Anabella – Rozdział CCLXIII
„Żegnaj, Liège!” – pomyślała z melancholią Iza, zerkając przez okno osobowego busa, którym delegacja z Centrum Kultury właśnie ruszyła w drogę do Brukseli. – „Może jeszcze kiedyś cię zobaczę, ale to raczej nieprędko.”
Samochód jechał przez chwilę dobrze jej znanymi ulicami z widokiem na rzekę w tle, wkrótce jednak skręcił w rejony, których już nie znała, kierując się w stronę wylotówki z miasta i autostrady wiodącej do stolicy. Delegacja jechała na dwa auta, bowiem podążający za nimi kolejny bus, tym razem towarowy, wiózł zapakowane w pudła i folię elementy wystawy, które jeszcze dziś wieczorem ekipa miała zamontować w docelowym miejscu.
Chloé pożegnała serdecznie obie stażystki, wręczając im pamiątkowe zdjęcia całego zespołu w ozdobnych w ramkach, wykonane kilka dni wcześniej przed budynkiem Centrum i podpisane przez belgijskie koleżanki i kolegów. Wyraziła przy tym szczególne uznanie dla Izy za jej wyróżniające się zaangażowanie i wzorowe wykonywanie obowiązków, szepcząc jej na ucho, że gdyby jeszcze kiedykolwiek chciała przyjechać do nich na kolejny staż lub po prostu odwiedzić ich w ramach prywatnego pobytu w Liège, zawsze będzie mile widziana. Z Emmą i Romane dziewczyny nie musiały się jeszcze żegnać, ponieważ decyzją Chloé do Brukseli jechały dziś wszystkie cztery.
Kiedy bus mijał już ostatnie skrzyżowania miasta, Iza zerknęła ukradkiem na siedzącą obok niej Martę, która odchyliła głowę na oparcie siedzenia i przymknęła oczy, być może próbując zasnąć, a być może tylko zanurzając się w otchłań swoich myśli. To pierwsze było o tyle prawdopodobne, że z pożegnalnego spotkania z Cédrikiem wróciła późno w nocy, wręcz nad ranem, przez co po zaledwie dwóch godzinach snu bardzo trudno było jej się podnieść z łóżka. Niedziwne zatem, że miała dziś iście wisielczy humor, zwłaszcza że do niewyspania dochodziła naturalna melancholia związana z rozstaniem z Cédrikiem. Ów, jak Marta lakonicznie wyjaśniła Izie przy prędkim śniadaniu, miał dziś takie urwanie głowy w pracy w Grivegnée, że niestety nie mógł przyjechać do Centrum, by zobaczyć ją ostatni raz. Dlatego jedynym pocieszeniem w chwili wyjazdu mogła być dla niej jego postać na owym pamiątkowym zdjęciu zbiorowym.
Dziewczyny nie miały jednak okazji dłużej porozmawiać o wczorajszych wydarzeniach, ponieważ poranek był skrajnie napięty – do ósmej obie musiały dopakować swoje walizki, opuścić mieszkanie, rozliczyć się w recepcji i oddać klucze, a następnie z ciężkimi bagażami dotrzeć do Centrum, gdzie czekała na nich intensywna praca przy ładowaniu samochodów i odprawa przed wyjazdem delegacji. Jako że Marta nie była dziś rozmowna, Iza uznała, że nie będzie o nic jej dopytywać i poczeka z tym na lepszą okazję, ta zaś prawdopodobnie mogła się trafić dopiero wieczorem, kiedy wreszcie skończy się kołowrót zawodowy i obie trafią do zarezerwowanego na dwie noce pokoju hotelowego. Tym bardziej że wraz z nimi do Brukseli jechały też Emma i Romane, które co prawda, zmęczone przygotowaniami do wyjazdu, teraz siedziały wyjątkowo cicho, jednak pewnym było, że długo to nie potrwa.
Wkrótce bus wyjechał na autostradę i nabrał prędkości, a przesuwające się za oknem widoki stały się na tyle monotonne, że Iza również, idąc za przykładem Marty, ułożyła wygodnie głowę na oparciu i przymknęła oczy. Podróż miała potrwać niespełna półtorej godziny, a po przyjeździe czekała ich kolejna sesja ciężkiej pracy, dlatego krótka regeneracja w tym czasie była najlepszym możliwym pomysłem.
Nim jednak zdążyła odrobinę wyciszyć zmysły, w ułożonej na kolanach torebce wyczuła wibrowanie telefonu. Choć z początku miała zamiar to zignorować, zwłaszcza że telefon po chwili ucichł, ciekawość co do tego, kto dzwonił, wzięła górę, dlatego otworzyła oczy i cicho, ostrożnie, by nie alarmować siedzącej obok z zamkniętymi oczami Marty, wyciągnęła aparat i zerknęła na ekran. Widniało na nim powiadomienie o nieodebranym połączeniu od Amelii.
„No tak, Mela” – skrzywiła się z niechęcią. – „W sprawie Miśka, Werki i Ali. Sorry, Melu, ale dzisiaj to jest ostatnia rzecz, o jakiej chce mi się gadać.”
W tym momencie z numeru siostry przyszedł sms.
Przepraszam, Iza, pewnie jesteś w pracy albo już w podróży, a ja mam nowe wieści. Daj znać, kiedy będziesz mogła spokojnie porozmawiać. Buziaki, A.
Iza uśmiechnęła się sceptycznie pod nosem.
Jak spokojnie, to nieprędko, Melciu – odpisała. – Mam dzisiaj diabelne urwanie głowy, jesteśmy w trasie do Brukseli, do późnej nocy będzie ostry zachrzan. Obawiam się, że uda mi się zadzwonić dopiero jutro. To coś bardzo pilnego?
Nie – odpowiedziała Amelia. – Chciałam tylko zdać Ci raport z frontu, bo zaczęło się dziać. Ale spokojnie, może być jutro.
No to tak zróbmy, dzisiaj nawet nie mam jak się odosobnić, żeby porozmawiać. Powiedz tylko w skrócie, jaka konkluzja?
Minęło zaledwie kilka sekund i przyszła wiadomość zwrotna. Amelia odpowiedziała tylko jednym słowem.
Wojna.
Iza skrzywiła się z przekąsem.
Okej, to jutro wszystko mi opowiesz – odpisała. – Postaram się zadzwonić, jak tylko znajdę wolną chwilę. Pozdrowienia dla Robcia i Klarci. I.
„Dosłownie jak marquise de Merteuil” – pomyślała w przypływie czarnego humoru, wygaszając ekran i chowając telefon do torebki. – „Eh bien! La guerre! Coś mi się wydaje, że Misiek tym razem naprawdę się doigrał.”
***
Gwar tłumu w ogromnej hali targów biznesowo-technologicznych, ulokowanych w gigantycznym kompleksie Brussels Expo, odbijał się ciężkim echem w głowie przemęczonej Izy, która jednak nie dawała sobie chwili wytchnienia, aktywnie uczestnicząc w obsłudze wystawy. Cała delegacja, pod wodzą Mireille, która decyzją Chloé przyjechała tu na czele delegacji z Liège, od wczoraj pracowała na najwyższych obrotach – oprócz czterech pracowników fizycznych, których zadaniem było przeniesienie i montaż ciężkich elementów wystawy, było w niej też osiem kobiet, w tym Iza, Marta, Emma i Romane, które miały zająć się dopracowaniem szczegółów oraz obsługą merytoryczną w trakcie wydarzenia.
– Nie wiem jak wy, dziewczyny, ale ja już mam dość – powiedziała zmęczonym głosem Emma, kiedy we cztery przysiadły na krótką przerwę za parawanami, by napić się kawy i coś zjeść. – Nie sądziłam, że to będzie taka ciężka delegacja… chyba najcięższa ze wszystkich, jakie pamiętam.
– Mam nadzieję, że przynajmniej dodatek, który za to dostaniemy, będzie adekwatny – zauważyła z przekąsem Romane. – Bo jak jeszcze okaże się, że harujemy za jakieś nędzne grosze…
– Marthe, a ty co jesteś taka drętwa? – zagadnęła żartobliwie Emma, szturchając lekko łokciem siedzącą w milczeniu Martę. – Nie wyspałaś się dzisiaj, co? Ja też nie, a do tego po wczorajszym tak mnie bolą nogi, że serio nie wiem, jak wytrzymam do końca dnia. Tak bym już chciała być w domu!
– Właśnie – westchnęła Romane. – Zazdroszczę wam, Isabelle i Marthe, że zostajecie dzisiaj w Brukseli i zaraz po pakowaniu wystawy możecie iść spać do hotelu. My musimy wrócić do Liège, dojedziemy tam pewnie najwcześniej o północy.
– Mam tylko nadzieję, że nie każą nam jeszcze dzisiaj rozładowywać busa – zauważyła ponuro Romane. – Bo jeśli tak, to ja chyba pierwszy raz w karierze zdecyduję się na niesubordynację i po prostu ucieknę do domu. O ile w ogóle dojadę tam żywa.
Przez parawan do wydzielonej przestrzeni, gdzie siedziały, wetknęła głowę Mireille.
– Dziewczyny, kończcie już tę kawę – rzuciła rozkazująco. – Lada moment będą tu nasi współpracownicy z Brukseli, ma być oficjalna prezentacja wystawy gościom z zagranicy. Za minutę wszyscy na posterunek!
„Arthur” – pomyślała natychmiast Iza, wraz z pozostałymi dziewczynami posłusznie dopijając kawę i podnosząc się z krzesła. – „No i co ja mu powiem? Może po prostu odmówić i będzie święty spokój? Przecież ja wcale nie chcę pracować w tej Warszawie.”
Z ciężkim sercem wyszła z powrotem na halę wystawową, przybierając na twarz uprzejmy, służbowy uśmiech. Wkrótce rzeczywiście przy ich stanowisku pojawiła się znana już grupa brukselskich oficjeli, wśród których Iza natychmiast wychwyciła elegancko ubraną postać Arthura. Wyglądał jak zawsze nienagannie, jednak jego twarz, jak zauważyła, była dziś wymięta, blado-szara i wskazywała na skrajne przemęczenie. Mimo to na widok Izy wyraźnie się ucieszył i korzystając z zamieszania towarzyszącego przygotowaniom do oficjalnej prezentacji wystawy jakimś ważnym osobistościom, które miały nadciągnąć w ślad za jego grupą, odciągnął ją nieco na bok, prosząc o krótką rozmowę w cztery oczy.
– Cieszę się, że znowu panią widzę, Isabelle – powiedział, uprzejmie ściskając jej dłoń. – Proszę mi wybaczyć, jestem dzisiaj trochę nieprzytomny, do wczoraj podróżowałem intensywnie po całym kraju i jeszcze nie zdążyłem uregulować rytmu dobowego. Słyszałem, że otwarcie wystawy w Liège okazało się sukcesem. Jak się pani podoba w Brukseli?
– Jeszcze nie wiem – uśmiechnęła się. – Od wczoraj pracujemy tutaj bez przerwy, a hotel mamy dwie ulice dalej, więc do centrum nawet nie miałam okazji zajrzeć. Ale liczę, że jutro rano pozwiedzamy trochę miasto z koleżanką.
– Ach, no tak – odwzajemnił jej blady uśmiech. – Przecież pani jest tu w pracy, a nie na wakacjach. Znam to, znam aż za dobrze… To kiedy wraca pani do Polski?
– Jutro wieczorem. Specjalnie zostawiłyśmy sobie kilka godzin na obejrzenie miasta, żeby potem móc z czystym sumieniem powiedzieć znajomym, że w ogóle byłyśmy w Brukseli – zauważyła żartobliwie. – Bo gdybyśmy wracały rano, prosto z hotelu musiałybyśmy jechać na lotnisko, a to niewiele by nam dało od strony krajoznawczej.
– Prawda – pokiwał głową z sympatią. – I tak obawiam się, że w kilka godzin za dużo nie zdążycie zobaczyć, ale mam nadzieję, że niedługo wpadnie pani do nas na dłużej, żeby nadrobić te krajoznawcze zaległości. Hmm? – mrugnął do niej znacząco podkrążonym ze zmęczenia okiem. – Przemyślała pani moją propozycję?
Iza pokręciła głową zmieszana.
– Jeszcze nie do końca – odparła wymijająco. – Potrzebuję trochę więcej czasu do namysłu, w zasadzie to, jeśli to możliwe, chciałabym podjąć decyzję dopiero po powrocie do Polski. Do kiedy musiałabym dać panu odpowiedź?
– Nie mnie – odparł Arthur, poważniejąc. – Dzisiaj, a właściwie to mam nadzieję, że już za kilka minut, przedstawię panią mojemu koledze z Warszawy. To on będzie osobą do kontaktu w tej sprawie, a w przyszłości również, na co liczę, pani bezpośrednim przełożonym. Ponegocjujemy terminy, jednak na tym etapie sugerowałbym wyrazić zainteresowanie i nie wahać się zbyt długo – spojrzał na nią znacząco. – Jeśli pani ostatecznie zrezygnuje, nikt pani za to głowy nie urwie, ale na dziś sądzę, że warto zaklepać sobie tę szansę. Mnie osobiście też na tym zależy, ponieważ to ja panią poleciłem i w pewnym sensie za panią ręczę.
– Rozumiem – odparła grzecznie Iza, czując, jak ściska jej się serce.
– Zależy mi na tym zresztą przede wszystkim ze względu na panią – podkreślił z sympatią mężczyzna. – To jest naprawdę dobra, rozwojowa posada, z bardzo przyzwoitym wynagrodzeniem, które wraz ze stażem i doświadczeniem w pracy będzie tylko rosło. A ja, jako już w jakimś sensie pani mentor – uśmiechnął się na wpół porozumiewawczo, na wpół z rozbawieniem – będę miał wielką satysfakcję, że przyczyniłem się do umieszczenia właściwej osoby na właściwym stanowisku. Bo co do tego, że pani da sobie znakomicie radę i daleko zajdzie, nie mam żadnych wątpliwości – zaznaczył. – Jako człowiek, który całe życie pracuje z ludźmi, potrafię w mig wychwycić z tłumu najcenniejsze jednostki.
– Dziękuję za uznanie – odparła Iza, starając się uśmiechnąć. – Nie wiem, czy zasługuję na takie komplementy, ale to bardzo miłe z pana strony. Zwłaszcza że ledwo pan mnie zna.
– Może i ledwo, ale w moim przekonaniu wystarczająco, żeby mieć pewność co do pryncypiów – zapewnił ją Arthur, przeciągając dłonią po zmęczonym czole. – Proszę mi wierzyć, mam swoje intuicje, a one zazwyczaj mnie nie mylą. Poza tym, pomijając pani predyspozycje zawodowe… zresztą zdaje się, że już raz to pani mówiłem… ma pani w sobie coś, co bardzo szybko budzi niemal bezwarunkowe zaufanie. Jest w pani taka… nie wiem, jak to nazwać…
– La bonne fée[*] – podpowiedziała mu żartobliwie acz z lekkim przekąsem Iza. – Domyślam się, że o to chodzi, bo to moja główna życiowa rola.
– Otóż to, la bonne fée! – podchwycił rozbawiony. – Bardzo trafne określenie, rzeczywiście ma pani w sobie coś magicznego, właśnie taką aurę dobrej wróżki. I powiem pani bez ogródek, że gdybyśmy dzisiaj mieli więcej czasu, chętnie zaprosiłbym panią na kolację, jak wtedy w Liège, tyle że tym razem porozmawiałbym z panią o sprawach pozazawodowych. Tak się składa, że w obecnym, wyjątkowo ciężkim dla mnie czasie, bardzo potrzebuję rady dobrej wróżki… nawet jeśli jest ode mnie młodsza o kilkanaście lat – dodał żartobliwie. – A mówiąc serio, mam wielką potrzebę zwykłej, otwartej rozmowy z kimś, co do kogo mam przeczucie, że mógłby mnie naprawdę zrozumieć.
Iza pokręciła głową z zakłopotaniem.
– Proszę mi wierzyć, że takie przeczucie zdarza mi się naprawdę rzadko, a w pani przypadku uderzyło mnie prawie od razu – zaznaczył Arthur. – Ale proszę się nie obawiać, nie będę pani męczył. Widzę niepokój na pani twarzy, a przede wszystkim widzę na niej zmęczenie, wyobrażam sobie, jak ciężki ma pani dzisiaj dzień i nawet nie miałbym sumienia zawracać pani głowy. Ja sam zresztą też jestem padnięty, muszę dzisiaj wrócić wcześniej do domu i odpocząć. Bez kilku godzin solidnego snu nie poradzę sobie z obowiązkami, zwłaszcza że jutro z samego rana znowu ruszam w podróż, tym razem zagraniczną, do Stanów Zjednoczonych.
– O – zdziwiła się uprzejmie Iza, przepełniona ulgą, że jednak nie będzie musiała służyć kolejnej osobie „radą dobrej wróżki”. – Widzę, że podróżuje pan po całym świecie.
– Staram się. Biorę teraz wszelkie możliwe delegacje i tyle obowiązków, ile tylko fizycznie jestem w stanie unieść. Jako sposób na zagłuszanie myśli to działa dosyć słabo, ale jednak jakoś tam działa… w każdym razie wolę to niż alkohol czy inne używki.
– Bardzo słusznie – przyznała Iza, tknięta nagłym współczuciem, wyznanie to bowiem natychmiast przypomniało jej Majka sprzed lat. – Kiedy na sercu jest ciężko, zawsze lepiej rzucić się w wir pracy niż w nałogi. Przynajmniej są z tego jakieś pozytywne efekty.
– Ech… i widzi pani? – pokręcił z żalem głową Arthur. – Szkoda, że nie mogę pogadać z panią dłużej, czuję, że to by mi dobrze zrobiło. Ale cóż. I tak cieszę się, że mogłem panią zobaczyć, sam pani widok ma w sobie coś kojącego i pozytywnie nastawiającego do świata. Po tamtej rozmowie w Liège czułem to samo, pani obecność i taki rodzaj wewnętrznego światła, które nosi pani w sobie, sprawiły, że przez kilka dni jakoś jaśniej patrzyłem w przyszłość, mimo że rozmawialiśmy wtedy wyłącznie na tematy zawodowe. W tym faktycznie musi być rodzaj magii – uśmiechnął się porozumiewawczo. – A skoro tak, to mam nadzieję, że i dzisiaj sprzeda mi jej pani trochę, nawet w tak krótkim kontakcie.
– Bardzo chętnie bym to zrobiła – odwzajemniła mu uśmiech Iza. – Tylko nie wiem jak. Może po prostu przyjmie pan moje zapewnienie o tym, że będę dobrze o panu myśleć? I trzymać kciuki, żeby jak najszybciej uporał się pan z problemami, które pana dręczą.
– Dziękuję, dobre i to – odparł ciepło mężczyzna. – Nie mam za wiele osób w swoim otoczeniu, które mogłyby mnie wesprzeć akurat w tym obszarze, więc tym bardziej jestem pani wdzięczny. No, ale zostawmy to już, Isabelle – spoważniał znowu. – Wróćmy do spraw podstawowych, czyli do pani stażu, a potem pracy w Warszawie. Tak jak wspomniałem… o właśnie, en parlant du loup[**]! – ożywił się, ruchem głowy wskazując w stronę przejścia, którym zmierzała w ich stronę grupa elegancko ubranych ludzi. – Są już nasi koledzy. Przepraszam panią na chwilę, muszę ich przywitać, ale jeszcze do pani wrócę – zaznaczył, kładąc jej na chwilę dłoń na przedramieniu. – Proszę tylko nigdzie mi nie uciec.
– Nie ucieknę – uśmiechnęła się nieco smutno Iza. – Stąd przecież nie ma ucieczki.
Arthur parsknął śmiechem, pokiwał głową, po czym, cofnąwszy dłoń, odwrócił się, by ruszyć na spotkanie gości. Po chwili w centralnej części wystawy zaczęło się zamieszanie związane z powitaniem przybyłych oficjeli, ona jednak, jako skromna stażystka oddelegowana od standardowej obsługi zwiedzających, nie czuła się zobowiązana, by brać w tym udział. Dopiero kiedy goście rozeszli się po wystawie, do Izy podszedł Jules, jeden z pracowników technicznych z Liège, z informacją, że ma zameldować się u Mireille, gdyż ta potrzebuje kogoś do obsługi nowej grupy zwiedzających.
– Oczywiście, już idę – odpowiedziała spokojnie, ruszając w ślad za nim.
„Nie ma nawet sekundy, żeby pomyśleć o czymkolwiek poza pracą” – stwierdziła. – „Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej, jak słusznie powiedział Arthur, to działa tylko jakoś tam, a co kosztuje wysiłku, to kosztuje. Biedak… Ciekawe, czy ten jego stan psychiczny wołający o interwencję dobrej wróżki ma związek z Sophie? Pewnie tak… Wygląda, jakby był w trakcie formatowania księżycowej duszy, nawet jeśli jako ateista sam nie wierzy w jej istnienie.”
Ostatnia, nieco ironiczna uwaga przywiodła jej na pamięć filozoficzne rozmowy z Krawczykiem właśnie na ten temat. Zmizerniała twarz milionera mignęła jej na chwilę przed oczami, ni stąd, ni zowąd przypominając, że przecież była wstępnie umówiona z nim już na ten weekend. Był to jednak tylko krótki impuls, bowiem chwilę potem wraz z Romane musiała zająć się grupą młodzieży, która przyjechała na wystawę w ramach zajęć w szkole i nie tylko nie wykazywała żadnego zainteresowania zwiedzaniem, ale wręcz jawnie manifestowała swoje znudzenie. Jej dyżur zresztą nie potrwał długo, gdyż mniej więcej w połowie oprowadzania grupy znów zaczepił ją Arthur i odwołał ze stanowiska, prosząc Romane, by na chwilę przejęła jej obowiązki. Tym razem był w towarzystwie innego elegancko ubranego mężczyzny, mniej więcej w jego wieku czyli w okolicach czterdziestki, którego przedstawił Izie jako wspomnianego wcześniej kolegę z Warszawy o nazwisku Frédéric Pirard.
– Miło mi, Isabelle – skłonił się ów, uprzejmie ściskając jej dłoń. – Nie ukrywam, że dużo już o pani słyszałem i mam nadzieję, że dobrze będzie się nam współpracowało. Bo rozumiem, że będziemy współpracować, prawda?
Iza zawahała się, czując znajomy ciężar na sercu, lecz napotkawszy znaczące spojrzenie Arthura, któremu nie chciała robić przykrości, uśmiechnęła się akceptująco i pokiwała głową.
„Raz kozie śmierć” – pomyślała mimochodem. – „Najwyżej będę to odkręcać.”
– Arthur zarekomendował mi pani kandydaturę z tak absolutnym przekonaniem, że właściwie nie ma opcji, żeby jej nie przyjąć – ciągnął z nutą rozbawienia Frédéric. – Przy takich referencjach omija pani proces rekrutacyjny i miejsce na stażu ma pani z góry zagwarantowane, wystarczy, że przyjedzie pani do nas w najbliższych tygodniach, żeby podpisać dokumenty. Kiedy możemy się pani spodziewać?
Iza zadrżała w środku jak wstrząśnięta febrą.
Zdrada! – krzyknął z wyrzutem, podobnie jak w czasie rozmowy z Arthurem w Liège, znajomy głos z dna jej duszy. – Co ty chcesz zrobić, wariatko?! Jak możesz w ogóle o tym myśleć?!
Lecz w kontrze natychmiast odezwał się ten sam co wtedy głos rozsądku.
Tak, właśnie tak, Iza. Nie zamykaj sobie tej furtki. In fuga salus. Prawdopodobnie i tak nie masz innego wyjścia.
– Isabelle poprosiła mnie o jeszcze odrobinę czasu na ostateczną decyzję – zaznaczył dyplomatycznie Arthur, widząc jej spłoszoną minę. – Zaskoczyłem ją trochę tą propozycją, w dodatku podczas pobytu za granicą, dlatego chciałaby najpierw wrócić do kraju i zrobić rozeznanie co do zmian, jakich wymagałaby od niej przeprowadzka z Lublina do Warszawy. Myślę, że możemy się zgodzić na taki delikatny poślizg, prawda, Fréd?
– Delikatny owszem – odparł Frédéric, poważniejąc i mierząc Izę badawczym wzrokiem. – Ale nie dłuższy niż dwa tygodnie, do połowy kwietnia. Zważywszy że staż rozpocząłby się zaraz po weekendzie majowym, a wcześniej trzeba jeszcze uporządkować papiery, jest to właściwie ostatni możliwy termin. Proszę mi więc powiedzieć – zwrócił się do niej oficjalnym tonem. – Czy do piętnastego kwietnia będzie pani w stanie dać nam ostateczną odpowiedź?
– Tak, oczywiście – odpowiedziała grzecznie Iza, choć wizja podjęcia tak kluczowej decyzji w ciągu zaledwie dwóch tygodni nie tylko niepokoiła ją, ale wręcz przerażała. – Odpowiem w terminie i bardzo panu dziękuję za tę możliwość.
Arthur uśmiechnął się d niej z aprobatą i porozumiewawczo mrugnął jednym okiem.
Co ty robisz?! – zawyła znów księżycowa połówka jej duszy. – Porąbało cię?! Chcesz zabić samą siebie?!
Bez przesady – uspokoił ją natychmiast głos rozsądku. – Nie zabić, a wręcz przeciwnie, podjąć próbę ratunku. Poza tym klamka jeszcze nie zapadła, a dwa tygodnie na decyzję to przecież zawsze coś.
– Proszę, tu ma pani kontakt do mnie – Frédéric sięgnął do kieszeni po plik wizytówek, z których wygrzebał dwie i podał jej uprzejmym gestem. – A tu jest telefon i mail do sekretariatu. Po podjęciu decyzji pozytywnej bardzo proszę skontaktować się z nimi w pierwszej kolejności, ponieważ to oni będą odpowiedzialni za przygotowanie dokumentów, które na koniec trafią do mnie do podpisu.
– Dobrze – skinęła głową Iza, biorąc z jego rąk obie karteczki. – Dziękuję panu.
Zdrajczyni! – wyszeptał na to z wyrzutem i pogardą głos jej księżycowej duszy. – Egoistka niegodna zaufania…
„Nieprawda!” – pomyślała z mocą, czując w sercu nagły przypływ buntu. – „Przecież nie robię tego z egoizmu, ale po to, żeby przede wszystkim chronić jego!”
– A więc jesteśmy w kontakcie – podsumował z satysfakcją Frédéric. – Bardzo się cieszę, że mogłem panią poznać już dziś, na neutralnym gruncie, Isabelle. Niestety, na tym muszę zakończyć tę obiecującą rozmowę, mam pilne zobowiązania – ruchem głowy wskazał na grupę towarzyszy, którzy kilkanaście metrów dalej wraz z Mireille zwiedzali wystawę. – Ale to przecież nie ostatni raz, kiedy się widzimy. A właśnie! – spojrzał znacząco na Arthura. – Mówiłeś, że pani jutro wraca do Warszawy… czy to znaczy, że polecimy tym samym lotem? O dziesiątej czterdzieści pięć?
– Niestety nie – pokręciła z zakłopotaniem głową Iza. – Rzeczywiście wracam z koleżanką jutro, ale dopiero tym wieczornym.
– Aha, rozumiem. No to cóż, w takim razie do zobaczenia kiedy indziej, mam nadzieję, że spotkamy się już za kilka tygodni w Warszawie.
– Do zobaczenia, Monsieur – odkłoniła mu się grzecznie Iza.
– Arthur, a ty jak? – Frédéric, który już odwracał się z zamiarem odejścia, cofnął się jeszcze i spojrzał na Arthura. – Idziesz z nami na to spotkanie?
– Niestety nie – odparł ów. – Chciałbym, ale jutro z rana lecę do Nowego Jorku i muszę się przygotować, a do tego chociaż trochę odpocząć przed podróżą. Nad ranem wróciłem z Charleroi i jeszcze nie miałem okazji zmrużyć oka. Przejdę się z wami tylko na parking, żeby się pożegnać.
Frédéric pokiwał ze zrozumieniem głową, po czym zerknął jeszcze raz na Izę i skłoniwszy jej się w milczeniu, odszedł w stronę swoich kolegów, pozostawiając ją samą z Arthurem. Spojrzała na niego niepewnie.
– Zdaje się, że nie wypadłam najlepiej w jego oczach – zauważyła. – Przepraszam, jeśli sprawiłam tym panu kłopot, zarekomendował mnie pan, a ja chyba nie stanęłam na wysokości zadania.
– Dlaczego pani tak uważa? – wzruszył ramionami Arthur. – Fakt, może nie wyszła pani na rekina biznesu, ale to normalne przy pierwszym kontakcie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę dość nietypowe okoliczności – wskazał dłonią na przestrzeń wokół siebie – oraz pani młody wiek. Poza tym mój kolega potrafi być nieco onieśmielający – uśmiechnął się z pobłażaniem – ale to pozytywny człowiek, o czym nieraz jeszcze przekona się pani osobiście. On natomiast przekona się, że mam co do pani rację, i zresztą niech to będzie dla pani wyzwanie. Przekonać do siebie swojego nowego szefa.
Iza, trafiona tym ostatnim sformułowaniem prosto w serce, zachwiała się na nogach. Ależ to był cios! Nokaut dla komandosa! Na szczęście Arthur zdał się tego nie zauważyć, bowiem wciąż śledził wzrokiem odchodzącego kolegę.
– No, ale na mnie też czas – podjął, przenosząc z powrotem wzrok na jej skomponowaną już względnie twarz. – Zresztą zdaje się, że oderwałem panią od ważnych obowiązków, więc tym bardziej będę uciekał, żeby dłużej pani nie przeszkadzać. Życzę pani zatem szczęśliwej podróży do Polski, wszelkiego powodzenia i cóż… mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy, ma bonne fée – mrugnął do niej podkrążonym na szaro okiem. – A w takim razie nie żegnam się, tylko powtarzam to, co powiedział przed chwilą mój warszawski kolega. Do zobaczenia, Isabelle.
Mówiąc to wyciągnął do niej rękę, na co Iza natychmiast bez wahania podała mu swoją.
– Au revoir, Monsieur Arthur – odpowiedziała ze szczerą sympatią. – Et merci encore… merci beaucoup.
Arthur uśmiechnął się i uścisnąwszy jej dłoń, cofnął się z lekkim ukłonem, po czym odwrócił się i ruszył w ślad za Frédérikiem. Iza odprowadziła go wzrokiem, jednak po chwili ocknęła się i pośpiesznie podążyła w przeciwną stronę, ku grupie znudzonych licealistów, by pomóc przeciążonej Romane w oprowadzaniu ich po wystawie.
***
– Melu, bardzo cię przepraszam, że dzwonię dopiero teraz – powiedziała ze skruchą Iza, siadając na wygodnej sofie w pustym hotelowym holu i z ulgą wyciągając przed siebie zmęczone nogi. – Ale naprawdę od rana był taki kocioł, że dopiero teraz mam spokojniejszą chwilę.
– Jasne, Izunia, przecież wiem, niczym się nie przejmuj – odparła łagodnie Amelia. – Mam tylko nadzieję, że wracacie jutro zgodnie z planem?
– Tak, jutro w nocy powinnyśmy być w Lublinie – potwierdziła, sama nie do końca postrzegając głębię własnych słów, które po ciężkiej dniówce na wystawie brzmiały w jej świadomości jak abstrakcja. – Ale do Korytkowa zjadę dopiero na święta – zastrzegła. – Pewnie w Wielki Czwartek, zobaczę, jak się wyrobię, szczegóły dogadamy już, jak będę w Polsce, okej?
– Okej. Tak się właśnie spodziewaliśmy, przecież po powrocie najpierw musisz poukładać sobie sprawy w Lublinie. To przecież kwestia tylko kilku dni, Wielki Czwartek jest dokładnie za tydzień, więc wytrzymamy, chociaż nie ukrywam, że już nie mogę się doczekać.
– Faktycznie, ależ ten czas leci… – pokręciła z niedowierzaniem głową Iza. – A w takim razie tym bardziej go nie traćmy, mów, co to u was się za wojna rozpętała. Misiek pewnie znowu coś odwalił?
– Nie, tym razem nie on – odparła Amelia. – Do akcji wkroczyła Alina.
– O! – zaciekawiła się Iza. – Czyli Dyszakowi udało się z nią skontaktować?
– Aha. Dzięki temu numerowi telefonu od Małgosi Zielińskiej. To był bardzo dobry pomysł, Iza, aż się dziwię, że sama na to nie wpadłam, pocieszam się tylko, że Robik i Andrzejczakowa też… no, ale mniejsza o to. Tak, Dyszak zadzwonił do Aliny, przedstawił się jako sąsiad z Polan i poprosił ją o spotkanie, powiedział, że chce porozmawiać na temat Michała, a ona natychmiast się zgodziła, nawet nie pytała, o co chodzi. Chyba podświadomie już coś przeczuwała, bo potraktowała go bardzo poważnie.
– Mhm – mruknęła Iza.
„Oczywiście, że przeczuwała, i to nie od dziś” – pomyślała z przekąsem. – „Swego czasu nawet podejrzewała w tej sprawie mnie.”
– Spotkali się na neutralnym gruncie, w jakiejś restauracji pod Siedlcami – ciągnęła Amelia. – Alina przyjechała tam z dwoma ochroniarzami, pewnie tak ją zabezpieczył ojciec, a może sama wolała dmuchać na zimne, w sumie jej się nie dziwię. W każdym razie spotkała się z obojgiem rodziców Weroniki, a oni naświetlili jej sytuację. Jak myślisz, wiedziała cokolwiek o sprawie od Michała?
– Podejrzewam, że nie.
– I dobrze podejrzewasz. Nic nie wiedziała, ten żałosny tchórz o niczym jej nie powiedział, prawdopodobnie dalej kombinował, jak tu się wyłgać tanim kosztem i przed nią, i przed Dyszakami. Dlatego decyzja, żeby poinformować ją o tym bezpośrednio, okazała się jak najbardziej trafiona.
– Jak ona na to zareagowała?
– Z początku bardzo źle. Przeszła ostre załamanie nerwowe i popłakała się przy Dyszakach, aż interweniowali ci jej goryle, musieli jej dać jakieś tabletki na uspokojenie. Ale to potrwało tylko niecałe pół godziny, potem, jak już doszła do siebie, odesłała ochroniarzy do auta i kazała rodzicom Werki wszystko sobie opowiedzieć. Słuchała bardzo spokojnie, dopytała o kilka szczegółów, na przykład o ten osobny numer telefonu, a na koniec tylko uprzejmie im podziękowała. Niczego przy tym nie deklarowała, ani w ogóle nie skomentowała sprawy w żaden sposób, więc Dyszakowie uznali, że swoje zrobili, i spotkanie na tym się zakończyło.
– Aha. Czyli czysto informacyjnie.
– Tak jest. Oni zresztą starali się być dla niej łagodni i wyrozumiali, wiedzą przecież, że ona też jest tu ofiarą, więc po tym pierwszym gwałtownym wybuchu emocji rozmowa była już bardzo stonowana. Wrócili po niej do domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, ale jednak z dość mieszanymi uczuciami, bo sądząc po tym końcowym, bardzo opanowanym zachowaniu Aliny, byli przekonani, że ona jakoś to przegryzie. W tym sensie, że na pewno zdrowo opieprzy Michała, postawi mu jakieś twarde warunki, ale ten zaplanowany ślub z nim weźmie – wyjaśniła. – I że w sytuacji Werki to i tak nic nie zmieni.
– A co może zmienić? – wzruszyła ramionami Iza. – Tego, jak zachował się Misiek, już nie da się naprawić, a na pewno nie da się zapomnieć.
– Jeśli o to chodzi, to racja – przyznała Amelia. – Ale Dyszakowie bardziej mieli na myśli kwestie związane z formalnym uregulowaniem sytuacji. Powiem ci zresztą, tak na marginesie, że zachowują się naprawdę w porządku i jako rodzice mocno się angażują, mimo że Wera przecież jest dorosła. Jak sobie przypomnę reakcję Kmiecików po powrocie Agi z Warszawy, to w ogóle nie ma porównania… Ona wtedy naprawdę była zdana na samą siebie, tyle tylko że przyjęli ją z powrotem do domu, żeby miała dach nad głową, no, ale bez przesady, tu jej chyba wielkiej łaski nie robili.
– A co ciekawe, Aga też, tak jak Wera, w pierwszej kolejności zgłosiła się po pomoc do ciebie – zauważyła Iza. – Wprawdzie, o ile pamiętam, chodziło jej głównie o pracę, ale fakt pozostaje faktem. Zresztą praca to konkretna pomoc i to, że wtedy jej ją dałaś, psychicznie postawiło ją na nogi.
– No tak – zgodziła się skromnie Amelia. – Masz rację, to już drugi taki przypadek, że dziewczyna w tego rodzaju podbramkowej sytuacji zgłasza się akurat do mnie. Ale może to po prostu dlatego że i Aga, i Werka mniej się mnie bały, bo nie dzieli nas za wielka różnica wieku?
– Ja bym raczej jako powód obstawiała twoje dobre serce – uśmiechnęła się Iza.
– Wiem, chcesz przez to powiedzieć, że jestem miękka – odparła z pobłażaniem Amelia. – I jest w tym dużo prawdy, nic na to nie poradzę. No, ale nieważne, zostawmy to, Izunia – ucięła stanowczo. – Wróćmy do tematu Aliny, bo jeszcze nie skończyłam.
– Aha, czyli był jakiś dalszy ciąg?
– O, i to jaki! – prychnęła. – Oczywiście, że był, a raczej jest. Tu historia dopiero się zaczyna!
– Co się stało?
– Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o puszczeniu informacji o Michale i Werce po Korytkowie? To było jeszcze na tym pierwszym etapie, kiedy Michał wszystkiego się wypierał, a rodzice mu w tym sekundowali. Powiedziałaś wtedy, że dla Wery takie plotki w okolicy to będzie ciężkie przejście, a ja argumentowałam, że owszem, ale dla Krzemińskich to będzie jeszcze gorsze. No i fakt, że na dwoje babka wróżyła, zresztą wszyscy mieliśmy tego świadomość, dlatego nie rozpowiadaliśmy nic pochopnie, tylko podjęliśmy decyzję, że na razie przytrzymamy sprawę w ścisłej tajemnicy. Zwłaszcza kiedy Krzemińscy zmienili front i jednak zdecydowali się współpracować – podkreśliła. – To był moment, kiedy naprawdę byliśmy na dobrej drodze do dogadania się, Dyszak postawił wtedy tylko ten jeden warunek, że o wszystkim ma dowiedzieć się Alina. To rzeczywiście było kluczowe, bo szybko się okazało, że Michał w tej sprawie ściemnia na całego, więc można powiedzieć, że to pomogło nam ostatecznie zdemaskować jego nieczystą grę.
– Nieczystą od początku do końca – zaznaczyła Iza. – I bardzo dobrze, że rodzice Werki mu nie uwierzyli. Kto go trochę zna, wie, że jego słowo nie ma żadnej wartości.
– No tak, my to wiemy, ale Dyszakowie jednak musieli przekonać się o tym na własnej skórze. Michał jak zwykle kombinował, kombinował, aż przekombinował, chciał wykiwać wszystkich, w tym Alinę, ale na swoje nieszczęście nie docenił przeciwniczki – w głosie Amelii zabrzmiała nuta rozbawienia. – My zresztą też nie mieliśmy pojęcia, że taka z niej twarda sztuka.
– Co zrobiła? – zaciekawiła się Iza.
– Rozwiązała nasz dylemat z poinformowaniem Korytkowa – wyjaśniła Amelia. – Nie musieliśmy już dywagować, czy zachować tajemnicę, czy ją wyjawić, bo ona załatwiła to za nas. Po prostu postawiła wszystkich, w tym zwłaszcza Michała, przed faktem dokonanym. Ona i jej ojciec – zaznaczyła. – Niewykluczone zresztą, że to on wszystkim dyrygował, chociaż inicjatywa tak czy inaczej musiała wyjść od niej. To przecież ona jest, czy raczej była, narzeczoną Michała i to ona rozmawiała z Dyszakami.
– Była? – podchwyciła natychmiast Iza. – To znaczy, że jednak z nim zerwała?
– Tak jest – w głosie Amelii zabrzmiała satysfakcja. – De facto zrobiła to, co każda normalna kobieta zrobiłaby na jej miejscu, tyle że do tego momentu nie było pewne, czy jest normalna. Tak jak wspomniałam, Dyszakowie mieli wątpliwości, czy te informacje o Werce wpłyną na zmianę decyzji Aliny co do ślubu, byli prawie przekonani, że nie, ale jednak okazało się, że wpłynęły.
– Ale w jaki sposób poinformowała o tym Korytkowo?
– Wczoraj rano przyjechała tu ze swoim ojcem i wielką bandą ochroniarzy – wyjaśniła siostra. – Chyba wiedzieli, że Michał cały czas jest w Korytkowie, i przyjechali, żeby się z nim skonfrontować. Andrzejczakowa ma wtyki w hotelu, więc dowiedziała się, jak to wyglądało. Najpierw chyba ze dwie godziny siedzieli u Michała w gabinecie, on, Alina, jej ojciec i jego rodzice, z zewnątrz to wyglądało jak zwykła narada rodzinna. Pracownicy hotelu byli przekonani, że ustalają po prostu szczegóły ślubu i wesela, chociaż dziwiło ich, że pod drzwiami waruje tylu ochroniarzy. A potem cała piątka wyszła z takimi minami, że już gołym okiem widać było, że stało się coś poważnego. Michał i Roman wściekli jak dwa szerszenie, Alina cała zapłakana, jej ojciec czerwony jak burak ale zacięty, a Krzemińska blada i wstrząśnięta, tak przynajmniej opisała to informatorka Andrzejczakowej. Więc możemy sobie tylko wyobrazić, co tam się działo.
– Mhm – mruknęła Iza. – Albo lepiej nie.
– No tak, masz rację, lepiej sobie nawet nie wyobrażać – zgodziła się Amelia. – W każdym razie, kiedy stamtąd wyszli, ojciec Aliny poprosił portiera, żeby zwołał wszystkich pracowników hotelu, ponieważ ma im coś do powiedzenia. Na to natychmiast Roman z Michałem rzucili się, że absolutnie, nie ma mowy o żadnych publicznych oświadczeniach, a w ogóle to jest ich hotel i ich pracownicy, więc oni się na żadne spędy nie zgadzają. Wtedy ojciec Aliny powiedział, że w takim razie mają do wyboru, albo natychmiast zwołają pracowników samego hotelu, którzy jako świadkowie wysłuchają oświadczenia jego córki, albo ona i tak wygłosi to oświadczenie, ale zrobi to na środku Korytkowa, na placyku pod pocztą.
– O matko – pokręciła głową Iza. – No to grubo. Ale po co im te oświadczenia?
– No właśnie do końca nie wiadomo – odparła Amelia. – Robert twierdzi, że to pewnie taki rodzaj zemsty na Michale, bo syf dotyka głównie jego środowiska. Alina i jej ojciec są tu przecież obcy, więc co ich obchodzi opinia Korytkowa? Natomiast wiedzieli, że Krzemińskim publiczne ujawnienie sprawy pójdzie mocno w pięty, być może wręcz uznali, że to będzie dla nich najboleśniejsza kara, o wiele gorsza niż straty finansowe.
– Mhm, możliwe – zgodziła się Iza. – Niezłe mafijne porachunki… Chociaż szczerze mówiąc, ja na ich miejscu bym się do tego nie zniżała. No i co? Zwołali ten apel w hotelu?
– Tak. Roman chyba zdecydował, że woli to niż publiczną oborę na całe Korytkowo, w końcu byli tylko w gronie własnych pracowników. Tyle że nie miał za bardzo jak nakazać im z góry, że mają trzymać język za zębami, zresztą przy tak dużej grupie to i tak byłoby nie do utrzymania.
– Właśnie. Przecież nikt nie byłby w stanie dojść, od kogo wyszła informacja.
– Dokładnie, ale i tak lepsza plotka, którą potem można dementować, niż bezpośrednie starcie na placyku pod pocztą, nie? – zauważyła z przekąsem Amelia. – Zresztą nie wiadomo, jak to tam do końca było, do nas dotarły tylko relacje z drugiej ręki, więc kto wie, czym ten facet ich zaszantażował? Tak czy inaczej zebrali ludzi w holu, a wtedy ojciec Aliny oznajmił, że chce, aby wszyscy wiedzieli, że Michał Krzemiński to zdrajca, który bezczelnie oszukał jego córkę, w związku z czym żadnego ślubu nie będzie i na tym kończy się współpraca między ich rodzinami.
– Efekt musiał być piorunujący – zauważyła Iza.
– Był, wiadomo. Chociaż, jak pewnie pamiętasz, to nie pierwszy raz, rok temu w sylwestra, kiedy Michał miał się zaręczać z tamtą Sylwią, skończyło się prawie tak samo… nawet miejsce to samo, bo to też było w hotelu. Oczywiście wtedy sytuacja nie była aż tak poważna jak teraz, ale trudno nie zauważyć podobieństw, nie?
– No tak, prawda. Zadziwiające déjà vu. I co było dalej?
– Potem głos zabrała Alina. Podobno cała się trzęsła, ale osobiście potwierdziła, że żadnego ślubu z Michałem nie będzie. Podziękowała też ekipie hotelu za życzliwość, jaką zawsze otaczali ją, kiedy była w Korytkowie, i podkreśliła, że dziś jest tu ostatni raz. A na koniec jej ojciec dodał, że skoro zaplanowanej fuzji firm nie będzie, w konsekwencji pracownicy hotelu nie mogą też liczyć na obiecaną w związku z tym podwyżkę płac.
– Aha, czyli to o to chodziło z tym spędem w holu – pokiwała ze zrozumieniem głową Iza. – Pracownicy po fuzji mieli dostać lepsze pensje, dlatego wypadało ich poinformować, że nici z tego, i wskazać, kto jest za to odpowiedzialny.
– To na pewno też – zgodziła się Amelia. – Ale jakiś motyw zemsty chyba w tym był, bo ojciec Aliny wyjaśnił też publicznie powód, dla którego córka zrywa z Michałem, i bez żenady wymienił przy tym nazwisko Weroniki.
– Ups.
– No, niefajne to było, sprawa ewidentnie poszła tam na noże.
– Tak jak pisałaś mi w smsie. Wojna.
– Mhm, wojna. Przy czym ojciec Aliny to gruba ryba i mocny gracz, więc Krzemińscy mają przeciwnika, z którym muszą się liczyć. Oczywiście na pewno domyślają się, kto poinformował o sprawie Alinę, i niewykluczone, że będą chcieli mścić się na Dyszakach, ale po tym, jak tajemnica została publicznie ujawniona, to już nie będzie takie proste. Zwłaszcza że nie wiadomo, co ci hotelarze jeszcze na nich wymyślą – zaznaczyła. – Bo niewykluczone, że to oświadczenie to tylko pierwszy etap zemsty.
– Mówili coś jeszcze? – zapytała Iza.
– Nie. Alina tylko na koniec zwróciła się bezpośrednio do Michała. Powiedziała takim mocno ironicznym tonem, że życzy mu powodzenia na nowej drodze życia i ma nadzieję, że mimo wszystko sprawdzi się jako ojciec, na co Michał fuknął się, odwrócił, poszedł do swojego gabinetu i zamknął się tam, a tak trzasnął przy tym drzwiami, że aż jęknęło.
– Cały on – mruknęła Iza.
– No. On w ogóle cały czas był tak wściekły, że ledwo nad sobą panował, więc i tak dobrze, że nie doszło do żadnych rękoczynów. Może przez to, że tam byli ochroniarze? Tak czy inaczej, kiedy rąbnął tymi drzwiami, Alina i jej ojciec stwierdzili, że w takim razie rozmowa zakończona i nic tu po nich. Wyszli na parking, wsiedli do samochodów ze swoimi gorylami i odjechali, po trzech minutach już śladu po nich nie było.
– Co nie znaczy, że wojna się skończyła – zauważyła przytomnie Iza.
– Przeciwnie – zapewniła ją Amelia. – Wtedy burza dopiero się zaczęła. Plotka huknęła natychmiast, piorunem wydostała się z hotelu i godzinę później wiedziało już o tym całe Korytkowo. Ja sama dowiedziałam się o scenie w hotelu nie od Andrzejczakowej, bo z nią rozmawiałam dopiero później, tylko pierwsze info, wyobraź sobie, miałam od Dorotki.
– Ach! – parsknęła śmiechem Iza. – Ona jednak jest niepokonana!
– Co ciekawe, dowiedziała się od kogoś telefonicznie i zanim wróciła od ojca ze szpitala w Radzyniu, już wiedziała wszystko. Nie pytałam, od kogo wie, bo to w sumie mało ważne, i tak cała wiocha o tym huczy. Swoją drogą Dorka myślała, że mnie tym zaskoczy – dodała z pobłażaniem – i była niepocieszona, że już wszystko wiem, a jak jej opowiedziałam, że jestem w to wtajemniczona od ponad tygodnia, bo Wera najpierw przyszła z tym do mnie i do Robcia, to prawie się na mnie obraziła, że wcześniej nic jej nie powiedziałam.
– Pamiętam, bałaś się, że tak będzie.
– Aha. Ale już się na mnie nie gniewa – podkreśliła z nutą rozbawienia Amelia. – Nie może przecież gniewać się na główne źródło informacji, nie? Właśnie za jakieś pół godziny ma do nas wpaść, żeby o tym porozmawiać, na razie biega po Korytkowie i zbiera nowe wieści, więc będziemy mieć świeżutką dostawę prosto z fabryki.
Iza parsknęła śmiechem na ten żart, jednocześnie mając świadomość, że to wcale nie jest śmieszne, zwłaszcza dla Weroniki i Aliny.
– A jak trzyma się Weronika? – zapytała.
– Werka zaraz po południu pojechała do domu – oznajmiła Amelia. – Jest tak roztrzęsiona i zdruzgotana, że na jutro i sobotę dałam jej wolne, może do poniedziałku ta burza trochę się uspokoi, ale na razie musimy ją chronić. Kiedy Marczukowa jako pierwsza przyleciała do sklepu zapytać, czy to o Michale i ciąży to prawda, Wera była w szoku. Od razu zorientowała się, że wszyscy już znają jej tajemnicę i tak mi się popłakała na zapleczu, że poprosiłam Piotrka, żeby jak najprędzej odwiózł ją do rodziców do Polan.
– Słusznie – przyznała Iza. – W sklepie byłaby jak zwierzę w klatce, wszyscy przychodziliby oglądać ją jak w zoo.
– Żebyś wiedziała! Dokładnie tak było! Od popołudnia, jak tylko gruchnęła ta sensacja, do naszego sklepu waliły takie tłumy, że we trzy z Zośką i Agą ledwie dawałyśmy radę, żeby ich obsłużyć. Wszyscy oczywiście niby robili zakupy, a tak naprawdę rozglądali się za Werą. Na szczęście zanim zaczęły się te pielgrzymki, Piotrek zdążył już odwieźć ją do Polan, więc kiedy widzieli, że jej nie ma, dopytywali o nią nas. Ale ja od razu zapowiedziałam dziewczynom, że mają twardo mówić, że nic nie wiedzą i że to nie ich sprawa – podkreśliła stanowczo. – Zwłaszcza że one same były w szoku, zwłaszcza Agnieszka, chociaż Zosia też. Żadna z nich nie miała cienia podejrzenia, że Wera przez kilka miesięcy spotykała się z Michałem Krzemińskim, a przecież pracują z nią codziennie po kilka godzin. Co prawda, jak mówią, czuły, że ona może mieć kogoś w zanadrzu i przez to ma takie humorki, ale nigdy by im do głowy nie przyszło, że to akurat Michał.
– Myślę, że nikomu nie przyszło – zauważyła Iza. – Nawet mnie, a przecież mogłam się domyślić… W końcu to ja osobiście zapoznałam tych dwoje, a jak tak spojrzę wstecz i przypomnę sobie różne drobiazgi, to pewne wskazówki w zachowaniu Weroniki były widoczne już dawno. Tyle że za mało miałam przesłanek do tego, żeby połączyć je w całość, a zwłaszcza żeby skojarzyć je z Michałem.
– Otóż to. Trzeba przyznać, że oboje kamuflowali się naprawdę świetnie. Ale teraz już z tym koniec – podsumowała stanowczo Amelia. – I w sumie nawet cieszę się, że Alina i jej ojciec podjęli tę decyzję za nas, przynajmniej nie będziemy mieć wyrzutów sumienia, że niepotrzebnie coś rozgłosiliśmy. Zresztą Dyszakowie też są zadowoleni z takiego obrotu sprawy, wiesz? Wiadomo, że Wera ma teraz przekopane i ciężko znosi te plotki, ale to by ją i tak czekało, bo przecież jej stanu na dłuższą metę nie da się ukryć. A teraz przynajmniej, tak jak parę miesięcy temu w przypadku Moni Klimek, cały hejt skupia się nie na niej, tylko na Michale.
– Prawidłowo – skrzywiła się Iza.
– No. Zwłaszcza że ojciec Aliny wspomniał o wątku czeskim, więc rozniosło się, że Michał wysłał Werę na ten zabieg za granicę, a ona z niego uciekła. To, jak zauważyłam, zjednuje jej sympatię, ludzie spontanicznie biorą ją w obronę, tak jak wcześniej Monikę, a na niego są oburzeni. Ogólnie jazda jest taka, że… oho, przepraszam cię, Izunia – zniżyła głos. – Zdaje się, że już przyszła Dorotka, muszę tam do niej pójść.
– Jasne, Melu, leć! – odparła szybko Iza. – Ja też już zresztą chętnie się rozłączę, muszę iść odpocząć, po dzisiejszej dniówce i całym tym strasznym tygodniu jestem dosłownie martwa. Dzięki za raport z frontu, pozdrów ode mnie Robcia i Dorotkę, ucałuj Klarcię i jesteśmy w kontakcie. A za jakiś tydzień widzimy się na żywo.
– Super, dzięki, Izunia, to pa! – rzuciła pośpiesznie Amelia i połączenie urwało się.
„Niezła akcja” – pomyślała Iza, chowając telefon do kieszeni bluzy i z trudem podnosząc się z sofy. – „Brawa dla Ali, jednak poszła po rozum do głowy i skończyła tę farsę jednym ostrym cięciem, chociaż mogę sobie wyobrazić, ile ją to kosztowało. Ale spokojnie, nie pożałuje tego. A swoją drogą nie sądziłam, że moja mała intryga z Małgosią Zielińską wywoła w Korytkowie taki globalny efekt… cóż. Jeśli chodzi o Miśka Krzemińskiego, to w moim słowniku nie ma słowa skrupuły, wręcz mam nadzieję, że tym razem gnojek oberwie wreszcie po łbie tak, że mu w pięty pójdzie.”
Po czym, opuściwszy hol, skierowała się w stronę hotelowego korytarza, w którym mieścił się pokój jej i Marty, czując, że oczy zaczynają już kleić jej się ze zmęczenia.
_________________________________
[*] La bonne fée (fr.) – dobra wróżka.
[**] En parlant du loup (fr.) – o wilku mowa.