Anabella – Rozdział CCXXVI

Anabella – Rozdział CCXXVI

– No to mów – zażądała Iza, kiedy Pepuś zasnął i obie z Agnieszką usadowiły się w wysprzątanej kuchni przy dzbanku z pachnącą, świeżo zaparzoną miętą. – Co to za pilna i poważna sprawa, o której chciałaś ze mną gadać?

– Potrzebuję twojej rady – odparła Agnieszka. – Ale proszę, Iza, niech to zostanie tylko i wyłącznie między nami, dobrze?

– Oczywiście, Aguś – zapewniła ją z powagą. – Sto procent dyskrecji, nikomu nie szepnę o tym ani słówka. Mów, co się stało.

– Chodzi o Piotrka.

– Aha, domyśliłam się – pokiwała głową. – I chyba nawet zgaduję, w czym rzecz. Nadal naciska na to, żebyś pozwoliła mu uczyć Pepcia mówienia na niego tata?

– Nie… Znaczy, to też, ale nie o to chodzi. To jest de facto tylko punkt wyjścia, bo on poszedł w tym o wiele dalej.

– To znaczy?

– Oświadczył mi się.

– Co?!

Iza wytrzeszczyła na nią oczy, omal nie zadławiwszy się miętą. Agnieszka pokiwała powoli głową, wpatrując się w blat.

– No. I muszę mu jak najszybciej odpowiedzieć, już więcej jak dwa tygodnie trzymam go w niepewności i źle się z tym czuję. A on pewnie jeszcze gorzej.

– O kurczę… ale numer! – szepnęła zaskoczona Iza, odstawiając szklankę na blat. – Zastrzeliłaś mnie.

– A on mnie. Nie wierzyłam własnym uszom, kiedy mi z tym wyjechał.

– Ale jazda! I jak zareagowałaś?

– Byłam w szoku, ale nawet się nie zastanawiałam się i od razu mu odmówiłam. A wtedy on poprosił mnie, żebym nie odpowiadała impulsywnie, tylko najpierw to przemyślała, zaczęliśmy rozmawiać, wyjaśniać sobie różne rzeczy… i w końcu stanęło na tym, że zastanowię się jeszcze i dam mu ostateczną odpowiedź w ciągu tygodnia, maksymalnie dwóch. No i już przedwczoraj minęły te dwa tygodnie… Dlatego cieszę się, że przyjechałaś i że mogę z tobą o tym pogadać – zaznaczyła. – To jest niesamowite zrządzenie losu, bo przecież rzadko tu bywasz, a ja akurat dzisiaj strasznie potrzebuję twojej rady.

Iza patrzyła na nią oszołomiona, lecz jednocześnie przepełniona mieszaniną zdecydowanie pozytywnych uczuć, jakie od pierwszej chwili przepełniły ją na tę wieść. Sama jeszcze nie umiała ich nazwać, oscylowały bowiem między ulgą, radością i wzruszeniem, jednak bez względu na okoliczności, jakie Agnieszka zapewne za chwilę jej naszkicuje, wiedziała już, że to była dobra wiadomość.

– Aga, oczywiście – odparła ciepło, przechylając się, by chwycić ją za rękę i uścisnąć. – Jestem do twojej pełnej dyspozycji i jeśli będzie trzeba, mogę posiedzieć tu z tobą nawet do rana. Mów, co tylko potrzebujesz z siebie wyrzucić, a ja, o ile będę umiała, postaram się pomóc ci poukładać sobie wszystko w głowie. Chociaż wiadomo, że decyzję i tak musisz podjąć sama – zaznaczyła. – W takich sprawach żadna rada z zewnątrz nie może być decydująca.

– Tak, oczywiście, Izunia, wiem o tym – pokiwała głową Agnieszka, chętnie odwzajemniając jej uścisk dłoni. – Po prostu chcę wiedzieć, jak ty na to patrzysz jako właśnie osoba z zewnątrz, z jednej strony neutralna, a z drugiej życzliwa. Decyzję podejmę sama i chyba już nawet wiem jaką, ale zanim to zrobię… zwłaszcza zanim porozmawiam z nim… chcę wiedzieć, co ty o tym myślisz.

– Jasne, Aguś. Zamieniam się w słuch.

– Wiesz mniej więcej, jak od początku grudnia wyglądała sytuacja, bo opowiadałam ci to. Mówiłam o tym spięciu, jakie mieliśmy z Piotrkiem a propos Pepusia i słowa na te, o tym, że się o to ścieraliśmy i czasem atmosfera była taka, że siekierę można by w powietrzu powiesić. Ja miałam swoje racje, on swoje i oboje broniliśmy ich jak niepodległości, ale tak mniej więcej od świąt Piotrek nagle odpuścił temat i nie naciskał już. Więc uznałam, że przemyślał to, pogodził się z moim stanowiskiem i nie będzie już do tego wracał, zwłaszcza że, mimo tych spięć, ani przez moment nie przestał pomagać mi przy Pepciu, ćwiczył z nim, woził nas do Radzynia na rehabilitację i w ogóle od tej strony nic się nie zmieniło. Nawet zaczęliśmy normalnie gadać – dodała w zamyśleniu. – Ja nie chciałam się z nim kłócić, poza tym miałam wyrzuty sumienia z powodu tej odmowy, bo chociaż byłam pewna, że mam rację, to rozumiałam też jego punkt widzenia i starałam się jakoś załagodzić sytuację. No a on, jak to on… wiesz, jaki jest Piotrek. Z jednej strony narwany, a z drugiej ugodowy. To nie jest człowiek, który lubi żyć w konflikcie.

– To prawda – uśmiechnęła się Iza. – Zwłaszcza z tobą.

– No właśnie – westchnęła Agnieszka. – Zwłaszcza ze mną, chociaż ja, patrząc od samego początku, nieraz zachowywałam się wobec niego okropnie. Pamiętasz, mówiłam ci, że ciągle męczyły mnie przez to wyrzuty sumienia, miałam poczucie, że jestem niewdzięczna, bo on naprawdę bardzo mi pomaga przy Pepuniu, a od kiedy wyszła ta sprawa ze słowem tata i musiałam to uciąć, te wyrzuty sumienia jeszcze się podwoiły. Dlatego nie chciałam zaogniać sytuacji i cieszyłam się, że burza się uspokoiła, a tu nagle, dwa tygodnie temu, Piotrek poprosił mnie o rozmowę i wrócił do tamtego tematu.

– Do słowa tata?

– Aha. Ale inaczej niż wcześniej, bo zaczął od przeprosin.

– Od przeprosin? – zdziwiła się Iza. – Za co?

– Za to, że, jak to ujął, zachował się jak burak, kiedy próbował wymóc na mnie tamtą zgodę – wyjaśniła, obracając w dłoniach szklankę z miętą. – Powiedział, że bardzo słusznie zrobiłam, że mu odmówiłam, bo to było z jego strony nie do obronienia.

– Nie rozumiem – podniosła w górę brwi Iza.

– Ja też tak zareagowałam. Dokładnie tak mu powiedziałam… że nie rozumiem. A on wtedy wyjaśnił mi, że absolutnie nie rezygnuje z tego, o co mnie prosił, i dalej bardzo chce być dla Pepunia tatą, tylko po prostu źle się za to zabrał. I że teraz chce naprawić ten błąd.

– Aha, chyba już rozumiem – uśmiechnęła się.

– Powiedział, że to było z jego strony chamskie, że prosił mnie o prawa do Pepusia, a pominął w tym mnie… nie tylko jako jego przedstawicielkę ustawową, która musi na takie coś wyrazić zgodę, ale przede wszystkim jako jego matkę. Odpowiedziałam mu, że przecież wcale mnie nie pominął, że lojalnie zapytał, czy może, a kiedy się nie zgodziłam, dostosował się do mojej decyzji i nie robił dywersji, więc nie ma za co przepraszać. A on mi na to, że ma, bo próbował to zrobić na pałę, a przez to obraził mnie brakiem szacunku… i że wszystkie argumenty na nie, jakie mu przedstawiłam, mają w tej sytuacji sens, a on przyjmuje je bez dyskusji, ale że teraz chce podejść do tematu inaczej. Tym razem tak, jak należy, czyli poważnie i z pełnym uregulowaniem sytuacji prawnej.

– Kapuję – szepnęła Iza.

– Krótko mówiąc, chciałby wystąpić do sądu z oficjalnym wnioskiem o przysposobienie Pepcia, a do tego jest mu potrzebna nie tylko moja zgoda, ale też mój aktywny współudział. I dlatego, żeby dać sobie szansę na pozytywny wyrok, uznał, że nie ma innego wyjścia, niż ożenić się ze mną i w ten sposób formalnie stworzyć Pepikowi rodzinę.

– Jasne. I w tym kontekście poprosił cię o rękę?

– Tak. A ja mu natychmiast odmówiłam.

– No wiem. Ale dlaczego? Poczułaś się potraktowana jak narzędzie do osiągnięcia celu?

– Hmm… może i tak – odparła z zastanowieniem. – Coś w tym stylu. Chociaż w sumie nie myślałam nad powodami, po prostu dla mnie to od razu, z automatu było nie.

– A co na to Piotrek?

– Chyba był na to przygotowany, bo w ogóle nie zgasił się odmową, tylko poprosił, żebym jeszcze mu nie odpowiadała, ale najpierw na spokojnie rozważyła za i przeciw. Powiedział, że on to traktuje bardzo poważnie, że długo o tym myślał i nie wyskakuje z tym na spontanie, tylko z pełnym przekonaniem i determinacją. A potem zaczął zbijać wszystkie moje argumenty i wątpliwości… Gadaliśmy chyba ze trzy godziny, siedzieliśmy tutaj, dokładnie w tym miejscu, gdzie my teraz – wskazała na stół – i omawialiśmy po kolei punkt po punkcie, bardzo spokojnie i konkretnie, bez żadnych scen. I wiesz co? – dodała ciszej. – Niesamowicie mi tym zaimponował. A teraz, im dłużej o tym myślę, tym większe to robi na mnie wrażenie. On naprawdę kocha Pepcia i chce dla niego dobrze.

– Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości – przyznała Iza, przepełniona wzruszeniem i głębokim szacunkiem dla postawy Piotrka. – I jestem pewna, że byłby dla niego najlepszym ojcem na świecie.

– Ja też. Tego akurat byłam pewna już od dawna, ale to nie jest takie proste, Iza… Tu w grę wchodzi milion różnych czynników, oczywiście priorytetem jest dobro Pepcia, ale jak tylko stanęła ta kwestia, zaczęły mnie bombardować pytania. Czy na pewno akurat to rozwiązanie, które zaproponował Piotrek, byłoby dobre dla Pepika? Czy dla kogoś z nas nie stałoby się kiedyś pułapką? Zwłaszcza że przysposobienie dziecka to decyzja z gatunku nieodwracalnych, przynajmniej w sensie emocjonalnym.

– No tak, rozumiem twój dylemat, Aga – pokiwała głową Iza. – Ale powiedz mi dokładniej, o czym rozmawialiście? Jakie podawałaś argumenty, które on zbijał?

– Zaczęliśmy od tych, które przedstawiałam mu już wcześniej – wyjaśniła Agnieszka. – Tyle że faktycznie w nowej perspektywie większość z nich traciła rację bytu. Nie mogłam już zarzucić mu, że chce być dla Pepcia ojcem na teraz i niezobowiązująco, a za jakiś czas odmieni mu się i pójdzie sobie w świat, bo on właśnie chce to uregulować prawnie. Ustabilizować sytuację i dać mi przez to gwarancję, że traktuje sprawę poważnie. Oczywiście z punktu widzenia Pepcia to praktycznie same korzyści, ale jeszcze jest ta druga strona – spojrzała na nią znacząco. – Rodzina jako środowisko, gdzie Pepik będzie rósł i rozwijał się, to nie tylko on plus mama i on plus tata, bo tu wszystko byłoby super, ale… rozumiesz.

– Rozumiem – skinęła głową Iza. – Największym znakiem zapytania jest punkt trzeci, mama plus tata. Czyli relacja między wami.

– Właśnie – pokiwała głową. – Małżeństwo to przecież nie żart, nawet jeśli traktuje się je jako układ dla dobra dziecka. I właśnie o tym rozmawialiśmy najdłużej, Piotrek zresztą doskonale zdawał sobie sprawę, że to jest kluczowy punkt, i robił wszystko, żeby mnie przekonać.

– I co? – zaciekawiła się Iza. – Przekonał?

– Nie do końca – odparła w zamyśleniu Agnieszka. – Ale to, co mówił, a przede wszystkim sposób, w jaki mówił… taki spokojny, rzeczowy, bez kłótni i spiny, z pełnym szacunkiem do mnie i mojego stanowiska… to mi mega dało do myślenia. Właściwie to zupełnie zmieniło mi perspektywę, dlatego zgodziłam się jeszcze raz to przeanalizować i dać mu wiążącą odpowiedź dopiero za kilka dni.

– Słusznie zrobiłaś – zgodziła się Iza. – Takich decyzji nie powinno się podejmować spontanicznie i bez refleksji. Ale co on takiego ci powiedział, że dał ci do myślenia? W jaki sposób przekonywał?

– Najpierw zbił mój argument o potencjalnej dziewczynie, w której kiedyś się zakocha i poleci za nią na łeb na szyję… ten, którym zamknęłam mu usta tamtym razem, pamiętasz. Powiedziałam mu, że to jest nadal aktualny problem, bo ślub ze mną i formalne przysposobienie Pepusia nie mogłoby zapobiec, w końcu serce nie sługa. Więc jeśli coś takiego w przyszłości się stanie i on będzie chciał pójść za głosem serca, to prawne uwikłanie w rodzinę z nami będzie dla niego wielką przeszkodą. Podkreśliłam, że nie chodzi o mnie, bo ja rozumiem, że to byłby tylko dżentelmeński układ dla dobra Pepcia, i dla niego jestem gotowa poświęcić siebie, ale że to by była pułapka głównie dla niego samego. I zapytałam, czy na pewno chce się w takie coś pakować.

– A co on na to?

– Zapytał mnie, na ile duże to by było dla mnie poświęcenie. To go interesowało najbardziej… na ile ja musiałabym się przełamać, żeby dla dobra Pepcia wyjść za niego za mąż. Odpowiedziałam mu, że to nie ma znaczenia, bo mój interes najmniej się tu liczy, że mówimy o nim, nie o mnie, a wtedy on nagle się odpalił i poszło domino. Powiedział mi, że właśnie to jest najważniejsze, wręcz wszystko od tego zależy, bo z jego strony nie ma żadnych przeszkód i jak już, to mogą być tylko z mojej. Że on w ogóle wyklucza hipotezę o tej dziewczynie, w której zakocha się w przyszłości i za którą pójdzie, a nas zostawi, i żebym mu nawet nie gadała takich rzeczy, bo to jest jedna wielka bzdura. A kiedy upierałam się, że to przecież nie od niego zależy, powiedział mi, że absolutnie nie ma takiej opcji i jeśli mam go za takiego gnoja jak Rafał, to bardzo się mylę, bo on jest facetem typu wierny pies, który w takie rzeczy wchodzi tylko jeden raz na całe życie. Więc zapytałam, czy w takim razie jest pewien, że chce wejść na całe życie w związek ze mną, obciążoną błędami z przeszłości panną z dzieckiem, która w dodatku jest dla niego wredna, ciągle go opieprza i ma charakter, że bez kija nie podchodź. I wiesz, co mi odpowiedział?

– Słucham z zapartym tchem – uśmiechnęła się Iza.

– Powiedział, że to chyba nic dziwnego, że kawaler żeni się z panną, a że z dzieckiem, to w czym problem, skoro właśnie o to dziecko chodzi? Co do tego, że jestem dla niego wredna i mam zły charakter, to on wcale tak nie uważa, a za opieprzanie jest mi nawet wdzięczny, bo to stawia go do pionu, a on czasem bardzo tego potrzebuje. Poza tym to, że czasem się spinamy, to normalna kolej rzeczy między ludźmi, byle zawsze taki konflikt rozwiązywać, a w naszym przypadku czas już wystarczająco wyraźnie pokazał, że umiemy się dogadać. Że nawet jak się o coś pokłócimy, to w niczym to nas nie osłabia jako teamu, bo i tak dalej działamy razem dla dobra Pepcia, a dla niego to jest znak, że już w jakimś stopniu się dotarliśmy.

– Trudno nie przyznać mu racji – zauważyła pełna uznania dla tej argumentacji Iza.

– A potem powiedział mi…

Urwała, gdyż w tej sekundzie za oknem rozległ się ogłuszająco donośny warkot silnika samochodowego. Obie odruchowo poderwały się z krzeseł i podbiegły do okna. W ciemnościach widać było jednak tylko światła auta oddalającego się w kierunku Małowoli.

– To pewnie znowu ten idiota Krzemiński – stwierdziła z irytacją Agnieszka. – Jeszcze dziecko mi obudzi!

– Michał? – zdziwiła się Iza. – Skąd wiesz, że to on?

– Bo to już nie pierwszy raz – wzruszyła ramionami. – Jak jest w Korytkowie, jeździ w kółko tą swoją beemką i wyje silnikiem jak potłuczony. Zresztą chyba widziałaś go już dzisiaj, jak szłaś do mnie?

– Ach, to był on? – zdziwiła się jeszcze bardziej, wspominając zwalniający gwałtownie samochód, który minął ją, gdy skręciła w stronę hali. – Widziałam, tylko nie zwróciłam uwagi, co to było za auto.

– Beemka Krzemińskiego. Patrzyłam akurat przez okno, to był on. A swoją drogą słyszałaś, że cymbał niedługo się żeni? – spojrzała na nią znacząco. – Podobno już w maju.

– Tak, słyszałam – skrzywiła się Iza, wracając do stołu i zajmując z powrotem miejsce. – Ale daj spokój, Aga, chyba nie będziemy teraz gadać o nim, co? Szkoda czasu, wracaj tu i mów mi dalej o sobie i o Piotrku. Chcesz jeszcze trochę mięty?

– Aha, nalej mi jeszcze z pół szklanki.

– Bardzo proszę – dolała stygnącego już naparu i jej, i sobie, po czym, odstawiwszy dzbanek na blat, pochyliła się nad nim i chwyciła ją za rękę. – A teraz mów… mów dalej i nie opóźniaj, bo ja tu zaraz umrę z ciekawości! Co on ci jeszcze powiedział?

Agnieszka uśmiechnęła się lekko i pokiwała powoli głową.

– Powiedział mi, że to, co mi proponuje, to neutralny układ, w którym, jeśli zgodzę się wyjść za niego, to ja ustalę warunki, a on się dostosuje. Że to ja zdecyduję co do wszystkich szczegółów technicznych, zwłaszcza co do formuły ślubu i całego małżeństwa, w sensie relacji między nami.

– Co do formuły ślubu? – zdziwiła się Iza. – To znaczy?

– No, czy kościelny, czy tylko cywilny dla ogarnięcia formalności związanych z przysposobieniem Pepcia – wyjaśniła. – Piotrek od razu zaznaczył, że sam zdecydowanie wolałby kościelny, z błogosławieństwem Boga, ale że zrozumie, jeśli ja się na to nie zgodzę. Że zdaje sobie sprawę z tego, że jako facet mi się nie podoba, dlatego mogę woleć zostawić sobie furtkę w postaci samych zobowiązań cywilnych, bo, jak to ujął, z Bogiem nie ma żartów.

– To prawda – szepnęła Iza.

– Powiedział, że w tych sferach pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, więc nie będzie ode mnie wymagał niczego, czego sama nie będę chciała… i że w tej kwestii zostawi mi pełną wolność. Rozumiesz, o co chodzi, nie? – zerknęła na nią wymownie.

– Chyba tak. O łóżko?

– Dokładnie. Powiedział, że mam się tego nie bać, a zwłaszcza nie uzależniać od tego mojej decyzji, bo on w ciemno przyjmuje wszystkie warunki, jakie mu postawię. Że liczy się z tym, że będę wolała, żeby wszystko między nami zostało tak, jak jest teraz, przynajmniej na początku. A potem… i tutaj to mnie rozwalił… potem dodał, że oczywiście byłby szczęśliwy, gdyby to było pełne małżeństwo, bo jako kobieta bardzo mu się podobam i dla niego mieć taką żonę to szczyt marzeń – głos zadrżał jej lekko. – Ale że rozumie, że z mojej strony to wygląda inaczej i że jeśli postawię mu blokadę, to on ją uszanuje, bo ostatnią rzeczą, jaką mógłby zrobić, byłoby mnie do czegokolwiek zmuszać.

– Szlachetnie i uczciwie – oceniła ze wzruszeniem Iza.

– Powiedział też, że jeśli się zgodzę, on codziennie będzie robił wszystko, żebym ani przez chwilę nie żałowała swojej decyzji, a po cichu będzie miał nadzieję, że może kiedyś stanie się dla mnie mniej odpychający… takiego słowa użył, odpychający… i powoli zasłuży na moje względy. I tu ci powiem, Iza, że już totalnie wymiękłam – głos znów jej zadrżał i urwała na chwilę, kręcąc głową.

Iza słuchała jej z sercem przepełnionym wzruszeniem, jednocześnie obserwując spod oka jej mieniącą się emocjami twarz. Czy to, o czym mówiła, nie było w jakimś sensie naturalnym scenariuszem, który kroił się od dawna?

– Co mu odpowiedziałaś? – zapytała cicho.

– Nic. Byłam tak zaskoczona i zszokowana tym wszystkim, że nic nie mówiłam, tylko słuchałam, a on bombardował mnie dalej. Bo to było jak bombardowanie, Iza… Powiedział, że tak czy inaczej będę mogła liczyć na jego stuprocentową wierność, bo on jest taki, że jak się ożeni, to choćby nie wiem co, żony nie zdradzi. I żebym już nigdy więcej nie wyjeżdżała mu z tym argumentem o jakiejś dziewczynie bez historii i obciążeń, tylko zaufała mu i pozwoliła udowodnić, że jest poważnym facetem. O ile oczywiście, co podkreślał chyba ze trzy razy, jestem w stanie zaakceptować go w tej roli, bo jeśli miałby tylko bez przerwy mnie irytować i doprowadzać do szału, to z góry wiadomo, że to nie ma sensu.

– No właśnie, Aga – pochwyciła Iza. – To rzeczywiście jest kluczowe, twój punkt widzenia. Jak ty się na to zapatrujesz?

– Nie wiem – pokręciła głową z zafrasowaniem. – Ciągle nie wiem, Iza, to mnie przerasta. Kiedy o tym myślę, codziennie coś mi się w tym myśleniu zmienia, nawet teraz, kiedy ci o tym opowiadam, widzę różne szczegóły inaczej niż wcześniej. Ta rozmowa to był dla mnie szok, z którego do dzisiaj jeszcze nie wyszłam i nie mam pojęcia, kiedy wyjdę… może dopiero za miesiąc? A przecież nie mogę sobie pozwolić na to, żeby zastanawiać się nie wiadomo ile, muszę jak najszybciej dać mu odpowiedź, tak jak obiecałam. Już i tak przegięłam z czasem na myślenie, mówiłam o tygodniu, dwóch maksymalnie, a wczoraj zaczął się trzeci, to nieludzkie tak długo trzymać człowieka w niepewności.

– Prawda – zgodziła się Iza. – Mela mówiła mi, że Piotrek chodzi ostatnio jakiś dziwny i odjechany, że widziała go, jak snuł się po łące pod lasem jak widmo… no to teraz już się temu nie dziwię, skoro od dwóch tygodni czeka na odpowiedź w takiej sprawie.

– No. Czeka i nie może się doczekać – westchnęła Agnieszka. – A ja czuję się z tym fatalnie. Widzimy się przecież codziennie, pomaga mi przy Pepciu, rozmawiamy normalnie o bieżących sprawach, ale tej jednej nie dotykamy wcale. Obiecał mi, że będzie czekał, aż sama wrócę do tematu, że nie będzie na mnie naciskał, i jak dotąd dotrzymuje słowa, ale widzę, że jest mu z tym coraz ciężej. Czasem tak na mnie patrzy… jakby prosił, żebym się już nad nim zlitowała. A ja muszę udawać, że tego nie zauważam, bo chcę dać sobie jeszcze jeden dzień do namysłu, potem jeszcze jeden… i jeszcze… ale przecież nie mogę tego ciągnąć w nieskończoność.

– Nie możesz, Aga – przyznała stanowczo Iza. – Taka niepewność to dla niego potworna męczarnia. Powinnaś odpowiedzieć mu jak najszybciej, najlepiej jutro, nie trzymać go już dłużej w tym stanie zawieszenia. Zwłaszcza jeśli masz zamiar mu odmówić.

Agnieszka znowu westchnęła ciężko i spuściwszy głowę, pokręciła nią powoli.

– Nie wiem, Iza – odparła cicho. – Coraz bardziej mnie to przeraża, jakoś nie mam serca tego zrobić… Ja wiem, że on się tego coraz bardziej spodziewa, każdy dzień, kiedy zwlekam z odpowiedzią, to dla niego znak, że powiem mu definitywne nie, widzę to w jego oczach. A niech to! – ukryła twarz w dłoniach. – Ty masz rację, nie mogę dłużej tak go dręczyć, to jest w pewnym sensie jeszcze gorsze niż sama odmowa.

– Czyli co? – zagadnęła ostrożnie Iza. – Skłaniasz się do tego, żeby mu odmówić?

Agnieszka oderwała dłonie od twarzy i spojrzała na nią uważnie.

– A ty co o tym myślisz? – zapytała. – Co byś zrobiła na moim miejscu?

Iza pokręciła głową z wahaniem. Ni stąd, ni zowąd przed oczami jej pamięci przepłynęła scena z pachnącej ziołami, zalanej księżycowym światłem łąki na końcu świata… Czy Majk wtedy, właśnie tamtego wieczoru, nie zadał jej tego samego pytania? Czy nie rozważał wówczas podobnego scenariusza jak ten, na który odważył się Piotrek? I czy tak samo jak teraz Agnieszka nie pytał jej o zdanie, traktując jak wyrocznię? Tak, to było to! Eksperyment psychologiczny w trybie terapii!

Chciałbym, żebyś postawiła się w takiej hipotetycznej sytuacji… wczuła się w nią, abstrahując od wszystkiego… i powiedziała mi, co byś zrobiła, gdyby to miało dotyczyć ciebie.

Wszak mówił dokładnie o czymś takim! Małżeństwo jako układ, który z czasem mógłby poprowadzić do szczęścia… Miał wówczas takie marzenie, myślał o takim rozwiązaniu z kimś, kto wprawdzie, wbrew jej hipotezom, chyba nie był Wercią, tylko kimś zupełnie innym, niezidentyfikowanym, kimś, z kim ostatecznie mu nie wyszło. Jednak wtedy, kiedy ją o to pytał, sprawa była otwarta. A ona co mu odpowiedziała?

Małżeństwo to zbyt poważna rzecz, żeby urządzać sobie na tym polu eksperymenty.

O właśnie! Tym jednym zdaniem zabiła jego marzenie, bo on natychmiast się z nią zgodził i porzucił je bez dalszej dyskusji. Obiektywnie patrząc, to było z jej strony okrutne, tym bardziej że wcale tak do końca nie myślała, a argumenty, które jej przedstawiał, miały sens. Miały go również w świetle dzisiejszej sytuacji Piotrka i Agnieszki… A jednak wtedy nie umiała inaczej. Nie zdając sobie sprawy z tego, że przemawia przez nią zazdrość, reagowała w sposób, który ranił Majka, choć w ostatecznym rozrachunku ów i tak przecież wyszedł na swoje. Może zresztą w ten sposób ustrzegła go od poważnego błędu? A może, wręcz przeciwnie, niechcący coś zniszczyła?

Nieważne. Dziś to już nie miało znaczenia, a sytuacja Agnieszki i Piotrka, pomimo tych analogii, była przecież inna. Ona sama zaś, zapytana o zdanie, musiała być bardzo ostrożna, wiedząc już zbyt dobrze, jak wielką wagę potrafią mieć słowa.

– O to mnie nie pytaj, Aga – powiedziała łagodnie. – To jest zbyt osobista i poważna sprawa, żeby opierać się na opinii innych, ja sama zresztą nie mam odwagi doradzać ci i stawiać się na twoim miejscu. Tutaj wszystko zależy od tego, co czujesz ty, nie ja… Jeśli potrzebujesz mojej pomocy w podjęciu decyzji, to mogę ci pomóc tylko w jeden sposób, mianowicie w taki, że z tobą o tym porozmawiam. Mogę ci też powiedzieć, co o tym sądzę, ale nie w formie rady, co masz zrobić, tylko w sensie mojej własnej reakcji na tę wiadomość.

– No tak, właśnie o to mi chodzi – zapewniła ją Agnieszka. – Masz rację, źle postawiłam pytanie, to oczywiste, że nie możesz powiedzieć, co byś zrobiła na moim miejscu, bo nie znasz wszystkich okoliczności, a przede wszystkim nie siedzisz mi w głowie i w sercu. W tych sprawach oczywiście każdy musi decydować sam za siebie. Ale powiedz mi to drugie, jak ty to odbierasz ze swojej perspektywy? To dla mnie bardzo ważne.

– Powiem w dwóch słowach – odparła z powagą Iza. – Odbieram to pozytywnie. Z mojej perspektywy dobrze wam życzącego outsidera wręcz bardzo pozytywnie, mimo że oczywiście jestem zaskoczona, no bo kto by nie był? Ale na razie nic więcej nie dodam – zastrzegła, podnosząc w górę palec. – To ty masz podjąć decyzję, ja po pierwsze nie chcę wpływać na twoją podświadomość, a po drugie nie znam jeszcze całego obrazu sytuacji. Dlatego mów mi teraz o tym, co jest najważniejsze.

– Czyli?

– Czyli o tym, co czujesz. Wiem, że masz mętlik w głowie i trudno ci to ubrać w słowa, ale spróbuj, Aga. Przede wszystkim powiedz mi, jak zapatrujesz się na to, co powiedział ci Piotrek a propos samego siebie i twojego odbioru jego osoby. Czyli że nie podoba ci się jako mężczyzna, a nawet jest dla ciebie odpychający. To prawda?

– Absolutnie – pokręciła głową Agnieszka. – To jest kompletna bzdura i jego chory wymysł, gada jeszcze większe głupoty, niż zarzuca mi, że ja gadam o tej dziewczynie z przyszłości. Nie wiem, skąd to wziął, nigdy nie dałam mu niczego takiego do zrozumienia, w sumie to nawet nie myślałam o nim pod tym kątem. W ogóle po Rafale przestały mnie obchodzić tego rodzaju sprawy, więc dobrze mi było w tym całkowicie neutralnym układzie z Piotrkiem jako fanem Pepcia, moim pomocnikiem i aniołem. Bo on naprawdę jest aniołem, którego Bóg zesłał nam z nieba, Iza – dodała ciszej. – Mnie i Pepciowi. Z perspektywy widzę to coraz wyraźniej.

– Mhm – uśmiechnęła się Iza.

– I to też mnie rozwala, bo jak mam powiedzieć nie własnemu aniołowi? Kiedy po zerwaniu z Rafałem zostałam sama z problemem i Amelia z Robertem wyciągnęli do mnie pomocną rękę, zaraz pojawił się też Piotrek. A jak się pojawił, to już został i ciągle jest, aż do teraz. Od początku we wszystkim mi pomagał, pilnował mnie, żebym sobie i dziecku nie zrobiła krzywdy dźwiganiem ciężkich rzeczy, dbał o mnie bez przerwy, nawet jak byłam dla niego chamska i opryskliwa, a jak Pepik się urodził, od początku był dla niego jak najlepszy ojciec na świecie. Nie wspomnę już nawet o tym, co było po tym wypadku… ile mi pomagał przy tej rehabilitacji, do tej pory przecież mi pomaga… Jak teraz sobie o tym wszystkim myślę, to ja serio nie wiem, jak bym sobie bez niego poradziła. No dobra, pewnie jakoś bym to pociągnęła – westchnęła – ale byłoby mi dwa albo trzy razy ciężej.

– No, to akurat chyba nie jest tu głównym kryterium, Aga? – odparła ostrożnie Iza. – Myślisz o uzależnieniu swojej decyzji od bilansu zysków i strat? Boisz się, że jak odmówisz Piotrkowi, to stracisz jego anielskie wsparcie, bo on wtedy obrazi się, przestanie ci pomagać i będzie ci dwa razy ciężej?

– Nie! – zaprotestowała żywo Agnieszka. – No co ty, Iza! Myślisz, że jestem taką interesowną gnidą i rozważam zgodę tylko po to, żeby anioł mi nie odleciał i nie zostawił mnie bez pomocy przy dziecku? Gdybym tak rozumowała i na takim czymś chciała oprzeć decyzję o tak poważnej sprawie jak małżeństwo, byłabym ostatnią idiotką.

– Przepraszam, źle cię zrozumiałam – odparła pojednawczo Iza. – I cieszę się, że jest inaczej.

– Jest zupełnie inaczej… zupełnie! – zapewniła ją Agnieszka. – Piotrek nie jest aniołem, który odleci, jak usłyszy słowo nie. Wręcz przeciwnie, zanim powiedział mi o swoim planie, poprosił mnie, żeby, jeśli mu odmówię, mógł zostać przy nas na starych zasadach i dalej pomagać mi przy Pepciu. A przecież wcale nie musiał tego mówić, bo ja i tak nigdy w życiu bym go nie odcięła od małego – pokręciła głową. – Po tym, co dla nas zrobił po wypadku, obiecałam mu, że nigdy nie zablokuję mu kontaktu z nim, i tak będzie, nie złamię tego słowa choćby nie wiem co. Nie, jak widzisz, nie chodzi o to, że boję się odmową spłoszyć anioła – dodała ciszej. – Ja po prostu nie chcę sprawić mu przykrości.

– Rozumiem – pokiwała głową Iza. – Ale zdaje się, że zeszłyśmy z tematu. Pytałam cię o to, czy Piotrek ma rację, mówiąc, że jest dla ciebie odpychający. Powiedziałaś, że to bzdura, bo nigdy mu tego nie dałaś do zrozumienia. Tylko co to znaczy? Masz na myśli to, że na planie damsko-męskim jest dla ciebie kimś neutralnym, czy jednak chociaż trochę podoba ci się jako facet?

Agnieszka zagryzła wargi, wpatrując się w podłogę, z twarzą mieniącą się milionem emocji. W kuchni na kilka długich sekund zapadła idealna cisza.

– Będę szczera, Iza – odezwała się w końcu cichym, nieco drżącym głosem. – Chcesz tego czy nie, jesteś dzisiaj lekarzem mojego umysłu i serca, więc muszę być przed tobą szczera, inaczej z tej rozmowy nic sensownego nie wyniknie. A musi wyniknąć, bo ja rzeczywiście muszę dać mu odpowiedź najpóźniej jutro… o ile wytrzymam z tym do rana i sumienie mnie nie zje. Zadałaś mi pytanie, które jest o tyle trudne, że odpowiedź radykalnie zmienia się w czasie, ale spróbuję na nie jakoś odpowiedzieć… po kolei.

– Właśnie, po kolei – podchwyciła Iza. – Etap po etapie.

– Mhm. No więc przez długi czas było tak, jak powiedziałaś, to znaczy postrzegałam Piotrka jako osobę zupełnie neutralną od strony damsko-męskiej. Pewnie w dużym stopniu przez to, że po Rafale miałam psychiczny uraz do facetów i wykluczałam jakiekolwiek dalsze przygody na tym planie, a on podwójnie odpadał pod tym kątem. Dla mnie był po prostu aniołem, który pomagał mi przy Pepciu, i jak już o nim głębiej myślałam, to tylko a propos wyrzutów sumienia, że nie mam jak mu się za tę pomoc odwdzięczyć.

– Aha, pamiętam.

– Poza tym on właściwie skupiał się wyłącznie na Pepiku, ja byłam tam zawsze na doczepkę, z konieczności, jako jego matka, więc tym bardziej nie rozumowałam w takich kategoriach. Nie pomyślałabym, że on mógłby spojrzeć na mnie jak na kobietę, albo ja na niego jak na mężczyznę… nawet nie przyszłoby mi to do głowy.

– Ale tak nic a nic? Ani trochę? – zapytała podchwytliwie Iza. – Pytam, bo mówi się, że czysta przyjaźń między ludźmi odmiennej płci nie jest do końca możliwa i że nawet jeśli z założenia nie patrzą na siebie pod tym kątem, zawsze zostaje jakiś nawet niewielki procent marginesu na działanie czynnika damsko-męskiego. I jeśli ten czynnik raz się uruchomi, to już nie ma zmiłuj – uśmiechnęła się, wyświetlając sobie w pamięci twarz Majka i jego szare oczy o księżycowym poblasku. – A może się uruchomić nawet po bardzo długim czasie albo bardzo stopniowo, prawie niezauważalnie.

– Nie że tak zupełnie nic a nic – odparła w zamyśleniu Agnieszka. – Bo jak tak sobie pomyślę, to jednak czasem coś było… Oczywiście nie zastanawiałam się nad tym, nawet nie dopuszczałam do głowy, to była tylko podświadomość, ale ona jednak czasem faktycznie reagowała. I jak teraz to sobie przypominam, to wiem dobrze, o co jej chodziło.

Iza uśmiechnęła się znacząco, Agnieszka zaś odwzajemniła jej uśmiech i obie jak na komendę cicho prychnęły śmiechem.

– No to opowiedz mi – zażądała Iza. – Co wyprawiała twoja podświadomość?

– Chyba coś mi podpowiadała, chociaż ja nie chciałam słuchać. Pamiętam zwłaszcza jedną sytuację, jak Pepcio oblał Piotrka sokiem, i to tak solidnie, po całości, od koszulki aż po skarpetki. To było u mnie w domu, nie tu, tylko jeszcze tam, u mamy, w każdym razie Piotrek nie miał w co się przebrać, więc powiedziałam, że przepiorę mu szybko te rzeczy i wysuszymy je na farelce. Kazałam mu zdjąć brudne ciuchy i dałam mu taki wielki koc, żeby się okrył na czas prania i suszenia, zwłaszcza że wtedy w domu było dosyć chłodno. No i zrobił, jak mówiłam, a że plamy były wszędzie, musiał rozebrać się prawie do rosołu.

– A ty niby nie powinnaś patrzeć, ale jednak zerkałaś, co? – zażartowała Iza.

– Tylko przez chwilę – zaznaczyła podobnym tonem Agnieszka – bo zaraz i tak przykrył się tym kocem. Ale fakt, że spojrzałam, i jakoś tak… nie wiem, jak to opisać, ale coś mnie tknęło, poczułam się jakoś tak dziwnie… dziwnie, ale przyjemnie.

– Aha! – zaśmiała się znacząco Iza.

– Może to faktycznie był ten czynnik damsko-męski, o którym mówiłaś i który na pół sekundy się odezwał? – zastanowiła się Agnieszka. – Wtedy nie chciałam nawet o tym myśleć, ale teraz, jak patrzę z perspektywy czasu, pamiętam to dziwne uczucie bardzo dokładnie. Taki króciutki impuls, który szybko wygasiłam, ale który jednak się pojawił. To nie było to, co czułam przy… no, powiedzmy, że na przykład przy Rafale – skrzywiła się z niechęcią. – To w ogóle nie był taki kontekst, ale w tym było coś takiego… kurczę, nie wiem, jak to ująć.

– Zmysłowego? – podpowiedziała Iza.

– Hmm… aż tak to chyba nie, chociaż… może? Sama teraz się nad tym zastanawiam, właśnie teraz, kiedy mnie o to pytasz, wcześniej nawet nie brałam tego pod uwagę. Po prostu pamiętam tę scenę i jak sobie ją odtwarzam, to widzę dokładnie ten moment, kiedy Piotrek, prawie cały goły, okrywał się tym kocem. A potem przypominam sobie, jak mówił, że jest dla mnie odpychający, i myślę, ech, ty durniu… co ty możesz o tym wiedzieć?

– Czyli jednak podoba ci się? – uśmiechnęła się Iza. – I nawet trochę działa ci na zmysły?

– Wtedy nie myślałam o tym wcale – podkreśliła Agnieszka, jakby nieco zawstydzona.

– A teraz?

– Teraz to co innego. Od dwóch tygodni myślę o tym non stop, tym razem w nowej optyce i chyba właśnie dlatego ten szok mnie ciągle trzyma. Tamta rozmowa, a zwłaszcza moment, kiedy powiedział mi, że podobam mu się jako kobieta… dołożył też kilka komplementów na temat mojego wyglądu, ale mniejsza o to… to był dla mnie przełom, totalny game changer. Zmiana perspektywy o sto osiemdziesiąt stopni, jakby cały świat odwrócił mi się do góry nogami.

– W jakim sensie?

– W takim, że… nie wiem, ale chyba chodzi o to, że nagle znowu poczułam się kobietą – odparła cicho Agnieszka. – Po prawie dwóch latach absolutnej blokady, kiedy nawet nie próbowałam o tym myśleć, nagle, z minuty na minutę coś się we mnie przestawiło i tak jakby… otworzyło? Trudno mi to opisać. W każdym razie od tego momentu byłam już nie tylko matką Pepcia, z którą ktoś negocjuje warunki układu, ale kobietą… i to w dodatku kobietą, która przyzwyczaiła się już do tego, że żaden mężczyzna nie traktuje jej poważnie, a teraz nagle czuje, że to się właśnie dzieje.

– Mhm, poczułaś się zauważona i doceniona – pokiwała głową Iza. – I zrozumiałaś, że ten facet naprawdę cię szanuje, a szacunek, jak ktoś mi kiedyś powiedział, jest fundamentem, ważniejszym niż nawet najbardziej płomienne uczucia. Dobrze to interpretuję?

– Chyba tak… chociaż do mnie to zaczyna docierać dopiero teraz. Wtedy tak mnie rozwaliło, że nie byłam w stanie w żaden sensowny sposób na to zareagować.

– Czyli nie wyprowadziłaś Piotrka z błędu, kiedy twierdził, że ci się nie podoba?

– Nie. Miałam wtedy w głowie taką karuzelę, że w ogóle nie próbowałam się do tego odnosić. Obiecałam mu tylko, że przemyślę sprawę i dam mu odpowiedź za parę dni.

– Ale to w końcu podoba ci się czy nie? – zapytała nalegająco. – Bo nadal nie odpowiedziałaś mi na to pytanie, ciągle tylko lawirujesz.

– Lawiruję, wiem – uśmiechnęła się Agnieszka. – Ale nie gniewaj się, Iza, dzięki temu sama jakoś ustawiam to sobie w głowie. Czy Piotrek mi się podoba? Oczywiście że tak. Patrząc obiektywnie, to jest facet, któremu fizycznie nic nie brakuje, wysoki, silny, ogólnie całkiem przystojny, chociaż, jeśli chodzi o rysy twarzy, to ja sama do końca nie wiem, jak wygląda, bo prawie go nie widać zza tego futra.

– Prawda! – przyznała wesoło Iza. – Może powinnaś kazać mu chociaż raz ogolić się na gładko, żebyś mogła zobaczyć jego twarz? Możesz mu to nawet wpisać do warunków.

Roześmiały się obie.

– Kto wie, może to niegłupi pomysł? – podchwyciła Agnieszka. – Nawet nie musiałby na gładko, wystarczyłoby, żeby trochę przyciął tę sierść, tak do poziomu trzydniowego zarostu, wtedy byłoby go chociaż trochę widać. Ale to tylko takie żarty, Iza – spoważniała. – Dla mnie to nie ma znaczenia, rysy twarzy to szczegół, liczy się to, jak go odbieram całościowo. Teraz. Bo wcześniej uwierz mi, naprawdę o tym nie myślałam.

– Wierzę ci. No to mów, jak go odbierasz?

– Codziennie inaczej, ale to idzie w jedną stronę. W tym sensie, że każdego dnia myślę o nim coraz cieplej, mam wrażenie, jakby stawał się dla mnie kimś coraz bliższym, coraz ważniejszym. A z punktu widzenia fizycznego też odkrywam, że podoba mi się coraz bardziej. Nawet teraz, na żywo, jak o tym rozmawiamy i zadajesz mi te niewygodne pytania… Jak dla mnie to jest bardzo męski facet, nawet ta jego wszędobylska czarna sierść… bo on ma ją wszędzie, na całym ciele – uśmiechnęła się z rozbawieniem. – Widziałam wtedy, zanim nakrył się kocem, i może zresztą właśnie to tak na mnie zadziałało? Będę szczera aż do bólu i powiem ci, że odkąd myślę o nim w tej nowej perspektywie, już kilka razy zastanawiałam się, jak to by było przytulić się do takiego sierściucha, i mam na to coraz większą ochotę. Nie wiem, może po tamtej rozmowie uruchomiły mi się jakieś hormony, ale to wygląda trochę tak, jakbym dopiero teraz nagle go zauważyła. Jakby wcześniej był… jak to powiedzieć?

– Niewidzialny? – podpowiedziała ze smutnym uśmiechem Iza.

– Aha, właśnie! Niewidzialny jako facet. A teraz patrzę na niego, jak bawi się z Pepciem, jak znosi mi ten wózek po schodach, nawet jak idzie, jak się schyla… i widzę to wszystko zupełnie inaczej niż jeszcze miesiąc temu. Po prostu widzę go teraz jako mężczyznę. I to nie tylko jako mężczyznę atrakcyjnego fizycznie, który coraz bardziej mnie pociąga, ale też partnera do wszystkiego, sprawdzonego w roli anioła, poważnego, odpowiedzialnego, takiego, na którym można polegać w każdej sytuacji. A to mu jeszcze bardziej dodaje atrakcyjności, bo ja już mam tak serdecznie dość oszołomów… W ogóle miałam zamiar zostać do końca życia sama, nie sądziłam, że kiedyś zmienię zdanie.

– Ale w tym przypadku jesteś skłonna zrobić wyjątek? – poddała ciepło Iza.

– Tak – odparła Agnieszka. – Teraz, kiedy rozmawiamy tak otwarcie, to już do mnie dociera na sto procent. Jestem naprawdę gotowa zrobić ten wyjątek, Iza. Przez te dwa tygodnie wahałam się strasznie, to było dla mnie odwrócenie do góry nogami całego systemu, jaki zbudowałam sobie po Rafale, dlatego najpierw musiałam wyjść z początkowego szoku i poukładać te klocki od nowa, a tego nie da się zrobić w jednej chwili. Ale teraz, kiedy to analizuję… kiedy widzę twoje życzliwe podejście i kiedy okazuje się, że to, co czuję, zgadza się z tym, co mówisz i ty… ta decyzja jest już dla mnie oczywista.

– Decyzja na tak – zaznaczyła dla porządku Iza.

– Mhm, na tak. Po prostu coraz wyraźniej rozumiem, że gdybym odtrąciła Piotrka, byłabym największą idiotką pod słońcem. Żałowałabym tego gorzko do końca życia, teraz nie mam już co do tego wątpliwości. On nie na darmo przyszedł do mnie jako anioł… anioł, którego wcale nie chciałam, ale który i tak ciągle koło mnie był… a teraz nagle okazał się mężczyzną, który fizycznie bardzo mi się podoba i który, jeśli tylko podejmę decyzję na tak, może być mój. I który w dodatku chce być mój – dodała ciszej. – Bo ja wiem, że on naprawdę tego chce. Wcześniej może nawet o tym nie myślał, pewnie nie postrzegał mnie w tych kategoriach tak samo jak ja jego, ale kiedy w kontekście słowa na te zaczął szukać formalnego rozwiązania sprawy Pepcia i wziął na poważnie pod uwagę małżeństwo ze mną, w nim też się coś zmieniło. Kto wie, może od grudnia przeszedł podobną drogę, jaką ja przechodzę teraz?

– W tym sensie, że on też nagle zauważył, że jesteś atrakcyjną kobietą?

Agnieszka uśmiechnęła się leciutko.

– Mhm. Wiesz, co mi powiedział? Że może mnie to nie obchodzi, ale on chce, żebym wiedziała, że jestem jedną z najpiękniejszych dziewczyn, jakie spotkał w życiu. I że chociaż wcześniej nie zastanawiał się, jaki typ kobiecej urody najbardziej go kręci, teraz już wie, że jego ideałem jest taka właśnie blondynka z niebieskimi oczami jak ja. A najbardziej, jak mówił, podobają mu się moje włosy.

– O, proszę, jaki pochlebca! – zaśmiała się Iza. – Nie spodziewałam się po nim, że potrafi prawić takie zręczne komplementy! Ale jestem pewna, że mówi prawdę, Aga – dodała poważniej. – Piotrek to nie jest facet, który ściemniałby i kłamał w takiej sprawie.

– Wiem. I to mnie tym bardziej zszokowało, bo nigdy nie brałam pod uwagę, że on mógłby spojrzeć na mnie w taki sposób. To było a priori wykluczone, samo z siebie, a tu nagle taki zonk… To jest takie dziwne, niesamowite uczucie, Iza… Jak wyobrażę sobie, że on rzeczywiście mógłby być moim mężem i ojcem Pepcia, że moglibyśmy stworzyć oficjalną rodzinę… jak widzę to oczami wyobraźni, to zaraz coś we mnie pęka i chce mi się płakać – głos załamał jej się lekko. – Bo my naprawdę moglibyśmy być szczęśliwi… I to nie jest tylko jakaś tam teoria z tyłu głowy, to się dzieje naprawdę. Wystarczy, że powiem mu to jedno słowo. Tak.

– No to powiedz je – uśmiechnęła się Iza, czując, jak przepełnia ją kolejna fala wzruszenia. – Im szybciej, tym lepiej.

– Wiem – pokiwała głową Agnieszka. – Powiem mu, nie mam sumienia trzymać go dalej w tej niepewności, zwłaszcza że sama już podjęłam decyzję. Dzięki tobie – przechyliła się, by pogładzić ją po dłoni. – Pewnie zaraz powiesz, że przecież nic nie zrobiłaś, ale zrobiłaś, Izunia… zrobiłaś bardzo dużo. Nie wiem, co ty masz takiego w sobie, ale kiedy się z tobą rozmawia, to nagle wszystko wyłazi z człowieka na wierzch i układa się w logiczną całość. A to, jak zareagowałaś, kiedy ci o tym opowiedziałam, to twoje pozytywne i życzliwe podejście jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że powinnam przyjąć propozycję Piotrka. Powinnam i chcę – podkreśliła.

– I super – podsumowała z satysfakcją Iza. – A ja bardzo się z tego cieszę i będę z całej siły trzymać za was oboje kciuki.

– W ogóle to od dwóch tygodni czuję się, jakbym była kimś zupełnie innym, wiesz? – mówiła dalej Agnieszka. – Zwłaszcza teraz, kiedy pomogłaś mi przez to przejść i wiem, że już jestem na prostej. Mam wrażenie, jakbym z jednej strony urodziła się na nowo, z czystą kartą, ale z drugiej została też z tym, co w moim poprzednim życiu było najcenniejsze, czyli z Pepciem i z nim… z moim aniołem. Swoją drogą – dodała z rozbawieniem – zawsze jak mówiłam Piotrkowi, że jest aniołem, śmiał się z tego określenia, pytał, czy naprawdę wygląda na anioła, bo jego zdaniem jest wręcz przeciwnie, tylko rogi mu doprawić i mógłby występować w jasełkach bez przebrania w roli diabła – obie parsknęły śmiechem. – Co fakt, to fakt, ale to przecież tylko dowód na to, jak pozory mylą. W każdym razie czuję, że w tym całym kotle emocji zmieniło się nie tylko moje myślenie, ale o wiele więcej, tak jakbym cała w kilkanaście dni zmieniła się od środka.

– Tak to czasem działa, Aga – przyznała Iza. – Takie olśnienie potrafi przyjść z minuty na minutę i wywrócić wszystko w człowieku do góry nogami. A wtedy to jest rzeczywiście jazda bez trzymanki.

– No. Ja teraz naprawdę nie rozumiem samej siebie sprzed miesiąca czy dwóch, zwłaszcza nie mogę sobie wybaczyć, że tak źle traktowałam Piotrka i robiłam mu takie głupie, bezsensowne awantury. Nawet nie wiem, o co się czepiałam, w sumie o nic, tak zupełnie bez powodu. A on brał to wszystko na klatę i dalej przy nas był, ani razu nie odmówił mi pomocy, ani przy Pepciu, ani przy tej przeprowadzce, ani w niczym, o co go poprosiłam. Jak ja mogłam być taka głupia, Iza?

– Chodzi ci o te awantury? – podchwyciła z zastanowieniem. – Że urządzałaś mu je bez powodu? Ja już chyba wiem, skąd to się u ciebie brało.

– Serio? – Agnieszka spojrzała na nią zaskoczona. – Skąd?

– To mi chodziło po głowie już od dawna, kiedy mówiłaś, że Piotrek tak strasznie cię wkurza, chociaż nie umiesz określić, z jakiego powodu. To rzeczywiście było dziwne i bez sensu, dlatego podświadomie próbowałam to rozkminić. Chwilami miałam takie króciutkie przebłyski zrozumienia, o co chodzi, ale brakowało mi jeszcze paru klocków do tej układanki, dopiero teraz, kiedy już je mam, wydaje mi się, że rozumiem, dlaczego tak się zachowywałaś.

– No?

– Po prostu podświadomie denerwowało cię to, że byłaś dla niego niewidzialna.

– Ach… w tym sensie?

– Mhm. Wpadłam na to, bo ostatnio w rozmowach z różnymi osobami drążę temat niewidzialności i u ciebie, moim zdaniem, też o to chodziło. Już wcześniej kilka razy prawie łapałam tę nitkę, kiedy mówiłaś, że jemu chodzi tylko o Pepcia, że wprawdzie to ty masz wobec niego dług wdzięczności, ale on i tak to olewa, bo wszystko, co robi, robi dla niego, nie dla ciebie. I że niby to cię uspokaja, że tak jest lepiej, ale de facto wcale nie było ci z tym dobrze. Czułaś się odsunięta, niezauważona, może nawet ledwo tolerowana, a podświadomie bardzo chciałaś, żeby było inaczej. Oczywiście nie zdawałaś sobie z tego sprawy, ale miałaś do Piotrka żal, że traktuje cię instrumentalnie jako matkę Pepcia, a ignoruje jako kobietę, i dlatego odreagowywałaś się, robiąc mu awantury. Podświadomie czułaś, że tylko w ten sposób możesz zwrócić na siebie jego uwagę.

Agnieszka przyglądała jej się dłuższą chwilę z zastanowieniem.

– Hmm… ty wiesz, że mogło tak być? – przyznała w końcu. – Nie miałam wtedy tej świadomości, ale to możliwe. Tylko czy to mnie usprawiedliwia, Iza?

– Oczywiście że tak – zapewniła ją ciepło. – To jest normalna ludzka reakcja i jak wyjaśnisz to Piotrkowi, to myślę, że nie tylko zrozumie, ale wręcz poczuje się tym bardziej doceniony. Zresztą on i tak, jak sama mówisz, nie przejmował się zbytnio tymi awanturami, po prostu, jak przystało na rasowego anioła, brał to na klatę i dalej robił swoje.

– Tak – pokiwała głową Agnieszka. – Ale ja i tak muszę go za to przeprosić. A przede wszystkim wyjaśnić mu, jak bardzo się myli co do samego siebie, bo on przecież dalej myśli, że wykluczam go jako faceta, i boi się, że o to wszystko się rozbije. Kiedy mi to mówił, nie zaprzeczyłam ani razu, słuchałam go tylko, więc na pewno uznał to za potwierdzenie swojej hipotezy, a to jest przecież jedna wielka bzdura. Ale spokojnie, już ja mu to wyjaśnię – uśmiechnęła się, a oczy jej rozbłysły. – I zrobię to tak, że nie będzie miał żadnych wątpliwości.

– O, w to nie wątpię – pokiwała z rozbawieniem głową Iza. – Nie tylko wyjaśnisz mu nieporozumienie, ale też znajdziesz jakiś fajny sposób, żeby mu je wynagrodzić. Nawet domyślam się jaki – mrugnęła do niej porozumiewawczo – bo to się raczej nie zmienia od początku świata.

Roześmiały się obie serdecznie i szybko umilkły, zasłaniając usta i zerkając w stronę wejścia do kuchni w obawie, żeby nie obudzić śpiącego Pepusia.

– Tak – podjęła Agnieszka, poważniejąc. – Tylko jest jeszcze jedna rzecz, Iza… To niby mało ważne w porównaniu do tego, o czym mówiłyśmy przed chwilą, czyli do tego, co czuję ja, co czuje on i czego oboje chcemy, ale jednak też mnie trochę męczy. Chodzi mi o Korytkowo i reakcję ludzi – spojrzała na nią znacząco. – Wiesz, jakie tu są klimaty. Piotrek mówił, żeby się tym nie przejmować, ale mnie aż się słabo robi na myśl o tym, że korytkowskie plotkary znowu wezmą mnie na języki i będą komentować.

– E tam! – machnęła lekceważąco ręką Iza. – Piotrek ma rację, olej to i w ogóle się tym nie przejmuj. Zgadzam się, że to będzie wielka plotkarska bomba w Korytkowie, ale co cię to obchodzi? Przecież nie robisz coś złego, poza tym pamiętasz ten przeciek ze szpitala w Radzyniu, że Piotrek po wypadku wpisał się w dokumenty jako ojciec Pepcia? Przez to ludzie myślą, że tak jest naprawdę, więc uznają, że po prostu regulujecie prawnie swoją sytuację. Pogadają o tym trochę i po paru tygodniach dadzą wam święty spokój, zresztą wystarczy, że w międzyczasie trafi im się jakiś inny nośny temat, i szybko będzie po wszystkim, zobaczysz. Daj spokój, Aga… Na twoim miejscu w ogóle nie zaprzątałabym sobie głowy taką pierdołą, najważniejsze, żeby między tobą i Piotrkiem wszystko grało, plotkary z Korytkowa to najmniejszy problem.

– No… okej – westchnęła Agnieszka. – Niby wiem, że masz rację, i spróbuję się tym nie przejmować, ale to się łatwo mówi. Ciągle pamiętam, jak mnie obmawiały, kiedy byłam w ciąży, jakie chamskie szpile mi wtykały… zwłaszcza tamte dwie, Krzemińska i Maliniakowa. Chyba jeszcze do tej pory coś zostało we mnie z tamtej traumy.

– Ale przecież teraz sytuacja jest zupełnie inna – zauważyła Iza, krzywiąc się mimo woli na wspomnienie Krzemińskiej. – Zwłaszcza że nie jesteś już z tym sama, założę się, że Piotrek nie pozwoli, żeby ktokolwiek z wiochy robił ci przykrości i wtykał jakieś szpile. Twój anioł jest w gorącej wodzie kąpany, do tego to kawał chłopa i piąchę ma niczego sobie – zaśmiała się – więc nie sądzę, żeby ktoś próbował z nim zadzierać!

Agnieszka uśmiechnęła się i pokiwała powoli głową.

– To prawda, nie pomyślałam o tym. Może i faktycznie niepotrzebnie się przejmuję… dzięki, Iza, postaram się na to jakoś mentalnie uodpornić. Zresztą i tak nie mam innego wyjścia.

– Jedyne, co mogę ci doradzić – poddała z zastanowieniem Iza – to zdecydować się od razu na ślub kościelny. Jak weźmiecie tylko cywilny, to wiadomo, że plotkary będą miały używanie.

– Oczywiście, że kościelny, dla mnie nie ma innej opcji – zapewniła ją żywo Agnieszka. – To tylko Piotrek gadał te swoje głupoty, zostawiał mi jakieś furtki… ale ja mu to szybko wybiję z głowy. Ślub kościelny i pełne małżeństwo czyli to, czego chcemy oboje, bo ja też, tak jak on, zrobię wszystko, żeby nigdy nie żałował tego kroku i czuł się przy mnie szczęśliwy.

– Amen – podsumowała z uśmiechem. – W takim razie pozostaje ci już tylko jedno, ale za to najważniejsze. Powiedzieć mu o tym. I to najlepiej od razu jutro.

– Jutro? – prychnęła Agnieszka, wyciągając z kieszeni telefon. – No co ty, Iza, mam czekać aż tak długo? Przecież jeszcze nawet nie ma dwudziestej pierwszej! Bez żartów, dzwonię do niego natychmiast.

– A, skoro tak, to ja nie mam więcej pytań! – zaśmiała się Iza, podnosząc się z krzesła. – I czym prędzej się odmeldowuję, żeby zwolnić teren. W sumie masz rację, że…

Umilkła posłusznie na znak Agnieszki, która wybrała już numer i z aparatem przy uchu czekała na połączenie. Mrugnęła więc tylko do niej porozumiewawczo i na palcach wycofała się do przedpokoju, by najciszej, jak tylko się da, założyć buty i płaszcz oraz zebrać swoje rzeczy.

– Nie, nic się nie stało – usłyszała chwilę potem dobiegający z kuchni cichy głos Agnieszki. – Dzwonię, bo muszę pilnie z tobą porozmawiać… mhm, tak, o tym… ale nie przez telefon, okej? Możesz tu do mnie przyjechać? Wiem, że jest późno, ale… Dobra, super, to czekam. Tylko proszę, nie śpiesz się, jedź ostrożnie i uważaj na drodze, jest ślisko… No, to do zobaczenia. Pa.

„Masz rację, Aga” – pomyślała ciepło Iza, dopinając płaszcz i okręcając sobie szyję szalikiem. – „Z takimi sprawami nie ma co czekać, liczy się każda minuta.”

– Będzie tu za dwadzieścia minut, maks za pół godziny – oznajmiła półgłosem Agnieszka, która po zakończeniu rozmowy poszła za nią do przedpokoju. – Chyba nieźle go wystraszyłam, głos miał taki, jakby mu się duch objawił. Martwię się trochę, czy dojedzie bezpiecznie, bo zima, ciemno i ślisko, wszędzie ten śnieg… ale trudno, ja po prostu nie mogę czekać z tym do rana. No, trzymaj się, Izunia – dodała, ściskając ją serdecznie. – Bardzo ci dziękuję za to, że przyszłaś, i przede wszystkim za tę rozmowę, bez tego pewnie dalej kręciłabym się w kółko.

– Nie ma za co, Aguś – odparła Iza, odwzajemniając jej uścisk. – Skup się teraz na tym, co zaraz powiesz Piotrkowi, a ja lecę do domu, nic tu po mnie. Z całych sił trzymam za was kciuki i życzę wam… no cóż, dobrej nocy – mrugnęła do niej figlarnie. – I jutro czekam na raport z frontu, hmm? Musisz mi wszystko opowiedzieć, i tak już nie wiem, jak ja wytrzymam tyle czasu, żeby nie umrzeć z ciekawości!

Obie parsknęły cichym śmiechem i jeszcze raz uściskały się na pożegnanie. W półmroku przedpokoju, do którego wpadała tylko łuna światła z kuchni, Iza dostrzegła, że Agnieszka, rozpromieniona od wewnątrz, z oczami lśniącymi jak dwie gwiazdy, wyglądała teraz jeszcze piękniej niż trzy godziny wcześniej, kiedy otwierała jej drzwi na powitanie. Pięknie, kwitnąco… po prostu zjawiskowo! Aż chciałoby się stanąć i bez przerwy na nią patrzeć!

„Wystarczyła jej promesa szczęścia i w godzinę rozkwitła jak róża na wiosnę” – myślała z radością i wzruszeniem, schodząc po oświetlonych ledami schodach na parter i kierując się do wyjścia z budynku. – „Wygląda prześlicznie, Piotrek będzie zachwycony, a jak dowie się, co ma mu do powiedzenia, to już w ogóle… chyba odleci w kosmos! Jedzie tu w ciężkim strachu, że dostanie kosza, nie ma pojęcia, jaka go zaraz czeka niespodzianka. Ech, kochani, ależ ja się cieszę! Proszę, dogadajcie się dzisiaj i bądźcie szczęśliwi, oboje tak bardzo na to zasługujecie!”

***

Na dworze było zimno, śnieg nie padał, ale niebo coraz mocniej zasnuwało się chmurami, przez które nie było już widać ani jednej gwiazdy. Idąca samotnie wydeptaną wśród śnieżnych zasp ścieżką Iza wdychała pełną piersią mroźne powietrze, niosąc w sercu radość, jakiej nie czuła już od bardzo dawna. Czy wynikała ona z poczucia prawidłowo odegranej roli dobrej wróżki? Bez wątpienia! Jeśli dzięki rozmowie z Agnieszką choć odrobinę uda jej przyczynić do przyszłego szczęścia przyjaciółki, jeśli w ten sposób wniesie w nie jakiś skromny wkład, to i dla niej samej będzie to źródłem satysfakcji i spełnienia – tego specyficznego rodzaju spełnienia wynikającego z wyśmianego niegdyś przez Krawczyka altruizmu.

„Jeśli sama nie mogę być szczęśliwa w taki sposób” – myślała, brnąc przez pokrytą sypkim śniegiem drogę w stronę domu – „to przynajmniej chcę przyczyniać się do szczęścia innych, żeby potem móc ogrzewać się choć trochę w jego cieple. Jako dobra wróżka, dobra ciocia, elf nie z tego świata… wszystko jedno! Kto wie, może z czasem nauczę się szczerze cieszyć również jego szczęściem?… Ale nie, nie myśl teraz o tym, Iza” – nakazała sobie stanowczo, czując nagły, znajomy ścisk w sercu. – „Dzisiaj myślami masz być przy Piotrku i Adze, bo ta noc należy właśnie do nich! Swoją drogą Piotrek nieźle pojechał po bandzie” – uśmiechnęła się do siebie z mieszaniną rozbawienia i uznania. – „Zrobił dokładnie to, co Majk nazywa pójściem va banque, i jak widać, wygrał na tym. Chociaż z drugiej strony fakt, że nie bardzo miał inne wyjście, musiał zaryzykować…”

Kiedy skręcała na główną drogę wiodącą w stronę domu Amelii, jej spojrzenie mimo woli pobiegło w kierunku przeciwnym – ku jasno oświetlonemu hotelowi Krzemińskich. A więc Michał był dzisiaj w Korytkowie, to właśnie on jeździł tak w tę i z powrotem, wyjąc wniebogłosy silnikiem swojego BMW… Ciekawe, dlaczego tak się zachowywał? To mimo wszystko nie było normalne. A z drugiej strony – co ją to obchodziło?

Mimo to zwolniła kroku, tknięta konkluzją, która nie do końca jej się podobała, ale jednak była niepodważalna. Bo czy tego chciała czy nie, Michał Krzemiński był rdzennym mieszkańcem Korytkowa, należał do tego miejsca tak samo jak ona i tak jak ona będzie tu wracał, a to znaczyło, że od czasu do czasu będzie musiała go widywać.

„No cóż, jakoś to przeżyję” – pomyślała z humorem. – „Na szczęście to będzie raczej rzadko i z daleka, chyba żeby po ślubie z Ali ostatecznie zamieszkali tutaj. Ale wątpię. Myślę, że jednak osiądą w Warszawie, Polany Misiek wykończy i sprzeda, a hotelem dalej będzie zarządzał jakiś wynajęty menedżer. I dobrze. Im mniej Miśka Krzemińskiego w Korytkowie, tym lepiej dla wszystkich.”

Wiatr zawiał mocniej i z nieba posypały się delikatne, drobniutkie jeszcze płatki śniegu, które zawirowały na tle rozproszonego światła padającego od przyhotelowych latarni. Iza otuliła się mocniej szalem i przyśpieszyła kroku, by jak najszybciej znaleźć się w domu. W widocznym z tej perspektywy oknie dawnego pokoju matki, który teraz stał się dziecięcym pokoikiem jej wnuczki-imienniczki, nie paliło się już światło, jednak od strony salonu, którego okna wychodziły z tyłu na ogród, śnieg był rozświetlony, co znaczyło, że Robert i Amelia jeszcze nie spali.

„Czekacie na mnie?” – pomyślała, czując w sercu ciepło, jakie zawsze ogarniało ją, gdy myślała o siostrze i szwagrze. – „Już do was wracam, kochani. Jeszcze nie jest aż tak późno, zdążymy tradycyjnie napić się razem kakao i ustalić plan na jutro. Ech… jednak co dom, to dom! Przez te dziesięć dni będę strasznie tęsknić za moim promyczkiem, ale mimo wszystko cieszę się, że tu do was przyjechałam.”

Wielki klon rosnący przy wejściu na posesję, który z roku na roku stawał się coraz grubszy i bardziej rozłożysty, zastukał nad jej głową nagimi gałęziami, kiedy otwierała, a potem zamykała za sobą furtkę. W ciemnościach przypominał trochę tamten dąb z Majkowego końca świata…

Ach, te skojarzenia! Uśmiechnęła się do siebie smutno, przemierzając podwórze i wspinając się schodkami na ganek rodzinnego domu. Kiedy kładła rękę na klamce, w oddali rozbrzmiał narastający dźwięk silnika zbliżającego się samochodu, a po chwili wzdłuż ogrodzenia, nieco już zwalniając, przemknęło ciemne auto, w którym, choć w tym oświetleniu niewiele było widać, natychmiast domyśliła się granatowego renault Piotrka.

„Jest!” – pomyślała z radosnym podekscytowaniem. – „Ale szybko dojechał, musiał pruć jak wariat… O tak, czarny, kudłaty aniele, fruń do niej, fruń jak najszybciej! Ona już tam na ciebie czeka, a ja trzymam za was oboje kciuki i z całego serca życzę wam, żeby Pepcio spał spokojnie aż do rana!”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *