Lodzia Makówkówna – Rozdział XIV
W sobotni poranek siedemnastego marca Lodzia obudziła się z potwornym bólem gardła i wysoką gorączką, co natychmiast uruchomiło alarm w całym domu. Wielka Triada na wyścigi znosiła jej do pokoju najrozmaitsze domowe medykamenty, począwszy od babcinego soku malinowego, przez rozgrzaną sól w skarpecie Ciotki Lucy aż po naparstek czerwonego wina własnej roboty, które w przekonaniu Mamusi było najlepszym antidotum na wszystko. Niestety, wino jeszcze bardziej ją rozgrzało i gorączka wzrosła na tyle, że trzeba było uciec się do łagodnych środków farmakologicznych typu aspiryna, to jednak również nie pomogło i po południu dziewczyna była już w naprawdę złym stanie. Gorączka nie ustępowała, gardło bolało ją coraz bardziej, a w dodatku była tak słaba, że ledwie mogła ruszyć ręką.
Szybka rodzinna narada zakończyła się jednoznacznym wnioskiem – Lodzię musi jak najszybciej zobaczyć lekarz. Ponieważ była zbyt osłabiona, aby wstać z łóżka i pojechać do przychodni, a w weekend możliwości skorzystania z usług służby zdrowia były dodatkowo ograniczone, Mamusia wezwała na prywatną wizytę znajomego lekarza, który od lat leczył kłopoty sercowe Babci.
– Muszę powiadomić Karola – jęknęła cicho rozgorączkowana Lodzia, kiedy Wielka Triada w zaaferowaniu szykowała ją na wizytę lekarza, układając jej pod głową świeżo przewleczone poduszki. – Mieliśmy jechać dzisiaj…
– Leż spokojnie, Lodziu, nic nie mów, ja zaraz zadzwonię do Emilii – obiecała troskliwym tonem Mamusia. – Ona wszystko przekaże Karolkowi, to przecież oczywiste, że nigdzie dzisiaj nie pójdziecie… Ty się w ogóle tym nie zajmuj, dziecino, nawet się nie ruszaj, już i tak jesteś osłabiona.
Lodzia uznała, że to słuszna rada, i cała rozdygotana opadła na poduszki. Od rana wiedziała, że nie pójdzie dziś do Anabelli, po głowie krążyła jej myśl, że powinna uprzedzić o tym Karola i Julkę, jednak nawet nie miała siły sięgnąć po telefon, leżała niemal bezwładna, walcząc z wysoką gorączką.
– Ja pójdę na dół i zadzwonię do nich, Zosiu – zaoferowała się Babcia.
„Zadzwońcie…” – pomyślała słabo Lodzia. – „Powiadomcie go…”
Kiedy przymknęła oczy, w głowie nagle jej zawirowało i zdało jej się, że frunie w jakąś dziwną przestrzeń. Otoczyła ją biaława, mleczna mgła… Przed oczami, jeden po drugim, migały jej obrazy różnych znajomych miejsc… szkolny korytarz, przystanek, z którego wracały z Julką do domu, ukwiecony ogródek przy domu… Nagle wszystko znikło i rozmyło się. Na tle tej samej mlecznej mgły zobaczyła ukochane, ciemne oczy… patrzyły na nią tak przenikliwie i tak czule… były pełne nieziemskiego światła… Gwiazdeczko – mówił łagodnie odbijany echem jego niski, ciepły głos. – Moja mała dziewczynko…
– Bandziorku – jęknęła, odkręcając w bok na poduszce rozgorączkowaną twarz. – Mój kochany…
– Co ona mówi? – zdumiała się Mamusia, nachylając się czujnie nad łóżkiem.
– Nie wiem, Zosiu – odparła równie zdziwiona Ciotka Lucy. – Chyba coś bredzi w gorączce… Ale niedługo będzie doktor, dzwonił i powiedział, że zaraz wyjeżdża do nas.
W umyśle Lodzi majaczyły się kolejne obrazy. Studniówkowy walc… biała, wilgotna od potu koszula, w którą z rozkoszą wtula twarz… cudowny dotyk jego ciepłego policzka na jej skroni… obezwładniający jak narkotyk uścisk jego ramion… Obiecaj mi, że będziesz tylko moja – szeptał gorąco ten sam najdroższy głos. – Tylko moja… moja… moja…
– Twoja! – niemal krzyknęła. – Tylko twoja – dodała cichutko, łapiąc powietrze spierzchniętymi wargami. – Obiecuję…
– Ona naprawdę bredzi! – przestraszyła się Mamusia. – Podaj mi termometr, Lucy, ja jej jeszcze raz zmierzę temperaturę… I chyba damy jej jeszcze aspiryny.
Teraz patrzyły na nią ciemne, poważne oczy pozbawione światła. Mylisz się, Lea – szemrał w jej uszach niski, cichy głos. – Mylisz się… cholernie się mylisz…
– Nie, nie! – szeptała, miotając się po poduszce. – Nie mylę się! Niestety! Tak bardzo bym się chciała mylić… tak bardzo, mój bandziorku…
Mamusia spojrzała ze zgrozą na Ciotkę Lucy.
– No, na szczęście już jedzie pan doktor! – zawołała Babcia, wpadając jak po ogień do pokoju Lodzi. – Dzwonił przed chwilą, Mareczek po niego wyjdzie… A ja nie mogę się dodzwonić do Emilii, Zosiu, próbowałam trzy razy i nie odbierają. Może ty jeszcze spróbujesz za parę minut?
– Spróbuję – skinęła głową Mamusia. – Przecież Karolek już się pewnie wybiera po Lodzię, musimy ich koniecznie uprzedzić…
– Trzeba pokroić pomidory! – domagała się słabym głosem Lodzia. – Nie, dżinnie… moich życzeń nie da się spełnić… Whisky z lodem poproszę!… Przykro mi, muszę to zdezynfekować jodyną… będzie szczypało… Ach, nie, lepiej niech pan nie schodzi po tej kracie… jeszcze pan stąd zleci! O tak, zatańczmy rock’n’rolla… mamy tylko kilka godzin…
– Ona przecież bredzi! – zaniepokoiła się Babcia. – Słyszysz to, Zosiu? Co ta dziecina wygaduje? Z nią jest naprawdę bardzo źle!
– Biedactwo – szepnęła Ciotka Lucy.
***
– A gdzież to dziewczyna tak się doprawiła? – dziwił się starszy lekarz, kręcąc głową z poważną miną po zbadaniu Lodzi.
Leżała na poduszkach nadal mocno rozpalona, lecz już spokojniejsza. Wyszła powoli z majaków, odzyskała kontakt ze światem i na ile mogła, starała się wykonywać polecenia. W głowie jednak ciągle jej huczało, usiłowała przy tym jak najrzadziej przełykać ślinę, by ograniczyć piekący ból gardła.
– Nie wiadomo – rozłożyła ręce Mamusia. – Może to przez ten wczorajszy wiatr, przewiało ją pewnie, jak wracała ze szkoły. Wczoraj była zdrowa, chociaż już coś grymasiła przy kolacji, nie miała apetytu… Zresztą ostatnio w ogóle mało jadła. A dzisiaj gorączka od rana i ciągle powtarzała, że gardło ją boli. Najgorsza ta gorączka, panie doktorze… teraz spadła trochę, ale jeszcze pół godziny temu miała czterdzieści jeden stopni i dwie kreski! Strasznie majaczyła…
– Poważna angina – zawyrokował lekarz. – Przyznam, że rzadko widuję u osoby dorosłej aż tak ostry przebieg. I dziewczyna ogólnie wydaje mi się mocno osłabiona… Zapisałbym antybiotyk, ale wie pani… niepokoi mnie ta nietypowo wysoka gorączka, poza tym widać u niej pierwsze objawy odwodnienia. Powiem tak… Lepiej byłoby od razu przewieźć ją do szpitala, podać kroplówkę nawadniającą i sprawdzić dokładnie, co tam się dzieje. Nie wiadomo, co będzie w nocy, ten gwałtowny przebieg bardzo mi się nie podoba…
– O Boże – szepnęła Babcia. – Do szpitala?
– Tak będzie lepiej, pani Krysiu – zapewnił ją uspokajającym tonem lekarz. – Dostanie leki dożylnie i będzie na obserwacji, pod stałą opieką lekarzy. Ja wiem, że panie dobrze się nią zajmują, ale nie ja w tym momencie nie jestem w stanie zagwarantować, w jaką stronę to pójdzie. Ona ma ciągle prawie czterdzieści stopni – dodał, zerkając jeszcze raz z zafrasowaną miną na termometr.
Wielka Triada spojrzała po sobie ze zgrozą, ale wszystkie trzy pokiwały posłusznie głowami. W domu Makówków z lekarzem się nie dyskutowało.
– Zamówić taksówkę, panie doktorze? – zapytała Mamusia, zmieniając Lodzi zimny kompres na czole.
Lekarz pokręcił głową.
– Wezwiemy karetkę – zadecydował. – To mimo wszystko choroba zakaźna, nie będziemy narażać taksówkarza, a państwo nie mają przecież samochodu… Poza tym ona nie ma siły nawet podnieść ręki, nie zejdzie sama po schodach. Trzeba ją będzie położyć na nosze.
– Boże drogi! – westchnęła Ciotka Lucy. – Nasza biedna Lodzieńka…
W domu zapanowała nerwowa krzątanina, lekarz wezwał transport medyczny, zaś Wielka Triada przy pomocy zaniepokojonego Tatusia szykowała w pośpiechu potrzebne do szpitala rzeczy. Mamusia wreszcie dodzwoniła się do matki Karola, prosząc o poinformowanie chłopaka o sytuacji i konieczności nagłej zmiany planów na wieczór. Lodzia słabym głosem zażądała tylko, by przepakowano jej do małej torebki dokumenty i telefon, po czym znów popadła w gorączkowe odrętwienie.
Kiedy przyjechała karetka i dwaj ratownicy medyczni w czerwonych strojach weszli na górę, by znieść ją do samochodu, poczuła, że strasznie kręci jej się w głowie. Gdy zaś unieśli ją z łóżka i ułożyli na noszach, zarejestrowała jeszcze tylko to, że okrywają ją jakimś kocem, po czym straciła przytomność.
***
Obudziło ją rażące światło i cichy dźwięk rozmowy. Z trudem otworzyła oczy i zobaczyła, że podłączona pod kroplówkę leży na szpitalnym łóżku, w nogach którego stoją trzy osoby pochylone nad jakimiś papierami – wysoki mężczyzna w zielonym kitlu, w którym domyśliła się lekarza, biało ubrana pielęgniarka i Mamusia.
– Ostry przebieg, ale sytuacja już opanowana – mówił lekarz, przeglądając dokumenty. – Antybiotyk podany… Pani Asiu, rano trzeba punktualnie drugą dawkę.
– Tak, panie doktorze.
– Kroplówka trochę ją wzmocni, bo już zaczęła się odwadniać. Chyba nic nie piła przez cały dzień?
– Rano trochę piła – westchnęła Mamusia. – Potem już nie chciała, gardło ją bolało…
– Tak, na pewno, ale pić powinna mimo wszystko – zauważył lekarz poważnym tonem. – Zwłaszcza przy takiej gorączce.
Lodzia znów zamknęła oczy, ostrożnie przełykając ślinę. Gardło nadal mocno ją bolało, wcale nie mniej niż w domu. Za to gorączki już chyba nie miała, czuła się nieco lepiej, chociaż nadal była taka strasznie słaba… Nie wytężała już słuchu, by pochwycić treść rozmowy przy łóżku, gdyż jej myśli pobiegły w stronę Pabla.
„Bandziorku” – kotłowało jej się w głowie. – „Tak chciałam cię zobaczyć… Nie mogłam przyjść do Anabelli… Muszę powiadomić Julę… Rano… załatwię to rano…”
I zapadła w sen, który wydał jej się niezwykle krótki, jakby trwał zaledwie kilka minut. Jednak kiedy znów otworzyła oczy, był już dzień, przez okno szpitalnej sali, na której leżała, wpadało wesołe, wiosenne słońce, gdzieś z tła dobiegały przyciszone rozmowy innych pacjentek, a po korytarzu biegały pielęgniarki, podzwaniając kluczami lub szklanymi kieliszkami na aluminiowych tacach. Kroplówka, pod którą była podłączona, kończyła się, niewykluczone, że to nie była ta sama co w nocy, tylko już kolejna.
„Ale się rozchorowałam!” – pomyślała z lekkim zdziwieniem. – W piątek jeszcze byłam zdrowa, a wczoraj od razu szpital! Ciekawe, ile mnie tu potrzymają…”
Znów przypomniała sobie o spotkaniu w Anabelli, na którym miała wczoraj być. Julka z Szymonem pewnie byli, ale przez tę gorączkę nie zdołała im przekazać, że jest chora. Tylko Karol wiedział, co się stało, jednak on przecież nie miał do nich numerów telefonu…
„Muszę jak najszybciej skontaktować się z Julą” – pomyślała. – „Teraz już i tak za późno, ale lepiej późno niż wcale. Ciekawe, gdzie są moje rzeczy, mój telefon…”
Z trudem podnosząc głowę, zerknęła na szafkę obok łóżka, ale stały tam tylko jakieś fiolki, a na srebrnej tacce leżał termometr. Próbowała wychylić się, żeby otworzyć szafkę i zajrzeć do środka, jednak przy pierwszej próbie zakręciło jej się w głowie i opadła na poduszki, a przed oczami zatańczyły jej cienie.
Do sali weszły trzy pielęgniarki, aby podać pacjentkom leki, jedna z nich podeszła do jej łóżka. Była to ta sama kobieta w bieli, którą widziała w nocy.
– Jak pani się czuje, pani Leokadio? – zapytała życzliwie, widząc, że dziewczyna otworzyła oczy. – Lepiej troszkę?
– Słabo mi – szepnęła Lodzia. – W głowie mi się kręci…
Pielęgniarka nachyliła się nad nią i przyłożyła chłodną dłoń do jej czoła.
– Zaraz zmierzymy temperaturę i podamy leki – powiedziała uspokajającym tonem. – Odłączam już pani kroplówkę, zobaczymy, co doktor powie, może już wystarczy. O dziewiątej będzie obchód.
– Proszę pani? – szepnęła błagalnie Lodzia.
– Słucham, co się dzieje?
– Czy moja mama zostawiła tu gdzieś moje rzeczy? Dokumenty, telefon…
– Zobaczmy – pielęgniarka zajrzała do szafki Lodzi, przejrzała szufladę. – Tu ma pani ubrania… jakieś soki… chusteczki, sztućce… nie, nie widzę żadnych dokumentów. Telefonu też nie ma. Może mama zapomniała zostawić? Wczoraj była bardzo zdenerwowana.
– Niedobrze – jęknęła Lodzia. – Ja muszę jakoś powiadomić przyjaciół…
– Spokojnie, pani Leokadio, tylko spokojnie – mówiła łagodnie pielęgniarka, zakładając jej termometr i spoglądając na zegarek. – Proszę spokojnie leżeć i nie denerwować się. Zdąży pani ze wszystkim, na razie jest pani jeszcze bardzo słaba…
Lodzia nie umiała się nie denerwować. Myśl o tym, że jej telefon z zapisaną tam siecią kontaktów został w posiadaniu Wielkiej Triady, była nie do zniesienia. Poza tym brak telefonu oznaczał przede wszystkim brak kontaktu ze światem… Miała nadzieję, że Mamusia przyniesie jej dziś te rzeczy, jednak niemożność przypomnienia jej o tym była bardzo męcząca.
„W szkole też mnie jutro nie będzie” – pomyślała z rezygnacją. – „I pewnie przez cały tydzień… co najmniej. Akurat na najważniejszej serii fakultetów…”
Przełknęła ostrożnie ślinę… gardło nadal mocno ją bolało. Rozejrzała się po sali, na której była ulokowana z dwiema starszymi pacjentkami – ich łóżka stały w drugim końcu pomieszczenia obok siebie, zaś jej własne znajdowało się pod oknem, nieco na uboczu. Pierwszy raz wylądowała w szpitalu, nigdy nie chorowała na tyle mocno, żeby znaleźć się na oddziale, choć niejednokrotnie przychodziła jako odwiedzająca do Babci, która na kilkudniowe szpitalne obserwacje zgłaszała się mniej więcej co rok. Babcia jednak jeździła do innego szpitala niż ten, Lodzia rozpoznała po napisach na szafce i pościeli, że odwieziono ją do placówki na ulicy Jaczewskiego, nie tylko znacznie odleglejszej od jej domu, ale wręcz znajdującej się w zupełnie innej części miasta.
„Może na Kraśnickiej nie było już miejsc?” – uznała po zastanowieniu. – „Muszę dowiedzieć się, jakie tu są zwyczaje, a zwłaszcza kiedy mama może przyjść i przynieść mi w końcu ten nieszczęsny telefon…”
Przed dziewiątą na oddziale wszczęły się nerwowe przygotowania do obchodu. Na salę Lodzi zajrzała mrukliwa salowa, umyła podłogę i zajęła się dyscyplinowaniem dwóch starszych pań spod ściany, na których łóżkach leżały niepotrzebne przedmioty. Wkrótce z korytarza dobiegły podniesione głosy, wizyta lekarska trwała już w innych salach, a pielęgniarki biegały w tę i z powrotem z rozwianym włosem, donosząc potrzebne dokumenty.
Wreszcie do sali, gdzie leżała Lodzia, wlał się spory tłum złożony z dwóch lekarzy, dwóch pielęgniarek i grupy młodych ludzi, których pielęgniarki określały jako studentów-praktykantów. Wszyscy podeszli najpierw do dwóch starszych pań, gdzie przez kilkanaście minut przeglądali dokumentację zawieszoną w nogach łóżek i prowadzili z pacjentkami rozmowę. Lodzia nawet nie starała się słuchać, o czym mówili, gdyż znów zaczęło robić jej się słabo; pomyślała, że najlepiej byłoby, gdyby już sobie poszli, aby mogła spokojnie zapaść w sen. Przymknęła oczy, czując, że kręci jej się w głowie.
– Pani Leokadia – usłyszała tuż obok siebie spokojny, męski głos.
Otworzyła z trudem oczy. Wokół jej łóżka tłoczyła się grupa ludzi, wśród których najważniejszy wydawał się wysoki lekarz w zielonym kitlu, ze stetoskopem wiszącym na szyi. Rozpoznała go – to był ten sam, który w nocy rozmawiał z Mamusią.
– I jak się teraz czujemy, pani Leokadio? – zapytał, spoglądając na nią uważnie. – Widzę, że gorączki już nie ma, leki podane… Zajrzymy do gardła, bo tam niewesoło było wczoraj.
Rozejrzał się po towarzyszących mu praktykantach.
– Proszę bardzo, kto się zgłasza? – rzucił do grupy. – Zaglądamy pacjentce do gardła. Angina, ostry przebieg z gorączką, trzeba sprawdzić migdałki.
Zgłosiła się ubrana w biały kitel ciemnowłosa dziewczyna. Dostała do rąk potrzebne przybory, delikatnymi ruchami przyjemnie chłodnych dłoni ustawiła Lodzi głowę do badania i poinstruowała ją, co ma robić. Lekarz nachylił się wraz z nią i zajrzał do gardła pacjentki.
– No, niestety, nadal nieciekawie – pokiwał głową. – Niech pani to opisze.
Padły specjalistyczne, w większości łacińskie terminy, których praktykanci wysłuchiwali w skupieniu, a badająca Lodzię ciemnowłosa studentka zapisywała skrupulatnie na jej karcie. Drugi lekarz, który dotąd milczał, przyglądał się pacjentce.
– Daj jej jeszcze kroplówkę – powiedział do kolegi. – Blada strasznie ta dziewczyna…
– A tak, zaordynujemy kroplóweczkę – podchwycił pierwszy. – Będzie problem z jedzeniem, z takim gardłem nic nie przełknie… Pani Asiu, proszę dopilnować, zaraz wypiszemy zlecenie.
Podał kartę Lodzi praktykantom, którzy stłoczyli się wokół dokumentacji, przekładając z uwagą kartki i wymieniając między sobą uwagi.
– Pani Leokadio – powiedział lekarz. – Proszę dużo odpoczywać, ja już schodzę z dyżuru, zostawię panią koledze… ale jutro do pani zajrzę. Proszę mi szybko zdrowieć! Tak się umawiamy, jasne?
– Jasne, panie doktorze – uśmiechnęła się blado Lodzia, czując, że powieki same jej się zamykają i znowu kręci jej się w głowie.
Nim ucichły kroki wychodzących praktykantów, zapadła w głęboki, ciężki sen.
***
Przebudził ją nieznajomy damski głos, zapewne pielęgniarki. Dobiegał on jakby zza mgły, gdyż w uszach znów huczało jej jak wczoraj, a policzki i stopy piekły żywym ogniem. Nawet nie próbowała otwierać oczu.
– Panie doktorze, nawrót gorączki – mówiła pielęgniarka. – Wszystko podane zgodnie z zaleceniem. Niestety godzinę temu gorączka wróciła i rośnie, znów mamy prawie czterdzieści stopni.
– A cóż to się dzieje? – usłyszała poważny, męski głos, w którego właścicielu domyśliła się kolejnego lekarza. – Proszę mi podać kartę. Hmm… Dziwne, leczenie prawidłowe, nie powinno już być gorączki. To mi pachnie jakimś powikłaniem… Pacjentka nadal śpi?
– Śpi, bardzo słaba – odparła pielęgniarka.
– Proszę pobrać krew i do laboratorium na cito – powiedział stanowczo lekarz. – Zaraz wypiszę zlecenie, trzeba ją posprawdzać. Tymczasem zbijamy gorączkę.
– Dobrze, panie doktorze. Tam w laboratorium na cito ciężko będzie, mają dużo zleceń. Może dopiero rano zrobią.
– Niech robią tak szybko, jak mogą, nic nie przyśpieszymy. Ale gorączkę proszę jej zbić, gdyby były jakieś problemy, proszę mnie szukać. Jeszcze tu zajrzę do niej za godzinę. I niech nikt jej nie męczy dzisiaj odwiedzinami, dziewczyna ma jak najwięcej odpoczywać.
– Już ciotka była o szesnastej. Przyniosła jej jakieś rzeczy. Powiem, żeby nikogo więcej do niej nie wpuszczać, panie doktorze.
– Dobrze, pani pójdzie ze mną teraz po zlecenie do labu, będzie tego cała lista. Pobierzcie krew od razu do trzech próbówek, niech już tam jej zrobią kompleksowy skanning…
Głosy ucichły, Lodzia z trudem rozwarła na chwilę powieki. Za oknem zmierzchało, z rozmowy lekarza z pielęgniarką wywnioskowała, że było już dawno po szesnastej, skoro o tej godzinie Ciotka Lucy coś jej przynosiła.
„Może telefon mi przyniosła?” – pomyślała słabo. – „Nawet nie mam siły sięgnąć…”
Gorączka paliła ją żywym ogniem, czuła ogromną słabość w całym ciele. Jej skołowane myśli pobiegły znów w stronę Pabla. Ogarnęła ją fala czułej tęsknoty za nim, za jego głosem, za przenikliwym spojrzeniem jego ukochanych oczu… Serce ścisnął jej żal, wszak miała go wczoraj zobaczyć… Gdzie teraz był? Czy choć trochę myślał o niej?
Po około kwadransie wróciła pielęgniarka.
– O, już się pani obudziła? – ucieszyła się, widząc, że Lodzia otworzyła oczy. – Zaraz podamy leki na gorączkę, bo znowu nam wraca. Jak pani się czuje?
– Słabo – szepnęła Lodzia. – Proszę pani?
– Słucham, pani Leokadio?
– Czy moja ciocia przyniosła mi telefon?
– A, nie wiem – odparła niepewnie pielęgniarka. – Jakieś rzeczy ciocia zostawiła… ale czy telefon? Nic nam nie mówiła.
– Mogłaby pani sprawdzić? Bardzo proszę…
Pielęgniarka przejrzała z uwagą siatkę, którą Ciotka Lucy zostawiła dla Lodzi na szafce, i wyjęła stamtąd upragnioną torebkę, a z niej telefon.
– Jest – powiedziała, próbując bezskutecznie uaktywnić aparat. – Ale nie działa, chyba wyładowany. Nie widzę ładowarki.
– No tak – westchnęła Lodzia, przymykając oczy, gdyż powieki znów zaczęły jej dziwnie ciążyć. – Znowu klęska… Ale w każdym razie bardzo pani dziękuję, może jutro mi przyniosą…
Przepełniała ją rezygnacja. Od kilkunastu godzin zastanawiała się, jak powiadomić Julkę o swoim pobycie w szpitalu. Od soboty nie dawała przecież znaku życia, przyjaciółka na pewno się niepokoiła… Była wprawdzie szansa, że sama domyśli się, iż stało się coś nietypowego, może wpadnie na to, żeby zajrzeć do niej do domu, a wtedy powiedzą jej, co się z nią dzieje? To jednak nie było pewne.
„Jutro już poniedziałek” – pomyślała mgliście. – „Nie będzie mnie w szkole, we wtorek nie pojadę z Karolem na ten niby taniec… Mam nadzieję, że nie pomieszam mu przez to jakichś ważnych szyków… Co za okropna choroba, wszystkie plany mi się przez nią zawaliły! Oby wyciągnąć się z tego jak najszybciej…”
***
Poranne słońce rozświetlało wesołym światłem szpitalną salę. Lodzia obudziła się nadal bardzo słaba, znów niemal nie mogła się ruszyć i wciąż bolało ją gardło.
„Chyba nie wyciągnę się z tego za szybko” – pomyślała z żalem. – „Rozłożyło mnie kompletnie. Potrzymają mnie tu ze dwa tygodnie, do świąt co najmniej… a niech to! Byle mama albo ciocia przyniosły mi tę ładowarkę, przecież ja tu zwariuję bez kontaktu ze światem!”
– Pani Leokadio, podajemy leki – powiedziała pielęgniarka, ta sama, która towarzyszyła lekarzowi pierwszej nocy. – Jak pani się czuje? Chyba nadal nie za dobrze, jak widzę?
– Tak sobie – westchnęła Lodzia.
– Ale gorączka minęła, to najważniejsze – uśmiechnęła się życzliwie pielęgniarka. – Doktor obejrzy panią na obchodzie, już przyszły wyniki z laboratorium.
– Coś złego tam wyszło? – zapytała słabo Lodzia.
– A nie wiem, nie zaglądałam, to już doktor zobaczy – odparła pielęgniarka, wstrzykując jej lek. – Dzisiaj poniedziałek, przychodzi nowa grupa praktykantów, proszę się nastawić na to, że obchód będzie długi.
– Nie wie pani, czy dzisiaj wpuszczą do mnie moją mamę albo ciocię? – zagadnęła ostrożnie Lodzia. – Czuję się już odrobinę lepiej niż wczoraj… tylko ciągle mi słabo.
– Porozmawiamy z doktorem – obiecała pielęgniarka. – Może już pozwoli. Da pani radę usiąść?
– Chyba jeszcze nie… Mam wrażenie, że jestem cała z waty.
– Słaba pani strasznie – przyznała pielęgniarka. – I blada jak ta poduszka… Boli panią gardło?
– Boli jeszcze.
– Zje pani coś na śniadanie? Wczoraj nic pani nie jadła, całą dobę tylko na kroplówkach…
– Nie, dziękuję – pokręciła głową Lodzia. – Nic nie przełknę, naprawdę. Nie dam rady.
– No nic, niech w takim razie doktor decyduje, co dalej.
Obchód zaczął się z opóźnieniem i rzeczywiście wyglądał imponująco, do sali wkroczył bowiem cały tłum. Znów większość składu stanowili ubrani w białe kitle studenci medycyny na praktykach. Podobnie jak wczoraj, wszyscy pod wodzą lekarza podeszli najpierw do dwóch pań z łóżek pod ścianą, gdzie zabawili łącznie ponad kwadrans. Lodzia nie zwracała na nich uwagi, zatopiona w myślach, czekając cierpliwie na swoją kolej. Wreszcie grupa podeszła do niej i stłoczyła się przy jej łóżku.
– Dobrze, co my tu dzisiaj mamy u pani Leokadii? – mruknął lekarz, biorąc do ręki jej szpitalną kartę i przeglądając ją w skupieniu. – Zobaczmy…
Po głosie rozpoznała, że był to ten sam lekarz, który wieczorem zlecał jej badania. Przeglądał w milczeniu podczepione do karty wyniki, zaś wokół niego stłoczyli się praktykanci. Lodzia spojrzała smętnie w ich stronę i… nagle dech jej zaparło na widok jednego z nich, który stał nieco na uboczu.
„Boże!” – błysnęło jej w głowie. – „To niemożliwe!”
Był to niezwykle przystojny młody mężczyzna o łagodnym spojrzeniu jasnych, pięknych oczu. Oczy te, jak i całą jego twarz Lodzia znała doskonale, niemal tak dobrze jak swoją własną – był to wuj Edward. Młody wuj Edward z zakurzonej fotografii, którą znalazła w grudniu na strychu! Ubrany w biały kitel jak reszta kolegów przysłuchiwał się uważnie słowom lekarza, który analizował wyniki Lodzi, pokazując je najbliżej stojącym osobom.
– No, tu mi się coś nie podoba, trzeba by zrobić jeszcze dodatkowe – mówił półgłosem, wskazując palcem jakieś parametry. – Tu w porządku…
Lodzia nie zwracała uwagi na jego słowa, nie odrywała bowiem oczu od niezwykłego zjawiska. Jej umysł w kilka ułamków sekundy wykonał wszystkie niezbędne operacje logiczne prowadzące do wniosku, iż oczywiście z racji wieku nie mógł to być wuj Edward we własnej osobie, a jedynie jego idealne, młodsze wcielenie – a zatem mógł to być jego syn! Jego syn, a jej kuzyn, jeden z dwóch, o których istnieniu dowiedziała się kilka lat temu, podsłuchawszy przypadkowo rozmowę Wielkiej Triady!
Leżała na poduszce jak zaczarowana, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami. Czy to naprawdę był potomek wyklętej linii rodu Makówków? Jego podobieństwo do młodego mężczyzny z fotografii było tak uderzające, że prawie nie miała wątpliwości, choć nie mogła wykluczyć, że był to tylko niesamowity zbieg okoliczności i że stojący w nogach jej łóżka człowiek nie miał z jej rodziną nic wspólnego. Jeśli to jednak był naprawdę jej kuzyn…
Rozświetlone promienistym blaskiem oczy bledziutkiej pacjentki spoczywającej na wpół bezwładnie na poduszce nie mogły nie przyciągnąć uwagi praktykanta, któremu tak intensywnie się przyglądała. Spojrzał na nią najpierw przelotnie, potem z większą uwagą, wreszcie, jakby zaskoczony i zdezorientowany jej zaintrygowanym wzrokiem, odwrócił głowę i nie spuszczał już oczu z lekarza.
„No przecież wuj Edward, wypisz, wymaluj!” – myślała Lodzia, analizując skrupulatnie jego rysy. – „Identyczny! Przystojny jak cholera i te oczy… te same, dokładnie te same!”
Lekarz wciąż pochylał się nad jej kartą i odpowiadał na pytania, które zadawali mu studenci. W pewnej chwili młode wcielenie wuja Edwarda zerknęło ukradkiem na Lodzię, jakby chcąc sprawdzić, czy nadal mu się przygląda. Uśmiechnęła się do niego promiennie, co sprawiło, że natychmiast odwrócił wzrok.
„Muszę z nim nawiązać jakiś kontakt” – pomyślała stanowczo. – „On tu może przecież więcej nie przyjść! Ale jak to zrobić? To nie takie proste…”
Nie miała pomysłu, jak zahaczyć praktykanta bez robienia zamieszania przy jego kolegach i lekarzu, ani w jaki sposób porozmawiać z nim o swoim podejrzeniu. Czy miała oznajmić mu wprost, że prawdopodobnie są kuzynami? Wyjechać z czymś takim prosto w twarz człowiekowi, którego widziała po raz pierwszy w życiu?
„Jeszcze wyślą mnie na dodatkowe badania na oddział psychiatryczny” – pomyślała ponuro. – „Nie, bez jaj, muszę to załatwić jakoś dyskretnie…”
Tymczasem lekarz skończył analizę wyników i podszedł do niej.
– Pani Asiu, jak tam z jedzeniem u pani Leokadii? – zapytał asystującą mu pielęgniarkę.
– Nic, panie doktorze – rozłożyła ręce. – Tylko na kroplówkach od soboty w nocy.
– Pani Leokadio – powiedział poważnym tonem lekarz. – Proszę dzisiaj spróbować coś zjeść. Niech pani się jakoś zmusi, dobrze? I pić dużo. Pani Asiu, proszę przypilnować.
– Dobrze, panie doktorze.
– A teraz sprawdzamy gardło. Kto chce zbadać pacjentkę? – zwrócił się do praktykantów.
Zgłosiła się jakaś studentka. Gardło Lodzi nadal było w stanie dalekim od zadowalającego, ale zanotowano lekką poprawę. Wynik obserwacji zapisano oficjalnie w karcie.
– No dobrze, chyba jest trochę lepiej – pokiwał głową lekarz. – Proszę pobrać krew, zrobimy jeszcze dodatkowe badania. I serce trzeba zbadać, pani Asiu, proszę EKG, muszę mieć pewność, że tam jest wszystko w porządku.
Lodzia nie słuchała, ciągle próbując wyłowić wzrokiem z tłumu młodego Edwarda bis. Stał jednak gdzieś z tyłu, na tyle ukryty za kolegami, że nie mogła go dostrzec.
„Cholera” – pomyślała z irytacją. – „On sobie zaraz stąd pójdzie i więcej go nie znajdę. Wczoraj była jakaś inna grupa, może tylko raz chodzą z lekarzami i jutro już tu nie wrócą? Jak z nim zagadać?”
– Panie doktorze, a co z wizytami? – zapytała pielęgniarka. – Można już wpuszczać odwiedzających do pani?
– Jeśli nie będzie gorączki, to tak – kiwnął głową lekarz. – Ale proszę to ograniczyć. Tylko najbliższa rodzina. Pacjentka jest jeszcze bardzo słaba, nie chcę tu żadnych męczących pielgrzymek.
– Dobrze, panie doktorze – odparła pielęgniarka, puszczając porozumiewawcze oko do Lodzi.
Po zaordynowaniu dalszego leczenia korowód odsunął się od jej łóżka i powoli zaczął wychodzić z sali. Gdy tłum nieco się przerzedził, znów dostrzegła fascynującego praktykanta. Wychodził jako jeden z ostatnich, jakby celowo przepuszczając innych. Kiedy był już prawie w progu, odwrócił się nagle i spojrzał na nią otwarcie. Natychmiast uśmiechnęła się do niego szeroko w nadziei, że cofnie się i podejdzie do niej, on jednak odwzajemnił jej tylko uśmiech i odwróciwszy się, wyszedł z sali za resztą kolegów.
„A niech to!” – pomyślała z rozczarowaniem. – „Poszedł sobie! Ale ja i tak go znajdę… Wuj Edward, Boże! To cud, że trafiłam na to zdjęcie! Znów przypadek! Więc po to zachorowałam i trafiłam akurat tutaj? Student medycyny… Mój kuzyn! Obym się nie myliła!”
Myśl o tym, że być może właśnie odnalazła tak bliskiego członka swojej rodziny, dla niej, odwiecznej jedynaczki, była jak przyjemny grom. Zawsze tak bardzo brakowało jej rodzeństwa! Jeśli ten praktykant, tak uderzająco podobny do wuja Edwarda z fotografii, był rzeczywiście jego synem… bratankiem Mamusi, wnukiem Babci…
„I ma jeszcze brata!” – pomyślała z podskórną radością. – „Przecież było ich dwóch. Babcia wspomniała, że wuj miał dwóch synów… dwóch chłopaków, jak przystało na rasowego odszczepieńca. Jeśli to jest jeden z nich… Taki podobny! Boże!”
Nagle przestało jej się nudzić, ogarnęło ją podniecenie. W przypływie energii sięgnęła ręką po leżącą na szafce torebkę, wyszarpnęła z niej portfel i wyciągnęła z niego ukryte na samym dnie zdjęcie wuja. Z fotografii patrzył na nią swymi pięknymi oczami ten sam młody człowiek, który dziś na obchodzie lekarskim stanął w nogach jej łóżka. Nie było wątpliwości, byli podobni jak dwie krople wody! Tylko fryzura inna i ubranie…
„Muszę się jak najszybciej zebrać, móc zacząć wstawać z łóżka” – pomyślała niecierpliwie. – „Może gdybym mogła chodzić, jeszcze udałoby mi się go znaleźć w tym szpitalu… Może gdzieś tu jeszcze będzie krążył?”
To niespodziewane spotkanie, niemal zderzenie z widmem z nieznanej jej rodzinnej przeszłości, na kilka godzin całkowicie opanowało jej myśli. Zastanawiała się, jak mogłoby wyglądać jej dalsze życie przy założeniu, że odzyska tajemniczego kuzyna, ba, dwóch kuzynów!… a potem przez nich dotrze do samego wuja Edwarda. Czy wuj będzie chciał ją widzieć? Była przecież potomkinią linii, która go odrzuciła i wyklęła… Czy chciałby poznać swoją siostrzenicę? Czy w ogóle wie o jej istnieniu?
„To nie takie proste” – pomyślała, tracąc nieco zapał. – „Wuj może nie chcieć mnie znać… A co na to babcia, mama? Ech, nieważne, tak czy owak muszę spróbować. Tylko jak sprawdzić, czy się nie mylę? Głupio tak zapytać wprost. Ale, ale… on mi się tak przyjrzał na koniec! Może coś skojarzył? Może ma dostęp do starych zdjęć z rodziny ojca? Wystarczy, że widział chociaż jedno, wszystkie Makówkówny wyglądały podobnie, nosiły taki warkocz jak ja…”
Dywagacje te zmęczyły ją na tyle, że znów zasnęła.
***
– Tak, Lodzieńko – mówiła stanowczym tonem Mamusia, wyciągając z torby soki i słoiczki z domowymi dżemami z truskawek. – Musisz jeść zdrowe rzeczy i szybko nabierać sił, a pani pielęgniarka mówiła mi, że ty nadal nic nie jesz. Soki nieruszone. Dziecko, przecież ty nic nie tknęłaś od soboty! Lekarz kazał ci jeść, a ty co?
– Próbuję, mamo – zapewniła ją Lodzia. – Na śniadanie zjadłam trochę płatków z mlekiem… ale gardło nadal mnie boli.
– Taka blada jesteś, że prawie cię nie widać – pokiwała głową Mamusia, przyglądając jej się z troską. – Jutro Mareczek przyjdzie, przyniesie ci tę ładowarkę. No, nie pomyślałyśmy o tym zupełnie, Lodziu, nie gniewaj się… Gdzie ty ją trzymasz, dziecko?
– W szufladzie w biurku – odparła z westchnieniem. – A pożyczyłabyś mi teraz swojego telefonu, mamo? Zadzwonię chociaż do Juli… Już jest po szkole, powinna odebrać.
– Proszę, Lodziu, oczywiście – Mamusia natychmiast sięgnęła po torebkę i wyjęła z niej swój telefon. – Widzisz, nie pomyślałam… Ale za to dzwoniłam do Emilii!
– Aha – mruknęła Lodzia, wystukując na ekranie numer Julki. – I co?
– No jak to co! – wykrzyknęła Mamusia. – Dzwoniłam, żeby im powiedzieć, że z tobą już lepiej! Żeby Karolek się nie martwił!
– A martwił się? – uśmiechnęła się z niedowierzaniem Lodzia.
– Oczywiście! – Mamusia wydawała się niemal oburzona podejrzeniem, że mogłoby być inaczej. – Zmartwił się strasznie, jak mu w sobotę Emilia powiedziała, że jedziesz do szpitala… Odwiedzi cię, jak tylko trochę się podleczysz, już to z nią ułożyłam.
– Fajnie – odparła obojętnym tonem Lodzia. – Będzie mi bardzo miło. Mogę teraz dzwonić?
– Dzwoń, dzwoń, Lodzieńko, nie przeszkadzaj sobie…
Lodzia nawiązała połączenie z Julką. Co prawda rozmowa pod czujnym uchem Mamusi zapowiadała się bardzo niewygodnie, jednak musiała mimo wszystko skontaktować się z przyjaciółką, skoro odzyskanie własnego telefonu to była kwestia dopiero kolejnego dnia.
– Halo? – usłyszała głos Julki.
– Cześć, Jula.
– Lodźka! – wykrzyknęła zaskoczona Julka. – To ty?! Co się dzieje, gdzie ty w ogóle jesteś? Co z twoim telefonem, nie odbierasz od soboty! Nie byliście z Karolem u Majka! A dzisiaj nie było cię w szkole! Ja wczoraj nie mogłam zajrzeć do ciebie, bo byłam z rodzicami u babci, ale myślałam, że będziesz pod telefonem… Co się dzieje, umarłaś czy co? Trzeci dzień nie ma z tobą kontaktu!
– Ej, dasz mi w końcu coś powiedzieć czy nie? – zapytała uprzejmie Lodzia. – Jestem w szpitalu.
– W szpitalu?! – zawołała ze zgrozą Julka. – Co się stało?! Co ty znów wyprawiasz?!
– Poczekaj, daj mi mówić – jęknęła Lodzia. – Dzwonię z telefonu mojej mamy – dodała z naciskiem, dając do zrozumienia, że są na podsłuchu.
– Aha – odparła ostrożnie Julka tonem wskazującym, że złapała aluzję. – A co z twoim?
– Wyładował się, a nie mam w szpitalu ładowarki.
– Naprawdę jesteś w szpitalu? – nie mogła uwierzyć Julka.
– Naprawdę. Mam straszną anginę, już w piątek mnie brało, a w sobotę tak mnie rozwaliło, że wylądowałam tutaj.
– No właśnie. Nie byliście w Anabelli. Muszę ci coś powiedzieć… – ściszyła głos.
– To może później – przerwała Lodzia, zerkając z niepokojem na Mamusię.
– Okej – zreflektowała się Julka. – W takim razie zadzwoń, jak odzyskasz swój sprzęt. Jak ty się w ogóle czujesz?
– Tak sobie – westchnęła Lodzia. – Jeszcze wczoraj miałam wysoką gorączkę, dzisiaj już jest trochę lepiej. Słuchaj… podeślij mi jutro lekcje na telefon, co? Dam ci znać smsem, jak już będę miała swój na chodzie. Mnie tu pewnie do świąt potrzymają…
– Gdzie leżysz, na Kraśnickiej?
– Nie, na Jaczewskiego. Właśnie się dziwię, dlaczego przywieźli mnie tutaj, to przecież dużo dalej od nas i nie nasz rejon. Jeszcze tu nigdy nie byłam. Leżę na laryngologii, nawet nie mogę się z łóżka ruszyć… Odezwę się jutro po południu, to wtedy sobie dłużej pogadamy.
– Jasne, Lodźka. W takim razie trzymaj się, nie będę cię już dłużej męczyć. Odpoczywaj i lecz się jakoś.
– Robię, co mogę – uśmiechnęła się blado Lodzia. – Na razie, Jula, do usłyszenia jutro, pa!
Oddała telefon Mamusi i bezsilnie opadła na poduszkę. Ta krótka rozmowa telefoniczna okazała się dla jej wycieńczonego organizmu wysiłkiem ponad normę, czuła się po nim, jakby przewaliła ręcznie tonę węgla.
– No i co, Lodzieńko, wszystko w porządku? – zagadnęła Mamusia. – Co w szkole?
– Jula przyśle mi jutro lekcje na telefon – odparła słabo Lodzia, czując, że znów kręci jej się w głowie. – Tylko muszę mieć tę ładowarkę…
– A słuchaj, Lodziu – Mamusia zawahała się jakby. – O coś cię zapytam, bo my się tak z mamą i z Lucy cały czas zastanawiamy… Jak wtedy miałaś gorączkę, jeszcze w domu, to mówiłaś takie dziwne rzeczy…
Lodzia spojrzała na nią z niepokojem.
– Co mówiłam? – zapytała cicho.
– Właśnie niewiele z tego rozumiałyśmy, ale cały czas wołałaś jakiegoś… bandziorka? – Mamusia wymówiła to słowo bardzo niepewnie. – Powtarzałaś to i powtarzałaś…
Lodzia oblała się nagłym rumieńcem, po czym znów zbladła jak kreda. Mamusia przyglądała się temu z podejrzliwością i wyraźnym niezadowoleniem.
– Było też coś o rock’n’rollu, o pomidorach, o jodynie, o whisky, o jakimś chodzeniu po kracie… – wyliczała jednym tchem. – Potem mówiłaś coś o nożyczkach, o tasaku i o Archimedesie… Co ty opowiadałaś, dziecko? Ja wiem, że bredziłaś w malignie, ale skąd ci się to wzięło? My się już zaczynamy mocno niepokoić!
„Szlag by to trafił” – pomyślała zdenerwowana Lodzia. – „Jeszcze mi tylko tego brakowało, żeby one się czepiły i zaczęły drążyć!”
– Bo ja nie wiem, Lodziu, czy ty czegoś przed nami nie ukrywasz – ciągnęła Mamusia z coraz większym niezadowoleniem. – Lucy obawia się nawet, czy nie popadłaś w jakieś złe towarzystwo… Ja jej tłumaczę, że to niemożliwe, bo przecież zawsze jak gdzieś wychodzisz po szkole, to albo z Karolkiem, albo z Julcią… Ale to rzeczywiście jest dziwne…
Lodzia przymknęła oczy, czując, że robi jej się bardzo słabo.
– No, ale dobrze, dziecko, odpoczywaj – zreflektowała się Mamusia, widząc jej bladą, niemal przeźroczystą twarz. – Jeszcze sobie o tym porozmawiamy innym razem. Pójdę już, żeby cię nie męczyć, pielęgniarka prosiła, żeby być krótko. Powiedz, coś ci jutro przynieść? Podam Mareczkowi… oprócz ładowarki, o tym już będę pamiętać, nie martw się.
– Nie, mamo, już nic – szepnęła z trudem Lodzia. – Ta ładowarka najważniejsza.
Mamusia zebrała swoje rzeczy i ucałowawszy córkę w czoło, ruszyła do wyjścia, w drzwiach mijając się z pielęgniarką. Niosła ona szklany wazon, w którym pysznił się olbrzymi bukiet białych margaretek z żółtymi środkami. Podeszła z nim do Lodzi i zabrała się za ustawianie go na jej szafce. Nie było to łatwe, gigantyczny bukiet ledwie się pomieścił, zajmując niemal całą wolną przestrzeń, zaś wazon chwiał się, grożąc wywróceniem. Zaintrygowana Mamusia została w drzwiach, przyglądając się scenie w napięciu.
– To dla mnie? – zdumiała się Lodzia, z nadludzkim wysiłkiem podnosząc głowę.
– Tak, dla pani, pani Leokadio – uśmiechnęła się pielęgniarka. – Kurier z poczty kwiatowej przyniósł przed chwilą. Śliczne, prawda?
Zaskoczona Lodzia popatrzyła na nią, a potem znów na kwiaty. W obliczu tego niespodziewanego prezentu jeszcze bardziej zakręciło jej się w głowie. Kwiaty? Dla niej? Kto mógł jej przysłać kwiaty? Kto poza rodziną wiedział, że jest w szpitalu? Tylko Karol… ale czy wiedział, w którym dokładnie? Przecież ten, w którym leżała, jeden z kilku w mieście, nie był nawet w jej rejonie… Zresztą czy Karol w ogóle wpadłby na taki pomysł? Tak sam z siebie? Wydawało jej się to niemal niemożliwe.
Zaniepokojona Mamusia ruszyła z powrotem w jej stronę.
– A co to za kwiaty, Lodziu? – zapytała podejrzliwie, przyglądając się wysiłkom pielęgniarki, która wreszcie ustabilizowała wazon i patrzyła z satysfakcją na swoje dzieło.
– Margaretki – odpowiedziała za Lodzię. – Piękne, jest ich tu chyba ze sto.
– Ale od kogo? – dopytywała zdjęta coraz większym niepokojem Mamusia.
– Nie ma nadawcy – stwierdziła pielęgniarka, jeszcze raz oglądając bukiet dokładnie ze wszystkich stron. – Ktoś przysłał anonimowo.
Uśmiechnęła się z sympatią do Lodzi i odeszła do jednej ze starszych pacjentek pod ścianą, która wezwała ją właśnie do siebie. Mamusia zmierzyła kwiaty niezadowolonym wzrokiem, po czym przeniosła krytyczne spojrzenie na córkę.
– Lodziu, co to znaczy? – zapytała podejrzliwie. – Ktoś ci przysłał kwiaty?
– Sama się dziwię – odparła zgodnie z prawdą Lodzia, opadając znów bezwładnie na poduszkę. – Przecież jeszcze nikt nie wie, że tu jestem… akurat w tym szpitalu. Chyba że wy komuś powiedziałyście? Dopiero przed chwilą rozmawiałam z Julą, przy tobie jej mówiłam, że leżę na Jaczewskiego, a nie na Kraśnickiej…
– Rzeczywiście – przyznała Mamusia. – Nie mówiłyśmy nikomu, gdzie jesteś. Nawet Emilii nie wspominałam, że akurat na Jaczewskiego, mówiłam tylko ogólnie, że w szpitalu. Dziwne… Może to jakaś pomyłka?
– Możliwe – zgodziła się Lodzia. – Może to miało być dla kogoś, kto leżał tu przede mną?
Szczerze nie miała pojęcia, kto mógł jej przysłać ten bukiet. Od razu pomyślała o Pablu, to było takie w jego stylu… on ciągle dawał jej kwiaty, ta ich przesadna ilość też by wskazywała na niego, już raz pokazał przecież, co potrafi, kiedy przysłał jej do szkoły tamten gigantyczny kosz tulipanów… Wtedy również dowiózł je kurier z poczty kwiatowej. Ale Pablo przecież w żaden sposób nie mógł wiedzieć, że była w szpitalu! Dopiero przed chwilą powiedziała o tym Julce, a on mógłby dowiedzieć się wyłącznie przez Szymona. Zanim Julka powie Szymonowi, zanim Szymon przekabluje jemu… Nie, te kwiaty nie mogły być od Pabla. A jednak jakaś intuicja przyśpieszyła bicie jej serca o jeden ton… Mamusia również instynktownie wpadła na ten trop.
– Bo pamiętasz, Lodziu… – powiedziała, patrząc na nią coraz podejrzliwiej. – Niedawno przyniosłaś ze szkoły pudełko po cieście… i tam też były jakieś kwiatki!
– To nie to samo – zauważyła słabo Lodzia. – Przecież teraz jestem w szpitalu, ustaliłyśmy przed chwilą, że nikt nie wie, w którym…
– No tak, no tak – pokiwała głową Mamusia. – To prawda. Nawet nie miałaś telefonu… Ale takie piękne kwiaty, taki duży bukiet! Dziwne, ja nic z tego nie rozumiem!
– Ja też – westchnęła Lodzia.
– Ale ty, dziecko, coś mi źle wyglądasz – zaniepokoiła się Mamusia. – Co się dzieje, Lodziu? Blada jesteś jak ściana…
– Słabo mi – szepnęła Lodzia. – Chyba muszę się jeszcze trochę przespać…
Pielęgniarka podeszła do nich i widząc błędne spojrzenie pacjentki, zwróciła się do Mamusi z prośbą o zakończenie wizyty. Mamusia zerknęła raz jeszcze z niezadowoleniem na bukiet margaretek, pokręciła głową, jednak posłusznie wyszła, zapewniwszy, że nazajutrz przyśle Tatusia z ładowarką. Lodzia zagłębiła się w poduszce, czując, że coraz mocniej kręci jej się w głowie.
Kto mógł jej przysłać kwiaty? Tylko tego brakowało! Teraz Wielka Triada dopiero zacznie ją pilnować! Będą ją znowu dręczyć… Ostatnio wszystko było takie dziwne! Szpital… choroba… i ten praktykant o twarzy wuja Edwarda. Szkoła i codzienna rutyna wydawały się takie odległe, jakby zostały w jakimś innym, niedostępnym dla niej świecie. Pablo… on też był tak daleko! Nie wiadomo, kiedy znowu go zobaczy. Stanął jej znów przed oczami z zakrwawioną twarzą i podbitym okiem bandziora… a potem taki jak ostatnim razem, w ciemnym, eleganckim garniturze spod igiełki, z łagodnym spojrzeniem pełnych blasku oczu.
Świat wirował, w uszach znów huczało… Zasnęła.
***
Niespokojny sen szarpie ją i dręczy, przed oczami przesuwają się męcząco sceny, które w taki czy inny sposób wyryły jej się w pamięci.
Awantura o dżinsy na początku liceum. Zawsze musicie ze mnie robić jakiegoś koczkodana! – to jej własny głos. – Nigdy nie mogę być normalna! Co za dom wariatów…
Potem postać Julki i biegnące za nią spojrzenie Szymona. Jula, przecież on się w tobie kocha! Nie zmarnuj tego… I rozmyty głos Julki. Lodźka, daj mi spokój… lepiej pomóż mi wpiąć tę różę…
– Tak, śpi – rozlega się cichy głos pielęgniarki, Lodzia ma wrażenie, że czuje dotyk chłodnej dłoni na czole. – Ale coś mi się to nie podoba. Zmierzymy temperaturę.
Przed oczami staje jej Grzelo. Lodziu, ale wyglądasz!… Połknąłbym cię bez popitki! Posłuchaj, muszę z tobą porozmawiać na osobności!…
– Nie – szepcze Lodzia. – Nie, nie… zostaw mnie…
Gęsta mgła przysłania wszystko i powoli wyłaniają się z niej ciemne, pełne cudownego światła oczy bandziora. Patrzy na nią poprzez gęsto padające płatki śniegu. Lea… – brzmi nisko jego cichy, ciepły głos. – Gwiazdeczko…
– Gwiazdeczko… moja maleńka…
Teraz knajpa Majka. Roześmiane twarze Kajtka, Asi, Maćka, Dominiki… Justyna wstająca z krzesła, by pokazać, jak plecie się warkocz. Ja będę czesał Roszpunkę!… Dotyk jego dłoni na jej włosach… Czuje go znów, czuje tak wyraźnie! Teraz już jej nie czesze, gładzi ją tylko delikatnie po włosach.
– Taka jest bledziutka…
Ten głos! Niski, ciepły, najdroższy, najukochańszy… głos, który działa jak narkotyk!
– Tak, prawie nic nie je od soboty, ma tylko kroplówki. Niech pan za długo nie zostaje, doktor nas prześwięci. Pana też.
– Przekupię go jakoś, niech się pani nie martwi.
– Jego nie da się przekupić.
– To go czymś zaszantażuję, wszystko jedno.
Śmiech, cichy śmiech. Tak, to znów knajpa Majka, wszyscy się śmieją… Leśniewski opowiedział mi o tobie – brzmi głos Wojtka. Potem inne głosy. Pablo w pełnej formie… ostatnio mu spadły statystyki… no, nadrabia już… ciągną cię takie brzytwy, co, stary?… Śmiech. Migające światła na parkiecie… Powłóczyste spojrzenie mocno umalowanej dziewczyny. Pozdrowienia dla naszego nadwornego przystojniaka!… I znów jego hipnotyzujące oczy. Nazwałbym to… poszukiwaniem…
– Nie… nie znajdziesz mnie… – broni się słabo Lodzia. – Nie znajdziesz…
– Znalazłem cię, kochanie – znów jego cichy, łagodny głos, przechodzący teraz w czuły szept. – Znalazłem cię, moja gwiazdeczko… Moja ty kochana… najdroższa…
Ach tak! Znowu będzie czarował, uwaga, trzeba zachować ostrożność! Blef, niebezpieczny blef! To tylko słowa… Sprawdź pesel, wiesz, co grozi za uwodzenie nieletnich…
I znów te oczy, ciemne oczy pełne ognia, znów w nich huczy namiętny płomień! Ty mała figlarko… czas, żebyś przyznała mi jakiś awans… Ach, ten jego niski, zmysłowy ton!… Mam cię zapytać, gwiazdeczko?…
– Nie… nie chcę…
– Proszę cię, nie bój się mnie, skarbie – szemrze jego cichy szept. – Obiecaj, że już nigdy więcej nie będziesz się mnie bać. Perełko ty moja… nie wolno bać się bandziora.
W jej uszach rozbrzmiewa szyderczy głos Grzela. Myślisz, że on cię bierze na poważnie? Nie żartujmy… Nakładają się na to odległym echem słowa Tatusia z taksówki. Tobie by się nie spodobał ktoś, kto by nie był ciebie wart…
Jeszcze raz dotyk chłodnej dłoni na jej czole.
– Znowu ma gorączkę, ten lek coś słabo działa, doktor nie będzie zadowolony. Ale niechże pan już idzie, tak długo pan był… Przecież już prawie północ! I tak złamałyśmy przez pana regulamin.
– Regulaminy są od tego, żeby je łamać. Mówię to pani jako prawnik.
– Chyba będzie pan musiał wystawić nam taką opinię na piśmie. No, ale bez żartów, naprawdę, już musimy kończyć.
Cudowny dotyk jego ciepłej dłoni… ach, są znowu razem na ulicy! Pablo ujmuje jej dłoń, zamyka ją w swojej, powolutku splata palce z jej palcami… Gdyby to mogło trwać wiecznie! Gdyby dało się wypowiedzieć takie życzenie! Wystarczy, że je wypowiesz, maleńka… Twój dżinn tylko na to czeka…
– Będę walczył i nikomu cię nie oddam. Nigdy nikomu, Lea.
Kancelaria… tak, to poczekalnia jego kancelarii. Pocałunek na jej dłoni, oszałamiający dotyk jego miękkich warg… I znów półmrok Anabelli, światło w jego oczach. Zobaczysz jeszcze… ja z tych kilku minut zrobię nieskończoność…
– Śpij, zdrowiej mi, kochanie.
– Proszę już iść, naprawdę. Trzeba podać pacjentce leki. Musimy zbić gorączkę.
***
Obudził ją odległy hałas na korytarzu. Starsze pacjentki z łóżek pod ścianą smacznie sobie spały, przez okno wlewało się rozproszone światło świtu. Lodzia ze skupieniem przełknęła ślinę, gardło pobolewało ją tylko lekko, ogólnie czuła się znacznie lepiej. Poruszywszy ręką, zauważyła, że ma podłączoną kroplówkę. Może to ona była przyczyną tego lepszego samopoczucia?
„Coś mi się majaczyło w nocy” – pomyślała z niepokojem. – „Mam nadzieję, że nic nie gadałam na głos, jeszcze mamie powtórzą…”
Nad jej głową, na szafce, panoszył się pozostający tam od wczoraj wielki bukiet margaretek, przysłaniał blade światło wczesnego poranka.
„Kto przysłał mi te kwiaty?” – myślała z zaintrygowaniem. – „Dziwne… Przecież nawet Jula nie wiedziała do wczoraj, gdzie jestem. Może to naprawdę jakaś pomyłka? Która to godzina? Aha, za piętnaście szósta… jeszcze można by z godzinkę pospać.”
Wtuliła się z przyjemnością w poduszkę i zamknęła oczy, powoli zaczął ogarniać ją sen…
– Dobrze, Monisiu, powiedz doktorowi, że była gorączka, zbiliśmy i od północy już nie wracała – usłyszała jak przez mgłę przyciszony, kobiecy głos, który wydał jej się znajomy, chyba słyszała go w nocy. – Kroplówka podana zgodnie z zaleceniem… Zaznaczyłam wszystko w karcie, niech zwróci na to uwagę.
– Jasne, przekażę – odpowiedział inny damski głos.
– To specjalna pacjentka ordynatora, więc niczego tam nie przeoczcie. Ja będę dopiero pojutrze, niech jutro Asia się nią zajmie.
– Ale co mam Asi powiedzieć?
– No, tylko tyle, że ordynator wziął ją pod skrzydła. Tu chyba nie ma nic groźnego, ale pilnujcie tej gorączki, a resztę to już niech doktor załatwia.
„Specjalna pacjentka ordynatora?” – pomyślała jeszcze Lodzia, zapadając w sen. – „To chyba nie o mnie…”
***
Przebudziła się po ósmej, kiedy roznoszono śniadanie. Była teraz znacznie silniejsza i dziwnie wypoczęta, co pozwoliło jej nawet bez nadludzkiego wysiłku usiąść na kilka chwil na łóżku. Kręciło jej się jeszcze trochę w głowie, ale czuła się o wiele lepiej. Zjadła również śniadanie, co prawda w niewielkiej ilości, był to jednak i tak duży postęp w porównaniu do minionych dni. Choć gardło bolało ją jeszcze, ogólne samopoczucie było nieporównanie lepsze niż wczoraj, niedziwne więc, że i humor jej dopisywał. Stojący na szafce bukiet margaretek cieszył oczy, kojarząc się z wiosną, a po południu miał przyjść Tatuś i przynieść jej wreszcie upragnioną ładowarkę do telefonu.
„Chyba zaczyna mi się poprawiać” – pomyślała z radością. – „Wczoraj miałam jakiś kryzys, ale teraz już jest dużo lepiej. Ciekawe, czy będzie dzisiaj młody Edzio, może udałoby mi się jakoś go zahaczyć?”
Obchód lekarski tego dnia miał się odbyć później ze względu na dodatkowe obowiązki personelu na innym oddziale. Dotarli zatem do jej sali dopiero po dziesiątej, jak zwykle w dużej grupie, która natychmiast zatłoczyła całe pomieszczenie. Tym razem Lodzia nie czekała obojętnie na swoją kolej, ale uważnie przypatrywała się kolejnym wchodzącym. Student będący wierną repliką młodego wuja Edwarda wszedł jako jeden z ostatnich. Zauważyła go od razu, a i jego spojrzenie pobiegło natychmiast w jej kierunku.
„Jest!” – pomyślała z radością, posyłając mu czarujący uśmiech, który chyba nieco go speszył, bo natychmiast odwrócił wzrok. – „Tylko co on taki dziki? Chyba widzi już, że próbuję go zaczepić, mógłby się domyślić i tu podejść!”
Praktykant stał jednak uparcie w tłumie kolegów między łóżkami dwóch starszych pacjentek spod ściany i nie patrzył w jej stronę. Dopiero kiedy cała grupa z lekarzem na czele przemieściła się pod jej łóżko, on również podszedł i stanął tuż obok doktora, tego samego wysokiego, który przyjął Lodzię do szpitala w sobotni wieczór.
– No i cóż, pani Leokadio? – zagadnął życzliwie lekarz, zerkając w jej kartę. – Widzę, że jest poprawa, tak, jak się umawialiśmy?
– Tak, panie doktorze – uśmiechnęła się. – Nawet zjadłam dziś całe śniadanie.
– Świetnie! – powiedział wesoło, przeglądając kartki z wynikami z laboratorium. – Tu mamy trochę odchyleń, ale nie jest źle. W tych nowszych nic złego nie ma. Gorączka w nocy była, tak? – zagadnął do młodej, jasnowłosej pielęgniarki, która pokiwała głową w odpowiedzi. – Zerknijmy… no tak. Trzeba dalej obserwować, ja tu w wynikach nic niepokojącego nie widzę. Może pacjentka wczoraj się po prostu przemęczyła… No dobrze, to kto dzisiaj zagląda jej do gardła? – zwrócił się do studentów.
– Ja – zgłosił się natychmiast Edward bis.
Lodzia aż zadrżała z radości.
– Proszę, pan podejdzie.
Praktykant zbliżył się do jej łóżka, wziął do rąk przyrządy i usiadł na samym brzegu, aby przeprowadzić badanie. Lodzia rzuciła mu tak promieniste spojrzenie, że kilkoro stojących w nogach łóżka studentów aż parsknęło śmiechem.
– Ty, Artur chyba wpadł pacjentce w oko – usłyszała rozbawiony szept.
– A co, przecież on tak zawsze! – odszepnął ktoś inny. – Wszystkie lubią, jak je bada… Ma chłopak wzięcie, tylko pozazdrościć!
– Dobra, cicho, nie wygłupiajcie się! Doktor nas ochrzani…
– Proszę jeszcze trochę bardziej odchylić głowę – powiedział praktykant miłym, dźwięcznym głosem. – I otwieramy usta…
„Artur” – powtórzyła w myśli Lodzia, wykonując polecenie i pokazując posłusznie gardło, w które oprócz studenta zajrzał przy świetle latarki również lekarz. – „Ma na imię Artur… Ciekawe, czy to ten starszy czy młodszy?”
– Dobrze, pani Leokadio – powiedział lekarz, prostując się i dając znak studentowi, żeby zapisał wynik na karcie. – Jeśli chodzi o gardło, jest spora poprawa.
Artur wykonywał polecenie pod dyktando lekarza przy asyście zaglądających mu przez ramię kolegów. Lodzia ani na sekundę nie spuszczała z niego wzroku.
„Nie wydaje mi się, żeby moje nazwisko cokolwiek mu mówiło” – analizowała w skupieniu. – „Wuj zmienił swoje i widać o Makówkach nigdy nie wspomniał, bo nie robi to na nim żadnego wrażenia, a ma przecież w rękach moją kartę. Nie, nie kojarzy na pewno… dziwi się tylko, że tak się na niego gapię. Szkoda, żeby nie, wygląda, jakby żywcem wylazł mi z tej fotografii!”
– W porządku – powiedział z zadowoleniem lekarz. – Widzi pani? Już jest dużo lepiej.
– Długo będę musiała tu zostać? – zapytała Lodzia.
– O, jak się pani śpieszy! – uśmiechnął się. – Ledwie gorączka zeszła, a już chce nam pani uciekać? Jeszcze z tydzień na pewno. Jeśli będzie pani grzecznie zdrowieć, to na Wielkanoc puścimy panią do domu. Ale nie wcześniej.
Lodzia westchnęła i pokiwała głową z rezygnacją. Kątem oka zauważyła, że kiedy zwróciła głowę w stronę lekarza, Artur nie spuszczał z niej wytężonego wzroku, który odwrócił natychmiast, gdy znów na niego spojrzała.
„Hej, bracie!” – pomyślała z rozbawieniem. – „Ty się tu ze mną nie baw w kotka i myszkę! Lepiej domyśl się, że chcę z tobą gadać, i zapytaj, dlaczego tak ci się przyglądam… oj, zdziwisz się!”
– Pani Moniko – zwrócił się lekarz do pielęgniarki. – Pacjentka już jest w lepszym stanie, można wpuszczać odwiedzających spoza rodziny, ale proszę z umiarem i tylko w ścisłych godzinach wizyt. Żadnych wyjątków – dodał z naciskiem.
– Tak jest, panie doktorze.
– No dobrze, idziemy do następnej sali.
Grupa powoli wyszła na korytarz, przy czym Lodzia zauważyła, że Artur lawirował tak, aby, jak wczoraj, zostać na samym końcu. Znów w drzwiach odwrócił się i popatrzył w jej stronę, ale tym razem trwało to znacznie dłużej. Uśmiechnęła się życzliwie, spoglądając na niego rozpromienionymi radością oczami. Nie podszedł jednak, odpowiedział jej tylko uśmiechem i pośpiesznie wyszedł za kolegami.