połowę maja i początek czerwca, a następnie dokonała pani manipulacji, zapewne licząc na to, że rzucę tylko okiem i tego nie zauważę. Niestety miała pani pecha, bo zauważyłem.

Edyta zapatrzyła się w czubki swoich butów, czekając na wyrok.

– Do jakości projektu, chociaż został wykonany z opóźnieniem, nie mam zastrzeżeń, opinie są bardzo pozytywne. Pani zespół wykonał zadanie, w związku z czym nie zostanie rozwiązany, zgodnie z planem zajmie się realizacją kolejnego. Ale już nie pod pani kierownictwem.

„Wyleciałam” – mignęło jej w głowie. – „A niech to…”

– Właściwie powinienem usunąć panią z firmy natychmiast i z wilczym listem – zaznaczył prezes, splatając ułożone na biurku dłonie. – Na pani szczęście jest coś, co sprawiło, że się zawahałem. Pomijając, że ma pani świetne opinie u przełożonych wyższego szczebla, którzy podkreślają zwłaszcza pani kreatywność, ten raport po prostu mi się podobał. Był bardzo solidnie i pomysłowo wykonany, oczywiście tylko do momentu, w którym rzetelne dane urwały się i zaczęła się manipulacja. Czy życzy sobie pani to wyjaśnić?

– Tak, jeśli można – odparła drżącym głosem Edyta, szczerze zaskoczona, że na horyzoncie zamajaczył jeszcze jakiś cień szansy.

– Proszę.

Świadoma faktu, że to jej ostatnia deska ratunku, w kilku zdaniach nakreśliła swoją sytuację, zaznaczając, że bardzo chciała zrobić ten raport jak najlepiej, pracowała nad nim bardzo intensywnie, ale w weekend zabrakło jej czasu, ponieważ musiała w bardzo pilnej sprawie udać się w rodzinne strony. Prezes słuchał jej w milczeniu, a jego twarz jakby odrobinę się rozpogodziła. Czy to był dobry znak? Czy raczej tylko cisza przed burzą?

– Dobrze, wystarczy – przerwał jej, znów kładąc dłoń na raporcie. – Tak jak powiedziałem, raport jest niepełny, zmanipulowany, ale dobrze pomyślany, a ja zwykłem w takich dokumentach wyczytywać dużo więcej, niż jest w nich napisane. I to, co wyczytałem, świadczy na pani korzyść. Dlatego dam pani jeszcze jedną, tym razem już ostatnią szansę.

– Dziękuję, panie prezesie – odpowiedziała cicho Edyta.

– Co nie znaczy, że wszystko zostanie, jak jest – zaznaczył mężczyzna. – Za to, że pani tak jawnie sobie ze mnie zakpiła, kara musi być i będzie. Tym bardziej że, o ile ma pani duży potencjał, jeśli chodzi o kreatywne realizowanie zadań w projektach, o tyle w kierowaniu zespołem, jak widać, słabo pani sobie radzi. Dlatego rozliczy się pani dzisiaj w kadrach – podsumował, przechylając się za biurkiem, by wrzucić jej raport do kosza na dokumenty przeznaczone do niszczarki – a od jutra wraca pani na swoje poprzednie stanowisko. Oczywiście za tym automatycznie pójdzie zniżka pensji, proszę się tego spodziewać.

– Rozumiem – pokiwała głową. – Dziękuję, panie prezesie.

– Tym razem nie daję pani żadnych terminów, ale uprzedzam, że jeśli jeszcze raz dotrze do mnie informacja, że nie wywiązuje się pani ze swoich obowiązków, żegnamy się ze skutkiem natychmiastowym. Czy to jasne?

– Tak jest.

– Dobrze, może pani już iść do kadr – odparł prezes, sięgając po słuchawkę interfonu. – Sekretariat zaraz poinformuje ich, w jakiej sprawie pani przyjdzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *