Anabella – Rozdział VI
Po kilku minutach wysiłków choinka ustawiona w samym rogu pięknie wysprzątanego pokoju pana Szczepana rozświetliła się ciepłym, migotliwym światłem wielokolorowych lampek. Iza uśmiechnęła się z satysfakcją.
– No i widzi pan, jak ładnie, panie Szczepciu? – pokiwała głową, zbierając ze stołu folie i papiery pozostałe po zakupionych dla staruszka ozdobach choinkowych. – A tak pan się upierał, że nie i nie. Przecież to drobiazg, a od razu jaki nastrój… i zapach! Może niewielka ta choineczka, ale za to pachnie jak cały świerkowy las.
– To prawda, Haniu – przyznał staruszek, patrząc zwilgotniałymi ze wzruszenia oczami na migające światełkami drzewko. – Już tak dawno nie miałem choinki… i nawet nie chciałem mieć. A dzisiaj te światełka, ten zapach… i ten stół, co tak pięknie nakryłaś… tak mi przypominają tamte czasy… kiedy jeszcze ona była na świecie…
– To chyba dobrze, prawda? – zauważyła ciepłym tonem Iza. – Takie wspomnienia powinny być miłe, nie powinny boleć. I nie ma co się ich bać… A teraz idziemy do stołu – zarządziła wesoło. – Zjemy sobie razem kolację, połamiemy się opłatkiem i dzisiaj zostanę z panem do późnego wieczora.
Był dwudziesty pierwszy grudnia, zajęcia na uczelni zakończyły się i nazajutrz Iza miała jechać do Korytkowa, aby spędzić Boże Narodzenie z Amelią i Robertem. Zgodnie z tym, co kilka tygodni wcześniej obiecała siostrze przez telefon, namówiła ją na wyjazd z mężem na zasłużony odpoczynek w martwym handlowo okresie poświątecznym, zapewniając, że przez kilka dni sama zajmie się sklepem. Choć Amelia długo się wahała, po analizie wciąż poprawiającej się sytuacji finansowej firmy przyjęła w końcu kuszącą propozycję i oboje z Robertem zamówili pokój w jakimś hoteliku na Roztoczu na trzy ostatnie dni grudnia i Nowy Rok. Iza przyjęła tę decyzję z entuzjazmem i radością.
Zachwycona wizją przysłużenia się ukochanej siostrze, bez cienia żalu zrezygnowała z planu wcześniejszego powrotu do Lublina na sylwestrową zabawę u Zbyszka, choć rozczarowana tą wieścią Marta do ostatniej chwili suszyła jej głowę, próbując przekonać ją do zmiany zdania.
Przecież taka super zabawa się szykuje! – przekonywała ją z zapałem. – Dziewczyny z roku tylko o tym mówią, już nie mogą się doczekać. Przemyśl to, Izka… Mogłabyś przecież przyjechać nawet w ostatniej chwili, tylko na tych parę godzin…
Nie, Martuś – uśmiechnęła się łagodnie Iza. – Obiecałam, że zostanę na noc w sklepie, zawsze w Sylwestra otwieramy, bo jest spory ruch, szkoda by było to stracić. Nie gniewaj się, ale żadna, nawet najlepsza zabawa nie może być priorytetem, kiedy chodzi o pomoc mojej siostrze. Nie masz pojęcia, ile jej zawdzięczam… Zresztą to tylko impreza, jeszcze niejedna się trafi, nic straconego.
Ale pomyśl, tam będzie mnóstwo nowych ludzi – perswadowała Marta. – Zbyszek ma zaprosić całą masę różnych kumpli, może poznałybyśmy jakichś fajnych chłopaków? – mrugnęła do niej znacząco. – Ja bardzo na to liczę, a tobie też by się przydało…
Nie interesuje mnie poznawanie chłopaków – zapewniła ją spokojnie Iza. – Nie mam na to teraz ani czasu, ani ochoty, wolę zająć się studiami, a po świętach poszukać jakiejś nowej pracy. No, Martusiu, nie bocz się na mnie… Chętnie bym z tobą poszła, ale ta data naprawdę mi koliduje, nie mogę zawieść siostry. Może uda się następnym razem?
Pożegnawszy się z Kacprem, który dzień wcześniej pojechał już na święta do rodziców na Podkarpacie, ostatni wieczór przed wyjazdem do Korytkowa zarezerwowała sobie dla pana Szczepana, z którym zaplanowała zjeść symboliczną, antycypowaną wieczerzę wigilijną. Ponieważ zaprzyjaźniona sąsiadka, pani Jadzia, zaprosiła go do siebie na Wigilię i pierwszy dzień świat, które miała spędzić w gronie swojej własnej rodziny, a pan Szczepan po długich wahaniach i namowach Izy wreszcie na to przystał, dziewczyna cieszyła się, że będzie mogła wyjechać do domu z poczuciem, że nie zostawia go na pastwę samotności. Choć przywiązanie, jakim w ciągu zaledwie kilku tygodni obdarzyła tego staruszka, generowało w jej życiu lawinę nowych obowiązków, ceniła sobie tę nietypową przyjaźń i nie żałowała ani minuty spędzonej w jego towarzystwie.
– Zostawię panu na święta mnóstwo dobrych rzeczy w lodówce – mówiła, nakładając mu na talerz porcję karpia w galarecie, kiedy po życzeniach i dzieleniu się opłatkiem usiedli razem do stołu. – A na parapecie położyłam dla pana pierniczki mojego własnego wypieku, Kacper mówił, że są bardzo dobre… Może będzie pan chciał zanieść trochę pani Jadzi?
– Dziękuję ci, dziecko – westchnął pan Szczepan. – Dobre z ciebie stworzenie… Ale ja nie mogę się zgodzić, żebyś ciągle coś mi przynosiła w prezencie. Choinka, lampki, pierniczki… przecież to wszystko kosztuje…
– Drobiazg – uśmiechnęła się Iza. – To dla mnie zawsze przyjemność, zresztą większość jedzenia kupiłam przecież za pana pieniądze z emerytury. Choinka dużo nie kosztowała, a sam pan widzi, ile z tego radości! Był czas, że trochę brakowało mi pieniędzy, owszem… ale teraz już jest dużo lepiej, niech pan się o to nie martwi, panie Szczepciu. I tak jadę teraz do siostry, a jak wrócę po Nowym Roku, rozejrzę się za jakąś pracą. Nawet widziałam jedno ogłoszenie, szukają kelnerek w takiej restauracji na Zamkowej, tutaj niedaleko. Co prawda tylko na Sylwestra, ale może i po Nowym roku coś się u nich znajdzie? Jak wrócę do Lublina, przejdę się tam i zapytam.
Staruszek westchnął, kręcąc głową.
– Żeby tylko znowu ktoś cię nie oszukał…
– Ryzyko zawsze jest, wiadomo – odparła lekko Iza. – Ale nie mam za bardzo innego wyjścia… No, niech pan skosztuje tego karpia, uważam, że jest bardzo smaczny… A z tą pracą, to co zrobić, panie Szczepciu? Trzeba zaryzykować. Dla mnie ważne jest, żeby to nie było za daleko, bo muszę jakoś pogodzić pracę i uczelnię. Na Zamkowej byłoby idealnie. Przydałyby mi się też elastyczne godziny pracy… Myślę, że w restauracji dałoby się dogadać, zwłaszcza że tamci pracują też w nocy. Spróbuję, co mi szkodzi, a jak nie, to rozejrzę się jeszcze gdzie indziej… I jak ten karpik? Smakuje panu?
– Pyszny – przyznał pan Szczepan. – Wszystko bardzo dobre, dziecinko. Że też tak ci się chce zajmować obcym staruchem… Wiesz? – spojrzał na nią swymi wyblakłymi, zaczerwienionymi oczami. – Tak sobie czasami myślę, że jesteś dla mnie jak wnuczka. Przecież mógłbym mieć wnuczkę, gdyby mój syn przeżył, a ty jesteś taka podobna do Hanusi…
Zamilkł na chwilę i zapatrzył się w migającą barwnymi światełkami choinkę.
– Tak bardzo żałuję, że i jego Bóg zabrał razem z nią – podjął po chwili cichym, drżącym głosem. – Gdyby chociaż jego mi zostawił… Wychowałbym go na dobrego człowieka. Może miałby córkę, a wtedy poprosiłbym go, żeby nazwał ją Hanna, po mamie. Na pewno by mi nie odmówił… Ech, przepraszam, że tak mówię – zreflektował się. – To tylko śmieszne marzenia, ale tak mi się ciepło na sercu robi, kiedy sobie to wyobrażam… Stary człowiek jest jak dziecko… nie gniewaj się.
– Przecież nie gniewam się, panie Szczepciu – zapewniła go łagodnie Iza, ocierając ukradkiem łzę wzruszenia, która spłynęła jej po policzku na słowa staruszka. – Za cóż miałabym się gniewać, co też panu przyszło do głowy?… A te marzenia wcale nie są śmieszne. Przeciwnie, są bardzo piękne… – urwała, gdyż głos uwiązł jej w gardle.
– No, przepraszam, Haniu – szepnął pan Szczepan, po którego policzku również popłynęła cicha łza. – Po co ja ci opowiadam takie rzeczy… Mówiłaś o nowej pracy – zmienił skwapliwie temat. – Nie lepiej by ci było poszukać czegoś w sklepie? To chyba lepiej niż w restauracji, na tym się przynajmniej znasz…
– Zobaczę, panie Szczepciu – westchnęła Iza, wciąż poruszona jego słowami o utraconym synu. – Pomyślę o tym po Nowym Roku, jak już wrócę do Lublina. No, niech pan je – dodała z troską. – Może skosztuje pan też trochę śledzia w śmietanie? A może dolać panu jeszcze odrobinę ciepłego barszczu?
***
Pociąg mknął raz przez ośnieżone pola skąpane w zapadającym zmroku zimowego popołudnia, potem znów przez wioski migoczące coraz większą ilością świateł zapalających się jedno po drugim w oknach domostw, wreszcie przez pogrążone już w całkowitym mroku połacie lasu dźwigającego wielkie, śnieżne czapy na czarnych konarach nagich gałęzi drzew. Siedząca przy oknie Iza wracała do domu ze spokojem w duszy i cichą radością w sercu.
„Szkoda, że w tym roku stać mnie tylko na parę drobiazgów pod choinkę dla Robcia i Melci” – myślała, poprawiając leżący na kolanach plecak, w który zapakowała wszystko, co chciała zabrać do Korytkowa na święta. – „Ale i tak dobrze, że udało mi się cokolwiek wygospodarować, a na następną gwiazdkę może przywiozę im coś fajniejszego… W końcu najbardziej liczy się gest, odruch serca, a przede wszystkim to, żeby spotkać się i trochę pobyć razem. I ważne, żeby odciążyć ich finansowo, niech myślą teraz o sobie, nie o mnie, i tak tyle już dla mnie zrobili… Od stycznia nie wezmę od Meli ani grosza, to mój ambitny noworoczny plan. Jak tylko wrócę do Lublina, zabieram się ostro za szukanie roboty. Chyba naprawdę zacznę od tej Anabelli, a nuż coś tam się trafi? Byle nie wpaść z deszczu pod rynnę i nie wpakować się w jakąś kolejną Marciniakową” – wzdrygnęła się lekko. – „Mam nadzieję, że w jej przypadku wyczerpałam już limit pecha, a na drugi raz będę ostrożniejsza…”
W przedziale zapaliło się światło, konduktor zajrzał, by sprawdzić bilety. Po jego wyjściu Iza znów zatonęła w rozmyślaniach, starając się puszczać mimo uszu toczącą się obok dyskusję grupki starszych współpasażerek, które od początku podróży wzajemnie oplotkowywały na głos swoje rodziny i sąsiadów. Jej myśli znów pobiegły w stronę Korytkowa, do którego miała dotrzeć dopiero wieczorem po czekającej ją w Radzyniu przesiadce z pociągu do autobusu. Pogłębiający się za oknem pociągu zmrok i świąteczne, świetlne dekoracje mijanych po drodze domów wprawiły ją stopniowo w melancholijny nastrój i jak zawsze w takich chwilach przywołały jej na pamięć Michała.
„Ciekawe, czy Misio wpadnie na święta do Korytkowa?” – dumała wpatrzona w dal. – „Powinien chociaż na parę dni odwiedzić rodziców, na pewno tak zrobi… tylko czy uda mi się go zobaczyć? Może będzie z rodziną w kościele? On ostatnio tak rzadko bywał w domu, ciągle gdzieś go nosiło po świecie… Choć fakt, że teraz i mnie nosi” – zreflektowała się. – „Dopiero od trzech miesięcy mieszkam a Lublinie, a już polubiłam to miasto jak mój drugi dom. Tylu fajnych ludzi tam poznałam…”
Uśmiechnęła się leciutko na wspomnienie Marty, Kacpra, pana Stanisława i pana Szczepana, a także na myśl o tym, że choć Michała widziała w Lublinie tylko raz, on przecież też tam był… a dopóki był, nadawało to temu miastu niepowtarzalnego, ekscytującego uroku, jakiego nie mogło mieć żadne miejsce na świecie. Jeszcze tylko Korytkowo – wszak i tam była szansa choć z daleka go zobaczyć…
„Ciekawe, jak te święta będą wyglądały za rok?” – zastanawiała się w zadumie. – „Czy przez najbliższy rok coś się w moim życiu zmieni? Czas tak szybko leci! To już przecież trzy lata, odkąd mama zachorowała. Z jednej strony to się wydaje jakby wczoraj… a z drugiej, jakby to było wieki temu. Całe wieki bez niego…”
Z westchnieniem oparła głowę o ścianę przedziału i przymknęła oczy.
„Lepiej o tym nie myśleć” – kołatało jej w głowie. – „Pomyślmy o czymś innym. Zaraz będzie Radzyń, trzeba złapać autobus do Małowoli, a święta blisko, może być przeładowany… To nic, postoję sobie, to tylko pół godziny. Robik wyjedzie po mnie na przystanek, zabierze mnie do domu, do Melci… Boże, jak się cieszę! Tak strasznie już się za nimi stęskniłam!”
***
– Izunia, dołóż sobie jeszcze trochę tej rybki – zaproponowała z troską Amelia, podsuwając siostrze kolejny półmisek.
– Dziękuję, Melciu, ale już więcej nie zmieszczę – uśmiechnęła się Iza, odkładając sztućce i sięgając po serwetkę. – Wiem, że dbasz o mnie i chcesz mnie trochę podtuczyć, wszystko jest przepyszne, ale już naprawdę nie upchnę ani okruszka.
– Dobrze, to w takim razie napijemy się herbaty i zabieramy się za prezenty – zarządziła Amelia, sięgając po dzbanek termiczny z herbatą i spoglądając znacząco na męża. – Kochanie, wyjmiesz je dla nas spod choinki?
– Oczywiście, słoneczko – odpowiedział jej z uśmiechem Robert, po czym podniósł się od stołu i schylił się nad choinką. – Już się robi. Najpierw coś dla naszej małej siostrzyczki…
Na kolanach Izy wylądowało pięknie opakowane pudełko, w którym znalazła czapkę i szalik z mięciutkiej włóczki w jej ulubionym pomarańczowo-rudym kolorze.
– Prześliczne! – zawołała, ściskając Amelię, a potem Roberta. – Bardzo wam dziękuję, kochani! Będę je nosić do końca zimy, dobrze będą mi pasować do mojego beżowego płaszcza.
– I do tych twoich ślicznych ocząt – dodała Amelia, otulając siostrę szalikiem i wpatrując się z czułością w jej duże, brązowe oczy, które ożywione ciepłą kolorystyką włóczki rzeczywiście nabrały jeszcze większej wyrazistości i blasku. – Wyglądasz w tym jak Pani Jesień, w takich kolorkach jest ci chyba najbardziej do twarzy. Prawda, Robciu? Zobacz, jak ona ślicznie w tym wygląda… Chciałam kupić ci coś więcej, Izunia, myślałam o nowym płaszczyku, ale bałam się, że nie trafię w twoje gusta, więc…
– Przestań, Melciu – przerwała jej z wyrzutem Iza. – Przecież dopiero się odkuwacie, a mój płaszcz zimowy jest jeszcze całkiem dobry, wiesz, że ja nie niszczę ubrań. Ta czapka i szalik są prześliczne, bardzo wam dziękuję za ten wspaniały prezent. Moje są niestety dużo skromniejsze…
– Najważniejsze, że od serca – zauważył Robert, podając Amelii paczuszkę z jej imieniem i zabierając się za rozpakowywanie swojej.
Roześmiali się oboje, znalazłszy w swoich paczkach takie same skarpetki frotte różniące się tylko kolorem, przy czym na niebieskich skarpetkach Roberta wyszyty był napis Mąż, a na różowych Amelii – Żona.
– Właśnie takie prezenty są najfajniejsze! – śmiała się Amelia, kiedy oboje założyli swoje skarpetki i usiedli jedno obok drugiego na kanapie, wyciągając przed siebie nogi tak, by dobrze było widać oba napisy. – Izunia, ty to masz nosa do takich rzeczy, cudownie to wymyśliłaś! Nie dość, że śliczne, to jeszcze cieplutkie. Będziemy zakładać je sobie regularnie w zimowe wieczory, nie, Robi?
Zakończywszy sprzątanie ze stołu i zmywanie naczyń po wieczerzy, zgasili światło i wszyscy troje usiedli w milczeniu przed choinką jedynie w blasku kolorowych lampek, które migotały im ciepło po twarzach. Robert i Amelia siedzieli na kanapie, wtuleni w siebie jak para zakochanych małolatów, zaś Iza zagłębiła się z przyjemnością w miękki fotel, w którym zazwyczaj siadywała za życia ich matka. Myślała o tym, jak przyjemna i spokojna atmosfera panowała w ich domu, jak wspaniale odpoczywała psychicznie przy siostrze i szwagrze i w ogóle jak dobrze było jej w tej niewielkiej, zaledwie trzyosobowej rodzinie…
„A za jakiś czas rodzinka może się powiększy?” – myślała, zerkając dyskretnie na przytuloną w półmroku parę. – „Zostanę ciocią i będę niańczyć ich przyszłe maluchy, kochać je jak swoje własne… Może tak właśnie ma być? Może to jest moja droga?”
Wpatrzona ukradkiem w kolorowe światełka drgające na twarzy siostry, przypomniała sobie swą dawną, na co dzień już zatartą w pamięci, nieudaną próbę samobójczą. Przed oczy wróciła jej zwłaszcza ta straszna chwila, gdy czuła, jak trująca substancja zaczyna działać w jej organizmie, i dławiący, przenikający ją na wskroś strach i żal z powodu Amelii, którą w tak okrutny sposób zamierzała zostawić samą na świecie.
„To dla niej chciałam wtedy żyć” – myślała z czułością. – „Nie dla siebie, nie dla Misia, tylko dla niej… dla Meli. Wyrwałam się ze szpon śmierci tylko z myślą o niej… I tak będzie dalej! Nawet jeśli już nigdy nie będzie mi dane być szczęśliwą… bo bez niego nie ma dla mnie szczęścia na tym świecie, tak jak dla pana Szczepcia bez Hani… to będę żyła dla Melci, dla Robcia i dla ich przyszłych pociech. To jest moja prawdziwa, jedyna rodzina, tu przecież zawsze znajdę swoje miejsce. Jako kochająca siostra, dobra ciocia i wsparcie w trudnych chwilach. Może taki jest cel mojego życia? W sumie nie taki zły. Nie będę całkiem bezproduktywna, do czegoś im się przydam…”
– Powiedz, Izunia, nadal pracujesz w tym komisie? – zagadnęła Amelia po ponad kwadransie przyjemnie relaksującego milczenia.
– Nie, Melciu – odparła z lekkim zakłopotaniem Iza. – Dziesiątego skończyła mi się umowa… i postanowiłam jej nie przedłużać.
– Nie byłaś zadowolona? – zdziwił się Robert. – Mela mówiła, że cieszyłaś się z tej pracy…
– Niby tak – przyznała wymijająco Iza, widząc zdziwienie również w oczach siostry. – Ale jednak strasznie mało zarabiałam, więc uznałam, że nie ma sensu tego ciągnąć. Od stycznia poszukam czegoś lepiej płatnego.
Choć wcześniej nie zastanawiała się nad tym, czy powinna opowiedzieć Amelii o nieprzyjemnej przygodzie z Marciniakową, teraz w mgnieniu oka postanowiła, że nie będzie jej martwić tą przygnębiającą historią, tym bardziej, sama również chciała uznać ją za rozdział zamknięty.
– Może i słusznie – zgodził się ostrożnie Robert. – Ale tylko pod warunkiem, że masz takie możliwości. W dużym mieście to na pewno wygląda inaczej… U nas nikt nie zrezygnowałby tak łatwo z pracy, jaka by nie była.
– Wiem, Robciu – westchnęła Iza, czując w duszy dyskomfort na myśl o tym, że szwagier mógłby wziąć ją za osobę, która wydziwia i nie szanuje pracy. – Ale zarabiałam naprawdę mało i od Nowego Roku chciałabym to zmienić. Dlatego uznałam, że nie warto uwiązywać się przy słabo płatnej pracy, skoro są inne oferty… nawet niedawno widziałam jedną całkiem ciekawą. Praca w restauracji, mają tam też nocny klub i potrzebują ludzi na różne stanowiska. Gdyby płacili w miarę przyzwoicie, to kto wie? Najpierw można by zacząć dorywczo, a potem spróbować zahaczyć się na stałe, przynajmniej na jakiś czas… Jak wrócę do Lublina, zajrzę tam i zapytam.
– Hmm – mruknął Robert. – Jesteś pewna, że w restauracji byłoby ci dobrze?
– Właśnie, Iza – podchwyciła Amelia, przyglądając jej się z niedowierzaniem. – Przecież ty nie masz żadnego doświadczenia w gastronomii. Tam pewnie przyjmują kucharki, kelnerki, może barmanki… Nigdy takich rzeczy nie robiłaś, musiałabyś się szkolić. W tym komisie pracowałaś przynajmniej w czymś, na czym się znasz…
– To prawda, Melciu – zgodziła się Iza, zdeterminowana bronić tej koncepcji, by nie musieć opowiadać o prawdziwych przyczynach rezygnacji z pracy w komisie. – Ale z drugiej strony ja w sprzedaży już niczego nowego się nie nauczę, a w nowym kontekście mogłabym przynajmniej trochę się rozwinąć w inną stronę. Nigdy nie wiadomo, kiedy to mi się przyda, zawsze lepiej mieć różne rodzaje doświadczenia… Kto wie, może kiedyś otworzycie z Robciem restaurację w Korytkowie? – zażartowała. – A wtedy moje nowe umiejętności byłyby jak znalazł.
Robert i Amelia wymienili znaczące spojrzenia.
– Widzisz, skarbie? – uśmiechnął się Robert. – Może to jest właśnie to? Ona czyta w naszych myślach…
– Restauracja? – pokręciła bez przekonania głową Amelia. – To chyba jednak byłaby zbyt brawurowa inwestycja. Chociaż obiektywnie pomysł nie jest zły…
– O czym wy mówicie? – zdziwiła się Iza. – Ja tylko tak sobie zażartowałam… W jakim sensie czytam w waszych myślach?
Robert i Amelia spojrzeli po sobie i roześmiali się.
– Zaraz wszystko ci wyjaśnimy, kochanie – odpowiedziała łagodnie Amelia. – Z naszej strony to też są takie trochę żarty, chociaż pewnych rzeczy wcale nie wykluczamy na serio. Chodzi o tę łąkę Andrzejczaków, ten dwudziestoarowy kawałek, który przylega do naszej działki, pamiętasz, wspominałam ci…
– No? – podchwyciła skwapliwie Iza, przypominając sobie natychmiast o pobliskiej inwestycji rodziców Michała. – Co z tą łąką?
– Tam właściwie już jest bardziej ugór niż łąka – zauważył Robert. – Ale to bez znaczenia. Andrzejczakowa chce to sprzedać w tym roku.
– Sprzedać łąkę koło nas? – podchwyciła Iza. – Ostatnio chyba duży ruch sprzedaży ziemi zrobił się w tej okolicy…
– A tak, Krzemińscy kupili działkę naprzeciwko i budują ten swój niby hotel – podjęła Amelia. – Łąka Andrzejczaków jest dokładnie naprzeciwko nich i przylega do nas, więc to może być za jakiś czas bardzo strategiczny teren. Powstanie ten hotel, my mamy obok sklep, więc gdyby przekształcić tę łąkę na działkę budowlaną i uzbroić, to może się z niej zrobić całkiem przyzwoita ziemia inwestycyjna.
– Wiadomo, że jeszcze sporo wody upłynie, zanim Korytkowo stanie się popularną miejscowością turystyczną – uśmiechnął się sceptycznie Robert. – Szczerze mówiąc, to ja w ogóle w to nie wierzę, ale z drugiej strony nie można przecież z góry zamykać się na rozwój. Krzemińscy też chyba nie bez powodu budują hotel właśnie tutaj. Andrzejczakowa mówiła, że po skończeniu studiów ma tym zarządzać ich syn… hmm – przerwał sam sobie, zerkając badawczo na Izę.
Amelia również spojrzała na nią spod oka, jednak twarz dziewczyny była kamiennie spokojna, choć w jej duszy szalała burza, a serce tłukło się w piersi jak oszalałe. Więc jej przypuszczenia były słuszne! Michał będzie prowadził biznes w Korytkowie, zaledwie sto metrów od jej rodzinnego domu!
Robert i Amelia zdawali się odetchnąć z ulgą na widok jej obojętnej miny.
– W każdym razie to jest bardzo ciekawa perspektywa – ciągnęła Amelia. – I patrząc długodystansowo, łąka Andrzejczakowej może za jakiś czas podwoić albo i potroić swoją wartość, zwłaszcza po przekształceniu na działkę budowlaną. Można wtedy sprzedać ją z zyskiem jakiemuś inwestorowi albo nawet pomyśleć o własnym biznesie.
– No dobrze – odparła ostrożnie Iza, starając się zachować obojętny ton głosu. – Ale co wy macie do tej działki? Przecież sami nie kupicie dwudziestu arów ziemi…
Amelia i Robert znów wymienili znaczące spojrzenia.
– I właśnie tu jest sedno sprawy – podjęła z uśmiechem Amelia. – Rozważamy taką opcję na poważnie.
– Ale jak to? – zdumiała się Iza. – Taka ziemia musi kosztować kilkadziesiąt tysięcy! Nikomu z nas nigdy nawet nie śniło się o takiej kwocie!
– Dwadzieścia pięć tysięcy – sprecyzował spokojnie Robert. – A gdybyśmy szybko się zdecydowali, to Andrzejczakowa zeszłaby nawet do dwudziestu. To jest duża działka, ale nieuzbrojona, bez pozwolenia na budowę, w obiektywnie słabej lokalizacji, więc w tym momencie nawet nie da się za bardzo wywindować ceny. Chyba żeby zaproponowała ją Krzemińskim, nie ma wątpliwości, że byliby zainteresowani i daliby pewnie każdą cenę… Tyle że ona właśnie nie chce im tego sprzedać, w ogóle nie chce mieć z nimi nic do czynienia. Dlatego przyszła z propozycją do nas, a my obiecaliśmy, że zastanowimy się nad tym i odpowiemy jej do końca lutego.
Iza patrzyła na niego w oszołomieniu.
– Ale dlaczego ona nie chce sprzedać jej Krzemińskim? – zapytała zdezorientowana. – To przecież byłoby najlogiczniejsze…
– Byłoby, ale ona nie chce i już – rozłożył ręce Robert. – Nie wiemy, dlaczego, mają chyba jakiś zadawniony konflikt…To nie nasza sprawa, Iza, nie wypadało nam jej o to wypytywać. Poza tym Andrzejczakowa prosiła o dyskrecję, nie życzy sobie, żeby Krzemińscy w ogóle wiedzieli o tym, że ona sprzedaje tę działkę. Więc jakby co…
– Jasne – pokiwała głową Iza. – Nie puszczę pary z ust przed nikim.
– W każdym razie ona chce w tym półroczu pozbyć się łąki i w pierwszej kolejności przyszła z propozycją do nas – ciągnął Robert. – Wiesz, tak nieoficjalnie i po przyjacielsku. Jeszcze nie wystawiła tej ziemi na sprzedaż, woli poszukać nabywcy na spokojnie i najlepiej wśród ludzi, których zna. Zaczęła od nas, bo łąka przylega do naszego terenu, poza tym wiesz, jak lubiły się z waszą mamą, więc może też i jakiś sentyment tu zadziałał. Trudno powiedzieć, chyba nie ma sensu nawet w to wnikać.
– Ta działka za kilka lat może okazać się naprawdę dobrą inwestycją – dodała Amelia. – Nawet tym Krzemińskim można by ją z czasem odsprzedać, chociaż z drugiej strony może rozsądniej byłoby pomyśleć o jakimś własnym biznesiku? Dlatego tak nas zastanowiła twoja myśl o restauracji… W końcu to będzie dokładnie naprzeciwko dużego hotelu, przy dobrze skonfigurowanej ofercie gastronomicznej można by na tym naprawdę świetnie wyjść.
– Mela, ja cię nie poznaję! – pokręciła z dezaprobatą głową Iza. – Ledwo sklep postawiliście na nogi, a ty już byś restaurację otwierała… Nie wierzę, że w te trzy miesiące, kiedy mnie tu nie było, odkuliście się na tyle, żeby myśleć o nowych biznesach…
– Więc uwierz w to, Iza, bo naprawdę jest coraz lepiej – zapewnił ją Robert, obejmując ramieniem żonę, nieco przygaszoną sceptycznymi słowami siostry. – Od października regularnie zwiększa nam się obrót, więc i dochody idą w górę. Fakt, że może to jest tylko czasowa zwyżka związana z budową u Krzemińskich, bo robotnicy do naszego sklepu mają najbliżej i właściwie wszystko kupują u nas… ale nawet gdyby, to trzeba korzystać z tej koniunktury. Nie mówimy tu o jakimś szaleństwie, a o inwestycji na dłuższy dystans czasowy.
– Ale… dwadzieścia tysięcy? – odparła nieprzekonana Iza. – Przecież to dla was kosmiczna suma! Skąd weźmiecie takie pieniądze?
– Izunia, nie zapominaj, że istnieje coś takiego jak kredyt – zauważyła Amelia. – To oczywiste, że nie mamy teraz takich środków, ale pięć-sześć tysięcy jakoś byśmy znaleźli, a kredyt na piętnaście to nie jest koniec świata ani żaden straszny sznur na szyję. Wiadomo, trzeba by zapłacić jeszcze za to przekształcenie, ale potem taka ziemia mocno zyskałaby na cenie, zwłaszcza w pobliżu tego hotelu. Znasz przecież Krzemińskich, oni jak już za coś się wezmą, to nie żartują. Władowali już mnóstwo kasy w tę budowę, więc na pewno nie zostawią jej w połowie i ten hotel naprawdę tu powstanie. Ziemię i tak ktoś kupi, a potem pewnie im odsprzeda, więc dlaczego nie mielibyśmy to być my? Andrzejczakowa nie chce bawić się w przekształcanie działki, chce się jej pozbyć do połowy roku i życzliwie proponuje sprzedać ją nam. W pierwszym momencie rozumowaliśmy dokładnie tak jak ty, ale po namyśle uznaliśmy, że to wcale nie jest ani głupie, ani nierealne.
– No dobrze – zgodziła się zachowawczo Iza. – Ja w sumie się na tym nie znam. Zaskoczyliście mnie mocno, ale może i macie rację… Muszę to przemyśleć i poukładać sobie w głowie. Oczywiście nie musicie pytać mnie o zdanie – zastrzegła. – I tak wiszę wam kulą u nogi przez te moje studia, szkoda jeszcze, żebym podcinała wam skrzydła w nowych, rozwojowych inwestycjach…
– No co ty opowiadasz, Iza? – obruszyła się Amelia. – Jaką znowu kulą u nogi? Ja nawet się nie spodziewałam, że będziesz potrafiła aż tak oszczędnie gospodarować pieniędzmi i tak świetnie radzić sobie w tym Lublinie sama! Przecież ty z półtora miesiąca jechałaś na tamtym pierwszym tysiaku, a potem chyba tylko raz dosłałam ci pieniądze… My tego w ogóle nie odczuliśmy, ja wręcz czekałam, kiedy zadzwonisz, że ci brakuje, a ty nic… i jeszcze prezenty nam przywiozłaś!
– Od Nowego Roku postaram się zluzować was całkowicie – obiecała uroczyście Iza.
– Przestań, siostra – pokręcił głową Robert. – Mówię ci przecież, że jest coraz lepiej, myślisz, że jechalibyśmy teraz na ten urlop, gdyby nie było na to kasy?
– Ty masz przede wszystkim studia, Iza – przypomniała jej łagodnie Amelia. – O tym myśl w pierwszej kolejności, skup się na nauce, a pieniążkami się nie przejmuj.
– Nie, Melciu – zaprotestowała Iza. – Na studiach idzie mi świetnie, okazały się łatwiejsze, niż myślałam, a moim najważniejszym celem jest teraz samowystarczalność finansowa. Jak tylko wrócę do Lublina, ruszam na poszukiwanie porządnej pracy. Zacznę naprawdę od tej restauracji, bo tam bym miała blisko i wygodnie… a jak nie wyjdzie, to popróbuję gdzie indziej. W każdym razie nie chcę dłużej was obciążać, to już postanowione. I nie odwódźcie mnie od tego – dodała z uśmiechem – a ja w zamian nie będę was odwodzić od tej inwestycji w łąkę Andrzejczakowej. Zresztą to rzeczywiście może nie być głupia sprawa…
– Na razie zostawmy to, Izunia – zadecydowała stanowczo Amelia. – Przekalkulujemy sobie jeszcze wszystko z Robciem, mamy czas do końca lutego, więc zdążymy to przemyśleć na spokojnie. Lepiej opowiedz nam, jak ci się żyje w tym Lublinie – zmieniła temat, posyłając siostrze porozumiewawczy uśmiech. – Opowiadaj nam wszystko w szczegółach, jak tam na uczelni, na stancji… i co to za starszy pan, którym się opiekujesz? Mamy teraz mnóstwo czasu dla siebie, musimy wreszcie porządnie się nagadać!
***
„Nie przyjechał” – myślała smutno Iza, idąc wolnym krokiem wzdłuż polnej drogi prowadzącej w stronę lasu. – „Krzemińscy byli w kościele sami, gdyby był w Korytkowie, poszedłby z nimi, zawsze przecież chodził… Teraz, na dwa dni przed Sylwestrem, już raczej tu nie zajrzy, gdyby miał odwiedzić rodziców, to zrobiłby to w święta. Może zresztą odwiedził ich na jeden dzień i znowu gdzieś pojechał? Nieważne… Na co ja robię sobie nadzieję? Głupia jestem i tyle…”
Ponieważ Amelia i Robert wrócili już ze swojego rekreacyjnego wyjazdu w najznakomitszych humorach i znów w pełni przejęli obsługę sklepu, dając Izie wolne, dziewczyna wybrała się na spacer po bliskich jej sercu miejscach. Choć krótki dzień chylił się już ku końcowi, nie było dużego mrozu, a ostatnie promienie popołudniowego słońca oświetlały ciepło białe połacie pól. Idąc powoli wzdłuż drogi, Iza dotarła na łąkę pod lasem, która dziś pokryta była śniegiem, lecz w jej pamięci wciąż pachniała kolorowymi kwiatami i rozbrzmiewała cichym brzęczeniem owadów…
„Niepotrzebnie tak się nastawiłam” – westchnęła, mijając znajome, na zawsze zapisane w jej sercu miejsce. – „Zawsze kiedy marzę o spotkaniu, nic z tego wychodzi. Jeśli go widuję, to tylko przypadkiem… jak wtedy w Lublinie, kiedy szłam po kawę… i jak kiedyś na schodkach poczty, tutaj w Korytkowie… Ech! Ta łąka… nasza łąka! Jaka ja wtedy byłam nieziemsko szczęśliwa! Aż nie mogę w to uwierzyć, jakby mi się śniło. A jednak to wydarzyło się naprawdę… przeżyłam to… Mój Boże! Czy istnieje jakakolwiek szansa, że to szczęście jeszcze kiedyś wróci?…”
Minąwszy niezapomnianą łąkę, dziewczyna skręciła w zasypaną śniegiem drogę wiodącą wzdłuż lasu na położony w dolinie korytkowski cmentarz. Podczas swojego świątecznego pobytu w domu odwiedziła go już kilka razy, by pomodlić się i pomedytować nad grobem, który znała od lat jako miejsce wiecznego spoczynku ojca, a który dziś krył ciała obojga jej rodziców. Cementowy pomnik, który pani Wodnicka wystawiła na grobie męża w czasach względnej rodzinnej prosperity, zmarniał i skruszył się w wielu miejscach, lecz dzięki dbałości obu córek zawsze był uprzątnięty i przyozdobiony kwiatami – sztucznymi w zimie, świeżymi w pozostałych porach roku.
Iza przystanęła u jego stóp i wśród ciszy, przerywanej tylko odległym krakaniem gawronów i lekkim hałasem wydawanym przez nagie gałęzie drzew kołysane na wietrze, odmówiła w skupieniu modlitwę za zmarłych. Następnie poprawiła z troską przewróconą przez wiatr doniczkę ze sztucznymi chryzantemami w kolorze herbacianym, które kupiły z Amelią jako ozdobę na Zaduszki i które nadal wyglądały ładnie i świeżo, choć leżały tu od końca października, po czym zapatrzyła się, jak to miała w zwyczaju, w niewyraźne podobizny rodziców na porcelanowych, półokrągłych tabliczkach przyklejonych do nagrobka obok informacji z ich nazwiskami.
Piotr Wodnicki – przeczytała po raz tysięczny znajomy od dzieciństwa napis, słabo już czytelny w zapadającym szybko półmroku późnego grudniowego popołudnia. – Żył lat trzydzieści pięć. – A potem drugi napis, wyryty tą samą czcionką, lecz o jedenaście lat świeższy. – Klara Wodnicka. Żyła lat czterdzieści sześć.
„Byliście jeszcze tacy młodzi…” – mówiła smutno w myślach do rodziców. – „Oboje mogliście nadal żyć, jeszcze wiele lat! Jakie to niesprawiedliwe, że musieliście odejść tak wcześnie! Nie mogliście nawet być na ślubie Melci… Gdybyście widzieli, jak ślicznie wyglądała! Gdybyście mogli…”
Przerwała, gdyż za jej plecami rozległo się ciche skrzypienie śniegu. Odwróciła się gwałtownie, zaniepokojona, dopiero teraz uświadamiając sobie, że oto była sama na cmentarzu, który coraz bardziej ogarniał postępujący szybko zmierzch… Serce mocno jej zabiło na widok ciemnej postaci zmierzającej w jej stronę cmentarną alejką, jednak w następnej chwili poczuła ulgę, bowiem zbliżającą się osobą była tylko jakaś przygarbiona kobiecina w długim płaszczu i wełnianej chuście, która zasłaniała jej twarz, najwidoczniej chroniąc ją od mrozu. Iza, która z widzenia kojarzyła wszystkich sąsiadów z Korytkowa, nie znała tej kobiety ani z sylwetki, ani ze sposobu poruszania się, uznała zatem, że musiała to być osoba z innej okolicznej miejscowości. Uspokojona, odwróciła się z powrotem w stronę grobu.
„Kiedyś, jak już będę miała pieniądze, postawię wam tu przynajmniej porządny pomnik” – ciągnęła w myślach. – „Marzy mi się taki z białego marmuru, z czarno-srebrnym, prostym krzyżem i takimi samymi napisami… I jakieś lepsze zdjęcia się zamówi, bo na tych niewiele widać, a przecież w albumie u Melci jest kilka, z których można by wyciągnąć znacznie więcej… Poza tym…”
Znów przerwała myśl, bowiem tuż przy swoim boku usłyszała szelest. Spojrzała szybko w tę stronę. Dwa kroki od niej przystanęła nieznajoma kobieta; jej osłonięta wełnianą chustą twarz tonęła w cieniu, pogłębionym jeszcze dodatkowo przez zapadający zmrok.
– To mama i tata, prawda? – zapytała cicho.
Jej głos, choć przyciszony, wydał się Izie dziwnie znajomy, jakby już gdzieś go kiedyś słyszała… Znów poczuła mocniejsze bicie serca.
– Tak – odparła równie cicho, zerkając ukradkiem na swą rozmówczynię i starając się choć w przybliżeniu określić rysy jej twarzy. – Znała ich pani?
– Nie – pokręciła głową kobieta. – Nie znałam ich za życia… Ale wiem, że to byli dobrzy ludzie. Mama wychowała was na dobre dziewczyny, a teraz czuwa nad wami i bardzo chce, żebyście były szczęśliwe. Obie… ty też.
Zdziwiona tym, że kobieta wie o niej tak dużo, choć ona sama nie ma pojęcia, kto to może być, Iza znów zaniepokoiła się i poczuła się nieswojo.
– Nie znam pani – powiedziała, cofając się o krok. – Ale pani chyba mnie zna… tylko nie wiem, skąd.
– Nieważne – odparła kobieta. – Dobrze, że przychodzisz na ich grób… to się chwali. I modlisz się za ich dusze, prawda?
– Tak – wyszeptała Iza, cofając się o kolejny krok z zamiarem jak najszybszego opuszczenia swej dziwnej rozmówczyni.
– To się chwali, oj, bardzo się chwali! – powtórzyła kobieta, a w jej głosie zabrzmiał nagle rzewny, jakby proszący ton. – Będziesz miała za to nagrodę… za każde dobre słowo, za modlitwę… Będziesz jeszcze bardzo szczęśliwa, zobaczysz…
Serce Izy biło teraz jak dzwon, znów bowiem zdało jej się, że gdzieś już słyszała ten głos. Gorączkowo próbowała odszukać w pamięci, gdzie i kiedy mogła spotkać tę kobietę, lecz nie mogła sobie przypomnieć. Na sto procent to nie był nikt z Korytkowa… więc kto?
– Zapomniałaś już, o co cię prosiłam – ciągnęła kobieta, a jej głos stał się drżący, jakby przepełniony żalem. – A mówiłam, żebyś nie zwlekała…
– Kim pani jest? – wyszeptała wystraszona już teraz nie na żarty Iza. – Niech mi pani powie… czy my się skądś znamy?
Kobieta przysunęła się bliżej i na krótki moment w półmroku zabłysły jej czarne jak węgiel oczy. Iza zbladła, pewna już teraz, że gdzieś je widziała… gdzieś, kiedyś… i to chyba całkiem niedawno…
– Zrób to – powiedziała kobieta cichym, nalegającym głosem. – Zrób to, co miałaś zrobić… zrób to dla mnie… proszę cię, moje dobre dziecko. Zobaczysz, że nie pożałujesz…
Po czym odwróciła się i szybkim krokiem odeszła w głąb długiej alejki. Zaniepokojona do żywego Iza przymknęła na chwilę oczy, żeby mieć pewność, że to jej się nie śniło, a kiedy znów je otworzyła, alejka była całkowicie pusta.
„Pewnie weszła między groby” – pomyślała, czując się coraz bardziej nieswojo. – „Ale jednak… dziwne to. Lepiej będzie, jak sobie stąd pójdę, i to jak najszybciej! Wieczór to nie jest dobra pora na włóczenie się po cmentarzu…”
Odwróciła się i szybkim krokiem, niemal biegiem, podążyła w stronę wyjścia z cmentarza. Uspokoiła się dopiero, kiedy minąwszy ciemniejący coraz bardziej las, znalazła się na drodze wiodącej wśród ośnieżonych pól w stronę zabudowań Korytkowa, wśród których zapalało się stopniowo coraz więcej świateł.
„Skąd ja ją znam?” – zastanawiała się, zwalniając nieco kroku przy pierwszych domach, gdzie czuła się już w pełni bezpiecznie. – „Mam wrażenie, że gdzieś już słyszałam ten głos… I co ona powiedziała? Zrób to, co miałaś zrobić… Ach, przecież to samo mówiła mi tamta!”
Jak w krótkim błysku światła, w jej pamięci mignęła twarz kobiety o wyglądzie cyganki, którą spotkała w Lublinie na ulicy w dniu, w którym oszukała ją Marciniakowa. Co prawda wyglądała inaczej, była dużo młodsza, ale miała podobne oczy… Podobne? A może… te same?
„Nie, nie… to niemożliwe!” – wzdrygnęła się Iza, czując, jak zimny dreszcz przebiega jej po karku. – „Skąd ta sama cyganka wzięłaby się w Korytkowie? To przecież sto kilometrów od Lublina! To byłby zbyt szalony zbieg okoliczności… Musiałaby tu przyjechać specjalnie za mną! Nie, absurd… to tylko ja mam jakieś głupie skojarzenia… A z drugiej strony ona przecież powiedziała mi dokładnie to samo co tamta! Że będę kiedyś bardzo szczęśliwa i że mam coś zrobić… Boże drogi, tylko co? O co jej mogło chodzić? I tamtej też…”
– Iza? – usłyszała kilka kroków przed sobą cichy, również jakby znajomy głos.
Przystanęła jak wryta, z sercem trzepoczącym jej się w piersi jak spłoszony ptak, i rozejrzała się gorączkowo, usiłując ustalić, skąd dobiegł ów głos. Kobiecy głos wzywający ją po imieniu… Nagle z gardła wyrwał jej się zdławiony okrzyk, w tej bowiem chwili od osnutego mrokiem pnia starego drzewa rosnącego przy płocie jednej z posesji oderwała się jakaś ciemna postać i postąpiła szybko w jej stronę.
– Iza, nie bój się – powiedziała uspokajająco. – To tylko ja…
– Chryste Panie! – wyszeptała pobladłymi wargami Iza, rozpoznając wreszcie w półmroku znajomą sylwetkę. – Aga… Ależ się wystraszyłam!
– Przepraszam – odparła cichym, zgaszonym głosem Agnieszka.
Wyszła już całkowicie z cienia i słabe światło padające z okna pobliskiego domu oświetliło mętnie jej twarz i wystające spod czapki kosmyki pięknych, kręconych blond włosów. Tak, to była ona… Agnieszka Kmiecik. Jej najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa… dawna koleżanka z klasy… wieloletnia powiernica jej dziewczęcych marzeń… Osoba, której niegdyś obok matki i siostry ufała najbardziej na świecie, przed którą nie miała żadnych tajemnic… Ta, która najboleśniej ją zraniła i zdradziła bez skrupułów, podstępem odbijając jej Michała…
W obliczu tego niespodziewanego spotkania, które obudziło w jej duszy najgorsze demony z przeszłości, Iza w mgnieniu oka zapomniała o widzianej na cmentarzu kobiecie i jej dziwnych, niepokojących słowach. Pozwoliło jej to w kilka sekund odzyskać pełną równowagę i jasność myślenia. Niemile zdziwiona widokiem dawnej przyjaciółki, przepełniona żywą niechęcią na samą myśl o tym, że będzie musiała z nią rozmawiać, nieco nerwowym gestem poprawiła sobie szalik i przybrała obojętną, chłodną minę.
– Czekałam tutaj na ciebie – ciągnęła Agnieszka wciąż tym samym przygaszonym głosem. – Wczoraj spotkałam Monię, powiedziała mi, że na całe ferie jesteś w Korytkowie… Godzinę temu byłam u was w sklepie, myślałam, że cię tam zastanę, ale Amelia powiedziała mi, że poszłaś na spacer i że pewnie zajrzysz na grób mamy. Więc czekałam tu… widziałam cię z daleka, jak wracasz z cmentarza… i wahałam się, czy cię zaczepić, czy jednak nie odpuścić… Ale jednak chcę z tobą porozmawiać. Już od dawna chciałam, Iza… Bardzo mi na tym zależy.
– Wydaje mi się, że nie mamy już o czym rozmawiać – zauważyła uprzejmie Iza, starając się nie patrzyć na nią, lecz gdzieś w przestrzeń ponad jej ramieniem.
– Wiem, że nadal się na mnie gniewasz – westchnęła Agnieszka, podchodząc bliżej i nieśmiało wyciągając dłoń, którą ostrożnie położyła na jej przedramieniu. – Masz do tego pełne prawo, zrobiłam ci wielkie świństwo… I uwierz… nigdy sobie tego nie wybaczę. Dlatego właśnie tak mi zależy na tym, żeby dzisiaj z tobą porozmawiać. Chcę jeszcze raz przeprosić cię, Iza… prosić cię o wybaczenie.
Na chwilę zapadła cisza, która w połączeniu z mrokiem zimowego wieczoru wywarła na Izie wyjątkowo przygnębiające wrażenie. W jej pamięci na nowo rozbrzmiały straszne słowa Moniki. Jak to, nie słyszałaś, że Michał chodzi z Agnieszką?… Pocieszała go po tym, jak ty go rzuciłaś, i tak to się potoczyło… I jej własne słowa wypowiedziane do Agnieszki przy ich ostatniej kłótni. Złamałaś mi życie! Zabiję się, zobaczysz… A potem tamte straszne dni, gdy w jej duszy dojrzewała decyzja o skróceniu tego nieznośnego cierpienia… i ów wieczór, kiedy zrobiła tamto… to, przed czym Bóg uratował ją w ostatniej chwili, uświadamiając jej, jak wielki ból sprawiłoby to Amelii…
Lecz co doprowadziło ją do tamtej przerażającej decyzji? Nie miała wątpliwości – to od zdrady Agnieszki wszystko się zaczęło! Odejście Michała, choć rozbiło jej duszę w pył, jeszcze jakoś by zniosła, gdyby nie było dziełem jej własnej przyjaciółki… Jakże wtedy potrzebowała kogoś, komu mogłaby się wygadać! I właśnie od niej, od tej jedynej osoby, której mogła się zwierzyć, otrzymała cios sztyletem w plecy!
– Nie musisz mnie przepraszać – powiedziała chłodno, cofając się o krok, by usunąć się z zasięgu jej dłoni. – Zostawmy to tak, jak jest.
– Iza, posłuchaj – głos Agnieszki zadrżał i załamał się. – To nie jest tak, jak myślisz… Zaćmiło mnie wtedy, dopiero potem zrozumiałam, jaka byłam głupia, że wybrałam jego kosztem ciebie. A teraz nie mogę tego unieść… Sumienie mnie zżera, tak strasznie żałuję, że cię zawiodłam! Powiedz… nigdy mi tego nie wybaczysz? – dodała cichutko, spuszczając głowę.
Wyglądała teraz tak żałośnie, że wrażliwe serce Izy na krótką, ulotną chwilę przeniknął cieplejszy promyk… Żal, jaki czuła do Agnieszki, nie zniknął ani nie zmniejszył się przez ponad dwa lata, które minęły od tamtych przykrych wydarzeń, jednak jego forma nieco złagodniała i przybrała bardziej obojętny wyraz, to zaś pozwalało jej reagować dziś bez skrajnych emocji.
– Wybaczyłam ci już – oznajmiła jej spokojnym, neutralnym tonem.
– Wybaczyłaś? – szepnęła Agnieszka, z trudem łapiąc oddech.
– Tak, wybaczyłam – skinęła głową Iza. – Nie lubię nosić w sercu nienawiści. Ale… nie zapomniałam, Aga. Nie zapomniałam tego wszystkiego i nigdy nie zapomnę. Nie chcę już zresztą nigdy więcej rozmawiać na ten temat. Wybacz… muszę wracać do domu.
– Iza… – głos Agnieszki był ledwie dosłyszalny.
W słabym świetle zabłysły łzy, które wypełniły jej oczy, i jedna z nich spłynęła jej powoli po policzku. Iza poczuła, że ściska jej się serce.
– Przestań, Aga… nie płacz – powiedziała łagodniej. – Zapomnijmy już o tym, naprawdę nie ma sensu więcej do tego wracać. Tego i tak już nigdy się nie naprawi, przecież wiesz, że nasza… przyjaźń… – głos zadrżał jej lekko przy tym trudnym słowie – już nie wróci, to jest nie do odbudowania. Wybaczyłam ci to, ale… nic poza tym. Nie chcę już utrzymywać z tobą kontaktu. Sama wiesz, że to… to już nigdy nie byłoby to samo.
– Wiem – pokiwała głową Agnieszka. – Wiem dobrze… A jednak miałam jeszcze trochę nadziei… Znam cię od dziecka i wiem, jakie masz dobre serce, dlatego myślałam, że może… Ale rozumiem cię – szepnęła. – Rozumiem i przepraszam. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że nigdy… do końca życia nie wybaczę sobie, że byłam taka głupia.
Znów zapadła ciężka cisza, w której Iza niemal słyszała szum łez płynących potokiem z oczu dawnej przyjaciółki. Nie czuła jednak ani współczucia, ani złości, ani pogardy dla niej… właściwie nie czuła nic. Gdzieś na dnie jej umysłu kołatała się odległa, niewyraźna myśl, że oto sprawiedliwości stało się zadość i że jeśli Agnieszka cierpi dziś z powodu swej okrutnej zdrady, cierpienie to jest w pełni zasłużone. Myśl ta jednak nie przyniosła jej satysfakcji, a jedynie smutne potwierdzenie, że żadna wina nie pozostaje tak zupełnie bez kary…
– Trzymaj się, Iza – ciągnęła cichym, przerywanym głosem Agnieszka, nieśmiało gładząc ją po ramieniu dłonią w wełnianej rękawiczce. – Niech ci się wiedzie… pod każdym względem… Będę dużo myśleć o tobie i zawsze będę ci życzyć jak najlepiej… Zawsze. Gdybym mogła cofnąć czas…
Głos uwiązł jej w gardle, pokręciła głową i gorączkowym gestem sięgnęła do kieszeni po chusteczkę, w którą otarła zalaną łzami twarz.
– Ty też trzymaj się, Aga – powiedziała łagodnym, spokojnym tonem Iza. – Niech wszystko dobrze ci się układa… Ja też życzę ci jak najlepiej.
Agnieszka pokiwała głową i jeszcze raz przesunąwszy delikatnie dłonią po jej ramieniu, ruszyła w stronę wyjścia z wioski, tą samą drogą prowadzącą w pola i na cmentarz, skąd właśnie wracała Iza. Dziewczyna odwróciła się za nią i popatrzyła na jej skuloną, przygarbioną sylwetkę odcinającą się czernią na jaśniejszym śniegu, po czym z pustką w duszy, ze ściśniętym sercem odeszła w stronę jaśniejących coraz liczniejszymi światłami zabudowań centrum Korytkowa.