Anabella – Rozdział CCLIII
– Zobaczcie, może być taki design? – zapytał Cédric, odwracając ku Izie i Marcie ekran swojego laptopa. – Czy wolicie, żeby tło było ciemniejsze?
– A mamy na to wpływ? – zapytała przytomnie Iza. – Chyba musi być spójność graficzno-kolorystyczna między wszystkimi elementami wystawy?
– Graficzna tak – przyznał Cédric. – Ale kolorystykę możemy dobrać dowolnie dla każdej części, więc to zależy tylko od was, dziewczyny. Ja bym w sumie trochę przyciemnił, żeby te zdjęcia lepiej wyszły na wierzch, ale decyzję zostawiam wam.
– To przyciemnij na próbę i pokaż, jak wyszło – zgodziła się Marta. – Porównamy obie wersje i zdecydujemy.
– A ja w tym czasie ściągnę z maila te ostatnie zdjęcia – zaznaczyła Iza pracująca obok na służbowym laptopie Centrum Kultury. – I wrzucę je do naszej chmury, będziesz mógł je pobrać bezpośrednio stamtąd.
– Okej – skinął głową Cédric. – A komentarz do nich?
– Komentarz muszę dopiero opracować, wyślę ci, jak będzie gotowy.
Był piątek, praca nad wystawą, przerywana na kilka godzin dyżurem w sklepiku z pamiątkami i informacją turystyczną, w ostatnich dniach wrzała, bowiem ekipa z Liège chciała przygotować jak najwięcej materiałów przed zapowiedzianą wizytą oficjeli z Brukseli. Ci byli pierwotnie oczekiwani w połowie tygodnia, ale zmienili plany i mieli pojawić się dopiero dziś, tym razem już na pewno, co Chloé zapowiedziała smsami wczesnym rankiem, każąc wszystkim członkom zespołu ubrać się do pracy w eleganckie stroje. Dotyczyło to w szczególności Emmy, która, zgodnie z przewidywaniem, została poproszona o reprezentowanie jednostki na oficjalnym obiedzie, jednak również reszta dostała zalecenie, by tego dnia wyglądać nienagannie.
Około dziesiątej w lokalu Centrum zameldowała się także ekipa z Grivegnée, w tym Cédric, który jako informatyk współpracujący z Izą i Martą usiadł wraz z nimi w jednym z pomieszczeń biurowych, by uzgodnić ostateczną szatę graficzną ich części wystawy. Praca przebiegała w atmosferze napiętego oczekiwania na mogących przybyć w każdej chwili gości, a toczona rozmowa, jak z zadowoleniem stwierdziła Iza, w żaden sposób nie wykraczała poza sprawy stricte zawodowe. Owszem, jej uwadze nie umknęły dyskretne, świetliste spojrzenia, jakie Marta od czasu do czasu rzucała na mężczyznę, ów jednak, pochłonięty swoim zadaniem, zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi i gdyby Iza nie wiedziała o ich niedzielnej wycieczce motocyklowej, nigdy by nie powiedziała, że ci dwoje znają się z innego kontekstu niż praca.
„Ale nie dajmy się zwieść, pozory często mylą” – pomyślała z humorem. – „Martusia niby interesuje się tylko jego motocyklem, ale to, jak na niego patrzy, sądząc, że nikt tego nie widzi, nie pozostawia złudzeń. Oj, podoba jej się ten Cédric i to bardzo… ciekawe, czy ona jemu też? Dla jej własnego dobra lepiej by było, żeby nic z tego nie wyszło, ale z drugiej strony, jeśli taki mały flircik miałby być jej terapią po Patryku, to czemu nie? Na szczęście mają za mało czasu, żeby rozwinąć skrzydła, chyba że pociągną kontakt po stażu, a to już by było zupełnie co innego. Jean-Pierre na przykład ciągnął znajomość do skutku, przyjeżdżał do Ani do Polski, aż wywalczył swoje… ale Cédric to przecież nie Jean-Pierre. A w ogóle to koniec rozpraszania się” – zdyscyplinowała się surowo. – „Muszę jak najszybciej przetłumaczyć ten komentarz do zdjęć z Łodzi, przecież jak zaraz przyjadą ci z Brukseli, to już nic się nie da dzisiaj zrobić!”
Mimo to wspomnienie Ani i Jean-Pierre’a jak zawsze uruchomiło serię skojarzeń, która nieuchronnie poprowadziła ją tam, gdzie zostawiła połowę swej duszy – do Majka. Im bardziej za nim tęskniła, tym silniej działało każde takie skojarzenie, jak to z Jean-Pierrem, który kiedyś, lata temu, odebrał mu marzenia… Odebrał je, owszem, ale czas pokazał, że to były po prostu właściwe koleje losu, bo szczęście czekało na Majka gdzie indziej i dużo później, nawet jeśli Natalia, jej zdaniem, nawet w ułamku procenta nie umywała się do Ani. Cóż, nie jej było to oceniać. Ona miała przed sobą tylko jedno zadanie – wytrzymać. A póki co uciekać, na ile tylko się da. Również myślami, choć to akurat było najtrudniejsze.
Majk nie dzwonił już od tygodnia, nie wysłał jej też w tym czasie ani jednego smsa. Iza interpretowała to jednoznacznie – nie miał dla niej czasu. Po co zresztą miałby go poświęcać na kontakt z nieobecną przyjaciółką, skoro całą jego teraźniejszość wypełniała codzienna obecność kogoś o wiele ważniejszego? Nic dziwnego, że wkręcony w wir słodkich wydarzeń nie myślał o niej za wiele, może nawet wcale, zwłaszcza jeśli sprawy szły po jego myśli na tyle, że coraz mniej potrzebował jej wsparcia i elfowej energii. Może nawet miał już na co dzień pełny dostęp do energii z innego, cenniejszego źródła? Zapewne. Ona jednak wolała wiedzieć o tym jak najmniej, dlatego sama również się nie odzywała i właściwie to nawet cieszyła się, że od paru dni nie docierają do niej z Lublina żadne nowe wieści.
Jedynym, czego się obawiała, było jutrzejsze spotkanie na mieście z Anią, o czym skojarzenie sprzed chwili przypomniało jej natychmiast. W środę wieczorem Ania zadzwoniła, prosząc o obiecane spotkanie we dwie, tym bardziej że w niedzielę mieli zaplanowane z Jean-Pierrem jakieś inne wyjście i nie będą mogli podjąć jej i Marty na obiedzie. Ania nie ukrywała przy tym, że tematem wiodącym miała być kontynuacja niedokończonej rozmowy na temat Majka i Natalii, o których, jak napomknęła mimochodem, miała jakieś nowe informacje od Justyny. Ta zapowiedź w zupełności wystarczała Izie do tego, by do spotkania nastawić się niechętnie, nie miała jednak za bardzo innego wyjścia – wszak nie wypadało jej odmówić.
Póki co jednak starała się myśleć o tym jak najmniej i skupiać się na wykonywaniu zleconych jej zadań, a im więcej ich było, tym lepiej – zgodnie z wypróbowaną od dawna metodą, najskuteczniejszym lekarstwem na smutki było rzucenie się w wir pracy, której zwłaszcza dziś nie brakowało. Dlatego kiedy po lokalach Centrum Kultury poszła wiadomość, że goście z Brukseli już dotarli i rozmawiają z Chloé w gabinecie, a w tym czasie reszta pracowników ma zameldować się w głównej świetlicy, gdzie za kilkanaście minut odbędzie się wspólne spotkanie, Iza z zadowoleniem zamknęła laptopa i udała się wraz z Martą i Cédrikiem w wyznaczone miejsce. Wizja kilku godzin ściśle zajętych sprawami zawodowymi uspokajała ją, mimo że na dnie serca nie przestawał tlić się maleńki, męczący płomyczek, którego nic nie mogło zagasić – chyba tylko śmierć.
Jak się jednak okazało, nawet takie krótkie pasmo duchowego spokoju nie było jej dane, bowiem kiedy do świetlicy zapełnionej kadrą Centrum i współpracownikami z Grivegnée wkroczyła Chloé w towarzystwie brukselskich gości, na widok jednego z nich Iza drgnęła jak oparzona. Niewiarygodne! Znała przecież tę twarz! Nie ulegało wątpliwości, że znała go doskonale, rozmawiała z nim niejeden raz… tam, w Lublinie… w Anabelli.
„Arthur Dubois!” – przypomniała sobie natychmiast nazwisko wypisane na wizytówce, którą kiedyś jej dał i którą zapewne nadal miała gdzieś w portfelu. – „Niemożliwe! Tutaj?! Co on tu robi, skoro pracuje w Warszawie?!”
Zdecydowanie to był Arthur Dubois, doradca do spraw współpracy z biznesem przy Ambasadzie Belgii w Warszawie. Iza rozpoznała go bez problemu, tym bardziej że miał na sobie dokładnie ten sam garnitur co na ostatnim balu sylwestrowym w Anabelli. Przed oczy wróciły jej obrazki z tamtego wieczoru, żarty z Arhurem o śniegu, który wówczas całkowicie zasypał Lublin, a także postać pięknej Sophie, jego polskiej towarzyszki, z którą również miło jej się rozmawiało. Bez dwóch zdań, to był on, a mimo to Iza wciąż nie mogła w to uwierzyć. Bo jak to możliwe, że ich drogi skrzyżowały się dziś akurat tutaj, w Liège, dokładnie w miejscu, w którym odbywała staż? Przecież taki zbieg okoliczności całkowicie wykraczał poza wszelki rachunek prawdopodobieństwa!
Co ciekawe, świetlica, w której się znajdowali, już drugi raz stała się miejscem niespodziewanego spotkania znajomej osoby – wszak półtora tygodnia temu wraz z Chloé wkroczył tu Cédric, którego obie z Martą znały z widzenia z lotniska, a który okazał się ich współpracownikiem przy przygotowywaniu wystawy. Jednak ranga obu tych zdarzeń była nieporównywalna! Cédric był przecież znajomym z pracy Jean-Pierre’a, spotkanie go w Liège, w dodatku w powiązanym kontekście zawodowym, nie było de facto niczym dziwnym, podczas gdy trafienie tu na Arthura było tak nieprawdopodobne, że niemalże graniczyło z cudem.
Jako że mężczyzna nie zauważył jej w tłumie, Iza mogła poprzyglądać mu się do woli, ledwo słuchając tego, co mówi Chloé. Kiedy głos zabrał facet w garniturze, który wyglądał na szefa brukselskiej delegacji i tak się zachowywał, Arthur usiadł tuż przy nim i słuchał z miną wyrażającą lekkie znudzenie, po czym sięgnął po przygotowane na środku stołu konferencyjnego butelki wody, nalał jej do kilku szklanek i uprzejmie zaserwował swoim towarzyszom. Wkrótce zasłonięto okna, by przedstawić delegatom prezentację ukazującą zawartość wystawy na temat współpracy międzynarodowej Walonii i postępy w jej przygotowaniu, a każdą kolejną część omawiali krótko oddelegowani do niej pracownicy. Jak już wcześniej zostało ustalone, część dotyczącą Europy Wschodniej miała omówić Emma, zaś tę związaną bezpośrednio z Polską Cédric, Chloé nie chciała bowiem obciążać zagranicznych stażystek takim stresem.
– Ah oui, la Pologne – poderwał się ze swojego miejsca Cédric, gdy na ekranie wyświetlił się odpowiedni slajd. – Pracujemy nad tym we troje, z tymi sympatycznymi dziewczynami z Polski, Isabelle i Marthe – wskazał na siedzące obok koleżanki. – Mamy już opracowane praktycznie wszystkie największe miasta w Polsce, współpracę biznesową i kulturalną…
Wyraźnie znudzony Arthur rzucił od niechcenia okiem na Cédrica, a następnie na jego towarzyszki i nagle, nawiązawszy kontakt wzrokowy z Izą, podskoczył jak ukłuty szpilką i wyprostował się na krześle ze skrajnie zaskoczonym wyrazem twarzy. Rozbawiona tą reakcją dziewczyna uśmiechnęła się do niego w półmroku i z powrotem przeniosła wzrok na ekran, na którym wyświetlono już kolejne slajdy, teraz już dotyczące Czech i Słowacji. Tymczasem Cédric, dokonawszy krótkiego omówienia slajdów, opadł z powrotem na swoje krzesło i szepnął coś do siedzącej obok Marty, ta zaś pokiwała tylko głową, nie odrywając wzroku od prezentacji.
„Niezły numer, co?” – pomyślała żartobliwie Iza pod adresem Arthura, którego uważny wzrok wciąż czuła na swojej twarzy. – „Ja też się zdziwiłam, cher Monsieur, a że nie widać tego po mnie, to tylko dlatego, że miałam więcej czasu, żeby się opanować.”
Kiedy prezentacja zakończyła się i znów odsłonięto okna, zerknęła kontrolnie na Arthura i zauważyła, że ów wciąż na nią patrzy, jakby niedowierzał, że to naprawdę ona. Nie miała jednak najmniejszych wątpliwości, że ją rozpoznał, a kiedy znów na chwilę spotkały się ich oczy, tym razem to on uśmiechnął się pierwszy. Niemniej okazja, aby zamienić słowo na osobności, trafiła się dopiero, kiedy zebranie zakończyło się, szeregowi pracownicy dostali polecenie powrotu na swoje stanowiska, a przedstawiciele brukselskiej delegacji i kilka osób wyznaczonych spośród miejscowych, w tym Emma, mieli udać się do pobliskiej restauracji na uroczysty obiad. Wówczas, korzystając z zamieszania panującego przy wejściu do świetlicy, Arthur zdołał na moment uwolnić się od swoich towarzyszy i bez wahania podszedł do Izy opuszczającej pomieszczenie w towarzystwie Marty, Cédrica i Romane.
– Bonjour, Isabelle! – rzucił, pełnym sympatii gestem kładąc jej na chwilę dłoń na przedramieniu. – Co za miła niespodzianka! Patrzę, patrzę i oczom nie mogę uwierzyć. To naprawdę pani?
Marta, Cédric i Romane, którzy przystanęli razem z nią, spojrzeli po sobie zaskoczeni.
– Naprawdę ja – uśmiechnęła się swobodnie Iza. – Mnie też trudno uwierzyć, że widzę pana tutaj, świat jest naprawdę mały. Ostatnią rzeczą, jakiej bym się spodziewała, to spotkać pana w Liège.
– No… w końcu jestem Belgiem – zauważył przekornie Arthur. – Więc może nie jest to aż takie dziwne, niż gdybyśmy spotkali się w Paryżu albo, dajmy na to, w Szanghaju, hmm?
– Racja! – roześmiała się. – To byłoby jeszcze dziwniejsze.
– Możemy zamienić dwa słowa na stronie? Przepraszam państwa bardzo – skłonił się uprzejmie towarzyszom Izy. – Zajmę pani tylko minutkę.
Cédric, Romane i Marta, w lot złapawszy aluzję, wycofali się i odeszli korytarzem, oglądając się jednak na nich co chwila z wciąż zadziwionymi minami.
– Dopiero teraz przypomniałem sobie, co mówiła pani o swoim belgijskim stażu, kiedy rozmawialiśmy ostatnim razem – podjął Arthur, przyglądając się z zastanowieniem Izie. – Co za niesłychany zbieg okoliczności, że trafiła pani akurat tutaj… jestem pod wrażeniem.
– Ja też – przyznała Iza. – Zwłaszcza że i pan trafił tutaj chyba dosyć przypadkowo? O ile pamiętam, pracuje pan w Warszawie.
– Już nie – odparł z lekkim zakłopotaniem. – Skończyłem współpracę z ambasadą, a właściwie kończę ją stopniowo… niemniej wróciłem już do Belgii i na razie nie zamierzam nigdzie się stąd ruszać. Faktem jest natomiast, że na stałe stacjonuję w Brukseli, a w Liège jestem tylko przejazdem, pod tym względem rzeczywiście można mówić o przypadku.
– Aha – zdziwiła się Iza. – Czyli pana przygoda z Polską już jest zakończona?
– Definitywnie. Muszę wyprostować jeszcze tylko kilka spraw i ten etap będzie ostatecznie zamknięty. Coś się kończy, coś się zaczyna, tak to jest, zwłaszcza w biznesie i w dyplomacji. Tak czy inaczej cieszę się, że panią widzę, Isabelle… naprawdę się cieszę. Bardzo miło wspominam pobyt w Lublinie i w restauracji Anabella, zarówno Dzień Francuski, jak i bal sylwestrowy, obydwa pod pani niezapomnianą egidą – uśmiechnął się. – Chyba na zawsze zapamiętam magiczną atmosferę tamtego miejsca, jest na swój sposób niezwykłe… mimo że nie wszystkie moje wspomnienia z nim związane ostatecznie okazały się pozytywne – spoważniał nagle i spochmurniał. – No, ale mniejsza o to – machnął lekko ręką. – Proszę mi powiedzieć, idzie pani z nami na obiad?
– Ach, nie – pokręciła głową. – Skąd znowu, taki zaszczyt jest poza moim zasięgiem. Do towarzyszenia panom wyznaczono od nas tylko kilka najbardziej reprezentatywnych osób, a ja jestem tu najmniejszym pionkiem, skromną stażystką z Polski. Nie nadawałam się nawet do omawiania polskich slajdów na prezentacji.
– Bzdura – wydął wargi Arthur, poprawiając sobie krawat. – To pewnie dlatego że jeszcze tu pani nie znają. No, ale dobrze, rozumiem… stażystka to stażystka. I tak a propos… wie pani co, Isabelle? – spojrzał na nią z namysłem. – Narzuca mi się w związku z tym pewna myśl, a raczej małe pytanie… kto wie, czy nawet nie propozycja… Ale to nie teraz – przerwał sobie stanowczo, zerkając w stronę kolegów, którzy wraz z Chloé patrzyli już na niego z daleka, dając do zrozumienia, że czekają. – Zdaje się, że muszę biec na ten nieszczęsny obiad.
– Dlaczego nieszczęsny? – uśmiechnęła się przekornie. – Słyszałam, że ma być pyszny i wystawny, a panowie na pewno są głodni po podróży.
– Też prawda – odwzajemnił jej uśmiech. – Jestem głodny jak wilk, ale nie pójdę na obiad, dopóki nie obieca mi pani, że dokończymy tę rozmowę. Skoro spotkaliśmy się w takich niezwykłych okolicznościach, to nie może być przypadek, ba, dla mnie to jest wręcz znak, że koniecznie trzeba to pociągnąć.
Iza drgnęła. Znak! Dokładnie to słowo przyszło na myśl i jej, kiedy tylko go tu zobaczyła. Tylko na czym mógł polegać ów znak?
– Musimy dokończyć tę rozmowę – zaznaczył stanowczo Arthur, dając sygnał towarzyszom, że już do nich idzie. – I to jeszcze dzisiaj, Isabelle.
Iza otworzyła szeroko oczy.
– Dzisiaj?
– Tak, zostajemy na noc w Liège – wyjaśnił jej pośpiesznie. – A ponieważ wieczór mam wolny, będę bardzo zobowiązany, jeśli pozwoli pani zaprosić się na kolację. Absolutnie bez żadnych podtekstów i zobowiązań – zastrzegł, widząc niepewność na jej obliczu. – Proszę się nie obawiać, nie jestem uwodzicielem, który szuka przygód w delegacji, w pani przypadku nawet nie śmiałbym… To, o czym chcę z panią porozmawiać, to sprawy czysto zawodowe.
– Zawodowe? – zdziwiła się jeszcze bardziej Iza.
– I nawet dobrze się składa, że odłożymy to do wieczora, bo najpierw sam muszę przemyśleć jedną rzecz… Niemniej, jak wiem z doświadczenia, intuicja jest czasami o wiele lepsza i skuteczniejsza od drobiazgowego planu. To co? Mogę liczyć na kolację w pani towarzystwie dziś wieczór? Proszę wybaczyć, że tak obcesowo nalegam, ale naprawdę muszę już iść – znów dał znak czekającym z coraz większą niecierpliwością kolegom. – A jutro rano wracamy do Brukseli, więc dziś będzie jedyna okazja na rozmowę. Być może jedyna i ostatnia w naszym życiu.
Słowa te zabrzmiały w uszach Izy jak wyrocznia, której wprawdzie nie rozumiała, ale której nie mogła się przeciwstawić. Coś na dnie duszy podpowiadało jej, że powinna przynajmniej dowiedzieć się, o co mu chodzi.
– Dobrze – zgodziła się brawurowo. – Gdzie?
– Spotkajmy się tu, przed wejściem do Centrum, przy masztach z flagami – odparł bez wahania Arthur. – To chyba jedyne miejsce w Liège, które oboje znamy na tyle, że może się nie zgubimy. Dziękuję, Isabelle. O dziewiętnastej.
– D’accord – powtórzyła. – Dziewiętnasta pod flagami. Będę. A pan niech już biegnie na ten obiad – dodała z uśmiechem. – Bo przełożeni zaraz zabiją za to nie tylko pana, ale i mnie!
Roześmiali się oboje, po czym Arthur ukłonił jej się uprzejmie i pośpiesznym krokiem, poprawiając na sobie marynarkę, ruszył ku grupce oczekujących. Iza wychwyciła wśród nich sylwetki Chloé i Emmy, które przyglądały jej się z daleka z wyraźnym zaintrygowaniem.
***
– Niesamowite, ależ ty masz znajomości! – pokręciła z uznaniem głową Marta, kiedy we dwie z Izą wracały do domu oświetlonymi słońcem uliczkami Liège. – Faktycznie, pamiętam go z sylwestra, chociaż skojarzyłam twarz dopiero, jak mi powiedziałaś. Przez tę waszą Anabellę przewala się chyba pół świata! Przyznaj się, wariatko, kogo jeszcze znasz w tej Belgii? Może samego króla?
– Nie, króla akurat nie – zapewniła ją wesoło Iza. – Ale kto wie? Może to tylko kwestia czasu?
– O, na pewno! – prychnęła Marta. – Znając twoje możliwości, nawet mnie nie zdziwi, jak na jakiejś imprezie król Belgów podejdzie i zapyta, co u ciebie. A tak serio, to wszystkim nam kopary poopadały, jak gostek zaczepił cię i przywitał się jak ze starą kumpelą. Najlepsza była mina Chloé! – zaśmiała się. – Chyba pożałowała, że na ten obiad wytypowała Emmę, a nie ciebie!
– Nic straconego – odparła spokojnie Iza. – I tak się nie wywinę, jak nie obiad, to kolacja.
– To znaczy? – zdziwiła się Marta.
– O dziewiętnastej idę z Arthurem na kolację – wyjaśniła. – I sorry, Martuś, ale idę sama.
Marta aż przystanęła na środku chodnika.
– Arthur zaprosił cię na kolację?
– Aha. To było takie zaproszenie na spontanie – zaznaczyła. – No chodź, co tak stoisz? Mówi, że chce ze mną pogadać, po prostu dokończyć rozmowę, bo po tym zebraniu nie było czasu, a dopiero wieczorem będzie wolny. No to zgodziłam się, w sumie co mi szkodzi? Oni jutro wracają do Brukseli, więc w sumie faktycznie jedyna okazja, zwłaszcza że on już nie pracuje w Polsce.
– No, no! – pokiwała z uznaniem głową Marta, ruszając posłusznie dalej. – Ciekawy zbieg okoliczności! Jesteś pewna, że on tego nie ukartował?
Iza popukała się wymownie palcem w czoło.
– Niby jak? Przecież nie miał pojęcia, że mnie tu spotka. I zresztą po co miałby coś kartować?
– Może mu się podobasz?
– Nie przesadzaj – skrzywiła się. – Nic z tych rzeczy, to był czysty przypadek, sam zresztą podkreślił, że nie ma w tym żadnych podtekstów. Poza tym on jest w związku, nie pamiętasz Sophie? Była z nim na balu sylwestrowym.
– A tak, faktycznie, pamiętam – przyznała Marta. – Bardzo ładna i miała mega sukienkę… zresztą i tak, sądząc na oko, typ jest od ciebie z dziesięć lat starszy, może nawet piętnaście? Jak dla mnie odpadałby w przedbiegach. Nie no, spoko, nie napinaj się tak, Iza! – zaśmiała się na widok zniesmaczonej miny koleżanki. – Przecież żartuję sobie tylko, po prostu jestem pod wrażeniem twoich znajomości. Czyli co? Dzisiaj zjem kolację sama?
– Niestety. A co gorsza jutro też, bo już umówiłam się z Anią na mieście i pewnie posiedzimy do wieczora. Przepraszam, Martusiu, tak mi się jakoś skomasowało, nie planowałam tego.
– Spokojnie, poradzę sobie – uśmiechnęła się podstępnie Marta. – Skoro zostawiasz mnie samą na dwa wieczory, to muszę zadbać o siebie i cóż… chyba jednak przyjmę zaproszenie od Cédrica.
– Zaproszenie od Cédrica? – powtórzyła podejrzliwie Iza, sięgając do klamki drzwi wejściowych, doszły już bowiem do swojej kamienicy.
– Aha – odparła beztrosko. – I co się tak na mnie gapisz? Zaprosił mnie na powtórkę z zeszłego tygodnia, podobna przejażdżka motocyklowa, ale inną autostradą, na zachód od Liège. Tym razem tylko we dwoje, bez Emmy i Martina, Emma zresztą w ten weekend nie ma czasu, z góry to zapowiedziała. Dlatego wahałam się, ale skoro tak mnie wystawiasz na cały weekend, to chyba jednak się zgodzę… Zwłaszcza że Cédric obiecał znowu dać mi kierownicę przynajmniej na dwadzieścia albo trzydzieści kilometrów, a to dla mnie argument nie do przebicia. No co? Przecież nie będę siedzieć sama pół weekendu w domu, nie?
– Oj, Martuś – pokręciła z rozbawieniem głową Iza, kłaniając się z daleka recepcjonistce, którą mijały po drodze do klatki schodowej. – To jest czysta manipulacja z twojej strony, myślisz, że tego nie widzę? Sama mnie prosiłaś, żebym cię pilnowała, a niby jak mam to zrobić? Perfidnie wykorzystujesz sytuację!
– I nic na to nie poradzę – rozłożyła ręce Marta, komicznie udając bezradność. – Muszę dbać o sprawiedliwość, a skoro ty co wieczór włóczysz się po mieście ze swoimi znajomymi, to ja przynajmniej na to konto kajtnę się na motocyklu. Nie bój się – uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo, kiedy obie wspinały się już po schodach. – Jestem twardsza, niż myślisz, mnie naprawdę chodzi tylko o Harleya. No… tak w dziewięćdziesięciu procentach – zaznaczyła i obie parsknęły śmiechem. – Ale chyba nie będziesz czepiać się o głupie dziesięć, co?
***
– Dziękuję za przyjęcie zaproszenia, Isabelle – skłonił się Arthur, kiedy oboje z Izą zasiedli w niewielkiej knajpce w jednej z urokliwych bocznych uliczek i złożyli zamówienie na tartę warzywną. – I jeszcze raz przepraszam za ten spontaniczny pomysł, chyba pierwszy raz w życiu zadziałałem tak zdecydowanie pod wpływem impulsu. Kiedy zobaczyłem pani twarz w głębi sali, nie mogłem uwierzyć, że spotykam panią w takim miejscu… a jednocześnie od razu mnie tknęło, czy to nie jest sygnał od tak zwanego losu – uśmiechnął się. – Miewam czasem takie przypadki, a pani?
– Ja też – odwzajemniła mu uśmiech Iza. – Choć przyznam, że nie rozumiem, na czym ten znak od losu miałby polegać, jeśli chodzi o pana i o mnie.
– Już tłumaczę. Pomimo spontanicznego charakteru tego spotkania, przygotowałem się do tej rozmowy lepiej, niż pani myśli, mianowicie czas od obiadu wykorzystałem na wykonanie kilku telefonów i ogólne przemyślenie sprawy. Wprawdzie nadal nie jestem pewien, czy coś z tego wyjdzie, ale przynajmniej chcę spróbować. Mówiąc krótko, spadła mi pani dziś jak gwiazdka z nieba.
– Naprawdę? – zdziwiła się.
– Mhm. Tak się składa, że akurat pilnie poszukuję osób o dokładnie takim profilu jak pani. Proszę mi powiedzieć… wiem, że to niezręczne pytanie, kiedy kieruje się je do kobiety, ale muszę je zadać… Ile pani ma lat?
– Dwadzieścia trzy i pół – odparła bez wahania i z lekkim rozbawieniem Iza. – W tym wieku chyba jeszcze nie muszę się tego wstydzić?
– Absolutnie nie – zapewnił ją wesoło Arthur. – Wręcz przeciwnie. Czyli jest pani w wieku poniżej dwudziestu sześciu, ma pani też, jak zrozumiałem, status studentki, prawda?
– Tak jest. W tej chwili jestem na stażu studenckim, ale od kwietnia wracam na uczelnię. W tym roku będę bronić licencjat.
– Idealnie… a raczej prawie idealnie – skrzywił się lekko. – Mówi pani, licencjat? Sądziłem, że bliżej pani już do magisterium.
– Miałam dwuletnią lukę w edukacji – wyjaśniła spokojnie.
– Tak, tak, rozumiem – machnął ręką. – To w sumie nie przeszkoda, musiałaby pani tylko zobowiązać się do podjęcia studiów magisterskich i ukończenia ich, docelowo wymagane jest pełne wykształcenie wyższe. Obojętnie na jakim kierunku – zaznaczył – bo i tak najbardziej liczy się doświadczenie w sferze biznesu… produkcji, handlu, usług, wszystko jedno… a takie doświadczenie pani posiada i to, jak zdążyłem zauważyć, wcale niemałe.
Iza patrzyła na niego podejrzliwie znad porcji tarty, którą kelner właśnie zestawił przed nią na blat stolika. Podziękowała mu skinieniem głowy.
– Dziękujemy – uśmiechnął się do niego Arthur, przysuwając bliżej swój talerz i sięgając po sztućce, po czym znów zwrócił się do swej towarzyszki. – Widzę pani zdziwienie, Isabelle. Zaraz wszystko pani wyjaśnię, chcę tylko wiedzieć, na ile mogę rozmawiać z panią o mojej propozycji, gdyż ma ona pewne ograniczenia. Jednak wychodzi na to, że nie myliłem się i przynajmniej w teorii spełnia pani wszystkie warunki formalne do tego, bym mógł przedstawić kolegom z Warszawy pani kandydaturę.
– Moją kandydaturę? – otworzyła szeroko oczy Iza. – Kolegom z Warszawy?
– Tak, o ile oczywiście zgodzi się pani podjąć to wyzwanie – zaznaczył Arthur. – Nie ukrywam, że jest ono ambitne i wymagałoby od pani trochę wysiłku, a przede wszystkim zmian o charakterze logistycznym, ale w zamian miałaby pani, jak mniemam, bardzo pożądaną perspektywę rozwoju zawodowego. Chodzi o pracę w nowej, profesjonalnej komórce dyplomatycznej do spraw współpracy biznesowej między Belgią i Polską, która powstaje w Warszawie – wyjaśnił. – To wersja rozwojowa jednostki, w której sam dotychczas pracowałem, ale z której niestety z pewnych względów musiałem się wycofać. Pozostały mi jednak pewne zobowiązania wobec kolegów, których opuściłem w dość nagłych okolicznościach, w związku z czym obiecałem, że jeszcze przez jakiś czas będę im pomagał w organizowaniu placówki, zwłaszcza w kompletowaniu kadry.
– Ach… rozumiem – szepnęła Iza, czując gwałtowny ścisk serca.
Natychmiast, jak na komendę, w jej pamięci zgodnym chórem rozbrzmiały głosy przyjaciół i znajomych od dawna mówiących o rozwoju jej kariery zawodowej i konieczności porzucenia pracy w Anabelli na rzecz czegoś ambitniejszego. Ta wizja prześladowała ją nie od dziś, jednak jeszcze nigdy nie przybrała tak wyraźnego i konkretnego kształtu jak perspektywa, którą właśnie zaczynał przed nią szkicować Arthur. Dopiero szkicować, wstępnie i niezobowiązująco… lecz ona już wiedziała, że nie będzie mogła tego zignorować. Owszem, w jej duszy jak zawsze odezwał się naturalny bunt przeciw opuszczeniu firmy Majka, ale obok niego majaczyła też świadomość, że nie może zamykać przed sobą żadnej furtki. Wymagała tego elementarna odpowiedzialność za własny los oraz coś, co na ten moment było chyba jeszcze ważniejsze – instynkt samozachowawczy.
In fuga salus – słowa księdza Tomasza zadudniły jej w uszach monumentalnym echem, jakby dobiegały z wnętrza ogromnego kościoła.
A jeśli Bóg w ten niespodziewany, niemal nieprawdopodobny sposób podpowiadał jej najlepszą drogę ucieczki? Obiecała Mu wszak, że nie będzie ignorować żadnych znaków, nawet jeśli to będzie bolało. Owszem, bolało… bolało już teraz, bardzo… wystarczyło, że wyświetliła sobie w pamięci ukochaną twarz Majka, że wyobraziła sobie pojawiający się na niej wyraz wyrzutu i rozczarowania… Tak, lecz przecież na razie to była tylko opcja, na którą wcale nie musi się decydować, po prostu nie powinna z góry jej wykluczać. Póki co wystarczy posłuchać i dowiedzieć się czegoś więcej.
– Już na samym początku, kiedy stanąłem przed tym zadaniem, przyszła mi na myśl pani osoba, Isabelle – ciągnął Arthur. – Zapamiętałem panią bardzo pozytywnie z tych kilku wypadów do Lublina i pomyślałem o pani wręcz automatycznie, ponieważ jednym z profili, których poszukujemy do zespołu, są posługujący się biegle językiem francuskim młodzi Polacy do lat dwudziestu sześciu w momencie zatrudnienia, najlepiej ze statusem studenta, który w polskim prawie daje kolejne przywileje, a przede wszystkim, jak wspomniałem, posiadający już niejakie doświadczenie w sferze biznesu, najlepiej o charakterze zarządczym. Jak widać, wpisuje się pani w te warunki idealnie. Oczywiście to była tylko taka krótka myśl, spontaniczny impuls czy też raczej skojarzenie, któremu ostatecznie nie poświęciłem za wiele uwagi, nie planowałem bowiem jeżdżenia po Polsce i osobistego zbierania kandydatur. Ale kiedy zobaczyłem panią tutaj, w Liège… rozumie pani – uśmiechnął się do niej znacząco. – W tym kontekście to było dla mnie jak grom z jasnego nieba. Grom oczywiście bardzo pozytywny i inspirujący.
Iza pokiwała powoli głową z niezbyt przekonaną miną.
– Wiem, że panią zaskoczyłem – mówił dalej Arthur, poważniejąc. – Domyślam się, że zważywszy na te dzisiejsze, całkowicie przypadkowe okoliczności, spodziewała się pani z mojej strony różnych wyskoków, ale może nie akurat takiej propozycji. Niemniej jest ona poważna i jak śmiem twierdzić, naprawdę atrakcyjna, również finansowo. Gdyby pani się zdecydowała i sprawdziła na stanowisku, na które zaproponowałbym pani kandydaturę, za jakiś czas mogłaby pani zarabiać naprawdę przyzwoite pieniądze, nie wątpię, że nieporównywalnie większe niż w pani obecnej pracy. Z całym szacunkiem – zaznaczył, podnosząc w górę palec – ale byłaby to dla pani o wiele bardziej rozwojowa ścieżka niż dalsze zatrudnienie w bądź co bądź prowincjonalnej restauracji. Swoją drogą… czy posiada pani jakieś własne udziały w tym biznesie? Mam na myśli Anabellę.
– Nie – pokręciła głową Iza. – Jestem tam zatrudniona tylko na umowę o pracę.
– Tym lepiej – stwierdził z nieskrywaną satysfakcją. – Jest pani w takim razie idealną kandydatką, oczywiście w tym konkretnym profilu, bo wiadomo, że nie jest on jedyny w całym przedsięwzięciu, niemniej najmłodszy przedział wiekowy ma szczególny potencjał na przyszłość. Proszę mi zatem powiedzieć, Isabelle, żebym na darmo nie strzępił języka… czy byłaby pani wstępnie zainteresowana złożeniem swojej kandydatury, a przynajmniej czy nie ma jakichś fundamentalnych przeciwwskazań, które by to z góry wykluczały? Jeśli nie ma, chętnie wyłożę pani szczegóły i odpowiem na wszystkie pani pytania. Jest rzeczą oczywistą, że przed podjęciem decyzji musiałaby pani gruntownie ją przemyśleć, chodzi mi tylko o wstępne rozeznanie, czy dla pani taka opcja w ogóle wchodzi w grę.
Iza powoli nabrała powietrza w płuca, trochę grając na czas, a trochę po to, by choć odrobinę rozluźnić ściśnięte na kamień serce.
– Rzeczywiście, zaskoczył mnie pan – przyznała ostrożnie. – Nie spodziewałam się takiej rozwojowej propozycji, zwłaszcza tak znienacka. Niemniej, jeśli chodzi o pana pytanie i o fundamentalne przeciwwskazania to… nie, a priori nie ma takich. Co prawda na ten moment mam ustabilizowaną sytuację w Lublinie, studiuję i pracuję w miejscu, które bardzo lubię, planuję też kontynuację nauki na studiach magisterskich na tym samym kierunku i uczelni, gdzie jestem teraz… ale nie mam żadnych zobowiązań nie do przeskoczenia – dodała ciszej, z głębokim, kłującym bólem w sercu. – Dlatego, chociaż nie mogę w tym momencie nic zadeklarować, chętnie posłucham, na czym by to ewentualnie polegało.
– Świetnie! – ucieszył się Arthur. – Już pani mówię. Dosłownie dwie godziny temu dzwoniłem do kolegi z Warszawy, żeby uzgodnić szczegóły na wypadek, gdyby była pani zainteresowana, na co, nie ukrywam, bardzo ale to bardzo liczyłem. Docelowo widziałbym panią w obszarze związanym z sektorem usług, w szczególności gastronomii, w której ma pani największe doświadczenie, choć wydaje mi się, że wspominała pani kiedyś, że swego czasu pracowała też w handlu?
– Tak. Razem z siostrą, a wcześniej też z mamą prowadziłyśmy rodzinny sklep – odparła rzeczowo, uznając, że tylko skupienie uwagi na merytoryce pozwoli choć trochę wyciszyć ów przejmujący, ogłuszający ból serca. – Robiłyśmy tam wszystko same od A do Z. Mam też certyfikat księgowej i praktyczne doświadczenie w tym zakresie.
– Rewelacja – uśmiechnął się z satysfakcją mężczyzna, wskazując jej prawie nienaruszoną porcję tarty. – Ale proszę jeść, Isabelle, wystygnie pani, a zimna nie jest już tak smaczna jak ciepła.
Iza posłusznie sięgnęła po widelec, nadziała nań kawałek tarty i podniosła go do ust. Co ciekawe, potrawa zmieniła teraz smak i zdawała się być gorzka, jakby ktoś dosypał do niej piołunu. Nie zdziwiło jej to wcale, pamiętała bowiem dobrze to subiektywne zjawisko zmiany smaku potraw pod wpływem czynnika psychologicznego – zanotowała je już raz w rozmowie z Lodzią na temat balu w Nałęczowie. I wtedy powód był właściwie ten sam.
Majk. Majk, który wówczas oglądał z Natalią noworoczny księżyc… Majk, który teraz, tam, w Lublinie, cieszył się obecnością nowej Anabelli, o niej, Izie, nie pamiętając już chyba wcale, skoro przez ostatni tydzień nie wysłał do niej nawet jednego króciutkiego smsa. Majk, którego kochała całą duszą, lecz którego zaufanie właśnie zdradzała, na razie jeszcze nie czynem, a tylko myślą, ewentualnością zamiaru… Ale przecież nie robiła tego z własnej woli, wcale tego nie chciała! Odpowiadała tylko na znaki, które obiecała uczciwie czytać i rozpoznawać, a nie miała wątpliwości, że spotkanie z Arthurem było jednym z nich. I może to naprawdę była dla niej jedyna droga ratunku? Droga niechciana, bolesna, pełna cierni… ale może jedyna, która mogła uratować ją przed cierpieniem nie do zniesienia?
– Nie mam wątpliwości, że z takim profilem i doświadczeniem poradziłaby pani sobie znakomicie – ciągnął Arthur. – Niemniej o docelowej perspektywie teraz jeszcze za wcześnie rozmawiać, szkicuję ją pani dzisiaj tylko poglądowo. Na początek, zanim doszłoby do właściwego zatrudnienia, musiałaby pani przejść przez dwa etapy wstępne, które pozwolą zarówno pani, jak i nam podjąć świadomą decyzję o współpracy.
– Rozumiem – skinęła głową Iza. – Jakie to etapy?
– Pierwszym byłby dwutygodniowy staż w Warszawie, ustaliłem z kolegą, że odbyłby się w maju, najlepiej byłoby rozpocząć go tuż po weekendzie majowym. Domyślam się, że wprowadziłoby to u pani perturbacje w zajęciach na uczelni, ale z tym musiałaby pani jakoś sobie poradzić, ponieważ stała obecność na miejscu, w naszej warszawskiej placówce, wymagana jest na tym etapie bezwzględnie. Byłyby to dwa tygodnie na zaznajomienie się z warunkami pracy i decyzję obu stron co do kontynuacji. Następnie, zakładając, że zostałaby podpisana umowa, czekałby panią drugi etap, czyli miesięczny okres próbny, którego początek można przesunąć na czerwiec, ponieważ zdajemy sobie sprawę, że potrzebne będzie pani okno czasowe na wygaszenie obecnej umowy o pracę.
– Tak – szepnęła blado Iza, drżącą ręką podnosząc do ust widelec z kolejną porcją tarty.
– Wreszcie, po okresie próbnym, od lipca lub od sierpnia możliwe będzie podpisanie regularnej umowy o pracę, na początek na rok, ale potem, jeśli sprawdzi się pani i sama też będzie pani zadowolona, można będzie rozważyć zatrudnienie na czas nieokreślony. Podejrzewam wprawdzie, że o umowie na stałe będzie można rozmawiać dopiero, jak skończy pani studia magisterskie, ale perspektywa jest otwarta, a ścieżki rozwoju, jakie możemy pani zaoferować, są naprawdę atrakcyjne. My z kolei potrzebujemy właśnie takich ludzi jak pani, więc byłaby to transakcja wiązana. Jak pani się na to zapatruje, Isabelle?
– Przede wszystkim bardzo panu dziękuję – odparła Iza, z trudem wyduszając z siebie słowa, jednak z wierzchu starając się zachować spokojny i profesjonalny wygląd. – Za to, że w ogóle pomyślał pan o mnie… to dla mnie wielki zaszczyt i wyróżnienie, którym nadal jestem bardzo zaskoczona. Dziękuję też za opisanie mi warunków, terminów i tak dalej, nie ukrywam, że trochę przerasta mnie tempo, jakie musiałabym narzucić sobie na całkowitą reorganizację życia, ale rozumiem, że to jest oferta à prendre ou à laisser[*]. Na ten moment nie jestem w stanie podjąć decyzji, jak pan słusznie zauważył, musiałabym to przemyśleć, zastanowić się, co zrobić ze studiami, mieszkaniem i tak dalej…
– No, na studia magisterskie niewątpliwie musiałaby pani przenieść się do Warszawy – zauważył Arthur. – I być może rozważyć tryb zaoczny, o ile taka formuła istnieje na pani kierunku. Może pani zresztą zmienić i kierunek… wszystko jest do przemyślenia, niemniej docelowo będzie wymagane pełne wykształcenie wyższe.
– Rozumiem. Dlatego właśnie mówię, że na ten moment taka wizja totalnie mnie przerasta, przyjęcie pana propozycji wymagałoby ode mnie istnej życiowej rewolucji i to w bardzo krótkim czasie, ale bynajmniej nie wykluczam, że ją rozważę. Jest to dla mnie na pewno wielka szansa na rozwój zawodowy, choć tak ambitna, a do tego tak niespodziewana, że aż się jej boję. Proszę dać mi trochę czasu na przemyślenie sprawy, dobrze?
– Ależ oczywiście, Isabelle! – zapewnił ją ciepło Arthur. – Czas na rozważenie propozycji to rzecz całkowicie naturalna, nikt nie wymaga od pani natychmiastowej decyzji. Ja niestety jutro rano wracam do Brukseli, ale wymienimy się numerami telefonów i będziemy w kontakcie, dobrze? Swego czasu, zdaje się, dałem pani kontakt do mnie, ale ponieważ to był jeszcze kontekst polski, dziś jest już nieaktualny. Podam pani nowy numer – sięgnął do wewnętrznej kieszeni swej eleganckiej marynarki, wyciągając z niej czarny skórzany kartownik. – O, proszę… tu jest moja wizytówka. A na tej drugiej na odwrocie proszę zapisać mi swój numer, chcę go mieć na wszelki wypadek.
Iza pokiwała głową i z sercem wciąż ściśniętym w harmonijkę zanotowała swój numer na wskazanym miejscu, po czym oddała mu karteczkę, a sama wsunęła jego wizytówkę do zamykanej przegródki w torebce.
Zdrada! – krzyczał jakiś uparty, rozpaczliwy głos z dna jej duszy. – Nie rób tego, Iza! Nie możesz mu tego zrobić!
Jednocześnie alternatywny głos rozsądku uspokajał ją i nakazywał ignorować ów emocjonalny krzyk. Bo czy wymieniając z Arthurem numery telefonów, robiła coś złego? Nie podjęła przecież jeszcze żadnej decyzji, niczego mu nie obiecała, dawała sobie tylko szansę. Najzwyczajniej w świecie nie zamykała furtki dla potencjalnie spektakularnej kariery zawodowej, która tak niespodziewanie stanęła przed nią otworem, i pozostawiała sobie czas na przemyślenie tej opcji. Czy to była zdrada? Bez przesady.
– Pomyślałem też, że moglibyśmy spotkać się raz jeszcze tu, w Belgii – dodał z zastanowieniem Arthur. – Niestety nie będę mógł być obecny pod koniec marca na otwarciu wystawy w Liège, ale dostaliśmy obietnicę, że pierwszego kwietnia na jeden dzień zostanie ona przewieziona na targi biznesowe do Brukseli. A tam będę już na pewno. Czy jest szansa, że i pani pojawi się na niej, Isabelle?
– Niestety nie – pokręciła głową Iza, zapinając zamek torebki i odkładając ją na sąsiednie puste krzesło. – Pierwszego kwietnia wracam do Polski, razem z koleżanką mamy już zarezerwowane bilety lotnicze.
– A nie wchodzi w grę przesunięcie wylotu o jeden dzień? Mogłyby panie przebukować bilety i lecieć do Polski z Brukseli. Co więcej, na targach ma być mój kolega z Warszawy, którego chętnie bym pani przedstawił. Podejrzewam, że i on będzie wracał do Polski drugiego kwietnia, prawdopodobnie tym samym samolotem… Proszę to przemyśleć, Isabelle.
Iza pokręciła głową, znów przepełniona znajomą falą buntu. Jeden dzień… niby nic, ale gdyby ten Arthur wiedział, ile to dla niej znaczyło! Jednak z drugiej strony, skoro nie wykluczała tamtego, dlaczego miałaby wykluczać to? Zwłaszcza że kaliber decyzji był zupełnie inny, a ona chętnie zobaczyłaby Brukselę. W Lublinie Majk poradzi sobie bez niej jeszcze jeden dzień dłużej, czy zresztą w swoim słodkim życiowym zamieszaniu w ogóle zauważy jej nieobecność? Skoro od tygodnia nawet nie wysłał smsa… Nawet jednego cholernego smsa! Wyprostowała się na krześle zdecydowanym gestem.
– Przemyślę – obiecała. – Mamy na to jeszcze dwa tygodnie, porozmawiam z koleżanką i zastanowimy się. Tyle że pewnie wtedy jechałybyśmy do Brukseli prywatnie – zaznaczyła – bo w przypadku wystawy decyzja należy nie do nas, tylko do Chloé. To ona musiałaby włączyć nas w skład delegacji.
– O to proszę się nie martwić, załatwię to z nią – uśmiechnął się. – To akurat najmniejszy problem, byle z pani strony było zielone światło.
– Dobrze – pokiwała głową. – Dziękuję. Dam panu znać.
– Wspaniale. Mam nadzieję, że ten plan się uda.
Iza uśmiechnęła się leciutko. Ściśnięte na kamień serce prawie uniemożliwiało jej oddychanie, ale cóż. Trzeba się ćwiczyć w oddychaniu bez powietrza, przed nią jeszcze nie takie wyzwania.
– Czyli nie pracuje pan już w Polsce? – zagadnęła, aby zmienić temat na jakiś inny, choć odrobinę lżejszy. – Ale de facto, pomagając kolegom z Warszawy, jedną nogą jeszcze pan tam tkwi?
Arthur skrzywił się.
– Można tak to ująć – zgodził się. – Choć mam nadzieję, że już niedługo, zależy mi, żeby do połowy roku wykaraskać się już definitywnie z tych zobowiązań. Swoją drogą widzę pewną analogię, która mogłaby pomóc pani w podjęciu decyzji… – spojrzał na nią uważniej. – Wspomniała pani przed chwilą, że gdyby przyjęła pani moją propozycję, wiązałoby się to z koniecznością wywrócenia życia do góry nogami, wprowadzenia w nie błyskawicznej rewolucji. Owszem, nie ukrywam, że tego wymagałaby sytuacja, jednak proszę mi wierzyć, że to się da zrobić, czego ja sam jestem najlepszym przykładem. Rozumiem panią o tyle dobrze, że akurat w ostatnich dwóch miesiącach taką właśnie radykalną rewolucję byłem zmuszony przeprowadzić w swoim własnym życiu… właściwie to nadal jestem w trakcie jej przeprowadzania i pewnie jeszcze trochę potrwa, zanim w pełni ustabilizuję się w nowym stanie rzeczy.
– Niewątpliwie – zgodziła się grzecznie. – Skoro zmienia pan nie tylko miejsce pracy, ale i kraj zamieszkania, to jest to o wiele większa rewolucja niż ta, która ewentualnie czekałaby mnie. A jak na wyprowadzkę z Polski reaguje pani Sophie? Nie jest rozczarowana?
Twarz Arthura oblekła się ciemną chmurą. Nerwowym gestem sięgnął po serwetkę, zmiął ją w dłoni i rzucił na pusty talerz po tarcie.
– Tak się składa, że to wszystko z jej powodu – odparł niechętnie. – Zmiany w moim życiu zawodowym zostały niestety wymuszone przez zmiany w życiu osobistym… bardzo złe zmiany, po których prawdopodobnie jeszcze bardzo długo się nie pozbieram. Ale wybaczy pani, Isabelle… nie chcę o tym mówić.
– Oczywiście, przepraszam – wycofała się natychmiast Iza. – Nie wiedziałam, że dotykam tak delikatnego tematu… To ja proszę o wybaczenie, nie chciałam, naprawdę.
– Nic nie szkodzi – uśmiechnął się smutno mężczyzna. – Takie przecież jest życie, nikt nam nie obiecywał, że będzie zawsze usłane różami. Tak czy inaczej, z racji tego, że musiałem w trybie nagłym zerwać kontrakt w Warszawie i wrócić do Brukseli, nie ze wszystkich zobowiązań mogłem się wycofać i urwać to jednym samurajskim cięciem. Teraz zapewne kontekst mojej obecności tutaj jest dla pani nieco bardziej zrozumiały niż wcześniej, zresztą może to i dobrze… Pomijając wszystko, lubię z panią rozmawiać, Isabelle. Ma pani w sobie coś takiego, że samo przebywanie w pani obecności sprawia przyjemność i autentycznie uspokaja nerwy. Wróćmy jednak do tematu mojej propozycji, dobrze? – dodał bardziej oficjalnym tonem. – Zanim zacznie pani ją rozważać, proszę nie krępować się i póki tu jesteśmy, zadać mi wszelkie pytania, jakie przyjdą pani na myśl. Postaram się odpowiedzieć na nie w sposób jak najbardziej wyczerpujący i rozwiać wątpliwości, które w tej sytuacji są przecież całkowicie naturalne.
– Dobrze – pokiwała głową wciąż zmieszana swą niezręczną wpadką Iza. – Rzeczywiście mam jeszcze kilka pytań, które ad hoc przychodzą mi do głowy.
– Więc proszę zadawać mi je po kolei, a ja będę odpowiadał – odparł ciepło Arthur. – Możemy zostać tu tak długo, aż temat się wyczerpie, albo aż nas stąd wygonią. Ale póki nas nie wyganiają zamówmy sobie coś jeszcze, hmm? – zaproponował, sięgając po odłożoną na brzeg stolika kartę z menu i podając jej uprzejmym gestem. – Widzę, że tartę ledwie pani ruszyła – wskazał na jej talerz – więc wnioskuję, że albo pani nie smakowała, albo nie była pani bardzo głodna. A może woli pani dla odmiany coś na słodko? Na przykład filiżankę gorącej czekolady?
– Nie, chętnie dokończę moją tartę, bardzo mi smakuje – zapewniła go pośpiesznie Iza, z powrotem chwytając za sztućce. – Przepraszam, tak mnie pan zaskoczył tą rozmową, że z wrażenia zapomniałam o jedzeniu… ale już to nadrabiam, zwłaszcza że tarta jest przepyszna i jeszcze chyba nawet do końca nie wystygła.
___________________________________________________
[*] C’est à prendre ou à laisser (fr.) – dosł. bierzesz albo zostawiasz, to nie podlega negocjacji.