Anabella – Rozdział CCXVII
Zielone cyferki elektronicznego zegara ustawionego na komodzie w kącie układały się w godzinę piątą czterdzieści osiem, co Iza dostrzegła z daleka, uchyliwszy lekko powiekę. Co prawda widziała je niewyraźnie, co świadczyło niewątpliwie o jakimś problemie ze wzrokiem, ale kiedy zmrużyła oczy, wyostrzyły się, nie pozostawiając wątpliwości co do pory dnia. Naprawdę było już tak późno? Właściwie to wcześnie, jako że niepostrzeżenie w ferworze rozmowy nadchodził już niedzielny poranek.
„Déjà vu” – pomyślała z rozbawieniem. – „Statystycznie rzecz ujmując, my najczęściej urządzamy sobie sesje filozoficzne w nocy z soboty na niedzielę. I do kościoła znowu będziemy szli jak zombie.”
Poprzedzona burzliwymi wydarzeniami z zamknięcia styczniowego Dnia Francuskiego sesja filozofii księżycowej w mieszkaniu Majka trwała już od kilku godzin, jak zwykle fundując Izie huśtawkę emocji. Jednak wśród nich, choć każde nawiązanie Majka do postaci Anabelli automatycznie budziło w jej sercu ból i zazdrość, dominowały te pozytywne, bo jak przejmować się czymkolwiek, kiedy on był obok i pozwalał jej dotykać swoich włosów? Teraz już co prawda od dobrej godziny zaprzestała głaskania jego czupryny, zabronił jej bowiem tego z obawy o to, że rozbolą ją ręce, miał w tym zresztą sporo racji… Ale i tak jej palce były już na dziś nasycone, podobnie jak nakarmiona do syta filozofią dusza i ukołysane jego bliskością ciało.
Co ciekawe, pomimo tej bezpośredniej bliskości, po przeżytym na parkiecie szaleństwie zmysłów nie było już ani śladu, jakby włączył się zupełnie inny tryb. Zresztą też nie pierwszy raz, bo właśnie taka była specyfika tego, jak działał na nią Majk – na wszystkich możliwych planach, a na każdym z nim do oporu, choć nie w tym samym czasie. Jakby na wszystko był przewidziany odpowiedni moment, ten właściwy, dzięki czemu plan duchowy, cielesny i intelektualny przenikały się i dopełniały same z siebie. Pełnia… absolutna pełnia połączonych połówek księżycowych dusz, o wiele ważniejsza niż jakiekolwiek spełnienie na poziomie zmysłów. Tylko czy on czuł to równie mocno jak ona?
– Już prawie szósta – zauważyła, znów przymykając oczy.
Majk poruszył leniwie głową, by zerknąć w tamtą stronę.
– Mhm, faktycznie. Chce ci się spać, elfiku?
– Nadal nie za bardzo – odparła zgodnie z prawdą. – A tobie?
– Mnie przez chwilę zaczynało morzyć, ale przestało. Jakoś nie mogę uspokoić myśli.
– To tak jak ja – westchnęła.
– Chyba trochę za bardzo zaplątaliśmy się w dygresje, to nie robi dobrze na głowę. Oczywiście to moja wina, jak wchodzimy w filozofię, nie mam w tym umiaru.
– No to co? – uśmiechnęła się. – Ja lubię twoje dygresje.
– Wrócę jeszcze do Toma i jego działań na dwa fronty, jak to nazwałaś. Tak na marginesie nie wiedziałem, że frajer prowadzi takie bujne życie uczuciowe… wczoraj po tych twoich łzach nawet przez moment miałem myśl, że może i jego będę musiał wpisać na listę.
– Na jaką listę? – zdziwiła się.
– Twoich adoratorów. Kandydatów, którzy ustawiają się do ciebie w kolejce, aż niedługo zabraknie mi palców do liczenia. A zaznaczę, że jest to dla mnie realny problem. Ponieważ ty z wygodnictwa nie zawracasz sobie głowy ewidencją, muszę ją prowadzić ja, a jak mam to robić, skoro nie zawsze dostaję komplet informacji?
– Bardzo śmieszne.
– W każdym razie Tom na listę nie wchodzi, za to sam wpakował się między młot a kowadło, a ty wyeksponowałaś przed nim niesłuszność gry na dwa fronty i teraz masz z tego powodu wyrzuty sumienia. Dobrze to podsumowałem?
– Nie do końca – sprostowała ponuro Iza. – Za słabo podkreśliłeś fakt, że wtrąciłam się w nieswoje sprawy. W dodatku nieproszona.
– A, no tak. Niesiona duchem altruizmu wtrąciłaś się nieproszona i zniechęciłaś frajera do obecnej dziewczyny, nie dając mu żadnych gwarancji, że może mieć tę drugą, która być może nawet nie jest już nim zainteresowana.
– Poza tym ona układa sobie życie zawodowe sto kilometrów od Lublina – doprecyzowała – więc sprawa i tak z góry jest przegrana, jak słusznie zauważyła Gosia. A ja tylko niepotrzebnie i pod wpływem chwili namieszałam Tomkowi w głowie.
– No, jeśli chodzi o sto kilometrów, to akurat nie jest żaden problem – zauważył Majk. – Nie takie rzeczy świat widział, to tylko kwestia chęci i motywacji. Właściwie w takich sprawach wszystko jest tylko i wyłącznie kwestią wzajemności.
– To prawda – zgodziła się smutno.
– Oboje wiemy o tym najlepiej, chociaż, jak pouczyłaś mnie na samym początku, miłość nieodwzajemniona podlega terapii – dodał nieco żartobliwym tonem. – Od tego wszystko oficjalnie się zaczęło… No, ale dokończmy raz a dobrze tego Toma. Pytałaś mnie, czy potępiam twoje zachowanie, i czy zgadzam się z tobą, że źle zrobiłaś, wtrącając się w nie swój interes.
– Tak. A ty od dwóch godzin tylko lawirujesz i nie chcesz mi na to pytanie odpowiedzieć.
– Bo sam nie jestem w stu procentach pewny odpowiedzi. Z jednej strony ufam twojej intuicji i uważam, że anioły się nie mylą, ale z drugiej nie ukrywam, że sam bym się na taką akcję nie zdecydował.
– No właśnie – westchnęła.
– Przy czym to jest nie tyle kwestia przekonania, co raczej wieku i złych doświadczeń – zaznaczył. – Ale to nie upoważnia mnie do pouczania dobrych wróżek.
– Złych doświadczeń? – zaciekawiła się. – To znaczy? Ty też się w takie rzeczy wtrącałeś?
– Raz, ale to wystarczy. Konkretnie, wpieprzyłem się w sercowe sprawy Pabla, a jeszcze konkretniej, próbowałem wybić mu z głowy Lodzię.
– Ach! – zdumiała się Iza, podrywając głowę. – Żartujesz!
– Nie – skrzywił się. – I chyba nie muszę ci tłumaczyć, dlaczego to był błąd, za który potem musiałem przepraszać oboje. Pablo był na mnie wściekły, wprawdzie na siebie jeszcze bardziej, ale na mnie też, a Lodzię musiałem błagać o wybaczenie prawie na kolanach. Na szczęście gwiazdeczka to taki sam anioł jak ty, więc wspaniałomyślnie udzieliła mi rozgrzeszenia, ale niesmak i żal do siebie za tę akcję mam do dziś.
– Chciałeś wybić Pablowi z głowy Lodzię? – powtórzyła z niedowierzaniem Iza, opadając z powrotem na poduszkę. – Ale dlaczego?
– Wydawało mi się, że w ten sposób mu pomogę – wyjaśnił z przekąsem. – Zwyczajnie jako stary dobry kumpel chciałem go chronić.
– Chronić przed Lodzią?
– Mhm. Wiem, że z perspektywy tego, co wiesz na ich temat, to brzmi absurdalnie, ale wtedy, kiedy to się działo, sytuacja była dość skomplikowana. Hmm… odkrywam teraz przed tobą jedną z najciemniejszych kart mojej przeszłości. Jesteś pewna, że wchodzimy w tę dygresję? To już dzisiaj chyba siedemnasta.
– Oczywiście, że wchodzimy! – podchwyciła żywo Iza. – Tak mnie tym zaintrygowałeś, że nie odpuszczę, musisz mi to opowiedzieć!
– Okej. W sumie nawet chcę, żebyś to wiedziała.
Podłożył sobie ramię pod głowę i umościł się wygodniej na poduszce, swoim zwyczajem zapatrując się w sufit.
– Znasz historię znajomości Lodzi i Pabla, tego chyba nie muszę ci opowiadać. Numer z bandziorem zamkniętym w schowku pod schodami był jednym z najzabawniejszych, o jakich kiedykolwiek słyszałem, a przy konfrontacji Lodzi z Wojtkiem w nas w knajpie myślałem, że dosłownie umrę ze śmiechu. Jak babcię kocham, nigdy w życiu się bardziej nie uśmiałem! – parsknął śmiechem na to wspomnienie. – Lodzię od razu polubiłem, sama wiesz, że jej nie da się nie lubić, ale nie traktowałem jej poważnie w kontekście Pabla. Ot, śliczna, szalona licealistka, która odwaliła numer wszech czasów, pośmialiśmy się z tej okazji do rozpuku, ponabijaliśmy się z Pabla i sądziłem, że sprawa szybko się rozmyje, zwłaszcza że ona miała wtedy chłopaka.
– Tak, opowiadała mi – pokiwała głową Iza. – To nie było na serio, nic między nimi nie się nie działo, to tylko rodzina wciskała jej go na siłę.
– Niby tak, ale z mojej perspektywy to wyglądało inaczej. Z początku podchodziłem do tej sprawy z humorem, nabijałem się z Pabla, ile wlezie, inni zresztą też, bo widzieliśmy, że naprawdę się tą małą zauroczył. Nic dziwnego, dziewczyna mega ładna, do tego z genialnym warkoczem, wygadana, urocza, z męskiego punktu widzenia po prostu palce lizać. Tyle że strasznie młoda, bo ona nawet nie wyglądała na te swoje osiemnaście, równie dobrze można było brać ją za piętnastkę, a Pablo… sama wiesz, że wygląda raczej poważnie jak na swój wiek, o wiele poważniej niż ja, chociaż jest ode mnie tylko miesiąc starszy.
– To prawda – przyznała Iza. – Pablo wygląda na sporo starszego od ciebie, gdybym nie wiedziała, ile ma lat, spokojnie dałabym mu czterdzieści.
– Mhm. Zwłaszcza teraz, kiedy skroń przyprószyła mu szlachetna siwizna budząca respekt i nadająca panu mecenasowi dodatkowej powagi. Ale wtedy, trzy lata temu, też na młodzieniaszka nie wyglądał, więc ten kontrast wiekowy między nim a Lodzią bardzo rzucał się w oczy. Ogólnie trudno było traktować to poważnie, zwłaszcza że Pablo nigdy nie był typem romantyka i kobiety traktował z wielkim przymrużeniem oka, jako czystą rozrywkę w wolnym czasie. Owszem, lubił się zabawić, ale zawsze na pierwszym miejscu była u niego praca, jak miał jakąś sprawę do poprowadzenia, potrafił przez tydzień nie wychodzić z nory i ryć w tych swoich papierach, a wtedy nie było mowy, żeby go z tego wyciągnąć. Znałem go od tej strony od lat, więc nie przejmowałem się tą fascynacją Lodzią, byłem pewien, że szybko mu przejdzie, a ona po prostu pójdzie swoją drogą.
– Czyli zlekceważyłeś to, co się między nimi działo?
– Kompletnie. Traktowałem to jako świetny temat do żartów, ale nie miałem zamiaru przeszkadzać Pablowi w zdobywaniu względów tej małej gangsterki, jak ją wtedy nazywałem. Byłem przekonany, że to się skończy tylko na krótkiej przygodzie. Przyznaję, że wtedy źle oceniłem Lodzię, serio myślałem, że to taka sprytna naciągaczka, która korzysta ze swojej urody, żeby nabijać w butelkę takich frajerów jak Pablo, zwłaszcza kiedy widziałem, jak go kokietuje tymi swoimi niebieskimi oczętami. Frajer miękł wtedy i roztapiał się jak śnieg na wiosnę, trzeba było to widzieć! – zaśmiał się. – A ja wcale go nie żałowałem, uznałem, że skoro sam w to włazi, to wie, co robi, zwłaszcza że młoda była pełnoletnia i wyglądała na świadomą swoich czynów. O nią zresztą też się nie bałem, w takim sensie, że Pablo złamie jej serce czy coś… Nie miałem wątpliwości, że nie traktuje jej poważnie, a tylko liczy na fajną, niezobowiązującą przygodę, ale byłem przekonany, że jej to na rękę.
– Naprawdę tak myślałeś? – pokręciła głową Iza.
– Naprawdę. W mojej ocenie, jeśli młoda miała chłopaka, prawie narzeczonego, jak ciągle powtarzała, i była skłonna zdradzić go z bandziorem, to była warta tyle samo co wszystkie pozostałe nasze znajome z poufnej listy kontaktów. Co prawda nie sądziłem, że Pablo dopisze ją tam na stałe, raczej zakładałem, że to będzie krótki i burzliwy romansik, po którym każde pójdzie w swoją stronę, a frajerowi zostaną po tym miłe wspomnienia. Dlatego bardzo się zdziwiłem i wręcz zaniepokoiłem, kiedy z biegiem czasu zacząłem zauważać, że z dzieje się z nim coś cholernie nietypowego. Mówiąc krótko, skapnąłem się, że chyba na serio zaczyna wsiąkać i że to wcale nie są żarty.
– I to ci się nie podobało?
– Ani trochę. Znałem go od małego i nigdy nie widziałem go w takim stanie, a to był znak, że po raz pierwszy w życiu naprawdę się zakochał. Więc wystraszyłem się, bałem się, że mój najlepszy kumpel padnie ofiarą małej, sprytnej modliszki o oczętach w kolorze niezapominajek i że to się może dla niego źle skończyć. Wiem, jak to wygląda z dzisiejszej perspektywy, elfiku, ale wtedy naprawdę się o niego martwiłem, a poza tym… cóż, przyznam ci się… poza tym nie podobało mi się, że tracę towarzysza w taplaniu się w błocie. Bo on, odkąd poznał gwiazdeczkę, natychmiast uciął wszystkie kontakty, autentycznie przestało go to interesować. A mnie to działało na nerwy.
– Zazdrościłeś mu? – zapytała smutno.
– Mhm… może trochę też. Nie zaprzeczam, że było w tym jakieś ziarenko zazdrości, chociaż moją główną motywacją była troska o niego, bo mimo wszystko, co by się w naszym życiu nie działo, kocham tego frajera jak rodzonego brata, którego z krwi nigdy nie miałem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tę przyjacielską troskę, no i może jeszcze to, że sam miałem wtedy cholernie ciężki czas, w sumie to w tamtym okresie zacząłem największy zjazd po równi pochyłej w przepaść, przed którą finalnie dopiero ty mnie uratowałaś. Oczywiście nie dawałem tego po sobie poznać, chodziłem z tym bardziej uchachaną gębą, ale księżycowa połówka duszy tak mi dawała popalić, że momentami serio nie wiedziałem już co ze sobą zrobić. Dlatego szukałem jak najwięcej mocnych wrażeń, babrałem się w tym syfie na całego, a do tego coraz częściej pociągałem brandy… Tak czy inaczej nie podobało mi się, że Pablo się wyłamał, i nie tyle chodziło o to, że zostałem w bagnie sam, co o to, że odbierałem to jako bardzo zły znak ze względu na niego.
– Rozumiem – pokiwała głową Iza. – Chociaż, znając Lodzię i twojego czuja do ludzi, nie mogę uwierzyć, że tak niesprawiedliwie ją oceniłeś.
– Ja też do dziś nie mogę tego pojąć – westchnął. – Ale tak było, niestety. To de facto największa pomyłka, jaką popełniłem w życiu, jeśli chodzi o ocenę człowieka, fakt, że w dużym stopniu spowodowana emocjami, bo chodziło o mojego najlepszego kumpla, ale i tak dałem ciała na całej linii. Co gorsza, na samej ocenie się nie skończyło, bo postanowiłem przejść do czynów i się wtrącić… owszem, to też było pod wpływem emocji i głupiej gry pozorów, ale jednak nie powinienem był tego robić.
– A co zrobiłeś?
– Próbowałem mu wyperswadować Lodzię… i to nie dość, że publicznie, to jeszcze w bardzo chamskim, wręcz obraźliwym stylu. Nie wiem, co we mnie wtedy wstąpiło, ale nerwy puściły mi na całego i dałem taki popis, że do dzisiaj jest mi wstyd jak diabli. Intencje miałem dobre, po prostu chciałem ratować chłopaka, ale skutki były opłakane. Lodzia finalnie okazała się niewinnym aniołem, którego niesłusznie oskarżałem o najgorsze rzeczy, przez moje insynuacje Pablo upił się w totalnego zgona butelką whisky, którą zresztą sam mu podałem jak ostatni debil, a na koniec oberwałem jeszcze ostro po łbie od Justyny. Do tej pory mam u niej za to minusa, muszę odrabiać straty i bardzo uważać, żeby znowu jej nie podpaść, bo mimo wszystko na dobrej relacji z nią bardzo mi zależy.
„Nawet wiem dlaczego” – pomyślała mimochodem Iza.
– No to rzeczywiście to musiała być katastrofa – przyznała.
– Była. Miałem cholerne wyrzuty sumienia, że wpieprzyłem się w nie swój interes, zwłaszcza kiedy Pablo trochę wytrzeźwiał i zrobił mi o to szatańską awanturę. Pilnowałem go wtedy przez całą dobę, pomagałem leczyć kaca, a on na przemian albo mnie opierdzielał, albo ryczał rzewnymi łzami za swoją gwiazdeczką, aż mi się serce krajało. Wywalił wtedy z siebie wszystko, wykrzyczał mi to w ryj, a ja tylko kładłem uszy po sobie i go przepraszałem. Nigdy tego nie zapomnę. Było naprawdę ciężko, ale w końcu się pogodziliśmy, przysiągłem mu wtedy, że nigdy więcej nie będę się wtrącał w takie sprawy, a on na przyszłość obiecał mi to samo. Potem jeszcze musiałem przeprosić Lodzię, załagodzić to jakoś, naprawić, co nabroiłem, a ona na szczęście wszystko mi wybaczyła i od tamtej pory trzymamy wielką sztamę. Ale nauczkę dostałem na całe życie… To jest właśnie to złe doświadczenie, o którym wspomniałem.
– Rozumiem – szepnęła.
– Dlatego, gdybym był na twoim miejscu, nie wtrącałbym się w sprawy Toma – dokończył w zamyśleniu. – W tym aspekcie nie da się nikogo uszczęśliwić na siłę, a kiedy stoi się z boku, zawsze jest ryzyko, że źle ocenimy sytuację i kogoś niechcący skrzywdzimy. Owszem, czasem ogląd z boku jest dobry, bo stawia sprawy w obiektywnym świetle, ale tylko wtedy, kiedy zainteresowany chce ten ogląd poznać.
– No właśnie – westchnęła Iza. – A Tomek wcale mnie o to nie prosił. Coraz wyraźniej widzę, że bardzo źle zrobiłam.
– Tego jeszcze nie wiemy – zaznaczył oględnie Majk. – Jak głosi Biblia, po owocach ich poznacie, zwłaszcza że każdy przypadek jest inny. Ja mówię tylko, że po moich przykrych doświadczeniach z Pablem sam na pewno bym się nie wtrącał, ale ty, z twoją intuicją dobrej wróżki…
– A, daj spokój! – przerwała mu gorzko, odwracając się na bok i owijając ściślej kołdrą. – Nawet mi nie wspominaj o intuicji, już kolejny raz mnie zawiodła. Masz rację, nie powinnam była pakować się ze swoimi opiniami frustratki w czyjeś życie, to niedopuszczalne. Dziękuję, że opowiedziałeś mi o Pablu i Lodzi, to do mnie przemówiło lepiej niż jakiekolwiek filozoficzne argumenty. Będę musiała przeprosić Tomka, ale czy uda mi się naprawić to, co zepsułam, to nie wiem… Cóż, nic już na to nie poradzę, mleko się rozlało. Po prostu muszę pilnować się, żeby w przyszłości już nie robić takich rzeczy.
– Myślę, że tak będzie dla ciebie lepiej – przyznał lojalnie Majk. – Zwłaszcza nie radziłbym ci pakować się w to, o czym mówiłaś a propos Ziuty, czyli w sprawy Madi i Bastka. Tu ryzyko jest na tyle duże, że naprawdę może cię przerosnąć.
– Tak, wiem – zgodziła się. – W to się na pewno nie wpakuję, to już postanowione od dawna.
– Nie tylko nie chciałbym, żebyś znowu przeżywała takie doły i wylewała takie łzy jak wczoraj, ale przede wszystkim, bez względu na to, co myśli na ten temat Ziuta, nie chcę, żebyś narażała się Bastkowi. Frajer może i cię lubi, a na pewno docenia, ale to nie zmienia faktu, że nadal to jest niebezpieczny i nieobliczalny typ.
– Wiem, Michasiu.
– Po prostu zależy mi na twoim spokoju i bezpieczeństwie, elfiku – dodał łagodnie, obracając się ku niej i obejmując ją ramieniem. – A są sprawy, których nie da się rozwiązać samą filozofią.
Odwrócona do niego tyłem Iza pokiwała głową, z przyjemnością pozwalając mu się przytulić. Pomimo wyrzutów sumienia związanych z Tomem czuła w duszy spokój, który niewątpliwie wynikał z obecności Majka, a częściowo też z naturalnego odrętwienia i zobojętnienia związanego z brakiem snu.
– Dziękuję ci – powiedziała cicho, wtulając policzek w poduszkę. – Za rozmowę, za te wszystkie dygresje i ogólnie za poświęcony czas. Już mi dużo lepiej. A teraz jak myślisz? Powinniśmy się chyba trochę przespać?
– Mhm. Zdecydowanie. Spróbuj zasnąć, elfiku, i niczym się nie stresuj, zwłaszcza czasem. On nas dzisiaj nie ogranicza, możemy spać nawet do szesnastej.
Parsknęła śmiechem, pokiwała głową i ułożywszy się wygodniej, znieruchomiała, starając się wyciszyć zmysły. W sypialni zapadło milczenie, w całym bloku też trwała wciąż głęboka cisza niedzielnego poranka, tylko od czasu do czasu słychać było głośniejszy szum w rurach centralnego ogrzewania, albo gdzieś w oddali za oknem rozlegał się hałas zapuszczanego silnika samochodowego. Było cicho, ciepło, wygodnie i spokojnie, ona jednak, pomimo ogromnego zmęczenia po ciężkiej dniówce w pracy i wyczerpującej emocjonalnie rozmowie, wciąż nie mogła zapaść w sen.
Najpierw pod zamkniętymi powiekami snuły jej się wizje związane z wydarzeniami z przeszłości, jakie Majk opowiedział jej właśnie a propos Lodzi i Pabla. Wyobrażała sobie, jakie to musiało być ciężkie dla całej trójki, jednak oni dwoje szybko sobie z tym poradzili i odnaleźli szczęście, podczas gdy on, wierny przyjaciel, de facto został na bocznym torze, w dodatku z wyrzutami sumienia, że wtrącił się w ich sprawy. Tak dobrze go rozumiała! W świetle tej sytuacji o wiele wyraźniej widziała, na czym polegała jego niewidzialność, której uznania tak się dziś domagał, wszak łatwo było tu dostrzec analogię do Daniela… Oddany kumpel, który, chcąc dobrze dla swojego prawie-rodzonego-brata, wszedł w rolę intruza, za co potem musiał przepraszać. Tyle razy podkreślał, że zawsze gra drugoplanowe role… i to przecież była prawda! Świadek na ślubie Pabla, ojciec chrzestny jego syna, przyjaciel Ani i Jean-Pierre’a, ukochany wujek ich córki… W pewnym sensie latami on też był „królem zaplecza”.
„Byłam dzisiaj dla ciebie niesprawiedliwa, promyczku” – myślała, chłonąc jego ciepło, które czuła na plecach, i rozkoszując się ciężarem ramienia, którym ją oplatał. – „Ale przecież tamto to już przeszłość. Twoje królowanie na zapleczu już powoli się kończy, teraz to ja przejmuję tę pałeczkę, a ty wreszcie wychodzisz na światło.”
Powoli wizje związane z Lodzią i Pablem odpłynęły w szarą mgłę, przestały migać jej pod powiekami, a w ich miejsce już nie przyszły żadne inne. Leżała nieruchomo, bojąc się poruszyć, by nie zbudzić Majka, który chyba zasnął, bo też nie poruszał się od dobrych kilkunastu minut. A może i dłużej? W jego sypialni czas tracił przecież swoje właściwości… Sama jednak wciąż nie mogła zasnąć. Po głowie tłukła jej się teraz zwłaszcza jedna uporczywa myśl, a właściwie wspomnienie słów zasłyszanych po raz pierwszy z ust pana Szczepana, który powtarzał je po swoim koledze psychologu, a dziś incydentalnie powtórzonych przez Majka.
Miłość nieodwzajemniona podlega terapii…
Choć słowa te, zacytowane przez staruszka w kontekście jego beznadziejnej sytuacji po śmierci Hani, dla niego oznaczały zamkniętą furtkę, dla niej i dla Majka stały się hasłem założycielskim terapii złamanych serc i wbrew swemu pierwotnemu pesymistycznemu wydźwiękowi przyniosły im nadzieję i wolność. Tak… lecz skąd mogła wiedzieć, że uwolnienie się od Michała Krzemińskiego nie pozostanie bez konsekwencji, a wolność odzyskana przez Majka dla niej samej stanie się źródłem zazdrości i cierpienia?
„To jakieś przekleństwo” – snuło jej się po głowie. – „Coś jak klątwa Anabelli. Bo ile razy można leczyć nieodwzajemnioną miłość? Raz, owszem, po wielkich wysiłkach jakoś się udało… ale drugi raz? Nie do pomyślenia! A z drugiej strony jeśli jemu to pomogło i finalnie poprowadzi go do szczęścia, to znaczy, że było warto. Może tylko jedno z nas mogło na tym skorzystać? Skoro tak, to rzeczywiście niech to będzie on… niech stłucze te swoje kieliszki na szczęście… ja będę stała obok i podawała im je na tacy… taki już mój los…”
Chyba powoli zasypiała, bo mgła pod powiekami gęstniała i robiła się coraz ciemniejsza, a mięśnie ogarniało przyjemne odrętwienie. Szum gorącej wody w kaloryferze przeciągnął się teraz dziwnym echem i narósł w jej uszach niczym szmer nadciągającej fali, a potem powoli ucichł i rozmył się w idealnej ciszy.
***
Mgła, która otaczała Izę ze wszystkich stron powolutku się rozproszyła, a przez okno wpadła kaskada dziennego światła. Ku swemu zdziwieniu nie była już w sypialni Majka lecz na Bernardyńskiej – jednak nie w swych nowych wnętrzach, lecz w starym, zagraconym mieszkaniu pana Szczepana, a ściślej w kuchni z obdrapanymi szafkami nad zlewem i podłogą pokrytą wypłowiałym, ponadrywanym w rogach linoleum. Widziała te szczegóły wyraźnie i ostro, jak na filmie w najwyższej możliwej jakości, kropelki wody spływające po świeżo umytych szklankach, okruszki chleba na blacie i talerz lekko jeszcze dymiącej zupy, nad którą siedział staruszek. I te jego oczy… bladobłękitne, zaczerwienione i otoczone zmarszczkami, a do tego pełne łez…
Z odmętów jej pamięci dobiegły jego słowa.
Jeden kolega, co był psychologiem… mądry człowiek, dzisiaj już nie żyje… powiedział mi, że gdybym przeżył z nią więcej niż tych kilka szczęśliwych lat, to może łatwiej byłoby mi się pogodzić ze stratą. Albo gdybym kochał ją bez wzajemności… Pomogłaby mi dobrze przemyślana terapia…
Chciała coś odpowiedzieć, ale oto gęsta chmura sennej mgły przeniosła ją w zupełnie inne miejsce, którego kontury i szczegóły wyostrzyły się przed jej oczami podobnie jak poprzedni obraz. Gabinet Anabelli oświetlony przytłumionym przez abażur światłem lampki stojącej na biurku i siedzący naprzeciw niej Majk z przytępionym spojrzeniem i szklaneczką brandy w ręce. Wyraźnie czuła jej ostry, charakterystyczny zapach, w jej nieprzyjemnych oparach po raz pierwszy wypowiedziała do niego tamte słowa.
Miłość nieodwzajemniona podlega terapii…
A potem jego drwiące spojrzenie i pobłażliwy ton głosu.
Nawet mnie nie denerwuj, elfiku. Chcesz mnie wysłać do psychologa? Chyba na głowę upadłaś…
Lecz jak to się stało, że nagle zniknął zza biurka i teraz znalazł się na kozetce, wyciągnięty na niej z głową wspartą na poduszce? Blady, wymęczony, ze spoconymi włosami i woskowo żółtą skórą na twarzy… taki biedny, taki kochany… taki nieszczęśliwy…
Chcę spróbować, Iza. Chcę terapii… ale tylko pod warunkiem, że ty będziesz moją terapeutką.
I nagle znowu pan Szczepan ze łzami w oczach, siedzący nad talerzem zupy w obskurnej kuchni na Bernardyńskiej.
Mój przypadek był beznadziejny…
A potem znowu te słowa wypowiedziane jej własnym głosem.
Miłość nieodwzajemniona podlega terapii… terapii… terapii…
– Miłość nieodwzajemniona podlega terapii – wymamrotała mimo woli.
– Hmm? – odpowiedział jej zdziwiony półgłos Majka.
Oboje jednocześnie poderwali głowy z poduszki i spojrzeli na siebie zaspanym, półprzytomnym wzrokiem, z trudem wracając do rzeczywistości.
– Przepraszam – szepnęła zażenowana Iza. – Chyba przysnęłam i coś mi się przyśniło.
Majk, którego wygnieciona z jednej strony twarz wskazywała, że musiał bardzo długo leżeć z policzkiem na zagiętej poduszce, zerknął na budzik na komodzie i uśmiechnął się, na co Iza odruchowo pobiegła wzrokiem za jego spojrzeniem. Zielone cyferki wskazywały godzinę trzynastą dwadzieścia dwie.
– Mhm, oboje przysnęliśmy – zgodził się z humorem. – Na jakieś sześć i pół godziny.
– Kurczę – pokręciła głową z niedowierzaniem, po czym bezwładnie opadła na poduszkę.
– Ale nie przejmujemy się tym dzisiaj, elfiku – zaznaczył, również układając się z powrotem w wygodnej pozycji, przymykając oczy i owijając się kołdrą. – Mówiłem ci, najważniejsze to się wyspać. Śniadanie planowo zjemy o szesnastej… no, może o piętnastej, w każdym razie połączymy je z obiadem… w kościele zameldujemy się na siedemnastą trzydzieści, a do roboty pojedziemy dopiero na dwudziestą. Czyli jest jeszcze sporo czasu.
– Zmianę mam zaplanowaną od dziewiętnastej – zauważyła niepewnie Iza. – I wolałabym nie robić dywersji dziewczynom.
– Okej, no to nie ma sprawy, pojedziemy na dziewiętnastą. Ile masz dzisiaj godzin?
– Tylko cztery, do dwudziestej trzeciej.
– Tym lepiej. A teraz mów. Co ci się przyśniło?
– No… – zawahała się.
– Słyszałem, jak mówiłaś o naszej terapii. O nieodwzajemnionych uczuciach, które można wyleczyć, dokładnie te słowa, od których wszystko się zaczęło. Chyba że to tylko mnie się przyśniło?
– Nie… rzeczywiście to mówiłam – przyznała skonfundowana. – To pewnie przez to, że zacytowałeś dzisiaj te słowa, kiedy gadaliśmy o Tomku. Jakoś mi to utkwiło w głowie i przeniosło się nawet do snu. Miałam wrażenie, że przysnęłam tylko na chwilę.
– To ciekawe, bo ja też – zauważył Majk, nie otwierając oczu. – Tym bardziej, że te słowa o terapii też chodziły mi po łbie dokładnie w momencie, kiedy zasypiałem. A potem ty wymówiłaś je na głos.
– Też o tym myślałeś? – podchwyciła z zdziwieniem Iza.
– Aha. Zastanawiający zbieg okoliczności, hmm?
– Niezwykły!
– Ale jest na to wytłumaczenie, elfiku. A właściwie są dwie opcje.
– Jakie?
– Pierwsza to taka, że akurat następnym etapem naszego podsumowania terapii, które nota bene idzie nam jak krew z nosa, jest właśnie tamten moment. Ten, kiedy pierwszy raz zacytowałaś Szczepka o tej terapii i zawarliśmy nasz pakt. Mieliśmy porozmawiać o tym filozoficznie, sięgnąć do genezy tych słów i podsumować efekty, które udało nam się osiągnąć. To widocznie utkwiło nam w podświadomości i uruchomiło się, kiedy zapadaliśmy w sen.
– No tak – szepnęła. – To możliwe i całkiem logiczne. A ta druga opcja?
– Druga to taka, że czytamy sobie w myślach – uśmiechnął się, uchylając jedną powiekę i zerkając na nią porozumiewawczo. – I jest bardziej niebezpieczna, bo zakłada duchowe współuzależnienie, a nie jestem pewien, czy chciałabyś się ode mnie uzależnić.
Iza zadrżała, czując nagły ścisk w gardle.
„Nie żartuj sobie tak” – pomyślała, starając się opanować w trybie pilnym, by nie okazać po sobie emocji. – „Nie pogrywaj sobie ze mną w taki sposób, promyczku. Gdybyś ty wiedział, co mówisz…”
– No, jeśli chodzi o terapię i filozofię księżycową, to od tego chyba i tak nie ma ucieczki – odparła pogodnym tonem. – Ale myślę, że bardziej prawdopodobna jest ta pierwsza opcja. I wiesz co? W sumie chciałabym o tym pogadać. Nawet teraz. Skoro śniadanie dopiero o piętnastej…
Majk niespodziewanie poderwał się na miejscu i ułożywszy swą poduszkę wysoko na wezgłowiu łóżka, usiadł wygodnie, oparł się o nią i wyciągnął rękę.
– No to chodź do mnie, mały elfie – zażądał stanowczo, a w jego rozbudzonych już całkowicie oczach rozbłysły ogniki radości. – Znasz zasady, hmm? Kiedy rozmawiamy o takich rzeczach, musisz być blisko mnie. Inaczej księżycowa magia nie działa.
***
– To była w sumie ostatnia rzecz, jaką pamiętam z tamtego wieczoru – podsumował w zamyśleniu Majk, gładząc powoli po włosach siedzącą obok z głową na jego piersi Izę. – Chociaż i to jak przez mgłę. Rzygałem po brandy na zapleczu, potem wymusiłem na tobie obietnicę co do terapii, potem chyba jeszcze trochę pogadaliśmy, ale już za cholerę nie przypomnę sobie o czym… no a potem już totalnie urwał mi się film.
– Tak było – przyznała Iza. – Nic dziwnego, byłeś nawalony brandy po korek, bolała cię głowa i w ogóle cienko wyglądałeś, ale gadałeś całkiem do rzeczy. Ja też już nie pamiętam o czym, ale czy to ważne? Tamtego wieczoru najważniejszy był nasz pokojowy układ o wzajemnej terapii złamanych serc.
Majk parsknął śmiechem.
– Pięknie to nazwałaś – pokiwał głową. – No cóż… tak to wtedy wyglądało. Zresztą o ile dobrze pamiętam, ty niezbyt się do tego kwapiłaś, musiałem się trochę nagimnastykować, zanim zgodziłaś się świadczyć mi swoje psychologiczne usługi.
– To prawda. Wahałam się wtedy, ale nie dlatego, że nie chciałam ci pomóc, tylko dlatego, że w ogóle zastanawiałam się, czy zostanę dłużej w twojej firmie.
– Jak to? – zdziwił się.
– Tamtego wieczoru rozmawiałam z Krawczykiem – wyjaśniła – i właśnie wtedy zaproponował mi pracę u siebie. Za trzykrotność tego, co zarabiałam u ciebie.
– Hmm – mruknął Majk. – No racja, mówiłaś mi o tym… tylko nie wiedziałem, że to było akurat tego dnia.
– Dokładnie tego. Zaskoczył mnie strasznie, ale trzeba przyznać, że propozycja była bardzo kusząca, więc wahałam się na poważnie, czy jej nie przyjąć. I właściwie tylko tamta twoja prośba o terapię powstrzymała mnie i ostatecznie przeważyła. Nie miałam serca ci odmówić, a tym bardziej powiedzieć ci, że zwalniam się z pracy i idę do Krawczyka.
– I dlatego zostałaś? – szepnął. – Dlatego że poprosiłem cię o terapię?
– Nie tylko dlatego, ale w tamtym momencie to był główny powód. Traktowałam to po prostu jako swój moralny obowiązek.
– Hmm.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza zakłócana jedynie szumem wody w kaloryferach i cichutkim szelestem dłoni Majka, którą wciąż delikatnie gładził jej włosy.
– A ty jak to odbierałeś? – zapytała. – Tobie też, o ile pamiętam, idea terapii niezbyt się z początku podobała.
– Mhm. Nie podobała mi się wcale, zwłaszcza irytowało mnie samo to słowo, poza tym nie wierzyłem w skuteczność żadnych interwencji psychologicznych. Ale i tak od pierwszej sekundy wiedziałem… po prostu podświadomie czułem, że od tego nie ucieknę. Że będę musiał spróbować, bo to jest moja ostatnia deska ratunku, a przynajmniej jakaś szansa na deskę.
Iza uśmiechnęła się.
– Czyli wymusiłeś na mnie obietnicę, chociaż sam nie byłeś do końca przekonany, że tego chcesz?
– Poniekąd. Można powiedzieć, że eksperymentowałem sam ze sobą, przełamywałem się na siłę, ale miałem motywację, bo czułem, że każda rozmowa z tobą odrobinę mi pomaga. Byłaś jak ja… z podobnym problemem, który szybko w tobie wyczułem, i z podobnym uporem, żeby jakoś z tym problemem żyć. Czułem, że mnie rozumiesz, i nie miałem wątpliwości, że jeśli mam się przed kimś otworzyć i wywalić to, co dusiłem w sobie przez lata, to tym kimś możesz być tylko ty. Więc kiedy wspomniałaś o terapii, chociaż w pierwszej chwili to wykpiłem, pomyślałem, że jednak muszę w to wejść… że powalczę, skoro i tak nie mam nic do stracenia. Wprawdzie nadal byłem na siebie wściekły, ale z czasem coraz mniej, bo czułem, że to naprawdę zaczyna działać.
– Dlaczego byłeś na siebie wściekły? – zapytała cicho Iza.
– Z tego samego powodu co wcześniej – wzruszył lekko ramionami. – Wyjście ze skorupy niszczyło mój ciężko wypracowany status quo, waliło po łbie skojarzeniami, wspomnieniami, które cholernie bolały, i destabilizowało mnie psychicznie. Do tego długo mogłem to robić tylko po pijaku. Każda nasza rozmowa, chociaż finalnie przynosiła ulgę, była operacją na otwartym sercu, więc musiałem najpierw porządnie znieczulić się brandy. A to na dłuższą metę kosztowało.
– Tak – westchnęła. – Mnie też wtedy bolało, że niszczysz sobie zdrowie.
– O zdrowie mniejsza, i tak bym je sobie niszczył. Chlałem już wtedy po cichu dosyć regularnie, brandy przynajmniej na kilka godzin pomagała mi zapomnieć o mojej głównej życiowej porażce, więc korzystałem z tej furtki coraz częściej i miałem gdzieś świadomość, że się staczam. Byle poczuć chociaż tę chwilową ulgę… Koszt, o którym mówię, to bardziej wyrzuty sumienia, że o takich sprawach, najważniejszych, jakie tylko istnieją, rozmawiam z kimś bądź co bądź obcym, a do tego w stanie upojenia alkoholowego, czyli kiedy nie jestem do końca sobą i nie mogę w pełni kontrolować swoich reakcji. To mnie wkurzało, miałem o to do siebie pretensje, zwłaszcza na drugi dzień, kiedy trzeźwiałem i zdawałem sobie sprawę, że nie wszystkie detale rozmowy pamiętam, albo kiedy przypominałem sobie, że powiedziałem ci coś, czego nie powinienem był mówić. To tak jakbym szedł z bagnetem na czołg… podobne poczucie bezbronności, ale z drugiej strony też determinacja, żeby dalej w to brnąć. Właśnie jak słabo uzbrojony żołnierz, który wali do przodu na hurra, bo nie ma nic do stracenia.
– Rozumiem – pokiwała głową Iza. – Najtrudniej jest na początku, kiedy pierwszy raz trzeba wyjść z tej skorupy. Ja też miałam z tym problem.
– Pamiętam. Tamta akcja z Miśkiem i płaczem w magazynku, kiedy w końcu w szczegółach opowiedziałaś mi swoją historię, to był ważny przełom. Nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie, bo od tamtej pory już nie miałem oporów, żeby ci zaufać, tak całkowicie, w ciemno i bez żadnych obaw. Skoro byłaś taka jak ja i miałem na to naoczne dowody… Do tego czułem, że ty też mi ufasz i że moje skromne, nieudolne wsparcie naprawdę ci pomaga. To mi dodawało skrzydeł, zwłaszcza odkąd zrozumiałem, że chociaż oboje jesteśmy zdrowo poprzetrącani, właśnie w tym może tkwić nasza największa siła.
– Aha. Na zasadzie „wiódł ślepy kulawego: – uśmiechnęła się Iza. – Jak dwójka inwalidów, z których każdy ma tylko jedną nogę, ale jak zbiorą je razem, to mają ich dwie.
– Dokładnie! – parsknął śmiechem Majk. – To jest najlepsza ilustracja tego, jak to wtedy wyglądało. Dwie nogi, czyli komplet, dzięki któremu jakoś można pokuśtykać dalej… na przykład do szpitala na operację wszczepienia protezy.
Iza również roześmiała się.
– No to dokończyłeś! Nic dodać, nic ująć! Uwielbiam te nasze filozoficzne metafory, chociaż ta jest wyjątkowo makabryczna.
– Sama ją wymyśliłaś, to nie narzekaj – zauważył z humorem. – Mnie też się podoba, pasuje idealnie do klimatu tamtych mrocznych czasów. Rzecz w tym, że tamci inwalidzi, żeby iść na dwóch wspólnych nogach, musieli nauczyć się współpracować i przede wszystkim mieć do siebie pełne zaufanie. A to się nie stało od razu. Zanim do tego doszliśmy, były etapy przejściowe, w dodatku z poważnymi przeszkodami, które musieliśmy pokonać.
– Prawda. Najciężej było się przełamać i zacząć o tym mówić.
– Mhm. To była przeszkoda bazowa, na samym wyjściu. Zaufać drugiemu na tyle, żeby pokonać opór, wstyd czy własne ego i naprawdę szczerze się przed nim otworzyć. Ale była też druga, równie ciężka, przynajmniej z mojego punktu widzenia.
– Jaka?
– Damsko-męska.
– Ach… no tak – szepnęła nieco spłoszona, wspominając burzę zmysłów, jaka rozszalała się w niej podczas wczorajszego tańca na zakończenie francuskiej imprezy. – Dogadanie się ponad podziałami.
– Mhm. Mówiliśmy już o tym wiele razy i myślę, że na dziś mamy to ogarnięte, ale na tamtym etapie to był dla mnie realny problem i też jeden z powodów, dla którego byłem na siebie zły. Jeśli już same zwierzenia po brandy były dla mnie stąpaniem po cienkiej linie, to tutaj można mówić o balansowaniu nad przepaścią… przynajmniej tak to wtedy odbierałem. Nie chciałem, żebyś pomyślała sobie o mnie nie wiadomo co, albo co gorsza… ech! – prychnął z pobłażaniem. – Jak już być frajerem, to na fula. Moja życiowa dewiza.
– Albo, co gorsza, żebym się w tobie zakochała – dokończyła spokojnie Iza, w duchu prężąc się w postawie komandosa. – Po prostu nie chciałeś mnie skrzywdzić.
– Zgadza się. Bałem się, że próbując pomóc sam sobie, wywołam jakąś niepotrzebną lawinę, która wymknie mi się spod kontroli. I to nawet kiedy już zapewniłaś mnie, że nie ma takiego niebezpieczeństwa, bo świata nie widzisz za Miśkiem.
Iza skrzywiła się z niesmakiem.
– Pamiętam. A niech to… ale byłam głupia…
– Głupia nie, po prostu ślepo zakochana. I co ciekawe, to było w tamtym momencie dobre i bardzo potrzebne, bo tylko dzięki temu oboje mogliśmy dogadać się ponad podziałami i pomóc sobie wzajemnie.
– Racja – pokiwała głową. – Bez tego z terapii nic by nie wyszło.
– Właśnie. To był nasz pancerz albo, jak kto woli, miecz obosieczny, który chronił nas przed dwuznacznymi interpretacjami różnych słów i gestów, a one w naszej terapii były przecież niezbędne. To, że mogliśmy się przytulić, o tak… – ogarnął ją ramionami i przycisnął mocniej do piersi – albo że mogłaś pogłaskać mnie po włosach… Uwielbiałem to od samego początku, to mnie uspokajało, a do tego fizycznie czułem, jak przez twoje palce przepływa kosmiczna energia, która przywraca mi równowagę. Nie żartuję – uśmiechnął się, luzując uścisk i wracając do gładzenia jej po włosach. – To tak na mnie działało i działa do dziś, nie mam zielonego pojęcia, co ty masz w tych swoich paluszkach, ale to jest zdecydowanie coś nie z tego świata. Tak czy inaczej kontakt fizyczny to była jedna z podstaw sukcesu naszej terapii, bez tego to by było leczenie na pół gwizdka, które bez pełnego zaufania szybko by się skończyło jakąś przykrą sceną. To przecież naturalne ryzyko, zresztą nawet do tej pory nasz układ ponad podziałami ma… hmm, pewne luki.
Iza znieruchomiała w zaalarmowaniu. Co chciał przez to powiedzieć?
– Luki? – szepnęła.
– Mhm. Niewielkie, ale jednak. I to jest nie do uniknięcia, bo dotyczy nie tylko nas dwojga, ale też całego otoczenia. Pamiętasz sprawę obiadu w Rzeszowie i twoich skrupułów, żeby pojechać ze mną do staruszków?
– No tak – odetchnęła z mimowolną ulgą, że tylko o to mu chodziło.
– Gdybym był kobietą, nie miałabyś z tym problemu, bo nie musiałabyś bać się oceny opinii publicznej. Ja, przyznaję, na początku też się jej obawiałem, ale jeszcze bardziej bałem się twoich reakcji, tego, że mogłabyś źle zinterpretować moje próby nawiązania z tobą bliższego kontaktu i że przez to niechcący wpakuję nas oboje w jakieś bagno. A na dobrej relacji z tobą bardzo mi zależało, czułem, że jeśli to spieprzę, nie tylko stracę ostatnią szansę na psychiczny ratunek, ale dodatkowo zniszczę coś znacznie ważniejszego… tę genialną metafizyczną niteczkę, która łączyła nas przez podobieństwa. Ty też ją czułaś, prawda?
– O tak – szepnęła. – Prawie od samego początku.
– Ja tak samo. Przeczuwałem, że jest cenniejsza niż cokolwiek innego i cholernie nie chciałem jej zerwać przez jakieś głupie nieporozumienia. A z drugiej strony tak bardzo potrzebowałem fizycznego kontaktu… ale nie byle jakiego, tylko właśnie takiego jak nasz, w stu procentach czystego, bez podtekstów, które tylko wszystko by psuły. Wtedy zresztą żadna inna formuła nie wchodziła w grę.
„Wtedy?” – pomyślała czujnie. – „A teraz?”
– Tak, dla mnie też – zgodziła się skwapliwie, w myśli raz jeszcze podkreślając kluczowe w tym kontekście słówko wtedy.
– Wiem, szybko to zrozumiałem – uśmiechnął się. – To była dla mnie wielka ulga i podstawa do pełnego zaufania, do tej pory nie żałuję ani jednego z rozwiązań, które podjęliśmy na tamtym etapie i które zresztą obowiązują do dziś. Bo dzięki temu możemy robić to, co teraz… na przykład o tak! – dodał wesoło, obejmując ją znienacka obydwoma ramionami i tuląc do siebie z całej siły. – Albo nawet tak!
Mówiąc to, obrócił ją na łóżku wokół własnej osi tak, że oboje przeturlali się po nim aż na przeciwległy skraj, to zaś sprawiło, że zawinęli się przy tym ściśle w jedną kołdrę, podczas gdy druga spadła przy tym na podłogę. Iza, która przy tym manewrze straciła na chwilę orientację w przestrzeni i musiała przymknąć oczy, z przyjemnością zanotowała na swoim policzku i skroni przelotny dotyk jego szorstkiego policzka.
– Wariat! – roześmiała się, udając, że próbuje się wyswobodzić, choć w duchu pragnęłaby zostać w takiej pozycji na zawsze. – Nie naginaj reguł terapii, cwaniaku!
– Bo co? Dostanę z liścia w ryj jak przystało na faceta, który przegina? – odparł żartobliwie. – Czy niegodzien jestem takiej łaski?
– Jasne, łaski! – prychnęła. – Jakby ci od tej łaski świeczki w oczach stanęły, to inaczej byś śpiewał!
Roześmiał się i niespodziewanie znów pociągnął ją ku sobie, przez co oboje przeturlali się raz jeszcze na przeciwną stronę łóżka.
– Ty świrze! – zaśmiała się zachwycona tą zabawą Iza. – Zaraz naprawdę oberwiesz!
– Bij, elfiku! – odparł wesoło. – Zgłaszam się na ochotnika! Jeszcze nigdy nie dostałem w mordę od kobiety, a z kim, jeśli nie z tobą, mam sprawdzić, jak to jest?
– Żartuj sobie! Ładnie to tak nadużywać swojej pozycji? Naginasz, bo doskonale wiesz, że nigdy bym cię nie uderzyła.
– I to jest właśnie niesprawiedliwe – zauważył tonem pretensji, pochylając się nad nią i okręcając ściślej kołdrą tak, że całkowicie ją unieruchomił. – Miśkowi to przywaliłaś bez dyskusji, aż cię ręka zabolała, a ja to co? Gorszy?
– Nie gorszy, tylko lepszy – sprostowała, poważniejąc. – Ty nigdy nawet nie próbowałeś zachowywać się tak jak on.
Majk również spoważniał.
– A gdybym spróbował?
Spojrzała na niego zbita z tropu, czując nagły, słodki szum krwi w żyłach. Żartował, wiadomo. Tylko dlaczego w jego oczach znowu było… tamto? Widziała to już kilka razy, pierwszy raz na parkingu na tyłach kamienicy przy Zamkowej, a potem jeszcze w paru innych sytuacjach, za każdym razem szargana obawą, że on może się czegoś domyślić. Zaraz… widziała to przecież gdzieś jeszcze… Gdzie? Ach! Czy nie podobnym wzrokiem patrzył na nią tamten księżyc w noworoczną noc?
Nie, nie na nią. Ona tylko jak złodziejka przechwyciła metafizyczny przekaz przeznaczony dla kogoś innego. To zresztą nie było tamto… podobieństwa są złudne…
W jej pamięci natychmiast odezwał się rozbawiony głos Lodzi.
Wiesz, co powiedziała? Że wyszli z Majkiem na dwór pooglądać księżyc!
Odwróciła wzrok i odruchowo szarpnęła się, próbując się oswobodzić. Majk natychmiast rozluźnił uścisk i cofnął się.
– No i widzisz? – podjął wesoło, pomagając jej wyplątać się z kołdry. – To działa bez pudła nawet w najgłupszych żartach. Dzięki naszym odważnym zasadom przyjętym na początku terapii możemy bezkarnie spać razem, turlać się po wszelkich łóżkach, trawach i krzakach, tańczyć na parkiecie jak bogowie płodności, a do tego zagłaskiwać się wzajemnie na śmierć po to właśnie, żeby tej śmierci uniknąć. Bo to jest naprawdę dotyk ratujący życie, przynajmniej jeśli chodzi o mnie.
„Tańczyć na parkiecie jak bogowie płodności” – powtórzyła z niepokojem w myśli Iza, siadając na łóżku i poprawiając na sobie falbanki seledynowej koszuli. – „Więc jednak to zauważyłeś? A niech to…”
– Bo taki jest właśnie dotyk zimnej ryby – zauważyła również w tonie żartu. – Neutralny i w stu procentach bezpieczny. To co, szefie, chyba najwyższy czas już wstawać, hmm? – zmieniła zgrabnie temat. – Jest dwadzieścia po czternastej, moim zdaniem, to ostatni dzwonek, żeby na spokojnie coś zjeść i wyrobić się ze wszystkim bez pośpiechu.
Majk, który pomimo wesołego tonu przez cały czas przyglądał jej się badawczo spod oka, pokiwał głową i również usiadł na brzegu łóżka.
– Tak jest, Mademoiselle – zgodził się bez oporu. – Ewakuujemy się stąd i zmiatamy na śniadanie. Idź pierwsza do łazienki, okej? A ja w tym czasie pościelę to pobojowisko.
Mówiąc to, podniósł się i sięgnął po stłamszoną kołdrę, a kiedy Iza posłusznie wyszła z sypialni, rozprostował ją w obu dłoniach, po czym strzepnął nad łóżkiem tak silnym ruchem, że aż huknęło, a na szafce nocnej zadrżały i zabrzęczały szklanki po mięcie.