Anabella – Rozdział CCXLIX

Anabella – Rozdział CCXLIX

– Mamy już potwierdzone informacje z najważniejszych polskich miast i regionów, które współpracują z Walonią – zameldowała Iza, odkładając telefon i zwracając się do Chloé. – Właśnie rozmawiałam z Katowicami, mają przesłać nam na maila sekretariatu szczegóły i zdjęcia do wyboru. Na jutro możemy to zebrać i przedstawić wstępny raport.

– Znakomicie, Isabelle – odparła z satysfakcją Chloé. – Nie musi być na jutro, dopracujcie to na spokojnie do poniedziałku, ale już z ostateczną selekcją treści, dobrze? A potem trzeba będzie zabrać się za opracowanie graficzne. Za to odpowiedzialna jest komórka z Grivegnée i akurat świetnie się składa, bo dzisiaj po południu u nas będą. Dogadacie się z kimś od nich, żeby wam to zrobił, oczywiście jak już będziecie mieć gotowy komplet danych, zwłaszcza zdjęć. Dobra robota – pochwaliła je. – W poniedziałek czekam w takim razie na raport, chętnie obejrzę, co zebrałyście. A na razie idźcie na przerwę – wymownym gestem wskazała na zegar na ścianie. – Widzimy się punktualnie o czternastej w głównej świetlicy.

– Tak jest – skinęła głową Iza. – Dziękuję.

Po czym schowawszy telefon do kieszeni, uśmiechnęła się porozumiewawczo do Marty, dając jej znak, żeby się zbierała.

– Isabelle! Marthe! – zawołała Emma, machając do nich przez przeszklone drzwi. – Idziecie z nami jeść?

– Chętnie! – odkrzyknęła wesoło Iza. – Poczekajcie chwilę, już biegniemy!

Przez kilka dni, jakie minęły od początku stażu, wykształciła się już mała tradycja wspólnych obiadów z Emmą i Romane w pobliskiej restauracji samoobsługowej, gdzie pracownicy Centrum Kultury jako stali klienci korzystali ze zniżki na posiłki. Choć obie kobiety były od polskich studentek starsze o dobrych parę lat, w trakcie wspólnego pełnienia obowiązków szybko nawiązała się między nimi nić porozumienia, dzięki której z każdym dniem rozmowy przy obiedzie coraz bardziej przesuwały akcent ze spraw czysto zawodowych na teren prywatny.

Iza i Marta były mile zaskoczone zwłaszcza przemianą Romane, która pierwszego dnia sprawiała wrażenie chłodnej i zdystansowanej, zwłaszcza z racji specyficznego stylu ubierania się na czarno i mocnego makijażu kojarzącego się ze środowiskiem subkulturowym, lecz która, kiedy bliżej się poznały, okazała się osobą wprawdzie nieco introwertyczną, ale za to niezwykle sympatyczną i obdarzoną ogromnym poczuciem humoru. Tak czy inaczej wspólna praca i rozmowy podczas przerw skonsolidowały całą czwórkę na tyle, że dziś na obiad do restauracji szły nie z poczucia obowiązku czy z rozpędu, ale w pełnej sztamie, z uśmiechami na ustach i prawdziwą towarzyską przyjemnością.

– Słyszałam, że to Jean-Pierre Magnon nagrał wam ten staż, tak, Isabelle? – zagadnęła Emma, kiedy zasiadły przy stole z tacami z posiłkiem. – Dobrze się znacie?

– Relatywnie – odparła Iza, sięgając po sztućce. – To nie jest jakaś bardzo bliska znajomość, ale widujemy się regularnie. Tutaj, a zwłaszcza w Polsce, kiedy przyjeżdża do nas razem ze swoją rodziną.

– No tak, faktycznie, on ma przecież żonę Polkę – pokiwała głową Emma. – Ja znam go dość powierzchownie, a ją widziałam na własne oczy chyba tylko raz, ale słyszałam od Yvette Delcourt… kojarzysz ją może? Pracuje w placówce w Bressoux, oni wszyscy należą tam do zespołu tanecznego.

– Tak – uśmiechnęła się Iza. – Kojarzę Yvette, rozmawiałam z nią tylko raz, na balu sylwestrowym w zeszłym roku, ale kojarzę jak najbardziej. Rzeczywiście, ona dobrze zna się z Anne i z Jean-Pierrem.

– No widzisz. Więc Yvette opowiadała mi, jak to z nimi było – Emma spojrzała na nią znacząco z rozbawionym wyrazem twarzy. – Jean-Pierre, zanim poznał swoją przyszłą żonę, miał wielkie powodzenie u dziewczyn, podobno była nawet jedna, co kochała się w nim do szaleństwa, a kiedy się ożenił, przez kilka lat nie mogła się po tym pozbierać. Chyba nawet leczyła się na depresję… No, ale to są tylko nieoficjalne informacje – zastrzegła. – Takie tam ploteczki.

– Nie plotkuj, Emma, nie plotkuj! – zaśmiała się Romane. – Bo jak Isabelle przekabluje Jean-Pierre’owi, to dopiero będzie ci łyso!

– Nic nie przekabluję – zapewniła je Iza. – Chyba zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, gdybym miała rozmawiać z nim o takich sprawach. Bardzo go lubię i szanuję, tak samo jak jego żonę, ale nie jesteśmy na takiej stopie znajomości, żebym śmiała schodzić z nimi, a zwłaszcza z nim, na takie osobiste tematy. Pomijając, że to nie jest moja sprawa.

– Poza tym nie mówimy o nim nic złego – zaznaczyła Emma. – Facet jest diabelnie przystojny, więc nic dziwnego, że podoba się kobietom, nie? Ale dla niego nie istnieje żadna poza żoną, Yvette mówiła, że kompletnie stracił dla niej głowę i to go trzyma do dziś. Widziałam ją, piękna kobieta, bardzo elegancka, z klasą… Domyślam się, że pochodzi z tego miasta, gdzie mieszkacie? Jak ono się nazywa?

– Lublin – uśmiechnęła się Iza. – Tak. Anne jest szwagierką jednej z moich bliskich przyjaciółek, jej mąż jest najlepszym przyjacielem mojego szefa i to stąd się znamy.

– Twojego szefa? – zaciekawiła się Romane, przełykając porcję sałatki. – A gdzie pracujesz?

– W restauracji. Ale w innej niż ta – wskazała ręką wokół siebie. – Nasza to klubo-restauracja, czyli w dzień działamy jako zwykła knajpa, a od wieczora jako nocny klub z dyskoteką.

– Tak – potwierdziła Marta. – I od razu wam dopowiem, że Isabelle spędza w tej pracy każdą wolną chwilę, kiedy tylko nie ma zajęć na uczelni.

Iza spojrzała na nią z przekąsem.

– Serio, taka z ciebie pracoholiczka? – zdziwiła się Emma. – Co tam robisz?

– Różne rzeczy – wyjaśniła, upijając łyka wody ze szklanki. – Głównie jestem kelnerką, ale też pomagam szefowi w papierach.

– Nie bądź taka skromna – skrzywiła się Marta. – Ona jest tam oficjalną zastępczynią szefa – wyjaśniła. – Pracuje na pełny etat i żyły sobie wypruwa dla tej knajpy.

Iza uśmiechnęła się tylko z melancholią.

– No to niezła z ciebie bizneswoman – pokiwała z uznaniem głową Emma. – I jeszcze w międzyczasie studia robisz, na staże jeździsz… Czyli czekaj, niech to uporządkuję – dodała, odkładając widelec na talerz i przyglądając jej się z uwagą. – Żona Jean-Pierre’a Magnon to szwagierka twojej przyjaciółki i siostra kogo? Bo już się pogubiłam.

– Siostra najlepszego przyjaciela mojego szefa – powtórzyła cierpliwie Iza.

– Okej… i to stąd się znacie, rozumiem. Mamy tu, jak widać, mocny polski akcent, a to wcale nie pierwszy, o jakim słyszałam. Bo ta koleżanka twojej kuzynki, Romane – mrugnęła do koleżanki – też miała coś do czynienia z Polkami, dobrze pamiętam?

– Aha – skinęła głową Romane. – Ściślej z jedną Polką, która sprzątnęła jej faceta sprzed nosa, a ona została sama z dzieckiem. Nie znam wszystkich szczegółów, a nie za bardzo wypada dopytywać, ale fakt, że akcent polski tam był i to nawet dosyć mocny. Ta twoja Yvette pewnie wiedziałaby więcej, jeśli cię to interesuje, to sama ją zapytaj.

– Yvette? – zdziwiła się Emma. – To ona zna tę dziewczynę?

– Czy ją samą, to nie wiem, ale na bank zna tego faceta. Razem pracowali w Bressoux i mieli nawet robić jakiś wspólny projekt w Polsce, ale przez tę aferę nic z tego nie wyszło.

Iza, która dotąd przysłuchiwała się tej wymianie zdań raczej obojętnie, omal nie zakrztusiła się porcją zielonej fasolki, którą właśnie przełykała.

„O szlag!” – pomyślała zaskoczona. – „Nie mówcie mi, że chodzi o…”

– Ale na czym dokładnie polegała ta afera? – drążyła z ciekawością Emma. – Właśnie słyszałam o jakimś dziecku, które było w to implikowane. Chyba zresztą całkiem niedawno się urodziło?

– Aha, ma dopiero kilka miesięcy, na pewno mniej niż pół roku. Dziewczynka – sprecyzowała Romane. – Z tego, co wiem od Noémie, nie mają kontaktu z jej ojcem, wypiął się na nich kompletnie, sprzedał dom w Liège, zwolnił się z pracy i zniknął bez śladu. Pewnie zgadał się z tą Polką i pojechał do niej, chociaż to oczywiście tylko moje domniemanie… No, ale już wystarczy tych plotek, Emma – machnęła ręką. – Nie widzisz, że dziewczyny się nudzą? Pogadajmy teraz o czymś innym, na przykład o tobie, Marthe – zaproponowała, zwracając się do Marty. – Bo póki co o tobie wiemy najmniej. Ty też gdzieś pracujesz, jednocześnie robiąc studia, tak jak Isabelle?

Korzystając z tego, że Marta podjęła wątek rozmowy, co prawda nieco się plącząc i niekiedy niezbyt fortunnie dobierając słowa, ale mimo to radząc sobie coraz lepiej, Iza mogła przynajmniej częściowo wyłączyć się i zatonąć we własnych myślach.

„Nie ma wątpliwości, że chodziło im o Vica i Gaëlle” – stwierdziła, kończąc ostatnie kęsy obiadu i nieco nerwowym gestem sięgając po szklankę z wodą. – „Mam nadzieję, że do czasu, kiedy tu będziemy, Emma nie zdąży porozmawiać o tym z Yvette… Przecież Yvette o wszystkim wie, przede wszystkim o tym, kim jest ta tajemnicza Polka, za którą rzekomo Victor pojechał, porzucając Gaëlle z dzieckiem… Jak się wyda, że byłam w to wmieszana, będę musiała gęsto się tłumaczyć, że nie jestem wielbłądem. A niech to! Świat jest jednak mały… Swoją drogą plotka potrafi niesamowicie wykrzywić rzeczywistość, one naprawdę myślą, że odbiłam Gaëlle faceta i zabrałam go ze sobą do Polski… pff!” – skrzywiła się. – „Nic bardziej mylnego, ale przecież nie mogę nikogo wyprowadzać z błędu, zwłaszcza że nikt z nich, ani one, ani Yvette, ani nawet Ania i Jean-Pierre nie mają pojęcia, jaki jest dalszy ciąg tej sprawy. I że to nieprawda, że Gaëlle nie ma z Victorem żadnego kontaktu, bo jednak kasę na dziecko jej przelewa… no, chyba że mnie okłamał, co też jest możliwe…”

– Serio? Jeździsz na motocyklu? – podchwyciła Emma, spoglądając na Martę z mieszaniną zdziwienia i uznania. – Ale masz swój własny? Taki profesjonalny? No, no.… ciekawą masz pasję! Pokażesz nam jakieś zdjęcia?

***

„Na szczęście Marta nie zna szczegółów i nie mogła się domyślić, o kogo chodzi” – myślała z ulgą Iza, kiedy we cztery maszerowały już na wyznaczone zebranie w świetlicy Centrum. – „I mam nadzieję, że temat już nie wróci, a póki co nawet ja, dopóki nie padły konkretne imiona, mogę udawać, że się nie zorientowałam. Ale faktem jest, że to mnie już zdążyło nieźle zestresować… Niby sprawa zakończona, ale takie rzeczy niestety ciągną się za człowiekiem i trudno coś na to poradzić. Zwłaszcza że u mnie to nie pierwszy raz, jeszcze gorsze przeboje mam przecież nadal przez tego durnia Miśka.”

Mimo woli wspomniała zapłakaną twarz Aliny na tle szatni kelnerek w Anabelli i serce ścisnęło jej się jeszcze mocniej.

„Ciekawe, czy Ali wyjaśniła z nim te swoje wątpliwości” – przebiegło jej przez głowę. – „Niby nie moja sprawa, ale mimo wszystko szkoda mi jej i jakkolwiek by mnie nie atakowała, nadal z całego serca życzę jej szczęścia. Problem tylko w tym, że sama nie wiem, co dla niej lepsze, zostać z nim, czy się rozstać… znaczy, ja wiem, że to drugie, ale czy ona zdąży to zrozumieć, zanim będzie za późno?”

Zresztą nie tylko to było przyczyną ścisku serca – kontekst ostatniej rozmowy z Aliną przywołał automatyczne wspomnienie tamtego miejsca… i Majka. Majka, który na szczęście szybko zdrowiał z tej nieszczęsnej grypy, o czym zapewniał zarówno on, jak i Lodzia, a od dziś miał na nowo lokal otwierać dla klientów. Większość ekipy była już do dyspozycji, Zuzia całkowicie wyzdrowiała, pozostałe zarażone kelnerki i kucharki miały doleczyć się do końca weekendu, nawet Chudy czuł się trochę lepiej, zatem wszystko obiektywnie wracało do normy. Wraz z otwarciem lokalu do pracy niebawem wróci też księgowa, która pod nieobecność Izy będzie miała więcej pracy niż zwykle… Będzie więc musiała być tam częściej… coraz częściej… Może nawet była dziś, właśnie teraz? Była tam i pomagała Majkowi na nowo uruchomić firmę, powoli ruszyć po przerwie, bo przecież wiadomo, że on jeszcze nie był w pełni sił i potrzebował wszechstronnego wsparcia, nie tylko mentalnego, ale i fizycznego.

Tymczasem to była przecież jej rola! To ona, Iza, była jego oficjalną zastępczynią, to ona powinna być tam teraz i pomagać mu we wszystkim, właśnie teraz, w tej kluczowej chwili! I znowu jej nie było… właśnie wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebował… przynajmniej w teorii. Bo z drugiej strony – bez przesady. On przecież i tak poradzi sobie bez niej, wszak nikt nie jest niezastąpiony, a jeśli dzięki jej nieobecności częściej będzie mógł widywać księgową…

Wzdrygnęła się, aż zimny dreszcz przebiegł jej po karku, ale nie odpychała tej myśli, metodycznie starając się do niej przyzwyczaić, oswoić ją jako coś nieuniknionego. Zazdrość, której nie umiała i nawet nie próbowała opanować, piekła jak rozżarzone żelazo, zwłaszcza w połączeniu z tęsknotą, która wypełniała jej serce po brzegi. Jednak zamiast z nią walczyć, Iza starała się potraktować ją jako ćwiczenie dla komandosa, okazję do nabrania doświadczenia, które przyda się potem bezpośrednio na polu bitwy. Na tym wszak polegała ta walka – na umiejętnym kontrowaniu ciosów, aby nie raniły jej na śmierć, ale również na doskonaleniu gry aktorskiej, by nikt, zwłaszcza on, nie zauważył, że komandos jest w trakcie walki.

Majka ostatni raz na żywo widziała półtora tygodnia temu, a od poniedziałkowej rozmowy na Passerelle Saucy minęły już trzy dni, w trakcie których wymienili zaledwie kilka smsów. Co prawda wczoraj próbował do niej zadzwonić, ale ona, jak na złość, nie mogła wówczas odebrać, on zaś drugi raz już nie dzwonił, tylko wysłał jej smsa, że to nic ważnego i że nie będzie przeszkadzał jej bez powodu. Ona sama też nie oddzwoniła, ani wczoraj, ani dziś, trochę w obawie, by rozmowa znów nie skręciła w tamtą stronę, ale głównie dlatego że czuła, iż potrzebuje więcej czasu, by pokładać sobie myśli w głowie i przywrócić się do względnej równowagi. Niewątpliwie brało się to także z refleksji, jaką snuła na kanwie zeszłotygodniowej spowiedzi u księdza Tomasza, a zwłaszcza tamtych trzech znaczących słów – in fuga salus. Słów niby oczywistych, ale jakże głębokich, kiedy przyłoży się je do własnej sytuacji…

Bo czy już nieraz nie stosowała tej rady w praktyce? Czy nie uciekała od Majka w ciszę i parawan zawodowych spraw, właśnie tak jak teraz, by na uboczu uspokoić burzę myśli i emocji? Wszak wiele razy tak robiła! Uciekała, by potem móc stanąć przed nim z uśmiechem i spokojną twarzą lojalnej przyjaciółki – i dzięki temu dostać kolejny okruszek szczęścia. Nauczyła się już, że gdy przez jakiś czas dystansowała się od niego, on sam przychodził i podstawiał jej swą bujną czuprynę z prośbą o doładowanie energii, a jej życzliwie neutralna postawa budziła w nim tym większe zaufanie. Tak… lecz to była ucieczka tylko pozorna, wręcz do pewnego stopnia wyrachowana, zawsze naznaczona oczywistą wizją powrotu w swoim czasie. W czasie…

Czym jest czas, Iza?

Tymczasem ksiądz Tomasz nie to miał na myśli. Jemu chodziło o prawdziwą ucieczkę, taką radykalną, raz na zawsze, najlepiej bez odwrotu, z paleniem za sobą mostów. Mostów… czy takich jak ta kładka nad Mozą, na której trzy dni temu usłyszała w telefonie wymówione ukochanym głosem imię tamtej i słowa, które nie pozostawiały żadnych wątpliwości?

To się rozwinęło w inną stronę, niż przewidywałem…

Słowa te były oczywistą zapowiedzią owej poważnej rozmowy, którą Majk planował przeprowadzić z nią już w tamten piątek w ramach niedoszłej sesji filozofii księżycowej – rozmowy, w której prawdopodobnie miał zamiar odkryć przed nią karty, ujawnić tożsamość nowej Anabelli, a następnie poprosić ją o przyjacielską opinię i wsparcie. Dopiero teraz, patrząc na to z dystansu, w pełni uświadamiała sobie, czego cudem uniknęła. Łaskawy Bóg pozwolił jej chwilowo przed tym uciec… grypa, którą złapał Majk, dla niego była pechem, ale dla niej szansą… Paradoks, jak zwykle… wszak jego nadzieja od dawna była jej bólem, a jego rozczarowanie i ból jej nadzieją… Tym razem jego choroba stała się dla niej wybawieniem, dzięki temu chwila ciężkiej próby litościwie została odroczona – tak, lecz co dalej? Jak długo jeszcze będzie mogła przed tym uciekać? To była przecież tylko pozorna ucieczka, która nie rozwiązywała sprawy, a tylko przeciągała agonię i wzmagała cierpienie. Ksiądz Tomasz mówił przecież o czymś innym… zupełnie innym…

– Isabelle, co tak się ciągniesz na szarym końcu? – zagadnęła wesoło Emma, odwracając się do niej, bowiem wraz z Romane i Martą zdążyły już wyprzedzić ją o kilka metrów. – Chodź szybciej, już czternasta!

– Przepraszam, zamyśliłam się – odpowiedziała Iza, posłusznie przyśpieszając kroku.

– Oho, już są! – oznajmiła Romane, wskazując na otwarte drzwi świetlicy, z której dobiegał gwar ożywionej rozmowy i śmiechów. – Dziś wyjątkowo ekipa z Grivegnée zameldowała się na posterunku punktualnie!

Emma parsknęła śmiechem i pierwsza weszła do sali, gdzie oprócz Chloé, jej zastępczyni Mélanie i trzech dziewczyn z sąsiedniej sekcji znajdowało się kilka innych, nieznanych im osób, głównie mężczyzn. Nieznanych… aczkolwiek nie do końca, bowiem jeden z nich, stojący tuż przy długim stole konferencyjnym w towarzystwie dwóch innych kolegów, od progu zwrócił uwagę zarówno Izy, jak i Marty. Obie, wychwyciwszy go wzrokiem, natychmiast spojrzały na siebie znacząco, obie bowiem rozpoznały go od razu – nie ulegało wątpliwości, że ubrany w białą, rozpiętą pod szyją koszulę młody mężczyzna o śniadej karnacji i ciemnych włosach był sobotnim wysłańcem Jean-Pierre’a na lotnisko, jego znajomym o imieniu Cédric. Ów także, spojrzawszy na dwie dziewczyny wchodzące do świetlicy w towarzystwie belgijskich koleżanek, od razu wyprostował się w zaalarmowaniu, domyślając się zapewne, kim były. A może raczej z góry to wiedział i spodziewał się je tutaj dzisiaj spotkać? To też było niewykluczone.

– Poznajcie Isabelle i Marthe, nasze nowe koleżanki, stażystki z Polski – zaanonsowała przybyszom Chloé. – Pomagają nam przy wystawie, mają już prawie gotowe do opracowania cyfrowego materiały na temat swojego kraju, trzeba będzie tylko ustalić, z kim z was będą współpracować.

– Mogą ze mną – zgłosił się natychmiast mężczyzna z lotniska, podchodząc do nich z wyciągniętą dłonią i błyskając w uśmiechu zdrowymi, śnieżnobiałymi zębami. – Miło mi was poznać. Cédric Thulion.

– Isabelle Wodnicka – skłoniła się uprzejmie Iza, podając mu rękę.

– Marthe Trzcińska – przedstawiła się Marta.

– Sinska? – powtórzył nieudolnie Cédric. – No nie… tego nie da się wymówić!

Iza i Marta, przyzwyczajone do reakcji Belgów na to trudne nazwisko, roześmiały się, on zaś zawtórował im, rozkładając bezradnie ręce. Nie było jednak czasu na dalszą wymianę zdań, bowiem pozostali obecni również zareagowali śmiechem, po czym po kolei przedstawili się dziewczynom jako Sophie, Martin, Thomas i Jerôme. Jak się okazało, był to zespół informatyków i grafików komputerowych, którzy od lat współpracowali z Centrum Kultury na mocy umowy ramowej zakładającej doraźne wykonywanie zadań zlecanych im tylko w razie potrzeby, a potrzeba taka istniała właśnie teraz w związku z przygotowywaną wystawą.

Kiedy Chloé zarządziła naradę i zespół zajmował miejsca przy stole, Cédric wrócił do Izy i Marty, lokując się na krześle po prawej stronie tej drugiej.

– Nie wiem, czy wiecie, ale w zasadzie powinniśmy się byli poznać już wcześniej – zagadnął do nich wesołym półgłosem. – Tyle że niestety zadanie, które dostałem w sobotę od Jean-Pierre’a, schrzaniłem na całej linii… Wspominał wam o tym, prawda?

– Aha, wspominał – skinęła z rozbawieniem głową Iza. – Słowo-klucz lotnisko, hmm?

– Tak jest! – parsknął śmiechem mężczyzna. – Cholerne lotnisko… Będę musiał się przed wami z tego wytłumaczyć. Ale porozmawiamy o tym później, d’accord? – dodał, widząc, że Chloé gromi go wzrokiem. – Przez to wszystko zapomniałem, że jesteśmy w pracy!

***

– Co za szaleństwo, nie było ani chwili, żeby spokojnie porozmawiać – stwierdził z niezadowoleniem Cédric, kiedy po zakończonej intensywnej pracy nad projektem wystawy, ekipa wyszła ze świetlicy i żegnała się przed rozejściem się do domów. – Bardzo się śpieszycie, dziewczyny? Ja już jestem wolny, wy chyba też, hmm? Może dacie się zaprosić na kawę?

Jako że Iza i Marta chętnie przystały na tę propozycję, cała trójka pożegnała się z resztą kolegów i wkrótce wylądowali kilka ulic dalej w przyjemnej kawiarni, którą Cédric zarekomendował im jako najlepszą w tej dzielnicy.

– Za tę lotniskową wpadkę powinienem teraz codziennie stawiać wam kawę – zauważył, kiedy zajęli miejsca przy stoliku obok wielkiego okna wychodzącego na ulicę. – Już przeprosiłem za to Jean-Pierre’a, na szczęście się nie pogniewał, podszedł do tego z humorem i bardzo się cieszę, że i wy się nie gniewacie. To była moja wina, za późno wyjechałem i przez to spóźniłem się kilkanaście minut na przylot rejsu z Warszawy. Do tego miałem problem ze znalezieniem miejsca na parkingu, w międzyczasie zapomniałem przygotowanej kartki z twoim imieniem, Isabelle, więc musiałem wrócić po nią do auta, a na koniec, jakby tego było mało, w terminalu podszedłem pod niewłaściwe wyjście. Kiedy wreszcie dotarłem, gdzie trzeba, miałem jeszcze nadzieję, że tak szybko nie wypuszczą was z bagażami, ale niestety było już za późno i zdążyłyście mi uciec.

– Nie do końca – odparła Iza, otwierając kartę z menu. – Widziałyśmy cię tam, naszą uwagę zwróciła właśnie ta kartka z moim imieniem.

– Naprawdę? – zdumiał się. – Jak to? I nie zaczepiłyście mnie?

– Nie – pokręciła głową Marta. – Przez chwilę miałyśmy taki zamiar, ale kiedy podeszła do ciebie jakaś dziewczyna i zacząłeś z nią rozmawiać, uznałyśmy, że to jest ta Isabelle z kartki, a nie ona – wskazała na Izę. – I poszłyśmy szukać autobusów.

– Ach! – prychnął śmiechem Cédric. – Faktycznie, tak było, jakaś dziewczyna pytała mnie o kantor na lotnisku… Co za fatalne nieporozumienie!

Roześmiali się wszyscy troje, po czym, wybrawszy kawę, przystąpili do wyjaśnienia szczegółów owego nieporozumienia, płynnie przechodząc również na inne tematy, w tym ten dotyczący ich znajomości z Jean-Pierrem. Jak się okazało, dwudziestodziewięcioletni Cédric pracował z nim w jednej firmie, choć w innym dziale, a dodatkowe intratne zadania zlecane zarówno przez Centrum Kultury, jak i inne niezależne jednostki, wykonywał dzięki jego rekomendacjom, dlatego miał wobec niego niejeden dług wdzięczności.

– Ogólnie rzecz ujmując, Jean-Pierre to mój wielki guru – podsumował. – Zawdzięczam mu co drugi ważny krok w mojej karierze, dlatego kiedy poprosił mnie o odebranie was z lotniska, byłem szczęśliwy, że mogę mu oddać choć tak niewielką przysługę. Problem w tym, że nic z tego nie wyszło – rozłożył ręce. – A teraz, kiedy wreszcie was poznałem, podwójnie żałuję tych kilku straconych dni i jestem wam winien podwójne przeprosiny.

– E, nie przesadzajmy – machnęła ręką Iza. – Nic strasznego się nie stało, bez problemu trafiłyśmy na miejsce autobusem, zresztą wtedy nie wiedziałyśmy nawet, że ktoś będzie czekał na nas na lotnisku. Ty też przecież straciłeś czas w sobotnie popołudnie… To była po prostu standardowa kaskada nieporozumień, jakie często się zdarzają, nie ma się czym przejmować. Opowiedz nam lepiej o sobie coś więcej. Co konkretnie robisz w tej firmie informatycznej?

Rozmowa przy kawie rozwinęła się zatem w przyjemnej atmosferze i w ciągu kolejnych prawie dwóch godzin wszyscy po kolei opowiedzieli w skrócie o sobie najpierw w kontekście formalno-zawodowym, potem zaś w bardziej osobistym, schodząc na temat planów rozwoju w przyszłości, a także swoich hobby i zainteresowań.

– Ja uwielbiam podróże – zaznaczył Cédric. – Mam też kilka innych pasji, ale ta jest u mnie absolutnie na pierwszym miejscu. Tyle że paradoksalnie nie mam kiedy jeździć, zwłaszcza za granicę… Rozwój kariery wymaga poświęceń, a urlop ma się tylko raz w roku, pomijając oczywiście tych kilka wolnych dni na koniec roku czy jakieś drobiazgi okolicznościowe.

Iza uśmiechnęła się delikatnie, mimo woli wyświetlając sobie przed oczami charakterystyczną sylwetkę Majka biegającego pomiędzy stolikami na sali w Anabelli. Człowiek, który przez pierwsze dziesięć lat od założenia firmy praktycznie nie znał słowa „urlop”… Czyżby i ten Belg, który siedział teraz przed nimi, był równie zagorzałym pracoholikiem? Być może. Jednak to nie mógł być taki sam pracoholizm, tak jak i ten facet, choć sympatyczny, nie był ani trochę podobny do Majka. A zresztą… tak właściwie to po co ich porównywała? Chyba tylko po to, żeby na potrzeby swej prywatnej ewidencji po raz kolejny stwierdzić, że Majk był tylko jeden i że – jak dla niej – żaden inny mężczyzna na świecie nie dorastał mu do pięt.

– Natomiast jak już mam kilka dni wolnego, zawsze gdzieś wyjeżdżam – ciągnął Cédric, zerkając na Martę, która na wpół bezwiednie obracała w palcach srebrną łyżeczkę do kawy. – Najchętniej w dalekie, egzotyczne podróże, ale jak jest mało czasu, to nawet gdzieś blisko. W weekendy, a czasem nawet na tygodniu, jak po południu uda mi się wrócić wcześniej z pracy, wybieram się na krótkie przejażdżki gdzieś za miasto, dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt kilometrów od Liège… wszystko jedno, byle gdzieś się wyrwać. Jestem z tych, którzy nie potrafią usiedzieć w domu.

– O, to dopiero teraz widzę, jak bardzo się dzisiaj poświęciłeś – zauważyła żartobliwie Iza.

– Poświęciłem się? – nie zrozumiał Cédric. – W jakim sensie?

– Zapraszając nas na kawę – wyjaśniła. – Jest takie piękne popołudnie, a ty musisz siedzieć z nami w ciasnej kawiarni w samym centrum miasta, zamiast uwolnić duszę gdzieś na łonie natury…

– Ach! – roześmiał się, eksponując swe piękne zęby lśniące śnieżnobiałym blaskiem w śniadej twarzy. – W tym sensie… O nie, Isabelle, zapewniam cię, że to nie jest żadne poświęcenie. Popołudnie na kawie spędzone w towarzystwie tak uroczych towarzyszek jest najwyższym przywilejem, w moim przypadku w dodatku niezasłużonym… choć oczywiście na kolejne, jeśli dostanę taką szansę, postaram się uczciwie zasłużyć – skłonił się najpierw jej, a potem Marcie.

– A dokąd jeździsz za miasto? – zapytała Iza, stoicko ignorując tę uwagę. – Gdzie tu są jakieś fajne miejsca?

– Wszędzie – rozłożył ręce. – Nie mam jakichś konkretnych ulubionych, jadę gdziekolwiek i wszędzie jest super. Wszystko zależy od pogody, od mojego humoru… no i oczywiście od środka lokomocji.

– Czym jeździsz? – zaciekawiła się Marta.

– Różnie. Kiedy mam ochotę połazić sobie na piechotę, jadę samochodem, zostawiam na jakimś parkingu i ruszam na przykład w las albo na przełaj przez łąkę. A kiedy mam większą ochotę na prędkość, biorę motocykl.

Oczy Marty natychmiast rozbłysły.

– Motocykl? – powtórzyła z zapartym tchem, odkładając na stół łyżeczkę i patrząc na niego z podekscytowaniem. – Masz swój własny?

„Oho, zaczyna się!” – pomyślała z rozbawieniem Iza.

– Mhm – uśmiechnął się Cédric. – Mam świetnego starego Harleya, uwielbiam na nim jeździć, chociaż, jak mówiłem, rzadko mam okazję wybrać się na taką naprawdę porządną przejażdżkę. Ale sprzęt jest genialny, z najwyższej półki, kiedyś na rynku to była absolutna pierwsza liga. To spadek po wujku – wyjaśnił. – Wuj Patrick był zapalonym motocyklistą, pasjonatem.

– Patrick – szepnęła Marta, a jej rozpromieniona twarz natychmiast okryła się chmurą.

– Tak, to był najstarszy brat mojego ojca, już nie żyje. Motocykl był jego oczkiem w głowie, traktował go jak swoje dziecko, bo prawdziwych nie miał… Odziedziczyłem po nim sprzęt, ponieważ byłem jedyną osobą w rodzinie, która umiała i chciała na tym jeździć, zresztą musiałem mu przysiąc, że nie sprzedam go, tylko faktycznie będę go używał. Wuj zaufał mi i zapisał mi swój skarb, a ja na razie z przyjemnością dotrzymuję obietnicy i jeżdżę na nim, kiedy tylko się da. Ale skąd to pytanie? – spojrzał na nią zdziwiony. – Interesujesz się motocyklami?

Marta pokiwała głową, jednak widać było, że znacząca zbieżność imion przywołała przykre wspomnienia i zepsuła jej humor. Iza uznała zatem, że powinna pośpieszyć z pomocą.

– I to jak! – podchwyciła żywo. – Marthe jest pasjonatką motocykli, w tamtym roku kupiła sobie własny i uwielbia na nim jeździć.

– O! – zdziwił się jeszcze bardziej Cédric, przyglądając się Marcie z uznaniem. – Co ja słyszę? Naprawdę trafiłem na znawczynię rynku motocyklowego?

– Na znawczynię rynku to może nie – sprostowała skromnie Marta. – Ale na pasjonatkę owszem. Rzeczywiście mam własny motocykl, jak chcesz, mogę nawet pokazać ci go na zdjęciach – sięgnęła po swój telefon. – Tyle że niestety od paru miesięcy musiał stać w garażu, bo mieliśmy w Polsce ostrą zimę z ogromnymi opadami śniegu… i zresztą przez jakiś czas nawet nie miałam ochoty na nim jeździć – skrzywiła się. – Ale nie ukrywam, że już coraz bardziej za tym tęsknię.

– Pokaż te zdjęcia! – zażądał Cédric. – Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę na własne oczy!

Przysiadł się bliżej do Marty i oboje pochylili się nad ekranem telefonu, zagłębiając się w dyskusję na temat modelu motocykla, który posiadała. Następnie mężczyzna również wyjął swój telefon i pokazał jej zdjęcia własnego Harleya, który, jak zauważyła Iza, oczarował Martę bez reszty. Co prawda nie znała ona wielu specjalistycznych słów francuskich związanych z tym obszarem, jednak Cédric pomagał jej w wysłowieniu się, ucząc ją szczegółów technicznych, które Marta chłonęła z zapałem.

„Zupełnie jak kiedyś ja i Vic” – pomyślała z nutą melancholii Iza, przyglądając im się spod oka znad karty z menu, którą udawała, że przegląda, by im nie przeszkadzać. – „Najlepszy sposób na naukę języka… o ile oczywiście na tym to się skończy.”

Telefon, który miała w kieszeni, zawibrował na znak przychodzącej wiadomości tekstowej. Wyjęła go i zerknęła na powiadomienie – sms był od Magdaleny.

Iza, dramat, Asia dostała kosztorys na dalsze leczenie Karolinki w USA. Potrzebne będzie pół miliona dolarów, to jest prawie dwa miliony złotych! Jesteśmy przerażeni, trzeba szybko szukać wszelkiej pomocy, gdzie tylko się da, również w Lublinie. Kiedy mogłabym do Ciebie zadzwonić? Pozdrawiam, Madi.

Tekst opatrzony był ikonkami smutku i przestrachu, widać było, że był pisany w silnych emocjach.

„No tak, jeszcze to” – pomyślała ponuro Iza, odpisując, że jest na spotkaniu, ale oddzwoni, kiedy tylko będzie wolna. – „Dwa miliony… jasne!”

– No to słuchaj – podsumował Cédric, zwracając się do Marty. – Chyba nie ma opcji, żebyśmy nie wybrali się razem na jakąś wycieczkę motocyklem, hmm? Na przykład w tę sobotę. Co ty na to?

– No, nie wiem – zawahała się Marta. – Nie planowałam tego, nie mam tu kombinezonu, kasku ani nic… Poza tym tak sama, to chyba raczej nie… Isabelle? – zagadnęła niepewnie przyjaciółkę. – Pojechałabyś z nami?

Iza, która nie śledziła ich rozmowy, odpisując Magdalenie, podniosła głowę znad telefonu i spojrzała na nią pytająco.

– Dokąd?

– Na wycieczkę motocyklową – wyjaśniła Marta. – Chociaż czekaj… – spojrzała przytomnie na Cédrica. – To odpada, przecież we trójkę nie zmieścimy się na jednym motocyklu.

– We trójkę nie – zgodził się spokojnie mężczyzna. – Ale w czwórkę to już jak najbardziej.

– Jak to w czwórkę? – zdziwiła się Marta.

– Mam kumpla, który też ma motocykl, namówię go, żeby pojechał z nami i zabrał Isabelle. Kombinezony i kaski to też nie problem, można je wypożyczyć, nawet wiem gdzie.

– Naprawdę? – ucieszyła się Marta.

Cédric pokiwał głową, błyskając zębami w porozumiewawczym uśmiechu.

– Wykluczone, ja nigdzie nie jadę – oznajmiła stanowczo Iza. – Przecież wiesz, Marthe, że boję się jazdy na motocyklu, tyle razy ci to mówiłam. Za nic w świecie mnie na to nie naciągniecie, nie ma takiej opcji.

– No i niestety – rozłożyła ręce Marta, spoglądając znacząco na Cédrica. – Jak Isabelle mówi, że nie, to nie, z nią w tym punkcie faktycznie nie ma negocjacji.

– Ale ty mogłabyś pojechać – zauważył. – Pokazałbym ci kilka fajnych miejsc, a przede wszystkim zobaczyłabyś, jakie mój motocykl ma osiągi.

Marta pokręciła głową bez przekonania.

– Wolałabym nie – odparła ostrożnie.

– Ale w czym problem? – wzruszył ramionami. – Nie masz się czego bać, ze mną będziesz bezpieczna.

– Wolałabym nie – powtórzyła, tym razem bardziej stanowczo Marta. – Albo z Isabelle, albo wcale, a skoro ona nie chce, to znaczy, że wcale.

– Okej – wycofał się natychmiast Cédric. – Rozumiem doskonale i nie naciskam, ale pamiętaj, że gdybyś zmieniła zdanie, sprawa jest otwarta. To co, dziewczyny? – dodał, widząc, że kelner zmierza do ich stolika z pytającym wyrazem twarzy. – Bierzemy coś jeszcze, czy zbieramy się? Może jakieś ciastko, hmm? Albo filiżankę gorącej czekolady?

***

– Dzięki za telefon, Izunia – powiedziała Magdalena, kiedy Iza zadzwoniła do niej, korzystając z tego, że Marta była pod prysznicem. – I przepraszam, że dokuczam ci, kiedy jesteś na wyjeździe, ale to jest pilna sprawa, musimy się szybko zorganizować, a bez ciebie i Majka cała akcja może się nie udać. Wiesz, co mam na myśli, prawda? To, o czym sama mi mówiłaś ostatnim razem.

– Domyślam się – odparła Iza. – Chodzi o akcję zbierania kasy u nas w knajpie, taką jak w grudniu. Oczywiście, tak jak obiecałam, pogadam o tym z Majkiem, myślę, że nie będzie przeszkód i zrobimy, co się da, ale i tak współczuję wam, bo tym razem te koszty są naprawdę zaporowe. Dwa miliony… to przecież jakiś kosmos!

– Dla mnie kwota po prostu niewyobrażalna – westchnęła Madi. – Dla Asi i Tomka tym bardziej, zwłaszcza że już raz prosili o pomoc dla Karolki, więc z góry wiadomo, że tym razem będzie o wiele trudniej. Jeśli chodzi o rodzinę, znajomych i przyjaciół, kto miał coś dać, to już dał, teraz będą musieli liczyć tylko na hojność obcych ludzi. Asia płakała do słuchawki, kiedy mi to opowiadała, jest załamana tą wyceną, ale z drugiej strony mają z Tomkiem powody do optymizmu, bo lekarze dają małej całkiem spore szanse.

– O! – ucieszyła się Iza. – Czyli jest realna nadzieja, że się uda?

– Tak, na szczęście, jest światełko w tunelu i to całkiem jasne. Okazało się, że jeden z lekarzy z zespołu, który ją diagnozował, miał niedawno bardzo podobny przypadek, wręcz zaskakująco podobny. To był chłopiec, dwa lata młodszy od Karolinki, zestaw jednostek chorobowych ten sam, mnóstwo objawów się zgadzało, a najważniejsze, że był poddany takiej właśnie operacji i leki, które mu podano, świetnie zadziałały. Owszem, w jego diagnozie względem diagnozy Karolki były pewne rozbieżności, które, jak przyjdzie co do czego, mogą okazać się kluczowe, wiadomo, że każdy organizm jest inny… ale jak by na to nie spojrzeć, nadzieja jest ogromna, o wiele większa i bardziej realna, niż mogło się wydawać wcześniej.

– To super – pokiwała głową Iza. – I chyba to jest najważniejsze, pieniądze to przecież tylko pieniądze… Po prostu musicie ich szukać, gdzie tylko się da. Na kiedy macie je mieć?

– No właśnie, o tym jeszcze nie powiedziałam, a to jest bardzo ważne – podjęła Magdalena. – Operacja mogłaby się odbyć pod koniec maja, ewentualnie w czerwcu, tyle że już teraz trzeba by zarezerwować termin, bo jak nie, to potem przeciągnie się aż do września. Przy tym pierwszym terminie Asia i Tomek musieliby wpłacić pieniądze do połowy maja.

– Krótki czas – zauważyła ponuro Iza. – Tylko dwa miesiące.

– Tak, ale jest jeszcze coś. Klinika interesuje się przypadkiem Karolki pod kątem naukowym, dlatego chce pójść Asi i Tomkowi na rękę i zgodziła się na dwie transze. Na początek mogą wpłacić trzysta tysięcy dolarów, czyli trochę ponad połowę, a resztę w drugiej racie już po operacji. Kwotowo trzysta tysięcy to nadal kosmiczna suma, na złotówki jakieś milion sto, poza tym to będzie wymagało dodatkowych umów, prawników i tak dalej, co podniesie koszty, ale zawsze jest to jakaś ulga. Zresztą co zrobić? Nie ma innego wyjścia, Asia i Tomek są zdecydowani walczyć, muszą przecież próbować ratować dziecko.

– Zdecydowanie – zgodziła się Iza. – Jeśli jest szansa medyczna, nie można odpuścić z powodów finansowych, trzeba zrobić wszystko, żeby jakoś zebrać tę kasę. Dla indywidualnego człowieka wpłacić dziesięć czy dwadzieścia złotych to nie jest wielki problem, a ziarnko do ziarnka… Czyli co planują? Zrobią pewnie jakąś nową zbiórkę w Internecie?

– Mhm, Tomek już założył – oznajmiła Magdalena. – Ale wiesz, jak to jest w Internecie, potrzebujących osób są tysiące, a nagłośnienie sprawy na większą skalę też nie jest łatwe. Dlatego zależy nam na takiej akcji, jaką w grudniu zrobiliście w Anabelli, wtedy to był jeden z największych zastrzyków pieniędzy, jaki wpłynął na konto Karolki. Oczywiście na przelewach nie było informacji, że to od was, ale mówi o tym sam fakt, że wtedy przyszło dużo wpłat z Lublina, w tym niektóre naprawdę wysokie. Jak dla mnie nie ma żadnych wątpliwości, że to były pieniądze od waszych klientów, a oni przecież nie wpłaciliby tak masowo na leczenie jakiejś przypadkowej dziewczynki, gdybyście wy nie zaangażowali w to własnego autorytetu. Zwłaszcza Majk, bo to on, jako szef tej genialnej knajpy, ma tam najsilniejszą pozycję.

– To prawda – uśmiechnęła się z dumą i wzruszeniem Iza. – Ma pozycję i szacunek ludzi, faktem jest, że jedno jego słowo może zdziałać o wiele więcej niż tysiąc anonimowych apeli w Internecie… Dobrze, Madi, rozumiem – podsumowała spokojnie. – Mam pogadać z nim o zorganizowaniu takiej akcji, tak? Kiedy mielibyśmy to zrobić? Chyba jak najszybciej?

– Jak najszybciej – przyznała Magdalena. – Oczywiście na tyle, na ile się da, ale wiadomo, że im szybciej, tym lepiej. Chcemy przede wszystkim uruchomić sprawdzone ścieżki i zebrać choć część sumy, a w międzyczasie zastanawiać się, skąd wytrzasnąć resztę. Właśnie dlatego odważyłam się zawrócić ci głowę, chociaż wiem, że nie ma cię teraz w Polsce – dodała ze skruchą. – Przepraszam, Izunia… po prostu do Majka nie śmiem zwrócić się bezpośrednio, za słabo jeszcze go znam, dlatego mogę to zrobić tylko za twoim pośrednictwem.

– Jasne, Madi – odparła ciepło Iza. – Dziś albo jutro zadzwonię do niego i poproszę o tę przysługę, tylko musisz mi podać więcej szczegółów. Chyba najbardziej przydałyby się takie ulotki jak wtedy, z wszelkimi informacjami i numerem konta.

– Tak, tak, ulotki z nowym zdjęciem Karolki już są w druku, jutro powinniśmy je mieć. Ile wam ich wysłać? I na jaki adres?

– Ustalę to z Majkiem i powiem ci, dobrze? Sądzę, że nie ma co się śpieszyć, lepiej poczekać na taką okazję jak w grudniu, mianowicie na Dzień Francuski. Organizujemy go zawsze w przedostatnią sobotę miesiąca i wtedy przychodzi do nas nie tylko studenteria, ale też dużo starszych klientów, a im kasy nie brakuje. I myślę, że to powinna być nasza główna grupa docelowa.

– Aha, dobrze – ucieszyła się Magdalena. – Zdaję się na twoje zdanie, ty najlepiej wiesz, jak to zrobić… dziękuję ci z całego serca, Izunia, naprawdę. Jak tylko będę miała okazję, żeby w jakikolwiek sposób ci się odwdzięczyć, to bądź pewna, że zrobię to z radością. Nigdy nie zapomnę tej życzliwości, jaka spotkała mnie z twojej strony, i to od samiutkiego początku… A powiedz – dodała ciszej. – Dowiedziałaś się może czegoś nowego o Bastku? Mówiłaś ostatnio, że spodziewasz się, że niedługo się do ciebie odezwie. I co? Odezwał się?

– Mhm, tak – potwierdziła Iza, której natychmiast przed oczami wyświetliła się wizja breloczka z dinozaurem i lekki dreszcz przeszedł jej po plecach. – Mam się z nim spotkać w pierwszą niedzielę kwietnia, zaraz po powrocie z Belgii. Zapytałam go o zdrowie, napisał mi tylko, że nie jest źle, a w każdym razie nie gorzej niż wcześniej. Więc rozumiem, że sytuacja jest stabilna, chociaż szczegółów nie znam.

– To dobrze – odparła cicho Magdalena. – Dziękuję ci, Iza, myślę, że nawet bez tych szczegółów to jest i tak dobra wiadomość. Zakładam, że gdyby było gorzej, nie ukrywałby tego przed tobą, to mnie trochę uspokaja… bo wiesz? – jeszcze bardziej zniżyła głos. – On mi się śnił ostatnio i to nie był dobry sen. Oczywiście staram się nie wierzyć w sny i inne przesądy, ale tym razem to było tak realne, że do tej pory nie mogę o tym zapomnieć.

– A co ci się śniło? – zapytała ostrożnie Iza, nie mogąc powstrzymać ciekawości, choć jednocześnie podskórnie bała się tego, co zaraz może usłyszeć. – O ile oczywiście mogę cię o to zapytać.

– Pewnie, że możesz – zapewniła ją Magdalena. – Wręcz bardzo chętnie ci o tym powiem, w sumie chciałabym, żebyś potwierdziła mi kilka szczegółów. Może to było tylko senne wyobrażenie, projekcja mojego przeciążonego umysłu, ale wydaje mi się… wydaje mi się, że widziałam go w tym śnie takiego, jaki jest teraz. W sensie wyglądu – doprecyzowała. – A jeśli to, co widziałam, jest zgodne z rzeczywistością, to Boże drogi… w takim razie w tym, co mówiłaś mi wcześniej o nim jako o wraku człowieka, nie ma ani ziarna przesady.

– Tak – pokiwała smętnie głową Iza. – Ja już trochę się przyzwyczaiłam do jego nowego wyglądu, ale faktem jest, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam go we wrześniu, byłam wstrząśnięta. I to nawet biorąc pod uwagę to, że już wcześniej widać było po nim objawy choroby – zaznaczyła. – Wcześniej, czyli przed tym kryzysem w maju, kiedy stracił przytomność i trafił do szpitala. Już wtedy było widać, że coś złego się w jego organizmie dzieje, ale jednak to nie była taka skala… A skoro ty pamiętasz go tylko z czasów, kiedy był zdrowy, to już w ogóle nie ma porównania.

– No właśnie – westchnęła Magdalena. – Biedny Basti… Ale jak już przy tym jesteśmy, to opiszę ci ten mój sen, dobrze? Nie podpowiadaj mi nic, nie sugeruj, tylko na koniec powiedz mi, co się zgadza, a co nie, hmm?

– Okej.

– Śniło mi się, że widzę go na łóżku w jakimś szpitalu. Był otoczony aparaturą medyczną podobną do tej, na której pracuję i z której obsługi cały czas się szkolę, więc zakładam, że to mogła być zwykła interferencja snu i rzeczywistości, w tym akurat nie ma nic szczególnego. Ale widziałam go w tym śnie tak wyraźnie, Iza… Właściwie to ledwo go poznałam, chociaż z góry wiedziałam, że to on. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to że wyglądał jak staruszek… jakby miał o dwadzieścia lat więcej, niż naprawdę ma. Miał strasznie bladą cerę, taką wręcz ziemistoszarą, a do tego bardzo mocno podkrążone oczy, na ciemnosino, dosłownie jak miś panda. No i włosy… kiedyś miał takie piękne, mocne i błyszczące, a teraz jakby ktoś mu je sprał i przepuścił przez magiel, trudno mi to ująć inaczej. W każdym razie stracił ich dużo, zwłaszcza na czubku głowy, a te, które mu zostały, były jakieś takie… czy ja wiem?… jakby matowe i wyblaknięte, miałam wrażenie, że też są na granicy wypadnięcia.

„Wszystko się zgadza” – pomyślała ze ściśniętym sercem Iza, porównując ten opis do rzeczywistego wyglądu Krawczyka. – „Dosłownie wszystko, w najmniejszych szczegółach.”

– No, a do tego koszmarnie schudł – ciągnęła smutno Magdalena. – To też mnie przeraziło w tym śnie, normalnie skóra i kości, aż zmieniły mu się od tego rysy twarzy. Tylko głos mu się nie zmienił… głos, sposób mówienia i mimika, po tym najłatwiej było go poznać. Ale i tak wyglądał strasznie, aż mi się płakać chciało.

– Rozmawiałaś z nim w tym śnie? – zapytała Iza.

– Tak, chociaż właściwie to nie tyle rozmawiałam, co on mówił do mnie, ale niewiele z tego zapamiętałam. Tylko tyle, że to nie była przyjemna rozmowa, o coś miał do mnie pretensje… w sumie to nawet domyślam się o co… ale niestety konkretnych słów nie pamiętam, raczej tylko dźwięk jego głosu i miny, jakie robił. Ewidentnie był na mnie zły – podsumowała smutno. – Ale to w końcu tylko sen i emocje z wyobraźni, tłumaczę sobie, że nie ma sensu zawracać sobie tym głowy. Chcę cię tylko zapytać o ten jego wygląd. Czy on wtedy, kiedy był w szpitalu, wyglądał już tak źle?

– Myślę, że tak – odparła z zastanowieniem Iza. – Co prawda nie widziałam go w tamtym czasie, dopiero później, kiedy był już w domu, ale zakładam, że od momentu, kiedy wyszedł ze szpitala, wiele się nie zmieniło. Tak czy inaczej to, w jaki sposób go opisujesz, pasuje do jego wyglądu idealnie.

– O! – zdziwiła się Magdalena. – Naprawdę?

– Tak. Nie pamiętam już, czy wtedy, jesienią, opisywałam ci jego wygląd, chyba częściowo tak, ale raczej nie omawiałam go w aż takich szczegółach, bardziej skupiałam się na stanie jego zdrowia i tych atakach, które miał na początku. Więc niewykluczone, że w tym śnie twoja wyobraźnia wyprodukowała obraz bardzo zbliżony do rzeczywistego… Mnie to zresztą nawet jakoś bardzo nie dziwi, takie rzeczy czasem się zdarzają – dodała lekko, choć serce wciąż ściskało jej się na myśl o kolejnej metafizycznej nucie w tym wątku. – Tak czy inaczej wyobrażam sobie, jak przykre to musiało zrobić na tobie wrażenie.

Drzwi od łazienki kłapnęły cicho i na progu pokoju pojawiła się owinięta w ręcznik Marta. Widząc, że Iza rozmawia przez telefon, machnęła ręką na znak, żeby sobie nie przeszkadzała, i zniknęła, udając się do kuchni, skąd chwilę potem dobiegł przyciszony szczęk naczyń.

– I tak, i nie – odparła cicho Magdalena. – Nie wiem, jak to powiedzieć, żeby wyrazić, co czułam… Z jednej strony to był smutny sen, emocjonalnie trudny, ale z drugiej cieszyłam się, że go widzę, wiesz? To było takie realne, jakbym naprawdę spotkała go na żywo po tylu latach… Było mi go strasznie szkoda, a jednocześnie naprawdę cieszyłam się z tego spotkania, nawet wiedząc, że jest na mnie zły. W takich chwilach przeszłość wraca, nie da się jej wykasować, a co ciekawe, wracają głównie te dobre rzeczy… No, ale nieważne – przerwała sama sobie. – Innym razem o tym pogadamy, najlepiej na żywo, dzisiaj to tylko taka mała dygresja, może zresztą zupełnie niepotrzebna. Przepraszam, Izunia, że tak cię trzymam przy telefonie – dodała ze skruchą. – Na pewno jesteś zajęta, a ja przecież miałam zadzwonić tylko po to, żeby powiedzieć ci o Karolince i za twoim pośrednictwem poprosić o pomoc Majka. Dziękuję ci bardzo, że zgodziłaś się z nim pogadać.

– Nie ma sprawy, Madi, pogadam z nim w najbliższych dniach i dam ci znać – obiecała jeszcze raz Iza. – A ty w tym czasie skołuj te ulotki, dobrze? Natomiast co do rozmowy o snach i o… o panu Sebastianie – zawahała się – to nie będę rozwijać tematu, ale chcę, żebyś wiedziała, że rozumiem cię. Zwłaszcza rozumiem to, co przed chwilą powiedziałaś o tych sprzecznych emocjach, bo ja też znam taki stan. Kiedyś może trafi się okazja, żeby o tym porozmawiać, ale masz rację, że to musi być rozmowa na żywo.

– Tak… Bardzo ci dziękuję za te słowa – szepnęła Madi, a jej głos lekko się załamał. – Tym bardziej że na ten temat mogę porozmawiać tylko i wyłącznie z tobą. Ale wystarczy, uciekam już i nie przeszkadzam ci dłużej. Trzymaj się i bądźmy w kontakcie. Dam ci znać smsem, jak będę mieć te ulotki.

„Rozumiem cię milion razy lepiej, niż sądzisz” – pomyślała Iza po zakończeniu połączenia. – „Koktajl bólu i szczęścia to napój, który znam doskonale… pytanie tylko, kiedy okaże się trucizną.”

Otworzyła listę ostatnich rozmów telefonicznych i wyszukała numer Majka. Był już na niej dość nisko, jako że ostatnio rozmawiali w poniedziałek, dziś byłby więc dobry czas, żeby do niego zadzwonić. Zwłaszcza że miała pretekst.

„Ale nie przy Martusi” – pomyślała stanowczo, podnosząc się i chowając telefon do kieszeni. – „Wyjdę na spacer i pogadamy w plenerze, tutaj nie da się rozmawiać komfortowo.”

Rzeczywiście, ciągła obecność Marty, choć belgijska integracja w jednym pokoju miała wiele zalet, pod tym jednym względem była uciążliwa. Iza nie lubiła rozmawiać przez telefon przy innych, nie czuła się wtedy swobodnie i był to jeden z powodów, dla którego od wczoraj odwlekała kontakt z Majkiem. Nie chciała rozmawiać z nim przy Marcie, musieć przez to ważyć słowa, a potem narażać się na jakieś głupie komentarze, które tylko będą ją ranić, ona zaś będzie musiała udawać w trybie komandosa, że je bagatelizuje. Po co jej to? Już i tak, kiedy były we dwie na niedzielnym obiedzie u państwa Magnon, Marta dużo nasłuchała się o Majku i na podstawie słów Ani i Jean-Pierre’a zauważyła, że jej zażyłość z nim przekraczała zwykłą relację zawodową. Po co więc wzmacniać to wrażenie zbyt częstymi telefonami? Żeby potem musieć się przed nią tłumaczyć? Tłumaczyć się i dla własnego bezpieczeństwa wyrzekać czegoś, co przepełniało jej serce, a czego nie mogła odkryć przed nikim… Po co samej sobie fundować kolejną psychiczną torturę, skoro już i tak miała ich wystarczająco?

– O, idziesz na spacer? – zagadnęła wciąż zawinięta w ręcznik Marta, wyglądając z kuchni. – Wiesz co? Może ja bym dzisiaj przeszła się z tobą? Poczekasz na mnie pięć minut? Ubiorę się tylko, przeczeszę włosy i zaraz będę gotowa. Jakoś wyjątkowo mam dzisiaj ochotę na wieczorną przechadzkę.

– Jasne, Martusiu – odparła z rezygnacją Iza. – Nie śpiesz się, poczekam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *