Anabella – Rozdział CCLIV
„Nie dam rady, zwariuję!” – myślała Iza, drepcząc w kółko między kuchnią a pokojem i nie mogąc znaleźć sobie miejsca. – „Muszę gdzieś wyjść, przespacerować się… wyciszyć te cholerne myśli! Nie ma opcji, żebym w ogóle otwierała komputer, i tak nic nie napiszę.”
Jako że miała przed sobą prawie całą wolną sobotę i dopiero wieczorem była umówiona na spotkanie z Anią, planowała spędzić ten czas na pisaniu licencjatu, do którego w Liège udało jej się usiąść dopiero dwa razy. Stresowała ją myśl, że nie wyrobi się z tym w terminie, zważywszy że po powrocie do Polski będzie miała do nadrobienia mnóstwo innych zaległości. Marta, która była w podobnej sytuacji, również próbowała nad tym pracować, jednak zwykle po powrocie z Centrum Kultury obie były tak zmęczone, że nie były w stanie skupić się na pisaniu. Dziś, kiedy z samego rana Marta opuściła lokum, udając się na wycieczkę motocyklową z Cédrikiem, byłby na to dla Izy znakomity moment, jednak jak zabrać się za pracę intelektualną, kiedy myśli kłębią się pod czaszką jak szalone, a ściśnięte na kamień serce ledwo daje radę bić?
Wczorajsza rozmowa z Arthurem i perspektywa rozwoju zawodowego, jaką mężczyzna tak niespodziewanie przed nią otworzył, były dla niej jak cios obuchem, po którym wciąż nie mogła się pozbierać. Cierpiała oczywiście nie z powodu owej zawodowej szansy, która z zewnątrz mogła jawić się wręcz jak gwiazdka z nieba, lecz przeciwnie – na myśl o tym, że być może faktycznie będzie zmuszona z niej skorzystać. Jeszcze pół roku temu odrzuciłaby tę propozycję natychmiast i bez wahania, zaledwie po pierwszym zdaniu stanowczo zamknęłaby Arthurowi usta argumentem, że nie jest ani trochę zainteresowana żadną pracą w Warszawie, choćby nie wiadomo ile jej tam płacono. Odmówiłaby mu o wiele szybciej, niż dwa lata temu odmówiła Krawczykowi, który równie niespodziewanie złożył jej podobnie intratną propozycję. Wówczas do podjęcia decyzji wystarczyło jej jedno słowo sponiewieranego, odurzonego brandy Majka i będąca dowodem jego zaufania, łamiąca serce prośba o terapię księżycowych dusz.
Tak… ale dziś? Dziś sytuacja wyglądała tak dalece inaczej! Dziś nie tylko Iza nie mogła z góry wykluczyć opcji, jaką przedstawił jej Arthur, ale wręcz musiała bardzo poważnie ją rozważyć. Co prawda miała na to jeszcze trochę czasu, jednak biorąc pod uwagę życiowy przewrót, którego wymagałoby przyjęcie propozycji, wcale nie było go tak dużo, a do tego dochodził ciężki do zniesienia ładunek emocjonalny, jaki niosła ze sobą wizja wyjazdu z Lublina na stałe do Warszawy, w tym zwłaszcza porzucenia pracy w Anabelli. Tak naprawdę bowiem nic innego nie miało znaczenia – tylko to. Odejście z pracy w firmie Majka. Coś, co do tej pory stanowczo i kategorycznie wykluczała, lecz co teraz, w nowych okolicznościach, nie było już tylko czystą teorią lecz całkiem realnym scenariuszem.
Myśl ta bolała, kłuła, piekła… bolała do tego stopnia, że od wczoraj ściśnięte na kamień serce nie zdołało rozluźnić się ani na chwilę, nawet podczas krótkiego, niespokojnego, przerywanego co chwila snu. Jednak tym razem, choć jej duszę przepełniał bunt i antycypowana rozpacz, Iza wiedziała, że w obliczu tak konkretnie zarysowanego rozwiązania jej patowej sytuacji nie może ulec wyciu zakochanego do nieprzytomności serca, ale musi dopuścić do głosu także rozum. Także – a nawet przede wszystkim. Choć wizja dobrowolnego wycofania się z najbliższego otoczenia Majka i zerwania z nim codziennego kontaktu poprzez wyjazd do innego miasta łamała jej serce, nie miała wątpliwości, że taki krok byłby doraźnym lekarstwem na cierpienie, które nieuchronnie ją czekało, plastrem na ranę, której co prawda i tak nie uniknie, lecz która może dzięki temu powoli zacznie się goić, a nie tylko nieustannie się zaogniać.
Dziś, patrząc w przód, zdawało jej się, że widzi swoją przyszłość o wiele wyraźniej niż jeszcze dwa tygodnie temu, tuż przed wyjazdem z Lublina. Ksiądz Tomasz miał rację – kiedy na jakiś czas straciła bezpośredni kontakt z Majkiem, a teraz od ponad tygodnia nie dostała od niego ani znaku życia, łatwiej jej było spojrzeć na swoją sytuację ze zdrowym dystansem, którego nie miała tam, na miejscu. Niewątpliwie składał się na to też czynnik przestrzenny, dzielące ich niemal półtora tysiąca kilometrów, a do tego całkowita zmiana otoczenia, ale chyba jednak decydująca była ta właśnie cisza z jego strony… cisza świadcząca o tym, jak marginalne miejsce względem tamtej zajmowała w jego życiu.
Z drugiej strony nawet ów wzrost świadomości nie mógł w żaden sposób zmienić jej uczuć względem niego, przeciwnie, z każdym dniem i z każdą godziną jego nieobecności wzmagała się w niej tęsknota za nim, za jakimkolwiek kontaktem, za brzmieniem jego głosu w słuchawce telefonu, a choćby i za kilkoma literkami w wiadomości tekstowej przychodzącej z jego numeru. Im dłużej trwało rozstanie, tym dogłębniej i boleśniej uświadamiała sobie, że czas, gdy ona była tutaj, on prawdopodobnie spędzał w towarzystwie tamtej, z każdą minutą zacieśniając z nią więzy… To jednak bynajmniej nie leczyło jej z uczucia do niego, lecz w paradoksalny sposób sprawiało, że kochała go tym goręcej i tym rozpaczliwiej, tak mocno, że powoli zaczynała się tego bać. I tu właśnie potrzebny był zdrowy rozsądek, którego nie tylko nie powinna lekceważyć, ale którego wręcz nie miała prawa nie posłuchać. Dla własnego dobra, lecz przede wszystkim dla dobra samego Majka, którego pod żadnym pozorem nie mogła narazić na dyskomfort, choćby ceną za to miało być jej własne cierpienie.
Co ciekawe, dziś pojęcia dyskomfortu i cierpienia (jego dyskomfortu i jej cierpienia, albowiem innej konfiguracji nie przewidywała wcale) rozumiała już nieco inaczej niż przed wyjazdem do Belgii. O ile do tej pory za źródło największego dyskomfortu dla niego uważała swe ewentualne odejście z Anabelli, przez co okazałaby mu zawodową nielojalność i zawiodłaby jego zaufanie, o tyle teraz nie miała już wątpliwości, że o wiele trudniejszym doświadczeniem byłoby dla niego odkrycie prawdziwego stanu jej uczuć. Biorąc pod uwagę ostatnie porażki komandosa, niebezpieczeństwo to Iza uważała za bardzo realne i z całego serca pragnęła ochronić przed nim nie tyle siebie, co właśnie Majka. Do tej pory zdawało jej się, że da radę utrzymać maskę i skutecznie ukrywać przed nim miłość, która rozsadzała jej serce, jednak teraz, kiedy spowiedź u księdza Tomasza postawiła ją w prawdzie, a wstrząs wywołany przez realną aż do bólu propozycję Arthura odsłonił przed nią konkretną drogę ucieczki, rozumiała już, że jednak może nie dać rady. Że zostać i udawać może okazać się wyzwaniem ponad jej siły, walką, w której komandos w końcu okaże się za słaby i polegnie, a wtedy straty i dla niej, i dla Majka będą o wiele dotkliwsze i boleśniejsze niż w przypadku ucieczki, na którą zdecyduje się nie tylko po to, by ratować samą siebie, ale przede wszystkim po to, by zachować jego przyjaźń.
Otóż to. Zachować jego przyjaźń, czyli to, co miała najcenniejszego i czego za nic w świecie nie chciałaby utracić – oto był jej cel. Jednak wbrew temu, co zakładała wcześniej, obecnie coraz bardziej powątpiewała w to, czy uda jej się to zrobić, pozostając tuż przy nim i biorąc pośredni udział w jego szczęściu jako przyjaciółka i królowa zaplecza. Co prawda taki był jej pierwotny plan, ale zbliżający się moment rozstrzygnięcia coraz bardziej ją przerażał, a pamiętna rozmowa telefoniczna na Passerelle Saucy, kiedy przy wzmiance o Natalii skłamała Majkowi, że nie wie, o co chodzi, jasno udowodniła jej, że teoria teorią, ale w bezpośrednim starciu na polu walki może nie utrzymać broni.
„Passerelle Saucy” – podchwyciła w natchnieniu, pośpiesznie narzucając na siebie sportową kurtkę, zakładając na nogi adidasy i upychając do kieszeni telefon, klucze i dokumenty. – „Muszę tam pójść jeszcze raz… popatrzeć na Mozę i uspokoić się… a po powrocie może jednak uda mi się chociaż trochę popracować nad tym licencjatem?”
Pogoda była piękna, wiosenna i ciepła, jak przystało na połowę marca w zachodniej Europie. W Polsce, jak podejrzewała Iza, zapewne było chłodniej, ale od wielu dni nie miała stamtąd wiadomości, tak jakby Polska zupełnie o niej zapomniała. Ale może to i dobrze? Może właśnie tak powinno być? Odcięcie się od tamtego kontekstu pozwoli jej przemyśleć wszystko bardziej obiektywnie, a z kolei Majk przez miesiąc jej nieobecności w pracy przekona się, że wcale nie jest tam tak niezbędna, jak się dotąd obojgu wydawało. Niezbędna, niezastąpiona… akurat! Nie ma ludzi niezastąpionych, a dewizą szefa Anabelli jest wszak elastyczność, więc poradzi sobie bez niej bez problemu. Zwłaszcza teraz, kiedy nie potrzebuje już jej usług w obszarze księgowości, bo księgową ma tam na etacie.
„Na podwójnym etacie” – zaznaczyła z przekąsem, szybkim krokiem zmierzając w dół ulicy. – „Nie tylko podwójnym, ale też dożywotnim… Nigdy nie lubił papierkowej roboty w firmie, więc idealnie się składa, los zesłał mu najlepszą osobę do obsłużenia tego i nie tylko tego obszaru… A niech to! Jak to boli! Ale czego ty się spodziewałaś, Izabello?”
A zatem jej głównym zadaniem było zachować nienaruszoną tajemnicę swego serca – nie dla samej siebie, ale dla niego. Nie narażać go na dyskomfort i rozczarowanie, na żal i wyrzuty sumienia, jakie zapewne gryzłyby go, gdyby odkrył, że jego zaufana przyjaciółka, eks-terapeutka i dyspozytorka elfowej energii, działająca, jak sądził, w niezobowiązującym trybie porozumienia księżycowych dusz, złamała najważniejszą zasadę ich relacji i zdradziła go w ów banalny sposób, przed którym od początku lojalnie ją przestrzegał.
Jeśli boisz się, że z mojej strony to są jakieś głupie podchody i że chcę od ciebie czegoś, czego nie powinienem chcieć, to nie bój się. Nic z tych rzeczy, słowo daję.
Mam też nadzieję, żeby sprawa była jasna do końca… że z twojej strony również nie ma nic, co by… Po prostu w przeszłości miałem już niestety takie doświadczenia… przykre doświadczenia… i czułbym się fatalnie, gdyby coś takiego nas poróżniło. Akurat nas.
„Nie bój się, kochanie” – uśmiechnęła się smutno, zwalniając kroku, by zaczerpnąć powietrza, serce bowiem znów ścisnęło jej się boleśnie na to wspomnienie. – „Nigdy, przenigdy nie narażę cię na taką przykrość. Problem tylko w tym, że mogę nie dać rady ukryć tego, co czuję, i jeśli zostanę w firmie, jeśli dalej będę cię widywać co chwila, a zwłaszcza słuchać o niej, patrzeć na wasze szczęście… w pewnym momencie po prostu mogę pęknąć. Ba, pęknę na pewno! Nie ma mocarza, który dałby radę wytrzymywać w nieskończoność tak silne psychiczne napięcie i nawet dzielny komandos, którego wytrwale trenuję w sobie od miesięcy, w tak wyniszczającej codziennej walce szybko okaże się cieniasem. Raz na jakiś czas owszem, to się da zrobić, ale nie codziennie! Tego nawet ty byś nie wytrzymał, chociaż latami byłeś taki twardy… Ha! Otóż to. Mogłeś być twardy tylko dlatego, że miałeś to, o czym mówił ksiądz. Dystans. Tylko to uratowało twoją przyjaźń z Anią.”
Nie miała wątpliwości, że tak właśnie było. Gdyby Ania po ślubie z Jean-Pierrem zamieszkała z nim w Lublinie, a Majk w najgorszym momencie swej rozpaczy i rozczarowania musiałby widywać ich codziennie i patrzeć z bliska na ich szczęście, prawdopodobnie nie dałby rady zachować w tajemnicy uczuć, które go trawiły. Doskonale pamiętała, ile kosztowała go każda wizyta Ani w Polsce, jak bardzo przy tym cierpiał i ile wysiłku musiał wdawać w to, by w towarzystwie przyjaciół grać standardowego wesołka, nadwornego klauna i ulubionego wujka Tosi. Jednocześnie wiedziała, że z tych wizyt czerpał światło i sens życia na czas kolejnego rozstania, że wynosił z pola walki nie tylko rany, ale i okruszki szczęścia… W tym ciężkim trybie funkcjonował przecież latami! To oczywiście powoli wyniszczało go od środka, chroniczne poczucie beznadziei spychało go stopniowo na skraj alkoholizmu, ale jednak dystans i długie okresy rozstań, które mógł przeznaczać na psychiczną regenerację w wirze intensywnej pracy, pozwoliły mu zachować nienaruszoną przyjaźń Ani, która do dziś nie miała pojęcia, przez co z jej powodu przeszedł. Co więcej, ów dystans pozostawił też maleńką furtkę na terapię złamanych serc, w której ona, Iza, sama poraniona i poturbowana przez Michała, siłą szczerej przyjaźni z domieszką metafizycznego cudu pomogła mu wyjść z dołu rozpaczy na światło, dzięki czemu dziś wreszcie miał przed sobą realną perspektywę szczęścia. Szczęścia bez niej – ale czy nie takie właśnie było założenie od początku?
„Skuteczna terapia była możliwa tylko dzięki czystej przyjaźni, bez podtekstów damsko-męskich” – podsumowała, klucząc kolejnymi uliczkami, które prowadziły coraz bardziej w dół, ku rzece. – „A skoro nie dotrzymałam umowy, to teraz muszę przynajmniej zapobiec konsekwencjom tej niesubordynacji… oczywiście konsekwencjom dla niego, bo mnie przed nimi i tak już nic nie uratuje.”
Cóż, po raz kolejny musiała stanąć w prawdzie. Nie była przecież pierwszą kobietą w takiej sytuacji, Majk nigdy tego przed nią nie ukrywał, zresztą fakt, że w ogóle rozmawiał z nią na taki temat, wynikał tylko i wyłącznie z zaufania, jakim darzył ją jako przyjaciółkę. Nie miał pojęcia, że i ona mogłaby wpaść po uszy tak samo jak tamte, wręcz całkowicie to wykluczał i tylko dlatego zwierzał jej się z tak intymnych spraw.
„A ja go zawiodłam” – pomyślała z politowaniem. – „Zakochałam się w nim tak samo beznadziejnie i żałośnie jak te wszystkie dziewczyny przede mną… te dawne kelnerki z Anabelli, które jedna po drugiej odchodziły z pracy, gdy dostały życzliwego kosza. Boże, jakie to banalne! Jakie głupie! Gdyby to się wydało, chyba spaliłabym się przed nim ze wstydu! Nie, nie mogę. Obawiam się, że będę musiała zrobić dokładnie tak jak one, tylko incognito. Odejść z pracy, zdystansować się, ale tak, żeby on nie wiedział, dlaczego odchodzę, i żeby chciał zachować moją przyjaźń… nadal mieć ze mną kontakt… sporadyczny, ale jednak. Bez tego przecież nic nie będzie miało sensu.”
Przez głowę przebiegło jej pytanie, czy tamte zakochane i odtrącone przez Majka dziewczyny szybko pozbierały się po tej porażce i dzięki dystansowi, a właściwie całkowitemu zerwaniu kontaktu, już od dawna były wyleczone i spokojnie układały sobie życie. Świadczyłby o tym fakt, że żadna z nich, o ile wiedziała, nie szukała już z nim kontaktu, lecz kto wie, może była wśród nich i taka, która do tej pory nosiła w sercu uczucie i nie potrafiła o nim zapomnieć? To przecież nie było wykluczone, być może ona, Iza, wcale nie była w tej sytuacji sama… A z drugiej strony jakie to miało znaczenie? Teraz musiała skupić całą swoją uwagę na rozwiązaniu własnego problemu, czując, że długo nie zdoła nieść na barkach takiego ciężaru.
„Gdyby dalej beznadziejnie kochał Anię, paradoksalnie nie byłoby problemu” – pomyślała z goryczą, kiedy, stanąwszy już na kładce nad Mozą, zapatrzyła się w płynącą w dole wodę. – „Mogłabym dalej przy nim być, słuchać jego zwierzeń, głaskać go po włosach… pocieszać go i kochać bez przeszkód, spokojnie to ukrywać… To by mnie nie kosztowało tak dużo wysiłku, sytuacja byłaby ustabilizowana, a ja byłabym relatywnie wolna od zazdrości. Wiadomo, że nie do końca, że czułabym ten niedosyt, niespełnienie i żal związany z brakiem wzajemności, ale to nie byłaby tak aktywna, kłująca zazdrość jak teraz. Przeciwnie, byłabym szczęśliwa, że mogę być blisko, a do tego nawet mogłabym mieć cichutką, maleńką nadzieję, że może kiedyś… Ale niestety. Teraz jestem dokładnie w takiej sytuacji, w jakiej on był z Anią, odkąd na jej drodze pojawił się Jean-Pierre. Zero szans na nadzieję, do której nie tylko nie mam podstaw, ale nawet prawa. Jak on to kiedyś ujął?”
Ja już nie mam nadziei. Sama pomyśl, jak nawet miałbym czelność ją mieć? Byłbym ostatnim ścierwem, gdybym choćby pomyślał o nadziei…
Powiedział to wówczas właśnie a propos Ani i Jean-Pierre’a, w kontekście, który dziś do złudzenia przypominał jej własną sytuację. Obecnie rozumiała go jeszcze lepiej niż wtedy, sama bowiem kochała równie beznadziejnie, o wiele beznadziejniej niż swego czasu Michała Krzemińskiego, a do tego zupełnie inaczej – nie jak rozhisteryzowana, skupiona na własnych emocjach nastolatka, ale jak dojrzała i odpowiedzialna kobieta, świadoma tego, że najwyższą wartością, o jaką powinna dbać, nie był jej własny dobrostan, ale spokój i szczęście ukochanego mężczyzny. Majk zresztą też właśnie tak rozumiał prawdziwą miłość, wszak zawsze powtarzał, że najważniejsze jest, aby Ania była szczęśliwa, a o niego mniejsza… jakby w jego słowach sprzed dwóch lat widziała lustrzane odbicie własnych myśli!
Kiedy obraz w lustrze odwróci się do końca…
Machnęła niecierpliwie ręką, odrzucając to skojarzenie, które w ułamku sekundy pociągnęło za sobą sieć kolejnych, począwszy od twarzy pani Ziuty, przez figurkę dinozaura przy kluczach Magdaleny aż po słowa Kacpra opowiadającego o znalezionej w piecu złotej gumce do włosów Kasi… Co za absurdalny zestaw! Nie mogła się teraz tak rozpraszać. Na sprawy innych przyjdzie jeszcze czas, dziś musiała skupić się na sobie, w przeciwnym razie natłok ciężkich myśli nie pozwoli jej na bieżąco funkcjonować, a przecież jakoś musiała się pozbierać!
A zatem ucieczka. In fuga salus. Coś, przed czym odruchowo się buntowała, ale od razu czuła, że to jest sedno przesłania, które za metafizyczną sugestią ojca miała otrzymać od księdza Tomasza. Swoją drogą ksiądz musiał być bardzo mądrym człowiekiem, skoro po zaledwie kilku minutach rozmowy, niewiele wiedząc o jej sytuacji, powiedział jej tyle rozsądnych rzeczy i dał tyle dobrych rad. Co więcej – te rady naprawdę zaczynały działać! Niby modlitwa nie ma mocy magicznej i nie powinna być tak traktowana, jednak trudno było oprzeć się wrażeniu, że oddziaływała na nią taka właśnie magiczna moc, bowiem odkąd zaczęła regularnie i z coraz bardziej otwartym sercem prosić o wskazówki, co dalej robić, te pojawiały się niemalże codziennie, a najbardziej spektakularną z nich było wczorajsze niespodziewane spotkanie z Arthurem Dubois.
Płynąca leniwie pod kładką woda odbijała refleksy słońca, które tańczyły przed oczami opartej o balustradę dziewczyny, w równie magiczny sposób jak zalecona przez księdza modlitwa pomagając jej zebrać i ułożyć myśli. A może w tym nie było żadnej magii, żadnych metafizycznych znaków, ani wsparcia od Boga? Może to wszystko to był tylko ciąg przypadkowych zdarzeń, które ona w swej rozterce zakochanej księżycowej duszy była skłonna interpretować zbyt tendencyjnie? Może… jednak trochę trudno uwierzyć w taki przypadek jak wczoraj, akurat w czasie, kiedy od kilkunastu dni codziennie prosiła Boga o jakieś sensowne rozwiązanie sytuacji. A jeśli to właśnie była Jego odpowiedź?
„Wszystko zbyt idealnie się składa, żeby to mógł być czysty przypadek” – pomyślała stanowczo, wpatrzona w połyskujące w przedpołudniowym słońcu fale rzeki. – „Propozycja Arthura, kiedy dobrze się nad tym zastanowić, jest jak skrojona na miarę dla mnie, co prawda nie na taką, jakiej bym pragnęła, bo dla mnie droga szczęścia ma tylko jedno imię… ale skoro nie mogę pójść nią z moim promyczkiem, a wręcz muszę uciec, aby go ochronić, to alternatywa od Arthura jest praktycznie idealna. Jak by na to nie spojrzeć.”
W istocie, wieloaspektowe dopasowanie tego niespodziewanego rozwiązania do jej aktualnych potrzeb rzuciło jej się w oczy natychmiast, już wczoraj, w chwili, gdy Arthur dopiero zaczynał opisywać szczegóły swojej oferty. Pomijając już nawet to, że przedziwnym zbiegiem okoliczności spotkali się tutaj, w Liège, że nie umawiając się, znaleźli się akurat w tym samym miejscu i czasie, sama natura jego propozycji była ewidentną odpowiedzią, a przynajmniej opcją odpowiedzi na jej bezradność i zadawane sobie od wielu dni pytanie – co robić dalej?
Choć Iza z początku zupełnie nie myślała o prestiżu i walorach finansowych pracy w Warszawie, skupiając się jedynie na jej ewentualnych konsekwencjach osobistych, dziś nie miała wątpliwości, że i ten aspekt był ważny, wzmacniał bowiem potencjał „ucieczkowy” propozycji i dawał jej do ręki silne, obiektywne argumenty. Wszak gdyby zdecydowała się podjąć tę rękawicę, prędzej czy później będzie musiała uprzedzić o tym Majka, wyjaśnić mu powody swojego odejścia, czy też raczej, zważywszy że prawdziwego powodu nie będzie mogła podać, przedstawić mu jakąś wiarygodną zasłonę dymną. A czy perspektywa rozwoju zawodowego i dobrze płatna praca w zawodzie, z wyuczonym językiem, na styku dyplomacji i biznesu, nie będzie najbardziej przekonującym argumentem? Argumentem i wystarczającym usprawiedliwieniem, które skutecznie zamknie mu usta, zanim zdąży zadać jej pytanie, którego bała się najbardziej – dlaczego?
„Obawiam się, że nie będę mieć innego wyjścia, promyczku” – pomyślała, a jej serce znów ścisnęło się tak boleśnie, że musiała wyprostować się, by nabrać tchu. – „Już dzisiaj wiem, że nie wytrzymam presji, prędzej czy później zdradzę się jakimś głupim ruchem, tekstem, miną… tym, że w podbramkowej sytuacji nie będę mogła wydusić z siebie słowa albo, co gorsza, rozryczę się… a ty za którymś razem w końcu wszystkiego się domyślisz i będzie ci przykro… z mojego powodu będziesz miał wyrzuty sumienia… Nie… nie! To by była katastrofa, do której nie mogę dopuścić!”
Im dłużej o tym myślała, tym wyraźniej rozumiała, że bunt ślepo zakochanego serca nic tu nie da, wręcz przeciwnie, może narobić tym większych szkód na przyszłość. Zatem im prędzej przetnie ten węzeł gordyjski, tym lepiej dla niej, a propozycja Arthura byłaby na to idealnym środkiem zaradczym, który sam wpadał jej w ręce jak na zamówienie. I jak tu nie wierzyć w nadzwyczajną interwencję z góry? Niewykluczone, że wmieszał się w to czuwający nad nią ojciec, który przecież podesłał jej księdza Tomasza… więc może Arthur to też była jego robota?
Jakby w odpowiedzi na tę myśl, nagły podmuch wiatru rozwiał jej włosy i zdało jej się, że wokół zapachniało czymś znajomym… jakby tu, na Passerelle Saucy w Liège, otoczyła ją znajoma, delikatna mgiełka wody kolońskiej… Uśmiechnęła się do siebie ze wzruszeniem, czując, jak do oczu cisną się jej łzy. Ten zapach… zapamiętany z dzieciństwa zapach ojca, który po latach wrócił do niej wraz z innym mężczyzną… z mężczyzną, którego pokochała całą duszą, którego zamknęła w sercu jak księżycowy promyczek, lecz którego, tak jak kiedyś ojca, najwyraźniej będzie musiała stracić.
„Byle nie na zawsze i nie całkowicie” – westchnęła, ukradkiem ocierając łzy, które popłynęły jej cichutko po policzkach. – „Chcę mieć chociaż namiastkę, mały okruszek jego obecności raz na jakiś czas… jego przyjaźń i kontakt z nim… czysto przyjacielski i niezobowiązujący… jakikolwiek…”
Zapach wody kolońskiej, zapewne będący tylko wytworem jej wyobraźni, trwał wciąż w jej nozdrzach, rozbrajając komandosa skuteczniej, niż zrobiłby to tysięczny oddział wroga. Fala szalonej, nieposkromionej tęsknoty za Majkiem zalała nagle jej serce jak tsunami, a łzy popłynęły teraz wartkim strumieniem, bez żadnych hamulców, które zresztą i tak nie miałyby szans powstrzymać ich naporu. Odwróciła się tylko mocniej w stronę rzeki i pochyliła nad barierką, by ukryć je przed snującymi się po kładce przechodniami, nie chcąc budzić wśród nich sensacji, a zwłaszcza wywoływać niewygodnych pytań.
„Jakikolwiek” – powtórzyła żałośnie w myśli, wyszarpując z kieszeni telefon i aktywując ekran. – „Wystarczyłby chociaż jeden sms…”
Pośpiesznie otarła przegubem dłoni łzy i drżącymi palcami wybrała numer Majka, po czym, otworzywszy okienko edycji wiadomości tekstowej, wklepała tam kilka słów.
Co u Ciebie, Michasiu? Pozdrawiam, Iza.
Skoro on nie chciał odezwać się do niej, ona napisze pierwsza, bo po prostu dłużej tego nie wytrzyma. Co prawda nie powinna tego robić, rozsądek podpowiadał jej, że dopóki była w Liège, warto było skorzystać z tej okazji, by odciąć się mentalnie, tak jak zalecał jej ksiądz Tomasz… Ale nie mogła. Nie mogła już dłużej znieść tego milczenia, serce rwało jej się do Majka jak spłoszony koń, którego żadna siła nie jest w stanie powstrzymać. To przecież tylko jeden neutralny sms! Dlaczego miała samej sobie zabraniać wysłania go do przyjaciela? Dlaczego miała z tym walczyć?
„Dlatego że powinnaś się oduczyć narzucania mu się” – wyjaśniła sobie, wpatrując się ponuro w przygotowanego do wysłania smsa. – „Przestać mu o sobie przypominać, kiedy nikt cię o to nie prosi. Skoro on nie potrzebuje z tobą kontaktu, to zostaw go w spokoju, nie wywołuj wilka z lasu. Jeszcze dowiesz się czegoś, po czym znowu przez dwa dni nie będziesz mogła się pozbierać… Do tego dzisiaj przed tobą jeszcze ciężka rozmowa z Anią, po co dodatkowo prowokować los? Tym bardziej że teraz masz idealny pretekst do milczenia, jesteś na zagranicznym stażu i możesz nie mieć czasu, n’est-ce pas? Po prostu stań w końcu w prawdzie, Izabello. Gdyby on cię potrzebował, gdyby chciał kontaktu z tobą, sam by się odezwał…”
Podskoczyła odruchowo, gdyż dokładnie w tym momencie telefon zawibrował jej w palcach, a na ekranie, na tle niewysłanego smsa, pojawiło się powiadomienie o przychodzącej wiadomości. Otworzyła ją odruchowo i zadrżała, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
Co u Ciebie, elfiku? Pozdrawiam, Majk.
Tekst, bliźniaczo podobny do jej własnego, niewysłanego jeszcze smsa, zatańczył jej przed oczami, a nogi ugięły się pod nią, jakby były z waty. Tym razem jednak nie był to efekt bólu lecz szalonej, ogłuszającej radości, która zalała ją od stóp do głów jak druga fala tsunami, podobna do poprzedniej pod względem siły, lecz jakże od niej inna!
Jak on to robił, że znowu czytał w jej myślach?! Mniejsza o treść smsa, w którym nie było nic szczególnego, ale sam fakt, że napisał do niej akurat w tej chwili, był kolejnym w tych dniach nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności! A może jednak nie było tak, jak myślała… może przesadzała z tymi czarnymi myślami i planem ucieczki… może…
„Przestań, wariatko” – zdyscyplinowała samą siebie. – „Nie nakręcaj się, to przecież tylko przypadek. Nie doszukuj się we wszystkim metafizycznych znaków, bo dostaniesz od tego fioła i taki będzie smutny finał tej przygody.”
Pośpiesznie wykasowała niewysłaną wiadomość i zastąpiła ją odpowiedzią, którą tym razem bez wahania puściła w eter.
Wszystko dobrze, Michasiu, dziękuję. A u Ciebie?
Słońce nad Passerelle Saucy rozbłysło teraz jakoś jaśniej, radośniej, odbijając się żywszymi refleksami w szarych falach Mozy. Jakie to było głupie… Przecież przez tych kilka dni milczenia nic się między nimi nie zmieniło, byli w kontakcie jak zawsze, ona zaś nie miała żadnego obiektywnego powodu, by tego kontaktu unikać. Powody, jeśli już, były tylko subiektywne, wynikały z jej interpretacji, obaw, smutków… A jeśli niepotrzebnie szamotała się jak uwięziona mucha w sieci? Przecież nic nie było jeszcze przesądzone!
U mnie też – oznajmił kolejny sms, który pojawił się na ekranie telefonu. – Mogę zadzwonić w wolnej chwili? Kiedy nie będę Ci przeszkadzał?
Ach! Promienny uśmiech rozjaśnił oblicze Izy, na którym jeszcze dwie minuty wcześniej lśniły łzy rozpaczy. Czasem wystarczy tak niewiele, żeby nakarmić wygłodniałą duszę… Wszelkie rozważania i kalkulacje, jakie snuła od wczorajszego wieczoru, w jednej sekundzie straciły rację bytu, a na pewno siłę przebicia. Przyszłość nie była ważna, pomyśli o niej kiedy indziej, teraz liczyła się tylko teraźniejszość. I odpowiedź na tego smsa mogła być tylko jedna.
Jasne – odpisała bez wahania. – Jeśli masz czas, to możesz dzwonić nawet teraz.
Wysłała wiadomość i z uśmiechem czekała na upragnione wibrowanie telefonu w dłoni oraz literki na ekranie, które za chwilę ułożą się w ukochane imię. Tak jest! Pojawiły się tam po zaledwie kilkunastu sekundach, dokładnie tak, jak się tego spodziewała.
– Hej, elfiku! – zabrzmiał w słuchawce pogodny głos Majka.
– Hej – odparła, z miejsca przybierając żartobliwy ton. – A to ci dopiero! Jestem zaskoczona. Sobota, godzina jedenasta, a ty już na nogach?
Roześmiał się serdecznie, tym swoim perlistym, zaraźliwym śmiechem, od którego świat wokół niej pojaśniał jeszcze bardziej.
– A, jakoś tak wyszło, że zerwałem się dzisiaj bladym świtem – odparł wesoło. – A ty co? Nie odsypiasz ciężkich dniówek na stażu?
– Nie mam powodu, kończę je o ludzkiej porze, nie to co u szefa w firmie! Ale w weekend też nie próżnuję – zapewniła go nieco poważniejszym tonem. – Planuję usiąść dzisiaj do pisania pracy licencjackiej, na tygodniu nie ma na to szans.
– Jasna sprawa, Izula. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam ci w tym wzniosłym zadaniu i nie rozpraszam refleksji na temat paryskich umarlaków?
– Ech, nie! – roześmiała się. – Akurat teraz jestem na spacerze, wyszłam na miasto przewietrzyć się trochę, jest taka piękna pogoda, że grzechem byłoby przesiedzieć ją w domu. Ale potem wracam i grzecznie biorę się do roboty. A co u ciebie? Mów! Jesteś już zdrowy?
– Jak ryba – zapewnił ją ciepło. – Właściwie to już zdążyłem zapomnieć, że w ogóle byłem chory. Fakt, przez pierwszych kilka dni było ciężko, ale potem podniosłem się z wyra piorunem, sam byłem zdziwiony, że z dnia na dzień przeszło mi jak ręką odjął. Ogólnie przeszedłem to całkiem znośnie, w przeciwieństwie do frajera Chudego, który do tej pory odczuwa skutki tej grypy.
– No właśnie, co z Chudym? – zaniepokoiła się. – Jakie to są skutki?
– Głównie osłabienie. Niby już jest zdrowy, ale nie może działać na pełnych obrotach, bo szybko się męczy, a jak przegnie, dostaje zawrotów głowy.
– Ups… to niefajnie.
– No. Na szczęście codziennie jest trochę lepiej, ale sam powtarza, że jeszcze nigdy nie dostał po garach aż tak. Dlatego dbamy o frajera i pchamy w niego żarcie, ile wlezie, bo schudł w tej chorobie jak diabli. Mówimy na niego „chudy Chudy”! – zaśmiał się. – A ponieważ brzmi to ekstremalnie głupio, dążymy do tego, żeby zrobił się z niego „gruby Chudy”… chociaż to brzmiałoby jeszcze głupiej, a w dodatku pewnie to i tak jest misja niemożliwa!
Iza znów roześmiała się, z radością słuchając jego wesołego głosu. Co prawda na dnie serca zdążyło już pojawić się drobne ukłucie, bo ów szampański humor, jaki prezentował, musiał mieć przecież jakieś źródło i nawet domyślała się jakie… Ale co tam! Gryźć się tym będzie potem, na razie musi odgonić złe myśli i nachapać się po brzegi serca telefonicznych okruszków szczęścia, które spadły jej dziś z nieba w najlepszym możliwym momencie. Tak jakby Majk wiedział, że potrzebowała go usłyszeć, właśnie teraz! Jakby intuicją księżycowej duszy domyślił się, że musi dostarczyć jej tego impulsu, tego fizyczno-metafizycznego lekarstwa zdolnego w ułamku sekundy postawić ją na nogi…
– A poza tym w firmie wszystko wróciło już na swoje standardowe tory – ciągnął Majk. – Pokonaliśmy epidemię, nie mamy już, odpukać, żadnych nowych przypadków i działamy pełną parą, na Zamkowej i na Koncertowej. Aha, na Koncertową przyjęliśmy z Lidią dwie nowe osoby – zaznaczył. – Są potrzebne, bo i Lidia, i Kacper mają teraz ciężki czas, oboje finiszują z prawem jazdy, do tego Lidia buja się z jakimiś komplikacjami spadkowymi, a Kacper… wiadomo. Chociaż on, jak na pewno wiesz, psychicznie trochę się pozbierał po tej słynnej przygodzie z piecem Ziuty. Słyszałaś o tym, prawda? Mówił mi, że dzwonił do ciebie w tej sprawie.
– Słyszałam – pokiwała głową, odrywając się od balustrady kładki i ruszając dalej, na drugą stronę rzeki, gdzie poprzednim razem, kiedy tu była, nie zdążyła się przespacerować. – Miał porozmawiać o tym z tobą, sama mu to doradziłam.
– Mhm, rozmawialiśmy. Ciekawa akcja, ja sam się zastanawiam, o co tym razem chodzi Ziucie, bo że to jej robota, to praktycznie nie mam wątpliwości. Pewnie dopiero w przyszłości okaże się, co miała na myśli, ale o co by jej nie chodziło, na pewno wartość dodana tej akcji jest taka, że Kacper dostał pozytywnego kopa i w dużym stopniu odzyskał nadzieję – podkreślił z przekonaniem. – Ja sam zresztą jestem zdania, że tę wtopę z Kaśką da się jeszcze wyprostować, i bardzo mu tego życzę, zwłaszcza kiedy patrzę na pozytywną ewolucję jego zachowania w ostatnich tygodniach. Jak przypomnę sobie jego akcję sprzed dwóch lat, kiedy tłukł się jak kretyn z jakimś typem u nas na sali… Dzisiaj to jest zupełnie inny człowiek. Chociaż powiem ci, że ja już wtedy, po paru minutach rozmowy, wiedziałem, że z frajera jeszcze kiedyś będą ludzie.
– Pamiętam to – uśmiechnęła się z melancholią Iza. – Kacper był pod wrażeniem tamtej rozmowy, od pierwszego spotkania nabrał do ciebie respektu i to trwa do dziś. Ja też uważam, że od tamtej pory bardzo się zmienił na plus i z całego serca życzę mu, żeby odzyskał zaufanie Kasi. Co mu doradziłeś?
– To, co każdy by doradził standardowo. Żeby oddał jej ten gadżet do włosów, który znalazł w piecu, a jeśli zapyta, skąd go ma, to żeby powiedział prawdę. Oczywiście trzeba założyć, że Kaśka i tak mu nie uwierzy, ale przestrzegłem go przed wymyślaniem alternatywnych historyjek, tym razem ma jej mówić szczerze całą prawdę, jakkolwiek by była niewygodna.
– Słusznie – zgodziła się. – Czyli doradziłeś mu dokładnie to co ja. Ale powiedziałeś mu, żeby oddał jej tę gumkę do włosów od razu? I osobiście?
– Zdecydowanie osobiście, natomiast czy od razu, to niech on sam już wyczuje, jaki jest klimat. Mówił mi, że chyba jeszcze trochę poczeka, bo nie chce jej się narzucać, ale cieszy się bardzo, że Ziuta podrzuciła mu taki sprytny pretekst do spotkania. Swoją drogą znowu się uaktywniła, skubaniutka… tyle że tym razem bez manifestacji, jak z tamtym kodem, ale przecież Kacper aż taki głupi nie jest, żeby się nie sczaić, że to ona.
„Z kodem?” – podchwyciła z bijącym sercem Iza. – „Masz na myśli księżycowy kod? Chodzi ci o ten grudniowy 1-1-2? Nie… to przecież niemożliwe. Gdybyś i ty odczytał wtedy te cyferki jako kod, powiedziałbyś mi o tym…”
– Tak, akurat piec to miejsce, które kojarzy się z nią bardzo jednoznacznie – odpowiedziała w roztargnieniu, nie mając odwagi, by zapytać go wprost, o jakim kodzie mówi. – Gdyby znalazł tę gumkę gdzie indziej, raczej by jej ze stryjenką nie skojarzył.
– Też prawda – zgodził się Majk. – Samo miejsce jest tak wymowne, że manifestacja faktycznie byłaby zbędna. No cóż… zobaczymy, jak to się rozwinie, tu Kacper musi zadziałać sam, w takich sprawach nikt nie jest w stanie za wiele mu doradzić. Ale że Ziuta się w to wmieszała, to moim zdaniem oczywiste i w sumie uważam to za dobry znak.
– Ja też – odparła bez przekonania, znów mimo woli wspominając breloczek Madi z figurką dinozaura. – Zresztą, tak jak mówisz, podsunęła mu solidny pretekst do spotkania z Kasią, a to już przecież bardzo dużo. I być może tylko o to jej chodziło.
– Możliwe, Izula. Mam nadzieję, że z czasem poznamy odpowiedź, nie tylko w sprawie tej gumki w piecu, ale też w kwestii wszystkich jej interwencji. Ja mocno wierzę, że ona to robi w jakimś dobrym celu, a fakt, że pośrednio wkręciła w to i mnie, jest dla mnie o tyle ważny, że w najtrudniejszych chwilach podnosi mi morale. No, ale zostawmy już to… powiedz mi lepiej, co u ciebie – zagadnął. – Jak idą wam przygotowania do wystawy?
– Bardzo dobrze – zapewniła go, wciąż nie mogąc wygonić z głowy wątku „kodu”. – Etap koncepcyjny już za nami, teraz w toku jest opracowanie graficzne. Otwarcie za dwa tygodnie, więc musimy to skończyć najpóźniej do następnego piątku, żeby plansze zdążyły pójść do produkcji.
– Do produkcji? A gdzie będą je wam robić, w drukarni czy gdzieś indziej? Jak to będzie wyglądało?
Idąc prosto przed siebie ulicą, na którą wyprowadziła ją kładka, Iza opowiedziała mu zatem o technicznych przygotowaniach do wystawy, w tym o współpracy z Cédrikiem, który był odpowiedzialny za wdrożenie jednolitej szaty graficznej i robił to naprawdę świetnie. Nie omieszkała też pożartować trochę na temat Marty i jej fascynacji nowym kolegą, a zwłaszcza jego motocyklem, na który dziś wybrała się z nim po raz drugi. Wątek ten, choć sam w sobie był świetnym motywem do żartów, poruszyła zresztą też z innego powodu – aby uprzedzić ewentualne sugestie Majka co do Cédrica, w którym ów mógłby upatrywać owego rzekomego Belga od coup de foudre przepowiadanego jej przed wyjazdem. Celowo podkreśliła zatem, że Cédric wyjątkowo podoba się Marcie i chyba z wzajemnością, bo choć w pracy oboje zachowują się bez zarzutu, da się wyczuć, że coś między nimi iskrzy.
– Tyle że Martusia nie chce się pakować w żadne przygody – podkreśliła wesoło – i poprosiła mnie, żebym była jej ciotką-przyzwoitką, która w razie niebezpieczeństwa będzie jej pilnować. Jasne… weź tu ją upilnuj! Dzisiaj z samego rana założyła skórzany kombinezon, wsiadła z typem na Harleya i tyle ją widziałam. Pojechali pojeździć po autostradzie, a potem skoczyć gdzieś na trasie na obiad, nie spowiadali mi się, gdzie dokładnie, więc skąd ciotka-przyzwoitka ma wiedzieć, co tam teraz wyprawiają?
– No… o to bym się nie martwił – odparł z przekorą rozbawiony tą opowieścią Majk. – Marta musi pamiętać, że za ciotkę-przyzwoitkę obrała sobie rasową wiedźmę, która w razie wu bez problemu dogoni ją na miotle!
Roześmiali się oboje.
– Fakt, o tym nie pomyślałam – przyznała Iza. – Ale mam nadzieję, że ona sama będzie się pilnować i nie będę musiała ganiać za nią na miotle po belgijskich autostradach. Tak czy inaczej, mówiąc serio, dwóch groszy nie dam za to, jak skończy się ta dzisiejsza przejażdżka na Harleyu. Mogę się tylko pomodlić, żeby nie zaiskrzyło za mocno i żeby przez to znowu nie było jakichś kłopotów.
– A, daj im spokój, elfiku! – rzucił pogodnie Majk. – Miej wyrozumiałość i nie zakłócaj im romantycznej przejażdżki metafizycznymi blokadami ciotki-przyzwoitki. Nie masz lepszych intencji do modlitwy, mała wiedźmo?
Uśmiech natychmiast zbladł na ustach Izy. To niewinne, żartobliwe pytanie w ułamku sekundy zmroziło ją od środka. Owszem, miała „inne” intencje do modlitwy – zwłaszcza jedną, tę, o której myślała od wielu dni i której źródłem był on sam. Jakby znowu czytał jej w myślach… Oczywiście robił to nieświadomie, ona zaś być może zbyt uparcie i tendencyjnie we wszystkim szukała znaków, jednak to przecież nie był pierwszy raz, kiedy tak celnie, choć zupełnie niechcący, trafiał w jej słaby punkt.
Impuls ten natychmiast skupił jej uwagę na myśli, która od początku rozmowy plątała jej się po głowie – czy opowiedzieć Majkowi o spotkaniu z Arthurem? Co do tego, że prędzej czy później to zrobi, nie miała cienia wątpliwości, jednak w jakim zakresie powinna zrelacjonować mu wynik spotkania? Czy od razu opowiedzieć o ofercie pracy w Warszawie, czy na razie wspomnieć tylko o propozycji dwutygodniowego stażu na początku maja? De facto właśnie tyle powiedziała Marcie, zgodnie z prawdą zaznaczając, że to na razie tylko opcja, nad którą będzie się musiała zastanowić – i na ten moment to była chyba najbezpieczniejsza strategia również w przypadku Majka. Sprawa była przecież jeszcze tak świeża, ona nie zdążyła jeszcze porządnie jej przemyśleć, a sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie! Mimo to czuła, że musi dziś otworzyć, a przynajmniej uchylić sobie tę furtkę ewentualnej ucieczki, furtkę, której wprawdzie nie chciała, ale którą na wypadek, gdyby komandos poległ marnie na placu boju, lepiej będzie mieć.
– Oczywiście, że mam, i to całe mnóstwo! – odpowiedziała wesołym tonem na jego pytanie. – Do metafizycznego sabotażu Martusi i Cédrica skłania mnie tylko poczucie odpowiedzialności, ale skoro szef twierdzi, że mam się nie wtrącać, to cóż… jak polecenie służbowe, to polecenie służbowe.
– Otóż to – zgodził się z satysfakcją. – Co prawda teraz, kiedy przebywasz na urlopie bezpłatnym, teoretycznie nie musisz słuchać poleceń służbowych szefa, ale sama powiedz… czy ich wykonywanie kiedykolwiek ci zaszkodziło?
– Nigdy – przyznała. – Wręcz przeciwnie, zawsze przynosiło mi same korzyści, dlatego wykształcił się już u mnie odruch bezwarunkowy, żeby słuchać ich ślepo, i właśnie to robię. Trudno, najwyżej Marta obciąży mnie kosztami za niedotrzymanie umowy, ale przynajmniej będzie mieć z tego trochę przyjemności!
– Tak jest! – parsknął śmiechem Majk. – No, ale mów dalej o tej wystawie, bo jak zwykle wjechaliśmy w dygresję i jedziemy bez trzymanki, a główny temat nam umyka. Mówisz, że mieliście nawet w tej sprawie oficjalną wizytację z Brukseli?
– Aha! – rzuciła lekko. – I zgadnij, kogo spotkałam przy tej okazji.
– No? Kogo?
– Arthura Dubois – oznajmiła spokojnie.
– A kto to taki? – zdziwił się Majk. – Nie kojarzę typa.
– Nie kojarzysz z nazwiska, ale jakbyś go zobaczył, skojarzyłbyś od razu. To jeden z naszych belgijskich gości z ambasady, był na którymś Dniu Francuskim, a potem też na balu sylwestrowym… wiadomo, na balu nie mogłeś go widzieć, ale na Dniu Francuskim widziałeś na pewno.
– Ach, jeden z twoich VIP-ów żabojadów… kapuję. Serio, spotkałaś go w Liège?
– Tak, był członkiem tej wizytacji z Brukseli, niesłychany zbieg okoliczności. Wszystko przez to, że nie pracuje już w Warszawie, tylko wrócił na stałe do Belgii, mieszka teraz i pracuje w Brukseli, a w Liège był tylko na dwudniowej delegacji. Więc prawdopodobieństwo takiego przypadkowego spotkania to jak jeden do tysiąca albo lepiej.
– Mówi się, że świat jest mały i rzeczywiście coś w tym jest – zauważył filozoficznie Majk. – A jak dodać do tego twoje wiedźmowo-księżycowe zdolności telepatyczne, to nawet nie ma się czemu dziwić… I jak ocenili waszą pracę nad wystawą?
– Bardzo dobrze, są nią bardzo zainteresowani. Ktoś od nich ma być na otwarciu w Liège pod koniec marca, a pierwszego kwietnia wystawa będzie prawdopodobnie wypożyczona do Brukseli na jakieś targi biznesowe… i właśnie tu jest mały haczyk – zastrzegła ostrożnie. – Bo gdyby Chloé zdecydowała, że ja i Marta też mamy jechać do Brukseli, to musiałabym wrócić do Polski dzień później.
– Drugiego kwietnia?
– Aha. Przebukowałybyśmy sobie bilety na drugiego i leciałybyśmy do Warszawy nie z Liège, tylko z Brukseli. Oczywiście to jeszcze nic pewnego, plan palcem po wodzie pisany… ale jest taka opcja, więc w razie czego poproszę szefa o przedłużenie urlopu bezpłatnego o jeden dzień.
– Szef rozpatrzy wniosek – zapewnił ją spokojnie. – Ale co zdecyduje, tego nie wiem, zależy, jakie będzie uzasadnienie tej dywersji. Musisz się wytłumaczyć w osobnym piśmie, na co najmniej trzech stronach maszynopisu. Rękopis jest akceptowalny tylko w sytuacjach wyjątkowych.
– Okej! – roześmiała się. – Zastosuję się do tych wskazówek skrupulatnie.
– A tak serio, elfiku, to działaj tak, jak wychodzi ci z pasjansa – dodał ciepło Majk. – Nie musisz pytać mnie o zdanie, dopnij sobie stażowe sprawy tak, żeby wszystko było załatwione i żebyś z niczego nie musiała rezygnować. Jeden dzień w tę czy w tamtą… bez różnicy, zwłaszcza jeśli z twojego punktu widzenia zachodzi taka potrzeba.
– Dobrze – pokiwała głową. – Dziękuję, szefie. A wracając do tego Arthura…
– Przepraszam cię na chwilę – przerwał jej Majk. – Ktoś tu się do mnie dobija, i to już drugi raz, zerknę tylko kto, dobrze?
– Jasne.
„A może nie ma sensu cisnąć teraz tematu Arthura?” – zastanowiła się, idąc z telefonem przy uchu i czekając, aż Majk znów się odezwie. – „Kto wie, może wcale nie skorzystam z tego stażu, może to spotkanie i propozycja pracy to żaden znak, a po powrocie do Lublina okaże się, że nie mam powodu, żeby uciekać do Warszawy? Może wszystko jeszcze jakoś się ułoży… Dzisiaj ani razu nie wspomniał o niej, nie nawiązał ani jednym słowem, może to tylko ja nakręcam się jak głupia?”
– Izula, niestety muszę przerwać – powiedział z żalem Majk. – Chudy do mnie dzwoni, rano miał podjechać po warzywa i mięcho, niewykluczone, że ma jakieś komplikacje, muszę dowiedzieć się, o co chodzi… Dokończymy następnym razem, dobrze?
– Oczywiście, Michasiu – odparła ciepło. – Kończymy i dzwoń do Chudego, jeszcze nieraz zdążymy pogadać. Do następnego!
– Pa, kochanie.
Rozłączył się, ona zaś, wciąż idąc przed siebie, odjęła telefon od ucha i mechanicznym gestem schowała go do kieszeni. Dopiero teraz jakby ocknęła się i zaczęła zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół niej, a przede wszystkim gdzie się znajduje, szła bowiem zupełnie jej nieznanymi ulicami, z których jedne były tak podobne do drugich, że można było zabłądzić. Uznała jednak, że do rzeki przecież w ten czy inny sposób jakoś wróci, kontynuowała zatem spacer, którego, choć od wyjścia z domu minęło już prawie półtorej godziny, wciąż nie miała jeszcze dość.
Rozmowa z Majkiem całkowicie zmieniła jej humor i nastawienie, mimo że nie mówili o niczym naprawdę ważnym, a jedynie o bieżących sprawach, zwyczajnych aż do bólu. Lecz właśnie to było wartością dodaną tego telefonu – spokojny, pogodny ton i klimat codziennych spraw, zwyczajność, którą kochała całym sercem za to, że mogła dzielić ją z nim w tak naturalny i niewymuszony sposób. Sam fakt, że Majk zadzwonił dokładnie w momencie, kiedy najbardziej tego potrzebowała, kiedy jej dusza wręcz rozpaczliwie za tym wyła, był dla niej tak ważny i znaczący, że w ułamku sekundy odwrócił jej myślenie o sto osiemdziesiąt stopni. Dręczące ją od wczoraj pytania i rozterki teraz wydawały jej się jakby mniej istotne, słabiej uzasadnione i zdecydowanie wymagające spokojnej refleksji, a nie działania w emocjach, którym dziś chyba zbyt mocno i niepotrzebnie dała upust.
„Ja tu ryczę, skręcam się i cierpię, a tymczasem między nami nic się przecież nie zmieniło” – myślała, podziwiając mijane kamienice i zalane słońcem skwery. – „To, że milczał od tygodnia, nic nie znaczy, pewnie nie miał czasu, ale dzisiaj przecież się odezwał! Wcale o mnie nie zapomniał, chciał wiedzieć, co u mnie, tak dokładnie o wszystko mnie wypytał… Właściwie to mówiliśmy głównie o moim stażu, tylko trochę o tym, co się dzieje w Lublinie, a o Natalii nie wspomniał ani jednym słowem. No… to oczywiście jeszcze nic nie znaczy” – skrzywiła się z przekąsem. – „Przecież nie musi spowiadać mi się z każdego szczegółu, zwłaszcza kiedy wszystko idzie po jego myśli, może zresztą celowo nie wspomina o niej, bo nie chce zapeszać? Swoją drogą ten jego świetny humor świadczy sam za siebie, gdyby coś szło źle, nie byłby taki wesoły… Ale co tam” – machnęła lekko ręką. – „Najważniejsze, że zadzwonił i mogłam go usłyszeć, tak bardzo już tego potrzebowałam… Jedno jego słowo w telefonie i wszystko jest inaczej. Może nie lepiej, ale inaczej…”
Urwała, zastanawiając się, z czym kojarzą jej się słowa, które właśnie jej się pomyślały. Bo że gdzieś je już słyszała, to pewne. Zaraz… ach, tak, oczywiście! Przed oczy wróciła jej dawna scena z gabinetu Anabelli, odurzony brandy Majk siedzący w fotelu, obejmujący ją ramionami w talii i tulący policzek do bluzki na jej brzuchu. To właśnie on wypowiedział wówczas te słowa.
Jak to dobrze, że jesteś, Izula… Od razu jest inaczej. Dwie minuty przy tobie i już jest inaczej. Nawet jak nie lepiej, to inaczej…
Uśmiechnęła się do tego wspomnienia na wpół smutno, na wpół ze wzruszeniem. Był wtedy taki biedny, taki zmęczony i zrezygnowany… Terapia złamanych serc, która miała postawić go na nogi i która wówczas dopiero się zaczynała, dziś była już zakończona – i to zakończona pełnym sukcesem, przynajmniej jeśli chodzi o niego. A ona? O nią mniejsza. Co będzie z nią dalej, to jeszcze się okaże.
„W końcu nie zdążyłam wspomnieć mu o propozycji Arthura” – pomyślała lekko. – „I w sumie dobrze, w razie czego jeszcze będzie na to mnóstwo czasu, a po co zawczasu robić zamieszanie? Może jakimś cudem okaże się, że nie będzie potrzeby korzystać z tej opcji? Że ucieczka wcale nie będzie konieczna…”
Jednak natychmiast, jakby w odpowiedzi na tę myśl, w pamięci wyświetliła jej się twarz z nagrobnego zdjęcia ojca, a w uszach zabrzmiały jej słowa księdza Tomasza.
In fuga salus, ratunek w ucieczce…
„Dobra, wracam do domu” – postanowiła, zawracając gwałtownie na pięcie. – „Nie ma co tracić czasu, przed spotkaniem z Anią mimo wszystko przydałoby się chociaż na godzinkę albo dwie zajrzeć to tego nieszczęsnego licencjatu!”