Anabella – Rozdział CCXV
Klientela Anabelli, która pomimo późnej pory pozostała do końca imprezy, świetnie bawiła się na parkiecie przy ostatnich utworach zamykających styczniowy Dzień Francuski. Szczególne zainteresowanie i rozbawienie budził widok spoconego jak mysz szefa lokalu, który, zgodnie z zapowiedzią, niezmordowanie obracał w tańcu kolejne pracownice ze swojego zespołu, co stało się okazją do przedstawienia publiczności również tych, których nikt nie znał, ponieważ pracowały na zapleczu. Chodziło oczywiście o kucharki, które, nieprzyzwyczajone do takich praktyk, a do tego ubrane w niezbyt reprezentacyjne ubrania, bardzo niechętnie dały się wyciągnąć z kuchni, jednak przywitane gromkim aplauzem, ze śmiechem pozwoliły po kolei zaprosić się na parkiet.
Zasadą przyjętą przez szefa była mniej więcej minuta tańca na partnerkę, co pomagali mu wyliczyć ubawieni tym wyzwaniem stali klienci, a nad płynną wymianą koleżanek czuwali Chudy i Tymek, z których pierwszy w odpowiednim momencie sprowadzał z parkietu jedną, podczas gdy drugi wprowadzał nań kolejną. Śmiechu było przy tym co niemiara, zwłaszcza gdy Majk w sobie właściwy, błyskotliwy sposób przedstawiał kolejne osoby z ekipy, do tego wielki ubaw budziło jego rosnące zmęczenie, które po ponad dwóch godzinach intensywnego tanecznego szaleństwa stawało się coraz bardziej widoczne.
Iza cierpliwie czekała na swoją kolej na skraju parkietu. Raz tylko nawiązawszy kontakt wzrokowy z Majkiem, nie śledziła jego tańca, lecz patrzyła w podłogę, starając się uspokoić emocje. Rozmowa z Tomem kosztowała ją mimo wszystko sporo nerwów, a teraz, z każdą upływającą minutą, dodatkowo narastały w niej wyrzuty sumienia, czy na pewno dobrze zrobiła, wygarniając mu wprost, co myślała o Darii. Bo jakie miała prawo się wtrącać? Zwłaszcza że Tom wcale nie prosił jej o rozmowę, to ona sama ją sprowokowała. A wszystko przez te rozedrgane nerwy i psychiczną sinusoidę, jaka była jej udziałem od tylu tygodni… Raz w górę, raz w dół, czasem aż do oporu… i to bez łez!
Prawdą było bowiem, że od czasu traumatycznej rozmowy z Lodzią o balu w Nałęczowie nie umiała płakać, jakby coś się w niej zablokowało. Owszem, kilka razy zbierało jej się na płacz, ale zawsze działo się to w okolicznościach, kiedy nie mogła pozwolić sobie na łzy, natomiast kiedy wreszcie zostawała sama, nie umiała już ich z siebie wydusić. Może to dlatego chodziła taka podminowana? Brak łez i brak dotyku Majka, tej jedynej w swoim rodzaju niezobowiązującej, przyjacielskiej czułości, od której była chyba równie poważnie uzależniona jak on sam…
– A teraz Wiktoria, nasza niezrównana barmanka! – rozległ się wesoły głos Majka na tle ściszonej na chwilę przez Antka muzyki. – Wiecie, jak ją nazywam? Królową wszystkich drinków! Poproszę o brawa dla naszej mistrzyni baru! Zapraszam, Wika!
Roześmiana Wiktoria, wypchnięta przez koleżanki na środek i przejęta przez Tymka, została następnie przekazana w ręce szefa wśród ogłuszającego aplauzu gości, zwłaszcza stałych bywalców, którzy od dawna znali ją, cenili i darzyli wielką sympatią. Muzyka znów huknęła głośniej i biała koszula Majka zamigotała przed oczami Izy, która, pomimo wzbierającego w sercu smutku, nie mogła nie uśmiechnąć się na widok wirującej ze śmiechem w szybkim tańcu koleżanki. Po chwili dwie kolejne białe koszule z przypiętymi kotylionami pojawiły się w migoczącym świetle w zasięgu jej wzroku i odciągnęły jej uwagę od tańczących – to Chudy i Tym stanęli nieopodal, skanując czujnym wzrokiem tłum, a ich miny, wcześniej rozbawione, teraz dziwnie spoważniały. Iza natychmiast dostrzegła tę zmianę i już miała do nich podejść, by zapytać, czy wszystko w porządku, lecz właśnie w tym momencie do dwóch białych plam dołączyła trzecia, największa, czyli Tom.
„Kurczę, naprawdę przegięłam” – pomyślała, cofając się do drugiej linii osób stojących przy parkiecie, by Tom, który przystanął kilka kroków dalej z jeszcze bardziej poważną miną niż koledzy, nie zauważył jej w tłumie. – „Jemu chodziło tylko o taniec dyskotekowy, chciał mnie poprosić o kilka wskazówek, a ja wyjechałam mu bez sensu z kazaniem na temat Darii… i jeszcze przy okazji zdemaskowałam Beti… a niech to, ale żenada! Kiedy ja się wreszcie oduczę wpieprzania się w najbardziej delikatne sprawy innych ludzi? I to tym razem nawet bez pytania!”
Utwór skończył się wśród wesołego wycia tłumu i oklasków, Majk ukłonił się roześmianej Wiktorii i odgarnął sobie z czoła spocone włosy, po czym przybił piątkę z jednym ze znajomych klientów, którzy wcześniej tańczyli tuż obok.
– Majk, usiądź sobie wreszcie, bo zemdlejesz! – zaśmiał się ów na widok jego zaczerwienionej twarzy, po której spływały kropelki potu. – Ledwo żyjesz, chłopie! Albo chociaż napij się wody!
Jak na zawołanie szereg obserwujących taniec kelnerek, które stały po drugiej stronie parkietu, poruszył się i dziewczyny, niczym królika z kapelusza, wyciągnęły zza pleców najwyraźniej przygotowaną już wcześniej butelkę mocno gazowanej wody mineralnej. Tłum zareagował gromką owacją, na tle której wydelegowana przez koleżanki Klaudia podeszła do szefa, podając mu wodę do ręki.
– Nooo! To jest dopiero obsługa! – wołali goście. – Widzieliście? W myślach czytają! Majk, ale ty masz te dziewczyny! Pierwsza liga!
– A co! – zaśmiał się Majk, który, podziękowawszy Klaudii, zdążył już odkręcić butelkę i wychylić połowę jej zawartości. – Zazdrośćcie, frajerzy! Antek, poczekaj moment! – rzucił w stronę konsoli. – Tylko się napiję!
W kilku łykach dokończył wodę i z uśmiechem przekazał pustą butelkę czekającej obok Klaudii, a w drugą rękę wziął mikrofon, z którym od dobrej półgodziny asystowała mu przy parkiecie Zuzia. Iza, która dopiero teraz zwróciła na uwagę na dziewczynę, tuż za jej plecami dostrzegła śniadą twarz „cygana” Maćka.
„Oho” – przemknęło jej przez głowę. – „Młody czuwa i nie odpuszcza…”
– Proszę państwa – rozległ się głos Majka – został nam już tylko jeden utwór na zakończenie imprezy, a mnie została jeszcze tylko jedna, ostatnia partnerka. Ostatnia, ale za to nie byle jaka, bo jest nią gospodyni Dnia Francuskiego… – zawiesił głos, kierując mikrofon w stronę publiczności.
– Iza!!! – wrzasnął tłum, a roześmiane koleżanki, które nagle nie wiadomo skąd znalazły się tuż przy niej, wypchnęły ją na parkiet, nim sama zdążyła ruszyć palcem.
Gromka i długa owacja, jaką została powitana, wzmogła się, gdy Majk, ukłoniwszy się jej szarmancko, wyciągnął do niej rękę z rytualnymi słowami wypowiedzianymi zadziwiająco czystą w jego ustach francuszczyzną:
– Isabelle, pourriez-vous me faire l’honneur de danser avec moi ?[*]
Mrużąc oczy od oślepiającego światła skierowanego prosto na nią reflektora, Iza podziękowała wszystkim uśmiechem za te huczne oznaki aprobaty i sympatii, po czym odkłoniła się uprzejmie Majkowi i podała mu dłoń, jak zwykle nieco zażenowana faktem, że cała uwaga tłumu skupia się na jej osobie. W tym momencie na szczęście punktowy reflektor zgasł, a wraz z pierwszymi taktami muzyki znów rozmigotały się trójkolorowe światełka dyskotekowe. Tłum znów wrzasnął radośnie i wszyscy wrócili na parkiet, zagłębiając się w nastrojowy taniec przy powolnym, nastrojowym utworze, którego Iza ku swemu zaskoczeniu nie słyszała chyba jeszcze nigdy w życiu.
„Kto to śpiewa?” – dziwiła się, pozwalając Majkowi prowadzić się za rękę w głąb parkietu pomiędzy formujące się pary. – „Skąd Antek to wytrzasnął? Na ostatni utwór powinien był dać coś bardziej znanego…”
Jednak myśl ta szybko rozmyła się i przestała mieć znaczenie, bowiem w tym momencie Majk, dotarłszy na przeciwległy kraniec parkietu, przyciągnął ją do siebie i ogarnął ramionami, wprowadzając ją łagodnie w rytm muzyki. Znajomy do bólu zapach wody kolońskiej i jego rozgrzanego ciała uderzył ją rozkoszną, zmysłową falą… Był ten sam co zawsze, jedyny w swoim rodzaju, lecz dziś o wiele silniejszy i tak zniewalający, że przed jej oczami zawirowały jak szalone czerwone drobinki światła, zmuszając do odruchowego przymknięcia powiek. Aby zachować równowagę, przylgnęła policzkiem do piersi Majka i poddała się w całości jego gestom, świadoma tego, że gdyby teraz zluźnił uścisk ramion, wypadłaby mu z nich bezwładnie i jak kłoda runęłaby na podłogę.
„O Boże…” – przesnuła się jej przez głowę na wpół omdlała myśl. – „Michasiu…”
Zmysłowe wrażenie, czy raczej piorunująca wiązka wrażeń, jakie wywoływał jego zapach i bijące od niego ciepło, były nie do opanowania, tak silne, że niemal paraliżujące. Czy był to końcowy efekt niemal dwóch godzin tańca, jaki szef lokalu zaliczył dziś na parkiecie z dziesiątkami dziewczyn, przechwytując i wchłaniając w siebie płynące z ich ciał namiętne wibracje? Jeśli tak, to teraz, w tym ostatnim tańcu, nieświadomie oddawał je właśnie jej, nie mając pojęcia, jaki wywoływały skutek… To był przecież tylko przypadek, ale za to jaki! Miała tańczyć dziś z szefem jako pierwsza z ekipy, lecz, zagadawszy się w składziku z Tomem, wylądowała z nim na parkiecie jako ostatnia, to zaś w jakiś metafizyczny sposób wywołało owo szalone, zmysłowe sprzężenie zwrotne.
Czuła teraz, jak przez każdą komórkę jej ciała przenika płynąca z rozgrzanego ciała Majka kosmiczna energia, która pruła przez jej żyły jak rakieta, wywołując znajomy, przyćmiewający rozum ból zmysłowego pragnienia. Emanująca zapachem wody kolońskiej wilgoć jego przepoconej koszuli, do której tuliła policzek, jeszcze bardziej potęgowała ten efekt, dosłownie zbijając ją z nóg… Wiedziona już nie rozumem, ale naturalnym kobiecym instynktem, rozszalałym do granic wytrzymałości w ciągu zaledwie minuty, przylgnęła całym ciałem do jego ciała, w tanecznych ruchach przy powolnym utworze kamuflując narastającą w sobie rozkosz. On, najwidoczniej rozpalony kontaktem z licznymi partnerkami, które obracał dziś na parkiecie, a przez to mimowolnie ignorujący kolejne milimetry konwencjonalnych granic, w ułamku sekundy odpowiedział na jej gest, przygarniając ją do siebie jeszcze mocniej – tak mocno, że ledwo mogła oddychać. Teraz między ich ciałami nie było już ani mikrometra luzu… dzieliły ich tylko ubrania… I właśnie tak było dobrze… dobrze, cudownie… najcudowniej!
Światła migały pod zamkniętymi powiekami Izy na biało, czerwono i niebiesko, muzyka nadawała ciału leniwy, powolny rytm, a rozkoszny ból, który odczuwała już kilkakrotnie przy fizycznym kontakcie z Majkiem, narastał i przyćmiewał zmysły, zbliżał się do kulminacji… jak w tamtym szalonym, zmysłowym śnie, jaki przyśnił jej się kilka tygodni temu w Korytkowie.
„O Boże…” – powtarzała bezwiednie w urywkach wirujących myśli. – „Michasiu… promyczku… ja zaraz oszaleję…”
Utwór trwał już (albo dopiero) jakieś półtorej minuty, ona zaś, wtulona w Majka całym ciałem, drżąc w jego ramionach jak osika, czuła się jak ziejący ogniem wulkan, który nagle i bez ostrzeżenia obudził się i nieuchronnie zbliżał się do eksplozji. Zimna ryba? Kto nazwał ją zimną rybą? Gdyby Kacper zobaczył ją teraz… gdyby wiedział, jaka lawa płynęła teraz w jej żyłach… A Majk? On przecież nie mógł się domyślić. Dla niego była dziś tylko kolejną partnerką do tańca, „jeszcze jedną, ostatnią” formalnością zamykającą tę imprezę… To, że tulił ją do siebie tak mocno, nic nie znaczyło, po prostu robił to z rozpędu, płomienny żar, który od niego buchał, wynikał jedynie z naturalnego przegrzania w tańcu, a sposób, w jaki z nią tańczył, był tylko podświadomą reakcją na jej własne gesty, zapewne zbyt mocne, zbyt ociekające zmysłowością… zbyt transparentne… A może to była tylko jej wyobraźnia?
Nie mógł się domyślić. To byłaby katastrofa! Musiała to przerwać, za wszelką cenę włączyć tryb komandosa i przerwać to szaleństwo! Wrócić do pełnej poprawności tańca, który zresztą pewnie za chwilę się skończy. Już i tak przesadziła, już i tak ciężko będzie wybrnąć z tego z twarzą!
A jednak nie umiała… Omdlewającymi resztkami świadomości pomyślała, że gdyby teraz Majk zażądał od niej więcej… tego więcej, którego tak pragnęła… to ona nie potrafiłaby stawić mu najmniejszego oporu. Ba, z radością podchwyciłaby inicjatywę i kto wie?… może nawet sama przejęłaby dowodzenie? Choćby miało się to stać tu i teraz… na tym parkiecie albo w kącie za konsolą Antka… na oczach wszystkich…
„O czym ty myślisz, wariatko!” – huknął na nią z głębin duszy głos rozsądku. – „Ciebie chyba już kompletnie porąbało!”
Ta auto-reprymenda na szczęście podziałała na nią trzeźwiąco. Choć jej ciało wtulone ze wszystkich sił w ciało Majka wciąż płonęło jak pochodnia, do jej mózgu dotarł wreszcie pierwszy impuls samozachowawczy, przywracając jej świadomość sytuacji. To była przecież sala Anabelli, parkiet pełen klientów, którzy wraz z nią i Majkiem wykonywali właśnie ostatni taniec imprezy. Za chwilę muzyka się urwie, zapalą się światła i wszystko będzie widać, zwłaszcza on może to zobaczyć! Dziewczyny z ekipy zresztą też… a może już coś dostrzegły? Nie mogła na to pozwolić, musiała się bronić. Tylko jak?
Aby ochłodzić zmysły, ze wszystkich sił skupiła uwagę na płynącym z głośników, nieznanym jej utworze, starając się wychwycić sens francuskich słów. O czym śpiewał ten facet? Miał całkiem przyjemny głos…
Tu es ma femme, je suis à toi… Je te donne tout ce que je suis… Mes mains, mon regard et ma voix… Mes jours et mes nuits…[**]
„Ach!…” – jęknęła z bólem jej dusza.
Ni stąd, ni zowąd, jak w wirującym kalejdoskopie, przed jej oczami z pełną wyrazistością przewinęły się na nowo wszystkie sceny, które od wielu tygodni dręczyły ją niczym piekielne tortury. Sylwetka Natalii w bordowej sukni wieczorowej, a potem w tej drugiej, srebrzysto-białej… jej twarz wychylająca się spod kaptura czarnego płaszcza obszytego eleganckim szarym futerkiem… Jej piękne paznokcie pociągnięte luksusowym, opalizującym lakierem… jej dłoń na przedramieniu Majka i ich postacie skąpane w błękitnym świetle reflektorów na imieninach Lodzi… pochylone nad telefonem w kadrze szklanych drzwi na Koncertowej…
Tu es ma femme, tu es la plus belle…
Kto, do diabła, wybrał ten utwór?! Antek powinien oberwać za to po uszach, dlaczego puścił go w takim momencie, na sam koniec, bez konsultacji z nią?! I co za cholerny pech, że to coś trafiło się akurat jej, że musiała zatańczyć dziś z Majkiem właśnie przy tej piosence! Płynące z głośników słowa były takie znaczące… lecz przecież, gdyby to on je wymówił, nie byłyby przeznaczone dla niej… Ta świadomość była jak cios nożem prosto w serce. Nie dla niej – dla tamtej! I to nie ona, lecz tamta, sa future femme[***], powinna dziś tańczyć z nim ten szalony zmysłowy taniec. Ona nie miała do tego moralnego prawa! Wykorzystując tę sytuację, zachowywała się jak uzurpatorka… Powinna natychmiast przestać!
Tylko jak? Jak z tym walczyć? Jak wyzbyć się kradzionych okruszków szczęścia i być wyłącznie jego lojalną, zaufaną przyjaciółką? Jak to zrobić, kiedy w sercu i ciele czuła taki ogień? Tak bardzo go kochała! Tak niesamowicie pragnęła… Przy żadnym innym mężczyźnie nigdy wcześniej nawet w jednym procencie nie czuła się tak bardzo kobietą… A tymczasem musiała tę kobietę w sobie uśpić i na wieki pozostać komandosem! Pieprzonym komandosem-zombie, tragikomiczną postacią z kretyńskim uśmiechem przyklejonym do twarzy, gdy dusza skręca się z bólu… Księżycowa dusza. Jak długo jeszcze będzie się musiała formatować, zanim to przestanie tak okropnie boleć?
Słowa płynące z głośników nie były przeznaczone dla niej. Niby nic takiego, bo co mógł ją obchodzić jakiś przypadkowy francuski utwór z Antkowej playlisty? A jednak to tak strasznie raniło… kłuło w sam środek serca… Majk pewnie i tak tych słów nie rozumiał, prawdopodobnie nawet nie zwracał na nie uwagi… lecz co z tego? Wystarczało, że ona je rozumiała. Ona – jego godna zaufania przyjaciółka. Zapasowa dostarczycielka niezobowiązującej czułości. Krótkoterminowy produkt zastępczy. Niewidzialna królowa zaplecza! Nie-wi-dzial-na, jak by to wyskandował swym irytującym tonem Krawczyk.
Nagle łzy, te hamowane łzy, które dusiła w sobie od wielu dni i nocy, łzy, które dotąd w chwilach samotności za nic w świecie nie pozwalały się uwolnić, wezbrały w niej jak fontanna i wypełniły oczy. Ach, znowu to samo! W najgorszym możliwym momencie! Jak zwykle… Tym razem jednak nie miała szans nad tym zapanować, skumulowana reakcja na ów niespodziewany słowno-muzyczny impuls była zbyt silna, by mogła cokolwiek z tym zrobić, miała na to zresztą zbyt mało czasu. Łzy przepełniły jej oczy i popłynęły wartkim strumieniem, jeszcze bardziej mocząc koszulę Majka, a całym jej ciałem, nim zdążyła w jakikolwiek sposób temu przeciwdziałać, wstrząsnął gwałtowny, niemożliwy do zatrzymania w piersi szloch.
Zaskoczony Majk natychmiast zluzował uścisk ramion, ona jednak nie mogła czekać ani sekundy dłużej. Musiała uciekać, nim skończy się ta muzyka i zapali się światło! Co prawda domyśliła się, że Antek zmiksował tę piosenkę, trwała już bowiem podejrzanie długo, ale i tak mogła się skończyć dosłownie w każdej chwili. A wtedy wszyscy zobaczą te łzy… Nie mogła do tego dopuścić! Wystarczy już, że on to zauważył, nie mogła pozwolić, by zauważyli również inni!
Tu es ma femme, tu es la plus douce…
Gorączkowym gestem wyplątała się z ramion Majka i prześlignąwszy się w ciemnościach między przytulonymi, tańczącymi powoli parami, szybkim krokiem przemknęła na zaplecze. Bar, choć mocno oświetlony, na szczęście był pusty, bowiem wszystkie barmanki były na parkiecie, pusta była również kuchnia, dzięki czemu nie ryzykowała, że ktoś ją zobaczy. Wiedziała, że robi źle, że stawia Majka w niezręcznej sytuacji, zostawiając go na parkiecie samego w chwili zamknięcia Dnia Francuskiego, ale to było już nie do uratowania – po kilku tygodniach duszenia w sobie emocji musiała w końcu pozwolić im wybuchnąć. Wreszcie porządnie się wypłakać. Tu i teraz, natychmiast! Inaczej chyba umrze…
Chwiejnym krokiem, ledwo widząc na oczy drogę, dobiegła do gabinetu i nie zapalając światła, opadła na kozetkę, kryjąc rozpaloną twarz w stosie leżących na niej, równo poskładanych świeżych obrusów. Łzy płynęły teraz jeszcze obficiej, podwojone świadomością katastrofy, przed którą już nie było ucieczki. A niech to… Komandos tym razem nie wytrzymał… tym razem nawet jak na niego to było zbyt wiele… Ta chwila musiała kiedyś przyjść, tylko dlaczego akurat dzisiaj?… teraz?… I jak ona teraz się z tego wykaraska? Jak wytłumaczy przed Majkiem tę chwilę słabości, która w połączeniu z tym, co wyprawiała w tańcu, mogła ją kosztować zbyt wiele?
Swoją drogą nie powinna ryczeć w te obrusy, były świeże, prosto z pralni, wykrochmalone i wyprasowane, smarkanie w nie i zalewanie ich łzami to naprawdę nie był dobry pomysł. Walcząc zatem rozpaczliwie z własną wolą, z trudem podniosła głowę znad obrusów i ukryła twarz w dłoniach, starając się uspokoić szarpiący piersi szloch. Niestety, nie przynosiło to efektu, z każdą sekundą było wręcz odwrotnie – szloch się wzmagał, odcinając oddech, a łzy przepływały przez palce, ściekając jej za mankiety lub skapując w poły kelnerskiego fartuszka.
Świadomość, że i tak było za późno, bo sceny, jaką zrobiła, już nie da się ukryć, przerażała ją teraz i rozżalała jeszcze bardziej niż pierwotny ból płynący z zazdrości i niespełnionych nadziei. Z tym ostatnim bowiem i tak musiała jakoś się pogodzić, po części może nawet już była pogodzona, proces walki ze sobą trwał i jak dotąd był pasmem sukcesów, o ile oczywiście sukcesem można nazwać niepokazywanie po sobie cierpienia i duszenie go w sobie. Ale to, że dziś tak łatwo i niespodziewanie się odkryła, było nie do wybaczenia! Po tej scenie Majk przecież mógł się wszystkiego domyślić, a jeśli domyśli się i straci do niej zaufanie, to będzie koniec! Marny koniec ich pięknej, jedynej takiej na świecie przyjaźni… Bo jeśli on, nie chcąc jej ranić, celowo zacznie się od niej dystansować, jak robił to w przypadku wielu innych zakochanych w nim dziewczyn… jeśli z litości dla niej wycofa się ze wszystkiego, co tak bardzo kochała, i już nigdy więcej nie pozwoli jej pogłaskać się po włosach… jeśli „dla jej dobra” odbierze jej na zawsze okruszki szczęścia…
Mijały kolejne minuty, a ona pomimo rozpaczliwych wysiłków nie potrafiła się uspokoić. Majk nie poszedł za nią do gabinetu, nie szukał jej, co zresztą było normalne, przecież musiał odpowiedzialnie zostać na sali i dokonać oficjalnego zamknięcia imprezy. Pewnie nieźle się tam gimnastykował, żeby zatuszować przed publiką jej nagłe i bezsensowne zniknięcie… Postawiła go w takiej idiotycznej sytuacji! Po czymś takim, nawet jeśli będzie się starał tego po sobie nie pokazać, już na zawsze zachowa do niej zasłużony żal… a jeśli do tego domyśli się tajemnicy jej serca… jeśli już jej się domyślił… Może to dlatego tutaj nie przychodzi? Może nie chce jej widzieć? Albo może po prostu zastanawia się, co z tym fantem zrobić… Boże, jaki wstyd! Jaka potworna, wielopoziomowa katastrofa!
Ogarnęło ją pragnienie naprawienia tego jak najszybciej, natychmiastowego powrotu do stanu sprzed kilkunastu minut, kiedy jeszcze wszystko było po staremu. Ach, cofnąć to, unieważnić, a jeśli to się nie uda, to przynajmniej za wszelką cenę złagodzić tego skutki! Tylko jak? Jak? Gdyby chociaż umiała opanować te łzy, przestać się już mazać, uspokoić oddech… jakimś sposobem wrócić do trybu komandosa, który co prawda dziś okazał się beznadziejnym mięczakiem, ale niech przynajmniej postara się obronić to, co jeszcze mu zostało.
„Uspokój się!” – nakazywała sobie surowo raz po raz, ze wszystkich sił walcząc o zatrzymanie wciąż płynących strumieniem łez. – „Nie teraz, rozumiesz? Potem! Jak zostaniesz sama! Nie teraz, słyszysz?… nie teraz!…”
Skutek jednak wciąż był przeciwny do zamierzonego, jakby zbuntowana księżycowa dusza tym razem postanowiła stanąć okoniem i bez względu na konsekwencje odreagować wielotygodniową emocjonalną poniewierkę.
Hałas na korytarzu zaplecza i zbliżające się głosy ścisnęły jej serce niepokojem, wręcz trwogą, zwłaszcza że w jednym z nich wyraźnie rozpoznała głos Majka.
– Dobra, to weź go i jutro meldujecie się obaj na jedenastą, pościągacie dekoracje. Dzisiaj już je zostawcie, ogarnijcie tylko po wierzchu i zmiatajcie na chatę, ja wszystko pozamykam.
Odgłos nieubłaganie zbliżających się kroków wywołał taki chaos w głowie Izy, że aż zaszumiało jej w uszach. On zaraz tu wejdzie… zapali światło… będzie musiała się wytłumaczyć… Tylko jak? Jak?
Kroki zwolniły przed samymi drzwiami i ucichły, jakby przybysz zawahał się, czy na pewno wejść do środka. Dopiero po kilku sekundach rozległ się delikatny szmer uchylanych drzwi i jaśniejsza smuga światła omiotła pomieszczenie, przedostając się również odrobinę przez zamknięte powieki Izy, przeciekając jej przez palce, bowiem wciąż siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach. Drzwi zamknęły się z leciutkim szczękiem i znów zapadła ciemność, słychać było tylko cichy szmer ostrożnie zbliżających się kroków, które zatrzymały się tuż przy niej.
– Iza? – w przyciszonym tonie Majka brzmiał niepokój.
Dźwięk jego głosu z jednej strony otrzeźwił dziewczynę, z drugiej zaś jeszcze bardziej ją rozżalił. Zrozpaczona, z poczuciem bycia zagonioną w kozi róg, nerwowym gestem oderwała dłonie od twarzy i podniosła na niego oczy, ledwo widząc zarys jego sylwetki w słabej pomarańczowej poświacie wpadającej z ulicy przez okienko pod sufitem. Nie podchodził bliżej, po prostu przed nią stał. Czy to znaczyło, że już wszystkiego się domyślił?
– Szefie, ja… – wydukała przez łzy. – Przepraszam…
Słowa te, wypowiedziane żałosnym, pełnym skruchy głosikiem, stały się z kolei impulsem dla niego – natychmiast usiadł przy niej na kozetce i objąwszy ją obydwoma ramionami, przytulił do siebie niemal tak samo mocno jak kilkanaście minut temu w tańcu. Ku jego uldze i radości pozwoliła mu na to, ufnie opierając spłakany policzek na jego piersi – jak zawsze! A więc chyba jednak niepotrzebnie się bał… chyba wszystko było w porządku… Bogu dzięki. Mimo to musiał mieć pewność.
– Izula, co się stało? – zapytał łagodnie z ustami przy jej skroni. – Powiedz mi… to przeze mnie?
– Nie… nie – zaprotestowała cichutko, kręcąc głową, przez co wyraźnie poczuł, jak przez materiał koszuli przecieka ciepła wilgoć jej łez. – Przepraszam, Michasiu… ja…
Nie wiedziała, jak ma wyjaśnić swoje zachowanie, jaką linię obrony przyjąć, w jaki możliwie najbardziej wiarygodny sposób zgrywać idiotkę, żeby osiągnąć ten naczelny, upragniony skutek – nie pozwolić mu odgadnąć prawdziwego powodu tych łez. Albowiem, Bogu dzięki!, na razie wszystko wskazywało na to, że niczego się nie domyślił, wszak wówczas zachowywałby się inaczej, nie przytulałby jej w taki sposób, nie zadawałby takich niebezpiecznych pytań… A to znaczyło, że jeszcze nic nie było stracone! Tylko jak z tego wybrnąć? Jak wyjaśnić te głupie, niepohamowane łzy, tę niezręczną scenę, przez którą zrobiła z siebie taką niezrównoważoną emocjonalnie wariatkę?
– Powiedz mi, elfiku – mówił dalej ciepłym, łagodnym tonem Majk, delikatnie gładząc ją po włosach. – Przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko… Hmm? Dziewczyny szukały cię po całej sali i zapleczu, nigdzie cię nie było, już sam się martwiłem… Co się stało? Gdzie byłaś? Rozmawiałaś z kimś?
Te pełne troski pytania, z których nie płynęła najmniejsza nuta pretensji, a jedynie pragnienie zrozumienia i udzielenia jej pomocy, ostatecznie rozbroiły Izę. Łzy wciąż nie przestawały płynąć, chyba wypłakała już z siebie całą wodę, a one dalej leciały i leciały, jakby ktoś odkręcił kran… wprost na jego koszulę, która pod jej policzkiem była już całkowicie mokra. Musiała mu jednak odpowiedzieć. Cokolwiek, byle nie milczeć. Milczenie byłoby teraz najgorsze.
– Tak… z Tomem – wyszeptała, kiwając głową. – W składziku. Przepraszam… straciłam poczucie czasu, nie pomyślałam, że mogę już być potrzebna… na sali…
– Z Tomem? – zdziwił się Majk. – I to on cię tak urządził? Przez niego płaczesz?
Iza zawahała się. Do jej skołowanej głowy wróciły wspomnienia całego dzisiejszego wieczoru, smutne refleksje o Danielu, przytłaczające poczucie niespełnienia, samotności i pragnienie dotyku… dokładnie tego, który teraz czuła na włosach, uścisku tych właśnie ramion… Pragnienie to nie zrodziło się przecież w ostatnim tańcu, wtedy jedynie się spotęgowało i nabrało zmysłowej nuty, ale przepełniało ją już wcześniej, dużo wcześniej. Słowa francuskiej piosenki były tylko impulsem, zapalnikiem, a przyczyną były tamte smutne myśli. Niewidzialność… królowa zaplecza… Ta refleksja wyszła dzisiaj z myśli o Danielu i poniekąd też z rozmowy z Tomem… Więc w sumie… Może to był jakiś pomysł na wyjaśnienie tych łez? Przecież w tym nie było nawet kłamstwa…
– No mów, kochanie – nalegał Majk, nie przestając gładzić jej po włosach. – Co ten Tom nabroił? Mam dać mu w ryj? Powiedz mi tylko za co i ile razy, nie zawaham się. Najwyżej odwinie się i mi odda, a wtedy przynajmniej raz w życiu na własne oczy zobaczę wszystkie galaktyki… ewentualnie, w najgorszym wypadku, spocznę sobie w wygodnej kwaterce jako sąsiad Szczepka i będziesz mogła czasem zapalić mi światełko…
– Nie! – prychnęła mimowolnym śmiechem, czy raczej żałosną atrapą śmiechu Iza. – Nie żartuj… To nie wina Tomka, on nic złego nie zrobił… chociaż fakt, że to trochę przez niego tak mnie rozwaliło… i przez Daniela…
– Przez Daniela? – zdumiał się jeszcze bardziej Majk, a jego dłoń w jej włosach znieruchomiała. – Przez tego Daniela od ciebie ze studiów? I przez Toma? Co oni mają ze sobą wspólnego? Nic nie rozumiem…
– Bo to… bo… – plątała się Iza, na bieżąco starając się ułożyć myśli i obrać świtającą jej już w głowie linię obrony. – Bo to jest skomplikowane… Przepraszam, Majk… ja… muszę zebrać myśli…
– Okej – szepnął, znów wracając do gładzenia jej po włosach. – Zbieraj, elfiku. Ile tylko trzeba.
– Dziękuję – wyszeptała.
Wtuliła się mocniej w jego ramiona, rozkoszując się dotykiem jego dłoni i ciepłem jego oddechu przy skroni, teraz już uspokojona, przepełniona ulgą. Nie domyślił się! Jednak się nie domyślił, sam przesunął interpretację tej sceny w zupełnie inną stronę, a ona na szczęście zdołała wykrzesać z siebie minimum przytomności umysłu i jakoś to podchwycić. Niezręcznie co niezręcznie, ale udało się. Przecież, obiektywnie rzecz biorąc, miała całkiem niezłe alibi! Złe wieści o Danielu, wyrzuty sumienia, potem jeszcze ta niepotrzebna interwencja w kwestii Darii… Przez taki koktajl wrażeń każdemu mogłyby puścić nerwy. Uff. Będzie dobrze. Jakoś to wyjaśni. Najważniejsze, że Majk nie wziął tego do siebie i postawił się we wspierającej roli przyjaciela, od tego przecież zależało tak wiele! Chociażby te okruszki szczęścia, którymi teraz karmiła się łapczywie, jak człowiek, który od dwóch tygodni nie miał nic w ustach…
Majk gładził ją w milczeniu po włosach, tuląc do siebie tak, jak dziecko tuli odzyskaną, najukochańszą maskotkę, teraz już z czystym sercem, nie patrząc wstecz, a jedynie ciesząc się chwilą, powtarzając sobie w myślach z ulgą, że wszystko już jest dobrze. Ależ dostał nauczkę! Przez tych kilkanaście koszmarnych minut, odkąd Iza rozpłakała się tak nagle i uciekła z parkietu, był przekonany, że to jego wina, że tym razem przegiął, pozwalając sobie w tańcu na zbyt wiele, a teraz poniesie tego konsekwencje – właśnie te, których najbardziej się obawiał. Co prawda nie planował tego, stało się samo, pod wpływem chwili, ale, do cholery, nie powinien był tak ryzykować!
Zgodnie z obietnicą, jaką dał Izie, przez ostatnie dwa tygodnie, jakie minęły od czasu ostatniej sesji filozofii księżycowej w jej domu, bardzo się pilnował, żeby znowu nie przesadzić z narzucaniem jej swojej osoby. Mimo że z każdym dniem coraz bardziej pragnął bliskiego kontaktu z nią, dotyku jej dłoni i ciepła jej ciała, rozumiał, że najgorsze, co mógłby teraz zrobić, to wywołać w niej poczucie osaczenia. Już i tak zbyt często powtarzał jej, że jest uzależniony od jej dotyku i bliskości, zbyt bezczelnie wpychał się w jej życie, nie pytając o zdanie, a choć ona na mocy starej, sprawdzonej przyjaźni akceptowała to z anielską cierpliwością, granica, na której balansował, wciąż była bardzo cienka. Musiał się pilnować, żeby nie przeholować i nie wyskoczyć przedwcześnie z czymś niewybaczalnym, tym bardziej że nadzieja zrodzona pod noworocznym księżycem była teraz żywsza niż kiedykolwiek wcześniej. Metafizyczną intuicją czuł, że gwiazdy mu sprzyjają, że nawet dobry Bóg, z którym umowy dotrzymywał dotąd w stu procentach, od sylwestrowej nocy był jego sekundantem. Jednak warunek był jasny – nie wolno mu było tego zepsuć. Musiał dać Izie tyle czasu, ile potrzebowała.
A jednak to nie było łatwe. Wczoraj na przykład było mu tak ciężko na duszy… Od chwili, kiedy Iza złożyła na jego ręce dwa oficjalne wnioski na piśmie, aż do końca dnia dosłownie nie mógł znaleźć sobie miejsca. Były to na szczęście tylko wnioski o urlopy, jeden o dziesięć dni na czas ferii w połowie lutego, drugi o bezpłatny na cały marzec z racji zbliżającego się już powoli stażu w Liège. Obydwu zresztą się spodziewał, ale te dokumenty… obydwa napisane odręcznie jej drobnym charakterem pisma, obydwa podpisane znajomą parafką… Iza zwykle umawiała się z nim na urlopy ustnie, po czym po prostu wpisywała je do grafika, tym razem po raz pierwszy przyniosła mu to na papierze. Fakt, że tak długa nieobecność jak ta marcowa zdarzała jej się po raz pierwszy, poza tym od dawna prosiła go z tej okazji o urlop bezpłatny, a on wykręcał się, jak mógł, więc wniosek na piśmie z jej perspektywy jakoś tam się uzasadniał. Owszem… gdyby nie to cholerne déjà vu! Albowiem jej dwa wczorajsze pisma były niemal identyczne jak to, które już dwa albo trzy razy widział we śnie, tyle że z innym nagłówkiem. Zamiast Wniosek o urlop widniała tam formułka, która sprawiała, że budził się z bijącym ze strachu sercem, a potem długo nie mógł znowu zasnąć – Wypowiedzenie umowy o pracę. Taka sama kartka, to samo pismo, ten sam podpis na dole… Koszmar! Na szczęście do tej pory zawsze się z niego budził, jednak wczoraj widok na żywo podobnych kartek z jej podpisem wystarczył, by zdestabilizować go psychicznie.
Do tego ta ciągła tęsknota za jej dotykiem, za jej palcami we włosach! Mógłby wyrzec się wszystkiego innego, ale tego… Nigdy żadna z setek gorących przygód z kochankami z przeszłości nie dała mu takiego poczucia cielesnego spełnienia jak to, które czuł, gdy Iza owym cudownie niewinnym gestem wsuwała mu dłonie we włosy i zaczynała transfer elfikowej energii. Od samego początku czuł w jej dłoniach tę niezwykłą moc, a do tego ostatnio miał wrażenie, jakby za każdym razem wychwytywał w ich dotyku więcej i więcej zmysłowych prądów… niewidzialnych, zmysłowych iskierek, które w kilka sekund potrafiły doprowadzić go do stanu wrzenia. Długo interpretował je jako dobry znak i obietnicę przyszłego szczęścia, dopóki nie zrozumiał, że one przecież były szczęściem samym w sobie! Szczęściem tu i teraz, które z czasem można będzie co najwyżej dopełnić, ale którego niczym nie da się zastąpić. Wszak tylko przy niej jednej czuł te iskry, tylko ona umiała wzniecić je w nim w ten sposób, tylko dotyk jej dłoni był w stanie zaspokoić w nim wszystkie najgłębsze pragnienia – nie tylko na poziomie ciała, ale przede wszystkim na poziomie duszy. A tymczasem wciąż miał go tak mało… ciągle musiał go sobie odmawiać z obawy, by nie przegiąć…
Wczoraj na szczęście jakoś wytrzymał. Odwiózł nawet Izę do domu i pozwolił jej wysiąść z samochodu, nie prosząc o minutę doładowania, choć gdyby mogła wiedzieć, ile to go kosztowało… Obiecywał sobie w zamian, że poprosi ją o to dzisiaj po zakończeniu Dnia Francuskiego, a wcześniej zatańczy z nią przy jakimś znaczącym francuskim kawałku, w którym zakoduje kolejną delikatną aluzję. Od dawna zresztą miał już na oku jeden utwór, co prawda nie Joe Dassina, a jakiegoś mniej znanego wykonawcy – ale może to i lepiej? Słowa tej piosenki idealnie pasowały do marzenia, do którego pragnął ją obudzić, więc jeśli Iza wsłucha się w nie i zacznie je interpretować… jeśli choć przez chwilę powiąże je z jego osobą… Może nawet wprost zapyta Antka, kto wybrał ten utwór? Celowo nie zabronił mu o tym mówić, wręcz nakazał mu puścić go wyłącznie podczas swego tańca z Izą, a choć zabezpieczył się na wszelki wypadek, zapraszając po kolei na parkiet wszystkie swoje pracownice, ufał, że kiedy przyjdzie jej kolej i wybrzmi właśnie ta piosenka, to w jakiś sposób da jej do myślenia. Aluzja, którą łatwo obrócić w żart, ale która w sprzyjających okolicznościach mogłaby stać się punktem wyjścia do innej rozmowy… jeszcze jednym małym kamyczkiem do budowanej przez niego cierpliwie piramidy…
Tymczasem wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż to sobie zaplanował. Najpierw Iza zniknęła z horyzontu właśnie w czasie, kiedy Antek już trzymał na pauzie jej utwór… Na szczęście dziewczyny na tyle szybko zorientowały się, że nigdzie jej nie ma, że zdążyły go o tym uprzedzić, zanim zapowiedział taniec z gospodynią wieczoru. Zasygnalizował zatem Antkowi zmianę planów i przy innym kawałku zatańczył z Klaudią, potem z Zuzią i kolejnymi dziewczynami, czekając, aż wysłana na poszukiwania Ola znajdzie i sprowadzi Izę. Choć rozbawionym tłumom prezentował szeroko uśmiechniętą twarz, w środku skręcało go z niepokoju. Gdzie była? Co się z nią działo? Dlaczego wyszła gdzieś bez uprzedzenia? Czy, nie daj Boże, stało się coś złego? Irytowało go, że nie mógł teraz zejść z parkietu i sprawdzić telefonu, który zostawił w kurtce w gabinecie, a na który być może Iza wysłała jakąś informację – skoro był głównym animatorem imprezy i cała uwaga była skierowana na niego, musiał zakończyć Dzień Francuski zgodnie z planem.
Na szczęście, kiedy już na poważnie zastanawiał się, czy nie odpuścić jednego tańca i nie skoczyć do gabinetu sprawdzić tego cholernego telefonu, Iza wreszcie pojawiła się na skraju parkietu, przyprowadzona tam przez dumną z siebie Olę. Wystarczyło jedno spojrzenie jej brązowych oczu, które wyłapał przez błyskające trójkolorowe flesze, by wszystko wróciło na właściwe tory, a szeroki uśmiech i szampański humor, jaki okazywał tłumom, znów popłynął prosto z serca, nie wbrew niemu. Tańcząc z kolejnymi dziewczynami z ekipy, zdecydowany, że Izę zostawi sobie na sam koniec, nie bał się już, że znowu mu zniknie, znał bowiem jej obowiązkowość. Kątem oka widział zresztą jej sylwetkę, cierpliwie czekała na swoją kolej na skraju parkietu, sytuacja zatem znów była pod kontrolą. Kiedy przyszedł moment zapowiedzenia ostatniego tańca i wywołania jej, celowo dał Antkowi kilkanaście sekund potrzebnych na przygotowanie umówionego utworu, młody zaś jak zwykle stanął na wysokości zadania, za co nota bene będzie mu się należała jakaś mała premia.
Udało się. Dźwięki zmiksowanego do wydłużonej wersji utworu, w którym mężczyzna wyśpiewywał hymn na cześć ukochanej żony, popłynęły z głośników, ze wzruszenia przytykając mu oddech, zwłaszcza gdy Iza podała mu dłoń wśród gasnących świateł. Celowo pociągnął ją w najciemniejszy zakątek parkietu, gdzie mógł wraz z nią choć częściowo schronić się przez ciekawskimi spojrzeniami i pod osłoną mroku bezkarnie nakraść się okruszków szczęścia. Ku jego radości Iza wtuliła się natychmiast w jego ramiona i przylgnęła do niego całym ciałem, a jej bliskość i ciepło w ułamku sekundy rozbudziły w nim zmysły. Wówczas nie wiedział jeszcze, skąd brał się u niej ten gest, nie miał pojęcia, że wynikał po prostu z potrzeby przytulenia się do zaufanego człowieka, że w ramionach przyjaciela i starszego brata instynktownie szukała pocieszenia po jakiejś trudnej rozmowie z Tomem i że drżenie, które w niej wyczuwał, brało się z nabrzmiałych w niej emocji, które wkrótce miały wybuchnąć pod postacią łez. Wówczas zinterpretował to zupełnie inaczej… zbyt pochopnie i zbyt na swoją korzyść… krótko mówiąc, zbyt po męsku.
A więc znowu się mylił? Znów nadinterpretowywał, kiedy zdawało mu się (wręcz w tamtej chwili był tego pewny ponad wszelką wątpliwość!), że wyczuwa płynące od niej zmysłowe impulsy, łączące ze sobą ich ciała w najcudowniejszą w świecie jedność? Jedyna, najdroższa, la plus belle, la plus douce… Tuliła się do niego tak mocno, drżąc na całym ciele, odpowiadała na każdy gest przemycany pod pretekstem tańca, on zaś miał wrażenie, że za chwilę oszaleje i odleci w kosmos! W tym zmysłowym transie zapewne przekroczył niejedną zakazaną granicę, sam nie do końca zdając sobie z tego sprawę, ale co mógł zrobić, skoro tak wyraźnie czuł, że ona odpowiada mu tym samym? Nie umiał inaczej, był wszak tylko mężczyzną… od lat spragnionym miłości, czułości i stabilnego szczęścia mężczyzną, który i tak na co dzień trzymał się w ryzach lepiej niż niejeden mnich! A teraz, kiedy ona sama zdawała się anulować granice…
Tych kilka pierwszych minut tańca było szczytem jego marzeń, szczęściem aż do bólu, do utraty tchu. Nie tylko czerpał z wtulonego weń drobniutkiego ciała Izy niezmierzone pokłady życiodajnej elfikowej energii, ale także w pełnym porozumieniu i harmonii z nią jednoczył swoją połówkę księżycowej duszy z jej połówką tak mocno, że wydawało mu się to niemal niemożliwe. A jednak czuł to… czuł całym sobą… Ufał przy tym, że wtulona w niego dziewczyna słucha przeznaczonych dla niej słów piosenki i że odczytuje je prawidłowo… że potem wystarczy już tylko jakoś do tego nawiązać, coś dopowiedzieć… że właściwy moment jest już bardzo blisko…
Tymczasem, poddawszy się szalonej karuzeli zmysłów, przeginał coraz bardziej, redukując dystans do zera… niemal do minus jeden… tańczył już z nią na ostrzu brzytwy, ale nie cofał się, bo miał wrażenie, że ona wciąż mu wtóruje! Co prawda, pomimo skręconej w harmonijkę świadomości, zdawał sobie sprawę, że utwór, choć wydłużony, powoli zmierzał do końca. Musiał zatem zebrać się w sobie, jakoś wyciszyć w ciele burzę zmysłów i przygotować się na publiczne zabranie głosu. Za chwilę zapalą się światła i cała uwaga tłumu znów skupi się na nich, jego zadaniem było więc zachować możliwie najbardziej neutralną minę, podziękować Izie jako gospodyni wieczoru, a gościom za udział w imprezie, a potem, kiedy wszyscy już sobie pójdą… kiedy zostanie z nią sam na sam…
I niestety znów czekało go rozczarowanie. Nim piosenka dobiegła końca, nagle zdał sobie sprawę, że Iza… płacze! Być może płakała już od kilku minut, odkąd tylko zgasły światła, tyle że on dopiero teraz poczuł przez koszulę na piersi ciepłą wilgoć jej łez… dopiero w tym momencie dotarło do niego, że to drżenie jej ciała to mógł być cichy, tłumiony płacz, który teraz po prostu wybuchnął mocniej, szarpiąc jej piersi i plecy spazmem niemożliwego już do powstrzymania szlochu. Płakała, bo pewnie coś się stało… a on, debil jeden, myślał, że to znak jedności z nim, wreszcie odwzajemnionego pragnienia… płakała, a on zachowywał się jak, nie przymierzając, dzikus z buszu!
Myśl ta wystraszyła go, niemal sparaliżowała. A jeśli Iza płakała właśnie przez to? Jeśli zrozumiała jego gesty, zwłaszcza na tle wszystkich innych gestów z przeszłości i była tym przerażona? Bo jeśli dołożyła do tego słowa tej piosenki… jeśli wszystkiego się domyśliła i nie wiedziała, co z tym zrobić, bo… nie chciała? Jeśli to, co wyprawiał w tańcu, uznała za tym razem już niewybaczalne naruszenie swoich granic, za niedopuszczalne i niesmaczne zachowanie kogoś, kogo dotąd uważała za zaufanego przyjaciela…
Jakby na potwierdzenie tej hipotezy w tym właśnie momencie dziewczyna wyrwała mu się gwałtownie z ramion i uciekła w ciemność, po chwili jej sylwetka mignęła mu tylko w oddali, przemykając obok baru na zaplecze, taka bezbronna i skulona, jak małe zranione zwierzątko, które ucieka do swojej norki, by schronić się tam przed niebezpieczeństwem. Przerażony tym, co się stało, a przede wszystkim wizją utraty jej przyjaźni i zaufania wycofał się odruchowo pod konsolę Antka, starając się jakoś pozbierać i skomponować, zanim zapali się światło. Musiał tu zostać, by zakończyć imprezę, nie mógł teraz biec za nią, zresztą… bał się. Po prostu się bał – i to jak! Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czuł w sobie takiego totalnego tchórza jak w tym momencie, a przecież za parę minut i tak będzie musiał stawić temu czoła. Zmierzyć się z konsekwencjami własnej nieostrożności, może spróbować jakoś je złagodzić… naprawić, co tak pochopnie zepsuł… lecz jeśli się nie uda?
Minuty, które teraz mijały, były jak piekło, na ten czas dotychczasowe poczucie balansowania na krawędzi zamieniło się w o wiele gorsze wrażenie spadania w przepaść, w dodatku z karykaturalnie uśmiechniętą gębą, bo przecież musiał rżnąć przed tymi ludźmi głupa i profesjonalnie zamknąć imprezę. Z wytłumaczeniem nieobecności Izy jakoś sobie poradził, wyszło nawet nieźle, choć pytanie, co ona na to powie? W najgorszym wypadku lutowy Dzień Francuski i wszystkie kolejne staną pod znakiem zapytania, choć miał nadzieję, że może nie będzie tak źle… Najważniejsze teraz było to, żeby jakoś rozbroić tę dzisiejszą minę, choć biorąc pod uwagę jej emocjonalną reakcję, niezwykle trudno będzie obrócić to w żart. A może jednak chodziło o coś innego? Może to nie przez niego tak płakała? Oby! Niczego w tym momencie nie pragnął bardziej niż powrotu na bezpieczną pozycję przyjaciela i starszego brata, którą dziś doceniał bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Kiedy zatem impreza została oficjalnie zamknięta i goście powoli opuszczali lokal, rozdzielił końcowe zadania między ekipę i poinformowawszy Wiktorię, że musi omówić jeszcze ważne sprawy z Izą, przekazał jej nadzór nad sprzątaniem, sam zaś z duszą na ramieniu udał się do gabinetu. Domyślał się, że to właśnie tam się schroniła, gdyż w szatni kelnerek jej nie było, niemniej na wszelki wypadek po drodze sprawdził też magazynek, gdzie kiedyś, dawno temu, Iza zaszyła się, by wypłakać swą rozpacz po kolejnej zdradzie kretyna Miśka. Dziś jednak i tam jej nie było, mogła więc schować się już tylko w gabinecie. Opcja, że wyszła z pracy bez pożegnania, nie wchodziła w grę, bowiem w szatni kelnerek widział na wieszaku jej brązowy płaszcz z wielbłądziej wełny – musiała zatem być tutaj. Kiedy z bijącym mocno sercem uchylił drzwi, w łunie światła padającego z korytarza dostrzegł jej ciemną postać skuloną na kozetce i strach na nowo chwycił go za gardło lodowatą ręką.
W ciągu tych kilku sekund, które upłynęły, gdy zbliżał się do niej w ciemnościach, a ona nie reagowała, z pełną mocą uświadomił sobie, do jakiego stopnia sens jego życia zależał od tej małej istotki siedzącej nieruchomo w kącie jego firmowego gabinetu. Bo jeśli ona za chwilę go odtrąci… Kiedy jednak usłyszał z jej ust cichutkie, żałosne przepraszam, kiedy pozwoliła się przytulić jak zawsze, ufnie i bez oporu, a chwilę potem zapewniła go, że to nie przez niego płacze, przepełniła go od stóp do głów niewysłowiona, ogłuszająca ulga, podobna do tamtej, którą poczuł, gdy po pierwszym Dniu Francuskim oznajmiła mu, że już nie kocha Miśka.
Teraz, kiedy w milczeniu trzymał ją w ramionach, czując na piersi mokre ciepło jej łez, mógł w pełni delektować się poczuciem, że wszystko znowu było dobrze. Impulsywne zachowanie na parkiecie najwyraźniej uszło mu płazem, niewykluczone zresztą, że Iza, zajęta swoim problemem, nawet nie zwróciła na to uwagi, tak samo jak zapewne w ogóle nie słuchała słów piosenki, którą specjalnie dla niej przygotował. Może to i dobrze? Przecież widział wyraźnie, że jeszcze było za wcześnie, Anabella jeszcze nie była gotowa, by się w niej obudzić. Poza tym i tak dzięki jakiemuś niewyjaśnionemu wydarzeniu związanemu z Tomem i tamtym Danielem, będzie miał dziś okazję odegrać ulubioną rolę starszego brata i w ramach tej misji zupełnie za darmo nachapać się okruszków szczęścia.
Cóż. Taki już był ten przewrotny los, że jej łzy, jej smutek i wszystkie te trudne emocje, jakie przeżywała w swej wrażliwej elfikowej duszy, dla niego były źródłem najpiękniejszych chwil, kopalnią szczęścia płynącego z jej bliskości. W takich chwilach mógł bezkarnie tulić ją do siebie… o tak, właśnie tak jak teraz… bez szukania pretekstów, bez wyrzutów sumienia i poczucia, że się naprasza, po prostu w ramach obowiązków wynikających z zawartej dawno temu przyjacielskiej umowy. Ta umowa, czy nazwać ją terapią złamanych serc czy po prostu wzajemnym wsparciem w ramach sesji filozofii księżycowej, była fundamentem, na którym można było zbudować pałac z najpiękniejszych marzeń! Nawet jeśli ta budowla, stawiana zbyt szybko lub zbyt nieumiejętnie, jeszcze kilka razy się zawali i pracę trzeba będzie zaczynać od nowa, to nic straconego – dopóki fundament pozostanie nienaruszony, wszystko wciąż będzie możliwe.
Tak czy inaczej, choć przeżył dziś niebanalną huśtawkę emocji od skrajności do skrajności, bilans na ten moment był dodatni, a on nie podaruje sobie tej okazji i wykorzysta ją w stu procentach. Pod pretekstem przyjacielskiego wsparcia zatrzyma przy sobie małego elfika aż do rana i do oporu nasyci się jej obecnością. Przegapić taką okazję to byłaby nie tylko głupota… to byłby niewybaczalny grzech przeciwko własnej duszy!
Cichutkie westchnienie, jakby ostatnie łkanie uspokajającego się dziecka, wyrwało się z piersi Izy, która po długich minutach nieruchomego milczenia poruszyła wreszcie głową na jego mokrej od łez piersi.
– Majk?
– Hmm?
– Przepraszam cię za to – wydukała cicho. – Bardzo przepraszam… Za to, że uciekłam z parkietu… Postawiłam cię w strasznie głupiej sytuacji, wiem… ale nie chciałam robić publicznie sceny i…
– Ciii… już dobrze – odparł łagodnie Majk, podnosząc rękę i znów powoli gładząc ją po włosach. – Nic się nie stało, elfiku, dałem sobie radę. Tyle że będziesz musiała odrobić to następnym razem – zaznaczył. – I to obawiam się, że z nawiązką.
– Odrobić?
– Aha. Kiedy zapaliło się światło i wszyscy się zdziwili, że stoję sam, bez ciebie, musiałem coś wymyślić na chybcika. Więc powiedziałem im w żartach, że zniknęłaś, bo francuska muzyka porwała cię w kosmos, ale na następny Dzień Francuski wrócisz naładowana kosmiczną energią i urządzisz dla naszych klientów konkurs.
Iza poderwała głowę i spojrzała na niego z niepokojem, w słabiutkim oświetleniu ledwo rozpoznając jego rysy.
– Jaki konkurs? – zapytała podejrzliwie.
Łzy wciąż lśniły na jej policzkach, a makijaż był cały rozmazany, co w ciemnościach tworzyło dość osobliwy efekt, jednak widać było, że już trochę się uspokoiła.
– Konkurs piosenki francuskiej – wyjaśnił lekko Majk. – Ochotnicy będą śpiewać, oczywiście po francusku, kazałem im się zawczasu przygotować… a ty powrócisz w jakiejś nastrojowej szacie z kosmosu, w który dzisiaj odleciałaś, i będziesz ich oceniać. Na koniec zwycięzcy z każdej kategorii w nagrodę zatańczą z tobą kosmicznego walca, co uroczyście uwiecznimy na zdjęciach i powiesimy je w złoconych ramkach u Wiki nad barem.
– Co? – wytrzeszczyła oczy Iza.
– No dobra! – zaśmiał się. – Te zdjęcia ostatecznie możemy ci darować, ale konkurs już zapowiedziałem, więc musimy jakoś go zorganizować. Wybacz, Mademoiselle, to było pierwsze, co mi przyszło do łba na spontanie, żeby obrócić w żart twoją nieobecność i udawać, że była zaplanowana, właśnie jako przygrywka do ogłoszenia konkursu piosenki. Nie miałem czasu zastanawiać się nad alternatywami, więc palnąłem bez namysłu i cóż… klamka zapadła. Będziesz się musiała dostosować.
– Okej – pokiwała głową uspokojona tym wyjaśnieniem Iza. – Dostosuję się, oczywiście, Michasiu… w ogóle to bardzo ci dziękuję, że coś wymyśliłeś i uratowałeś sytuację, jeszcze raz cię za to przepraszam…
– Już dobrze – powtórzył ciepło. – To nie było idealnie rozwiązanie, zwłaszcza że w lutym dołoży nam roboty, ale ostateczne jako produkt reklamowy wyszło całkiem nieźle. Antek był w lekkim szoku, ale łyknął to jak pelikan, w ogóle wszyscy z naszej ekipy myślą, że ja naprawdę z góry to zaplanowałem. Oczywiście w porozumieniu z tobą – uśmiechnął się do jej lśniących w półmroku oczu okolonych czarnymi smugami rozmazanego makijażu. – Jakby co, pamiętaj, że to była nasza wspólna intryga. Jasne?
– Jasne, szefie – pokiwała głową. – Dziękuję ci… A co do tej sceny, którą zrobiłam… a propos Toma i w ogóle, to… O kurczę, a niech to! – przerwała sama sobie, z przerażeniem wpatrując się w jego koszulę na piersi. – Mam nadzieję, że to tylko cień… Poczekaj!
Zerwała się, szybkim susem dopadła do biurka i zapaliła na nim lampkę, po czym odwróciła się do niego z wystraszoną miną.
– O nie! – jęknęła, załamując ręce. – To nie jest cień! Ale cię upaprałam!
Majk z ciekawością spojrzał po sobie – rzeczywiście, biała koszula z przypiętym na piersi, zgniecionym już kotylionem w barwach francuskiej flagi była z przodu nie tylko wilgotna, ale i zabrudzona plamami i smugami pochodzącymi z rozmazanego makijażu Izy. Jako że Klaudia nie pożałowała jej dziś czarnego tuszu do rzęs, błękitnych cieni do powiek i czerwonej szminki, wszystkie te kosmetyki, rozpuszczone w strumieniach łez, odzwierciedlały się teraz na białym materiale w artystycznej kompozycji godnej malarza abstrakcjonisty.
– Ups! – parsknął śmiechem, przesuwając sobie dłonią po koszuli na piersi. – Faktycznie! Wyszło całkiem nieźle, prawie jak Picasso!
Izie jednak wcale nie było do śmiechu.
– Kurczę, Michasiu… – pokręciła głową, siadając znów przy nim i bezradnie próbując zetrzeć palcami czarno-niebiesko-czerwone plamy. – Tak strasznie cię przepraszam… Zapaćkałam ci taką ładną koszulę… A jak to się nie dopierze?
Majk uśmiechnął się z przekorą.
– Myślisz, że będę ją prał?
– No… faktycznie, w pralce może lepiej nie ryzykować – zgodziła się, wciąż kręcąc z głową z żalem i dezaprobatą. – Będziesz musiał oddać ją do pralni chemicznej. Oby tylko tam dali sobie z tym radę, bo to wcale nie jest pewne. Zwłaszcza ta szminka…
– E tam!– machnął ręką. – Dla faceta ślady damskiej szminki na koszuli to żaden dyshonor, powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Jeszcze niejeden frajer by mi takich wzorków pozazdrościł… No już, głowa do góry, elfiku! – dodał wesoło, widząc, że usta znów zaczynają jej drżeć. – Przecież nic się nie stało, nie rozpłaczesz mi się chyba znowu przez głupią koszulę? Zresztą nie masz do tego prawa, jeszcze nie wytłumaczyłaś mi się z pierwszego płaczu i dopóki tego nie zrobisz, drugi nie wchodzi w grę. Rozumiemy się?
– Tak – wyszeptała, zagryzając wargi.
– Wytłumaczyć i tak się musisz, tego ci dzisiaj nie podaruję – zaznaczył. – Musimy tylko dograć logistykę. A ponieważ upaprałaś mi koszulę, nie widzę lepszej opcji, jak pojechać do mnie, gdzie będę mógł się komfortowo przebrać w coś czystego. Hmm? Wstawaj – rzucił rozkazująco, podnosząc się z kozetki i wyciągając do niej rękę. – Jedziemy.
– Do ciebie? – upewniła się, patrząc na niego z niepokojem.
– Tak jest, dzisiaj do mnie. Co prawda mam tu komplet ciuchów na zmianę – ruchem głowy wskazał na szafę – ale wolę go nie ruszać, ma tu leżeć na wypadek sytuacji awaryjnej. Dzisiaj już nie muszę występować publicznie, więc nie ma powodu z niego korzystać, wolę przebrać się w domu. A ty pojedziesz ze mną – dodał stanowczo. – Nie ma mowy, żebym zostawił cię w tym stanie bez porządnej rozmowy i wyjaśnienia, co się stało, w tym punkcie nawet nie próbuj negocjować, Iza. Jedziemy do mnie i koniec.
– Dobrze – pokiwała posłusznie głową.
– No – uśmiechnął się z satysfakcją. – Jak chcesz, możemy wstąpić do ciebie na chwilę po jakieś ciuchy na zmianę, a przy okazji podrzucić tam komplet moich zapasowych. Mam je już dawno gotowe – dodał wyjaśniająco, widząc jej zdziwione spojrzenie. – Wożę w bagażniku na wypadek, gdybym znowu miał okazję skorzystać z twojego superkomfortowego dmuchanego materaca, a nie wypadałoby mi kolejny raz podbierać szlachetnych gaci twojego równie szlachetnego szwagra.
Iza mimo woli parsknęła śmiechem.
– Zwłaszcza że i tak odwiozę mu je, jak będę jechać na ferie – zaznaczyła nieco pogodniejszym tonem.
– Tym bardziej – zgodził się, narzucając na siebie kurtkę i wskazując jej wyjście, ku któremu ruszyła bez oporu. – Następnym razem, jeśli trafi się jakaś awaryjna akcja, przebiorę się już kulturalnie we własne ciuchy, które zostawię dzisiaj u ciebie. Ale i tak na rozmowę pojedziemy do mnie – podkreślił. – Mam u ciebie kucharsko-logistyczny dług wdzięczności i muszę go spłacić jak najszybciej, potem już długo może nie być do tego okazji. Do kościoła też pójdziemy u mnie – zaznaczył, zatrzymując się, by zamknąć drzwi – więc pamiętaj, żeby zabrać z domu coś elegantszego. No, leć już do szatni po swoje rzeczy, elfiku… Ja zrobię jeszcze tylko mały obchód i powyłączam światła.
_______________________________________________________________
[*] Isabelle, pourriez-vous me faire l’honneur de danser avec moi ? (fr.) – Isabelle, czy zechce Pani uczynić mi ten honor i zatańczyć ze mną ?
[**] Tu es ma femme, je suis à toi… Je te donne tout ce que je suis… Mes mains, mon regard et ma voix… Mes jours et mes nuits… (fr.) – Jesteś moją żoną, należę do ciebie… Daję ci wszystko to, czym jestem… Moje dłonie, moje spojrzenie i mój głos… Moje dni i moje noce… (słowa piosenki Étienne Drapeau).
[***] Sa future femme (fr.) – jego przyszła żona.