Anabella – Rozdział CCXVI
„Porażka i klapa na całej linii” – myślała z zażenowaniem i ciężkim sercem Iza, zalewając wrzątkiem miętę w kuchni Majka. – „Nie dość, że zrobiłam głupią scenę, to jeszcze zarwie przez mnie noc, żeby wspierać mnie rozmową… czyli de facto żebym mogła jakoś naprawić to, co skaszaniłam. Jednak marny ze mnie komandos, skoro pierwszy lepszy impuls tak łatwo potrafi mnie powalić i rozłożyć na łopatki. Ale co zrobić? Nie mogłam nic poradzić, to było silniejsze ode mnie.”
Silny zapach mięty budzący kolejną serię skojarzeń i najpiękniejszych wspomnień wypełnił pomieszczenie, które samo w sobie też było ikoną. Kuchnia, w której zawsze czuła się tak dobrze… jak u siebie. Na przykład to miejsce przy kuchence, na które rano przez okna padało ukosem rzadkie po tej stronie światło słońca… jak tamtego dnia, kiedy Majk po raz pierwszy smażył dla niej swą przepyszną autorską jajecznicę. Przez moment mignęła jej przed oczami wizja tamtego poranka i jego sylwetki pochylonej nad patelnią, miał wówczas na sobie jakiś jasnoniebieski t-shirt, a promyki słońca igrały figlarnie w poplątanych kosmykach jego bujnych włosów, malując na nich złociste refleksy…
Chwyciła szybko dzbanek z miętą i przygotowane szklanki, po czym zgasiła światło i wyszła czym prędzej z kuchni, znów czując w gardle niebezpieczny ścisk, taki sam jak kilkanaście minut temu w łazience. Ach, ten dom… te skojarzenia, te wspomnienia… setki, tysiące drobiazgów, z których każdy miał znaczenie, wzbudzając w sercu na przemian wzruszenie i ból. Z łazienki, gdzie Majk brał teraz prysznic, dobiegał cichy szum wody… smuga przytłumionego światła padającego na podłogę przedpokoju z półotwartych dni sypialni załamywała się na progu w ten sam sposób co zawsze… Wszystko tu było takie znajome, takie swoje… takie ukochane! A jednak ona była i zawsze będzie tu tylko gościem. Gościem, owszem, mile widzianym, takim, który naprawdę czuje się tu jak u siebie w domu, ale jednak gościem. Osobą z zewnątrz, kimś, kto finalnie i tak będzie musiał znaleźć się po drugiej stronie drzwi, ponieważ po tej ich stronie stałe miejsce u boku gospodarza było przeznaczone dla kogoś innego.
W sypialni tradycyjnie paliła się tylko lampka, w rogu na komodzie świeciły na zielono elektroniczne cyferki budzika, a na wielkim łóżku, „najwygodniejszym łóżku świata”, jak zawsze podkreślała, leżały niedbale rzucone dwa komplety świeżo obleczonej pościeli, dokładnie te same co poprzednim razem.
Iza odstawiła dzbanek i szklanki na szafkę nocną i z westchnieniem usiadła na brzegu łóżka, wygładzając na sobie koronkowe fałdy staromodnej koszuli nocnej pani Ireny. Założyła ją dziś znowu z taką radością, a do tego z nabożnym namaszczeniem, jakby oblekała jakąś świętą szatę. Tak bardzo kochała ten fatałaszek! Czy niedługo i z nim będzie musiała się pożegnać? Czy koszula ta, jak wszystko inne w tym domu, również stanie się własnością Anabelli? A może po prostu wyląduje na dnie jakiejś szuflady lub, co gorsza, decyzją pani domu zostanie przerobiona na szmaty do podłogi?
Wzdrygnęła się na tę wizję, nie wyobrażając sobie takiego świętokradztwa. Zresztą koszula to była przecież tylko jedna święta rzecz… bo co z grzebieniem? Z jej własnym grzebieniem, który od półtora roku leżał zawsze w tej samej szufladzie przy lustrze w Majkowej łazience. Z grzebieniem, nad którym dzisiaj omal znowu się nie rozpłakała… Teraz zresztą też łzy cisnęły jej się do oczu, jakby ich spontaniczny i niepohamowany wybuch w czasie ostatniego tańca na parkiecie Anabelli udrożnił kanał, przez który będą mogły lecieć, dopóki się nie wyczerpią. Lecz czy wyczerpią się kiedykolwiek? Szczerze w to wątpiła. I w takim razie już na zawsze pozostanie żałosną, spłakaną i rozdygotaną galaretą, której czasem wydaje się, że umie być komandosem.
„A może w swoim czasie poproszę go o tę koszulę?” – przyszło jej na myśl. – „O koszulę i o grzebień. Powiem, że chcę je sobie zachować na pamiątkę, nie odmówi mi przecież, zwłaszcza że ona prędzej czy później i tak je stąd wywali. Skoro nie mogę zachować kieliszków, to chociaż ten ciuszek… miałabym przynajmniej do czego przytulać się w nocy…”
Wyobraźnia natychmiast zareagowała i wyświetliła jej przed oczami żałosną scenę z nią samą w roli głównej, skuloną na wersalce w salonie przy Bernardyńskiej, z seledynową koszulą nocną zwiniętą w kłębek i przytuloną do spłakanej twarzy. Z wizji tej tchnął taki ogrom cierpienia i poczucia samotności, że zadrżała na całym ciele, jakby wionął na nią prąd zimnego powietrza, a kiedy na ów obraz nałożył się jeszcze ten drugi, natrętnie powracający katalog różnych ujęć twarzy i sylwetki Natalii, ogarnęła ją ta sama fala emocji, która pokonała ją półtorej godziny wcześniej podczas tańca z Majkiem. I znów nie miała szans… znów nadchodzące nie w porę łzy napłynęły jej do oczu i wytrysnęły, nim zdążyła nad tym zapanować. Tym razem udało jej się jedynie powstrzymać szloch i sprawić, by łzy płynęły bezgłośnie – w sumie dobre i to. Skoro dziś była już skazana na robienie z siebie mazgaja, to niech przynajmniej ograniczy najgorsze efekty specjalne.
Woda w łazience przestała już lecieć, Majk zjawi się więc tutaj dosłownie za chwilę, powinna uspokoić się i przygotować logiczną linię obrony. Właściwie linia ta była już gotowa, wymagała jedynie dopracowania, dlatego tym bardziej, zamiast znowu beczeć, powinna poćwiczyć rolę i poukładać sobie w głowie wyjaśnienia. Nie musiała się ich wstydzić, bo przecież nie było w nich kłamstwa – jedyną małą manipulacją było nie to, co chciała mu powiedzieć, lecz to, czego wyznać mu nie zamierzała. Przemilczenie. Jednak cóż… w tym punkcie nie miała wyboru. Na szczęście najgorsza fala łez powoli już mijała… było coraz lepiej… może wręcz uda jej się ukryć je przed nim całkowicie? Potrzebowała jeszcze tylko kilku minut.
Klamka drzwi od łazienki szczęknęła i chwilę potem na progu sypialni pojawił się Majk w swym szarym szlafroku, pracowicie wycierający sobie ręcznikiem świeżo umyte włosy.
– O, czuję miętę! – zaśmiał się. – Metafizyczny napój środka nocy, najlepszy do picia w ciemnościach ze szczyptą światła księżyca. Dzisiaj wprawdzie księżyca nie uświadczymy, ale cała reszta warunków…
Urwał i znieruchomiał z ręcznikiem w rękach, patrząc uważnie na Izę, która siedziała na brzegu łóżka z twarzą skrytą za zasłoną włosów i dziwnie drżącą dłonią wygładzała na sobie fałdy seledynowej koszuli nocnej.
– Reszta warunków jest spełniona – dokończyła za niego z trudem, a choć próbowała nadać swojemu głosowi równie wesoły ton jak on, zabrzmiało to blado i nieprzekonująco, wręcz żałośnie. – Zaparzyłam cały dzbanek, na pewno nam nie zabraknie. Nalać ci trochę?
Majk, nie odrywając od niej oczu, bez słowa odrzucił ręcznik, który szerokim łukiem poszybował na jeden z foteli, po czym podszedł, usiadł obok i ująwszy ją dłonią pod brodę, podniósł jej głowę tak, że musiała na niego spojrzeć.
– Znowu płaczesz – stwierdził łagodnym półgłosem.
Zmieszana, z oczami wciąż zmoczonymi łzami, spróbowała jednak się uśmiechnąć.
– To tylko mała poprawka – zapewniła go nieco pewniejszym i weselszym tonem. – Zostało jeszcze trochę na dnie i musiałam dokończyć… ale już nie będę.
Po czym na dowód prawdziwości tych słów otarła szybko oczy wierzchem dłoni.
– Przepraszam – dodała cichutko.
Majk pokręcił powoli głową, po czym objął ją obydwoma ramionami i przytulił.
– To ja przepraszam – odparł cicho. – Za długo każę ci czekać na tę rozmowę, a widzę, że jest ważniejsza i potrzebniejsza, niż myślałem. Mój ty mały elfiku… – pogładził ją po włosach podobnie jak wcześniej w gabinecie. – No już. Powiedz staremu kumplowi Majkowi, co się tak naprawdę stało. I co ma do tego Tom?
Iza z rozkoszą przylgnęła do jego piersi, opierając na niej policzek przez frotową materię szlafroka. Jak dobrze… właśnie tego tak rozpaczliwie dzisiaj potrzebowała, to było jej najlepsze lekarstwo na wszystkie złe myśli! Już wcześniej, gabinecie Anabelli, bliskość i dotyk Majka pomogły jej się względnie uspokoić, a teraz dokończą tego dzieła, byle tylko to potrwało dłużej niż kilka minut. Co za przewrotność losu! Przeszła dziś taką ciężką próbę, jednak w ogólnym rozrachunku splot wydarzeń, który doprowadził do tej chwili, okazał się nadzwyczaj korzystny. Czy to nie znaczące, że choć nie umiała znaleźć bezpiecznego pretekstu, by poprosić Majka o doładowanie księżycowej energii, której tak potwornie jej dziś brakowało, ów pretekst niespodziewanie znalazł się sam? Czy nie grzechem byłoby z niego nie skorzystać?
Cichy bunt niespełnionej duszy, który wielokrotnie szarpał nią podczas pracy na sali, a potem i rozmowy z Tomem, wrócił nagle i znów opanował ją całą, pomagając podjąć szybką decyzję na dziś. Oczywiście, że skorzysta! Nie będzie się niczym przejmować! Dziś bez skrupułów i bez ograniczeń wykorzysta szansę na okruszki szczęścia, jaką dawał jej los, i pod pretekstem, który podsunął jej sam Majk, wyciągnie z jego obecności tyle księżycowych promyków, ile tylko zdoła pomieścić jej spragniona dusza. Co z tego, że słowa utworu zamykającego styczniowy Dzień Francuski nie były i nigdy nie będą skierowane do niej? Dziś to ona była z Majkiem, ona z nim tańczyła, ona czuła jego ciepło, jego zapach… ona, nie tamta! I nawet jeśli był to rodzaj kradzieży, której dokonywała podstępnie pod przykrywką przyjaźni, to cóż… trudno. Dzisiaj będzie kraść do oporu. Tym bardziej że obiektywnie nie robiła przecież nic złego.
– Dobrze – szepnęła, przymykając oczy. – Wszystko ci powiem, tylko że… nie gniewaj się… ale to się dzieje chyba głównie w mojej głowie. W sensie powodów, przez które tak się poryczałam i postawiłam cię w głupiej sytuacji. Wstyd mi za to, zajmuję ci czas, a obiektywnie te powody nie są aż takie ważne… żaden z nich nie powinien tak zadziałać… Tylko że jak się zbierze razem je wszystkie… jak się skumulują…
Westchnęła i pokręciła lekko głową, rozkoszując się dotykiem jego dłoni, wciąż bowiem powolutku i ostrożnie gładził ją po włosach.
– Rozumiem – odpowiedział łagodnie. – Ale nie mów tak, elfiku… nie mów, że one nie są ważne. Kumulacje różnych drobiazgów czasem są najgorsze, bo najtrudniej się przed nimi bronić. Nie musisz mi tłumaczyć, jak to działa, sam też już nieraz przerabiałem ten scenariusz. Coś zbiera się w środku, zbiera, narasta… aż na koniec wystarczy jeden impuls, jak zapałka na proch, i bach! Bańka pęka z hukiem, zanim się obejrzymy.
– Właśnie – szepnęła cichutko.
– Nawet gdybym sam tego nie przerabiał, to i tak za dobrze cię znam, żeby to u ciebie lekceważyć. Jesteś silna i nie płaczesz z byle powodu, w sumie odkąd pamiętam, tylko kilka razy widziałem u ciebie takie łzy jak dzisiaj. Największe, kiedy Misiek przyszedł do nas z jakąś laską, a ty popłakałaś się w magazynku, pamiętasz?
Pokiwała tylko głową, z przymkniętymi oczami tuląc policzek do jego piersi i z przyjemnością wdychając zapach jego szlafroka.
– Wtedy raz na zawsze nauczyłem się, jak to u ciebie działa – ciągnął cicho. – Zapamiętałem ten schemat, bo on się powtarza regularnie… nieczęsto, ale regularnie, tylko wtedy, kiedy już naprawdę masz dość. W takich chwilach płaczesz tak mocno jak dzisiaj.
Iza mocno zacisnęła powieki i wargi. Jak dobrze ją rozumiał! Czytał w niej jak w otwartej książce, bo rzeczywiście znał ją już na wylot, wszak tyle razy i tylko przed nim, w trybie terapii, przyjaźni i metafizycznego porozumienia, otwierała najtajniejsze zakamarki księżycowej duszy. Dziś też ją otworzy. Przytulona do jego piersi, bezpieczna jak tamta mała dziewczynka z przeszłości w ramionach ojca, który nie gniewał się za stłuczoną buteleczkę wody kolońskiej, wiedziała to już na pewno. Właśnie tego potrzebowała – w końcu wyrzucić z siebie to skumulowane cierpienie, choć na kilka godzin oczyścić krew z płynącego w niej jadu i nabrać energii do dalszej walki. A to mogła skutecznie zrobić tylko przy nim. Co prawda nie mogła wyznać mu szczerze, co było głównym powodem jej łez, ale od czego mieli swoją filozofię, swój idiolekt, swoje metafory? Ona przecież też umiała mówić szyfrem!
– Wtedy w magazynku, kiedy płakałaś przez Miśka, miałem to szczęście, że mogłem przy tobie być – mówił dalej Majk. – Potrzebowałaś zaufanego kumpla, który by cię wysłuchał, i do dzisiaj dziękuję Bogu, że do tego bojowego zadania wydelegował właśnie mnie. Nawet jeśli wykonałem je nieudolnie, bo czego można się spodziewać po frajerze, który sam rozpaczliwie potrzebował pomocy? Ale razem przewalczyliśmy to jakoś.
– Tak – pokiwała głową.
– Podobnie było, kiedy miałaś doła po Victorze, pamiętasz? Wezwałaś mnie na pomoc alarmowym smsem i koniecznie chciałaś napić się wódki na znieczulenie. Piłem ją wtedy razem z tobą, pilnowałem, żebyś nie przesadziła, i starałem się jakoś cię pocieszyć… oczywiście na tyle, na ile może to zrobić dobry kumpel i starszy brat… ale wtedy też nam się udało. I dzisiaj to powtórzymy, hmm?
– Picie wódki? – zapytała, starając się nadać swojemu szeptowi nutę żartu.
– Ech… nie! – prychnął śmiechem. – Rozczaruję cię, ale nie mam w domu żadnego alkoholu, nawet kropli wódy do pieczeni. Chyba że masz taką potrzebę i każesz mi skoczyć do nocnego monopolowego po jakiś towar.
– Nie, absolutnie nie! Nie chcę nic pić.
– Ja też nie – zapewnił ją ciepło. – W ogóle nie chciałbym już nigdy więcej rozmawiać z tobą o poważnych sprawach na wspomagaczach… kiedyś tak, ale teraz już nie. Dzisiaj, jeśli mam coś pić, to tylko wodę i miętę, której zresztą zaraz sobie nalejemy, dobrze? Już na pewno przestygła.
– Dobrze, Michasiu – szepnęła.
Żadne jednak nie ruszyło się ani o milimetr, lecz siedzieli dalej bez ruchu, ogarnięci tym samym leniwym odrętwieniem, jakie już nieraz dopadało ich w podobnych sytuacjach.
– Mówiąc, że to powtórzymy, miałem na myśli powtórkę z naszych sukcesów terapeutycznych – ciągnął Majk. – Dzisiaj tak się złożyło, że ten kryzys dopadł cię przy mnie… akurat, jak wyciągnąłem cię na parkiet na zakończenie imprezy. To przecież mógł być każdy inny moment, ale trafiło właśnie na ten.
„Jasne” – pomyślała ze smutną ironią Iza. – „Trafiło… zupełnie przez przypadek.”
– A to znaczy, że widocznie tak miało być – ciągnął. – Że znowu to stary kumpel Majk został wytypowany, żeby wspomóc w trudnej chwili swojego małego elfika, który też w kryzysowych sytuacjach zawsze służy mu pomocą. Bardzo się cieszę, że tak jest, Izula… co więcej, chciałbym, żeby tak było też w przyszłości.
– W przyszłości?
– Aha. Nie oszukujmy się, że dzisiaj to jest ostatni raz, życie jest wredne i przed każdym z nas pewnie jeszcze niejeden kryzys. A ja chciałbym, żebyśmy dalej pomagali sobie tak, jak robiliśmy to do tej pory. Mówiąc krótko, zawsze chcę być przy tobie, kiedy płaczesz.
Iza milczała, nie potrafiąc znaleźć słów odpowiedzi. Bo czy to nie było jej największe marzenie? Zawsze kiedy będzie jej ciężko, wypłakać się na jego piersi i nasycić kojącym zapachem jego ubrań, a kiedy to on będzie miał gorszy moment, pocieszać go dobrym słowem i dotykiem, uspokajającym głaskaniem po włosach. Szkoda tylko, że on rozumiał to inaczej niż ona… Po prostu jak przyjaciel. Lecz cóż z tego? To przecież i tak była wymarzona obietnica na przyszłość! Gwarancja niewinnych, niezobowiązujących ale dla niej życiodajnych okruszków szczęścia. Oczywiście o ile wytrzyma to jej sumienie, bo czy będzie umiała z tego korzystać, wiedząc, że w pewnym sensie okrada Anabellę? Na razie, póki tamta jeszcze nie miała do niego pełnych praw, sumienie siedziało względnie cicho, tylko chwilami mruczało z niezadowoleniem. Ale potem?
Ech, co tam, nieważne! Dziś miała się tym nie przejmować – i nie będzie! Nie będzie też już płakać, bo choć słowa, które właśnie wypowiedział Majk, trafiały w sam środek jej serca, najgwałtowniejsze emocje zostały już z niego wylane i teraz ogarniał je błogi spokój i poczucie bezpieczeństwa. Zresztą czy nie tego właśnie chciała? Jego ufnej przyjaźni, ślepej na to, co działo się w jej duszy, a przez to pewnej jak skała, najcenniejszej na świecie.
– Takie jest po prostu moje metafizyczne zadanie – podjął po dłuższej chwili milczenia Majk, nie doczekawszy się odpowiedzi. – I dobrze mi z tym, wiesz? Chcę, żebyś wiedziała, że lubię się w tej roli i żebyś nigdy nie miała skrupułów, kiedy potrzebujesz wsparcia. Słyszysz, elficzku? Nigdy nie myśl, że zabierasz mi czas, albo że stawiasz w głupiej sytuacji… nigdy. Dla mnie takie momenty jak dzisiaj, kiedy realnie potrzebujesz mojej pomocy, są najważniejsze na świecie. Twój alarmowy sms czy słowo, nie mówiąc już o łzach, zawsze będą dla mnie priorytetem, tak jak umówiliśmy się na samym początku. To jest i będzie aktualne zawsze, w jakiejkolwiek sytuacji byśmy się nie znaleźli. Będziesz o tym pamiętać, skarbie?
Pokiwała głową twierdząco i zamiast słów mocniej przytuliła policzek do jego piersi. Odwzajemnił ten gest, jeszcze ściślej ogarniając ją ramionami.
– To pamiętaj. Ja jestem stary frajer i czasem robię głupie błędy, ale to jedno chcę, żebyś wiedziała na pewno. Choćby nie wiem, co się działo, choćby nie wiem, jakie pozory świadczyły przeciwko mnie, dla mnie twoja przyjaźń do fundament.
– A twoja dla mnie – szepnęła wzruszona Iza.
Majk odetchnął z głębi piersi i zluzował uścisk ramion.
– No to jesteśmy dogadani – podjął pogodnym tonem, odsuwając ją lekko od siebie i sięgając na szafkę po dzbanek z miętą. – A nasze stare braterstwo krwi odnowimy tym oto eliksirem zaparzonym twoją ręką. Poczekaj, naleję… mhm… proszę – podał jej szklankę lekko jeszcze dymiącego płynu. – Musisz napić się jak najwięcej, wypłakałaś dzisiaj z siebie całą wodę, trzeba ją uzupełnić. No, uśmiechnij się do mnie, elfiku! O tak… i pijemy naszą księżycową brandy! Do dna!
Rozpogodzona już całkowicie Iza chętnie wychyliła pełną szklankę aromatycznego naparu, czując, jak przyjemnie rozlewa jej się po żołądku.
– Mogę prosić o dolewkę? – zapytała, wyciągając do Majka pustą szklankę.
– Pewnie! – podchwycił wesoło, jeszcze raz napełniając jej naczynie i dolewając również sobie. – Bardzo proszę, Mademoiselle, na drugą nóżkę. A jutro przy śniadaniu strzelimy sobie klinika jakąś melisą albo kakao!
Roześmiali się oboje.
– No dobra – podsumował Majk, odbierając od niej pustą szklankę i ustawiając obie wraz z dzbankiem na szafce nocnej. – A teraz śmigaj pod kołderkę, dałem ci tę twoją z żółtymi kwiatkami, tak jak tamtym razem… Owiń się, żebyś nie zmarzła, bo tu wcale aż tak ciepło nie jest, połóż się, a ja tylko zgaszę światło…
Iza posłusznie wykonywała po kolei wszystkie jego polecenia, a kiedy światło lampki zgasło, przymknęła z przyjemnością oczy, wtulając policzek w pachnącą świeżością poduszkę. Wiedziała, że Majk za chwilę przyjdzie do niej owinięty w swoją kołdrę, że znowu poczuje jego bliskość, to przecież był już taki sam rytuał jak wszystkie inne… nie do ominięcia! Dorobek dwóch lat najbardziej niesamowitej przyjaźni, jaka tylko mogła istnieć na tym świecie!
Uśmiechnęła się do siebie, nie otwierając oczu, bowiem w tym właśnie momencie poczuła, że w istocie gramoli się już na jej część łóżka.
– No, chodź tu do mnie, mały, elfie – zażądał, układając się na poduszce wyżej niż ona tak, że brodę oparł na czubku jej głowy, i przygarniając ją do piersi. – Przytul się do starego kumpla Majka i opowiedz mi w końcu, o co poszło. A raczej co się tak skumulowało, że na koniec nawet taki do rany przyłóż Tom zadziałał ci na nerwy.
Iza pokiwała głową i ułożywszy się wygodnie w jego objęciach, przystąpiła do szkicowania tego, co w myślach nazywała „linią obrony”, począwszy od sprawy Daniela, z której w dużym stopniu naprawdę wynikał dzisiejszy dołek psychiczny. Co prawda jeszcze bardziej przyczyniło się do niego czwartkowe spotkanie z Natalią, ale o tym przecież nie mogła mówić… a co gorsza nie było szans, że kiedyś przyjdzie dzień, kiedy będzie mogła porozmawiać o tym z Majkiem w stu procentach szczerze. Chyba że na łożu śmierci, kiedy będzie jej już wszystko jedno. Ha! To też przecież była jakaś perspektywa. Przez całe życie dbać o jego przyjaźń na tyle, żeby w chwili śmierci (swojej lub jego) wyznać mu wreszcie noszoną na dnie serca tajemnicę…
– Czyli jednak – westchnął z zafrasowaniem Majk, kiedy skończyła relacjonować mu przykre nowiny na temat Daniela. – A niech to… szkoda chłopaka. Jakie dają mu szanse?
– Tego też jeszcze nie wiadomo – odparła smutno. – Muszą sprawdzić, czy to nowotwór złośliwy czy coś innego, nowotwór byłby najgorszy.
– Wiadomo. Rzeczywiście nieprzyjemna sprawa i nic dziwnego, że to cię zdołowało. Zwłaszcza że chyba od dawna się lubicie?
– Tak – westchnęła Iza. – I tu jest właśnie clou, Michasiu… Bo mnie zdołował wczoraj nie tylko fakt jego choroby, zresztą poniekąd i tak się spodziewałam, że to będzie coś poważnego. Tu chodzi o coś innego.
– O co?
– O mój ukryty egoizm.
– Jak to? – zdziwił się.
– Właściwie to Marta poddała mi tę myśl, kiedy mówiła a propos Daniela o swoim własnym egoizmie. A ja potem doszłam do wniosku, że mam to samo, chociaż w trochę innej odmianie, chyba nawet bardziej skomplikowanej niż ona. I w sumie wszystko do tego się sprowadza. Do egoizmu i wyrzutów sumienia.
Konsekwentnie realizując linię obrony, wyjaśniła mu złożony dylemat sumienia związany z Danielem, jej własną relacją do niego i tym, co nazywała w jego przypadku towarzyską niewidzialnością. Majk z zainteresowaniem podchwycił temat, w którym natychmiast dostrzegł ogromny potencjał do rozważań filozoficznych, jej zaś było to bardzo na rękę – właśnie na ten efekt liczyła, był on bowiem potencjalnym punktem wyjścia do zakamuflowanej rozmowy o tym, co najbardziej leżało jej na sercu.
– Mhm… rozumiem, o co ci chodzi, elfiku – przyznał w zamyśleniu. – Ale zauważ, że w tym sensie, o którym mówisz, de facto wszyscy jesteśmy egoistami. Wszyscy i w każdym aspekcie życia, na to nie ma rady. Niewykluczone wręcz, że tylko dlatego jesteśmy w ogóle zdolni do altruizmu.
– To znaczy?
– To znaczy, że prawdopodobnie za każdym altruistycznym działaniem człowieka stoi jakaś forma egoizmu, nawet nieświadoma. Choćby to było pragnienie poczucia się lepiej, udowodnienia sobie czegoś albo, jak w przypadku twojej Marty, odwrócenia myśli od tego, co nas boli. Pamiętasz, jak było u ciebie z Krawczykiem? Kiedy po tych wszystkich numerach, które nam wywinął, poprosił cię o rozmowę, pojechałaś do niego nie tyle z potrzeby serca i czystego altruizmu co z dbałości o spokój sumienia. I to jest normalne. Wszyscy na co dzień działamy w taki sposób.
– Bardzo to pokrętne – zauważyła. – Ale masz rację.
– Ty też. Celny strzał, elfiku. Dotknęłaś tu bardzo ważnego tematu przekrojowego, który warto rozwinąć szerzej w ramach… – urwał, jakby się zawahał.
– W ramach podsumowania terapii? – dokończyła.
– Tak. Wiesz, co mi teraz przyszło do głowy?
– No?
– Pomyślałem, że kiedy zaproponowałem ci, a właściwie narzuciłem to podsumowanie, ja też zachowałem się jak egoista. I tutaj nie naginam, mówię to bardzo serio. Dopiero dzisiaj, kiedy mnie na to wyczuliłaś, widzę, że chyba zbytnio się pośpieszyłem z tym zamykaniem etapów… Sugerowałem się własnymi odczuciami i obiektywnymi faktami, a to przecież mogło być za mało. Bo może ty wcale jeszcze nie chciałaś kończyć terapii, w którą oboje włożyliśmy tyle serca? Może jeszcze nie byłaś na to gotowa?
Iza pokiwała głową w ciemnościach, zagryzając wargi.
– Nie byłam – odparła cicho.
– No właśnie – westchnął. – Przepraszam cię za to, elfiku. Sama widzisz, jak to działa. I ty oskarżasz się o egoizm przed dużo większym egoistą?
– Wtedy nie byłam gotowa, ale dzisiaj już jestem – dokończyła spokojnie Iza. – Przestań, Majk, nie gadaj takich rzeczy. Miałeś całkowitą rację z tą terapią, w takim sensie, w jakim ją rozumieliśmy, ona jest już zakończona. Chodziło przecież o Miśka i Anię. O leczenie się z tamtych chorych uczuć, ze złamanych serc… To się już skończyło, oboje definitywnie się od tego uwolniliśmy, chociaż na początku to wydawało nam się niemożliwe. Udało się dlatego, że zrobiliśmy to wspólnymi siłami i zgadzam się z tobą, że trzeba podsumować ten etap, żebyśmy mogli pójść dalej. Zwłaszcza ty tego potrzebujesz przed nowym rozdaniem, ale ja też… Mnie też to podsumowanie pomaga i jest mi potrzebne. Naprawdę.
– Dziękuję, że to mówisz – szepnął Majk. – Bo ja właśnie tak to rozumiałem… w tym zawężonym sensie.
– I miałeś rację. Co prawda kiedy pierwszy raz powiedziałeś, że chcesz zamknąć terapię, byłam zaskoczona i wzięłam to bardziej radykalnie, ale teraz już wiem, o co ci chodziło. Dla mnie też jest ważne, żeby zamknąć tamten rozdział, przegadać to wspólnie jeszcze raz i dzięki temu zrozumieć, jak w ogóle nam się to udało. Ale to, co powiedziałeś wcześniej, to też prawda. To, że przed każdym z nas jeszcze niejeden kryzys. Wiadomo, takie po prostu jest życie, a wtedy cudownie jest mieć takie wsparcie, jakie dzisiaj mam od ciebie. I nie tylko dzisiaj, ale od samego początku. Terapia złamanych serc, od której zaczęliśmy, to był tylko jeden etap, ale przecież nasza przyjaźń jeszcze się nie kończy… prawda?
Majk przytulił ją mocno do siebie.
– Oczywiście że nie, elfiku. To była, mam nadzieję, tylko uwertura. Jest dokładnie tak, jak mówisz, terapia w sensie wzajemnej pomocy duchowej trwa, tylko po prostu zmieniliśmy jej nazwę. Zastąpiliśmy ją filozofią księżycową, bo tu już nie chodzi o leczenie chorej psychy, nie pomagamy sobie dłużej w tamtych dwóch konkretnych sprawach złamanego serca, ale we wszystkich innych przecież tak. Zresztą kto wie, co jeszcze przyniesie nam przyszłość? Może komuś z nas znowu będzie potrzebna taka terapia jak wtedy?
– Może – zgodziła się.
– Mam jednak nadzieję, że w tak fundamentalnych sprawach już nigdy nie doprowadzimy się na taki skraj przepaści jak wtedy. Bardzo mocno wierzę, że to już za nami, natomiast jestem pewien, że w innych kontekstach jeszcze nieraz będziemy mieli potrzebę i okazję się wspierać. Ale wróćmy do meritum, czyli do twojego wątku egoizmu – podjął spokojnym tonem, luzując nieco uścisk ramion i opierając głowę wygodniej na poduszce. – Pamiętasz, co na twój temat zawsze powtarza Pablo? Nazywa cię aniołem. Lubię, kiedy tak o tobie mówi, ma frajer świętą rację, chociaż nie wie o tobie nawet połowy tego co ja. Więc jeśli jesteś aniołem… a jesteś… i do tego egoistką, to logika jest nieubłagana, wynika z niej, że nawet anioły są egoistami. A w takim razie to chyba nie taki wielki grzech, hmm?
– Ech… ale ściemniasz! – uśmiechnęła się Iza.
– Wcale nie. W moim przekonaniu, nawet anioły mają prawo do odrobiny zdrowego egoizmu, a co dopiero ludzie. Taka już nasza natura. Natomiast jeśli chodzi o Daniela i jego, jak to nazwałaś, niewidzialność, to wiem, co masz na myśli, ale tutaj też pójdę pod włos i odpowiem, że każdy albo prawie każdy z nas doświadcza tego w życiu. Tej niewidzialności. Oczywiście na różne sposoby, ale jednak.
– Nieprawda – pokręciła głową. – Nie relatywizuj, Majk, ja to już bardzo dobrze przemyślałam. Pod tym względem są równi i równiejsi, tak samo jak pod względem wyposażenia, z jakim jesteśmy puszczani w świat. Wygląd, zdolności, pozycja społeczna… W przypadku Daniela pewnie chodzi głównie o wygląd, chociaż myślę, że i o charakter, ogólnie to jest całokształt jego cech, który sprawia, że jest takim niepozornym chłopakiem z tła. Zwłaszcza w oczach dziewczyn.
– W twoich też?
– Też. Chociaż mówiłam ci, że u mnie było z tym trochę inaczej. Nie brałam go pod uwagę ani przez sekundę, bo wtedy pełną parą działała rezerwacja sentymentalna Miśka.
– A gdyby nie działała? Gdyby Miśka w ogóle w twoim życiu nie było?
– No to… nie wiem. Ale wtedy też pewnie nie zakochałabym się w Danielu. Już prędzej w Victorze – skrzywiła się. – Nie świadczy to o mnie dobrze, ale tak to niestety wygląda. Chociaż i tak myślę, że jako zimna ryba nie zakochałabym się ani w jednym, ani w drugim. Poza tym nie manipuluj, dobrze wiesz, że takie hipotezy są bez sensu. Misiek był obecny w moim życiu tak jak w twoim Ania i tego nic nie zmieni, to w dużym stopniu ukształtowało nasze losy i tego bagażu już się nie pozbędziemy.
– Zgadza się, elfiku. Ale ja myślę bardziej o Danielu, chcę zrozumieć, dlaczego, według ciebie, on jest niewidzialny, a ktoś inny nie.
– Inni też. Na przykład Tom.
– Ahaaa… czyli to dlatego – pokiwał głową. – Jego też zaliczyłaś w poczet niewidzialnych?
– Tak. I obawiam się, że z tego powodu popełniłam błąd, za który teraz mi wstyd.
– Poczekaj, po kolei. Daniel, Tom… a Chudy? Też jest niewidzialny?
W jego głosie zabrzmiała nuta rozbawienia.
– Przypadku Chudego nie analizowałam – odparła z lekką urazą Iza. – Zwłaszcza że on sam ma to gdzieś. Śmieszy cię to?
– Trochę. Ale przeanalizuj mi przypadek Chudego, dobrze? To będzie mi potrzebne do odpowiedzi na twoją koncepcję. Czy Chudy też jest niewidzialny?
– Połowicznie – odparła po chwili namysłu.
– Dlaczego tylko połowicznie?
– Dlatego że ma pewne atuty, które go wyróżniają. Tom zresztą też.
– A Daniel ich nie ma?
– Daniel… no, on w sumie też. Ale z punktu widzenia ogółu dziewczyn to są rzeczy mniej dostrzegalne.
– I dlatego Daniel jest bardziej niewidzialny niż Chudy?
– Nie podejmuję się ustalać proporcji. Obaj są, tylko pod innymi względami.
– O, to już coś.
– Bo co? Znowu chcesz relatywizować?
– Mhm. Relatywizm w takich koncepcjach to podstawa, ty podchodzisz do tego za bardzo radykalnie.
– Tak uważasz?
– Tak. Ale wróćmy do naszej analizy. Czyli Chudy jest połowicznie niewidzialny. Tom też. I Daniel. A ja?
Iza pokręciła głową.
– Nie odkręcaj kota ogonem. Ty w ogóle się nie kwalifikujesz.
– Nie? – zdziwił się. – Dlaczego? Czym się różnię od Daniela, Chudego i Toma?
– Możliwościami – odparła ostrożnie, czując, że rozmowa zaczyna wkraczać na niebezpieczny teren. – Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi.
– Jakimi możliwościami?
– Chociażby powodzeniem u kobiet.
– Powodzeniem u kobiet? – powtórzył powoli.
– No tak. Wszystkie się za tobą oglądają, a na takiego Daniela żadna nawet nie spojrzy, a na pewno nie potraktuje go poważnie. Nie widzisz różnicy?
– Nie.
Iza poderwała się na poduszce i oparłszy się na łokciu, podniosła głowę, by na niego spojrzeć. Jego twarz, dzięki przyzwyczajonym do ciemności oczom, była całkiem nieźle widoczna w słabej poświacie padającej przez niedociągnięte zasłony, jednak w tym oświetleniu trudno było odczytać na niej niuanse mimiki.
– Robisz to specjalnie, tak? – zapytała ze smutnym przekąsem. – Koniecznie chcesz podważyć to, co mówię?
– Absolutnie nie, Iza – odpowiedział poważnie. – Chcę tylko dobrze cię zrozumieć, żeby móc to umiejętniej zrelatywizować.
– Ale po co relatywizować? – zirytowała się, siadając na łóżku i nerwowym gestem otulając się kołdrą. – Tu nie ma pola do relatywizacji, sprawa jest jasna, nie obronisz tego.
– Oczywiście, że obronię.
– Jak? Naprawdę nie widzisz różnicy w możliwościach między sobą a Danielem? Albo Tomem? Gdyby byli tak zabójczo przystojni jak ty, z taką charyzmą i temperamentem, nie mówiłabym, że są niewidzialni! I nie musiałabym mieć z ich powodu wyrzutów sumienia!
– A z mojego nie masz?
– Pff! – odetchnęła i z impetem opadła z powrotem na poduszkę, odwracając się do niego plecami i jeszcze ściślej zawijając w kołdrę.
„Prowokuj mnie tak dalej” – pomyślała z żalem. – „To wcale nie pomaga…”
Poczuła, jak Majk przysuwa się do niej i od tyłu ogarnia ją ramieniem. Na policzku poczuła ciepło jego oddechu.
– Jesteś zła?
– Trochę – burknęła.
– Niesłusznie. Przyznaję, że odrobinę cię prowokuję, ale to tylko po to, żeby lepiej wytłumaczyć ci mój punkt widzenia, ten, z którym się nie zgadzasz. Swoją drogą nigdy nie mówiłaś mi, że jestem zabójczo przystojny – dodał żartobliwie. – Słyszałem z twoich ust różne komplementy, mniej czy bardziej zasłużone, ale takiego jego nie.
– Tak jakbyś sam o tym nie wiedział – wzruszyła ramionami.
– Naprawdę myślisz, że to ma znaczenie?
– Wygląd? Oczywiście, że ma. Ja sama, gdybym była ładniejsza, nie musiałabym wzdychać latami do Miśka, bo miałabym go na pstryknięcie palców.
– Serio? Uważaj, bo pakujesz się w pułapkę.
– No okej – odetchnęła. – Może i racja, tutaj przesadziłam. Ale to przez ciebie, bo bez przerwy próbujesz mnie zapędzić w kozi róg, chociaż doskonale wiesz, co mam na myśli.
– Doskonale wiem – przyznał. – Tylko po prostu się z tobą nie zgadzam.
– A ja z tobą.
– W porządku. Pozwól w takim razie, że rozwinę moją myśl.
– Bardzo proszę.
– Zacznę od tego, co powiedziałaś na końcu. Że gdybyś była ładniejsza, miałabyś Miśka na pstryknięcie palców i nie musiałabyś cierpieć.
– Wycofałam się już z tego – zauważyła. – To rzeczywiście nie jest argument, on by mnie tak samo kiwał, nawet gdybym była Miss Świata.
– To też, ale mniejsza o niego, chcę skupić się na tobie. Powiedziałaś, że gdybyś była ładniejsza… Rozumiem, że odwołujesz się do ogólnie przyjętych kanonów piękna? Kiedyś, o ile pamiętam, już o tym rozmawialiśmy, ale ty nadal niczego się nie nauczyłaś, więc muszę to skorygować. Tylko tak na marginesie głównego wątku, ale jednak muszę. Ty nie możesz być ładniejsza, Iza. Nie ma takiej możliwości, bo w swojej kategorii jesteś najpiękniejsza na świecie, co zresztą zdążył zauważyć już niejeden frajer. Nawet poniewczasie ten cały szympans Misiek.
Iza pokręciła głową, zaciskając mocno powieki. Skrywane na co dzień kompleksy odezwały się w jej duszy jak nożyce po uderzeniu w stół. Lecz dlaczego miałaby unikać tego tematu? On sam w sobie nie był przecież niebezpieczny, a od dawna leżał jej kamieniem na sercu, więc skoro trafiała się okazja, żeby zrzucić z siebie odrobinę związanych z tym emocji… Rozmawiali przecież jako przyjaciele.
– W swojej kategorii? – szepnęła gorzko.
– Mhm, w kategorii kobiety-elfa – odparł żartobliwie. – A ściślej elfika.
– Jasne – burknęła. – Po pierwsze elfy są z natury brzydkie, a po drugie to nie jest zbyt pojemna kategoria, więc nie ma w niej dużej konkurencji. Niewykluczone, że wręcz jestem tam jedynym egzemplarzem, a wtedy nietrudno o pierwsze miejsce.
Majk parsknął śmiechem, ale za chwilę spoważniał i mocniej przytulił ją do siebie.
– Czyli dalej to samo – pokiwał głową. – Oduczyłbym cię szybko takiego myślenia, gdybym miał do tego porządne narzędzia, ale niestety ich nie mam. Póki co mogę tylko powtórzyć po raz enty, nawet jeśli wpuścisz to jednym uchem, a wypuścisz drugim, że nie masz racji w ocenie swojej osoby. Jesteś przepiękną, niezwykle atrakcyjną kobietą, która zagina tysiące innych, jak to ujęłaś, jednym pstryknięciem palców. I to nie jest tylko moje osobiste zdanie, potwierdzają to twarde fakty w postaci całej watahy zainteresowanych tobą facetów. Nota bene, aż do dzisiaj nie wiedziałem, że ten Daniel też kiedyś miał na ciebie oko… To już trzeci frajer na liście, a jak dodać do niej tamtego amatora przygód ze szpitala w Radzyniu, to niedługo zabraknie mi palców do liczenia.
– Przestań – prychnęła z urazą Iza. – To ostatnie to dla mnie tylko afront, a z Danielem załatwiłam sprawę na tyle szybko, że, mam nadzieję, nie zdążył się zaangażować. Nie wydłużaj sztucznie listy, to manipulacja.
– Nie manipulacja, tylko czyste fakty. Tak czy siak palce jednej ręki już są zajęte, a nie zdziwię się, jak niedługo trzeba będzie liczyć i na drugiej.
– Wcale nie są zajęte, przestań. A w przypadku Daniela nie o to mi chodziło.
– Są. Wiem, o co ci chodziło. O to, że kiedy odrzuciłaś jego względy, dołożyłaś swoją cegiełkę, żeby uczynić go niewidzialnym, a teraz, kiedy jest ciężko chory i nadal nie ma przy sobie nikogo, komu by na nim naprawdę zależało, masz przez to wyrzuty sumienia.
– Mniej więcej – westchnęła.
– Tak jakby to była twoja wina.
– Nie jest, wiem, że nie jest, ale co z tego? Po prostu mi go żal. Zwłaszcza kiedy uświadamiam sobie, że sama traktuję go dokładnie tak jak inne.
– No cóż… to widocznie leży w twojej naturze zimnej ryby – zauważył beztrosko. – Dla innych też nie jesteś łaskawsza, walisz kosza za koszem, aż frajerom w pięty idzie.
– Jesteś okropny.
– To już nie zabójczo przystojny?
– To się nie wyklucza.
– No to powiedz, w czym jestem taki okropny? W tym, że mówię prawdę? Głównym celem filozofii jest przecież poszukiwanie prawdy… No, ale dobra, elfiku, teraz na poważnie – dodał, cofając ramię i układając się na plecach tak, że prawie jej nie dotykał. – Powiem ci, dlaczego nie kupuję twojej koncepcji niewidzialności, a raczej dlaczego kupuję ją, ale w formie zrelatywizowanej. W duchu egoizmu, o którym przed chwilą debatowaliśmy, wyjaśnię ci to na moim własnym przykładzie, który jest o tyle dobry, że przed chwilą explicite przeciwstawiłaś mnie Danielowi. Uważasz, że dzięki temu, że mam, jak to nazwałaś, lepsze możliwości niż on, jestem od niego szczęśliwszy?
W sypialni zapadła cisza. Iza również powoli odwróciła się na plecy i podobnie jak Majk zapatrzyła się w ciemny sufit.
– Tego nie powiedziałam – odparła ostrożnie.
– Nie powiedziałaś wprost, ale to wynika z twojego rozumowania – zauważył. – Według twojej teorii, ktoś, kto nie kwalifikuje się w szeregi niewidzialnych, jest w lepszej sytuacji, czyli ma większe szanse na szczęście. Swoją drogą już kolejny raz wyrzucasz mnie poza nawias swoich kategorii, a przez to też staję się dla ciebie niewidzialny… ale okej, nie będę łapał cię za słówka. Powiedz mi, Izula, co mi po tych możliwościach? Z oceną mojego wyglądu zdrowo przesadziłaś, ale owszem, wiem, że podobam się dziewczynom, pewnie w dużym stopniu dlatego, że jestem pajac i robię wokół siebie dużo szumu, a one to lubią. Tylko co z tego? Nawet jeśli, jak powiedziałaś, ogląda się za mną co druga, to co mi po tym, skoro ja tego wcale nie chcę? To tak, jakby za tobą oglądało się po dwóch Danielów dziennie. I co? Zmieniłoby to coś w twoim życiu? Czy może byłoby ci w nim przez to jeszcze ciężej? Powiedz mi, jaka z tego korzyść, skoro i tak zależy mi wyłącznie na mojej Anabelli? A dla niej zawsze byłem niewidzialny.
– No tak – szepnęła Iza. – Ale…
– Mówisz, że współczujesz Danielowi, bo jest niepozorny i dziewczyny regularnie wypychają go do friendzone – ciągnął żywo Majk. – A ja? Spędziłem w tej strefie całe życie, o wiele więcej lat niż on. I co? Nie jestem niewidzialny? Według ciebie, nie jestem, bo ogląda się za mną co druga laska? Nieważne, że żadna z nich nic mnie nie obchodzi, liczy się to, że mam okazję za okazją i mogę z nich korzystać? Owszem, korzystałem, nie mówię, że nie, nakorzystałem się po dziurki w nosie, ale co z tego? Czy jestem przez to szczęśliwszy niż Daniel? Ani trochę. Przeciwnie, zazdroszczę mu tej niewidzialności, bo dzięki niej ma czystą kartę i w przyszłości, kiedy trafi w końcu na taką, która go doceni, przynajmniej będzie miał poczucie, że się nie rozdrabniał. Że uczciwie czekał i nie zdradził ideałów. Fakt, cholernie mi przykro z powodu tej jego choroby, ale wierzę, że wyzdrowieje i szybko wróci do formy, a wtedy wszystko przed nim. Jak myślisz? Kiedy już spotka tę właściwą, to będzie żałował, że musiał czekać na nią w czapce niewidce? Na pewno nie. I choćby nawet w tym jednym punkcie już teraz ma przewagę nade mną, a jeśli do tego ja poniosę klęskę w swojej sprawie… bo tu, jak wiesz albo i nie wiesz, nadal nic nie jest przesądzone… to na koniec nie on, ale ja okażę się żałosnym przegrywem. Ale ty i tak pewnie znajdziesz wtedy sposób na to, żeby wywalić mnie poza kategorię.
Przy ostatnim zdaniu w jego głosie zabrzmiało rozżalenie, które natychmiast wywołało reakcję w zbuntowanym sercu Izy. Choć nie zgadzała się z nim do końca i miała wrażenie, że niezupełnie ją zrozumiał, w duchu cieszyła się, że tak aktywnie podjął i rozwinął temat niewidzialności, który, choć ważny, w ogólnym rozrachunku był tylko tematem zastępczym, zasłoną dymną, za którą skryła prawdziwy powód dzisiejszych łez. Czy nie rozegrała tego po mistrzowsku? Komandos ewidentnie wracał do formy i nadrabiał utracone punkty. Do jego słów o ryzyku przegranej nie przywiązywała większej wagi, wszak nie ulegało wątpliwości, że prawdziwa Anabella go nie odtrąci, że tym razem to ryzyko już praktycznie nie istnieje. A co do niewidzialności, to czy nie zwrócił na siebie uwagi Natalii właśnie dlatego, że nie był niepozornym Danielem, ale zabójczo przystojnym Majkiem, szefem prężnie rozwijającej się firmy? W tym punkcie ewidentnie nie miał racji, ale cóż… Miała się z nim kłócić? Niebawem sam się przekona.
Mimo wszystko przejmujący żal w jego głosie, w dodatku skierowany personalnie do niej, nie mógł jej nie poruszyć. Musiała pamiętać, że jest jego przyjaciółką, a poza tym… czy to nie była najlepsza okazja do zrobienia tego, o czym marzyła dziś przez cały wieczór? Odwróciwszy się w jego stronę, znów oparła się na łokciu, a drugą dłoń wsunęła w jego włosy. Odetchnął z głębi piersi na ten gest, przymykając oczy.
– No już – szepnęła. – Nie ma się o co kłócić.
– Przepraszam, Iza – odszepnął. – Zagalopowałem się.
– Wcale nie – pokręciła głową, z przyjemnością przesiewając przez palce jego włosy. – Przedstawiłeś mi tylko swój punkt widzenia, a to nawet częściowo przekonało mnie do twojej koncepcji relatywistycznej. I za to pogłaskam cię po włosach.
– Nie zasłużyłem – odparł cicho.
– Jak to nie? Zawsze zasługujesz. Lubię twoje filozoficzne dywagacje i sposoby na rozładowanie atmosfery, te prowokacyjne też. Jak widzisz, to mi dzisiaj bardzo pomogło, już nie mam zamiaru beczeć, bo nawet nie mam na to czasu. Muszę bronić się przed niesłusznymi oskarżeniami.
– Niesłusznymi? One są słuszniejsze, niż myślisz, elfiku… ale masz rację, nie kłóćmy się już o to. Tak czy inaczej przepraszam, miałem wspierać cię w trudnej chwili, a sam egoistycznie wylałem na ciebie swoje żale i frustracje.
– Jeśli chcesz, to włączę cię do kategorii niewidzialnych – oznajmiła wspaniałomyślnie. – Wprawdzie tylko czasowo, bo jestem przekonana, że niedługo doczekasz się swojej Anabelli i nie skończysz jako żałosny przegryw, ale na ten moment mogę przyjąć cię do klubu.
– Do klubu niewidzialnych? – upewnił się.
– Aha. Przecież mówię.
– A do klubu facetów?
– Nie rozumiem?
– Pytam, czy z rozpędu włączysz mnie też do innych swoich klubów, kategorii i szeregów. Skoro ustąpiłaś w jednym punkcie, może przemyślisz też kolejne?
– Czyli jakie?
– Wszystkie, do których na ten moment nie mam prawa wstępu. A niech to… ale ze mnie łajdak… – pokręcił powoli głową, wiodąc nią za ruchem jej palców. – Nie dość, że zamiast solidaryzować się z tobą i współczuć Danielowi niewidzialności, podważam twoje koncepcje filozoficzne, to jeszcze bezczelnie kradnę doładowanie elfikową energią, chociaż powinienem raczej dostać z kopa w ryj. Ale nie przestawaj, Izula… Nie gniewaj się na mnie, że tak relatywizuję, to jeden z moich sposobów radzenia sobie z frustracją. Kiedyś ci wszystko wyjaśnię.
– Dobrze – szepnęła.
– A teraz połóż się wygodnie, a ja jeszcze na kilka minutek się do ciebie dokleję… o tak – przesunął się niżej, by wygodniej jej było głaskać go po włosach. – I wróćmy powodów twojego dzisiejszego dołka psychicznego, dobrze? O Danielu już wiem, współczuję mu choroby i wbrew temu, co gadałem przed chwilą, rozumiem twoje reakcje. Naprawdę je rozumiem. Będę trzymał kciuki za to, żeby wrócił do zdrowia, a jeśli chcesz, poproszę też moją babcię o modlitwę za niego.
– Ach… byłoby super! – ucieszyła się Iza.
– Poproszę – zapewnił. – Skoro przyjęłaś mnie czasowo do klubu niewidzialnych, muszę zadbać o opiekę duchową nad kamratem. Ale idźmy dalej, Iza. Miałaś opowiedzieć mi o niewidzialnym Tomie… no ten to faktycznie jest niewidzialny jak cholera! – parsknął lekko śmiechem. – Co ci nagadał, że tak się rozpłakałaś? Mówiłaś, że rozmawialiście w składziku.
– Tak – westchnęła. – Ale nie chodzi o to, co on mi nagadał, tylko co ja nagadałam jemu.
– Fakt, wspomniałaś już, że popełniłaś jakiś błąd. No? Co mu nagadałaś?