Anabella – Rozdział CCXII
Iza, jeszcze raz dziękuję za zbiórkę dla Karolinki. Udało się uskładać potrzebną kwotę i jutro wylatują z Asią do USA. Trzymaj za nią kciuki! Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Majka. Madi.
Sms od Magdaleny przyszedł w czasie, gdy Iza zbierała się w przedpokoju do wyjścia na uczelnię. Odpisała natychmiast z zapewnieniem, że bardzo się cieszy i będzie trzymać kciuki za chorą dziewczynkę, po czym, schowawszy telefon do kieszeni płaszcza, pośpiesznie zebrała się do wyjścia z domu, by zdążyć na pierwsze zajęcia.
„Krawczyk też niebawem powinien się odezwać” – pomyślała, zamykając drzwi. – „Oni często mają taki ciekawy synchron, że jak ona się odzywa, to zaraz i on, albo na odwrót. A przecież robią to zupełnie niezależnie od siebie…”
Urwała myśl, bowiem na dole rozległo się trzaśnięcie drzwi wejściowych i na schodach rozbrzmiały powolne kroki, jak się domyślała, któregoś ze starszych sąsiadów. Na półpiętrze rzeczywiście natrafiła na wracającą z siatką zakupów panią Jadzię.
– A dzień dobry, dzień dobry! – odpowiedziała życzliwie na jej pozdrowienie sąsiadka. – Do pracy?
– Nie, na uczelnię – sprostowała z uśmiechem Iza, nie zatrzymując się. – O ósmej dwadzieścia zaczynam zajęcia, dlatego bardzo przepraszam, ale muszę biec, żeby się nie spóźnić!
– A pewnie, pewnie, toć nie zatrzymuję panienki! – pokiwała głową pani Jadzia. – Powodzenia życzę! I kawalera proszę ode mnie pozdrowić!
– Kawalera? – zdziwiła się Iza, zwalniając kroku i zerkając ku niej do góry już z ostatnich stopni prowadzących na parter.
– No, tego pana… jak mu tam? Tego, co ma takie włosy, że hoho! Każda dziewczyna by mu mogła pozazdrościć!
Iza zatrzymała się u stóp schodów, wciąż patrząc na nią do góry pomiędzy barierkami.
– Ach – uśmiechnęła się. – To mój przyjaciel.
– Przyjaciel czy nie przyjaciel, ja tam nie wnikam – zaznaczyła oględnie pani Jadzia. – Widziałam was razem w tamtą niedzielę w kościele, tylko tak szybko uciekliście, że podejść nie zdążyłam. A teraz tak sobie myślę, że nigdy nie zapytałam, albo po prostu już zapomniałam, jak on ma na imię… no, jak? – przechyliła się przez poręcz, a w jej głosie zabrzmiało szczere zaciekawienie.
– Michał – odpowiedziała ciepło. – Przepraszam, pani Jadziu, ale…
– Tak, tak, biegnij, dziecino, nie zatrzymuję cię! – wycofała się natychmiast sąsiadka. – A jakby znowu trzeba ci było kwiatka podlewać, to ja zawsze chętnie, pamiętaj!
– Dziękuję! – odkrzyknęła już spod drzwi wyjściowych. – I dobrego dnia!
„Pozdrowić kawalera” – myślała ze smutnym rozbawieniem, idąc pośpiesznym krokiem mokrym chodnikiem, w nocy bowiem zamiast śniegu znów padał zimny deszcz. – „Starsi ludzie mają specyficzne słownictwo, ale przecież nic w tym złego. Muszę zresztą zaprosić panią Jadzię na herbatkę, jeszcze raz podziękować za podlewanie mi kwiatka i zakontraktować następną taką usługę. A nawet dwie. Najpierw na czas urlopu, kiedy pojadę do Korytkowa, a potem na cały marzec, kiedy będę w Belgii. Zwłaszcza wtedy ktoś musi mi pilnować mojego kwiatu paproci…”
Porzuciła jednak szybko tę myśl, wbrew własnej woli przypomniawszy sobie, że kwiat paproci kwitnie przecież nocą… zapewne nocą księżycową…
„Ciekawe, jak trzymają się kwiatki u pani Irenki” – skręciła szybko myślą w bezpieczniejsze rejony. – „Mam nadzieję, że Majk pamiętał w tym tygodniu, żeby je podlać… Muszę go o to zapytać przy najbliższej okazji. Ja przecież też obiecałam jej, że będę tego pilnować.”
Kiedy zbliżała się już do uczelni, w kieszeni odezwał się cichy dźwięk powiadomienia o przychodzącym smsie.
Dzień dobry, pani Izabello, nie miałem jeszcze okazji, zatem życzę Pani zdrowia, pomyślności i wszelkich sukcesów w Nowym Roku. Czy mógłbym liczyć na Pani wizytę u mnie w najbliższą niedzielę 24 stycznia lub kolejną? Z uniżonym ukłonem, Sebastian Krawczyk.
„Niesłychane” – pokręciła głową z niedowierzaniem. – „Oni chyba naprawdę czytają sobie w myślach. Najpierw ona, a półgodziny później on… telepatia…”
Nagle w wyobraźni wyświetliła jej się zamglona twarz pani Ziuty, która patrzyła na nią znacząco swymi czarnymi jak węgiel oczami.
– Nie – szepnęła stanowczo, przyśpieszając kroku. – Nie, pani Ziuto. W tej kwestii proszę na mnie nie liczyć.
Kiedy oddawała płaszcz do szatni, nadszedł drugi sms od Krawczyka.
Oczywiście obiad i rozmowa tylko we dwoje. SK.
Zastrzeżenie to natychmiast przypomniało jej Sylwię i jej na wpół wrogie, na wpół pogardliwe spojrzenie. Skrzywiła się z niechęcią, ale po chwili zastanowienia machnęła lekceważąco ręką i z uśmiechem odebrała z rąk szatniarki numerek.
„Oj tam, nie muszę ani jej lubić, ani zabiegać o jej sympatię” – stwierdziła, wchodząc po schodach na pierwsze piętro, gdzie za chwilę rozpoczynała zajęcia. – „O jego zresztą też. A co do niedzieli, to raczej następna… w tym tygodniu mamy przecież Dzień Francuski, a co za dużo, to niezdrowo jak na jeden weekend.”
***
– Nie wierzę, udało się! – cieszyła się Kinga, pląsając w radosnych tanach po korytarzu z równie uszczęśliwioną Basią. – Jeszcze tylko ten ostatni napiszę na tróję i zaliczę semestr! Iza, jesteś moją idolką!
Iza zaśmiała się, z satysfakcją przyjmując uściski koleżanek. Grupa poprawkowiczów wyszła właśnie z zajęć z gramatyki opisowej, na których przez ostatni kwadrans wykładowczyni oddawała „testy życia i śmierci” z rozbioru zdania pisane w poprzednim tygodniu. Jak się okazało, wszystkie oceny były pozytywne, choć w większości były to słabe trójki i tylko Weronika zdołała wyciągnąć na czwórkę.
– Fakt, Iza jest wielka – przyznał równie zadowolony Zbyszek, z wyrazem ulgi na twarzy opadając na ławkę na korytarzu. – Mnie to już nie pierwszy raz ratuje z tych opałów. Ufff! Jak ja się zestresowałem! Myślałem, że zejdę śmiertelnie, jak te kartki oddawała… Ale jest trója! Szczyt moich marzeń na ten semestr!
– No to chyba znowu stawiasz nam wszystkim pizzę, co? – zagadnęła wesoło rozpromieniona jak słońce Weronika. – A do tego piwo! Musimy oblać ten sukces!
– Bardzo proszę! – zapewnił ją żywo Zbyszek. – Mój portfel stoi dla was otworem! A Izie to ja bym… kurde, Iza! Mów, co byś chciała! Spełnię każde twój życzenie!
– I każdą fantazję – dodała niewinnie Martyna i wszyscy naraz gruchnęli gromkim śmiechem.
– Gdyby tylko chciała, to każdą! – zapewnił ich Zbyszek, zerkając badawczo na Izę. – Iza? To co? Kiedy zarządzasz pizzę i piwko? Może od razu dzisiaj po zajęciach?
– Niestety dzisiaj nie mogę – odparła przepraszająco Iza. – Wręcz muszę zwiać z ostatniego wykładu, jestem umówiona na spotkanie, a potem jadę do pracy.
– Na spotkanie? – mrugnęła porozumiewawczo Asia.
– Z koleżanką – uśmiechnęła się nieco smutno Iza.
– Słuchajcie, ja dzisiaj też nie mogę – zaznaczyła Kinga. – Jedziemy z Endrju na miasto załatwić parę spraw, już mu obiecałam i nie chcę odwoływać.
– To może jutro?
– Ja jutro też nie mogę – rozłożyła ręce Iza. – Ani w sobotę. Mamy Dzień Francuski, więc jutro będę miała kocioł z przygotowaniami, muszę być wcześniej w pracy…
– Dobra, to po weekendzie – zgodził się Zbyszek, a pozostali również pokiwali głowami. – Ja i tak całą sobotę będę kuł, mam jeszcze w plecy literaturę, no i muszę machnąć chociaż ze dwie strony tekstu na seminarium. Ale, Iza – dodał przymilnie – w przyszłym tygodniu możemy liczyć na jeszcze jedną sesyjkę tej gramery, co? Bo ja jeszcze muszę zaliczyć na trzy ten ostatni…
– Oczywiście – zapewniła go Iza. – Musimy powalczyć o twoją tróję, przecież za to wisi nam impreza u ciebie na chacie, nie możemy zmarnować takiej okazji!
Towarzystwo zareagowało na to aplauzem, a Zbyszek z zapałem potwierdził, że jeśli w jego indeksie zafiguruje pozytywna ocena semestralna z gramatyki opisowej, urządzi z tego tytułu imprezę studencką wszech czasów. Wkrótce jednak przerwa się skończyła i hałaśliwa, rozradowana grupa musiała udać się na kolejne zajęcia, na które dopiero po kilku minutach wpadła spóźniona Marta i z ponurą miną opadła na krzesło obok Izy.
– Dan dzwonił – szepnęła do niej wyjaśniająco. – Podobno ma jakąś tragedię w tych wynikach, ale jeszcze nie zna szczegółów, dopiero jutro się dowie.
– To skąd wie, że tragedia? – odszepnęła zdziwiona i jednocześnie zaniepokojona Iza.
– Wywnioskował po minie tej pani, która robiła badanie. Jutro jeszcze tylko tomografia głowy i idzie z kompletem badań do lekarza, żeby to ocenił. Ale nawet gołym, amatorskim okiem widać, że nie jest dobrze…
Urwała zgromiona wzrokiem przez wykładowcę, który właśnie rozpoczynał zajęcia, po czym obie z Izą wyprostowały się w ławce i sięgnęły po długopisy, by wpisać się na krążącą po sali listę obecności.
***
Dzień dobry, dziękuję za zaproszenie. Jeśli to nie problem, wolałabym niedzielę 31.01. Na którą godzinę mam przyjechać? Pozdrawiam, Izabella Wodnicka.
Sms do Krawczyka Iza napisała w drodze na skwerek, gdzie za kilka minut była umówiona z Natalią. Jako że poprzednim razem długo zwlekała z odpowiedzią na zaproszenie milionera, tym razem wolała mieć to z głowy jak najszybciej, zwłaszcza że decyzja co do wyboru późniejszej z zaproponowanych dat była już podjęta.
Sms zwrotny przyszedł niemal natychmiast.
Świetnie, jesteśmy umówieni. Czy godzina 15.00 będzie odpowiednia?
„Może i dobrze, że dzisiaj mam dyżur na Koncertowej?” – pomyślała, odpisując Krawczykowi twierdząco i chowając telefon do kieszeni płaszcza. – „Nie wiadomo, w jakim stanie psychicznym będę po spotkaniu z nią, bo jeśli w takim samym jak po rozmowie z Lodzią… Nie, nie! Do tego nie mogę się doprowadzać, to byłoby żałosne. Tak czy inaczej lepiej będzie dla mnie zobaczyć się z Majkiem dopiero jutro.”
Rozejrzała się po skwerku i prowadzących do niego uliczkach, jednak Natalii nie było jeszcze widać na horyzoncie. Przystanęła zatem na brzegu chodnika w widocznym miejscu, tuż przy postoju taksówek i zapatrzyła się w pochmurne, osnute deszczowymi chmurami niebo, mimo woli zastanawiając się, czy na pewno dobrze zrobiła, nie zabrawszy dziś z domu parasola.
„Koniec stycznia, a pogoda jak w listopadzie” – pomyślała z poirytowaniem, znów dyskretnie rozglądając się, czy nie dostrzeże z daleka sylwetki nadchodzącej Natalii. – „Nie wiadomo, jak się ubrać, raz mrozi, raz leje… masakra jakaś. Jeśli się rozpada, zanim dojdę z knajpy na przystanek, będę cała mokra i skąpana w błocie. A potem cztery godziny na Koncertowej, gdzie przecież muszę jakoś wyglądać… Trzeba by powiedzieć Lidii, że dobrze by było, gdyby miała tam służbową suszarkę do włosów, taką, jak u nas w szatni na Zamkowej. To się jednak czasem naprawdę przydaje.”
Jakby w odpowiedzi na te myśli pochmurne niebo w ciągu kilku minut jeszcze bardziej spochmurniało i zaczęły z niego spadać drobne i nieregularne kropelki deszczu, co skłoniło Izę do zarzucenia na głowę kaptura.
„No i gdzie ona jest?” – pomyślała z rosnącym poirytowaniem, wyciągając z kieszeni telefon, by zerknąć na godzinę. – „Ma już dwie minuty opóźnienia, przecież jak tak dalej pójdzie, ten deszcz kompletnie mnie zmoczy!”
Natalia jednak nadal nie nadchodziła, nie widać jej było w świetle żadnej z alejek prowadzących w stronę skwerku, na które z miejsca, w którym stała, Iza miała doskonały widok. Na szczęście deszcz nie wzmagał się, a jedynie siąpił rzadkimi, niewielkimi kropelkami, które nawet nie odznaczały się na powierzchni płaszcza, choć niepostrzeżenie przenikały go wilgocią.
„Byle rozpoznała mnie z daleka w tym kapturze” – pomyślała, kiedy spóźnienie zaczęło powoli zbliżać się do dziesięciu minut. – „Mam nadzieję, że w ogóle przyjdzie tutaj, a nie stoi gdzieś w innym miejscu i czeka na mnie… Czy jest tu w okolicy jakiś inny skwerek?”
Rozejrzała się raz jeszcze, coraz bardziej zaniepokojona, i już miała ruszyć w obchód chodnikiem wokół parkingu, kiedy nagle za jej plecami rozległ się odgłos silnika podjeżdżającego samochodu. Pod kołami zaszumiała woda zebrana w kałużach, jakie pozostały po nocnych opadach, a następnie rozległ się krótki sygnał klaksonu. Odwróciła się odruchowo i skamieniała na widok ciemnozielonego opla, za którego kierownicą, jak zauważyła natychmiast, siedział Majk, uśmiechając się do niej z daleka przez przednią szybę. Obok niego na fotelu pasażera dostrzegła ciemno ubraną postać, w której, nawet nie przyglądając się, domyśliła się Natalii ubranej w swój czarny płaszcz obszyty jasnoszarym futerkiem.
„A niech to szlag…” – jęknęło coś drętwo w jej głowie.
Opel zatrzymał się na jednym z wolnych miejsc parkingowych kilka metrów od niej, po czym silnik zgasł i na zewnątrz wyskoczył szeroko uśmiechnięty Majk, bez czapki i z rozpiętą kurtką. Jako że Natalia dopiero otwierała drzwi, okrążył samochód i uprzejmie przytrzymał jej drzwi. Iza, która spodziewała się różnych scenariuszy, ale tego (w sumie najprostszego z możliwych i w pełni przewidywalnego) zupełnie nie przewidziała, skorzystała z tych kilkunastu sekund, kiedy żadne z nich na nią nie patrzyło, by skomponować twarz i przybrać na nią dyżurny uśmiech.
– Meldujemy się, Izula! – rzucił do niej z daleka Majk, zatrzaskując drzwi za Natalią, która szła już ku niej pośpiesznie z przepraszającą miną. – Wybacz spóźnienie, to była moja wina!
– Bardzo cię przepraszam, Iza – dodała Natalia, podchodząc do niej i chwytając ją serdecznym gestem za rękę. – Miałam wyjść wcześniej z Zamkowej i gdybym zgodnie z planem pojechała taksówką sama, zdążyłabym na czas, ale Majk – spojrzała z uśmiechem na swego towarzysza – uparł się jak nie wiem co, że mnie podwiezie.
– To prawda – zgodził się wesoło Majk. – Uparłem się jak sto tysięcy osłów i musiałem postawić na swoim! Tyle że akurat, jak już mieliśmy wychodzić, zadzwonił ten frajer Rogalski i zajął mi parę minut… ale nie poddałem się i szybko go spławiłem.
Iza uśmiechnęła się, po czym, odwzajemniwszy uścisk dłoni Natalii, cofnęła rękę.
– Chociaż to nie było ani trochę potrzebne – zauważyła przekornie Natalia, znów zwracając się do Majka. – Na taksówkę czekałabym może dziesięć minut, więc nie było zbytnio o co walczyć.
– Zależy dla kogo – odparł, a w jego głosie zabrzmiała poważniejsza, miękka i ciepła nuta, którą Iza znała doskonale i która pojawiała się w nim zawsze, kiedy mówił o…
Nie, nie wolno jej było teraz tego analizować. Teraz musiała skupić się na tym, żeby wyglądać naturalnie, może nawet wypadałoby sobie zażartować? Tylko jak? W głowie miała taką straszną, nieskończoną pustkę… Kałuża przy krawężniku chodnika odbijała pochmurne niebo, którego obraz rozmywał się lekko od kapiących do niej od czasu do czasu kropelek deszczu.
– Są okoliczności, w których parę minut jest więcej warte niż cała doba – ciągnął tym samym tonem Majk – a obietnica wielu godzin jutro przegrywa z szansą na jedną minutkę dziś. Filozoficznie rzecz ujmując, postrzeganie czasu zależy nie od jego upływu, ale od tego, na jak długo ktoś potrafi ten upływ zatrzymać.
Serce Izy ścisnęło się tak mocno, że bała się, by nie zachwiać się na nogach. Czy on musiał flirtować z tą Natalią akurat w taki sposób? Czy musiał to robić, wykorzystując motyw filozofii czasu, który kiedyś, za czasów terapii złamanych serc, podobnie jak księżyc był wyłączną własnością ich dwojga? I czy koniecznie musiał to robić w jej obecności? Gdyby wiedział, jak to bolało…
– Ach! – prychnęła śmiechem Natalia. – Nie wiedziałam, że jesteś takim filozofem!
Słowa te zawisły jednak w powietrzu, po czym spadły w kilkusekundową otchłań ciszy, w trakcie której Natalia, tknięta wyrazem oczu Majka skupionych na spokojnej twarzy Izy, zerknęła kilka razy badawczo najpierw na niego, potem na nią, i śmiech powoli zamarł na jej wargach. Czy to możliwe, żeby?… Nie, to absurd. Absurd i najzwyklejsze złudzenie, zwłaszcza że Iza nawet na niego nie patrzyła, zajęta obserwowaniem kropelek deszczu, które jedna po drugiej wzburzały taflę wielkiej kałuży przy krawężniku.
– A, owszem! – odpowiedział wesoło mężczyzna, przenosząc teraz wzrok na Natalię i uśmiechając się szeroko. – Filozofem co prawda tylko domorosłym, z warsztatem czysto amatorskim, ale co zrobić? Dla rozwoju przyziemnej kariery zawodowej studiowałem ekonomię, a na drugi fakultet niestety już jestem za stary!
Iza podniosła na te słowa głowę i parsknęła śmiechem.
– I całe szczęście! – zauważyła równie wesołym tonem. – Szef-ekonomista przydaje nam się w firmie bardziej niż szef-filozof, a w ramach hobby po godzinach każdemu przecież wolno uprawiać filozofię! Spokojnie, Natalia – dodała ciepło. – Nie czekałam wcale tak długo, zmieściłaś się w kwadransie akademickim, a ja przecież, jako studentka, nie mogę tego nie uznać!
Roześmiali się wszyscy troje, Majk zamaszystym gestem dłoni przesunął sobie po wilgotnych włosach, przez co ich kosmyki skleiły się i przyklapły, mokrą masą opadając mu na czoło. Iza, mimo że pozornie na niego nie patrzyła, udając, że nie może oderwać oczu od kałuży, zauważyła to natychmiast, a przez opuszki jej palców przepłynęła znajoma do bólu fala wibrującej energii. Był to impuls, na który nie miała żadnego wpływu, pojawił się jak zwykle zupełnie sam i był nie do powstrzymania.
Majk zerknął na nią ukradkiem, przelotnie, na jeden króciutki ułamek sekundy, miał bowiem wrażenie, że wyczuł płynący od niej pod jego adresem nieokreślony metafizyczny sygnał. A może to znowu było tylko złudzenie? Nie miał niestety możliwości tego sprawdzić. Kiedy przed chwilą, przy znaczących słowach o wartości jednostek czasu, z całych sił próbował wymusić na Izie nawiązanie kontaktu wzrokowego, gapił się na nią chyba zbyt intensywnie, to zaś rodziło ryzyko, że towarzysząca im Natalia mogłaby coś zauważyć. Nie, na to nie mógł sobie pozwolić. Zważywszy na jej kontakt z Justyną i resztą heter, w skrajnie delikatnej sytuacji, w jakiej się znajdował, straty z tego wynikające mogłyby okazać się nie do odrobienia. Ach, ta Natalia… skąd mógł wiedzieć, że będzie mu ciągle taką kulą u nogi? A z drugiej strony musiał być sprawiedliwy, przecież dziś to właśnie ona nieświadomie oddała mu przysługę.
Tylko dlaczego Iza w takich kluczowych momentach jak ten unikała jego wzroku? Mówił przecież do niej i z myślą o niej, liczył, że prawidłowo odczyta aluzję zawartą w słowach o czasie, o którym tyle razy rozmawiali w ramach sesji filozofii księżycowej… Liczył na to i choć wciąż nie potrafił przełamać w sobie tchórza, by postawić wszystko na jedną kartę, z każdym dniem coraz bardziej pragnął, by wreszcie zaczęła się domyślać. To mogłoby być nawet dziś… tymczasem ona nawet na chwilę nie zahaczyła o niego wzrokiem. Przegrał pojedynek z kałużą, która rzeczywiście fascynująco odbijała chmury, ale, do diabła, była tylko kałużą!
Mimo to w ostatecznym rozrachunku i tak wygrał ten dzień. Od rana nastawiał się wszak na to, że dzisiaj nie zobaczy Izy, wiedział bowiem, że ma napięty plan dnia, a potem jeszcze wieczorny dyżur na Koncertowej. Nie było zatem szans, by pojawiła się na Zamkowej, gdzie on z kolei musiał dziś osobiście pilnować porządku, a do tego miał umówionych kilka strategicznych spotkań. Dlatego kiedy Natalia po przedstawieniu mu tygodniowego raportu wspomniała, że za niecałe pół godziny ma spotkanie z Izą, tak gorąco zapragnął zobaczyć ją choć przez chwilę, że natychmiast, nie bacząc na konsekwencje, zaproponował Natalii podwózkę pod uczelnię, gdzie były umówione. Wiedział, że było to nielogiczne, bowiem od tygodni, wyczuwając w zachowaniu Natalii to, czego najbardziej nie chciał, starał się trzymać ją na dystans i na ile tylko mógł, unikał z nią wszelkiego sam na sam poza pracą. Tu jednak bilans korzyści i strat był jednoznaczny – wobec perspektywy spędzenia minuty lub dwóch w obecności Izy żaden racjonalny argument nie miał mocy przebicia. Nawet ten, że przecież będzie się z nią widział w pracy jutro i pojutrze, w dodatku nie przez minutę tylko przez wiele godzin. Pff! I co z tego? Jutro i pojutrze to przecież nie jest dziś!
Uzależnienie, nad którym praktycznie nie potrafił już panować, z dnia na dzień stawało się coraz głębsze, coraz silniejsze i wszechogarniające do tego stopnia, że trudno było mu sobie wyobrazić, jak wytrzyma nieobecność Izy, gdy ta ucieknie mu na cały miesiąc na ten cholerny staż do Belgii. A przecież będzie musiał… zatem przynajmniej teraz, kiedy była w Lublinie, musiał korzystać z każdej okazji nasycania się jej obecnością. To było jak gra na punkty – każdy kolejny dzień zaliczał się w księżycowym kalendarzu jako wygrany tylko wtedy, gdy w jego trakcie mógł zobaczyć ją choć przez kilka minut. Tak jak dziś. To była zresztą podwójna wygrana, dzień, który z założenia miał być stracony, niespodziewanie został odzyskany, odkupiony walutą kilku minut przy niej i zniewalającym zmysły widokiem czarnej firanki rzęs, które mógł ukradkiem podziwiać, gdy gapiła się w tę swoją kałużę.
Natomiast jeśli chodzi o Natalię, tu też po cichu liczył, że upiecze dziś dwie przysłowiowe pieczenie przy jednym ogniu – nie tylko zobaczy Izę, ale dodatkowo, okazując przy niej życzliwość Natalii, w jakiś sposób przyczyni się do zacieśnienia relacji między nimi. Byłoby mu to bardzo na rękę, liczył bowiem, że może dzięki temu niebawem to Iza, nie on, będzie przyjmować w firmie od Natalii tygodniowe raporty księgowe. Byłby naprawdę zadowolony, ba, zachwycony!, gdyby w naturalny i niewymuszony sposób zwolniła go z tego pod wieloma względami męczącego obowiązku. On sam zresztą poprosi ją o to explicite, jak tylko trafi się okazja, a ta trafi się szybciej, gdy obie z Natalią będą się regularnie spotykać i kumplować.
A zatem niech kumplują się do woli! Jak głosi przysłowie, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, to się rzeczywiście czasem sprawdza. Po tym, jak na otwarciu Koncertowej obie umawiały się na dzisiejsze spotkanie poza pracą, gratulował sobie, że nie zdążył wykonać żadnych radykalnie wrogich ruchów wobec Natalii, a faktem było, że już kilka razy miał na to wielką ochotę – nie tylko dla własnego komfortu psychicznego, ale głównie po to, żeby nie robić jej niepotrzebnych złudzeń. I najwyraźniej dobrze się stało, że nie zadziałał zbyt ostro. Biorąc pod uwagę, że Natalia była koleżanką i protegowaną Justyny, gdyby jeszcze Iza chciała się z nią bliżej zaprzyjaźnić, on sam, popsuwszy sobie z nią relację z powodów pozazawodowych, znalazłby się w mocno niekomfortowej sytuacji. Na szczęście nie dopuścił do tego. Dyplomacja first. I tak było dobrze.
– No to co, dziewczyny? – rzucił wesoło. – Wypełniłem misję, wprawdzie z lekkim opóźnieniem, ale wypełniłem, więc odmeldowuję się i wracam do roboty. A wy bawcie się dobrze!
– Dziękujemy – odpowiedziała Natalia, rzucając mu powłóczyste spojrzenie.
– Dzięki, szefie – dodała z uśmiechem Iza.
– Dzisiaj jesteś na Koncertowej, dobrze pamiętam? – Majk spojrzał na nią z zastanowieniem, mimo że pamiętał doskonale. – Na Zamkową nie zaglądasz?
– Nie, dzisiaj tylko u Lidii – spojrzała na niego z niepokojem. – A co? Masz dla mnie jakieś zadania? Jutro będę wcześniej, zaraz po zajęciach, żeby dograć wszystko przed sobotą, ale jeśli trzeba załatwić coś dzisiaj…
– Nie, nie ma ognia, spokojnie. Mam jedną małą sprawę w związku z przygotowaniem do święta żabojadów, ale to może być jutro. Chodzi o nową propozycję białego wina – uśmiechnął się do niej porozumiewawczo. – Kiedy rano brałem drugą transzę towaru na sobotę, facet polecił mi jeszcze jedno i był tak przekonujący, że wziąłem kilka butelek. Skosztujemy jutro komisyjnie i zdecydujemy, czy włączyć do karty, okej?
Iza odwzajemniła mu uśmiech.
– Oczywiście, z przyjemnością, szefie. Ty z kolei musisz autoryzować nasze ratatouille – zaznaczyła. – Jutro dziewczyny będą gotować pilotażową porcję na próbę, mam zamiar kosztować ją do syta przez cały dzień w ramach obiadu i kolacji… A ty pomógłbyś nam doprawić ją jakąś spektakularną, niepatentowaną mieszanką przypraw, hmm?
– Avec plaisir, Mademoiselle – uśmiechnął się Majk. – Jeśli o to chodzi, jestem zawsze do usług.
– Ja też bym chętnie skosztowała tego rarytasu – odezwała się przysłuchująca się Natalia.
– Skosztujesz, skosztujesz – zapewniła ją ciepło Iza. – Dostaniesz specjalną, spersonalizowaną porcję. Bo będziesz u nas w sobotę, prawda?
– No właśnie niestety nie mogę – rozłożyła z żalem ręce. – Jutro wieczorem jadę na weekend do rodziny do Bydgoszczy, obiecałam już dawno i nie mam jak się wykręcić, a chętnie bym się zerwała. Zaręczyny kuzynki – wyjaśniła, widząc jej pytający wzrok. – I to w dodatku z moim byłym chłopakiem, z którym kiedyś byliśmy nierozłączni, więc będę się tam czuć trochę… hmm, niezręcznie.
Na krótką chwilę zapadła cisza, w której, jak zdało się Izie, ostatnie zdanie Natalii wciąż pobrzmiewało niekończącym się echem. Były chłopak, z którym spotka się w weekend? Po co wspominała o tym przy Majku?
– No tak – przyznała ostrożnie, czując, że ktoś musi coś powiedzieć. – To rzeczywiście może być niekomfortowe.
– I to jak! – przyznała Natalia.
– E, dlaczego? – zdziwił się Majk. – Przynajmniej nie będzie wam nudno!
Iza zerknęła na niego spod oka. Choć sama w duchu ucieszyła się z informacji, że Natalii nie będzie na styczniowym Dniu Francuskim, jego przecież powinno to zmartwić – tymczasem bynajmniej nie wyglądał na zmartwionego. A ta wstawka o byłym chłopaku? Czy to nie budziło w nim zazdrości? A może już wcześniej dowiedział o tym od Natalii i zdążył się z tym pogodzić?
„Albo już wcześniej wiedział, albo gra w podobną grę komandosa jak ja” – pomyślała. – „Umie to jak nikt inny, ma w tym wieloletnie doświadczenie. To przecież jego styl, że im bardziej cierpi, tym szerzej się uśmiecha.”
– W takim razie zachowamy dla ciebie w lodówce porcję ratatouille i skosztujesz sobie we wtorek, jak będziesz w pracy – zapewniła Natalię. – Po paru dniach będzie nawet smakować jeszcze lepiej, bo warzywa i przyprawy dobrze się połączą.
– O, dziękuję, Iza! – ucieszyła się. – To bardzo miłe z twojej strony!
– Gospodyni Dnia Żabojadów zawsze wszystkim przychyla nieba – zauważył ciepło Majk. – Jest z tego znana w całym Lublinie, a niedługo będzie i na świecie. No, ale dobra, teraz już naprawdę zrywam się, drogie panie – wyprostował się i cofnął o rok. – Za dwadzieścia minut mam spotkanie w firmie, a wy też lećcie już do jakiejś knajpy, żeby was nie zmoczyło. Ta kałuża – wskazał na taflę wody przy krawężniku, której powierzchnię zaburzały coraz gęściej kapiące kropelki wody – to najlepszy miernik nasilenia deszczu. Widzicie? Zaraz zacznie naprawdę ostro lać!
– Tak, jest, idziemy! – zgodziła się Natalia. – Dzięki, Majk, i… do zobaczenia.
– Trzymajcie się i dobrej zabawy!
Słowa te rzucił już spod samochodu, do którego chwilę potem wsiadł i uruchomił silnik, załączając światła. Wkrótce ciemnozielony opel, wycofawszy w głąb parkingu, zawrócił i ruszył dynamicznie w stronę wyjazdu, przejeżdżając obok nich jeszcze raz. Iza w ułamku sekundy pochwyciła jeszcze spojrzenie szarych oczu kierowcy, w których, jak jej się zdało, błysnęło srebrne światełko podobne do promienia księżyca.
***
– Do Lublina wracam w niedzielę wieczorem – mówiła Natalia, ze smakiem popijając kawę. – Od poniedziałku muszę być normalnie w pracy, więc dłużej i tak nie mogłabym zostać, ale powiem ci, że tego Dnia Francuskiego żałuję wyjątkowo. W grudniu nie mogłam, bo się rozchorowałam, teraz znowu nie mogę… straszny pech.
– E tam, przecież Dni Francuskie są u nas co miesiąc – odparła pocieszająco Iza. – Będzie ich jeszcze tyle, że zdążysz się nimi znudzić.
– Znudzić to na pewno nie – uśmiechnęła się. – Majk mówi, że to wasza sztandarowa impreza i co miesiąc coś modyfikujecie, zwłaszcza w menu, więc o nudzie nie ma mowy! Poza tym ta francuska muzyka… – przymknęła na chwilę oczy z rozmarzoną miną. – To jest dopiero klimat, zwłaszcza w tańcu!
„I zwłaszcza kiedy ma się takiego partnera jak on” – dopowiedziała w myśli Iza.
– To prawda – przyznała swobodnie. – Klienci też coraz bardziej zaczynają to doceniać, co miesiąc mamy tłumy, a w styczniu z racji karnawału liczymy na rekord. Z punktu widzenia budżetu knajpy taka impreza to przede wszystkim świetne źródło zarobku, a do tego reklama, bo dzięki profilowi francuskiemu jesteśmy rozpoznawalni w całym mieście.
– No tak, jako księgowa powinnam patrzeć na to głównie od strony budżetu – zauważyła z rozbawieniem Natalia. – Zresztą to, co widzę w papierach, jest naprawdę imponujące, firma kręci obroty jak szalona, chociaż fakt, że ta inwestycja w Koncertową pochłonęła sporo środków. No, ale na tym w końcu polega inwestycja, zwrot jest tylko kwestią czasu. Ale ja patrzę nie tylko na cyferki – uśmiechnęła się znacząco. – Klimat, styl, relacje międzyosobowe w zespole… to wszystko też jest ważne, pod pewnymi względami nawet ważniejsze niż pieniądze.
– Mhm – skinęła głową Iza, sięgając po swoją filiżankę. – Dokładnie tak. I to nie jest przypadek, tylko świadoma strategia, takie od początku było założenie Majka. Na pierwszym miejscu człowiek i dobra atmosfera, a dopiero potem pieniądze, zwłaszcza że zdrowe relacje z ludźmi też na swój sposób generują kasę.
– Święta prawda – uśmiechnęła się Natalia. – Justynka już na samym początku mówiła mi, że Majk ma nosa do interesów, ale i nosa do ludzi, a teraz widzę to też z własnych obserwacji. Cieszę się, że do was trafiłam, wiesz? To dla mnie wymarzona praca dodatkowa, nie spodziewałam się, że spotkam tu tak wspaniałych ludzi i zostanę tak miło przyjęta. Tobie też jeszcze raz bardzo dziękuję za spotkanie, Iza – dodała, wyciągając rękę ponad blatem i na chwilę kładąc ją na jej przedramieniu. – Bardzo mi na nim zależało, z różnych względów, i miałam nadzieję, że w grudniu uda się dłużej porozmawiać, ale cóż… wirusy nie wybierają.
– Mocno chorowałaś? – zapytała Iza.
– Dość mocno. Rozłożyło mnie na dobre dwa tygodnie, właściwie to ledwo doszłam do formy przed sylwestrem, już myślałam, że nie zdążę się wyciągnąć.
– Ale udało się.
– Tak, na szczęście, chociaż do ostatniego dnia nie było takiej pewności. Dlatego nawet nikomu nie wspominałam o zaproszeniu Justynki do Nałęczowa, bałam się, że nie dam rady z niego skorzystać, no ale… udało się, jak mówisz. A wszystko dzięki temu, że miałam dobrą opiekę – uśmiechnęła się. – Co prawda nie mam tu rodziny, ale od czego są przyjaciele? Miałam przy sobie kilka pomocnych osób, w tym zwłaszcza jedną dobrą duszę, która pomagała mi w tych najgorszych dniach, donosiła leki i jedzenie, a do tego wspierała duchowo… Bez tego byłoby ciężko.
– Wyobrażam sobie – pokiwała głową Iza, która, pomimo włączonego trybu komandosa, nie znalazła w sobie wystarczającej siły, by zapytać wprost, kim była owa „dobra dusza”. – Za to dzięki temu teraz masz odporność i jest szansa, że w tym sezonie już nie zachorujesz. W ogóle w grudniu wirusy szalały po Lublinie jak najęte, nawet u mnie na roku było sporo osób, które chorowały.
– Ale ty nie? – upewniła się Natalia.
– Ja na szczęście nie, chociaż było kilka nocy, kiedy czułam, że coś mnie bierze, zbierało mi się na katar i gardło zaczynało boleć. Administrowałam sobie wtedy różne witaminy, miód z cytryną, imbir… i za każdym razem, Bogu dzięki, odpuszczało.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza, obie w milczeniu popijały kawę, do której zamówiły dwie porcje szarlotki wciąż stojące w stanie nienaruszonym na środku blatu.
– A ta kuzynka, do której jedziesz, to ktoś bliski? – zagadnęła Iza. – Czy zaliczasz tylko obowiązek rodzinny?
W duchu zadowolona, że Natalia póki co nie rozwinęła tematu Nałęczowa, mimo że przed chwilą miała do tego okazję, układała w głowie listę tematów neutralnych, do których w zbyt trudnych chwilach rozmowy mogłaby nawiązać. Temat kuzynki i rodziny w Bydgoszczy był w owym rankingu jednym z pierwszych, zwłaszcza że elementarna grzeczność wymagała, by wykazać w tej materii zainteresowanie.
– I jedno, i drugie – odparła Natalia, krzywiąc się lekko. – Kiedyś byłyśmy ze sobą bardzo blisko, ale odkąd Patrycji spodobał się mój ówczesny chłopak, a potem okazało się, że z wzajemnością… wiesz, jak to jest. Od tamtej pory nasze kontakty mocno się rozluźniły, chociaż nie robiłyśmy z tego dramatu i zachowałyśmy pozory dobrych relacji. W końcu rodzina to rodzina.
Iza pokiwała głową, sięgając po swoją szarlotkę. Przed oczami przepłynęły jej dramatyczne sceny z własnej przeszłości, w tym kłótnia z Agnieszką, a potem sufit pokoju, w który wpatrywała się po połknięciu garści tabletek, czując wzmagające się na ciele zimne dreszcze. Dla niej wówczas zdrada Michała była dramatem, nad którym nie umiała tak łatwo przejść do porządku dziennego, jednak, patrząc z perspektywy, czy takie idealistyczne zrywy miały sens?
„Kwestia charakteru i usposobienia” – pomyślała smutno. – „Idealistom, zwłaszcza tym chorym, jak nazywa ich pan Sebastian, nie jest łatwo na tym świecie.”
– Fakt, że byłyśmy wtedy nastolatkami, ja miałam niecałe osiemnaście, Pati była o rok starsza, a Wiktor miał dwadzieścia trzy – ciągnęła Natalia, również idąc za jej przykładem i przysuwając do siebie talerzyk z szarlotką. – To była taka głupia młodzieńcza miłość, można powiedzieć, że jak burza, silna ale krótka… zresztą wtedy nawet nie miałam stuprocentowej pewności, czy faktycznie jestem w nim zakochana. Za to on i Pati pasują do siebie idealnie – zaznaczyła. – Tak przynajmniej myślę, bo skoro są razem już dziesięć lat i ostatecznie zdecydowali się na ślub, to chyba dobrze im razem.
– Na pewno – uśmiechnęła się Iza. – Dziesięć lat to przecież bardzo długi staż.
– Niektórzy z rodziny twierdzą, że aż za długi – podkreśliła Natalia. – Ale co to kogo obchodzi? Jedni podejmują takie decyzje po paru miesiącach, inni potrzebują dziesięciu lat, to przecież bardzo indywidualna sprawa. Justyna opowiadała mi o Pablu i Lodzi – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Niezwykle zabawna i romantyczna historia z happy endem, a przecież u nich wszystko poszło w bardzo szybkim tempie. I co? Wyszło na to, że się nie pomylili.
– Nie pomylili się. Po prostu oboje od razu wiedzieli, że trafili na swoje przeznaczenie, więc nawet nie było się nad czym zastanawiać.
– Przeznaczenie… tak – pokiwała z rozrzewnieniem głową Natalia. – Ogólnie piękna historia, jak z baśni, każdy chciałby taką przeżyć. Ja niestety do tej pory nie miałam szczęścia do facetów, ale tłumaczę to sobie właśnie tak. Jako przeznaczenie.
Iza pokiwała głową ze ściśniętym sercem.
– Ono kieruje naszymi losami tak, żeby na koniec doprowadzić nas w odpowiednie miejsce – ciągnęła Natalia, wkładając do ust porcję szarlotki. – Dlatego nie ma sensu przejmować się dawnymi porażkami, bo skoro się zdarzyły, to znaczy, że do czegoś były potrzebne. Ja tak właśnie patrzę na wszystkie swoje klęski sercowe z przeszłości… liczę na to, że one były po coś, że wręcz musiały się zdarzyć po to, żeby kiedyś doprowadzić mnie do celu.
„We właściwym momencie do właściwej mety” – pomyślała smętnie Iza. – „Prostą drogą po sznurku księżycowego światła…”
– Dużo miałaś tych klęsk? – zapytała rzeczowo.
– Ach, całe mnóstwo! – zapewniła ją wesoło Natalia. – Od podstawówki kochałam się w dziesiątkach chłopaków, w niektórych wprawdzie bez wzajemności, ale nawet jeśli wyrzuci się ich z listy, to ona i tak zostanie całkiem długa. Tylko co z tego? – wzruszyła ramionami. – Nadal czekam na tego jedynego… tego, jak to się mówi, księcia z bajki, który wreszcie okaże się moim ideałem. Zresztą kto wie, może nawet już go znalazłam? – uśmiechnęła się tajemniczo. – Mam pewne podstawy, żeby tak sądzić, chociaż dopóki tego nie sprawdzę, nikomu nic nie powiem.
Przed oczami Izy na kilka ułamków sekundy pociemniało, lecz od czego była filiżanka z kawą, którą w strategicznym momencie można było podnieść do ust? O tak… już lepiej.
– Wierzysz w takie ideały jak książę z bajki? – zapytała w pełni opanowanym tonem, odstawiając filiżankę nad blat.
– Oczywiście! – odparła żywo Natalia. – A co, ty nie wierzysz?
– Kiedyś wierzyłam – odparła oględnie. – Ale potem przekonałam się, że taki książę, o ile w ogóle pojawi się na horyzoncie, albo wcale nie jest ideałem, albo jest kompletnie poza moim zasięgiem. Czyli tak jakby wcale go nie było. Dlatego teraz wolę podejście racjonalne – oznajmiła, nakłuwając na widelec kawałek szarlotki. – Czyli metodyczne trzymanie serca na wodzy.
– Trzymanie serca na wodzy? – powtórzyła zdziwiona, ale i zaciekawiona Natalia. – Chcesz powiedzieć, że nie interesują cię mężczyźni?
– Mniej więcej – wzruszyła ramionami. – Kolega Kacper… ten od nas z firmy, znasz go, prawda?… Kacper z tego tytułu nazwał mnie nawet kiedyś zimną rybą. Uważam, że to jest bardzo trafione określenie.
– Ach! – Natalia patrzyła na nią teraz z autentycznym zaintrygowaniem. – Serio? Chcesz powiedzieć, że to cię w ogóle nie… nie rusza? Nigdy w życiu się nie zakochałaś?
– Owszem – odparła spokojnie. – I właśnie dlatego wolę teraz podejście racjonalne.
– Ach…
Zaskoczenie na twarzy Natalii przybrało na sile, a następnie powoli przekształciło się w dziwny wyraz łączący w sobie ulgę i satysfakcję.
– W jednym gagatku kochałam się na zabój szesnaście lat – wyjaśniła obojętnym tonem Iza, metodycznie realizując plan zbudowania wokół siebie kamuflującego parawanu. – I tak się na tym przejechałam, że za więcej uprzejmie dziękuję.
– Szesnaście?! – zdumiała się na nowo Natalia, opuszczając na stolik rękę trzymającą widelec z porcją szarlotki, którą już prawie włożyła do ust. – To ile ty masz lat, Iza?
– W sierpniu skończę dwadzieścia cztery. Tak, tak – pokiwała głową z pobłażaniem. – Dobrze liczysz, to dużo więcej niż pół mojego życia. Pocieszające jest tylko to, że jeszcze z dziesięć lat i ten niechlubny bilans się wyrówna.
Natalia wciąż patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami.
– Czyli przeżyłaś silny zawód miłosny… rozumiem. Ale że aż szesnaście lat? – pokręciła niedowierzająco głową. – Czy to znaczy, że zakochałaś się w całym swoim życiu tylko jeden raz?
– Głupie, nie? – uśmiechnęła się Iza. – Ale ja niestety należę do gatunku chorych idealistów, którzy z zasady kochają tylko raz… choć pod pewnymi warunkami dopuszczają korektę.
– Korektę?
– Mhm, korektę kursu serca. Ale tylko jednorazową – podkreśliła. – W przypadku takich osób jak ja i mnie podobnych, pierwsza porażka jest nauczką, druga klęską ostateczną. Więcej prób po prostu już nie podejmują.
– Ach… czyli maksymalnie dwa razy? – dziwiła się dalej Natalia. – Bardzo ciekawa koncepcja! No i jak z tym u ciebie? Szesnaście lat nauczki, to już wiem, ale co z tym drugim etapem? Jesteś już po korekcie?
– Niestety – uśmiechnęła się swobodnie Iza, odkrajając kolejny kawałek szarlotki. – W moim przypadku walka już jest zakończona, klęska ostateczna stała się faktem, dlatego zawieszam broń i odpuszczam w tej materii na wieki wieków amen.
Natalia patrzyła na nią jeszcze przez chwilę z niedowierzaniem, po czym parsknęła śmiechem.
– Żartujesz trochę, prawda? No, nie ściemniaj! – pogroziła jej żartobliwie palcem. – Masz dopiero dwadzieścia cztery lata i wygadujesz takie rzeczy? Przecież zdążysz jeszcze milion razy się zakochać! A już na pewno ten jeden raz, kiedy spotkasz swoje prawdziwe przeznaczenie!
„Aha, jasne” – pomyślała z ciężkim sercem Iza. – „Tak jak on prawdziwą Anabellę…”
– Raczej już nie spotkam – wzruszyła ramionami. – Ale wcale mnie to nie martwi i nawet tego nie chcę. Oczywiście to nie znaczy, że nie mam życiowych planów – zaznaczyła, dystyngowanym ruchem pakując porcję ciasta do ust. – Zwłaszcza na rozwój kariery zawodowej, w której uczuciowe porażki nie tylko nie przeszkadzają, ale wręcz mogą stać się trampoliną i kołem zamachowym do rozwoju w innych obszarach. No co? Nie każdy przecież musi założyć rodzinę, są inne społeczne role, które też ktoś musi pełnić.
Jakaś nuta w jej głosie sprawiła, że Natalia przestała się śmiać, a tylko znów pokręciła głową z niedowierzaniem i wróciła do jedzenia szarlotki. Jej piękne, długie włosy lśniły zdrowym blaskiem w świetle kawiarnianych lamp, a pomalowane na czerwono paznokcie błyskały opalizującymi refleksami lakieru. Lakier ów, jak oceniła mimowolnie Iza, musiał być najwyższej jakości i z najwyższej półki cenowej, bowiem podobnych używały Ewelina i Sylwia. Skrzywiła się mimo woli na to skojarzenie.
– Zaskoczyłaś mnie – odezwała się po dłuższej chwili Natalia. – Ale i w pewnym sensie zaimponowałaś, chociaż przykro mi, że twój pierwszy wybór okazał się porażką. Szesnaście lat… niesłychane… a w Anabelli pracujesz mniej więcej od dwóch, dobrze pamiętam? – spojrzała na nią badawczo.
– Tak, od dwóch. Równiutko, bo zaczęłam pracę właśnie w styczniu.
– Aha. No właśnie. Dwa lata to nie jakoś bardzo długo, więc w sumie szybko awansowałaś na wiceszefową – zauważyła. – Justyna mówi, że jesteś fenomenem w firmie Majka, bo chociaż staż masz krótszy od innych, na przykład od Antka, to jeśli chodzi o sprawy zawodowe, Majk ufa ci w ciemno jak nikomu innemu. Ja też to zresztą widzę, za każdym razem, kiedy o tobie rozmawiamy, słyszę same hymny pochwalne – uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo. – Zdradzisz mi tajemnicę tego sukcesu?
– Tajemnicę? – wzruszyła lekko ramionami Iza. – Tu nie ma żadnej tajemnicy. Po prostu dobrze nam się razem pracuje, zgrałam się z całym zespołem, a z Majkiem zaprzyjaźniliśmy się też z racji wspólnych znajomych. Lodzia to moja przyjaciółka z uczelni – zaznaczyła. – Studiujemy razem, tylko na innych kierunkach, ja na romanistyce, ona na polonistyce, a jej mąż to, jak dobrze wiesz, najlepszy przyjaciel Majka, jeszcze z piaskownicy.
– Tak, wiem – pokiwała głową Natalia. – Ale chodzi mi o ciebie, bo o tobie póki co wiem najmniej. Mówisz, że Lodzia to twoja przyjaciółka ze studiów… Czy to znaczy, że z kontekstu pozazawodowego znasz się z Majkiem dłużej, niż u niego pracujesz?
– No… – zastanowiła się. – Niby tak. Ale niewiele dłużej, może dwa miesiące. Rzeczywiście pierwszy raz spotkaliśmy się w kontekście pozazawodowym.
Przed jej oczami mignęła sceneria ciemnej, zalanej zimnym deszczem ulicy i sylwetka mężczyzny w skórzanej kurtce i czarnej czapce, schylającego się z niepokojem nad staruszkiem z nogą uwięzioną w kanale. Zdecydowanie, był to kontekst pozazawodowy, chociaż on akurat był w tym czasie w pracy.
– To jak długo znasz Lodzię? – dociekała Natalia.
– Też dwa lata. Wszystkich ich poznałam w podobnym czasie, kiedy przyjechałam na studia do Lublina. Dlaczego pytasz?
– A nie, tak sobie – machnęła ręką. – Z ciekawości. Od początku zastanawiało mnie, skąd bierze się twoja silna pozycja w firmie Majka, teraz już lepiej to rozumiem. Mówisz, że studiujesz romanistykę? – zmieniła zgrabnie temat. – Czyli, rozumiem, francuski. Powiesz mi w skrócie, na czym to polega? W sensie, jakie tam są konkretne przedmioty, wymagania… To bardzo trudny kierunek?
Iza z ulgą skorzystała z otwartej przed nią furtki i chętnie rozgadała się na temat studiów, zajęć i przygotowywanej pracy licencjackiej, której temat z jednej strony zaciekawił Natalię, a z drugiej ją rozbawił.
– Praca o grobach na cmentarzu w Paryżu? – zaśmiała się, dopijając kawę. – Oryginalnie! Byłaś tam kiedyś?
– Jeszcze nigdy. Ale oczywiście zamierzam pojechać, to też jest jeden z moich planów na przyszłość.
– No tak, wypadałoby. A powiedz mi, jak wyglądają po tych studiach perspektywy zawodowe? Czyli co można po tym robić? Bo chyba nie zamierzasz na stałe zostać u Majka na stanowisku szefowej kelnerek? – spojrzała na nią badawczo. – Dni Francuskie w knajpie to chyba trochę mało jak na twoje wykształcenie, zresztą w firmie bardziej przydałaby się ekonomia, zarządzanie i tego rodzaju kierunki, romanistka w takim miejscu to… nie gniewaj się, że to powiem… trochę jak kwiatek do kożucha.
Iza musiała włożyć wielki wysiłek woli w to, by zachować spokojną, kamienną twarz.
– Jeszcze nie wiem, co będę robić po studiach – odpowiedziała spokojnie. – Na razie muszę skończyć licencjat, potem przede mną dwa lata magisterki i dopiero wtedy będę myśleć o tym, co dalej. Mam na to jeszcze dużo czasu.
– No tak, dwa i pół roku – przyznała Natalia. – Ale może po drodze trafi ci się jakaś fajna praca w zawodzie? Mogłabyś zacząć nawet w trakcie studiów, teraz nagminnie tak się robi, żeby jak najwcześniej zdobyć doświadczenie. Będę mocno trzymać za to kciuki.
– Dziękuję – uśmiechnęła się Iza, starannie dbając o to, by w jej głosie nie zabrzmiała nutka przekąsu. – To miło z twojej strony, ufam, że w najbliższych latach wyklaruje mi się jakaś sensowna droga zawodowa. Ale już wystarczy o mnie, co? – dodała stanowczo. – Teraz ty powiedz mi coś więcej o sobie. Mówiłaś, że zanim trafiłaś do Lublina, pracowałaś w Warszawie, tak?
– Tak, a wcześniej w Łodzi – podjęła chętnie temat Natalia. – Oczywiście zawsze zgodnie z moim wykształceniem czyli w księgowości, chociaż w różnych firmach i placówkach. Właściwie to za każdym razem szłam za głosem serca… w tym sensie, że ze zmianą pracy wiązał się jakiś mężczyzna – wyjaśniła, uśmiechając się z rozbawieniem. – Kilka razy nawet myślałam, że to już mój książę z bajki, ale potem okazywało się, że jednak nie.
– Kilka razy – powtórzyła jak automat Iza.
– Aha. Niestety to wszystko były fałszywe tropy, choć tyle z tego dobrego, że przy ostatnim z nich trafiłam do Lublina. Trzy lata temu. I od razu bardzo mi się tu spodobało – zaznaczyła. – Takiego klimatu nie ma żadne inne miasto.
– To prawda – uśmiechnęła się leciutko.
– Co prawda z tym, który mnie tu ściągnął, też nic nie wyszło, co zresztą mocno przeżyłam, ale przynajmniej to mnie doprowadziło do przełomu. W tym sensie, że od tamtej pory nabrałam trochę rozumu i uznałam, że muszę zacząć nowe, bardziej poukładane życie – wyjaśniła. – Przede wszystkim skończyłam z zatrudnianiem się gdziekolwiek od przypadku do przypadku, tylko założyłam własną działalność i dzięki temu zawodowo coraz bardziej się stabilizuję. Wprawdzie to jeszcze nie jest to, czego bym chciała, ale jest coraz lepiej i mam nadzieję, że ta dobra passa się utrzyma.
– Czego bardzo ci życzę – dopowiedziała uprzejmie Iza.
Natalia uśmiechnęła się, a jej piękne, ciemne oczy zalśniły podobnie hipnotyzującym blaskiem jak oczy Ani Magnon.
– Dziękuję ci, Iza. Jestem pewna, że będziemy owocnie współpracować, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, dopóki nasze drogi się nie rozejdą. Nie ukrywam, że liczę na dalszy rozwój mojej współpracy z firmą Majka, to obiecująca perspektywa, zwłaszcza jeśli on będzie zakładał kolejne filie i tworzył całą sieć restauracji. Mówił mi, że jeśli jego plany życiowe się powiodą, nie wyklucza takiej drogi rozwoju.
Iza słuchała jej z przyklejonym do twarzy uprzejmym uśmiechem, wizualizując sobie przed oczami obraz samej siebie w mundurze komandosa. Cóż, munduru nie wolno zhańbić pod żadnym pozorem, nawet jak bardzo boli. Jej wzrok znów przypadkowo padł na dłonie Natalii i paznokcie powleczone czerwonym lakierem. Nagle wyobraziła sobie te dłonie wsuwające się zmysłowym gestem w gęstwinę ciemnoblond włosów o miękkich, lekko poskręcanych kosmykach…
Przeszkolisz moją Anabellę tak, żeby umiała wszystko to co ty… Warunek sine qua non, żebym mógł być w pełni szczęśliwy…
Wzdrygnęła się i odwróciła oczy, jednak i tak wciąż je widziała. Czerwone plamki długich, elegancko pomalowanych paznokci, które błysnęły w kawiarnianym półmroku jeszcze mocniej, gdy Natalia sięgnęła po filiżankę z kawą.
– Może nawet kiedyś zrobimy umowę na obsługę całej księgowości Anabelli? – zagadnęła. – Za jakiś czas spróbuję z nim ponegocjować i będę wtedy liczyła na twoje poparcie. Bo mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z moich dotychczasowych usług?
Iza ocknęła się z męczącego odrętwienia, czując na sobie jej pytająco-wyczekujące spojrzenie.
– Tak, z tego, co wiem, szef jest bardzo zadowolony – zapewniła ją spokojnym tonem. – Ale mówię ci to tylko nieoficjalnie, o takich sprawach musisz rozmawiać bezpośrednio z nim, ja nie mam kompetencji, żeby w sprawach ocen strategicznych wypowiadać się w jego imieniu. I nawet nie chciałabym tego robić.
– Ach, oczywiście, wiem o tym! – zawołała żywo Natalia. – Ale jednak jesteś prawą ręką Majka i na pewno rozmawiacie czasem o strategii rozwoju firmy, a ja nie chciałabym zostać w niej pominięta – uśmiechnęła się leciutko, po czym nagle spoważniała. – A skoro już jesteśmy przy takich tematach, to mam do ciebie jeszcze jedną, dosyć delikatną sprawę… czy mogłabym zapytać cię o coś w tajemnicy?
Zmaltretowane serce Izy, które już i tak co chwila ściskało się i skręcało w harmonijkę, znów wykonało nieprzyjemną woltę w piersi. Jednak serce komandosa musi wykonywać tego rodzaju ćwiczenia z ekwilibrystyki regularnie, o każdej porze dnia i nocy, wręcz im częściej, tym lepiej.
– Jasne – odparła swobodnym tonem. – O ile to nie jest tajemnica, której nie mogę wyjawić.
– Myślę, że nie… – odparła niepewnie Natalia. – Chodzi mi o Majka. Czy to prawda, że on jakiś czas temu współpracował z człowiekiem o nazwisku Sebastian Krawczyk?
Wymawiając to nazwisko, zniżyła głos, w którym zabrzmiał niepokój i napięcie. Iza otworzyła szeroko oczy, a w jej głowie zapaliła się czerwona lampka. Krawczyk? Co wspólnego z Natalią mógł mieć Krawczyk? Spodziewała się z jej ust różnych pytań, ale na pewno nie takiego!
– Widziałam jego nazwisko w dokumentach firmowych – ciągnęła wyjaśniająco Natalia. – I trochę mnie to zdziwiło, przyznaję też, że zaniepokoiło, jednak Majka nie chciałabym o to pytać wprost. Wolę zapytać ciebie. Oczywiście będę ci wdzięczna, jeśli to, o czym teraz mówimy, pozostanie stricte między nami – zastrzegła. – Mam nadzieję, że mogę na ciebie liczyć? Hmm? Iza?
– Tak… jasne – odparła w roztargnieniu Iza, odzyskując nieco równowagę. – Przepraszam, zaskoczyłaś mnie. Nie wiedziałam, że znasz Krawczyka.
Natalia nieco nerwowym gestem sięgnęła po filiżankę z resztkami kawy.
– Właściwie to go nie znam – odparła, upiwszy łyka. – Po prostu kojarzę jego nazwisko ze słyszenia, a to, co o nim słyszałam… ale to zaraz. Powiedz mi, czy Majk nadal ma z nim jakiś kontakt?
Iza, nauczona doświadczeniem, że w przypadku Krawczyka w każdych okolicznościach należało zachowywać stuprocentową ostrożność, przyglądała jej się podejrzliwie, zastanawiając się, do czego miała zmierzać ta rozmowa.
– Nie – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Zakończył z nim współpracę już rok temu i o ile mi wiadomo, od tamtej pory już nigdy z nim nie rozmawiał.
Na twarzy Natalii odmalowała się ulga.
– To dobrze. A ty też znasz go osobiście?
– Znam – skinęła głową. – Nawet całkiem nieźle, w czasie, kiedy z nami współpracował, bywał na Zamkowej regularnie. Dlaczego o to pytasz?
Natalia machnęła lekko ręką.
– Z czystej troski – wyjaśniła. – Po prostu słyszałam już od niejednej osoby, że to bardzo niebezpieczny człowiek, i lepiej nie mieć z nim nic do czynienia, zwłaszcza kiedy jest się biznesmenem. Więc kiedy zobaczyłam jego nazwisko w papierach, zaniepokoiłam się… no, ale skoro Majk już skończył z nim współpracę i nie ma kontaktu, to rozumiem, że niebezpieczeństwa nie ma. Przepraszam za to niezręczne pytanie, Iza – dodała łagodnie. – Wiem, że cię zaskoczyłam, ale w tym nie ma nic złego, tylko troska, a twoja odpowiedź mnie uspokaja i jestem ci za nią wdzięczna.
– Okej – skinęła lekko głową Iza.
– Tylko nie mów Majkowi, że o to pytałam, dobrze? – zastrzegła raz jeszcze Natalia. – Niby to nic takiego, ale jednak nie chciałabym, żeby pomyślał, że się wtrącam.
– No co ty, na pewno by tak nie pomyślał – zapewniła ją Iza, starając się na bieżąco zbierać poszarpane myśli. – Myślę, że wręcz byłby ci wdzięczny za troskę, która zresztą i tak jest niepotrzebna, bo Majk dobrze zna Krawczyka i od dawna jest względem niego ostrożny. Porozmawiaj z nim o tym, to sama się przekonasz.
– Nie – pokręciła głową ze stanowczą miną. – Wolę nie poruszać z nim tego tematu, skoro to już zamknięta historia, to po co ma się denerwować? Obiecasz mi, że nie będziesz mu o tym wspominać, Iza? Proszę.
Iza patrzyła na nią wciąż skołowana, nie bardzo rozumiejąc jej opór przed rozmową z Majkiem o Krawczyku, a do tego zastanawiając się gorączkowo, czy powinna powiedzieć jej o swoich własnych kontaktach z milionerem. Na razie, jako że pytanie dotyczyło tylko Majka, nie musiała kłamać w tej kwestii, ale czy przemilczenie prawdy nie jest też rodzajem kłamstwa?
„E tam, bez przesady” – skarciła się w duchu. – „Skoro ona sama nie chce mówić o tym z Majkiem, to dlaczego ja mam wyrywać się przed szereg i opowiadać jej o moich prywatnych relacjach z panem Sebastianem?”
– Okej – odparła z wahaniem. – Skoro tak ci na tym zależy, to nie muszę mu wspominać. Współpraca z Krawczykiem to, jak mówisz, już zamknięta historia, tylko trochę dziwi mnie ta tajemnica…
– Nie tajemnica, tylko, jak powiedziałam, nie chcę, żeby Majk pomyślał, że się wtrącam – odpowiedziała łagodnie Natalia. – Za krótko jeszcze u was pracuję, żeby doradzać mu w kwestii współpracy z innymi podmiotami, nie chciałabym wypaść w jego oczach na wścibską, w końcu zakres moich obowiązków to tylko podatki i czasem bieżące faktury. Do dokumentów historycznych poza podatkami nie powinnam była w ogóle zaglądać, nie miałam do tego oficjalnego upoważnienia – wyjaśniła ciszej. – A umowa z Krawczykiem wpadła mi w oko zupełnie przypadkowo, kiedy otworzyłam niewłaściwy klaser… dlatego nie chcę, żeby Majk o tym wiedział i potem miał mi to za złe. Wolałam porozmawiać z tobą.
Iza pokiwała głową, przekonana tą argumentacją, wszak łatwo było o taką pomyłkę, a skrupuły Natalii oraz jej troska o firmę Majka wręcz dobrze o niej świadczyły. Tak… jednak na dnie serca pozostawał wciąż dziwny dyskomfort, którego nie umiała sobie wytłumaczyć. Zdecydowanie musiała zostawić to do przemyślenia na później.
– Rozumiem – odpowiedziała krótko. – Nie będę mu nic mówić.
– Dzięki – uśmiechnęła się Natalia. – To teraz opowiedz mi jeszcze coś o sobie, co? Może teraz o twojej rodzinie? A ja potem opowiem ci o swojej. Co prawda… ach, czekaj! – sięgnęła po odłożoną na sąsiednie krzesło torebkę, z której właśnie dobiegły dźwięki kilku nadchodzących jedno po drugim powiadomień. – Przepraszam, coś do mnie przyszło, muszę sprawdzić… sekundka, dobrze?
– Oczywiście – skinęła głową Iza.
Czekając, aż Natalia odczyta wiadomości, skrupulatnie wyczyściła talerzyk z ostatnich okruszków szarlotki i wraz z pustą filiżanką po kawie ustawiła go równo na środku stolika. Czuła się dziwnie, jakby oderwana od rzeczywistości, jednak inaczej niż kiedyś w rozmowie z Victorem. Szamoczące się w głowie myśli nie pozwalały ułożyć się w sensowną całość, a każda z nich, gdy tylko próbowała skupić na niej uwagę, urywała się w połowie i odpływała gdzieś poza granice świadomości. A może po prostu sama nie chciała dopuszczać ich do siebie, by nie popełnić jakiejś orwellowskiej myślozbrodni? Tak czy inaczej ten stan zawieszenia z każdą kolejną minutą stawał się coraz bardziej męczący i w tym momencie naprawdę wiele by dała, żeby znaleźć się już w lokalu Anabelli na Koncertowej i móc skupić się na fizycznej pracy przy obsłudze klientów. Na tego rodzaju stan ducha nie było lepszego lekarstwa.
Jak zauważyła, Natalia coraz bardziej nerwowymi ruchami palców otwierała kolejne wiadomości i wczytywała się w nie, a jej twarz z każdą sekundą coraz bardziej pochmurniała i osnuwała się cieniem niepokoju.
– Przepraszam cię, Iza – powiedziała w końcu, pośpiesznie wrzucając telefon do torebki i podrywając się z krzesła – ale muszę pilnie wyjść i wracać do domu. Strasznie mi przykro, że przerywam nasze spotkanie w połowie, ale to naprawdę siła wyższa.
Anielski balsam spłynął z niebios na udręczoną duszę Izy, która nagle odzyskała względną jasność myślenia i co najmniej połowę utraconej w ciągu ostatniej godziny energii. Z trudem skomponowała twarz tak, by ukryć cisnące się na nią oznaki ulgi i radości, a w ich miejscu odmalować wyraz uprzejmego żalu.
– Jasne, rozumiem – zapewniła ją łagodnie. – Nic nie szkodzi, dokończymy tę rozmowę innym razem. Mam tylko nadzieję, że nie stało się nic złego?
– Jeszcze nie, ale jak zaraz nie wrócę, to różnie może być – odparła oględnie Natalia, pośpiesznymi ruchami zbierając swoje rzeczy i narzucając na siebie płaszcz. – Przepraszam cię, Iza, naprawdę… Rozmowę musimy koniecznie pociągnąć, upomnę się o to na pewno! Słuchaj, czy tu gdzieś obok są taksówki? Czy trzeba zamawiać na telefon?
– Są, postój jest przy tym samym skwerku, na którym dzisiaj się umawiałyśmy – odparła Iza, wskazując ręką w stronę okna. – Tylko idź drugą stroną chodnika, zobaczysz je z daleka. Jakaś zawsze tam stoi.
– Super, dziękuję, ci! – uśmiechnęła się Natalia, wyciągając do niej rękę i serdecznym gestem ściskając jej dłoń. – To cześć, trzymaj się i jeszcze raz przepraszam cię za dzisiaj. Odezwę się na dniach i umówimy się na dokończenie rozmowy, ale teraz muszę biec. Wszystkiego dobrego i do zobaczenia!
– Do zobaczenia. Trzymaj się.
Odprowadziwszy wzrokiem do drzwi jej sylwetkę, oparła się wygodniej na krześle i odetchnęła z ulgą, czując, jak opuszcza ją usztywniająca dotąd mięśnie adrenalina. Zerknęła na zegar na ścianie – było dopiero kilka minut po piętnastej, a ponieważ za oknem wciąż siąpił deszcz, wydawało się, że jest ciemniej niż zazwyczaj o tej porze.
„Facet za facetem…” – plątało jej się po głowie. – „W poszukiwaniu księcia z bajki… Każdemu przecież wolno szukać na swój sposób… Majk też sobie nie żałował, chociaż on to traktował jako lekarstwo na złamane serce i bolącą duszę… Jasne!” – uśmiechnęła się pobłażliwie. – „Jak zwał, tak zwał, na jedno wychodzi. Przynajmniej się dogadają… A Krawczyk? Ciekawe, jaką minę by miała, gdybym powiedziała jej, że już w następną niedzielę…”
– Czy podać pani coś jeszcze? – wyrwała ją z myśli kelnerka, która właśnie podeszła pozbierać na tacę puste naczynia.
– Ach… nie, dziękuję – ocknęła się Iza. – Prosiłabym już raczej o rachunek.
– Za tę panią też? – kelnerka wskazała na puste miejsce Natalii. – Czy jeszcze tu wróci?
– Nie, nie wróci – odparła grzecznie. – Proszę za całe zamówienie.
– Dobrze, zaraz przyniosę. Będzie kartą czy gotówką?
– Gotówką – odpowiedziała mechanicznie Iza.
Po odejściu kelnerki sięgnęła po torebkę i spokojnie wyszukała w niej portfel.
„Każdemu może wylecieć z głowy taki drobiazg jak rachunek” – pomyślała z osobliwą mieszaniną dyskomfortu i rozbawienia. – „Zwłaszcza w awaryjnej sytuacji. A ja dzięki temu zyskałam dodatkową wolną godzinę przed pracą i mogę jeszcze skoczyć do domu się przebrać. No co? Zysk warty rachunku, wręcz z wdzięczności do losu zostawię tej pani porządny napiwek!”