Anabella – Rozdział CCXIII

Anabella – Rozdział CCXIII

„Nareszcie!” – pomyślała z ulgą ale i z niepokojem Iza, kiedy leżący przy niej na stole w kuchni telefon rozdzwonił się, a na wyświetlaczu pojawiło się imię Marty. – „Oby tylko z dobrymi wieściami!”

Właśnie jadła szybki obiad po powrocie z uczelni i za chwilę wybierała się do pracy, by dopilnować przygotowań do jutrzejszego Dnia Francuskiego, jednak od kilku godzin czekała też na jakikolwiek znak życia od Marty, której od rana zdążyła już wysłać chyba z dziesięć smsów i na żaden nie doczekała się odpowiedzi. Wiedziała, że Marta miała dziś towarzyszyć Danielowi podczas ostatnich badań obrazowych, dzięki którym ów powinien otrzymać wreszcie fachową diagnozę swoich problemów ze zdrowiem, wręcz uprzedzała wczoraj, że może się przez to spóźnić na pierwsze zajęcia, jednak na uczelni nie pojawiła się wcale, a to samo w sobie było niepokojącym sygnałem. Jeszcze bardziej Izę martwiło to, że ani ona, ani Daniel od wielu godzin nie reagowali na smsy, zwłaszcza gdy po zakończeniu zajęć i wyjściu z uczelni próbowała dodzwonić się do Marty, ta zaś nie odbierała, mimo że telefon miała aktywny.

Dlatego kiedy wreszcie rozbrzmiał sygnał przychodzącego od niej połączenia, natychmiast porzuciła jedzenie naleśników i gorączkowym ruchem chwyciła aparat.

– Tak?

– Cześć, Iza, przepraszam, że dopiero teraz dzwonię – po głosie Marty od razu rozpoznała, że nie jest dobrze. – Musiałam wyciszyć dźwięk, poza tym nawet nie miałam kiedy się odezwać, dopiero teraz zebrałam się, żeby w ogóle zajrzeć do telefonu.

– Jasne, ale co z Danem? Wiadomo już coś?

– Niestety tak – odparła ponuro Marta. – Jest w szpitalu, pół godziny temu przyjęli go w trybie pilnym na oddział, będzie miał robione dodatkowe badania. Właśnie minęłam się z jego mamą, ona przy nim zostanie, a ja wracam do domu. Tomografia wyszła bardzo źle – wyjaśniła ciszej. – Dan ma w głowie ogromnego guza.

– O Boże – szepnęła ze zgrozą Iza. – Guza?

– Aha. Wielkiego jak byk. Ja tego zdjęcia nie widziałam, ale on tak… i jest przerażony. No i już wiadomo, od czego miał te zawroty głowy.

– Ale co to znaczy? Jakiś nowotwór?

– Tego nie wiemy – westchnęła Marta. – Lekarze nie chcą nic mówić, zresztą normalne, że nikt nie chce ferować wyroków, dopóki nie zrobią mu pogłębionych badań. Wiem tylko, że sprawdzają jeszcze raz te markery, robią mu cały komplet.

– A niech to…

– No. Niedobrze jest. Mam nadzieję, że coś wymyślą, żeby go z tego wyciągnąć… Najgorsze jest to, że trafił na oddział centralnie na weekend, więc przed poniedziałkiem pewnie niewiele zacznie się dziać, znowu będzie musiał czekać w niepewności.

– Masakra – pokręciła głową Iza. – A jak on się czuje? W sensie psychiki?

– A, nawet nie pytaj! – prychnęła Marta. – Szkoda słów. Jest totalnie załamany, zresztą trudno się dziwić, nie? Ja też mam dzisiaj zryty beret, muszę wracać na chatę i coś zjeść, od rana nie dałam rady przełknąć nawet pół kanapki…

– Wyobrażam sobie – westchnęła Iza. – Biegnij, Martuś, nie zatrzymuję cię już. Powiedz mi tylko, Daniel jest pod telefonem?

– Ma przy sobie, ale dzwonić, to lepiej nie dzwoń, jak już, wysyłaj smsy. Dopiero co go przyjęli, poza tym od rana jest na nogach, może będzie chciał się przespać? O ile oczywiście stres mu pozwoli, bo tego, co on dzisiaj przeżył, to ja nie życzę nikomu.

– Jasne, Martuś – odparła pośpiesznie Iza. – Nie będę zawracać mu głowy, wyślę tylko kilka słów wsparcia, żeby wiedział, że trzymam za niego kciuki.

– Okej. Mam nadzieję, że… sorry, Iza, muszę kończyć, podjeżdża mój trajtek! – przerwała sobie. – Trzymaj się, jesteśmy w kontakcie! Pa!

– Pa – odpowiedziała drętwo Iza, choć połączenie i tak już się urwało.

Odłożyła powoli aparat na stół i sięgnęła po widelec, jednak nie miała już apetytu. Przykra wiadomość o Danielu, choć podświadomie się jej spodziewała, wprawiła ją w stan naturalnego w takiej sytuacji szoku i niedowierzania, dodatkowo podszytego żalem i wyrzutami sumienia. Tym razem nie chodziło w nich już bynajmniej o bal sylwestrowy w Anabelli, który, wbrew wcześniejszym obawom, raczej nie mógł mieć znaczenia w kwestii złego wpływu na zdrowie Daniela, lecz bardziej o całokształt ich relacji przyjacielskiej, na której wciąż ciążyły nieprzyjemne wydarzenia z samego początku znajomości. Teraz, kiedy obawa o jego zdrowie została poparta twardymi faktami, Iza po raz pierwszy świadomie skupiła uwagę na myśli, która tkwiła w niej już od dawna, lecz którą dotąd odpychała od siebie jako absurdalną.

Fakt, że Daniel próbował kiedyś zdobyć jej względy, a ona nie mogła ich przyjąć, od prawie dwóch lat odciskał się dyskretnym piętnem na jej sumieniu, choć obiektywnie nie mogła przecież się za to winić – wszak serce nie sługa, jak głosi przysłowie. Co prawda odtrącenie Victora przeżyła równie traumatycznie, jednak w jego przypadku czas szybko udowodnił, ile warte były jego deklaracje, a dzięki temu dziś jej sumienie było pod tym względem całkowicie czyste, podobnie zresztą jak w przypadku Michała Krzemińskiego, na myśl o którym czuła dziś jedynie ulgę z domieszką wstydu i zażenowania. Daniel, spośród owych trzech mężczyzn, którzy w przeszłości zabiegali o jej względy, był jedynym naprawdę wartościowym i właśnie to, zwłaszcza w obliczu złych wieści sprzed chwili, budziło w jej sercu cichy żal do niesprawiedliwego losu.

Albowiem, w jej przekonaniu, ten może niezbyt atrakcyjny fizycznie, za to niezwykle sympatyczny chłopak o prawym i dobrym sercu jak rzadko kto zasługiwał na to, by zostać docenionym i pokochanym przez jakąś fajną dziewczynę, która dziś byłaby przy nim i wspierałaby go bezwarunkowo w chwili próby. Ona sama niestety nie mogła go uszczęśliwić, mogła być tylko jego przyjaciółką, podobnie jak Marta, która zresztą była w o tyle lepszej sytuacji, że od początku miała zawarty z Danielem układ dwustronny jasno ograniczający ich relację do friendzone.

Iza dopiero teraz, wpatrując się w leżący na talerzu widelec wkłuty w połówkę niedojedzonego naleśnika, dostrzegała swoisty tragizm postaci Daniela, który – choć miał wsparcie wielu przyjaciół, w tym nie tylko jej i Marty, ale na pewno też kolegów z polonistyki – tak naprawdę był sam. Choć lubiany przez wszystkich, był człowiekiem z marginesu ich życia, w pewnym sensie niewidzialnym, kimś, o kim łatwo zapominano i przypominano sobie tylko od okazji do okazji. Ona sama też zgłosiła się ostatnio do niego tylko dlatego, że miała interes, gdyż potrzebowała neutralnego partnera na wesele Kingi. A Marta? Rok temu korzystała z przyjacielskiego wsparcia Daniela, lecząc sercową ranę po Radku, jeździła z nim na motocyklach, w czerwcu umówiła się z nim na wakacyjne wycieczki po okolicy, lecz jak tylko poznała Patryka, bez mrugnięcia okiem odstawiła go na boczny tor. Dopiero kiedy Patryk zdradził i rozpłynął w powietrzu jak zły sen, znów przypomniała sobie o Danielu, by w jego towarzystwie przeżywać swoją żałobę po nieudanym związku i meblować sobie czas.

„Wieczny zapasowy z bocznego toru, produkt zastępczy z tak zwanego braku laku… doraźny plasterek, który każdy chętnie sobie przyklei, kiedy boli, ale kiedy już nie jest potrzebny, wyrzuca się go i łatwo się o nim zapomina” – myślała smutno. – „Ze mną na weselu Kini, z Martą na balu sylwestrowym w Anabelli… taki dyżurny kumpel last minute od łatania dziur towarzyskich. Biedny Dan… Tak bym chciała, żeby trafił w końcu na dziewczynę, która go doceni! Przez to i moje sumienie byłoby spokojniejsze…”

Mimo tych smętnych myśli cieszyła się, że Marta – bez względu na motywację, jaka nią kierowała – tak mocno zaangażowała się we wspieranie Daniela w trudnym czasie, który teraz przeżywał. Ona sama, biorąc pod uwagę piętno z przeszłości, nie za bardzo mogłaby wejść na ten poziom zażyłości z nim, dlatego Martę, która miała pod tym względem czyste konto, traktowała jako kogoś w rodzaju ambasadorki wspólnej sprawy.

„To przecież ja ich ze sobą zapoznałam” – myślała, wciąż wpatrując się w leżące na talerzu resztki naleśnika. – „Więc wsparcie Martusi jest w jakimś przynajmniej niewielkim stopniu również moim wsparciem… Ech, biedaku! Obyś się z tego wyciągnął!”

Dopiero po kilkunastu minutach tych niewesołych refleksji sięgnęła po odłożony telefon, wyszukała w kontaktach numer Daniela i napisała sms, długo redagując go, kasując i poprawiając, zanim poszedł w eter.

Daniel, słyszałam o wynikach badań. Ze wszystkich sił trzymam za Ciebie kciuki. Będzie dobrze! Ściskam, Iza.

Wysławszy wiadomość, zostawiła telefon na blacie i zabrała się za sprzątanie kuchni po obiedzie, chowając do lodówki niedojedzonego naleśnika z myślą, że może zje go jutro. Zje albo nie zje, jutro przecież będzie kosztować potraw na Dzień Francuski i naje się po uszy ratatouille… cóż, trudno, najwyżej naleśnik się zepsuje i będzie musiała go wywalić, ale teraz niech sobie jeszcze leży. Każdy przecież zasługuje na drugą szansę, nawet taki naleśnik.

Chcę spróbować jeszcze raz, elfiku – w jej głowie, jak nożyczki po uderzeniu w stół, odezwało się natychmiast echo ukochanego głosu. – Dać sobie drugą szansę i tym razem wykorzystać ją…

Kiedy to mówił? W jakim kontekście? Nie pamiętała już… lecz czy to ważne? Druga szansa posiadała wiele twarzy, a ta najważniejsza nie była już twarzą Ani Magnon lecz osoby, która miała niemal identyczne włosy…

„Dobra, wystarczy!” – zbeształa samą siebie, machając niecierpliwie ręką, jakby chciała odegnać od siebie natrętną muchę. – „Jakbyś nie miała o czym myśleć! Weź przykład z Martusi i myśl o Danielu, żeby zająć głowę czymś w miarę neutralnym. Skoro taki już jego los zapchajdziury i produktu zastępczego, to chociaż z tego korzystaj!”

Dźwięk przychodzącego smsa zdał się potwierdzić w praktyce tę koncepcję, jednak kiedy spojrzała na wyświetlacz, okazało się, że nie jest to wcale wiadomość zwrotna od Daniela lecz długi mms od… Natalii. Jak na złość! Jakby czytała w jej myślach! Czy to zresztą nie był kolejny metafizyczny znak od losu?

Iza, jeszcze raz przepraszam za wczoraj, miałam w bloku alarm gazowy i musiałam natychmiast wracać. Na szczęście skończyło się na strachu. Musimy koniecznie dokończyć rozmowę, może w przyszły czwartek o tej samej porze? Przez to wszystko wczoraj zapomniałam zapłacić rachunek, więc następnym razem to ja stawiam! Pozdrawiam Cię najserdeczniej. Natalia.

Iza odczytała wiadomość z kamienną miną, po czym wygasiła ekran i z telefonem w ręce skierowała się do salonu, zbliżała się już bowiem godzina wyjścia do pracy, a chciała jeszcze przebrać się w świeże rzeczy. Nie miała najmniejszej ochoty na powtórkę rozmowy w następny czwartek, jednak czy wypadało odmówić? Jeśli sama miała opory, powinna zgodzić się ze względu na Majka.

„Walcz, komandosie!” – myślała, grzebiąc w szafie w poszukiwaniu wygodnego stroju na dzisiejszą intensywnie zapowiadającą się dniówkę. – „Czy to ci się podoba czy nie, musisz się nauczyć, że Anabelli się nie odmawia. To zresztą i tak tylko preludium do tego, co cię jeszcze czeka na tej wojnie.”

Kiedy przebrała się i zamierzała udać się do łazienki, by umyć zęby, przyszedł sms od Daniela.

Dzięki za dobre słowo, Iza! Dam radę. Pozdrawiam, Daniel.

***

Iza dotarła do Anabelli równo z Wiktorią i Klaudią, które zaczynały dziś swoją zmianę dokładnie o tej samej godzinie co ona, przez co wszystkie trzy spotkały się w szatni kelnerek.

– Ale beznadziejna pogoda! – prychnęła Klaudia, ściągając z siebie płaszcz i otrzepując go z kropelek wody. – Dobrze, że to jest nieprzemakalne, bo byłabym cała mokra. A zimno jak diabli! Zastanawiam się, jakim cudem pada deszcz, jak odczuwalna jest totalnie na minusie!

– W nocy już ma być mróz – oznajmiła Wiktoria. – Trzeba będzie uważać, wracając z pracy, bo jak ten deszcz na chodnikach zamarznie, to można będzie nogi połamać. Aaa… zapomniałam, że ty masz przecież prywatny transport pod same drzwi – zerknęła na nią z rozbawieniem. – Ta to się umie urządzić, co nie, Iza?

Iza uśmiechnęła się tylko, odwieszając swoje rzeczy i schylając się, by zmienić buty.

– Jasne, urządzić! – fuknęła z urazą Klaudia.

– Oj, żartowałam przecież – machnęła ręką Wiktoria. – Nie najeżaj się tak, wszyscy trzymamy kciuki, żeby sprawa jak najszybciej się wyjaśniła i żebyś mogła wrócić do normalności. Tymek na pewno też.

– Myślę, że też – zgodziła się nieco udobruchana Klaudia. – To odwożenie mnie po zmianie to przecież dla niego dodatkowe pół godziny roboty. A do tego nie zawsze przyjemne, bo jak mam gorszy dzień i psycha mi siada, to nie ukrywam, że potrafię być dla niego wredna.

– No i co z tego? Tymek to twardy typ, wytrzyma. Iza, a ty jak tam wczoraj? – zmieniła temat. – Widziałaś się z Natalią?

Klaudia, która właśnie sięgnęła po torebkę i wyjąwszy z niej szminkę, stanęła przed lustrem, by pociągnąć nią usta, czujnie zerknęła na odbijającą się w srebrnej tafli twarz Izy zajętej przepasywaniem bioder kelnerskim fartuszkiem. Twarz ta nie wyrażała żadnych szczególnych emocji, teraz dopiero pojawił się na niej lekki uśmiech.

– Aha, widziałam się – odparła swobodnie. – Ale niestety nie zdążyłyśmy długo pogadać, w połowie spotkania wypadło jej coś pilnego i musiała uciekać. W przyszłym tygodniu umówiłyśmy się jeszcze raz, na poprawkę.

– A… okej – odpowiedziała z nutą rozczarowania Wiktoria. – Czyli nie udało ci się wyczuć terenu?

– Nie za bardzo, może następnym razem. Chociaż od strony faktograficznej wcale tak źle nie było, na konto waszej hipotezy możecie wpisać to, że szef podwiózł ją oplem prosto z pracy na miejsce spotkania ze mną. To chyba też można uznać za jakiś tam sygnał?

Klaudia i Wiktoria wymieniły spojrzenia.

– Podwiózł ją? – powtórzyła powoli Wiktoria. – Ciekawe. Ja ich wczoraj nie widziałam, miałam zmianę dopiero od siedemnastej, a Natalia zwykle jest wcześniej, ale skoro tak mówisz… Czyli znowu wyszli z pracy razem? – uśmiechnęła się lekko. – To już naprawdę robi się reguła.

– A gdzie było to spotkanie, Iza? – zapytała Klaudia. – I o której?

– Przed czternastą na miasteczku akademickim – odparła rzeczowo Iza.

– No – pokiwała z namysłem głową Wiktoria. – To by się zgadzało… Wiecie co? Ola była wczoraj na popołudniowej zmianie – przypomniała sobie. – Zapytamy ją, czy widziała Natalię, jak wychodzi razem z szefem z pracy. Chyba że poszli przez kuchnię, nie przez salę… A to znaczy, że trzeba podpytać też Lizkę i Dorotę.

– No to zrób śledztwo i podziel się wynikami, jak coś ustalisz – odparła luźnym tonem Iza. – Ale teraz, dziewczyny, czas ruszać do ataku. Już dwie po.

– Tak, tak, zaraz! – Klaudia pośpiesznie zamknęła szminkę i wrzuciła ją z powrotem do torebki. – Jeszcze tylko fartuch założę.

– A póki co odsuń się od lustra i daj mi przyczesać włosy – zażądała Wiktoria. – Iza, jak już jesteś gotowa, to leć, my zaraz dołączymy.

– Okej. Ja i tak najpierw muszę zajrzeć do kuchni – zaznaczyła Iza, zmierzając do drzwi. – I do gabinetu, zobaczę, czy tam na mnie jakieś rachunki nie czekają. Ale potem oczywiście przyjdę pomóc wam na sali!

To powiedziawszy, podążyła korytarzem zaplecza w stronę kuchni i za chwilę zniknęła w niej, co potwierdziła Wiktoria, zerkając za nią przez uchylone drzwi.

– Tak, poszła – zameldowała koleżance. – No i co? Mówię ci, że nic z tego nie będzie, Klaudia. Ona wygląda, jakby w tę hipotezę z Natalią nawet do końca nie wierzyła, a co dopiero żeby miała się nią przejmować. W sumie nic dziwnego, szef latami przyzwyczajał nas do tego, że z jego amorów nigdy nic nie wynika, więc obiektywnie trudno się nastawiać, że tym razem coś będzie. Iza po prostu reaguje normalnie, to jest wyważone podejście zdroworozsądkowe i ja tu nic podejrzanego nie widzę.

– Zobaczymy – odparła ponuro Klaudia, wygładzając na sobie świeżo założony fartuszek.

– Martwi mnie co innego – ciągnęła z namysłem Wiktoria. – Bo słuchaj… a co, jeśli my niechcący mamy rację?

– W jakim sensie? – zdziwiła się Klaudia.

– No, z tą Natalią. Co, jeśli ta nasza ściema do testowania Izy to prawda? W sensie, że szef naprawdę się w niej zakocha?

Klaudia spojrzała na nią jak na ufoludka.

– Szef? W Natalii? – prychnęła. – Wykluczone! Skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie wiem, tak tylko głośno myślę. Nawet przez sam fakt, że Iza tego nie wyklucza, a przecież ona zna szefa najlepiej z nas wszystkich. Owszem, wygląda, jakby niezbyt w to wierzyła, ale wykluczać, nie wyklucza, zwłaszcza tak kategorycznie jak ty. Bo jeśli on tę Natalię rzeczywiście ciągle gdzieś podwozi, spotykają się poza pracą… A jak się okaże, że to naprawdę nie jest przypadek, ani nasze wymysły?

– Bzdura – wzruszyła ramionami Klaudia.

– Skąd wiesz, że bzdura? A jeśli nie?

– Jeśli nie, to szef byłby totalnym idiotą – oznajmiła z nutą poirytowania. – A o to mimo wszystko go nie podejrzewam.

– Chciałabym mieć takie poczucie pewności jak ty – skrzywiła się Wiktoria. – Ale niestety go nie mam i naprawdę mnie to martwi, bo gdyby on… Przecież to jest przyszłość całej tej firmy, naszego miejsca pracy! Dobra, powiem wprost – dodała stanowczo. – Przed kim jak przed kim, ale przed tobą chyba nie muszę się z tym kryć. Mnie się ta Natalia wcale nie podoba.

Klaudia znów wzruszyła ramionami.

– A myślisz, że mnie się podoba? – skrzywiła się. – Chyba znasz moje zdanie w tej sprawie i nie wierzysz w to, co o niej mówię, kiedy odwalamy przed Izą ten nasz eksperymentalny cyrk? Miałyśmy piać peany na jej temat, to piejemy, zwłaszcza Ola z Gośką są w tym świetne, ale to przecież tylko ściema. Jeśli chodzi o mnie, to ja od samego początku wyczuwam w tej Natalii jakiś fałsz.

– Właśnie! – zgodziła się żywo Wiktoria. – Mam to samo wrażenie. Nie wiem, jak to określić, niby z wierzchu jest okej, wygląda jak milion dolarów, jest miła i sympatyczna, ale to wszystko jest w niej jakieś takie… powierzchowne. Za rzadko ją widuję, żeby wyłapać, co dokładnie mi w niej nie gra, ale jednego jestem pewna: nie chciałabym, żeby kiedyś została naszą szefową. To już zdecydowanie wolę klątwę Anabelli. Bo jeśli szef miałby zdejmować klątwę w taki sposób, to niech jej lepiej wcale nie zdejmuje.

Klaudia uśmiechnęła się z pobłażaniem.

– O to się nie bój, Wika – zapewniła ją spokojnie. – Szef taki głupi nie jest. Ja wiem, że wy mi nie wierzycie i uważacie mnie za oszołomkę, ale w tej kwestii mam stuprocentową pewność. Może we własnym życiu nie jestem wiarygodna, bo nie umiałam właściwie ocenić sytuacji i przejechałam się na tym Bartku jak na łysej kobyle, ale akurat w przypadku szefa mogę dać ci gwarancję, że Natalia, tak jak każda inna laska, która nie jest Izą, nie ma u niego żadnych szans.

– A niech cię – pokręciła głową Wiktoria. – Ależ ty jesteś uparta… Nie powiem, że bym nie chciała, żebyś miała rację, bo chciałabym bardzo, ale biorąc pod uwagę obiektywne fakty i okoliczności, to ja tego nie widzę, Klaudziu. Naprawdę tego nie widzę.

– No to jeszcze zobaczysz. Mówię ci, że szef olewa Natalię na całej linii, moim zdaniem, wręcz jej nie trawi, tylko z jakiegoś powodu nie chce tego po sobie pokazywać. Od tej strony naprawdę nie ma niebezpieczeństwa, facet świata nie widzi za Izą, wczoraj pewnie podwiózł Natalię na spotkanie tylko po to, żeby ją zobaczyć.

– Myślisz? – skrzywiła się z przekąsem Wiktoria.

– Jestem tego prawie na sto procent pewna. Przecież wczoraj Iza pracowała u Lidii, a on musiał do końca zostać na Zamkowej, więc to była dla niego jedyna okazja. Uwierz mi w końcu, Wika – dodała ciepło. – Ja go obserwuję od bardzo dawna i wiem, co mówię. Sama wcześniej też chwilami miałam wątpliwości, ale niedawno był taki jeden moment, który ostatecznie mnie przekonał, i teraz już zdania nie zmienię.

– Jaki moment? – zaciekawiła się Wiktoria. – Nic nie wspominałaś.

– Nie wspominałam, bo skupiałyśmy się nie na szefie, tylko na Izie. I na Natalii.

– Ale co się stało? Opowiedz.

– Teraz? Nie ma czasu…

– Oj, no weź, Klaudia, tylko tak szybko, w paru zdaniach. Bo już mnie zaintrygowałaś!

– Po prostu widziałam pewną interesującą scenę. To było pod koniec którejś z dyskotek, kiedy nikt już nic nie jadł, tylko wszyscy szaleli na parkiecie. Paliły się tylko te lampki na stolikach, a my sprzątałyśmy i wycierałyśmy blaty tam, gdzie już nie było gości. Ja byłam z Izą w sektorze C, tylko ona bliżej środka, a ja na samym końcu sali, pod tylną ścianą przy wieszakach. Ciemno było jak cholera, więc nic nie widziałam i wdepnęłam w porozlewany sok, a przez to podeszwy zaczęły mi się kleić do podłogi. Więc siadłam sobie na jednej z tych ławek pod ścianą, zdjęłam buty i zabrałam się za czyszczenie, żeby nie poroznosić tego wszędzie, nie? I dlatego on mnie nie zauważył.

– Kto? Szef?

– Aha. Łaził po sali i zagadywał klientów, jak to on, aż w końcu przyszedł do nas, tyle że na sektorze było już całkiem pusto. Wszyscy byli na parkiecie, tylko Iza ogarniała sprejem blaty, a ja czyściłam sobie w kącie te cholerne buty. Mnie nie zauważył po ciemku, ale ją tak, zatrzymał się pod ścianą, dosłownie parę metrów ode mnie, tak że akurat padało na niego trochę światła z tych lampek i i mówię ci, Wika… jak on na nią patrzył! Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam u niego takiej twarzy. Nie opiszę ci tego, bo to jest nie do opisania, ale uwierz mi na słowo. Jeśli szef ma zdjąć klątwę Anabelli, to tylko do spóły z Izą. Nie ma innej opcji.

Wiktoria słuchała jej z uwagą, a choć na jej twarzy nadal czaiło się niedowierzanie, widać było, że wizja tej sceny zrobiła na niej duże wrażenie.

– Kurczę, Klaudia – pokręciła powoli głową, kiedy koleżanka przestała mówić. – Gdybyś ty się nie myliła… Trudno mi w to uwierzyć, zwłaszcza że już wiele razy sprawdzałyśmy tę hipotezę i nigdy się nie potwierdziła, ale gdyby Iza naprawdę z szefem… ależ to by była rewelacja! Przecież to właśnie ona, nie jakaś Natalia, pasowałaby do niego idealnie, byłaby właściwą osobą na właściwym miejscu. Ja osobiście bardzo bym chciała, żeby została tu na zawsze, a jakby do tego jeszcze uszczęśliwiła szefa… To jest taki fajny facet, tak na to zasługuje! A wyobrażasz sobie, jak firma by na tym zyskała?

– Oczywiście, że by zyskała, wszyscy byśmy zyskali – przyznała Klaudia. – Szef przy niej rozwinąłby skrzydła jak stado bocianów, ona też miałaby motywację, żeby stuprocentowo się zaangażować… To byłby duet nie do zarąbania.

– Dokładnie! – prychnęła śmiechem Wiktoria. – Postawiliby razem imperium, wymyślaliby kolejne imprezy okolicznościowe, filie rosłyby jak grzyby po deszczu, nawet ty i ja z racji doświadczenia musiałybyśmy w końcu jakimiś zarządzać! Na pewno tak by było – znów spoważniała. – Tylko że Iza chyba w ogóle nie bierze takiej opcji pod uwagę.

– I właśnie to mnie martwi, a nawet trochę wkurza – pokiwała głową Klaudia. – Jak ona może być taka ślepa? Przecież za szefem co druga by w ogień poszła, ja sama pewnie bym się nie oparła, gdyby raz popatrzył na mnie takimi oczami jak wtedy na nią – uśmiechnęła się z rozbawieniem. – Fakt, że to jest trochę nie to pokolenie, ale oni z Izą są ulepieni z jednej gliny, u nich wiek by ani trochę nie przeszkadzał. I ja właśnie tego u niej nie rozumiem. Mieć na horyzoncie takiego faceta i nic z tym nie robić… Przecież szef fizycznie jej się podoba, nieraz o tym mówiła, komu by się zresztą nie podobał? A nie wierzę, że nie daje jej sygnałów. Więc albo jest ślepa, albo po prostu świetnie się kamufluje.

– Albo on naprawdę jej nie interesuje – zauważyła Wiktoria. – Bo wiesz, w teorii fizycznie może jej się podobać, w jego przypadku to zresztą nic nadzwyczajnego, ale jeśli nie czuje do niego tej iskry…

– No wiem – przyznała ponuro Klaudia. – Jak nie czuje iskry, to nic z tego nie będzie, i to jest ta najbardziej pesymistyczna wersja. Trochę się boję, że Iza, tak jak Lidia, zraziła się do ogółu facetów po złych doświadczeniach z tym blond debilem, w którym kochała się szesnaście lat, i że szef przez to bez sensu ucierpi. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że jednak chodzi tylko o ślepotę albo o kamuflaż.

– Myślisz? – Wiktoria pokręciła głową sceptycznie. – Gdyby była ślepa, to chyba tylko na początku. Pamiętasz, jak dokuczałyśmy jej i stroiłyśmy sobie głupie żarciki, kiedy szef zaczął ją faworyzować? Przecież wtedy chyba z milion aluzji na ten temat poszło, do tego Antek nieraz łapał ich na jakichś podejrzanych scenkach rodzajowych… i co? I nic. Od tamtej pory już z rok minął i nic się między nimi nie zadziało, nie wiem, czy to przez to, że Iza była zakochana w tamtym, ale na pewno nie przez to, że jest ślepa. To już prędzej uwierzyłabym w kamuflaż… Chociaż jeśli ona tak by się kamuflowała, to naprawdę byłaby wybitnym zawodnikiem.

– Właśnie liczę na to, że jest – odpowiedziała Klaudia. – Może po prostu ma kompleksy co do swojego wyglądu i myśli, że nie ma u szefa szans? A przez to nie daje szansy jemu… Dobra, słuchaj, Wika, lećmy już na salę, co? – dodała z niepokojem, zerkając na zegarek na przegubie ręki. – Już i tak zdrowo przegięłyśmy.

– Nie, poczekaj, dokończmy to – zatrzymała ją stanowczo Wiktoria. – Kama wytrzyma jeszcze pięć minut na barze, dziewczyny na stolikach też, a to jest naprawdę gardłowa sprawa. Mniejsza o Natalię, mam nadzieję, że nie mylisz się co do szefa, to mnie trochę uspokaja… ale co robimy dalej z Izą?

– Jak to: co robimy?

– No czy ciągniemy ten nasz eksperyment? Bo może lepiej odpuścić piłowanie Natalią, tylko raczej rzucić znowu parę aluzji a propos szefa? Może to by na nią lepiej podziałało?

– Nie, Wika, pociągnijmy jeszcze trochę tę Natalię – odparła stanowczo Klaudia. – Jeśli Iza, jak mówisz, nie czuje do szefa iskry, to takimi aluzjami zrobimy mu tylko niedźwiedzią przysługę.

– A Natalią to niby nie?

– Właśnie nie. To co innego. Jeśli ona jest ślepa albo, co gorsza, niezainteresowana, to trzeba wziąć ją pod włos i konsekwentnie wciskać jej kit z Natalią. Może dzięki temu tknie ją jakaś zazdrość i w końcu się obudzi? Wtedy już poszłoby z górki, bo wystarczyłoby jej kiwnąć małym palcem i miałaby szefa w kieszeni. Natomiast jeśli to kamuflaż, to tym bardziej trzeba ciągnąć przy niej ten wątek, najlepiej z zaskoczenia, i zobaczysz, że za którymś razem się odkryje. Zresztą uważam, że ona ewidentnie już raz się odkryła, zaraz na samym początku.

– Masz na myśli tamte wykałaczki? – skrzywiła się sceptycznie Wiktoria.

– Mhm. Wtedy nie była jeszcze taka czujna i dała się zaskoczyć, teraz już lepiej się pilnuje. No co? – wzruszyła ramionami. – Nie rób takiej głupiej miny, Wika, wy z dziewczynami za szybko to odpuściłyście, a ja nadal uważam, że tu jest jeszcze bardzo obiecujący teren do sprawdzenia. Podam ci przykład. Zauważyłaś, że wczoraj Iza wcale nie wydawała się zdziwiona naszą hipotezą o Natalii?

– No… nie wydawała się – zgodziła się po namyśle barmanka. – Ale dlaczego miała być zdziwiona? Przecież już nieraz to sugerowałyśmy.

– Pośrednio tak, ale wczoraj to był mimo wszystko pierwszy raz, kiedy walnęłyśmy jej prosto w twarz, że szef może myśleć o Natalii poważnie. W normalnej sytuacji, biorąc pod uwagę to, jak blisko się kumplują, powinna zareagować na to bardziej emocjonalnie. Mniejsza o to, czy pozytywnie, czy negatywnie, ale po prostu bardziej. A ona była zadziwiająco spokojna… prawie obojętna.

– Może po prostu w to nie wierzy? – poddała z zastanowieniem Wiktoria – Albo nie dziwi się, bo sama już wcześniej coś zauważyła?

– Niby co? – Klaudia spojrzała na nią z politowaniem. – Przecież to są tylko nasze wymysły na potrzeby eksperymentu. Zgoda, że nie do końca wzięte z sufitu, bo Natalia naprawdę od tygodni łazi za szefem i próbuje go kokietować, ale po pierwsze on tego nie podłapuje, a po drugie, nawet gdyby, to kiedy Iza miałaby coś zauważyć? One się z Natalią praktycznie nie widują.

– Też prawda – przyznała Wiktoria.

– Poza tym gdyby coś zauważyła, to po co miałaby to przed nami ukrywać? Po co by udawała, że dowiaduje się o wszystkim dopiero od nas? Zastanów się. Moim zdaniem, to nie była u niej normalna reakcja.

Wiktoria popatrzyła na nią z zastanowieniem.

– Hmm – mruknęła. – O tym nie pomyślałam… I w sumie wiesz co? Jak tak sobie przypominam, to jedna rzecz faktycznie mnie wczoraj tknęła.

– No?

– To, że Iza tak od razu, kompletnie bez zastanowienia, stwierdziła, że Natalia to dla szefa bardzo dobry wybór. A potem jeszcze zaczęła to uzasadniać, jakby rzeczywiście miała to z góry przemyślane. Ciekawe… Myślisz, że to kamuflaż?

– Tak podejrzewam. Oczywiście nie mam żadnej pewności, ale uważam, że rzecz jest nadal do obserwacji i proszę cię, Wika… bądźmy w tym konsekwentne. Jeśli wyjdzie, że nie miałam racji, to po prostu powiemy Izie, że jednak myliłyśmy się co do Natalii, i będzie po krzyku, w końcu każdemu wolno dać się zwieść pozorom, nie? Ale na razie pociągnijmy jeszcze trochę ten eksperyment.

– Dobra – zgodziła się bez wahania Wiktoria. – Spróbujmy pociągnąć to metodycznie, ja teraz też włączę się w to aktywniej, bo kto wie? Sama jestem ciekawa. Co prawda nie chcę się nakręcać, obiektywnie dowody są słabe, ale przyznaję, że paroma argumentami dałaś mi do myślenia.

– I o to właśnie chodziło – pokiwała z satysfakcją głową Klaudia. – Ale teraz serio, Wika, wracajmy już na salę. Trzeba zwolnić z posterunków Kamę i Alę, zanim się na nas wkurzą, poza tym głupio byłoby przed Izą, gdyby zobaczyła, że pchnęłyśmy ją do roboty, a same dalej tu siedzimy i spiskujemy.

***

– Szefie, za jakieś dwie godziny poprosimy o wsparcie przyprawowe – oznajmiła Dorota, mieszając łyżką w wielkim garze z gotującym się ratatouille. – Próbka wyszła genialnie, ale na dużym kotle same tego nie powtórzymy.

– Oczywiście, proszę pani – skłonił jej się wesoło Majk. – Nadworny mistrz ceremonii przyprawowej zawsze do usług. Wołajcie mnie, jak te warzywa trochę się podgotują, razem zrobimy w kotle czary-mary.

– Tak jest – uśmiechnęła się Eliza. – Angela, wstawiaj już tarty do piekarnika, co? – dodała, zwracając się do jednej z nowych koleżanek kucharek. – Tylko uważaj na temperaturę, na górnych półkach grzeje trochę słabiej.

– Ale to jest naprawdę przepyszne, dziewczyny! – oceniła z uznaniem Iza, odstawiając na blat zmywarki talerzyk, na którym kosztowała porcji próbnej transzy ratatouille. – Trzeba dokładnie zapisać recepturę, żebyśmy mogli powtarzać to na każdym Dniu Francuskim. Wystarczy odrobina reklamy i obstawiam, że to będzie hit!

– Tylko bez przesady z tą reklamą, Iza – skrzywiła się sceptycznie Dorota. – Jak zrobicie nam hit, to potem nie wyrobimy na zakrętach z gotowaniem.

Roześmiali się wszyscy.

– Najprościej byłoby zrobić wkładkę do karty – zauważył Majk, myjąc ręce pod kranem i wycierając je w ręcznik papierowy, który następnie zgniótł i celnym gestem posłał z daleka do kosza. – Dania polecane i nowości. Hmm? Możemy to załatwić nawet teraz. Akurat trafia się okazja, żeby rozpakować i przetestować naszą nową drukarkę.

– Racja – zgodziła się Iza. – Mamy w komputerze szablon wkładki, można podłożyć tło w kolorach francuskiej flagi i wydrukować w kolorze. Dziewczyny, mamy na jutro w nowościach coś jeszcze poza ratatouille?

– Tylko te ślimaki w sosie – oznajmiła Eliza. – Ale nie wiem, jak się fachowo nazywa to danie, tamtym razem szef mówił na nie „ślimaki po prokuratorsku”…

Iza i Majk roześmiali się.

– I niech tak zostanie! – zadecydował wesoło Majk. – Na cześć prokuratora Wojtka, największego konesera ślimaków w Lublinie! Co prawda trudno to uznać za tradycyjną francuską formułę, ale jako knajpa polska mamy prawo do drobnych odstępstw od normy. Macie je już przygotowane?

– Tak, już są w lodówce. Wczoraj gotowałyśmy je pół dnia według przepisu pani Wiesi z dopiskami szefa co do przypraw. Uważam, że wyszły co najmniej tak dobre jak tamtym razem. Chce szef skosztować?

– A, chętnie – zgodził się bez wahania. – Podgrzejcie mi ich trochę, co? Tylko nie za dużo, maksymalnie pół porcji. A druga połówka może być dla Izy. Iza, chcesz?

– Czemu nie? – uśmiechnęła się. – Tamtym razem zdążyłam tylko skubnąć w przelocie, nie miałam czasu na prawdziwą degustację, a wypadałoby dokładnie wiedzieć, co się podaje gościom.

– Zwłaszcza kiedy jest się gospodynią imprezy – zauważyła Dorota, otwierając lodówkę. – Wtedy trzeba znać się na każdym ślimaku. Już wstawiam, szefie, za dziesięć minut będzie gotowe.

– Okej, to my z Izą pójdziemy w tym czasie przetestować drukarkę – oznajmił Majk. – Już nabrała temperatury po transporcie, teraz musimy zrobić jej porządny chrzest bojowy.

Kolorowa drukarka laserowa, zakupiona przez niego dziś rano, stała jeszcze na biurku w gabinecie zapakowana w karton. Iza zastała ją tam już kilka godzin wcześniej, kiedy zaraz po przyjściu do pracy zajrzała do gabinetu, by sprawdzić, czy nie ma tam dla niej jakichś papierów do opracowania, i widok ten ucieszył ją tylko połowicznie. Owszem, był to sprzęt bardzo w firmie potrzebny, już nieraz brakowało im możliwości kolorowego wydruku od ręki, jednak Majk o jego kupnie wspomniał zaledwie dwa czy trzy dni temu – i tak szybko to zrealizował? Natychmiast przypomniały jej się tamte jego słowa.

Jesteś już drugą osobą, która mi to sygnalizuje.

Cóż, nie miała wątpliwości, kto był tą pierwszą. Wszak musiał to być ktoś zajmujący się w firmie dokumentami, bo po co komuś innemu drukarka? A jako że oprócz niej w zespole Anabelli była tylko jedna taka osoba…

„Nic dziwnego, że tak się pośpieszył z zakupem” – pomyślała z przekąsem, kiedy Majk, wyjąwszy z szuflady nożyce, zajął się otwieraniem paczki. – „W niektórych ustach jedno słowo sugestii staje się rozkazem.”

– Pomóc ci coś? – zagadnęła, obserwując, jak zdziera z pudła grubą warstwę taśmy.

– Nie, nie trzeba – pokręcił głową. – Odpal tylko kompa, co? Spróbujemy ją podłączyć, mam nadzieję, że odczyta ją automatycznie, a jak nie, to zawołamy Antka… Aha, i jeszcze karta win. Mam tu do próbnej degustacji to nowe białe wino, jeśli pójdzie pomyślnie, można by włączyć do oferty. Masz ją tam gdzieś w pliku?

– Mam, ale przecież jest już wydrukowana razem z menu na jutro. Chcesz dopisać jedną pozycję i drukować od nowa?

Majk podniósł głowę znad pudła i spojrzał na nią z zastanowieniem.

– Fakt, to nie ma sensu. Za to możemy dopisać je jako nowość w naszej nowej wkładce. Poszukaj formatki, ja rozpakuję to i zaraz się zastanowimy.

Podłączenie drukarki do komputera okazało się relatywnie proste, jednak proces konfiguracji sterowników i przygotowanie jej do pracy zajęły o wiele więcej czasu. Nie chcąc go tracić, Iza wyszukała formatkę wkładki do menu i zajęła się podmienianiem tła na trójkolorowe, Majk zaś, wywołany przez Dorotę, udał się do kuchni po zamówione ślimaki.

„Szkoda, że nie mam tu torebki” – pomyślała Iza, kopiując zawartość pliku i zapisując go pod inną nazwą. – „Załatwiłabym od ręki wnioski urlopowe, już najwyższy czas…”

Nim jednak zdążyła dokończyć myśl, do gabinetu wrócił Majk, otwierając sobie drzwi łokciem, w obu rękach niósł bowiem zastawioną naczyniami tacę. Iza natychmiast poderwała się od biurka.

– Poczekaj, pomogę ci!

– Siedź, dam radę – zatrzymał ją, wchodząc do środka i zwinnym ruchem pięty zatrzaskując za sobą drzwi. – Zrób mi tylko miejsce na biurku, okej?

Posłusznie odstawiła na podłogę pudło po drukarce wraz z resztkami folii ochronnej, a komputer przesunęła na bok, zwalniając połowę powierzchni blatu, gdzie Majk ostrożnie zestawił tacę z dwiema niewielkimi porcjami ślimaków w sosie, sztućcami, korkociągiem i dwoma pękatymi kieliszkami.

– Oho, widzę, że cała uczta się szykuje! – zauważyła z rozbawieniem Iza.

– Tak jest, podano do stołu! – zaśmiał się, po czym, sięgnąwszy do szafy, wyjął z niej butelkę wina. – Ślimaki po prokuratorsku z białym winem w ramach próbnej degustacji zawodowej. Zapraszam!

Mówiąc to, wskazał jej, by usiadła na fotelu, po czym sięgnął po korkociąg i zabrał się za odkorkowywanie wina.

– Pachnie wspaniale – powiedziała, zestawiając oba talerze na biurko i układając przy nich sztućce. – Ale myślisz, że wypada nam urządzać sobie takie imprezy w gabinecie, kiedy wszędzie tyle roboty?

– Racja, powinniśmy zjeść to na kolanie, w przelocie przez salę albo najlepiej w magazynku przy segregowaniu butelek – pokiwał z pobłażaniem głową Majk. – Nie przeginaj, mały elfie. Siadaj i kosztujemy to cudo kulinarne, jutro pewnie nawet nie będzie na to czasu. Podstaw mi swój kieliszek, co?… Dobra, dzięki… To nie jest żadna impreza, tylko strategiczna narada wojenna połączona ze sprawdzeniem i uzupełnieniem amunicji – zaznaczył, napełniając oba kieliszki do połowy białym winem. – Przypominam pani, że jesteśmy w pracy.

– Właśnie o tym mówię – uśmiechnęła się. – Ale skoro to narada wojenna, to nie mam więcej pytań. Proszę, szefie, oto twój widelec.

– Dzięki. I jak? Dobre to?

– Pyszne! – zapewniła go, z przyjemnością przeżuwając delikatną potrawę. – Sam spróbuj.

Majk przysunął sobie krzesło, zasiadł po drugiej stronie biurka i chętnie zabrał się za jedzenie.

– Mhm, niezłe – przyznał z satysfakcją. – Wyszły nawet lepiej niż tamtym razem, moim zdaniem, są dużo miększe i delikatniejsze. Ciekawe, czy to tylko kwestia partii, czy przepisu też?… No, mniejsza o to. Jak tam jutro, Izula? – zerknął na nią ponad blatem. – Masz zaplanowanych jakichś gości specjalnych? Zwłaszcza żabojadów?

– Nie, na jutro nikt się nie zapowiadał – odparła, delektując się kolejną porcją dania. – I całe szczęście. A od ciebie ktoś będzie?

Pytanie to było dla niej bezpieczne, wszak wiedziała, że w ten weekend Natalia wyjeżdżała z Lublina na zaręczyny kuzynki. To ustawiało styczniowy Dzień Francuski w zupełnie innej perspektywie, o wiele jaśniejszej i spokojniejszej, niż mogła się spodziewać po wydarzeniach z otwarcia Koncertowej.

– Też nie – pokręcił głową Majk. – Był taki plan, ale okazało się, że nikomu nie wypada to z pasjansa, więc komisyjnie uznali, że jutro odpuszczają i wpadną na rytualne spotkanie dopiero w połowie lutego. I dobrze. Najgorsze imprezy to imprezy zwoływane na siłę.

– To prawda. Widzę zresztą, że wszyscy w tej końcówce stycznia mają niezłe urwanie głowy.

– Mhm – potwierdził, przełykając ze smakiem zawartość widelca i sięgając po kieliszek. –Pablo ma w tym tygodniu totalną jazdę po bandzie w kancelarii, Wojtek złapał jakiegoś wirusa i leży plackiem na zwolnieniu, a Kajtek z Dominiką finalizują umowę kupna nowego mieszkania.

– O! – podchwyciła z zaciekawieniem. – Przeprowadzają się do większego?

– Nie, do mniejszego – odparł, pociągając łyka wina. – Podobno bardzo fajna plomba w samym centrum, oboje będą mieć dwa razy bliżej do roboty. Mmm…. Z tym winkiem wchodzi jeszcze lepiej, skosztuj, Izula. Uważam, że jest całkiem niezłe.

Iza posłusznie zamoczyła usta w winie, które rzeczywiście miało bardzo wyrafinowany smak, idealnie pasujący do konsumowanego dania.

– Aha – przyznała. – Dobre i świetnie się zgrywa z tymi ślimakami. Miałeś nosa, szefie.

– To nie ja, tylko facet, który mi je polecił – sprostował spokojnie. – Ale cieszę się, że dałem się namówić. Dzięki temu jutro będę błyszczał przed klientami jako koneser francuskiej kuchni, proponując wszystkim ten zestaw – ruchem głowy wskazał na talerz i znów upił niewielkiego łyka z kieliszka. – A wracając do Kajtka i Dominiki, już dawno mieli plan zmienić chatę na mniejszą, mieszkają we dwoje na osiemdziesięciu metrach z hakiem i aż takiej powierzchni nie potrzebują, zwłaszcza że dzieciaków już się raczej nie doczekają. Dlatego w końcu, zdaje się, że w ramach postanowień noworocznych, podjęli decyzję o zmianie lokum.

– Ach, czyli oni nie mają dzieci? – zdziwiła się Iza, wspominając uśmiechniętą twarz Dominiki i jej wesołe przekomarzania z mężem. – Nie wiedziałam o tym.

– Nie mają. Właściwie nie wiadomo dlaczego, są małżeństwem od dziesięciu lat i zawsze byli na to otwarci, niestety bez efektu. Robili kiedyś nawet jakieś badania, ale nic w nich nie wyszło, medycznych przeszkód brak. Właśnie pod kątem tej perspektywy tak długo trzymali to duże mieszkanie, no ale teraz… Kajtek mówi, że widocznie decyzja zapadła tam – wymownym gestem oczu wskazał na sufit – a jak góra nie da zielonego światła, to znak, że widocznie tak ma być i tyle, trzeba się dostosować.

– Nie wiedziałam… – powtórzyła szeptem mimo woli zasmucona tą informacją Iza.

– Oczywiście w teorii jeszcze mają czas – zaznaczył Majk. – Dominika jest tylko rok starsza ode mnie i od Pabla, a Kajtek ma trzy lata więcej, oboje nie dojechali jeszcze nawet do czterdziechy, ale w tym obszarze chyba już odpuścili, skoro sprzedają chatę i idą na mniejszy metraż. Kajtek mówi, że to decyzja, która pomoże im zamknąć pewien etap, a ja to rozumiem. W życiu przecież nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem.

– Racja – przyznała Iza. – Najważniejsze, że mają siebie. Ale jednak nigdy bym nie pomyślała, Dominika zawsze tak chętnie rozmawia o dzieciach… tak się cieszyła z nowiny, którą przywiozła Ania… Nigdy nie wyczułam u niej żadnego żalu ani nic.

Majk uśmiechnął się lekko, odsuwając pusty talerz, i posłał jej ponad stołem pobłażliwe, nieco smętne spojrzenie.

– Bo może nie ma tego żalu. A może ma? Skąd możemy to wiedzieć, elfiku? Ludzie, którzy noszą w sobie ciężkie rany, często potrafią całkiem nieźle grać.

– To prawda – szepnęła, odwracając oczy.

„Jak ty i ja” – pomyślała. – „Każdy po swojemu, niby inaczej… a jednak tak samo…”

W gabinecie zapadła cisza. Udając zamyślenie, Iza wpatrzyła się w ostatniego niedojedzonego ślimaka na swoim talerzu, a choć za nic w świecie nie odważyłaby się podnieść teraz oczu na Majka, i tak czuła na sobie jego uważny, przenikliwy wzrok. O czym myślał? O Dominice i Kajtku? A może o własnej grze poranionego komandosa? Choć z poprzednich ran już się wylizał i teraz na nowo karmił się nadzieją, jego gra pozorów przecież wciąż trwała, ba, od czasu pierwszego Dnia Francuskiego wręcz przybrała na sile. Skoro nikomu, nie tylko Pablowi ale nawet jej nie powiedział wprost, kim była jego nowa Anabella… Ale może i miał rację, nie chcąc zapeszać? To, co powiedział przed chwilą, to przecież święta prawda – w życiu nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem.

– A jak wczoraj udało się spotkanie z Natalią? – zagadnął Majk.

Iza drgnęła, nim zdążyła temu zapobiec, aż widelec, który wciąż trzymała w dłoni, zahaczył z brzękiem o brzeg talerza. A niech to, ale wtopa! Rozkojarzony komandos dał się zaskoczyć jak dziecko, teraz pozostało mu tylko post factum ratować sytuację.

– Z Natalią? – udała, że pytanie wyrwało ją z innego toku myśli. – No… było fajnie, tylko niestety niezbyt długo, bo po niecałej godzinie musiała pilnie wracać do domu.

– Mhm, właśnie słyszałem – przyznał swobodnie, dopijając swoje wino. – Miała w bloku jakiś alert gazowy, na szczęście chyba wszystko już w porządku.

– Tak – pokiwała głową. – Mówiła, że skończyło się tylko na strachu.

Zmiana tematu na właśnie ten była tak niespodziewana i nieprzyjemna, że z trudem wyduszała z siebie słowa, które przecież musiały być wypowiedziane neutralnym i spokojnym tonem. A więc on też, dokładnie jak ona, w kontekście gry pozorów pomyślał o Natalii… Wiedział też o wczorajszym alercie gazowym, a to znaczyło, że byli w stałym kontakcie. Czy potrzeba lepszego dowodu na to, że interpretacja była słuszna?

– A jak wam się razem rozmawiało? – zapytał od niechcenia Majk. – Jest szansa na to, że bliżej się zakumplujecie?

No tak, o to mu chodziło. Cóż mogła odpowiedzieć? Sprawienie mu przykrości nie wchodziło przecież w grę.

– Zdecydowanie tak – uśmiechnęła się. – To przemiła osoba, musimy tylko trochę lepiej się poznać. A na to trzeba czasu.

Majk pokiwał głową, odstawiając kieliszek na blat.

– To oczywiste – zgodził się wciąż tym samym swobodnym tonem. – Pytam bardziej o perspektywę, bo nie ukrywam, że mam w tym swój osobisty interes. Z góry zapowiadam, że kiedy lepiej się poznacie, będę chciał z tobą o czymś porozmawiać, a ściślej poprosić cię o coś.

„O to, żebym nauczyła ją prawidłowo głaskać cię po włosach, tak?” – pomyślała gorzko Iza, choć z ust nie schodził jej delikatny uśmiech. – „I doładowywać energią… komunikować się ponad przestrzenią za pomocą księżycowych kodów…”

– Dobrze – odparła po prostu.

Znów na chwilę zapadła cisza, w niewyjaśniony sposób potęgując w jej sercu ból, przed którym chyba łatwiej bronić się słowami niż milczeniem. Zresztą – jaka różnica? I tak nie było na to lekarstwa.

– No dobra, a co z tym winem? – zmienił temat Majk. – Chyba warto włączyć je do karty i polecać do ślimaków, hmm? Moim zdaniem, zestaw jest bezbłędny.

– Też tak uważam – zgodziła się skwapliwie, podnosząc się z fotela i schylając się nad biurkiem, by zebrać naczynia na tacę. – Zaraz wpiszę obydwa do wkładki, dodam w polecanych jeszcze jakiś deser i możemy drukować. Tylko trzeba się z tym spiąć, szefie, bo dużo roboty czeka nas w magazynku i na sali.

– Tak jest, kochanie. Daj mi te naczynia, odniosę do kuchni, a ty wpisuj, co trzeba, w plik i puszczamy na drukarkę. Aha, czekaj! – klepnął się w czoło. – Zapomniałem, że w samochodzie mam coś jeszcze! I to ważnego!

– Co takiego? – zaciekawiła się.

– Trzy ryzy papieru kredowego – oznajmił z satysfakcją. – Najwyższa jakość, w eleganckim odcieniu écru, więc jeśli drukarka się spisze, to nasze wkładki niczym nie będą się różnić od tych z drukarni. Zobaczysz, będziesz zadowolona. Wezmę tę katanę – sięgnął na wieszak po kurtkę – i zaraz je przyniosę. Zostawiłem w bagażniku, a tak nie może być, na zewnątrz przecież wilgoć jak cholera!

Po czym, narzuciwszy na siebie kurtkę, zgarnął z biurka przygotowaną przez Izę tacę z naczyniami i wyszedł z gabinetu, od progu rzucając jeszcze w jej kierunku porozumiewawcze spojrzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *