Anabella – Rozdział CCXIV
Pierwszy w nowym roku, a historycznie już czwarty Dzień Francuski w Anabelli przebiegał rutynowo i bez komplikacji, zwłaszcza że do pomocy na sali zostały dziś zwerbowane dodatkowe osoby pracujące w trybie dorywczym. Wśród nich były dwie koleżanki ze szkoły wieczorowej Zuzi, które ta poleciła Izie dzień wcześniej jako chętne do wsparcia zespołu i zarobienia przy tym paru groszy.
Świetnie, Zuzanko, bierzemy je obie! – ucieszyła się Iza. – Rzucimy je oczywiście na łatwiejsze odcinki, ale każda para rąk się przyda. Będą pod twoją opieką, dobrze?
Tak jest, proszę pani! – wyprostowała się w żołnierskiej pozie Zuzia. – Przeszkolę je szybko jutro przez zmianą i będę za nie odpowiedzialna.
Jednak to nie jej koleżanki, a dwóch kolegów, którzy przyszli odwiedzić je w pracy, wzbudzili dyskretne zainteresowanie i rozbawienie starszej części damskiej ekipy Anabelli, bowiem jednym z chłopaków, jak oznajmiła Izie, Klaudii i Oli Wiktoria, był znany im już ze słyszenia „cygan” o imieniu Maciek. Był to dość krępy, dobrze zbudowany dwudziestolatek o bardzo śniadej cerze i oczach, które Izie od razu skojarzyły się ze lśniąco czarnymi oczami pani Ziuty, choć, jak uznała, w jego ciemnej twarzy nie robiły takiego wrażenia jak u niej. Z wyglądu był więc całkowitym przeciwieństwem drobniutkiej, blondwłosej Zuzi o zwiewnej, wysportowanej sylwetce, to jednak, jak uznała Ola, przyjrzawszy mu się krytycznym okiem podczas roznoszenia zamówień, było wręcz jego atutem.
– Mnie się z wierzchu ten chłopaczek całkiem podoba – oceniła, kiedy wraz z Izą i Klaudią przystanęły pod kuchnią w oczekiwaniu na wydanie zamówień. – Uważam, że od strony wizualnej pasowaliby do siebie z Zuzką doskonale. Byliby jak dwa żywioły, ona jasna, on ciemny, zupełnie inny typ urody, właśnie często takie przeciwieństwa najlepiej się przyciągają. Poza tym on wygląda naprawdę sympatycznie.
– Najważniejsze, że wzrost ma normalny – zauważyła z pobłażaniem Klaudia.
Wszystkie trzy parsknęły śmiechem.
– Racja, wręcz idealny! – podchwyciła Ola. – Jest tylko o głowę od niej wyższy i od razu inaczej to wygląda. Chudy przy nim to tyczka ogrodniczka, a z gęby to w ogóle się do niego nie umywa. Ja serio nadal nie rozumiem, co ta Zuzka w nim widzi.
– Miłość nie wybiera – uśmiechnęła się Iza.
– No fakt, nie wybiera – wydęła lekko wargi Klaudia. – Ale czasem może się pomylić, nie?
– Też prawda – zgodziła się.
– Ja w każdym razie trzymam kciuki za cygana – podsumowała Ola. – Wika miała rację, on ewidentnie podbija do małej. Widziałyście, jak na nią patrzy?
W istocie, trudno było nie dostrzec, że Maciek wodził za Zuzią rozmarzonym spojrzeniem młodzieńca zakochanego po uszy, co prędzej czy później, jak podkreśliła Ola, nie powinno umknąć uwadze nawet takiego głąba jak Chudy.
– Co do tego mam akurat poważne wątpliwości – skrzywiła się sceptycznie Klaudia. – On jest na te sprawy naprawdę odporny, wcale się nie zdziwię, jak nic nie zauważy.
– A tymczasem cygan zajuma mu sprzed nosa Wunderwaffe! – parsknęła śmiechem Ola. – I bardzo dobrze! Im szybciej Zuzka się z niego wyleczy, tym lepiej!
„Trudno się z tym nie zgodzić” – myślała Iza, krążąc z tacą po sali w służbowym stroju okolicznościowym z kotylionami w wysoko upiętych włosach. – „Ale serca nie da się nagiąć, a wzajemność na pstrym koniu jeździ, co mam codzienną okazję odczuwać na własnej skórze. Nie każdy ma szczęście w miłości, a tak naprawdę to ma je rzadko kto…”
Jej wzrok padł na krążącego w okolicach drzwi Toma, ubranego dziś, zgodnie z dress code Dnia Francuskiego, w białą koszulę o rozmiarze wora na gruz, z przypiętym do piersi trójkolorowym kotylionem. Traf chciał, że ochroniarz również w tym samym momencie spojrzał w jej stronę i napotkawszy jej wzrok, uśmiechnął się jakby z zakłopotaniem, po czym odwrócił się i z powrotem ruszył w swoją trasę wzdłuż bocznej ściany. Tam zatrzymał go Chudy, którego wysoka sylwetka wyrosła przy nim nagle jak spod ziemi, i po chwili rozmowy obaj wyszli na korytarz, prawdopodobnie po to, by spokojnie porozmawiać na schodach, gdzie muzyka nie dudniła aż tak głośno jak tutaj.
Zawróciwszy już w stronę zaplecza z pustymi naczyniami na tacy i kilkoma karteczkami z kolejnymi zamówieniami, Iza skupiła teraz wzrok w okolicach sektora A, gdzie do jednego ze stolików dosiadł się szef lokalu i wraz ze znajomym gronem stałych klientów prowadził wesołą konwersację przerywaną co chwila gromkimi wybuchami śmiechu. Kiedy podeszła bliżej, wśród siedzących tam gości rozpoznała Adama i Agnieszkę, pamiętną parę narzeczonych z balu sylwestrowego. Ich obecność ucieszyła ją, wiedziała bowiem, że zarówno oni, jak i Majk dawno już chcieli spotkać się i porozmawiać o kulisach swej szybko rozwijającej się znajomości zawartej w Anabelli.
A może to jest pierwsza jaskółka przepowiadająca zniesienie klątwy? – odezwał się w jej pamięci głos Gosi. – Szef przecież też maczał w tym palce.
„Może” – odpowiedziała jej w myśli, zatrzymując się przy jednym z mijanych stolików, by zebrać pusty kufel po piwie. – „Niewykluczone, a nawet prawie pewne.”
Z głośników płynął teraz dźwięczny głos Mireille Mirbeau, rozpoznawalny po charakterystycznym „r”. Jaki był tytuł tego utworu? Nie umiała sobie przypomnieć. Znów dyskretnie zerknęła w stronę stolika, przy którym brylował Majk, ogarniając wzrokiem jego sylwetkę w białej koszuli z burzą ciemnoblond włosów, które właśnie odgarnął z czoła znajomym ruchem dłoni. Czy dzisiaj będzie miała okazję, aby ich dotknąć? Tak bardzo już za tym tęskniła!
„Wczoraj mi na to nie pozwoliłeś” – pomyślała z nutką żalu, zmierzając ku zapleczu i nie patrząc już w jego stronę. – „A to już przecież prawie dwa tygodnie…”
Rzeczywiście, od wizyty Majka u niej w domu i ostatniej rozmowy pozazawodowej minęły już dwa tygodnie, w trakcie których rozmawiali głównie na tematy firmowe i nawet jeśli schodziło na wątki bardziej osobiste, jak chociażby wczoraj, odbywało się to na dystans, bez dotyku. Było to zresztą całkowicie standardowe i normalne, od niemal dwóch lat działali w ten sposób na mocy umowy, jaką zawarli na samym początku w ramach terapii złamanych serc, przechodząc w ów tryb jedynie w razie potrzeby i na wyraźny sygnał z którejś ze stron. Sprawiało to, że nieraz mijały długie tygodnie bez takiego sygnału, ów zresztą najczęściej wychodził od Majka, ona sama zaledwie kilka razy zwróciła się do niego o to explicite.
„Więc może dzisiaj byłby dobry moment?” – przemknęło jej przez głowę, gdy podawała Angelice karteczki z zapisanymi zamówieniami. – „Ja przecież rzadko wychodzę z inicjatywą, korzystam tylko biernie, kiedy to on potrzebuje rozmowy, dotyku i bliskości. Więc dlaczego by nie? Statystycznie teraz na mnie kolej, musiałabym tylko wymyślić jakiś wiarygodny pretekst.”
Nic mądrego jednak nie przychodziło jej do głowy. Wczoraj, w trakcie przygotowań do imprezy i ogólnej pracy na sali, a potem też powrotu do domu (Majk bowiem po zakończeniu pracy podwiózł ją na Bernardyńską samochodem), zdążyli omówić większość zaległych tematów bieżących, w tym również kwestię jej urlopów, o które złożyła na jego ręce odpowiednie pisemne wnioski.
Pierwszy urlop, wypoczynkowy w wymiarze dziesięciu dni, miała wziąć od siódmego lutego, bowiem, zgodnie z obietnicą daną Amelii i Robertowi, część ferii międzysemestralnych chciała spędzić z rodziną w Korytkowie. Drugi urlop dotyczył wyjazdu na cały marzec do Liège i tu, jako że zależało jej na tym, by był to urlop bezpłatny, musiała twardo ponegocjować z Majkiem.
Nie lubię udzielać bezpłatnych moim najlepszym pracownikom – oznajmił jej z niezadowoleniem. – Czuję się wtedy, jakbym zwalniał ich z pracy bez gwarancji powrotu.
Ale ja przecież wrócę – zapewniła go ciepło. – To tylko kwestia przyzwoitości i mojego sumienia. W marcu nie będę świadczyć ci pracy, a tam będę miała całkiem przyzwoite stypendium, dlatego nie mogę się zgodzić, żebyś mi w tym czasie płacił. Proszę, szefie. Jeśli nie masz litości dla swojego budżetu, miej ją chociaż dla mojego sumienia.
Argumentacja ta sprawiła, że Majk, acz niechętnie, podpisał jej podanie, po czym szybko zmienił temat, miała jednak wrażenie, że do końca dnia nie był już w najlepszym humorze. Może to zresztą właśnie przez to nie zażądał od niej doładowania elfową energią, choć okazji wczoraj nie brakowało? A może powód był zupełnie inny? Wolała tego nie roztrząsać, w duchu zadowolona, że kwestię urlopów miała załatwioną, dzięki czemu będzie mogła na sztywno planować wyjazdy. Jednocześnie myśl o tym, że wyjedzie na tak długo, zmaterializowana w postaci wniosku o urlop, zaczynała docierać do jej świadomości wraz ze wszystkimi konsekwencjami, a szczególnie z jedną – z perspektywą długiego rozstania, wcześniej na tyle odległą, że nie poświęcała jej większej uwagi, lecz teraz zbliżającą się szybkimi krokami, wręcz w zawrotnym tempie.
Kolejnym tematem z pogranicza spraw zawodowych i prywatnych była organizacja pracy na Koncertowej, w tym zatrudnienie Jaśka, który właśnie zakończył karę i wyszedł z więzienia z mocnym postanowieniem rozpoczęcia nowego, uczciwego życia. Kacper, który sam miał teraz wypełniony po brzegi plan każdego dnia, przyprowadził go wczoraj na spotkanie z szefem, przed którym podtrzymał deklarację wzięcia go pod swoje skrzydła, a długa rozmowa, jaką przeprowadzili we trzech, zakończyła się porozumieniem co do zatrudnienia Jaśka i ustaleniem warunków umowy.
We wtorek zjawi się na Zamkowej podpisać papiery – oznajmił Izie Majk. – Przygotujesz mu je, dobrze? Pełny etat na Koncertowej, na razie na miesiąc próbny, Lidii przyda się każde wsparcie. Frajer wygląda bardzo sympatycznie, ale trzeba sprawdzić w praktyce, co to za gagatek.
Przy tej okazji poruszyli również temat życiowych tarapatów Lidii, której matka wciąż w ciężkim, praktycznie beznadziejnym stanie znajdowała się w szpitalu. Majk z uznaniem przyjął informację o systemie dyżurów, jakie koleżanki zaoferowały jej w opiece nad dziećmi.
Świetny pomysł – przyznał. – To ten rodzaj przysługi, którego nigdy się nie zapomina. Byłaś już u nich?
Jeszcze nie – pokręciła głową. – Pierwszy dyżur mam dopiero w poniedziałek. Ale Klaudia z Wiką już były i mówią, że jej synowie to super fajni chłopcy.
Przekazała mu także pozdrowienia i podziękowania od Magdaleny i opowiedziała o zaplanowanej na przyszły tydzień wizycie u Krawczyka, co Majk jak zwykle przyjął ze sceptyczną aprobatą, obiecując jej na ten dzień pełny dostęp do peugeota. Rozmowy te, prowadzone w biegu i przerywane koniecznością wykonywania bieżących obowiązków, pozostawiły w duszy Izy poczucie niedosytu, które trwało i dziś, zwłaszcza kiedy patrzyła na jego włosy – choćby tak jak przed chwilą, z daleka, z głębi sali, kiedy rozmawiał z klientami i nawet jej nie widział.
– Przepraszam, co by pani z tego poleciła jako drugie dane? – zaczepiła ją jedna z klientek w średnim wieku siedzących tuż przy przejściu, pokazując jej otwartą kartę z menu. – Tylko żeby nie było za ostre, hmm? Nie mogę jeść nic z mocnymi przyprawami.
***
Choć zbliżała się już powoli godzina zakończenia imprezy, dyskoteka przy francuskiej muzyce i błyskach trójkolorowych świateł wciąż trwała w najlepsze, a szef lokalu osobiście czuwał nad sytuacją z poziomu parkietu, gdzie aktywnie włączył się w zabawę i jak zwykle nie mógł się opędzić od zachwyconych partnerek do tańca. Iza, która wraz z koleżankami działała głównie wśród stolików, obsługując rzadkie już o tej porze zamówienia, czasem rzucała w tamtą stronę dyskretne spojrzenia, bezbłędnie wychwytując jego sylwetkę wśród skaczącej ludzkiej masy.
„Chciałabym z tobą dzisiaj zatańczyć, promyczku” – myślała z melancholią. – „Dziewczyny mówiły, że zapowiadałeś kiedyś pasmo na taniec ze wszystkimi dziewczynami z zespołu pod koniec każdej większej dyskoteki, ale czy o tym pamiętasz? Dzień Francuski to przecież właśnie taka okazja. Bardzo tego potrzebuję, wiesz? Dzisiaj wyjątkowo… Przytulić się do ciebie chociaż na chwilę, poczuć twoje ciepło, twój zapach… Jej przecież dzisiaj nie ma…”
Francuska impreza tym razem była wyjątkowo spokojna, a jedynymi znajomymi Izy, jacy się na niej pojawili, była garstka kolegów z roku. Nie było jednak Marty, Zbyszka ani Kingi, brakowało też Kuby i innych koleżanek, gdyż wszyscy zagrożeni brakiem zaliczenia z gramatyki opisowej spędzali weekend na intensywnym kuciu do ostatnich testów. Nadchodzący tydzień wiązał się już z końcem semestru zimowego i przed studentami rysowała się perspektywa trzech tygodni ferii przerwanych tylko jednym egzaminem na początku lutego. Koleżanki, które same lub ze swoimi chłopakami przybyły dziś do Anabelli, należały do kręgu, z którym Iza była mniej zżyta, dlatego nie musiała się nimi zajmować, zorganizowała im zatem tylko odrębny stolik i poradziła skosztować ratatouille, które brygada bardzo doceniła i spałaszowała z wielkim smakiem.
Nieobecność Natalii jak i pozostałych przyjaciół Pabla i Majka również była Izie bardzo na rękę, bowiem dziś tak mocno odczuwała zmęczenie umysłu i serca, że chyba nie miałaby już siły na zabawę w komandosa. Spokój, choćby tak względny i tymczasowy jak teraz, był jej wyjątkowo potrzebny, choć i tak sam w sobie nie wystarczał, by złagodzić przepełniającą ją pustkę. Wiedziała zresztą dobrze, czego jej brakuje. Jak to ostatnio ujął Majk?
Potrzebuję tego, elficzku… Ciągle mam deficyt kontaktu fizycznego…
Otóż to! Dziś to ona odczuwała deficyt życiodajnej energii płynącej z bliskości drugiej osoby, tak dotkliwy, że miała wrażenie, jakby bez tego naprawdę fizycznie opadała z sił. Biała koszula Majka migała wśród tłumu raz bliżej, raz dalej od brzegu parkietu, ona jednak nie miała problemu z wyszukiwaniem go wzrokiem w niestabilnym świetle, gdziekolwiek się znajdował.
„Ty przynajmniej możesz dzisiaj wyrównać ten deficyt w tańcu, na parkiecie masz do woli niezobowiązującej bliskości” – myślała z nutą wyrzutu. – „Obracasz tam dziewczyny jedną po drugiej, do każdej możesz się przytulić i podstępnie wyssać z niej trochę energii. Więc ziarnko do ziarnka…”
Słowa te rodziły się jej w głowie trochę na przekór, zapewne w poczuciu dyskretnego żalu za wczorajszy dystans, bowiem doskonale wiedziała, że to wcale nie tak… że osoba, z której w trudnych chwilach wysysa się życiodajną energię, to nie może być przypadkowy elektron. I że Majk pod tym względem ufał tylko jej. Kontakt z tymi wszystkimi partnerkami na parkiecie nie mógł zaspokoić w nim potrzeby owej niezobowiązującej czułości, której zresztą latami szukał u przygodnych kobiet o wiele odważniej niż w tańcu. Do tego, by transfer energii był skuteczny, potrzeba było czegoś więcej – porozumienia dusz wykraczającego daleko poza dotyk, pełnego zaufania, bezwzględnego poczucia bezpieczeństwa. I póki co, o ile oczywiście przez ostatnie dwa tygodnie nic się nie zmieniło, tylko ona jedna mogła mu to zapewnić w trybie czystej i bezwarunkowej przyjaźni. Przyjaźni z jednej strony będącej jej największym błogosławieństwem, a z drugiej…
„Gdybym miała dzisiaj jakiś pretekst do poproszenia cię o pomoc duchową, o przytulenie mnie, o zgodę na włożenie ręki w twoje włosy…” – myślała smutno. – „Ale nie mam go. Muszę udawać, że wszystko jest w porządku, że po przyjacielsku to ja służę ci doładowaniem, kiedy tego potrzebujesz, ale sama obywam się bez tego i w ogóle zimna ze mnie ryba. Proszę, Michasiu… zaproś mnie przynajmniej do tańca… chociaż na dwie minuty… Ja sama nie odważę się poprosić o dotyk, nie mogę się przecież zdemaskować… a dzisiaj tak bardzo tego potrzebuję!”
Zmierzając w stronę sektora D, gdzie od północy pomagała Zuzi, po raz kolejny tego wieczoru nawiązała kontakt wzrokowy z Tomem. Ów od kilku godzin sprawiał wrażenie, jakby wahał się, czy ją zaczepić, czy może jednak lepiej nie. Zresztą to wrażenie Iza odnosiła już od kilku dni, a znała go na tyle dobrze, że w lot odczytywała jego niepewne manewry – bez wątpienia chciał z nią porozmawiać, tylko nie mógł zebrać się na odwagę.
„Jak zbiorę te graty i odniosę tacę, wrócę do ciebie, Tomciu” – pomyślała pod jego adresem, posyłając mu w świetle błyskających reflektorów porozumiewawcze spojrzenie. – „Pewnie chcesz pogadać o Darii, co? Niech ci będzie, dzisiaj to mi nawet na rękę, dzięki temu jakoś zabiję te cholerne myśli… Co się ze mną dzieje? Przecież Naty dzisiaj nie ma, impreza kręci się jak marzenie, miało być tak pięknie… skąd ten dół? Ach, no tak… Daniel…”
Rzeczywiście, przykre refleksje, jakie od wczoraj mimo woli snuła na temat ciężko chorego kolegi i jego na swój sposób tragicznej „niewidzialności”, wciąż nie chciały wyjść jej z głowy ani z serca. Niby starała się o tym nie myśleć i skupiać się na pracy, ale to się jednak nadal za nią ciągnęło, przywołując uporczywie nawracającą myśl, że owa „niewidzialność” to poniekąd również jej los. Może nie do końca taki sam, ale jednak było tu sporo wspólnych punktów. Wszak ona też w niektórych aspektach była bytem niewidzialnym… produktem zastępczym, poligonem doświadczalnym… źródłem energii w trudnym czasie, ale tylko kiedy brakowało innych źródeł… Królową zaplecza. O właśnie! Królowa zaplecza. To było dla niej najlepsze określenie.
Ni stąd, ni zowąd fala bezsilnego buntu i żalu zalała jej serce. Zerknęła raz jeszcze w stronę parkietu, gdzie migała biała koszula Majka, a potem na krążącego między drzwiami a ścianą Toma. Czy i on nie był w podobnej sytuacji? Produkt zastępczy, jak ona i Daniel, a nawet gorzej, bo o ile ona była poligonem doświadczalnym, to jednak cieszyła się szacunkiem i przyjaźnią Majka, a Tom od Darii nie miał nawet tego. Mimo że przecież, gdyby tylko chciał, mógłby to mieć od kogoś innego… Dlaczego tak strasznie upierał się, żeby nie przejrzeć na oczy?
„Jesteś kompletnym frajerem, kolego” – pomyślała pod jego adresem z mieszaniną politowania i mimowolnej irytacji. – „Ja wiem, że serce nie sługa, ale są granice… a ta Daria to jeszcze gorzej niż Michał Krzemiński!”
Nagle jej serce przepełniło pragnienie zrobienia czegoś w tej sprawie, podjęcia próby uratowania choć jednego współkamrata z klanu „niewidzianych”. Skoro nie mogła pomóc Danielowi, a nawet samej sobie, to przynajmniej spróbuje uratować Toma, zwłaszcza że, skoro wyraźnie chciał z nią rozmawiać, znów musiał mieć z tą Darią jakiś problem. Odniósłszy zatem pośpiesznie brudne naczynia do kuchni, zostawiła tam tacę i wróciła na salę, bez wahania kierując kroki w stronę ochroniarza i już z daleka dając mu stanowczy znak, by wyszedł z nią na schody.
– Masz klucz od tego? – ruchem głowy wskazała na drzwi od składziku.
Tom spojrzał z niepokojem na jej dziwnie zaciętą minę.
– Mam – skinął głową, sięgając do kieszeni. – Chudy mi zostawił. A co? Otworzyć?
– Otwieraj.
Kiedy tylko weszli do środka i Tom zamknął za sobą ciężkie drzwi, muzyka przycichła jak ucięta nożem, choć nadal słychać było dobiegające z sali miarowe dudnienie basów. Iza odwróciła się do niego i oparła o jeden z regałów w wyczekującej pozie.
– No? – rzuciła do zdezorientowanego ochroniarza. – Co chcesz mi powiedzieć?
– Ja? – szepnął spłoszony.
– Tak, ty. Widzę przecież, że czaisz się, żeby mnie zahaczyć, i to nie tylko dzisiaj, ale wczoraj też. I przedwczoraj. Oczywiście domyślam się, o czym chcesz rozmawiać… a raczej o kim. Mylę się?
Tom spuścił wzrok i powoli pokręcił głową.
– Nie – odparł cicho. – To prawda, chciałem pogadać. Zapytać się, a właściwie poprosić… tylko że… – urwał jak uczniak, który boi przyznać się do winy.
– Tylko że?
– Boję się, że znowu będziesz na mnie zła – dokończył cicho.
– Znowu? – podniosła brwi Iza. – Jak to znowu? Kiedy byłam na ciebie zła?
Tom zmieszał się jeszcze bardziej.
– No… może nie zła, ale niezadowolona – westchnął. – Wkurzona, że taki ze mnie mięczak i fujara, bo nie potrafię zrobić tego, co mi radzisz. Ja przecież wiem, że ciebie to denerwuje, bo ty jej nie lubisz… znaczy Darii… Wiem, co sobie o mnie myślisz, tyle razy już gadaliśmy, a ja dalej swoje. Tylko że ja… – znów urwał i pokręcił głową.
Iza patrzyła na niego surowym wzrokiem, a uczucie buntu, które tliło się w niej od kilkunastu minut, wezbrało teraz jej w piersi jak przygotowująca się do stoczenia z gór lawina. Niepewna, zakłopotana mina Toma, która zwykle budziła w niej sympatię podszytą współczuciem, teraz wywoływała silny odruch poirytowania, nad którym trudno jej było zapanować.
– No dobra, mów – odpowiedziała twardszym tonem, niż by tego chciała. – Co się dzieje? Co ta twoja Daria znowu wymyśliła?
– W sumie to nic – pokręcił głową. – Wszystko jest, jak było, tylko że na razie nie możemy się spotykać, bo ona ma egzaminy na studiach i musi się do nich uczyć. Ale ja to rozumiem – zaznaczył pośpiesznie, jakby chciał uprzedzić jej reakcję. – Sam powiedziałem, że nie będę dzwonił ani pisał, ani w ogóle zawracał jej głowy, bo… no wiadomo. Jak ktoś się uczy do egzaminów, to musi mieć spokój. Ty też studiujesz, to wiesz, jak to jest.
Iza słuchała go z miną wyrażającą jednocześnie niesmak i dezaprobatę.
– Owszem – zgodziła się. – Spokój w nauce do egzaminów to ważna rzecz, chociaż przydaje się też wsparcie. Od przyjaciół, a zwłaszcza od kogoś, na kim nam zależy.
– No… – Tom spojrzał na nią bezradnie.
– Ja na przykład bardzo bym chciała takie mieć – ciągnęła spokojnym tonem, choć wewnątrz czuła narastającą falę irytacji pod adresem Darii. – Gdyby mi na kimś zależało, nie odcinałabym się od niego na czas egzaminów pod pretekstem, że muszę się uczyć, tylko, przeciwnie, chciałabym, żeby przy mnie był i mnie wspierał. Oczywiście nie mówię, że dwadzieścia cztery na dobę – zaznaczyła. – Ale tak chociaż raz na dwa dni… a przynajmniej, żeby pisał do mnie smsy. Odpowiedzieć na smsa raz dziennie naprawdę nic nie kosztuje.
Tom pokiwał głową z miną męczennika.
– Tak… wiem, co chcesz przez to powiedzieć, Iza. Ale przecież to tylko na te egzaminy… to nie potrwa długo. Daria obiecała mi, że w lutym już będziemy się spotykać, że przyjdzie tutaj, kiedy będę miał wolny wieczór, i razem się pobawimy. W sensie, że potańczymy, nie? – spojrzał na nią niemal błagalnie. – Tylko że… no wiesz. Na pewno się domyślasz, jaki dała mi warunek. I tu właśnie miałbym prośbę…
– Znowu kazała ci być romantycznym? – domyśliła się.
– No – westchnął. – Kazała mi poćwiczyć taniec, żebym dobrze wypadł na filmikach, bo chce nakręcić parę na pamiątkę.
– Ah bon?[*] – skrzywiła się pod nosem Iza.
– Tylko że teraz mam się nauczyć profesjonalnego tańca dyskotekowego – ciągnął skonfundowany – a ja właśnie nie wiem, jaki to jest ten profesjonalny… Już od paru dni podpatruję ludzi na parkiecie, ale to bez sensu, każdy tańczy, jak chce.
– I o tym chciałeś ze mną pogadać? – upewniła się.
– No tak. Ty się znasz na tańcu, już trochę mnie uczyłaś, chociaż sama wiesz, jak to wygląda. I tak tańczę po mojemu, bo ja po prostu tego nie umiem – rozłożył ręce. – A do tego zawsze się boję, że kogoś nadepnę.
– I o tym chciałeś ze mną pogadać? – powtórzyła surowym tonem. – Mam cię uczyć profesjonalnego tańca dyskotekowego, żebyś mógł się przypodobać Darii?
– No… – popatrzył na nią już całkowicie zmieszany. – Jakbyś mogła…
– Mowy nie ma! – prychnęła. – Ani mi się śni!
Tom zastygł w bezruchu z miną, która wyrażała już nie tylko zdezorientowanie, ale i coś w rodzaju przestrachu, to zaś jeszcze bardziej rozsierdziło Izę.
– A wiesz dlaczego? – zapytała z irytacją. – Nie tylko dlatego że sama nie mam pojęcia o profesjonalnym tańcu dyskotekowym, zwłaszcza że, moim zdaniem, on do niczego nie jest potrzebny, bo każdy radzi sobie na parkiecie tak, jak umie, i nic w tym złego. Ale przede wszystkim dlatego że cię lubię, szanuję i chcę dla ciebie dobrze. Jak najlepiej. W przeciwieństwie do Darii, która wszystko, co robi, robi tylko po to, żeby przy każdej możliwej okazji ponabijać się z ciebie albo cię upokorzyć.
Tom spuścił wzrok, zapatrując się w swoje wielkie buty.
– Tak myślisz? – zapytał cicho.
Iza zawahała się na ułamek sekundy. Z trudem przebijający się przez poirytowanie głos rozsądku podpowiadał jej, że nie powinna się wtrącać, że to przecież nie jej sprawa, a to, że w chwili własnej psychicznej słabości wyżywa się na Bogu ducha winnym Tomie, jest nie tylko karygodne, ale wręcz żałosne. Jednak w tym samym momencie przed oczami stanął jej jeden z wielu zapamiętanych obrazków z przeszłości – rozbawiona Daria mówiąca coś szeptem do towarzyszących jej koleżanek i ruchem głowy wskazująca na odwróconego do nich plecami Toma, a potem ich wspólny gromki wybuch śmiechu o drażniącej nucie. Czy to z racji własnego wyczerpania psychicznego, czy na kanwie smutnych myśli o Danielu, wspomnienie to ubodło ją dziś wyjątkowo mocno, w sam środek serca, nie pozostawiając pola do manewru. Musiała to powiedzieć.
– Tak myślę – odparła stanowczo. – Nie wiem, jakie własne frustracje ta dziewczyna próbuje przy tym leczyć, ale tak nie zachowuje się człowiek, któremu zależy na drugim człowieku. Mówiłam ci to już nieraz. Nie chcesz mi wierzyć, to nie, twoja decyzja, nie zamierzam wtrącać się w twoje życie, ale tym razem powiem wprost. Przykro mi na to patrzeć, Tomek. Bardzo przykro. I jeśli chodzi o mnie, to do tych wiecznych przepychanek z Darią więcej ręki nie przyłożę.
– Okej – szepnął Tom, nie odrywając oczu od podłogi.
– Przepraszam cię, ale to mnie już naprawdę denerwuje – ciągnęła nieco łagodniejszym tonem Iza. – Nie mogę słuchać o tych jej unikach, wymówkach i stawianiu ci warunków, zwłaszcza tak… wybacz… idiotycznych jak bycie romantycznym, umiejętność tańca dyskotekowego czy spotykanie się tylko i wyłącznie w twoim miejscu pracy. Bo to się, jak sądzę, nadal nie zmieniło?
– No… nie – przyznał cicho. – Chciałem ją zaprosić na kawę na mieście, to powiedziała, że może kiedyś, ale teraz jeszcze nie, bo najpierw muszę zasłużyć. Chudy mówi, że jestem idiota, i w sumie to… ja też się czasem zastanawiałem, czy ona mnie znowu nie zwodzi – podniósł na nią wzrok. – Myślisz?
– Nie myślę, tylko jestem tego pewna, Tomek – zapewniła go zdecydowanym tonem Iza. – Chudy w takich sprawach to nie jest autorytet, ale akurat w tym przypadku ma rację. Wiedziałam zresztą, że prędzej czy później ten problem wróci i że znowu się do mnie odezwiesz, ale tym razem nie chcę już udzielać ci rad, a tym bardziej pomagać ci we wkupianiu się w łaski Darii. Zapytam cię raczej o meritum – spojrzała na niego uważnie. – Na pewno chcesz, żeby tak wyglądał twój związek z dziewczyną? Naprawdę odpowiada ci, że spotykasz się z nią tylko od okazji do okazji, zawsze w tym samym miejscu, a do tego w obecności jej koleżanek? Nie widzisz problemu w tym, że praktycznie jej nie znasz, bo ona nie dopuszcza cię do swojego życia? Podoba ci się bycie podręcznym chłopcem do dyspozycji księżniczki, która co chwila ma jakieś fochy i od swojego humoru uzależnia to, czy w ogóle ją zobaczysz? Zastanów się nad tym, Tomek, i to poważnie, bo moim zdaniem, jedno jest pewne. To się nie zmieni. Wręcz z czasem będzie coraz gorzej, a nie coraz lepiej.
Tom pokiwał powoli głową, po czym oparł się plecami o ścianę i odchyliwszy głowę, zapatrzył się w miejsce pod sufitem, do którego sięgały wysokie półki na różne składowane tam przedmioty.
– Wiem, Iza – odparł cicho po dłuższej chwili ciszy. – Myślisz, że ja tego wszystkiego nie czaję? Że sam sobie nie zadaję tych pytań? Cały czas, kurde… A najbardziej, jak widzę Kacpra z tą jego Kasią, bo ona… no ona go naprawdę kocha! – westchnął. – To widać od razu, wystarczy na nią spojrzeć, jak się zachowuje, jak się cieszy, kiedy go widzi… jak mu ciągle przynosi jakieś smakołyki… Rozpieszcza go jak dziecko, wiesz? – uśmiechnął się ze wzruszeniem. – Dokarmia go w tym remoncie, coraz to przytula… całuje… Kurde, Iza! Jak na nich patrzę, to aż mnie ściska tutaj – położył sobie wielką dłoń na sercu. – I myślisz, że sam bym tak nie chciał? Pewnie, że bym chciał! Tylko co ja mogę? Daria nie jest ani trochę taka jak Kasia. Jakby ona taka była, to wiesz, jaki ja bym był szczęśliwy?
– No właśnie – zgodziła się Iza. – Byłbyś tak samo szczęśliwy jak Kacper, w to nie wątpię, ale sam przed chwilą powiedziałeś, że ona taka nie jest. A ja dopowiem: i nigdy nie będzie. Po prostu Daria to nie Kasia.
– No wiem – westchnął znowu. – Ale co ja mogę zrobić, Iza? Zależy mi na niej. Zawsze chciałem mieć dziewczynę, nawet nieidealną, za to bym, kurde, diabłu duszę sprzedał. A ona jest w dodatku taka ładna… Wystarczy, że powie coś do mnie, uśmiechnie się, pocałuje… i jestem ugotowany. Chudy nazwał to inaczej – skrzywił się – ale już nie będę powtarzać, bo i tak wiadomo, o co chodzi.
– Mhm, wiadomo. I ja cię doskonale rozumiem, Tomek, znam ten mechanizm, sama też to przerabiałam przez wiele lat, dopóki nie przejrzałam na oczy. Ale przejrzeć naprawdę warto. Po drugiej stronie tej zasłony jest zupełnie inaczej, człowiek widzi wszystko w innym świetle i sam nie może uwierzyć, że był taki ślepy i głupi.
– Na pewno – szepnął Tom.
– Ty zresztą już od dawna masz przebłyski – zaznaczyła Iza. – Gdybyś nie miał, nie pytałbyś mnie tyle razy o zdanie, nie dzieliłbyś się ze mną wątpliwościami. Sam chyba czujesz, że to nie tak powinno wyglądać, hmm? I dobrze. Takie wątpliwości to już pierwszy krok do uwolnienia się od tego chorego związku, który w sumie nawet trudno nazwać związkiem, tylko że ten krok po prostu trzeba zrobić. A ty niestety nadal, pomimo różnych sygnałów i przebłysków, upierasz się przy Darii i brniesz w ślepą uliczkę.
– Żebyś wiedziała – pokiwał smętnie głową Tom. – Tak się właśnie czuję. Jak w ślepej uliczce.
– No właśnie. Pytałam cię kiedyś, czy naprawdę aż tak kochasz Darię, żeby dalej w tym tkwić, bo to już od dawna wygląda bardzo słabo. Mówiłeś, że kochasz, że nie da się tak łatwo uwolnić serca i tak dalej… To prawda, ja temu nie przeczę, ale wtedy powiedziałam ci z własnego doświadczenia, że da się, tylko trzeba chcieć. Pamiętasz?
Pokiwał tylko głową i spuścił ją, wpatrując się w czubki butów.
– Teraz już wiem, że źle to ujęłam – ciągnęła Iza. – Patrzyłam przez pryzmat tego, co sama przeżyłam, a przecież każda sytuacja i historia jest trochę inna i każdy musi dojść do swoich wniosków sam. Dlatego dzisiaj zapytam cię nie o to, czy kochasz Darię, ale o to, za co ją kochasz. Za urodę?
Tom zastanowił się i powoli pokręcił głową przecząco.
– Nie? – udała zdziwienie. – Przecież sam przed chwilą podałeś to jako główny powód.
Drgnął jak ukłuty szpilką i natychmiast podniósł na nią wzrok.
– Wcale nie! – zaprotestował. – Nie wmawiaj mi, Iza, tak nie mówiłem. Powiedziałem, że Daria jest mega ładna i wystarczy, że na mnie popatrzy, a zaraz mi nogi miękną… ale nie jestem takim debilem, żeby patrzeć tylko na wygląd! Przecież wiem, że to nie jest najważniejsze. Wiadomo, że działa jak cholera… facet zawsze jest facetem, nie? Ale to, kurde, nie dlatego! Czasem sam bym wolał, żeby ona była brzydsza, bo może wtedy by mnie tak nie olewała. No chociaż w sumie… mnie i tak wszystkie olewają – machnął ręką. – Ale na przykład Kacprowa Kasia. Nie jest taka ładna jak Daria, a on by jej za żadną inną nie oddał, nawet ja sam, jakbym miał wybierać… pff! – odetchnął, kręcąc głową. – Nie, Iza. Serio, to nie chodzi o wygląd.
– No to za co ją kochasz? – upierała się Iza, zadowolona, że udało jej się wywołać w nim takie obiecujące wzburzenie. – Za charakter? Za to, jaka jest i jak się zachowuje? Za to, jak cię traktuje?
Ironia wyczuwalna w jej ostatnich słowach, choć była obliczona na podgrzanie dyskusji, odniosła odwrotny skutek i zgasiła Toma, który znów spuścił głowę i zapatrzył się w swoje buty.
– No, za co? – nalegała. – Odpowiedz mi na to pytanie, Tomek. Za co?
– Nie wiem – szepnął.
W składziku zapadła cisza. Iza patrzyła na swego towarzysza nieco zbita z tropu.
„Daj spokój, Iza” – odezwał się w jej głowie głos rozsądku. – „Zostaw chłopaka, nie wyżywaj się na nim. Miałaś się nie wtrącać…”
– Chociaż w sumie to wiem – odezwał się ponuro Tom.
– No?
– Kocham ją, bo… bo tylko ona chce ze mną być – wyjaśnił ze spuszczoną głową. – Już nieraz o tym myślałem, Iza, tylko nie chciałem mówić, bo głupio… Ale taka prawda. Mną się dziewczyny w ogóle nie interesują, zawsze jak coś próbowałem, to na początku dobrze się zapowiadało, ale potem… ech! – pokręcił głową z rezygnacją. – Ja im się po prostu nie podobam. Jedna kiedyś nawet wprost mi powiedziała, że ze słoniami się nie zadaje… a czy to, kurde, moja wina, że wyglądam, jak wyglądam?
Iza słuchała go z mieszanymi uczuciami, w duchu konfrontując jego słowa z własnymi odczuciami oraz z tym, co o Tomie mówiły czasem koleżanki z ekipy. Wszystkie go lubiły, owszem, nawet bardzo, jednak ani jednej nie podobał się jako mężczyzna, głównie dlatego że, jak to kiedyś ujęła Gosia, był „za duży”. Za duży, za spokojny i zbyt „misiowaty”, według określenia Wiktorii, a do tego nie miał w sobie nic pociągającego, o czym ona sama mogła zaświadczyć z doświadczenia. Sympatyczny niedźwiadek o dobrym sercu, ale z punktu widzenia damsko-męskiego możliwy do rozważenia tylko jako materiał na kolegę. To tym bardziej zbliżało go do postaci Daniela, mimo że z racji postury i żelaznych mięśni trudno byłoby Toma nazwać niewidzialnym.
A klientki Anabelli? Daria przecież wyłoniła się spośród klientek, jednak po namyśle trzeba było przyznać, że dziewczyny przychodzące do lokalu rzeczywiście nie ustawiały się do Toma w kolejce, wręcz omijały go szerokim łukiem, podobnie jak Chudego, tyle że temu ostatniemu to akurat było na rękę. Jeśli już interesowały się którymś z męskich członków z ekipy, to najczęściej Antkiem, nieraz widać było, jak podchodziły do konsoli porozmawiać i poflirtować, mimo że ów, choć chętnie z nimi gawędził, trzymał je na dystans. Zwłaszcza ostatnio. Był już z tego znany, podobnie jak szef, który, jak widać było choćby dziś na parkiecie, wśród studenckiej rzeszy klientek miał wiele cichych wielbicielek, jednak, jak podkreślała ze śmiechem Ola, nie wykorzystywał odpowiednio tych zasobów. Tom natomiast tych zasobów nie miał wcale… albo prawie wcale. Bo o ile Daria ewidentnie podrywała go dla żartu, żeby pośmiać się z niego z tymi swoimi głupimi jak but koleżaneczkami, o tyle był przecież ktoś, kto przynajmniej przez chwilę myślał o nim poważnie… A może tylko jej się tak wydawało?
– Już nieraz tak miałem – mówił dalej Tom. – Niby fajnie się gadało, ale jak próbowałem coś zaczynać… a to dla mnie nie jest łatwe, bo ja w ogóle nie mam odwagi do kobiet… to zaraz wszystko się urywało i ta dziewczyna już więcej tutaj nie wracała. A ja czekałem jak kretyn… Tyle razy tak było! Nawet ostatnio – ściszył głos, w którym zabrzmiała nuta przejmującego żalu i rezygnacji. – Ja ci tego nie mówiłem i wolę nie mówić, o kogo chodzi… pewnie się domyślasz… albo i nie… ale to już i tak nieważne. Po prostu znowu było to samo, chociaż z początku myślałem, że…
Urwał, jakby się zawahał, czy mówić dalej. Iza czujnie podniosła głowę i wpatrzyła się w migoczące na jego twarzy dziwne blaski i cienie.
– Była jedna dziewczyna – podjął cicho po chwili walki ze sobą Tom. – Taka całkowicie inna niż Daria… tak super się z nią rozmawiało… Nawet tańczyłem z nią i to było jak… jak, kurde, nie z tego świata! Nie musiałem się martwić, czy jestem romantyczny czy nie, bo ona w ogóle nie zwracała na to uwagi, była dla mnie taka miła… A na koniec powiedziała mi, że jeszcze nigdy z nikim tak jej się genialnie nie tańczyło. Tak właśnie powiedziała, genialnie i jak jeszcze nigdy z nikim – zaznaczył, a na jego policzki wybiegł lekki rumieniec. – Pewnie to było tylko takie kłamstwo z grzeczności, ale przecież nie musiała tego mówić… a ja potem przez to ze trzy noce spać nie mogłem! Opowiedziała mi tyle o sobie… o swoich planach… Ja też jej różne rzeczy poopowiadałem… i myślałem, że…
Pokręcił głową, zagryzając wargi.
– Po prostu znowu pomyślałem sobie za dużo – dokończył z rezygnacją. – Bo oczywiście skończyło się jak zawsze.
– To znaczy jak? – zapytała ostrożnie Iza.
– Zniknęła – rozłożył swe wielkie dłonie w geście bezradności. – Po tym, jak potańczyliśmy i przegadaliśmy kilka godzin, po prostu zniknęła… jak każda. Najpierw żałowałem, że nie poprosiłem jej o numer telefonu, ale potem pomyślałem sobie, że co by to dało? Jakby chciała mieć ze mną kontakt, to by tak nie zniknęła, odezwała by się jakoś. Pewnie bała się, że będę chciał od niej coś więcej, więc wolała zniknąć, żeby nie musieć robić mi przykrości i odmawiać. Wszystkie zawsze tak robiły… wszystkie! Tylko jedna Daria tak nie robi – zaznaczył. – Czasem znika na długo, to prawda, ale potem wraca… ciągle jest z tymi swoimi koleżankami, ale daje mi się chociaż czasem przytulić, pocałować… I to dlatego dalej chcę z nią być – podsumował smętnie. – Ona pewnie też mnie oszukuje, ale i tak najmniej ze wszystkich.
Iza wydęła wargi.
– Najmniej ze wszystkich – powtórzyła z namysłem. – Ciekawa koncepcja… Dlaczego myślisz, że tamta dziewczyna cię oszukała? Może to było tylko nieporozumienie?
– Nieporozumienie? – skrzywił się. – Jakie, Iza? Nie pokłóciliśmy się ani nic… mega fajnie nam się gadało… była dla mnie jak anioł… Czasem zachowywała się jak Kacpra Kasia, dopiero potem mi się skojarzyło, że coś w nich jest podobnego. Takie, kurde, kobiece ciepło, nie tylko w ciele, ale też w oczach, w głosie… coś takiego, że człowiekowi normalnie na płacz się zbiera i chciałby taką dziewczynę do końca życia na rękach nosić! A ja tak strasznie tego potrzebowałem… To było wtedy, kiedy Daria znowu mnie olewała, więc jak rozmawiałem z tamtą… wiesz pewnie, o kogo chodzi, ale proszę, nie mów na głos jej imienia, okej? – spojrzał na nią prosząco. – Nie chcę tego rozgrzebywać. Pomyślałem sobie wtedy, że zrywam z Darią i nie będę dalej dawał z siebie robić głupka, a jak się uda, to spróbuję od nowa… z tamtą… bo myślałem, że ona też tego chce. Pierwszy raz w życiu naprawdę to czułem, tak mi się przynajmniej wydawało. I co? Znowu skucha. Zniknęła tak jak wszystkie.
– Skąd wiesz, że zniknęła na zawsze? – wzruszyła ramionami. – Może jeszcze wróci?
– Nie – pokręcił głową. – Wiem, że nie. Obiecała mi, że zobaczymy się przed świętami, że będzie wtedy w Lublinie i wpadnie do Anabelli, żebyśmy mogli złożyć sobie życzenia, a jeśli nie uda się zobaczyć osobiście, to przekaże mi je inaczej. I co? Ani nie przyjechała, ani w ogóle się nie odezwała aż do teraz. A to znaczy, że mnie olała i że już nie wróci.
– Głupi jesteś – mruknęła Iza.
– No… to wiadomo – Tom podniósł na nią zdezorientowany wzrok. – Ja przecież wiem, co o mnie myślisz, Iza, ale tutaj to naprawdę nie rozumiem, co mogłem spieprzyć. Pewnie po prostu się jej nie podobałem i tyle.
„Jasne” – pomyślała z dezaprobatą, wspominając zaciętą minę Beaty konsumującej w tempie błyskawicy porcję quiche lorraine. – „Ty cholerny frajerze, łajzo jedna…”
– A ona tobie się podobała? – zapytała od niechcenia. – Chodzi mi o wygląd.
Tom uśmiechnął się smętnie, wciąż zapatrzony w swoje buty.
– A co myślisz? Jak diabli! Ma taki śliczny uśmiech… najpiękniejszy na świecie… i mega włosy… Ale po co pytasz? – obruszył się lekko. – Mówiłem ci przecież, że to nie jest najważniejsze.
– Nie jest – zgodziła się spokojnie. – Chociaż też nie jest tak do końca bez znaczenia.
– No, prawda. Jak na moje oko u niej wszystko jest idealne, i wygląd, i charakter… z charakteru to by była dla mnie wymarzona. Tylko że ja już nie chcę o tym mówić, ani nawet myśleć, Iza – machnął ręką, znowu pochmurniejąc. – Po co, jak i tak nic z tego nie będzie? Dałem ci tylko przykład na to, jak mnie wszystkie olewają. Nie na samym początku, tylko potem, jak wyczują, że zaczyna mnie brać. Od razu uciekają gdzie pieprz rośnie.
– Jesteś tego pewien? – zapytała z przekąsem.
Popatrzył na nią jeszcze bardziej zdezorientowany.
– No przecież mówię.
– A może w tym ostatnim przypadku to wcale tak nie wyglądało? Może osoba, o której mówisz, wcale nie chciała zniknąć, tylko ty ją do tego zmusiłeś?
– Co? – szepnął zaskoczony.
– Nic – wzruszyła ramionami. – Po prostu zastanów się, czy warto grać na dwa fronty.
– Co? – powtórzył szeptem Tom.
W słabym świetle lampy zawieszonej pod sufitem widać było, że twarz mu pobladła.
– Mniejsza o to, wróćmy do Darii. Jeśli dobrze zrozumiałam, wszystkie dziewczyny oprócz niej są takie same, bo dają ci nadzieję, a potem znikają. I tylko ona nie ucieka – podsumowała ironicznie. – Niby znika, ale potem znowu się pojawia i czasem nawet daje ci się pocałować. I właśnie za to ją kochasz. Dobrze zrozumiałam?
Tom stał nieruchomo i patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.
– No mów! – zniecierpliwiła się Iza. – Odpowiedz mi na pytanie. Dobrze zrozumiałam?
– N… nie wiem – szepnął.
– Aha, nie wiesz – pokiwała głową. – A może po prostu chcesz zjeść ciastko i dalej je mieć?
Tom wyprostował się i cofnął o krok w stronę drzwi.
– Co masz na myśli, Iza?
– Wyobraź sobie taką hipotetyczną sytuację, że dziewczyna, o której mowa… oboje wiemy, o kogo chodzi, ale zgodnie z twoim życzeniem nie będę wymieniać jej imienia… wyobraź sobie, że ona była tu u nas dzień przed świętami.
– Była? – wyszeptał Tom.
– Mówię to tylko hipotetycznie – podkreśliła Iza. – Wyobraź sobie, że przyjechała tu, żeby zgodnie z obietnicą złożyć ci życzenia świąteczne, kto wie, może nawet wybrała się do Lublina specjalnie po to? A sto kilometrów to nie jest byle co, zwłaszcza w przedświątecznej gorączce. Przyjechała, ale nie złożyła ci życzeń, bo traf chciał, że akurat była tu Daria, która dokładnie tego wieczoru łaskawie znalazła dla ciebie czas… swoją drogą idealny timing, trzeba jej to przyznać. Więc kiedy ona zobaczyła, jak migdalisz się z Darią, zrezygnowała z życzeń i wyszła, zanim raczyłeś ją zauważyć, bo zwyczajnie nie chciała się pakować między wódkę i zakąskę. Mogło tak być? Mogło. A może nawet tak było. I właśnie to mam na myśli mówiąc o działaniu na dwa fronty.
Tom zachwiał się na nogach, ale nie wydał z siebie najlżejszego dźwięku.
– I wiesz co, Tomek? – dodała ostrzej, znów czując w piersi narastającą falę buntu i irytacji. – Mam już dość tego gadania, które nic nie wnosi. Tyle razy mówiłam ci, co o tym myślę, tłumaczyłam, sugerowałam… ale dzisiaj powiem ci to wprost. Ani Daria nie kocha ciebie, ani ty jej. Ona się tobą bawi, bo jest niedojrzałą emocjonalnie gówniarą i kręci ją upokarzanie cię na każdym kroku, a ty jesteś dureń, bo na to pozwalasz i nie szanujesz samego siebie. Zadowalasz się ochłapami, zamiast posprzątać ten syf i zrobić miejsce na coś lepszego… miejsce dla kogoś, z kim mógłbyś być naprawdę szczęśliwy. Wmawiasz sobie, że kochasz Darię, a sam przed chwilą jasno powiedziałeś, że jest dla ciebie opcją z braku laku, bo tak serio to chciałbyś mieć przy sobie zupełnie inną dziewczynę. Taką, która traktowałaby cię poważnie, szanowała i doceniała, jak Kasieńka Kacpra, taką, dla której byłbyś kimś najważniejszym na świecie. I nie bredź mi, że żadna poza Darią się tobą nie interesuje, bo to nieprawda, a że już raz spieprzyłeś sprawę przez grę na dwa fronty, to zupełnie inna rzecz. Rób tak dalej, jeśli chcesz zostać na zawsze produktem zastępczym, trać czas jako zabawka dla niezrównoważonej panienki! Dogadzaj jej, podlizuj się i ucz się tańca dyskotekowego, kombinuj, jak tu stać się bardziej romantycznym. Bardzo proszę! Tylko mnie już w to nie wciągaj, bo ja nie tylko ręki, ale nawet palca do tego nie przyłożę. Jasne?
Jako że ostatnie zdania wypowiedziała niemal na jednym oddechu, teraz musiała przerwać, aby go zaczerpnąć, przez co w składziku na kilka sekund zapadła cisza.
– Jasne – odpowiedział tonem skarconego dziecka Tom. – Wszystko zrozumiałem. Tylko proszę, nie krzycz na mnie, Iza…
– Przecież nie krzyczę – zauważyła nieco spokojniejszym tonem.
– Albo w sumie… krzycz – westchnął. – Zasłużyłem. Nakrzycz na mnie, ale powiedz mi… to, co mówiłeś o… o tej hipotezie… to serio tylko hipoteza? Czy prawda?
– A jakie to ma znaczenie? – wzruszyła ramionami. – I tak, jak sam powiedziałeś, nic z tego nie będzie. Więc po co dociekać?
– Chcę wiedzieć. Proszę, powiedz, Iza – w jego tonie zabrzmiała błagalna nuta. – Bo jeśli to ja spieprzyłem…
Przerwało mu głośne pukanie do drzwi, na dźwięk którego oboje podskoczyli jak oparzeni. Do składziku zajrzała Ola.
– Aaa, tu jesteś, Iza! – zawołała z mieszaniną ulgi i dezaprobaty. – Już myślałam, że cię nie znajdę!
– Co się dzieje? – zaniepokoiła się Iza, podrywając się na miejscu i odruchowo podnosząc ręce do włosów, by sprawdzić, czy kok i wpięte w niego kotyliony dobrze się trzymają. – Jestem pilnie potrzebna na sali?
– I to jak! Szef wzywa cię na parkiet w trybie natychmiastowym!
– Ach, jasne! Już idę, Oleńko. Tomek, dokończymy to innym razem, okej? – zwróciła się do zdezorientowanego ochroniarza. – A teraz ty też wracaj na stanowisko, zaraz będzie exodus, trzeba pilnować porządku.
– Okej – pokiwał pokornie głową.
Wszyscy troje pośpiesznie opuścili składzik, przy czym dziewczyny poszły przodem, on zaś został, by zamknąć drzwi na klucz.
– Za dziesięć minut kończymy disco – wyjaśniła Izie Ola. – Szef realizuje formułę, w której każda kelnerka, barmanka albo kucharka z zespołu na zamknięcie imprezy musi z nim zatańczyć przez jedną minutę. Zapomniałaś o tym?
Skonfundowana sytuacją, a do tego wciąż nerwowo podminowana Iza poczuła mocniejsze bicie serca. Czyżby jej dzisiejsze ciche marzenie jednak miało się spełnić?
– Nie, nie zapomniałam… po prostu zagadałam się z Tomkiem i umknęło mi, że już kończymy. Zresztą myślałam, że szef sam zapomni… no, ale dobra, już jestem na posterunku. Kiedy moja kolej?
– Miałaś być na samym początku, ale nie było cię w zasięgu, więc będziesz na końcu. Szef kazał natychmiast cię znaleźć i doprowadzić na parkiet – zaśmiała się. – Bez minuty tańca z gospodynią wieczoru nie wyobraża sobie zamknięcia imprezy!
______________________________________
[*] Ah bon! (fr.) – Doprawdy? Serio?