Anabella – Rozdział CCLI
– Nie, one teraz nie mogą – zaprotestowała Chloé, zwracając się do Cédrica, który przed południem zameldował się w Centrum Kultury i odszukał Izę i Martę, oznajmiając, że ma teraz pasmo na to, by popracować nad polską częścią wystawy. – Za dziesięć minut mają trzygodzinny dyżur w sklepie z pamiątkami, Romane dzisiaj nie ma, Emma nie może zostać sama z całą obsługą, a ja w tym momencie nie mam nikogo innego na zastępstwo.
– No, ale ja celowo przełożyłem sprawy w pracy na popołudnie, żeby teraz podziałać u was – skrzywił się z niezadowoleniem Cédric. – Chcę to zacząć przed weekendem, potem nie wiadomo, kiedy będę mógł, a czas podobno was goni, tak czy nie?
– Mogłeś najpierw to z nami skonsultować – zauważyła z chłodną uprzejmością Chloé. – Wystarczyłby jeden telefon i znaleźlibyśmy rozwiązanie, a skoro przyjeżdżasz bez zapowiedzi, to czego oczekujesz? Dziewczyny też mają zaplanowane działania na dzisiaj, a tak się akurat złożyło, że teraz nie mogą i już. Za trzy godziny tak, ale nie teraz.
– Za trzy godziny! – prychnął Cédric, zerkając na Izę i Martę, które przysłuchiwały się tej rozmowie w milczeniu i ze zdezorientowanymi minami. – Chyba żartujesz! Za trzy godziny to ja muszę być z powrotem w Grivegnée, nikt mnie tam z pracy nie zwalnia, mam do wykonania swoje obowiązki. Nie da się przełożyć im jakoś tego dyżuru w sklepie? Serio nie macie nikogo na zastępstwo?
– Serio. Gdyby Romane była dzisiaj w pracy, nie byłoby problemu, ale akurat wzięła urlop okolicznościowy i Emma jest sama, a zapowiedzianych jest kilka wycieczek… plus klienci niezapowiedziani, wiesz dobrze, jak to u nas wygląda przed weekendem. Nie ma opcji, żeby została z tym sama, potrzebuje kogoś do pomocy, a dziewczyny mają to wpisane w plan już od poniedziałku.
– Merde! – zaklął wyraźnie poirytowany Cédric. – Chcesz mi powiedzieć, że przyjechałem tu na darmo?
– Zaraz, może da się to jakoś rozwiązać – odezwała się pojednawczo Iza, przyglądając mu się z zastanowieniem. – Rzeczywiście to bez sensu, żebyś musiał wracać, jak akurat masz czas na popracowanie z nami nad wystawą… ale prawdą jest też to, że Emma nie może dzisiaj zostać sama w sklepie z tłumem klientów. Może zróbmy tak – zwróciła się do Chloé. – Ja pójdę do sklepu i pomogę Emmie, w obsłudze sprzedaży mam duże doświadczenie z Polski, latami prowadziłyśmy z siostrą rodzinny sklep, a tutaj też już zdążyłam się wdrożyć na tyle, że dam sobie radę na samodzielnym stanowisku. Natomiast Marthe – spojrzała znacząco na koleżankę – pójdzie podziałać z Cédrikiem nad opracowaniem wystawy i potem przekaże mi, co poustalali. Może tak być?
Chloé, Cédric i Marta spojrzeli po sobie z zastanowieniem i pokiwali głowami na znak akceptacji. Cédric uśmiechnął się z satysfakcją.
– Salomonowe rozwiązanie, Isabelle – przyznał. – Co powiesz na to, Chloé?
– Niech będzie – zgodziła się łaskawie szefowa. – Masz szczęście, na tyle już poznałam możliwości Isabelle, że wiem, że sobie poradzi, dlatego zróbmy tak, jak mówi. Ale proszę cię, Cédric – dodała ostrzegawczo. – Na drugi raz nie rób takich numerów, tylko dawaj nam znać o swoim planach zawczasu, hmm? Będę ci za to bardzo wdzięczna.
– Tak jest, Madame! – wyprostował się przed nią rozpromieniony Cédric, błyskając swymi białymi zębami w czarującym uśmiechu. – Obiecuję, że już więcej nie będę sprawiał kłopotów. To co, idziemy na komputery? – zwrócił się energicznie do Marty. – Lepiej usiąść do tego jak najszybciej, żebyśmy dzisiaj zrobili chociaż trochę. Masz dane do obróbki?
– Ja mam – zgłosiła się Iza, sięgając do swojej torebki, skąd wyjęła pendrive z zapisanymi tam materiałami do wystawy, po czym wręczyła go Marcie. – Proszę. Tylko nie skasujcie czegoś przez przypadek – zastrzegła. – Bo to jest jedyny pełny zestaw, jaki mamy.
Cédric parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony.
– O to się nie martw, Isabelle – zapewniła ją równie rozbawiona Chloé. – Co by nie powiedzieć o Cédricu, w kwestiach informatycznych to profesjonalista… nie zawaham się wręcz nazwać go mistrzem.
– Dziękuję – skłonił jej się uprzejmie Cédric, po czym z powagą złożył równie uprzejmy ukłon Izie. – Nie ma powodu do obaw, Isabelle. Co za informatyk byłby ze mnie, gdybym przypadkowo skasował sobie dane i nie potrafił ich odzyskać? Jakby coś takiego mi się zdarzyło, chyba spaliłbym się ze wstydu.
– W takim razie przepraszam! – uśmiechnęła się Iza. – Nie chciałam powiedzieć, że wątpię w twoje umiejętności, zresztą mówiłam to raczej do Marthe.
– Merci – mruknęła z przekąsem Marta i wszyscy czworo roześmiali się.
– Dobra, czas się zbierać – zreflektowała się Chloé, zerkając na złoty damski zegarek, jaki nosiła na przegubie dłoni. – Isabelle, czas na ciebie, za minutę Emma otwiera sklep i już pewnie się martwi, dlaczego was nie ma.
– Tak jest, już biegnę! – poderwała się Iza, podnosząc rękę w geście pozdrowienia pod adresem Marty i Cédrica. – Owocnej pracy, a gdyby trzeba wam było jakichś dodatkowych informacji, piszcie smsa, będę sprawdzać telefon i postaram się na bieżąco odpowiadać. No, cześć!
Po czym, uśmiechnąwszy się znacząco do Marty, podążyła w stronę wyjścia prowadzącego ku dziedzińcowi, za którym znajdował się sklep z pamiątkami. Kiedy odwracała się, dostrzegła jeszcze nietypowy wyraz twarzy i oczu koleżanki, w których zabłysło coś w rodzaju wyrzutu połączonego z cichą wdzięcznością.
***
– Uff, wreszcie mamy weekend! – odetchnęła z ulgą Iza. – Jutro co prawda obiecałam Emmie, że pomogę w sklepie, ale mam tam być tylko na cztery godziny i dopiero od dwunastej. A najważniejsze, że do reszty obowiązków wracamy dopiero od poniedziałku, więc można powiedzieć, że pierwszy tydzień stażu już za nami. Jak myślisz, może kupimy sobie jakieś dobre winko i poświętujemy trochę z tej okazji?
– Ooo, chętnie! – podchwyciła żywo Marta. – Bardzo dobry pomysł! I jeszcze trzeba dokupić warzyw, pieczywa, masła… mleka, wody… wszystko już nam się powoli kończy.
– No to jazda! Kierunek sklep i robimy porządne weekendowe zakupy!
Rzeczone zakupy, dokonane w znajomym markecie mieszczącym się tuż za rogiem ich kamienicy, okazały się w istocie na tyle „porządne”, a przede wszystkim ciężkie, że dziewczyny ledwo wtaszczyły je po wysokich schodach na poddasze. Kiedy rozpakowały je, wykąpały się, przebrały i wreszcie mogły usiąść wygodnie do kolacji przy lampce czerwonego wina, niepostrzeżenie za oknem zrobiło się już ciemno.
– To mówisz, że jutro jeszcze lecisz pomagać Emmie? – zagadnęła Marta. – Przecież w warunkach stażu nie mamy pracy w weekendy.
– Wiem, ale zgodziłam się na nieformalną przysługę – odparła spokojnie Iza, smarując sobie bagietkę masłem. – Romane jutro jeszcze nie ma, musiała wyjechać w sprawach rodzinnych, jakiś pogrzeb czy coś, i wróci dopiero w niedzielę, a w weekend ma tam być straszny kocioł. Co mi szkodzi? Jutro nie mam planów, a zawsze to kolejna okazja do poćwiczenia języka, nie? Jak chcesz, możesz iść ze mną.
– Zastanowię się – odparła ostrożnie Marta. – Chociaż nie ukrywam, że jutro wolałabym odpocząć, wybyczyć się wreszcie w łóżku do południa i nie musieć myśleć o obowiązkach. To, że ty jesteś cyborgiem i tytanem pracy, nie znaczy, że i ja mam nim być – dodała z przekąsem.
– Jasna sprawa! – odparła szybko Iza. – Absolutnie cię do tego nie zmuszam, Martusiu. Fakt, ja sama lubię działać na pełnych obrotach i jestem do tego przyzwyczajona, ale nie mam zamiaru narzucać tego innym. To była tylko taka luźna propozycja. Jak najbardziej jutro sobie odpocznij, a wieczorem możemy pójść na miasto, trochę dalej niż zwykle, co ty na to? Tak naprawdę do tej pory widziałyśmy tylko najbliższe okolice, a trzeba by się wybrać też w inne dzielnice Liège. Oczywiście oprócz Bressoux – uśmiechnęła się – bo tam i tak będziemy zaglądać regularnie, chociaż kiedyś trzeba by zaplanować tam nie tylko obiad u Ani i Jean-Pierre’a, ale też zwiedzanie.
Marta pokiwała w zamyśleniu głową, sięgając po liść sałaty.
– Tak – odparła niepewnie. – Tylko że właśnie a propos niedzieli… Emma nic ci nie wspominała?
– O czym? – zdziwiła się Iza.
– A, faktycznie, jeszcze nie mogła – zreflektowała się Marta. – Cédric miał z nią gadać dopiero po pracy… ale jutro być może o tym wspomni. O ile oczywiście sama się zgodzi.
– Na co?
– Na przejażdżkę motocyklową – odpowiedziała cicho nieco zawstydzona Marta, odwracając oczy. – Wiem, co pomyślisz, dopiero co o tym rozmawiałyśmy, ale teraz sytuacja trochę się zmieniła, a ja strasznie chciałabym zobaczyć ten motocykl… Oczywiście sama z nim nie pojadę – zastrzegła. – Ale gdyby Emma się zgodziła… rozumiesz.
– Pięknie, pięknie – uśmiechnęła się z rozbawieniem Iza. – To tak wygląda twoja silna wola?
– Ale to naprawdę byłaby tylko przejażdżka na motocyklu, nic więcej – zapewniła ją żywo Marta. – I nie sam na sam, tylko w towarzystwie, w tym punkcie nie odpuszczę ani na milimetr. Ty nie wiesz, Iza, nawet nie możesz mieć pojęcia, jak to kusi… oczywiście nie Cédric, tylko motocykl – zastrzegła, nerwowym gestem wychylając wino i sięgając po butelkę, by dolać sobie nową porcję. – Dla takiej pasjonatki jak ja to niepowtarzalna okazja, dlatego jeśli Emma się zgodzi, chyba się nie oprę.
– Ech! – zaśmiała się Iza, również dopijając swoje wino i zagryzając kawałkiem sera. – I weź tu walcz z taką! Najpierw sama prosi, żeby ją pilnować, a potem przy pierwszej lepszej okazji wymyka się tylnymi drzwiami! No, ale cóż – rozłożyła ręce. – To poniekąd moja wina, sama wrobiłam cię w pracę na osobności z Cédrikiem. A mogłam być mądrzejsza i z góry przewidzieć kłopoty…
– Właśnie! – podchwyciła wesoło Marta. – To wszystko przez ciebie, dlatego ten jeden raz musisz przymknąć oko. A ja ze swojej strony obiecuję, że jeśli uda mi się tam pojechać, całą uwagę będę skupiać na motocyklu. Tylko i wyłącznie.
– Aha, już ci wierzę! – pokiwała z politowaniem głową Iza.
– Serio. Jeśli chodzi o Cédrica, przemyślałam to, wyperswadowałam sobie racjonalnie głupie numery i jestem już całkowicie odporna. Dzisiaj na przykład aż żałuję, że nie byłaś przy nas, jak pracowaliśmy nad wystawą, zobaczyłabyś, że nic groźnego się nie działo, przez dwie i pół godziny skupialiśmy się w stu procentach na robocie. Zresztą chyba widziałaś efekty.
– Widziałam i faktycznie jestem pod wrażeniem – przyznała. – Chloé też się podobało… ale jednak, jak się okazuje, na rozmowę o motocyklu też znaleźliście czas.
– Znaleźliśmy, ale to było krótko i z mojej inicjatywy – podkreśliła Marta. – On sam z niczym się nie wychylał, przez cały czas był bardzo profesjonalny, to ja zapytałam go o Harleya i poprosiłam, żeby jeszcze raz pokazał mi zdjęcia. I dopiero wtedy wrócił do tematu przejażdżki. Z góry wziął pod uwagę, że opcja sam na sam odpada, a wiedział, że ty się nie zgadzasz, więc zaproponował, że namówi Emmę, żeby pojechała z nami. Uznał, że Emma będzie najlepsza na towarzyszkę dla mnie, bo już się znamy, a on chciałby, żebym na takiej wycieczce czuła się komfortowo.
– Opcja z Emmą i z jakimś jego kumplem? – zaciekawiła się Iza.
– Aha. Pojechalibyśmy na dwa motocykle. Tylko że… – spojrzała na nią niepewnie.
– Tylko że co?
– Problem w tym, że ta przejażdżka byłaby w niedzielę, kiedy teoretycznie mam być z tobą na obiedzie u Ani i Jean-Pierre’a – odparła z zakłopotaniem. – Oczywiście jeszcze nie wiem, czy Emma się zgodzi, więc być może w ogóle nie będzie tematu, ale gdyby się zgodziła… byłaby opcja, że pojedziesz na ten obiad sama?
Iza pokręciła głową z dezaprobatą.
– A mam inne wyjście? – wzruszyła lekko ramionami, dolewając sobie wina. – Przecież wiadomo, że z motocyklem nie wygram. Okej, nie ma problemu, w razie czego pojadę sama, mam tylko jedną prośbę, Martuś – zastrzegła. – Muszę o tym wiedzieć najpóźniej jutro wieczorem, żeby ich uprzedzić. Nie wypada mówić im o tym w ostatniej chwili.
– Jasne, oczywiście, Iza! – zapewniła ją skwapliwie Marta. – Wzięłam od Cédrica numer telefonu, zresztą przyda nam się też w razie czego w sprawach zawodowych, nie? Jutro ma mi dać znać, co z tym wyjazdem, bo jeśli nie uda się umówić z Emmą, to najwyżej przełożymy to na następny weekend. W każdym razie ja muszę zobaczyć ten motocykl – podkreśliła. – To stary, prawie zabytkowy egzemplarz, a podobno śmiga jak nówka, nie darowałabym sobie takiej okazji. A jakby jeszcze dał mi się na nim kajtnąć… – rozmarzyła się. – Chociaż na to wolę się nie nastawiać, na jego miejscu sama bałabym się udostępniać taki sprzęt byle komu, a co on o mnie wie? Tyle co nic.
– Ale z ciebie wariatka! – parsknęła śmiechem Iza. – No, okej, rozumiem, że to twoja pasja, a jeśli będę stawiać opór i udaremnię ci ten plan, to potem, jak już wrócimy do Polski, będziesz mi to latami wypominać. Wolę się na to nie narażać.
– Dzięki, Iza – odetchnęła z ulgą Marta. – Być może nic z tego nie wyjdzie, ale mam przeczucie, że Emma się zgodzi, a jeśli tak, to nie oprę się… ale tylko motocyklowi! – zaznaczyła, podnosząc w górę palec. – Słyszysz? Mo-to-cy-klo-wi!
Roześmiały się obie, zgodnie popijając wino i zagryzając je ze smakiem pysznym francuskim serem.
***
– Nie, ciociu, mówiłam już, że nikomu nie powiem, jak nazwę brata – oznajmiła stanowczo Tosia, zwracając się do Izy. – Nawet tobie.
Iza rozłożyła ręce w geście bezradności, wymieniając znad talerza rozbawione spojrzenia z Anią i Jean-Pierrem.
– No cóż, Tosieńko – odparła z powagą. – Skoro to ma być tajemnica, to niech zostanie tajemnicą do końca, chociaż przyznam ci się, że ja bym na twoim miejscu chyba nie wytrzymała.
– No właśnie z tym jest trudno – przyznała Tosia. – Ale wytrzymam i nie powiem nikomu, ani mamie, ani tacie, ani tobie, ani nawet Susanne, chociaż ona jest moją najlepszą przyjaciółką. Nikomu – podkreśliła, podnosząc w górę paluszek. – To będzie moja największa tajemnica jeszcze przez… przez ile, mamusiu?
– Jeszcze przez trzy miesiące – odpowiedziała z uśmiechem Ania. – Jakieś dwanaście tygodni.
– Dwanaście razy od niedzieli do niedzieli? – upewniła się dziewczynka.
– Albo od poniedziałku do poniedziałku – doprecyzował przekornie Jean-Pierre. – Może też być od wtorku do wtorku, od środy do środy…
– Od czwartku do czwartku, od piątku do piątku albo od soboty do soboty! – dokończyła radośnie wyliczankę Tosia. – Bo nie wiadomo, kiedy on się urodzi! A w jaki dzień ja się urodziłam, mamusiu?
– W sobotę – odpowiedziała Ania.
– To chcę, żeby on też urodził się w sobotę – oznajmiła stanowczo, na co oboje rodzice wraz z Izą roześmiali się.
– Niestety na to nie mamy wpływu, kochanie – powiedziała łagodnie Ania, kładąc sobie dłoń na brzuchu. – Tłumaczyłam ci przecież, że dzidziuś sam wybierze sobie dzień, kiedy zdecyduje się urodzić. Ale kto wie? Może to akurat będzie sobota?
– Mam nadzieję – pokiwała główką Tosia. – Fajnie by było, jakbyśmy razem urodzili się w sobotę, prawda? Ale jak będzie chciał w inny dzień, to trudno, pozwalam mu na to – zaznaczyła wspaniałomyślnie. – Jak ja wybieram mu imię, to niech on chociaż sam wybierze sobie dzień urodzin. Wtedy będzie sprawiedliwie.
Iza, Ania i Jean-Pierre skwitowali to kolejnym wybuchem śmiechu.
– No, ale kończ swoją sałatkę, Antoinette – upomniał ją ojciec. – Zobacz, ciocia Isabelle już zjadła i zaraz dostanie deser, a ty co?
Dziewczynka spojrzała z niepokojem na pusty talerz Izy i pośpiesznie pochyliła się nad własnym, dojadając obiad. Iza z uśmiechem wymieniła spojrzenia z Anią i sięgnęła po szklankę wody. Trwał właśnie niedzielny obiad, na który była zaproszona razem z Martą, jednak ostatecznie, jako że motocyklowy plan koleżanki potwierdził się, już wczoraj uprzedziła, że przyjedzie sama, i od dwóch godzin spędzała miło czas w towarzystwie rodziny Magnon.
Pierwszą część rozmowy poświęcili właśnie Marcie, której wyjazd poza miasto w towarzystwie Cédrica, Emmy oraz znanego również Jean-Pierrowi kolegi o imieniu Martin wzbudził zaciekawienie i przede wszystkim wielkie rozbawienie gospodarzy. Ania i Jean-Pierre dopiero teraz dowiedzieli się o motocyklowej pasji Marty, dlatego poprosili Izę, by opowiedziała im o tym coś więcej, a przede wszystkim zrelacjonowała wydarzenia dzisiejszego poranka, kiedy to pod kamienicę, w której mieszkały dziewczyny, podjechały dwa jednoślady z trzema osobami ubranymi w skórzane kombinezony motocyklowe i kaski. Wówczas gotowa już Marta, ubrana w podobny strój, który wczoraj wypożyczył dla niej Cédric, jak na skrzydłach zbiegła do nich po schodach i dwie minuty później oba motocykle z przejmującym hałasem podrasowanych silników odjechały w dół ulicy.
Ciekawe, dokąd pojechali – zastanawiał się Jean-Pierre, Iza bowiem nie dysponowała tą informacją. – Jutro dorwę młodego i o wszystko go wypytam, nawet nie wiedziałem, że ma taki świetny motocykl i że na nim jeździ… Patrzcie, jak to się nic nie wie o ludziach, z którymi pracuje się od lat!
To prawda – przyznała Ania. – I to, jak wiemy, zdarza się już nie pierwszy raz.
Oboje odruchowo spojrzeli przy tym na Izę, która, pochylona nad talerzem, udała, że tego nie zauważyła, choć w lot odczytała zawartą w tych słowach aluzję do Victora.
„Gdybyście wiedzieli, gdzie on teraz jest i co robi, dopiero szczęki by wam opadły” – pomyślała z humorem. – „Ale tu na szczęście, jak widzę, sprawa już przycichła… Oby tylko Emma i Romane nie zdążyły dogadać się z Yvette w mojej sprawie, przynajmniej dopóki tu jestem. Mam nadzieję, że o tym zapomną.”
Wizyty w Bressoux, choć czuła się tu całkowicie komfortowo, mimowolnie przywoływały jej na pamięć wydarzenia sprzed ponad roku i postać Victora, a także widmo nieznajomej Gaëlle oraz jej kilkumiesięcznej córki. O ile będąc w Lublinie, prawie wcale o tym nie myślała, o tyle tutaj, w domu państwa Magnon, choć nikt nie wymówił jeszcze ani razu imienia Victora, przypominało jej o nim niemal wszystko. Co prawda starała się to metodycznie ignorować, jednak z samego faktu przebywania w tym pamiętnym otoczeniu była szczególnie wyczulona na wszelkie, nawet najdelikatniejsze i nieskierowane do niej aluzje do jego osoby.
Wkrótce jednak temat się skończył i za sprawą Tosi, której Iza przyniosła tego dnia obiecaną różową kokardkę dla kotki Isabelle, rozmowa skupiła się na oczekiwanym z ekscytacją braciszku. Dziewczynka z dnia na dzień coraz bardziej akceptowała jego płeć, choć nadal od czasu do czasu odzywały się w niej echa żalu, że nie będzie miała siostry. Niemniej, jak z rozbawieniem poinformowali Izę rodzice, tym, co nastawiało ją do brata bardziej pozytywnie, był argument, że jako chłopiec nie będzie podbierał jej kolczyków ani lalek, podczas gdy z siostrą musiałaby się dzielić tymi samymi zabawkami.
Zabawna pogawędka z Tosią ożywiła zatem czas obiadu, a fakt, że mała nosiła dziś kolczyki sprezentowane jej przez ciocię Izę, założywszy je specjalnie „na jej cześć”, bardzo ucieszył i wzruszył tę ostatnią. Planowała nawet zaproponować małej wspólną poobiednią zabawę, by w jej w trakcie dołożyć swoje trzy grosze w pozytywnym nastawianiu jej względem braciszka, którego, jak zamierzała podkreślić, nawet trochę jej zazdrościła, sama bowiem nie posiadała brata. Jednak kiedy skończył się deser, okazało się, że dla dziewczynki to wcale nie był koniec atrakcji na dziś, bowiem na wieczór była umówiona na zabawę i czytanie szkolnej lektury u Susanne, swojej przyjaciółki z klasy. Jean-Pierre, który zobowiązał się odwieźć córkę na kilka godzin do domu koleżanki, z góry przeprosił zatem Izę za swą chwilową nieobecność i zapowiedział, że po odstawieniu Tosi do Susanne wróci do domu tak szybko, jak tylko się da.
Kiedy jego samochód odjechał z podjazdu przed domem państwa Magnon, ku zdumieniu Izy nastąpił kolejny zwrot akcji, Ania bowiem natychmiast przyznała się, że wizyta Tosi u Susanne to nie był wcale zbieg okoliczności, ale że została celowo przez nią ukartowana.
– Przepraszam cię, kochanie – powiedziała za skruchą. – To był z mojej strony świadomy spisek, w normalnych okolicznościach nigdy bym nie pozwoliła, żeby Tośka jechała bawić się do Susanne, kiedy mamy gościa na obiedzie. Ale koniecznie chciałam pogadać z tobą sam na sam, nawet bez Jean-Pierre’a. Domyślasz się pewnie, o co, czy raczej o kogo chodzi? – spojrzała na nią czujnie.
Iza pokiwała powoli głową, wspominając aluzję, którą wyczuła już wcześniej. Nie miała ochoty rozmawiać na ten temat, ale cóż… to najwyraźniej było nieuniknione.
– Chyba tak – odparła niepewnie. – O Victora?
Oczy Ani rozszerzyły się w wyrazie zdziwienia.
– Ach… nie – odparła z wyraźnym zakłopotaniem. – Nawet o nim nie pomyślałam, chociaż fakt, że to się w pewnym sensie narzucało… Nie, Iza, nie o Vica mi chodzi, zwłaszcza że odkąd ostatnio rozmawiałyśmy o nim, nic więcej się nie zdarzyło, przepadł jak kamień w wodę. Miałam na myśli kogoś zupełnie innego, a mianowicie Majka.
Zaskoczona tym niespodziewanym choć przecież obiektywnie przewidywalnym strzałem Iza zdrętwiała na ułamek sekundy, natychmiast w trybie awaryjnym budząc z uśpienia komandosa.
– A… rozumiem – odparła ostrożnie.
Ania uśmiechnęła się leciutko.
– Widzę, że jesteś zdziwiona – zauważyła ciepło. – I nawet zgaduję, z jakiego powodu, po prostu nie spodziewałaś się, że i ja cokolwiek o tym wiem… ale teraz chyba domyślasz się, o czym chcę mówić w takiej tajemnicy, hmm?
Tych kilka sekund całkowicie wystarczyło, by komandos przyjął pozycję bojową i przygotował się do odparcia ataku. Iza pokiwała głową, przybierając rozbawioną minę.
– Tak, teraz chyba tak… Przepraszam cię za ten falstart, Aniu, moją pierwszą myślą był Vic, a to przez to, że wasz dom nadal trochę mi się z nim kojarzy.
– Wyobrażam sobie – przyznała Ania. – To zresztą poniekąd moja wina, odkąd przyjechałaś, nie wspomniałam o nim ani razu, a właśnie nie powinnam była unikać tego tematu, tylko od razu powiedzieć ci wprost, że nic o nim nie wiemy i że zniknął nam zupełnie z horyzontu. Ale to dlatego że świadomie nie chciałam ruszać tego tematu, wiedząc, że nie jest dla ciebie przyjemny…
– Jasne – machnęła lekko ręką Iza. – Nie przejmuj się tym, po prostu spontanicznie narzuciło mi się takie skojarzenie.
– A ja go nie przewidziałam i nie porozumiałyśmy się – uśmiechnęła się Ania. – Wybacz, Izunia. Tym razem chodzi mi o Majka. Chciałam rozmawiać z tobą na osobności, ponieważ Lea zobowiązała mnie, żebym zachowała to stricte dla siebie i nie powtórzyła nikomu, nawet Jean-Pierre’owi. Wspomniała przy tym, że ty o wszystkim wiesz, a ponieważ ja od wczoraj aż kipię od środka, żeby z kimś jeszcze o tym pogadać, nie mogłabym przepuścić takiej okazji i uknułam ten podstępny plan z Tośką i Susanne. W ogóle wszystko tak genialnie się ułożyło… nawet to, że Marta pojechała dzisiaj na te motocykle, a ty przyjechałaś do nas sama. Ucieszyłam się wczoraj bardzo, kiedy mnie o tym poinformowałaś, wiesz? Marta to bardzo sympatyczna dziewczyna, ale wieść o tym, że będziesz bez niej, to było dokładnie to, czego dzisiaj potrzebowałam. Dlatego wczoraj od razu zadzwoniłam do Camille, mamy Susanne, i umówiłam się z nią w tajemnicy na taką drobną ale kluczową przysługę.
Iza pokiwała głową z uśmiechem.
– Sprytne – przyznała.
Choć serce ściskało jej się na myśl o tym, przez jaką mękę będzie musiała za chwilę przejść, maska ochronna była już ściśle przyklejona do twarzy, a to dawało jej względne poczucie bezpieczeństwa.
– A co! – zaśmiała się z satysfakcją Ania. – To była cała intryga. Camille szepnęła podstępne słówko Susanne, ta oczywiście natychmiast napaliła się na plan wspólnej zabawy i poprosiła ją, żeby to z nami załatwiła. A wiadomo, że jak Tośka dowiedziała się o takiej opcji, napaliła się jeszcze bardziej i obie zaczęły błagać mnie i Jean-Pierre’a, żebyśmy pozwolili jej na tę wizytę, chociaż wiadomo było, że dziś będzie u nas ciocia Isabelle. Musiałam udawać, że się waham, ale w końcu ustaliliśmy kompromis, że razem zjemy obiad, a potem Jean-Pierre odwiezie ją do Susanne, a ja wtedy zostanę z tobą sama. Jean-Pierre sam się zgłosił do tego zadania – zaznaczyła z rozbawieniem. – Dokładnie tak, jak przewidywał mój plan! Można powiedzieć, że zmanipulowałam męża, oczywiście na razie mu tego nie powiem, ale w swoim czasie, jak już tajemnica Majka stanie się jawna dla wszystkich, przyznam się przed nim uczciwie do tej małej machinacji, a on mi to wybaczy. Zrozumie przecież, że to było działanie dla dobra sprawy!
Iza nie przestawała się uśmiechać, w środku zmrożona na lód.
– No cóż, cel uświęca środki – przyznała wesoło. – Rzeczywiście intryga pierwszej wody, a jak dodać do tego motocyklowy wypad Martusi, to wszystko zorganizowało ci się prawie samo, jak na zamówienie. A może jesteś w posiadaniu jakichś magicznych mocy? – zażartowała. – Mnie koleżanki czasami nazywają wiedźmą, bo zdarzają mi się różne tego rodzaju dziwne zbiegi okoliczności, ale gdyby porównać nasze moce, to kto wie, czyje okazałyby się silniejsze?
Ania roześmiała się serdecznie.
– Ach! Serio, nazywają cię wiedźmą? Dobre! I wcale się nie dziwię, ja też od dawna wyczuwam w tobie czarodziejskie moce… tyle że to jest dobra, pozytywna magia, co do tego nie mam wątpliwości. A skoro ja też mam już na koncie takie małe czary-mary, to może zostanę twoją wiedźmową asystentką i razem będziemy czarować? Co ty na to?
– Bardzo chętnie – zgodziła się z uśmiechem Iza. – Zawsze będzie mi raźniej.
– Zapamiętam to – zastrzegła wesoło Ania, podnosząc w górę palec. – I jak przyjdzie co do czego, upomnę się o ten zaszczyt, zobaczysz! No, ale nie traćmy czasu – zreflektowała się, poważniejąc. – Do Susanne jedzie się jakieś dwadzieścia minut, do tego parę minut na miejscu i dwadzieścia w drugą stronę, więc Jean-Pierre za jakieś pół godziny będzie z powrotem, a ja muszę koniecznie podpytać cię o Majka.
– Mhm – pokiwała głową.
– W piątek rozmawiałam z Leą przez telefon i w pewnym momencie rozmowa skręciła na niego i na ten jego słynny pracoholizm, do którego wrócił natychmiast, jak tylko odpuściła mu grypa. Już nawet nie pamiętam, jak to było, ale rzuciłam coś w stylu, że o sprawy osobiste Majka nawet nie pytam, bo wiadomo, że tam wszystko bez zmian, a wtedy Lea… no w sumie nic takiego nie odpowiedziała, ale po jej reakcji od razu wyczułam, że w tym punkcie jest jakaś obiecująca wątpliwość – spojrzała na nią znacząco i obie wymieniły uśmiechy. – No i wiadomo, że nie byłabym sobą, gdybym tego natychmiast nie podchwyciła i nie zażądała wyjaśnień. Lea z początku udawała Greka… czy raczej blond Greczynkę… ale kiedy zaczęłam naciskać, wyśpiewała mi wszystko bez większego oporu, oczywiście zastrzegając, że to ma być ścisła, absolutna tajemnica.
Iza słuchała z uprzejmie zainteresowaną miną, powoli kiwając głową. Co prawda miała podskórne przeczucie, że powinna przy tym okazać więcej emocji, ale z drugiej strony nie chciała przesadzić, a ryzyko, że niechcący straci nad tym kontrolę, mimo wszystko istniało. Więc czy nie lepiej, zamiast igrać z ogniem i podejmować się zbyt trudnej gry aktorskiej, bezpiecznie zachować życzliwy spokój i dystans?
– Kiedy mi to powiedziała, w pierwszej chwili aż osłabłam i musiałam sobie usiąść – ciągnęła z podekscytowaniem Ania. – Dosłownie nogi się pode mną ugięły, co zresztą w tych okolicznościach – wskazała na swój brzuch – wcale nie jest trudne. Ale to było z czystej radości… no, ze zdziwienia oczywiście też, ale głównie z radości. Tak się ucieszyłam, Iza! Pamiętam, że w pierwszej chwili w głowie miałam tylko jedno słowo: nareszcie. Powiedz, potwierdzasz to, co powiedziała mi Lea? To o Natalii?
– Zależy, co ci powiedziała – uśmiechnęła się lekko Iza.
– Ach, no tak! – roześmiała się Ania. – Przytomna uwaga, sama widzisz, jaka jestem chaotyczna… Ale ja tak zawsze – machnęła ręką. – Paweł od małego powtarza mi, że jestem mistrzynią w zaczynaniu od końca, i ma rację, zwłaszcza jeśli chodzi o rozmowy na ważne dla mnie tematy, kiedy emocje biorą górę nad rozumem. Ujmując to w skrócie, Lea powiedziała mi, że Majk wreszcie wybrał – wyjaśniła, poważniejąc. – Że to jest Natalia i że tym razem sprawa wygląda poważnie. Potwierdzasz to?
Iza zawahała się na ułamek sekundy, czując nagłe uderzenie wyrzutów sumienia, które wróciły teraz do niej jak bumerang. W pamięci rozbrzmiały jej słowa Majka wypowiedziane przez telefon na Passerelle Saucy.
Wiesz, co mam na myśli, czy nie wiesz?
I jej odpowiedź, która była kłamstwem – nie.
Dyskomfort moralny związany z tamtą sytuacją i ogólnie z klinczem, w jakim się znalazła, odkąd Lodzia wtajemniczyła ją w „spisek”, znów odezwał się z podwójną mocą. Zaprzeczyła przed Majkiem, że czegokolwiek się domyśla, podczas gdy z Lodzią i innymi uczestniczkami spisku, do którego teraz dołączyła też Ania, rozmawiała o tym otwarcie. Ta nielojalność wobec człowieka, którego kochała najbardziej na świecie, choć obiektywnie raczej niewinna i łatwa do uregulowania w przyszłości, mimo wszystko bolała i dręczyła jej sumienie. Owszem, kiedy wszystko wyjdzie na jaw, wytłumaczy mu w żartach, że podobnie jak inni wszystkiego się domyślała, tylko nie chciała zapeszać… tak samo jak Ania wytłumaczy Jean-Pierre’owi, że odwożąc Tosię do Susanne, został nieświadomym aktorem małej, niewinnej intrygi. To w końcu nic takiego, na koniec wszyscy razem będą się tylko z tego śmiać, jednak na tym etapie to mimo wszystko było dla niej ciężkie.
– Myślę, że tak – odparła ostrożnie, również przybierając poważną minę. – Ale nie chciałabym pełnić tu roli wyroczni, Aniu, zwłaszcza że nie przepadam za spekulowaniem na temat Majka za jego plecami.
– Ach, wiadomo, Izunia! – podchwyciła żywo Ania. – Ale tu przecież nie chodzi o spekulacje, tylko o potwierdzenie obserwacji, o nic więcej. Z tego, co wyjaśniła mi Lea, z założenia nikt się w to nie wtrąca, żadnych uwag, aluzji ani nic takiego, zero sugestii i podtekstów, ani do niego, ani do niej. To przecież bardzo delikatna sprawa, a w przypadku Majka trzeba uważać podwójnie na każdy fałszywy ruch. Cwaniak sam nic nie mówi, rozmawiałam z nim ostatnio przez telefon, pytałam o zdrowie i o nowinki, nawet słowem się na ten temat nie zająknął… To oczywisty znak, że na razie z nikim nie chce o tym rozmawiać, więc i ja muszę to uszanować. Zresztą po tamtej nauczce z tobą i z Victorem – spojrzała na nią ze skruchą – już ani ja, ani chyba nikt inny nie chciałby się narażać na jakąś pomyłkę, a potem w konsekwencji na taki wstyd, jaki ja do tej pory czuję względem ciebie. Nie, Iza, nie chcę namawiać cię na żadne spekulacje. Mam na myśli tylko czysto teoretyczną i obiektywną obserwację z zewnątrz. Lea mówiła mi, że jesteś w temacie.
– Tak – pokiwała powoli głową. – Jeśli chodzi o obserwacje teoretyczne i obiektywne, to tak.
– Chodzi tylko i wyłącznie o to – zapewniła ją skwapliwie Ania. – Wiem, jak ważna jest dla ciebie lojalność względem Majka, Lea też bez przerwy to podkreśla, ale przecież w tym nie ma nic złego ani nielojalnego. A mnie ta informacja tak niesamowicie ucieszyła… to przecież jaskółka nadziei, na którą czekaliśmy tyle lat! Co prawda Natalię znam bardzo powierzchownie – zaznaczyła – właściwie to tylko z tego balu w Nałęczowie, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że osoba, którą wybrał Majk, to nie może być byle kto. On ma wielkie wyczucie, jeśli chodzi o ludzi, udowodnił to milion razy, więc od tej strony nie mam żadnych obaw ani zastrzeżeń.
Iza uśmiechnęła się leciutko, wciąż kiwając głową na znak, że potwierdza wszystko, co mówi jej towarzyszka. Było to o tyle wygodne, że nie musiała pracować nad modulacją głosu, wystarczyło zachować odpowiedni wyraz twarzy.
– Tak naprawdę to byłam trochę zła na Leę, że dopiero teraz mi o tym mówi – ciągnęła energicznie Ania. – Ale jeszcze bardziej byłam zła na siebie, że w sylwestra niczego nie zauważyłam. No po prostu nic a nic! – rozłożyła ręce. – Dopiero jak zaczęłam sobie przypominać niektóre sytuacje, zwłaszcza to, że Majk dużo tańczył z Natalią, doszłam do wniosku, że chyba faktycznie przeoczyłam coś, co mogłam wychwycić sama. A jednak nie wychwyciłam… Lea mówi, że to dlatego że Majk jest świetnym aktorem i jeśli zależy mu, żeby coś ukryć przed ludźmi, to wzbija się na wyżyny aktorskiego kunsztu i umie wykiwać wszystkich.
– To prawda – przyznała ciepło Iza.
– Ale nie tym razem! – podkreśliła z rozbawieniem Ania. – Jak widać, są rzeczy, których nie da się ukryć do końca, to tylko ja byłam taka ślepa. Tak naprawdę pierwsza zauważyła to Justyna, bo to ona wprowadziła Natalię w środowisko Majka i widocznie przez to była bardziej wyczulona na to, jak na nią reagował. Do niej zresztą też mam zamiar zadzwonić – zaznaczyła – ale to dopiero na tygodniu, jak będę mieć więcej czasu, bo to nie jest rozmowa na dwie minuty. Muszę wypytać ją, jak zauważyła pierwsze symptomy, i w ogóle czegoś więcej dowiedzieć się o Natalii. Teraz żałuję bardzo, że na tym balu nie skorzystałam z okazji, żeby poznać ją bliżej, tylko skąd mogłam wiedzieć? – znów rozłożyła ręce. – Lea twierdzi, że i ona słabo ją zna, powiedziała mi też, że nawet na ciebie w tym względzie nie ma za bardzo co liczyć, bo i ty rzadko ją widujesz.
– Tak, to prawda – przyznała skwapliwie Iza. – Pracujemy o zupełnie innych godzinach, więc widuję ją niewiele częściej niż Lodzia, a do tego w kontekście stricte zawodowym.
– A mimo to Lea twierdzi, że zauważyłaś różne symptomy – uśmiechnęła się Ania. – A ja pod tym względem jestem skrajnie ciekawską osobą i nie wytrzymam, żeby cię o to nie dopytać. Gdyby to dotyczyło kogoś innego, to jeszcze, ale w przypadku Majka… nie, to jest zbyt piękne, żeby mogło być możliwe! – pokręciła głową wyraźnie wzruszona. – Nasz kochany, stary, niepoprawny wariat Majk wreszcie wpadł w sidła przeznaczenia… I kto by pomyślał, że to się stanie tak nagle? Tyle lat przed tym uciekał, opierał się, strugał pajaca, a tu nagle okazuje się, że wystarczyło kilka miesięcy i wpadł jak ta przysłowiowa śliwka w kompot! – zaśmiała się. – Chociaż z drugiej strony nie powinnam być zdziwiona, bo dokładnie tak samo to wyglądało w przypadku Pawła.
– Wtedy pewnie byłaś jeszcze bardziej zaskoczona? – poddała Iza.
Widząc podekscytowanie Ani i jej pragnienie rozmowy na temat, który tak bardzo wzruszył ją i ucieszył, zrozumiała, że jeśli zagra na czas i dobrze wykorzysta sytuację, pozwalając jej mówić jak najwięcej, sama nie będzie musiała za wiele opowiadać o Majku, bo zwyczajnie nie zdąży z tym przed powrotem Jean-Pierre’a. Lodzia ewidentnie podzieliła się ze szwagierką najdrobniejszymi szczegółami, do których ona nie musiała już wiele dokładać, Ania zaś, przepełniona radością wobec informacji, że przyjaciel z dzieciństwa wreszcie znalazł kogoś, z kim będzie mógł iść przez życie, potrzebowała przede wszystkim rozmowy o tym z kimś, przed kim nie musiała zachowywać tajemnicy. Oczywiście jak zwykle padło na nią, piekielna klątwa dobrej wróżki… ale cóż. Skoro Ania pragnęła rozładować przed nią wybuchowe emocje, które niewątpliwie dodatkowo podkręcał jeszcze jej stan i buzujące w niej hormony, to najlepszą strategią było po prostu pozwolić jej na to, kierując rozmowę w taką stronę, by ją samą raniła jak najmniej.
– O, i to jak! – połknęła bez problemu haczyk Ania, a jej piękne oczy rozbłysły na wspomnienie ekscytujących wydarzeń sprzed prawie trzech lat. – Najpierw niedowierzałam, że mój zwariowany braciszek naprawdę się ogarnął, byłam w totalnym szoku, oczywiście pozytywnym, a jak potwierdził mi to osobiście, to myślałam, że z radości odfrunę w kosmos jak rakieta! Nie znałam Lei wcale, do tamtego momentu nigdy jej nie widziałam, Majk pokazał mi tylko jej zdjęcie w telefonie, ale jak na nie spojrzałam, od razu wiedziałam, że to jest to. Zresztą to, że zobaczyłam prześliczną dziewczynę z włosami jak z bajki i z uśmiechem anioła, to jeszcze nic, dla mnie najważniejsza była mina Pawła i jego głos, który zmieniał się w specyficzny sposób, kiedy o niej mówił. Widać było gołym okiem, że zakochał się po uszy, i byłam przeszczęśliwa, a kiedy obaj z Majkiem zobowiązali mnie do ścisłej tajemnicy, myślałam, że pęknę! Najbardziej chciałam powiedzieć o tym mamie, ale Paweł kategorycznie mi tego zabronił. Powiedział, że jeśli sprawy pójdą po jego myśli, sam chce ich o tym poinformować, a ja nie mogłam wchodzić mu w paradę i odbierać tej radości, więc musiałam jeszcze przez jakiś czas trzymać język za zębami.
– Wyobrażam sobie, jakie to było dla ciebie trudne – uśmiechnęła się Iza.
– Bardzo. Nie mogłam się doczekać, kiedy osobiście poznam jego wybrankę, zwłaszcza że mama, która poznała ją pierwsza, była zachwycona i godzinami opowiadała mi, jaki to skarb znalazł mój braciszek. Jean-Pierre śmiał się ze mnie, że chodzę z głową w chmurach i nie słucham, co się do mnie mówi, i miał rację, bo rzeczywiście byłam wtedy w siódmym niebie. Oczywiście nie aż tak jak Paweł – uśmiechnęła się – ale naprawdę niewiele mniej. A kiedy dowiedziałam się, że ślub planują dosłownie kilka miesięcy później, od razu kupiłam bilety do Polski dla całej naszej trójki, nawet nie pytałam męża o zdanie, postawiłam go przed faktem dokonanym! To była dla nas wszystkich taka radość… – rozmarzyła się, po czym ocknęła się i z niepokojem zerknęła na zegar na ścianie. – No, ale nie o tym miałyśmy mówić, widzisz, jak znów zjechałam z tematu? Wszystko przez to, że teraz, w przypadku Majka, jest prawie dokładnie tak samo jak u Pawła, trudno się oprzeć tym analogiom. Ha! Właśnie! – podekscytowała się na nowo. – Dosłownie analogia za analogią! Ciekawe, czy Lea też to zauważyła, nie zapytałam jej, ale następnym razem zapytam, bo to jest po prostu niesamowite… Zobacz, ile podobieństw, to szybkie tempo, ta aura tajemnicy, niedopowiedzenia i konieczność trzymania języka za zębami… ech! Ale dobra, wystarczy! – znów zdyscyplinowała samą siebie. – Gadam tylko i gadam, a czas leci, a przecież chciałam podpytać ciebie. Powiedz mi, Iza, co o tym myślisz?
Iza spojrzała na nią z zastanowieniem.
– Co myślę?
– Chodzi mi o to, jak ta sprawa wygląda z twojej perspektywy – wyjaśniła Ania. – Wiem, że Natalię znasz niewiele lepiej ode mnie, zwłaszcza że nawet nie było cię na tamtym balu w Nałęczowie, ale z Majkiem z nas wszystkich widujesz się najczęściej, praktycznie non stop. Więc powiedz mi, jak to widzisz. Twoim zdaniem, będzie chleb z tej mąki?
Iza pokiwała powoli głową twierdząco. Trudno, teraz nie było już możliwości wycofania się, musiała ciągnąć tę grę. I przede wszystkim jej przekaz musiał być spójny z tym, co mówiła Lodzi, one z Anią przecież się komunikowały i jeśli odkryją jakieś niekonsekwencje w jej słowach, może to wzbudzić ich podejrzenia i niewygodne pytania o przyczynę. A na to przecież dla własnego dobra nie mogła sobie pozwolić.
– Sądzę, że tak – odparła ostrożnie. – Chociaż tego nikt poza samymi zainteresowanymi tak naprawdę nie może wiedzieć, a ja nie zawsze jestem biegła w interpretacji różnych znaków, więc mogę się mylić.
– To oczywiste, Izunia – zgodziła się Ania. – W tych sprawach, dopóki klamka oficjalnie nie zapadnie, nigdy nie ma nic pewnego, zwłaszcza że czasem nawet sami zainteresowani mogą nie być do końca pewni tej interpretacji. Ale właśnie, a propos znaków, o których wspomniałaś… powiedz, co zauważyłaś, jeśli chodzi o Majka? Wykazuje jakieś symptomy zakochania i poważnych planów?
– Tak – odparła spokojnie, choć wyrzuty sumienia znów zakłuły ją ostrzegawczo w serce. – A właściwie to są nie tyle symptomy, co on mówi o tym wprost… Wprawdzie nie wymawia jej imienia, podkreśla, że na to jest jeszcze za wcześnie, i jest przekonany, że ja nie domyślam się, o kogo chodzi, ale od kilku miesięcy ciągle sypie różnymi aluzjami, które łatwo odczytać, kiedy zna się klucz.
Ania, która słuchała jej na wstrzymanym oddechu, pokiwała głową podekscytowana.
– A ty ten klucz przecież znasz. No to mów. Jakie to aluzje?
– Różne – odparła, zastanawiając się, co najlepiej powiedzieć, żeby nie dotknąć zbyt symbolicznego, zwłaszcza w rozmowie z nią, imienia Anabella. – To są takie sugestie sytuacyjne, które trudno mi w tej chwili dokładnie powtórzyć… Chyba najbardziej znamienne jest to, że ostatnio dużo mówi o nadziei, o planach na przyszłość i o tym, że długo czekał na szczęście, ale teraz wierzy, że ono jest niedaleko.
Każde z tych słów ciążyło jej na języku jak kamień, wymawiając je, miała poczucie dopuszczania się zdrady, zwłaszcza w kontekście tamtego kłamstwa z mostu. Gdyby wówczas powiedziała Majkowi, że wie, o co chodzi, kiedy wprost zagadnął o Natalię, gdyby przyznała, że wszystkiego się domyśla, dzisiaj byłoby jej lżej rozmawiać i z Anią… Ale trudno. Stchórzyła, to teraz musi za to płacić.
– O właśnie, plany na przyszłość! – podchwyciła Ania. – Podobno ostatnio na jakiejś imprezie powiedział publicznie, że ma zamiar ożenić się w tym roku. Lea twierdzi, że to wcale nie brzmiało jak żart i że ewidentnie było aluzją skierowaną do Natalii. Słyszałaś o tym?
– Tak, na własne uszy. Rzeczywiście tak powiedział.
– Ale przy niej?
– Mhm. Przy nas wszystkich, przy stole.
– Jaka szkoda, że mnie przy tym nie było! – zawołała z żalem Ania. – Tak czy inaczej wierzę Lei, że to nie mógł być żart, to nie byłoby w stylu Majka. To jest stary zgrywus, ale w tym jednym względzie nigdy sobie w ten sposób nie żartował, zawsze kiedy był pytany o plany matrymonialne, zapierał się rękami i nogami, wygłaszał krytyczne monologi a propos teściowych, a najchętniej uciekał od tematu. Jestem pewna, że jeśli teraz zrobił taką woltę, to coś faktycznie musi być na rzeczy.
– Tak – pokiwała spokojnie głową Iza. – Ja też tak myślę.
– Lea wspomniała też, że on najprawdopodobniej rozmawiał o Natalii z Pawłem – ciągnęła Ania. – Ale w tym punkcie zabroniła mi podwójnie choćby szepnąć mu słówko, więc niestety nie mogę podpytać braciszka, chociaż umieram z ciekawości. Paweł podobno z początku był sceptyczny, wręcz zirytował się, kiedy Lea wspomniała mu o sprawie, ale zauważyła, że po rozmowie z Majkiem całkowicie zmienił nastawienie. Ponoć nic nie mówi na ten temat, uśmiecha się tylko tajemniczo, ale po minie łatwo rozpoznać, że jest zadowolony.
Iza skinęła głową, w sercu znów czując ukłucie igiełką rozczarowania, że nawet Pablo, którego dotąd uważała za swojego cichego sprzymierzeńca, stanął już zdecydowanie po tamtej stronie.
– Swoją drogą ten pomysł Justysi, żeby obserwować Majka po cichu, ale nic nie dać po sobie poznać, jest genialny – ciągnęła z rozbawieniem Ania. – Strasznie żałuję, że nie mogę oglądać tego przedstawienia z bliska, to musi być takie ekscytujące! Ale i tak będę trzymać rękę na pulsie – podkreśliła – a jak Majk już całkiem dojdzie do siebie po tej grypie, zadzwonię do niego pod pretekstem zapytania o zdrowie i spróbuję trochę go wyczuć, choć oczywiście zadbam o to, żeby nie domyślił się, że cokolwiek wiem. To musi być majstersztyk dyplomacji! – zaśmiała się. – Dlatego przygotuję się do tego solidnie, a w tym celu najpierw muszę pogadać z Justyną i dowiedzieć się czegoś więcej o Natalii. Tak czy inaczej cieszę się bardzo… I w sumie wiesz, czego najbardziej się obawiam?
– Czego? – udała zaciekawienie Iza.
– Tego, że jeśli sprawy pójdą u Majka tak szybko jak wtedy u Pawła, to jest ryzyko, że nie załapię się na weselisko – odpowiedziała Ania, wskazując na swój brzuch, a w jej głosie obok radości zabrzmiał lekki niepokój. – Do porodu mam jeszcze trzy miesiące, więc jeśli on w tym czasie dopnie swego i zaplanuje wielkie wydarzenie na przykład w czerwcu albo w lipcu, to pewnie nie będę mogła na nim być, a to by była dla mnie katastrofa… No, ale póki co nie dzielmy jeszcze skóry na niedźwiedziu – zreflektowała się, rozpromieniając się na nowo. – W końcu mniejsza o mnie, najważniejsze, że jest szansa na to, że nasz stary wariat Majk wreszcie znajdzie swoje szczęście. A jak sobie pomyślę, że…
Urwała, nasłuchując, bowiem na zewnątrz budynku rozległ się hałas pracującego silnika auta, a po chwili do ich uszu dobiegło wyraźne trzaśnięcie samochodowymi drzwiami.
– Oho – spojrzała znacząco na Izę. – Zdaje się, że Jean-Pierre już jest z powrotem.
Iza, która w duchu odetchnęła z ulgą, przybrała pytającą minę.
– W takim razie na dzisiaj koniec tematu – podkreśliła szybko Ania, zniżając głos. – Ale porozmawiamy o tym jeszcze, dobrze, Izunia? Przecież ty jeszcze niewiele zdążyłaś mi opowiedzieć o tych znakach, aluzjach, symptomach i tak dalej… Najlepiej, jak spotkamy się we dwie gdzieś na mieście, co ty na to?
„Tylko nie to” – pomyślała z rezygnacją Iza.
– Bardzo chętnie, Aniu – uśmiechnęła się.
– Super, kochanie, bardzo się cieszę! – Ania z radości chwyciła ją za rękę i uścisnęła serdecznie. – W takim razie zadzwonię do ciebie na tygodniu i umówimy się na jakieś tajne komplety, na tak poważną rozmowę musimy mieć o wiele więcej czasu niż dzisiaj. Mam nawet pomysł, dokąd cię zabrać, znam super knajpkę w Outremeuse, a dawno tam nie byłam, więc chętnie zajrzę tam z tobą i przy okazji pokażę ci tamtą dzielnicę. O ile oczywiście jeszcze jej nie znasz…
Przerwał jej odgłos otwierających się i zamykających się drzwi wejściowych, a potem zbliżających się kroków.
– Jestem! – rozległ się tuż za progiem jadalni wesoły głos Jean-Pierre’a mówiącego swą zabawnie brzmiącą polszczyzną ze zbyt miękkim akcentem. – Gdzie się chowacie, moje dziewczyny?
– Tutaj! – odkrzyknęły razem Iza i Ania, po czym Ania dodała wesoło: – Czekamy na ciebie, chéri!