Anabella – Rozdział CCXVIII
– Ciociu, Piotrek znowu zabrał mi czerwoną! – poskarżył się siedmioletni Jasio, starszy synek Lidii, podnosząc rudoblond główkę znad zeszytu ćwiczeń. – A ja muszę pokolorować te truskawki! I one muszą być czerwone!
– Piotruniu, może weźmiesz teraz zieloną, co? – zaproponowała pojednawczo Iza. – Zobacz, masz dużo trawy do pokolorowania, a dach domku na czerwono możesz zrobić później, jak Jasio pokoloruje truskawki.
– Nie – pokręcił stanowczo główką o włosach w tym samym kolorze jego młodszy o półtora roku braciszek. – Ja telaz potsebuję celwonej.
– On zawsze potrzebuje tego co ja! – naburmuszył się Jasio. – Jak tylko się czymś bawię, to on też zawsze chce właśnie to!
Iza, która w ramach swojego dyżuru u Lidii, opiekowała się dziś jej synami, w tym asystowała starszemu z chłopców w odrabianiu lekcji, zerknęła na truskawki w zeszycie ćwiczeń do matematyki. Służyły one jako ilustracja do nauki działań dodawania i odejmowania, ale przy okazji musiały być dokładnie pokolorowane, co również, jak zapewniał Jasio, stanowiło element oceny z pracy domowej.
– Wiesz co? – zagadnęła do niego tonem rozjemcy. – Te truskawki mają na górze listki, je też trzeba by pokolorować. Na zielono.
– A, no tak! – ucieszył się chłopiec, wyszukując w stojącym na stole pudełku właściwą kredkę. – Zapomniałem!
Pochylił się nad ćwiczeniem, pracowicie i dokładnie kolorując listki truskawek, co natychmiast przyciągnęło uwagę jego brata przedszkolaka, który po drugiej stronie blatu wypełniał kolorami duży obrazek z domkami i samochodami.
– Ja telaz musę zieloną! – oznajmił, odkładając czerwoną kredkę na stół i wyciągając rękę do Jasia. – Daj mi! Musę pokololować tlawę!
– Daj mu, Jasiu, a ty teraz weź czerwoną – poinstruowała starszego Iza, ignorując jego niezadowoloną minę. – Możesz kończyć truskawki, do listków wrócimy potem.
Mrugnęła przy tym do niego porozumiewawczo, chłopiec zaś w lot zrozumiał intencję i rozchmurzywszy się, posłusznie złapał czerwoną kredkę i wrócił do kolorowania truskawek.
– He, he! – rzucił do brata znad pracy. – Widzisz? Nie możesz kolorować dwiema naraz, a ja mogę albo tą, albo tą! I co teraz zrobisz?
Piotruś popatrzył z lekkim żalem na czerwoną kredkę w jego ręce, potem na zieloną w swojej, jednak zastanowiwszy się chwilę, wrócił do kolorowania trawy.
„Uff!” – pomyślała z ulgą Iza. – „Nie ma to jak dyplomacja!”
Korzystając z tego, że chłopcy zamilkli skupieni na swojej pracy i słychać było tylko intensywne szuranie kredek po papierze, kolejny raz rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym się znajdowali. Był to dość duży pokój stanowiący główną część kawalerki ze ślepą kuchnią i niewielką łazienką położonej na czwartym piętrze starego wieżowca, jednak, choć jego wymiary były całkiem przyzwoite, był tak zagracony, że wydawał się przez to o wiele mniejszy niż w rzeczywistości. Iza w duchu przyznawała rację Wiktorii i Oli, które były tu na swoich dyżurach w zeszłym tygodniu i podczas jednej z rozmów na zapleczu nie mogły się nadziwić, jak na takim metrażu mogą się mieścić cztery osoby z całym swoim dobytkiem.
W istocie, praktycznie całe pomieszczenie zajmowały stojące wszędzie szafy, szafki i regały z poupychanymi tam pod korek rozmaitymi rzeczami, rozkładana wersalka i piętrowe łóżko chłopców, a także ustawiony pod oknem niewielki stół z czterema krzesłami. Jedynie na środku pomieszczenia pozostawał niewielki kawałek wolnej podłogi okrytej wydeptanym dywanem, jednak łatwo było sobie wyobrazić, że nocą, po rozłożeniu wersalki, na której Lidia, jak opowiadała kiedyś, spała ze swoją matką, nawet ta przestrzeń musiała być zredukowana do minimum.
„Rzeczywiście, większe lokum dla nich to absolutny priorytet” – pomyślała ze współczuciem. – „Biedna Lidzia, ależ ma to życie… i do tego jeszcze mama w szpitalu, jakby mało było jej kłopotów!”
– Ja telaz chcę celwoną – odezwał się Piotruś. – Musę pomalować dach.
– Masz – wzruszył ramionami Jasio, przerywając kolorowanie przedostatniej truskawki i podając mu kredkę. – A ja wezmę zieloną, dokończę te listki.
Znów obaj pochylili się nad stołem, kolorując tak energicznie, że aż trzęsły im się lśniące w świetle lampki jasne, rudawe czuprynki.
– Ciociu? – zagadnął Piotruś, nie przerywając pracy. – Cy ty nie wies, kiedy babcia wlóci ze spitala?
– Nie wiem, kochanie – pokręciła głową Iza. – Niestety nie wiem.
– Ale wlóci, plawda? – upewnił się chłopiec. – Psecies kiedyś do nas wlóci?
– Mam taką nadzieję – odparła dyplomatycznie.
– Piotrek, nie pytaj wszystkich cioć o to samo – zestrofował go brat. – One tego nie wiedzą.
– A skąd wies? Może któlaś wie – upierał się Piotruś.
– Nawet mama tego nie wie, to skąd ciocie mają wiedzieć? – odparł pobłażliwie Jasio. – Może jeszcze o tatę zapytasz, co?
– O tatę? – zdziwiła się Iza.
– Piotrek wszystkich pyta o naszego tatę – wyjaśnił jej chłopiec. – Ja czasami też, ale tak, żeby mama nic o tym nie wiedziała, bo się zdenerwuje. I ty też, ciociu, nic jej nie mów, dobrze?
– Nic nie powiem – obiecała ze ściśniętym sercem.
– Bo my nie wiemy, co się z nim stało – tłumaczył Jasio, kończąc staranne kolorowanie listków. – A strrrasznie chcielibyśmy wiedzieć! Mama mówi, że po prostu go nie ma, ale przecież to nie może być tak, że nie istnieje, jakiś tata kiedyś musiał być. Karol z mojej klasy powiedział, że każdy człowiek musi mieć mamę i tatę, inaczej się nie da.
– A Malcin z mojego przedskola tes nie ma taty – dodał żywo Piotruś.
– Bo jego tata umarł – wyjaśnił Izie Jasio.
– I posedł do aniołków – dodał dla porządku mały. – Malcin mówi, ze telas się nim opiekuje z nieba.
– E, ja w to nie wierzę, Piotrek – wzruszył ramionami Jasio, przybierając sceptyczną minę. – Umarli leżą na cmentarzu i nie mogą się nikim opiekować.
– Mogą – zapewniła go Iza, na co obaj chłopcy natychmiast podnieśli na nią wzrok z kredkami zawieszonymi nad swoimi pracami.
– Mogą? – powtórzył z zaciekawieniem Jasio. – Naprawdę? Jak?
– Nie wiem jak – odparła z powagą. – To jest tajemnica, której nie możemy poznać, dopóki sami nie umrzemy, ale wiem na pewno, że tak jest. Słyszeliście o nieśmiertelnej duszy, hmm? O tym, że człowiek, kiedy umrze jego ciało, sam tak naprawdę nie umiera…
– Tylko idzie do nieba albo do piekła – dokończył Jaś. – Karol mówi, że jego tata powiedział, że to są kompletne bzdury.
– To nie są bzdury, Jasiu. Nie wierz w to, co mówi tata Karola, on też sam się kiedyś o tym przekona.
– Ale skąd ty to wies, ciociu? – zapytał Piotruś.
– Wiem, bo ja też mam opiekunów w niebie – wyjaśniła im łagodnie, na co oczy obu chłopców rozszerzyły się z zaintrygowania. – Mojego tatę i moją mamę, bo oni też już nie żyją. Ich ciała leżą w grobie na cmentarzu, ale ja wiem, że tak naprawdę nie umarli, tylko są w jakimś innym świecie i czasem do mnie zaglądają.
– Zaglądają? – szepnął Jasio. – To znaczy, że umiesz rozmawiać z duchami?
– Nie bois się? – dodał z zapartym tchem Piotruś.
Obaj wymienili pełne zgrozy spojrzenia nad blatem.
– Nie – uśmiechnęła się uspokajająco Iza, mimo woli wspominając czarne oczy pani Ziuty. – Umarłych, którzy nas kochali, nie trzeba się bać. Zresztą nie chodzi o to, że mi się ukazują, po prostu na co dzień czuję ich opiekę.
– Aha – odetchnął z ulgą Jasio.
– To ty, ciociu, nie mas ani mamy, ani taty? – zagadnął ze współczuciem Piotruś.
– Niestety nie.
– A dlacego oni umalli? Jus byli tacy stazy?
– Nie, Piotruniu, byli jeszcze młodzi. Ale tak się czasem zdarza. Mój tata miał wypadek, jego samochód zderzył się z innym samochodem tak mocno, że nie przeżył… ten drugi kierowca zresztą też.
– I lazem posli do aniołków? Z twoją mamą?
– Nie, moja mama umarła dużo później. Była bardzo chora i lekarzom nie udało się jej wyleczyć.
– Była w spitalu?
– Mhm – pokiwała głową.
– Jak nasza babcia – szepnął z niepokojem przysłuchujący im się z uwagą Jasio. – A co będzie, jak jej też nie wyleczą?
– To pójdzie do aniołków – stwierdził tonem oczywistym Piotruś. – Jak tata Malcina i lodzice cioci. Ale ja bym wolał, zeby wyzdlowiała i do nas wlóciła.
– Miejmy nadzieję, że tak będzie – odparła z ciężkim sercem Iza.
– A w jaki sposób czujesz, że mama i tata się tobą opiekują, ciociu? – zaciekawił się Jasio. – To są takie twoje dobre duchy?
– Tak – uśmiechnęła się. – Nie pokazują mi się, ale wiem, że dbają o mnie i o moją starszą siostrę. A w jaki sposób? Różnie. Na przykład czasem podpowiadają mi, żebym się nie martwiła, bo wszystko będzie dobrze… pocieszają… Po prostu czuję, że nadal o mnie myślą i że chcą dla mnie dobrze.
Chłopcy wpatrywali się w nią szeroko otwartymi oczami.
– Łał – szepnął w końcu z uznaniem Jasio. – Też bym chciał tak umieć!
– Widzis? – zwrócił się do niego braciszek. – Dobze, ze zapytałem. Ta ciocia psynajmniej zna się na aniołkach i moze powie nam coś o tacie.
– Ale, Piotrek, skąd możemy wiedzieć, czy nasz tata umarł? – zastanowił się Jasio, zerkając jednak z ciekawością na Izę. – Ciocia też tego nie wie, prawda, ciociu?
Iza zawahała się. Pamiętała, co mówiła na temat byłego męża Lidia, jednak nie miała pojęcia, że do tego stopnia chroni swych synów przed jakąkolwiek informacją na temat ich ojca. Z drugiej strony utkwione w niej ufnie niebiesko-zielonkawe oczy obu chłopców, którzy instynktownie, w tajemnicy przed matką, poszukiwali swoich korzeni, wprost dotykały jej serca. Cóż w tym dziwnego, że maluchy chciały chociaż wiedzieć, czy ich ojciec żyje? Zwłaszcza kiedy nad ich główkami wisiało realne ryzyko utraty ciężko chorej babci.
– Nie wiem – odparła ostrożnie. – Ale myślę, że nie umarł.
Na twarzach Jasia i Piotrusia natychmiast odmalowały się radość i ulga, co było jasnym znakiem, że podjęła dobrą decyzję.
„Tylko nie wtrącaj się w decyzje Lidii” – zestrofowała się w duchu na wszelki wypadek. – „Tyle wystarczy, ani słowa więcej. Nie mieszaj w głowach jej dzieciom, to nie twoja sprawa!”
– Tak ci podpowiadają twoje dobre duchy? – upewnił się szeptem Jasio.
Uśmiechnęła się tylko, ruchem głowy wskazując mu porzuconą przez braciszka czerwoną kredkę, co miało zasugerować mu, by kończył kolorować truskawki. Obaj chłopcy wymienili porozumiewawcze spojrzenia i posłusznie, wręcz z entuzjazmem, pochylili się z powrotem nad swoimi kartkami.
– Bo wiesz, ciociu, co my sobie z Piotrkiem czasem myślimy? – zagadnął po chwili ciszy Jasio, dokładnie co do milimetra wypełniając czerwonym kolorem ostatnią truskawkę.
– Hmm?
– Myślimy sobie… tylko nie mów tego mamie, dobrze? Nie powiesz, prawda?
– Nic nie powiem.
– Obiecujesz?
– Obiecuję.
– Czasem myślimy sobie z Piotrkiem, że nasz tata jeszcze kiedyś do nas wróci – oznajmił konspiracyjnym tonem Jasio, a Piotruś pokiwał na potwierdzenie głową, znów wymieniając z nim nad blatem znaczące spojrzenia. – Tylko że na razie nie może, bo ma jakąś misję albo coś… jakąś tajemnicę. Może musi się ukrywać albo jest daleko, za granicą, i robi coś ważnego, o czym nikt nie może wiedzieć?
– I jest bohatelem – dodał z przejęciem Piotruś, który kolorował teraz żółtą kredką ściany domku. – Takim jak Supelman. Albo Spidelman.
Jasio pokiwał aprobująco głową i uśmiechnął się do brata.
– Myślimy, że mama o tym wie, tylko nie może nam nic powiedzieć – ciągnął. – I dlatego tak się denerwuje, kiedy o to pytamy. Po prostu nasz tata gdzieś jest, żyje… sama powiedziałaś, że myślisz, że żyje… tylko nie może się przed nami ujawnić. Ale jak już będzie mógł, jak skończy swoją tajną misję, to wtedy do nas wróci. Co o tym myślisz, ciociu?
– Ciekawa teoria – przyznała oględnie Iza, starając się zachować kamienną twarz. – Trudno ją sprawdzić, ale kto wie, może jest właśnie tak, jak mówicie?
Bladawe buźki obu chłopców znów rozjaśniły się radością i satysfakcją.
– Jak do nas wlóci – podjął Piotruś – to pokazę mu, jak umiem glać w piłkę nozną.
– O, grasz w piłkę nożną? – podchwyciła, chcąc zmienić niewygodny temat. – Macie w przedszkolu drużynę?
– W psedskolu to nie – zaprzeczył z powagą. – Ale w kazdą sobotę glamy mec na podwólku u Malcina. Malcin jest blamkazem – zaznaczył. – A ja ślodkowym napastnikiem.
– O! – uśmiechnęła się z rozbawieniem. – To super! Może rośnie z ciebie przyszła gwiazda piłki nożnej?
– Ta – skrzywił się z pobłażaniem Jasio, odkładając czerwoną kredkę i krytycznym wzrokiem taksując swoje truskawki. – Tylko najpierw musi się nauczyć trafiać w piłkę.
– Umiem! – zaprotestował z oburzeniem chłopczyk.
– Czasami – zgodził się uprzejmie Jasio. – Tak raz na trzy kopnięcia.
– Nieplawda! – w oczach Piotrusia błysnęły łzy. – Kłamies!
– Ciii, spokojnie – interweniowała pojednawczo Iza. – Nie denerwuj się, Piotruniu, nawet jak teraz nie zawsze trafiasz, to przecież wszystko da się wytrenować. Jestem pewna, że niedługo będziesz mistrzem futbolowym. A ty, Jasiu, jak tam? Skończyłeś już lekcje?
– Skończyłem – skinął głową Jasio, zamykając zeszyt ćwiczeń. – Teraz tylko jeszcze muszę zapakować plecak na jutro.
– Jesteś wledny – oznajmił mu z urazą Piotruś, ocierając obydwiema rączkami oczy z łez. – Sam nie umies kopać.
– No to pakuj – zadecydowała Iza, podnosząc się z krzesła. – Zaraz pozbieramy też kredki, a potem idziemy na kolację, hmm?
Mówiąc to, podeszła do rozżalonego Piotrusia i łagodnym gestem pogładziła go po rudawej czuprynce, na co chłopczyk zeskoczył z krzesła i przytulił się do niej na chwilę, obejmując ją wpół.
– Nie becz, Piotrek – wzruszył ramionami brat. – Przecież nic takiego nie powiedziałem. Ciocia ma rację, poćwiczysz trochę i będziesz świetnym środkowym napastnikiem. A i tak widziałem, że jesteś dużo lepszy od Marcina.
Na te słowa naburmuszona buzia Piotrusia natychmiast się rozchmurzyła. Chłopiec puścił Izę i wrócił do stołu, sięgając po rozrzucone po blacie kredki.
– Ja to pospsątam – zadeklarował. – A ty sybko pakuj ten plecak, zebyśmy mogli iść z ciocią na kolację. Ja jus jestem baaaaldzo głodny!
***
„Kochane szkraby” – myślała ciepło Iza, wpatrując się w uśpioną buzię Jasia, który zajmował górną część piętrowego łóżka, a następnie zerkając na śpiącego na dole Piotrusia. – „Tacy fajni, grzeczni chłopcy! Jaka szkoda, że ich ojciec jest draniem, chyba jeszcze gorszym niż ten cały Rafał Agi… a oni go sobie idealizują i marzą, że kiedyś do nich wróci. Szkoda, że się rozczarują, ale czy to źle, że żyją marzeniami? Na szczęście mają dzielną mamę, która o nich dba i urabia sobie ręce po łokcie, żeby niczego im nie brakowało. W sumie chyba najbardziej to brakuje im przestrzeni…”
Rozejrzała się raz jeszcze po pokoju i starając się nie zrobić hałasu, pozbierała kilka rozrzuconych drobiazgów i samochodzików, którymi chłopcy bawili się na dywanie przed snem. Całe popołudnie i wieczór spędzone u Lidii z jej dziećmi jasno pokazały jej, z jakim ogromem codziennej pracy dwadzieścia cztery godziny na dobę musiała mierzyć się koleżanka, nie mając do pomocy nikogo oprócz swojej matki, a teraz, kiedy i tej pomocy zabrakło, musiała być w naprawdę trudnej sytuacji.
„Trzeba ją wspierać też finansowo” – pomyślała. – „Majk ma rację, Lidzia jest honorowa, więc kasy pomocowej nie przyjmie, ale przecież pracuje u nas jak mrówka, więc jest pretekst, żeby wlatywały jej na konto regularne i porządne premie. Zasługuje na to i tak będzie, mój promyczek jest tego gwarantem. Jak jej mama trochę się wyciągnie, będą mogły sprzedać tę klitkę, wziąć kredyt i kupić coś większego, to naprawdę jedyne rozwiązanie. Byle miała na raty i na życie, ale o to to już my zadbamy!”
Cichutko przemknęła do ciasnego przedpokoju i wyjąwszy z torebki telefon, zerknęła na godzinę. Było już grubo po dwudziestej trzeciej, wykąpane i nakarmione wspólnie przygotowaną kolacją dzieci spały już od dwóch i pół godziny, ona zaś czekała na Lidię, która niebawem miała wrócić z pracy. Dioda powiadomień, migająca w górnym rogu wygaszonego ekranu telefonu, wskazała jej, że przyszła jakaś wiadomość tekstowa. Może właśnie od Lidii?
Natalia B – odczytała, gdy tylko aktywowała ekran.
Z niechętnym westchnieniem wróciła do pokoju i usiadłszy przy stole, skąd miała oko na śpiące maluchy, otworzyła smsa.
Iza, przepraszam, w ten czwartek nie będę mogła się spotkać. Możemy to przełożyć na następny tydzień? Pozdrawiam, Natalia.
„Z największą przyjemnością” – odpowiedziała jej odruchowo w myślach, po czym zreflektowała się i pokręciła głową. – „Znaczy… szkoda, ale rozumiem. Trudno. Jutro ci odpiszę, że nie ma sprawy, bo dzisiaj jest już za późno.”
Jednak trudno jej było udawać samej przed sobą uczucia, których w rzeczywistości nie umiała z siebie wykrzesać, a to sprawiło, że obudziły się w niej uśpione wyrzuty sumienia. Wszak miała zaprzyjaźnić się z Natalią… przeszkolić ją…
Przeszkolisz moją Anabellę tak, żeby umiała wszystko to co ty… Warunek sine qua non, żebym mógł być w pełni szczęśliwy…
Jasne.
Jak wam się razem rozmawiało? Jest szansa na to, że bliżej się zakumplujecie?
Oczywiście. Jednak jeszcze nie w tym tygodniu. Bogu dzięki.
„Nie udawaj, że to cię zmartwiło, Iza” – pomyślała ironicznie, wygaszając telefon i odkładając go na blat. – „Cieszysz się, że nie musisz jej widzieć, czujesz ulgę, a nie żal, że nie spotkacie się w ten czwartek na dokończenie rozmowy. No, powiedz to wprost. Nie lubisz Natalii. Po prostu jej nie lubisz i nic na to nie poradzisz. Ech… jesteś obrzydliwie zazdrosna i tyle.”
Przed oczy wróciła jej scena z grudniowego spotkania u rodziców Pabla i Ani, zwłaszcza scena gratulacji składanych przez Majka Jean-Pierre’owi, który w czerwcu po raz drugi miał zostać ojcem. Był w tym ukryty taki ładunek emocji największego kalibru, że obie z Lodzią omal się nie popłakały ze wzruszenia. Chwila pełnego odzyskania wolności… również jeśli chodzi o zazdrość, którą Majk przecież latami czuł względem Jean-Pierre’a.
„Ale to była jednak zupełnie inna zazdrość niż moja” – pomyślała ze smutkiem i wstydem. – „Inna, bo bardziej szlachetna… naturalna w tej sytuacji, niepodszyta wrogością czy niechęcią, tylko pełna szacunku, a nawet rodzaju sympatii do rywala. On zawsze podkreślał, że Jean-Pierre to super facet, i myślę, że mówił to szczerze. A ja? Ja niestety tak nie umiem.”
Przed oczy wróciła jej postać Natalii z zeszłotygodniowego spotkania w kawiarni, a zwłaszcza jej długie paznokcie pomalowane czerwonym lakierem, które wciąż nieuchronnie kojarzyły jej się z kobietami z towarzystwa Krawczyka, Eweliną i Sylwią. O Krawczyku zresztą też była mowa, Natalia skądś znała jego nazwisko, a to znaczyło, że swego czasu musiała obracać się w kręgach w jakiś sposób z nim związanych. Jej troska o firmę Majka była godna uznania, jednak dlaczego nie chciała porozmawiać o tym bezpośrednio z nim?
„Może zna nazwisko Krawczyka, bo w przeszłości zadawała się z kimś, kto miał z nim do czynienia” – snuła domysły. – „To chyba najbardziej prawdopodobna hipoteza, sama mówiła, że do Lublina przyjechała za facetem, może to był właśnie ktoś z tych kręgów? Wtedy mówienie o tym Majkowi faktycznie byłoby niewygodne… a z drugiej strony nie wiem, czy o to chodziło, skoro nie miała żadnych oporów, żeby wspomnieć przy nim o dawnym chłopaku z Bydgoszczy. Ciekawe, czy on jest zazdrosny o takie przygody z przeszłości… W sumie dobry temat na jakąś kolejną sesję filozofii księżycowej.”
Uśmiechnęła się smutno na wspomnienie weekendowych rozmów z Majkiem, które tak bardzo pomogły jej w opanowaniu piątkowo-sobotniego bólu egzystencjalnego – jak zwykle. Na takie stany ducha nie było lepszego lekarstwa, a pełne, przyjacielskie zaufanie, jakim ją darzył, gwarantowało względny spokój sumienia. Względny… bo jednak nie całkowity.
Nawet do tej pory nasz układ ponad podziałami ma pewne luki…
„I to żebyś wiedział jakie!” – pomyślała ze smętnym pobłażaniem. – „Z mojej strony to już nawet nie jest luka, tylko jedna wielka przepaść!”
Cichy zgrzyt klucza w zamku zaświadczył, że do domu wracała Lidia, zatem Iza poderwała się od stołu, zgarniając z blatu telefon.
– Śpią? – szepnęła Lidia, cichutko zamykając drzwi i zrzucając z siebie zaśnieżony płaszcz.
– Tak, śpią od dawna, wszystko w porządku – zapewniła ją. – Widzę, że śnieg pada?
– Aha, sypie strasznie i jest mróz. Proszę cię, Iza, uważaj, jak będziesz wracać, zmroziło wodę na chodnikach i pod śniegiem jest ślisko, można się wywalić w każdej chwili.
– Będę uważać, nie martw się, zresztą i tak pojadę taryfą. Zaraz ją sobie zamówię, a ty zbieraj się szybko do spania, żebyś zdążyła odpocząć. Jasio ma jutro na ósmą.
Lidia, która zdążyła już zmienić buty na domowe, wyprostowała się i na znak wdzięczności położyła obie dłonie na jej przedramionach.
– Bardzo ci dziękuję za pomoc, Iza. Wszystkie jesteście cudowne, nie wiem, co bym bez was zrobiła. Mam nadzieję, że chłopcy nie dali ci za bardzo w kość?
– Ależ skąd! – zaprzeczyła, wybierając w telefonie numer biura taksówek. – Są bardzo grzeczni i niesamowicie sympatyczni, a jakie z nich bystrzaki!… Dobry wieczór, poproszę taksówkę na Paderewskiego – rzuciła do telefonu. – Mhm, tak, może być pod Żabkę… dziękuję… Już – oznajmiła Lidii, chowając aparat. – Za osiem minut. No, a wracając do chłopców, Jasio to wzorowy uczeń, porządek w plecaku ma jak żołnierz, a z kolei Piotruś chyba rośnie ci na wielkiego piłkarza, hmm?
– Kto wie? – uśmiechnęła się Lidia, a po jej minie widać było, że jest dumna z synków. – Uwielbia piłkę, co sobotę grają na podwórku mecz z kolegami z przedszkola i z dziećmi sąsiadów, nie opuścił dotąd ani jednego, więc staram się zawsze tam z nim być. Nie jest łatwo, bo to zajmuje całe przedpołudnie, a w pracy soboty są przecież jeszcze bardziej obłożone niż na tygodniu, ale nie chcę sprawiać mu przykrości, więc chodzimy. Wcześniej zajmowała się tym moja mama – westchnęła. – A teraz wszystko spadło na mnie.
– A jak twoja mama? – zagadnęła za współczuciem Iza.
Lidia pokręciła głową z zafrasowaniem, po czym, ruchem głowy wskazując na salon, gdzie spali chłopcy, pociągnęła ją do swej niewielkiej ślepej kuchni i przymknęła drzwi.
– Wiem, że i tak rozmawiamy cicho, ale nie chcę, żeby któryś się obudził i coś usłyszał – wyjaśniła. – Oni ciągle dopytują, kiedy babcia wróci, a ja… ja się obawiam, że ona nigdy już nie wróci – dokończyła cichutkim szeptem. – Lekarze nie dają jej już żadnych szans.
– O Boże – odszepnęła ze zgrozą Iza. – Jak to? Przecież jeszcze niedawno dawali…
– Niestety – pokiwała ponuro głową Lidia. – Jej stan cały czas się pogarsza, wczoraj rano rozmawiałam z ordynatorem, kazał przygotowywać się mentalnie na najgorsze. Miała ciężki udar krwotoczny, jak to się mówi, wylew krwi do mózgu, niby to opanowali i myśleli, że wyciągną ją z tego lekami, ale ona prawie w ogóle nie reaguje na leczenie i z każdym dniem jest coraz gorzej. Leży nieprzytomna, nie ma z nią żadnego kontaktu, tyle że oddycha i serce jej bije.
– Straszne – wyszeptała ze współczuciem.
– No. Na razie nie chcę zapeszać i mówić chłopcom, jak bardzo jest źle, ciągle po cichu liczę na cud, ale to jest raczej tylko takie zaklinanie losu, bo i tak wiem, że się go nie doczekam. Dlatego muszę wymyślić jakieś strategiczne rozwiązanie i to w trakcie najbliższych tygodni, nie mogę przecież w nieskończoność korzystać z waszej pomocy, poza tym to musi być coś stabilnego. Myślałam o tym, żeby znaleźć jakąś studentkę kierunku pedagogicznego, która chciałaby zdobyć doświadczenie w opiece nad dziećmi, a przy tym trochę sobie dorobić. Niestety tylko trochę, bo dużo nie będę jej mogła zapłacić – rozłożyła ręce w geście bezradności. – Póki mama żyje i dostaje emeryturę, to jeszcze, ale jeśli… rozumiesz – spojrzała na nią znacząco.
– Rozumiem – pokiwała głową Iza.
– Wtedy zostanę ze wszystkim sama, z czynszem, rachunkami, wydatkami na dzieci i tak dalej. Ale co zrobić? Na opiekunkę i tak będę musiała coś wyskrobać, nie ma innej opcji przy moim trybie pracy wieczorowej i nocnej. Tylko pytanie, gdzie znaleźć kogoś niewymagającego finansowo, z cierpliwością do dzieci, a do tego godnego zaufania. Jak myślisz, Iza, czy rozwieszenie ogłoszeń na uczelniach, gdzie są takie kierunki, ma sens?
– Oczywiście, że ma! – podchwyciła Iza. – Jak chcesz, mogę nawet ci w tym pomóc, zresztą na twoim miejscu nie celowałabym koniecznie w kierunki pedagogiczne, po co tak to zawężać? Studenci często mają problem z kasą i na pewno znajdzie się ktoś fajny, kto chętnie popilnuje ci wieczorami chłopców, nawet za nieduże pieniądze. Najciężej rzeczywiście z tym zaufaniem… no, ale tutaj chyba trzeba działać metodą prób i błędów. My zresztą z dziewczynami też dalej możemy ci pomagać – zaznaczyła. – Zwłaszcza w sytuacjach awaryjnych.
– Dzięki, Iza. W awaryjnych tak, ale nie chciałabym na dłuższą metę wykorzystywać was na co dzień tak jak teraz. Traktuję to jako okres przejściowy i każdej z was w swoim czasie się za to odwdzięczę, ale muszę znaleźć rozwiązanie długodystansowe. Serio pomogłabyś mi z tymi ogłoszeniami?
– Jasne, Lidziu, to żaden problem. Przygotuj je tylko w co najmniej kilkunastu egzemplarzach, określ warunki i dzienną stawkę, wpisz numer telefonu i porozwieszamy. Jestem pewna, że prędzej czy później ktoś się zgłosi, a jak będzie więcej osób, to możesz przetestować kilka w różnych dniach tygodnia i na koniec wybierzesz sobie na stałe dziewczynę, która ci się najbardziej spodoba.
– Świetny pomysł! – ucieszyła się Lidia. – Ty to masz łeb na karku, Iza! Tak zrobimy, bardzo ci dziękuję!
– Nie ma sprawy. Jak będziesz na Zamkowej, zostaw mi te ogłoszenia, zajmę się rozwieszeniem. Na razie tylko u mnie na uczelni, ale myślę, że to wystarczy. Wprawdzie teraz są zaliczenia, a niedługo będą ferie, ale i tak na pewno ktoś się znajdzie.
– Super by było – westchnęła Lidia. – Bo ja już serio czasem nie wiem, w co ręce włożyć. Mam przecież jeszcze ten kurs na prawo jazdy.
– A właśnie! I jak ci idzie?
– Całkiem nieźle. Już raz ćwiczyłam jazdę, póki co tylko po placu. Było trochę stresu, ale podoba mi się, już teraz czuję, że jak się opanuje odruchy, to prowadzenie samochodu może być przyjemnością. Tylko że to też zabiera czas, nawet jutro, jak odprowadzę chłopców do szkoły i przedszkola, mam umówione dwie godziny, a potem przed pracą muszę jeszcze zajrzeć do mamy do szpitala. Umówiłam się z lekarzem na rozmowę.
– Masakra – pokręciła głową Iza. – To nie zawracam ci już głowy, Lidziu, leć się ogarnąć i spać, żebyś chociaż trochę sobie odpoczęła przed jutrzejszą odyseją. Powiedz mi tylko jeszcze, tak szybko, jak tam na Koncertowej, wszystko okej?
– Tak, w porządku. Klientów nie brakuje, rozkręcamy się powoli, tylko jeszcze ten nowy Jasiek będzie musiał się przyuczyć… no, ale to kwestia paru tygodni, Kacper już nad nim pracuje. On to naprawdę bardzo mi pomaga, nowe dziewczyny też szybko się wyrabiają, a do tego jestem absolutnie zachwycona Dominiką – zaznaczyła. – To, jakie ona cudeńka wyprawia w tej kuchni, to jest po prostu niesamowite…. Zresztą mam zamiar niedługo wykorzystać ten atut, na przykład w taki sposób, że codziennie w menu będzie jakaś kulinarna niespodzianka. Jak myślisz?
– Bardzo dobry pomysł – zgodziła się Iza, wyślizgując się z kuchni do przedpokoju i sięgając na przeciążony ubraniami wieszak po swój płaszcz. – To świetny chwyt marketingowy, moim zdaniem, jak najbardziej warto wprowadzić coś takiego. No dobrze, Lidziu, lecę, pewnie taryfa już na mnie czeka na dole… Trzymaj się i do następnego. Zapowiadam się z góry, masz tak cudownych synków, że jeszcze nieraz chętnie ich odwiedzę!
– Dzięki, Iza – uśmiechnęła się Lidia. – Wracaj szczęśliwie do domu i dobrej nocy!
„Kurczę, biedna Lidzia” – myślała Iza, zbiegając po schodach, nie chciało jej się bowiem czekać na windę, która narobiłaby tylko niepotrzebnego hałasu w środku nocy. – „Czyli z jej mamą sprawa beznadziejna, babcia raczej już do chłopców nie wróci… A niech to! Trzeba przynajmniej pomóc jej w znalezieniu kogoś do stałej opieki nad nimi, chociaż to też nie jest idealne rozwiązanie, opłacenie opiekunki pochłonie jej przecież wszystkie wolne środki, więc jak tu pomyśleć o większym mieszkaniu? Klincz, totalny klincz…”
Na dworze w twarz wionął jej zimny wiatr, kłując w policzki igiełkami drobnego ale gęstego śniegu. Było bardzo chłodno, w powietrzu wyczuwało się nawrót fali mrozów, o której od kilku dni grzmiały wszystkie prognozy meteorologiczne, a ponieważ po niedawnych deszczach pozostała nieprzyjemna wilgoć, uczucie zimna było tym bardziej przenikliwe.
„O, jest moja taryfa!” – ucieszyła się na widok podjeżdżającego pod pobliski sklep samochodu z oświetlonym logo firmy taksówkowej. – „To dobrze, bo jakbym miała czekać na tym mrozie nawet kilka minut, to nie wiem, czy bym się nie przeziębiła. Jutro rano koniecznie muszę wziąć te ciepłe kozaki i grubsze rękawiczki.”
***
– Dan dalej czeka na wyniki – oznajmiła Izie Marta, kiedy po zajęciach i ostatniej sesji grupowego uczenia się gramatyki opisowej wyszły z uczelni. – Tomografię głowy robili mu już ze trzy razy, ale jeszcze czekają na laboratoryjne. Zwłaszcza na te markery.
– A jak u niego z psychą? – zapytała z troską Iza.
– Słabo – westchnęła Marta. – Jak już się wydało, że ma tego guza, przestał wreszcie udawać, że wszystko jest okej, i widać, że jest przybity. Ma zresztą lepsze i gorsze momenty, czasem rżnie bohatera i odgraża się, że szybko się z tym upora, a potem wpada w apatię, siedzi godzinami na łóżku, prawie się nie rusza i gapi się w ścianę.
– Trudno się dziwić – zauważyła smutno Iza. – To jest coś, co wywraca życie do góry nogami, nikt nie wie, jak by zareagował w podobnej sytuacji. A jak z zaliczeniem semestru? Chyba nie ma do tego głowy, co?
– Kompletnie, no co ty! W ogóle już o tym nie myśli, odpuścił, jak tylko dowiedział się o tym guzie, chyba pogodził się, że zawali ten rok. Teraz musi walczyć nie o zaliczenia, tylko o zdrowie… mam nadzieję, że nie o życie.
Iza zerknęła na nią z niepokojem.
– Lekarze coś mówili o ryzyku?
– Nie. Ale to, że nic nie mówią, wręcz unikają tematu jak ognia, to wcale nie jest dobra wiadomość. Oczywiście rozumiem, że najpierw chcą mieć diagnozę i pełny obraz sytuacji, ale gdyby to nie było nic groźnego, raczej już dawno by mu to powiedzieli.
– No tak – pokręciła z zafrasowaniem głową Iza. – A niech to…
Kończył się ostatni tydzień zajęć w semestrze zimowym, od poniedziałku zaczynała się zimowa sesja egzaminacyjna, w trakcie której studentów trzeciego roku czekał tylko jeden ale za to ogromny egzamin z historii filozofii, który miał się odbyć już piątego lutego, czyli za niewiele ponad tydzień. Iza, która z powodów logistycznych w bieżącym semestrze opuściła kilka ważnych wykładów z tego przedmiotu, była dopiero na etapie kompletowania notatek, niemniej, czując rosnącą presję czasu, każdą wolną chwilę starała się poświęcać na kucie. Jej sytuacja i tak zresztą nie była najgorsza w porównaniu do wielu innych kolegów, którzy mieli jeszcze na głowie zaległe zaliczenie z gramatyki opisowej, a ponieważ ostatni test poprawkowy miał się odbyć nazajutrz, dziś znów, ulegając błaganiom Kingi, Zbyszka i Basi, przesiedziała z nimi ponad dwie godziny, tłumacząc zawiłości gramatyczne.
Z Martą, której rano nie było na zajęciach i doszła dopiero na dwa ostatnie wykłady, nie miała okazji porozmawiać wcześniej, jednak już po samej jej minie zgadywała, że nowe wieści o Danielu nie były budujące. Wiadomość o jego poważnej chorobie rozniosła się już także wśród polonistów, o czym Iza przekonała się, spotkawszy rano na uczelnianym korytarzu Lodzię. Zarówno ona, jak i pozostali koledzy z jej roku martwili się o Daniela na tyle, że nikt z nich od kilku dni nie był w stanie rozmawiać o niczym innym, co odzwierciedliło się również w dzisiejszej rozmowie, w całości poświęconej temu tematowi. Iza nie ukrywała przed samą sobą, że fakt ten był jej bardzo na rękę, bowiem skupiona w stu procentach na Danielu Lodzia ani słowem nie napomknęła o Majku i Natalii, tak jakby zupełnie o tym zapomniała. To jednak z drugiej strony budziło na nowo wyrzuty sumienia, bo czy nie było dowodem na to, że Daniel po raz kolejny wystąpił w roli produktu zastępczego, a jego choroba stała się dla niej pretekstem, by uniknąć niewygodnego tematu?
„Niby jest w centrum uwagi, a jednak nadal niewidzialny” – myślała smutno, idąc w milczeniu śliskim chodnikiem obok równie zamyślonej Marty. – „I właśnie na tym polega ten głupi paradoks…”
– A można go swobodnie tam odwiedzać? – zapytała z głupia frant, żeby przerwać ciszę. – Czy nie pozwalają?
– Na razie lepiej nie, Iza – odparła Marta, budząc się z zamyślenia. – Niby nie ma zakazu, ale na oddziale krzywo na to patrzą, a na pewno nie chcieliby tam pielgrzymek. Mnie już jakoś tolerują, bo jestem tam z nim od początku, rodzice też mają wjazd bez ograniczeń, ale inni odwiedzający, jak zauważyłam, nie są zbyt mile widziani. Może później, jak już go zdiagnozują i pewnie przeniosą na inny oddział… bo do domu to go raczej za szybko nie wypuszczą.
– Myślisz, że będą trzymać go w szpitalu tygodniami?
– No. Tak wnioskuję z tego, co mówią, przynajmniej na razie. I to mnie martwi, bo przecież my za miesiąc wyjeżdżamy na ten staż do Liège.
– Fakt – przyznała z nutą zdziwienia Iza. – To już dokładnie za miesiąc… ależ ten czas leci!
– Dlatego martwię się, bo nie będzie mnie w Lublinie cały miesiąc, a znając życie, Dan właśnie wtedy najbardziej będzie potrzebował wsparcia. Nie wiem, Iza… najpierw chciałam jechać na ten staż, potem, jak już go dostałyśmy, przestał mnie cieszyć, potem znowu zaczął, a teraz… sama nie wiem. Chyba po prostu chciałabym mieć to jak najszybciej za sobą.
Iza pokiwała głową. Przed jej oczami wyświetlił się oglądany swego czasu kalendarz na luty i marzec, a na jego tle twarz Majka, którego w czasie stażu nie będzie widzieć przez cały miesiąc. I to zacznie się już niedługo, za kilka tygodni! To już nie była abstrakcja, długie rozstanie zbliżało się coraz szybszymi krokami, stawało się coraz bardziej realne… Jak ona to wytrzyma?
– Ja w sumie też – odparła cicho, nerwowym gestem poprawiając sobie szalik. – Żebyś wiedziała, Martuś, że ja też.
***
– Czyli przyjedziesz siódmego? – dopytywał wesoły głos Amelii w telefonie. – I szef puści cię na całe dziesięć dni?
– Puści, to już załatwione – zapewniła ją Iza. – To jest zresztą tylko połowicznie urlop, bo de facto część godzin i tak odpracowuję na bieżąco, w trybie elastycznym. Na prawdziwy urlop idę dopiero w marcu.
– No tak, wiadomo. Bardzo się cieszę, Izunia, mam nadzieję, że tym razem zdążymy odczuć twoją obecność, ostatnio przyjeżdżasz na tak krótko… Będziemy zresztą potrzebować twojej pomocy doradczej – zaznaczyła. – Liczymy na opinię ekspercką co do wyposażenia hali.
– Oczywiście, Melu! – zaśmiała się Iza. – Możecie na mnie liczyć, to zresztą sama przyjemność, zwłaszcza że w urządzaniu nowego lokalu gastronomicznego mam całkiem świeże doświadczenie. Ale zaznaczam, że w czasie pobytu u was codziennie będę znikać na parę godzin – zastrzegła. – Biorę ze sobą laptopa i muszę podgonić pisanie pracy, inaczej potem się z tym nie wyrobię. A do tego jest opcja, że nie zdam w pierwszym terminie tej nieszczęsnej historii filozofii – skrzywiła się. – Wtedy będę musiała też pouczyć się do poprawki.
– Historia filozofii? – podchwyciła Amelia. – Możesz nie zdać?
– Jest takie ryzyko, niestety. Materiał niby nie jest mega trudny, ale ten egzamin to straszna kobyła, trzeba się nauczyć, co który filozof twierdził i jakie miał koncepcje od starożytności po współczesność, a ja dopiero zaczynam to wkuwać, więc… rozumiesz. Jeśli nie podejdą mi pytania, to leżę.
– Może podejdą – pocieszyła ją siostra. – Kiedy go masz?
– Dokładnie za tydzień, piątego. Oczywiście zrobię, co mogę, żeby jak najlepiej się przygotować, ale to i tak będzie ruletka. No, mniejsza o to. Mów lepiej, co u was. Środki od Rolskiego już uruchomione i zagospodarowane?
– Uruchomione tak, mamy już pierwszą transzę na koncie, ale zagospodarowywać dopiero zaczynamy. Na razie kończymy drobiazgi na sali, w tym tygodniu będziemy montować nowe oświetlenie w całym budynku, wewnątrz i na zewnątrz. A potem trzeba będzie zamówić meble, ale tu z koncepcją chcemy poczekać na ciebie.
– Jasne, chętnie się w to włączę. A jak Klarcia?
– Klara super, zobaczysz zresztą. Sama już siada i coraz więcej gaworzy, a do tego rozszerzamy jej menu i cieszę się, bo póki co toleruje bez problemu wszystkie nowości. Ostatnio, jak była u nas Agnieszka i Pepcio jadł zupkę z kurczakiem i z brokułami, ona tak się do tej zupki wyrywała, że daliśmy jej skosztować. Bałam się trochę, że będzie ją po tym bolał brzuszek, bo jeszcze nigdy nie jadła brokułów, ale na szczęście nic się nie zadziało. A smakowało jej jak nie wiem co!
– No proszę, wychodzi na to, że Klarcia ma żołądek jak koza! – zaśmiała się Iza. – Ale to dobrze, prawda? Najważniejsze, że, jak widać, nie jest wybredna, założę się, że nie każde dziecko zjadłoby brokuły.
– Też tak myślę – zgodziła się z satysfakcją Amelia. – Na pewno nie można powiedzieć o niej, że jest niejadkiem, a to już zawsze jeden kłopot z głowy.
– A jak tam Aga, wprowadziła się już z Pepciem w nowe progi?
– Tak, tak, przedwczoraj! – ożywiła się Amelia. – Przeprowadzka pełną gębą, cały dzień transportowali z Piotrkiem graty od Kmiecików, część na nowe mieszkanie, a część na śmietnik albo do kościoła.
– Do kościoła?
– No. Żeby oddać za darmo dla potrzebujących. Panie z kółka różańcowego zbierają takie rzeczy i przekazują do Caritasu, więc Agnieszka wybrała to, co jeszcze może posłużyć, i oddała. Zobowiązała się przed rodzicami, że całkowicie zwolni pokój i usunie też wszystko, co stare, niepotrzebne i Kmiecikom się już nie przyda. Podobno oni chcą tam sobie remont zrobić i osobną sypialnię dla starego. Agnieszka sama była w szoku, ile tam się jej tych rzeczy nazbierało, ale co się dziwić? Już półtora roku minęło, odkąd wróciła na tarczy z Warszawy, a przy małym dziecku to tych fantów zawsze cała masa. Więc wozili to z Piotrkiem, jeździli w tę i z powrotem, nawet Robcio trochę im pomógł, bo inaczej w jednej dniówce pewnie by nie obrócili.
– No to super – podsumowała z satysfakcją Iza. – Cieszę się, że Aga już mieszka u siebie, to jednak zupełnie inna jakość życia. Nie każdy ma taki metraż i warunki – zauważyła, wspominając obrazy z ciasnego mieszkanka Lidii. – Fakt, że to nie jest jej wymarzona Warszawa, tylko stare Korytkowo, ale przynajmniej na co dzień będzie jej wygodnie.
– Tak jest – zgodziła się Amelia. – Zresztą myślę, że ona już się pogodziła z tym, że wylądowała w Korytkowie, mówiła mi kiedyś, że nie zamierza kończyć studiów, bo po co jej to? Woli pracować u nas, skupić się na Pepciu i zapewnić mu jak najlepszy start w życie, a Warszawy nawet nie chce już oglądać na oczy.
– No tak, wcale jej się nie dziwię. W Korytkowie ma spokój i uregulowaną sytuację, nigdzie indziej lepiej by jej nie było. A jak się dogadują z Piotrkiem? – zagadnęła ostrożnie. – Skoro dalej jej pomaga, to chyba już wszystko w porządku?
– Nie mam pojęcia, Iza, Piotrek jest ostatnio trochę dziwny, chodzi jakiś taki skołowany, jakby coś go gryzło, ale Agnieszce rzeczywiście pomaga po staremu. Może to zresztą nie o nią chodzi? – zastanowiła się. – Mógł przecież pokłócić się z kimś innym, albo ma jakieś prywatne problemy… Nie pytałam, a Robik zapowiedział, że nie będzie Piotrka sondował, taki mają układ. Póki oboje pracują bez zarzutu, nawet nie wypada nam się wtrącać w ich sprawy.
– Jasne, Melu – przyznała pośpiesznie Iza. – Między ludzi lepiej się nie wtrącać, ja też jestem tego zdania. Zresztą Piotrek i Aga nieraz się spierają, ale i tak, jak przychodzi co do czego, grają do jednej bramki.
– Do bramki z napisem Pepuś – doprecyzowała Amelia. – Dokładnie tak, oboje to odpowiedzialni ludzie o złotych sercach, więc o nich jakoś się nie martwię. Gorzej z tą naszą Werką… ale co ja będę opowiadać, szkoda na nią słów. Za to Zośka w świetnej formie, wiesz? – dodała weselej. – Naprawdę widać postęp, w sumie wygląda i zachowuje się po staremu, chyba już całkowicie przebolała tę swoją wakacyjną porażkę. I dobrze, w końcu minęło od niej bite pół roku, najwyższy czas o tym zapomnieć.
– No i super. A jak ten jej nowy adorator? – zaciekawiła się Iza. – Grzesio Wilk?
– Grzesio? – zawahała się Amelia. – No, Grzesio czasem przychodzi, parę razy widziałam, jak oglądali sobie razem coś na telefonie, gadali i śmieli się, ale czy on rzeczywiście jest jej adoratorem, to już w sumie nie wiem. Dorotka, jak ich trochę poobserwowała, uważa, że z tego nic nie będzie.
– No tak, Dorotka w tej materii to niepodważalny autorytet – uśmiechnęła się z pobłażaniem Iza.
– Będzie, czy nie będzie, to się okaże – odparła dyplomatycznie siostra. – Najważniejsze, że Zośka nie myśli już o tamtym draniu, oby tylko jakiś następny z hotelu od Krzemińskich znowu się do niej w te wakacje nie przyczepił… A właśnie, a propos Krzemińskich! – przypomniała sobie. – Mówiłam ci, że Roman już po operacji na serce?
– Nie, ostatnio wspominałaś tylko, że miał na nią jechać do Warszawy. I co, udała się?
– Podobno tak, Dorotka słyszała od Zielińskiej, że będzie musiał zostać jeszcze kilka tygodni na obserwacji, ale, jak to mówią, do wesela się zagoi… w tym sensie, że na ślub Michała już powinien być zdrowy – wyjaśniła. – No i to by pasowało, zresztą będzie miał czas na dojście do formy po operacji, bo ten ślub ostatecznie ma być nie pod koniec kwietnia, tylko dopiero piętnastego maja.
– Aha – mruknęła Iza.
– No. To już podobno sztywna data, zresztą wcale nie taka odległa, bo co jest trzy i pół miesiąca, kiedy chce się przygotować weselisko jak z baśni o sułtanie? Tak to nazwała Maliniakowa – zaznaczyła z pobłażaniem Amelia. – Pewnie powtarzała po Krzemińskiej, ale ja wierzę, że tak będzie, bo ojciec tej Ali na pewno grosza na imprezę nie będzie żałował.
– Nie wątpię – zgodziła się.
„Oby tylko jego córka dobrze na tym wyszła” – pomyślała smutno. – „Bo co jej po weselisku jak z baśni o sułtanie, jeśli potem ma być nieszczęśliwa?”
Jednak natychmiast surowo przypomniała samej sobie, że to nie jej sprawa i ma się nie wtrącać. A może Michał akurat się zmieni i wcale nie będzie tak źle? Kiedyś w końcu nawet on musi się ustatkować, a jeśli naprawdę zakochał się w Alinie…
– W każdym razie, wracając do Romana Krzemińskiego – ciągnęła Amelia – to za szybko w Korytkowie go nie zobaczymy, Krzemińskiej zresztą też, bo pojechała go doglądać i mieszka u przyszłych teściów Michała. On czasem tu zagląda, ale rzadko, w zeszłym tygodniu przywiózł z Warszawy jakiegoś menedżera, chyba też z polecenia ojca Ali, i ten facet zarządza teraz hotelem. Wiadomo, póki co trwa martwy sezon, więc pewnie za wiele roboty tam nie ma, ale i tak trochę gości u nich mieszka.
– Aha – mruknęła znowu w roztargnieniu Iza.
– Michała widujemy tylko czasem z daleka, jak przejeżdża koło nas samochodem. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby był w kościele albo gdziekolwiek indziej niż w hotelu, a i tam wpada tylko na godzinę i zaraz gdzieś wybywa. Pewnie pilnuje tej budowy w Polanach, może zresztą nawet już tam mieszka? To w sumie strategiczne miejsce, bo ma stamtąd tyle samo drogi do Korytkowa co do Małowoli, a w Małowoli mają przecież motel i stację benzynową… No, ale wystarczy o nich – zreflektowała się, zapewne wyczuwając dystans po drugiej stronie linii. – Rozgadałam się na ten temat, bo w sumie poza tym w Korytkowie niewiele się dzieje.
– Naprawdę? Żadnych nowych ploteczek? – uśmiechnęła się z ulgą Iza.
– Żadnych. Widocznie teraz martwy sezon trwa nie tylko w hotelarstwie, ale i w skandalach – zażartowała. – Chociaż niewykluczone, że to będzie tylko cisza przed burzą… Dobra, teraz ty opowiadaj. Poza tą kobyłą z historii filozofii, jak ci idzie na uczelni? Masz już wszystkie inne zaliczenia?