Anabella – Rozdział CXCIII
Obiad z Francuzami trwał mniej więcej od godziny, kiedy pracującą na sali ekipę kelnerek zelektryzowała informacja przekazana przez Wiktorię przy barze:
– Klaudia wysłała smsa! Będzie wieczorem!
Wieść ta przyniosła wszystkim ulgę, bowiem od kilku godzin cały zespół martwił się o koleżankę, która, znana ze swej obowiązkowości i punktualności, nie tylko nie stawiła się na swoją zmianę w pracy, ale w dodatku nie odbierała telefonu ani żadnych wiadomości w Internecie. Zaczęło się od kotylionów w barwach flagi francuskiej, które, noszone przez załogę, już dwa razy stanowiły emblemat Dnia Francuskiego, a za których przygotowanie była odpowiedzialna właśnie Klaudia. Ponieważ w momencie otwarcia lokalu spóźniała się do pracy już od godziny, jej nieobecność stała się z tego powodu wyjątkowo zauważalna. Na szczęście Ola w ostatniej chwili wpadła na przytomny pomysł, by przeszukać szuflady w szatni kelnerek, i znalazła tam woreczek z kotylionami z listopada, które po przesegregowaniu i lekkim odświeżeniu udało się użyć jeszcze raz.
Nie zmieniało to jednak faktu, że niespodziewana nieobecność Klaudii oraz brak z nią jakiegokolwiek kontaktu z każdą upływającą godziną budziły coraz większy niepokój. Powiadomiony o tym szef, również zaniepokojony, kilka razy osobiście próbował do niej dzwonić, jednak jej telefon najpierw nie odpowiadał, a potem zupełnie zniknął z sieci.
Oby to była tylko wyładowana bateria – wyraziła podszytą obawą nadzieję Kamila, werbalizując w ten sposób to, co chyba wszystkim chodziło po głowie.
Tymczasem lokal musiał działać w zaplanowany sposób, kuchnia wydawać francuskie przysmaki z karty, a kelnerki, pomimo stresu związanego z niewiadomym losem koleżanki, z uśmiechem przyjmować i podawać zamówienia. O godzinie czternastej na umówiony obiad stawili się Francuzi ze swoimi warszawskimi gośćmi, nimi zaś zobowiązana była zająć się Iza. Jak się okazało, przybysze z Warszawy byli przedstawicielami dwóch ambasad, francuskiej i belgijskiej, a przebywali w Lublinie w ramach nawiązywanej właśnie współpracy z lokalnymi strukturami dyplomatycznymi. Iza, którą miejscowi Francuzi dobrze już znali i lubili, wzbudziła również życzliwe zainteresowanie ze strony gości, szczególnie czwórki Belgów, którym w toku rozmowy przyznała się, że niebawem udaje się na staż studencki do Liège.
Jednak niepokój o Klaudię wisiał przez cały ten czas czarną chmurą nad głowami ekipy Anabelli, zatem, kiedy około godziny szesnastej na prywatny numer Wiktorii przyszedł wreszcie od niej znak życia, atmosfera natychmiast poprawiła się i uległa rozluźnieniu.
– O, patrzcie, jest jeszcze drugi! – dodała Wiktoria, pokazując telefon zatrzymanym w przelocie przy barze Oli, Izie i Gosi. – Zapytałam ją, czy wszystko okej, a ona odpisała mi tylko: Nie pytaj, tragedia.
– Ciekawe, co się stało – zaniepokoiła się Ola. – Może coś u niej w rodzinie?
– Albo w domu – poddała Gosia. – Ja na przykład kiedyś zostawiłam zatkaną wannę i zalałam sąsiadów z dołu, afera była na pół bloku. Straszna trauma, mówię wam. Może to coś w tym stylu?
– Może – zgodziła się Iza. – Tego nie zgadniemy, ale skoro ma być jeszcze dzisiaj w pracy, to mam nadzieję, że sytuacja jest opanowana. Jak przyjdzie, to nam opowie, ale teraz, please, dziewczyny, wracajmy do roboty. Znowu tłumy walą, jak się za nich nie zabierzemy od razu, to nie przerobimy.
W istocie czas był już na zakończenie krótkiej wymiany zdań przy barze, gdyż nie można było za długo zostawić bez obsługi sali pełnej klientów. Mimo że grudniowy Dzień Francuski z racji adwentu odbywał się w trybie bez dyskoteki, a przedświąteczny okres nie zachęcał do odwiedzania knajp, oferta francuskiego menu i zyskujący na popularności klimat poprzednich dwóch imprez przyciągnął do Anabelli zadziwiająco dużą ilość klientów, wśród których, jak po drodze zaobserwowała Gosia, dominowali tym razem nie studenci lecz pary i grupki elegancko ubranych osób w średnim wieku.
– No cóż, noblesse oblige! – skomentowała z satysfakcją tę uwagę Iza.
– Zdaje się, że to zasługa naszego wykwintnego francuskiego menu – dodała Ola. – Piwsko i wóda z frytkami są dla pospólstwa, a ta zapiekanka… kiszka… jak to się nazywało, Iza?
– Quiche lorraine – uśmiechnęła się z rozbawieniem Iza.
– No, właśnie to… ta kiszka z francuskim winem przemawia do wyobraźni snobów, przez co zyskujemy inny profil klientów. Nie mówiąc już o tych twoich zagranicznikach – machnęła lekko ręką w stronę sektora dla VIP-ów. – Bo to w ogóle jest kategoria poza wszelką kalkulacją!
Około godziny siedemnastej, kiedy Francuzi i Belgowie skończyli deser i luźno rozmawiali przy kawie, czuwająca przy barze i mająca oko na całą salę Wiktoria dała dziewczynom kolejny elektryzujący sygnał – na sektorze A, przy jednym ze stolików pod ścianą, pojawił się znajomy klient.
– Teofil! – zdumiała się i ucieszyła Gosia, obserwując sylwetkę zajmującego miejsce mężczyzny w charakterystycznym staromodnym ubraniu. – Przyszedł na Dzień Francuski!
– No. A Lidki jeszcze nie ma – skonstatowała z rozbawieniem Wiktoria. – Ma być dopiero za godzinę. I co robimy z tym fantem?
– To znaczy? – nie zrozumiała Iza.
– Chodzi mi o to, która z was w zastępstwie za Lidkę idzie go obsłużyć. Rola jest niewdzięczna, bo chłopak na pewno będzie rozczarowany.
– Ach, no tak! – zaśmiała się Gosia.
– To co? Która na ochotnika? Czy mam zorganizować jakieś szybkie losowanie?
– Ja pójdę – zgłosiła się Ola. – To póki co mój sektor, więc i Teoś aż do przyjścia Lidzi jest mój! Postaram się jakoś osłodzić mu to rozczarowanie.
Dziewczyny roześmiały się.
– Chociaż wcale nie w taki sposób, jak myślicie! – zapewniła je wesoło, skręcając z pustą tacą w stronę sektora A. – No co wy, nie będę przecież odbijać jej adoratora!
Kilka minut później Ola wpadła do kuchni z informacją, że Teofil zamówił do kawy crème brûlée i wcale nie wyglądał na rozczarowanego nieobecnością Lidii, za to z wyraźnym zainteresowaniem studiował kartę z francuskim menu i zapowiedział, że za jakiś czas zamówi coś jeszcze.
– A powiedziałaś mu, że Lidia będzie później? – zaciekawiła się Eliza.
– Nie pytał – wzruszyła ramionami Ola, zbierając na tacę przygotowywane dla niej przez Dorotę zamówienia. – To co się mam wyrywać przed orkiestrę?
– Pewnie po cichu na to liczy – stwierdziła z rozbawieniem Gosia. – Będzie zamawiał po kolei różne rzeczy, aż przyjdzie Lidka, a nie pyta o nią, bo nie chce jej podpaść, przecież wie, że wszystko jej powtórzymy.
– Słodziak – uśmiechnęła się Dorota.
– Widzę, że upodobał sobie duże imprezy – zauważyła Iza, która wraz z Olą czekała na uzupełnienie zamówień. – Ostatnio, jak mówiłyście, był na andrzejkach, a potem już chyba ani razu, dopiero dzisiaj.
– Aha! Pewnie traktuje to jako pretekst, żeby łatwiej zniknąć w tłumie i nie męczyć materiału. Ale jednak nie może sobie darować, żeby chociaż raz w miesiącu zobaczyć Lidzię!
– Ej, przecież pozwoliła mu tu przychodzić – zauważyła Dorota. – Dzisiaj koleś i tak ma fuksa, że ona jeszcze pracuje na Zamkowej, następnym razem to się biedak nie doczeka…
– Jest tu Iza? – rozbrzmiał w drzwiach donośny głos szefa. – O, jesteś! Leć do swoich żabojadów, co? Zwijają już powoli żagle i szukają cię. Ja już powiedziałem im pa-pa, ale koniecznie chcą pożegnać się i z tobą.
– Jasne – poderwała się natychmiast Iza. – Dziewczyny, weźmie któraś moje zamówienia? Tu jest kartka, wszystko zapisane co i gdzie.
– Ja wezmę i zaniosę – zadeklarował się Majk, sięgając po przygotowaną dla niej tacę,
– Jeszcze moment, szefie, brakuje jednej zapiekanki! – zatrzymała go Dorota.
Tymczasem Iza, podziękowawszy mu uśmiechem, pomknęła na salę, gdzie w istocie Francuzi ze swoimi gośćmi zbierali się już do wyjścia.
– Miło było panią poznać, Isabelle – zagadnął ją na odchodne jeden z belgijskich dyplomatów, młody człowiek z elegancko wystylizowaną bródką. – Będę teraz bywał w Lublinie dość regularnie, również z kontrahentami i rozmaitymi współpracownikami, i zapewniam, że będę pamiętał o państwa restauracji.
– Mnie również bardzo miło – odpowiedziała grzecznie. – Chociaż dzisiejsze menu jest tylko okazjonalne, Dzień Francuski mamy raz w miesiącu.
– Wiem o tym – uśmiechnął się mężczyzna, przyglądając się życzliwie jej czerwono-granatowej stylizacji z trójkolorowymi kotylionami we włosach. – I ufam, że może kiedyś uda mi się namówić panią na również na Dzień Belgijski. Ale póki co chętnie tu wrócę i następnym razem z przyjemnością spróbuję polskich dań.
– Zapraszamy – skłoniła się.
– A gdyby pani potrzebowała czegoś w Warszawie – dodał, sięgając do kieszeni, by wyjąć z niej kartownik z wizytówkami – czy to na kanwie wyjazdu do Liège, czy w jakiejś innej sprawie związanej Belgią, to proszę się nie wahać do nas odezwać. Voilà – wręczył jej jedną z wizytówek. – W razie czego chętnie służę pomocą.
– Dziękuję – uśmiechnęła się Iza.
„Arthur Dubois” – przeczytała na wizytówce, kiedy po opuszczeniu przez nich lokalu wracała na zaplecze. – „Jakiś doradca do spraw współpracy z biznesem. Całkiem miły człowiek.”
Obojętnym gestem wrzuciła wizytówkę do kieszeni fartuszka i wróciła na zaplecze, po drodze mijając Olę idącą z załadowaną tacą na sektor A.
***
„Nie ma jej!” – myślała z niejakim zdziwieniem ale z i podskórną radością Iza, witając się z przybyłymi na wieczorne spotkanie przyjaciółmi Pabla i Majka. – „Dziwne… Może po prostu dołączy później?”
Fakt nieobecności Natalii, choć oczywiście mogła to być nieobecność jedynie tymczasowa, z miejsca poprawił jej humor i działając na podświadomość, rozluźnił ściśnięte od rana serce. Złapała się bowiem na tym, że od rana myślała o wieczornej wizycie przyjaciół z oporem, który wynikał właśnie z tego – z myśli, że znowu wśród nich pojawi się ona. Pojawi się i zagarnie Majka, nawet niekoniecznie fizycznie, wystarczy przecież, że przejmie w posiadanie jego duszę… Wprawdzie to i tak było nieuniknione, ale im rzadziej trzeba będzie na to patrzeć, tym lepiej dla nerwów i zdrowia psychicznego, a przede wszystkim dla własnego sumienia.
Albowiem po wczorajszej wizycie u rodziców Pabla i Ani, a szczególnie po krótkiej rozmowie z Majkiem w samochodzie, znów przytłaczały ją wyrzuty sumienia, że nie potrafi cieszyć się wraz z nim z odzyskanej wolności i nadziei. Z nadziei, która wczoraj ze zdwojoną mocą brzmiała każdym jego słowie i w tembrze głosu, która odbijała się w jego oczach tak intensywnie, że widać ją było nawet w ciemnościach… z nadziei, która jemu doprawiała skrzydła, jej zaś zakładała na szyję pętlę, której nie tylko nie chciała, ale której w dodatku się wstydziła. Dlatego, kiedy około dziewiętnastej stara paczka przyjaciół z Anią na czele zawitała do Anabelli w komplecie, a Natalii pośród nich nie było, Iza poczuła ulgę, że przynajmniej w tym pierwszym momencie powitania gości będzie jej oszczędzona końska dawka stresu.
– Iza, jak ty genialnie wyglądasz! – zachwycała się Ania. – Prawdziwa ikona Francji! W ogóle wszystkie jesteście super ubrane w te granatowe spódniczki, czerwone bluzeczki i białe fartuszki, no po prostu rewelacja! I te dekoracje na sali… Kochani, gratulacje! – uściskała jeszcze raz Izę i poczochrała po włosach rozpromienionego jak słońce Majka. – Nie wiedziałam, że Dzień Francuski to u was taka profeska!
– Aniu, ale co to za niespodzianka? – dopytywała zaintrygowana Dominika. – Powiedz, bo już mnie skręca z ciekawości!
– Co macie dzisiaj w menu? – zaciekawiła się Justyna, sięgając po jedną z kart przygotowanych na brzegu stołu.
– Sama sprawdź – zachęcił ją Majk. – Te karty są personalizowane, oferta tylko dla was. Ta ogólna na sali jest inna, bardziej okrojona.
– O! Co ty powiesz!
– Mhm. Zaznaczę przy tym, że niektóre najbardziej ekskluzywne dania, zwłaszcza pozycja numer trzy – tu rzucił szelmowskie spojrzenie na Wojtka – jest dostępna tylko w ilości testowej, mamy w kuchni maksymalnie dziesięć porcji.
– Czekaj, pozycja numer trzy – mruknęła Justyna, a Dominika, Asia i Ania, równie zaciekawione, zerknęły jej przez ramię. – Ach, ślimaki! – roześmiała się, podnosząc wzrok na męża. – Hej, on to zrobił, Wojtuś! Słyszysz? Masz w menu swoje własne danie! Ślimaki po prokuratorsku!
Wszyscy gruchnęli śmiechem, rzucając się do oglądania kart, i w naturalny sposób posypały się żarty z Wojtka, który, choć również ubawiony, zarzekał się, że nie tylko nie tknie specjalnie przygotowanego dla niego przysmaku, ale nawet go nie powącha, a właściwie to w ogóle nie chce na to patrzeć.
– Ale musisz! – wołał Kajtek. – Musisz, stary! Szlachectwo, kurde… Jak to się mówiło?
– Noblesse oblige! – podpowiedziała mu wesoło Ania. – Nie upiecze ci się, kolego, musisz dzisiaj zjeść ślimaki! Nie zrobisz chyba afrontu gospodarzom, co?
– Nie ma innego wyjścia, muszę przetestować ten specjał na tobie – wyjaśniał Wojtkowi z powagą Majk. – Jeśli prokurator w roli konesera zatwierdzi ślimaki po prokuratorsku, następnym razem wprowadzimy to do ogólnej karty. Dzisiaj tylko badanie pilotażowe. Oczywiście inni też mogą dołączyć. Jak mówiłem, mamy do podziału dziesięć porcji, bardzo proszę ustawiać się w kolejce, zaczynam przyjmować zgłoszenia.
Wojtek ze zdegustowaną miną popukał się palcem w czoło.
– No to ja poproszę! – zadeklarował się natychmiast Pablo.
– Ja też chętnie skosztuję – zgłosił się jako drugi Jean-Pierre. – Jestem bardzo ciekawy, jak to przygotowaliście. Michel, jakie tam są… przyprawy? – zawahał się przy polskim słowie. – Masz do tego jakieś dobre wino?
Majk chętnie usiadł obok niego i we trzech z Pablem pochylili się nad kartą, zajęci analizowaniem menu. Po chwili wahania dołączyli do ich również ze swoimi krzesłami Kajtek, Maciek i Wojtek, przy czym ten ostatni szybko skierował dyskusję w nieco inną stronę, skupiając uwagę kolegów głównie na karcie win. Podobna analiza, dotycząca jednak nie win, a typowo francuskich przysmaków, trwała w międzyczasie w drugim końcu stołu w damskim gronie, gdzie prym wiodła Ania, przy każdej odkrytej potrawie wydając okrzyk zaciekawienia i uznania.
– Iza, ale wiesz, czego mi tu brakuje? – zagadnęła na koniec, wskazując na kartę. – Takiego zwykłego, klasycznego ratatouille.
– Ach, rzeczywiście! – zdziwiła się Iza. – Patrz, nie pomyślałam o tym.
– Co prawda to nic ekskluzywnego, ale mogłoby się fajnie przyjąć – ciągnęła z przekonaniem Ania. – Jeśli dobrze je przyprawicie, a w tym przecież Majk nie ma sobie równych, to może być wręcz hit na lubelskim rynku!
– Weźmiemy to pod uwagę następnym razem – zapewniła ją Iza. – Dziękuję za sugestię, Aniu.
– A póki co, ja ostrzę sobie zęby na tę pyszną zupę cebulową – zaznaczyła Dominika.
– Ja też – uśmiechnęła się Lodzia.
– A kto na ślimaki? – zażartowała Iza. – Bo na razie mamy tylko dwa zgłoszenia.
– Trzy, bo Wojtuś też zje, a przynajmniej skosztuje – zapewniła ją Justyna. – Sam to zaczął, miesiącami prowokował Majka, to teraz musi ponieść konsekwencje.
– Ja też skosztuję – zapewniła ją Ania. – Dobrze doprawione ślimaki są pyszne.
– Iza, a jak to smakuje? – zastanowiła się Asia. – Jak mięso? Bo może i ja bym wzięła?
Iza chętnie przystąpiła do wyjaśnień, z pełnym przekonaniem zachwalając danie, nad którego ostateczną formą i smakiem szef pracował wczoraj wraz z kucharkami przez ładnych kilka godzin. Jak przyjemnie było rozmawiać z przyjaciółmi, gdy serce biło spokojnie i nie ściskało się przy każdym oddechu!
Z mimowolną satysfakcją zanotowała, że Lodzia, choć od czasu do czasu zerkała badawczo na Majka, jakby chciała prześwietlić jego umysł i odgadnąć tajemnicę, pod nieobecność Natalii nie była w stanie niczego wywnioskować, Majk bowiem, uśmiechnięty od ucha do ucha i w szampańskim humorze, zachowywał się tak, jakby w ogóle nie zauważył tego braku. Niewątpliwie to była tylko zgrywa księżycowej duszy, jednak któż poza nią, Izą, mógł o tym wiedzieć?
Obiektywne fakty były takie, że nieobecność Natalii, dla pozostałych chyba niezauważalna, a dla niej będąca jak powietrze, którym mogła oddychać pełną piersią, oddalała w czasie sensację, jaka wkrótce wybuchnie z tego powodu, a której ona, chcąc nie chcąc, będzie przecież musiała być świadkiem. Uprzedzona o sprawie Lodzia wyraźnie już „węszyła”, Justyna i Dominika też miały do sprawdzenia jakiś „trop” (ciekawe, czy ten właściwy?), więc gdyby Natalia pojawiła się dziś na Dniu Francuskim, prawdopodobieństwo skojarzenia przez nie faktów wzrosłoby wielokrotnie. Tymczasem dziś to niebezpieczeństwo, nawet jeśli nie zmalało do zera, utrzymywało się na znośnym poziomie, dając jej kolejne pasmo czasowe na to, by się przygotować.
„To jest z mojej strony strasznie podłe… okropne!” – wyrzucała sobie, zmierzając przez korytarz zaplecza do kuchni, by przekazać dziewczynom zamówienie na zupę cebulową i ślimaki. – „Cieszyć się, że jej nie ma, kiedy on pewnie w środku cierpi z tego powodu… Ale co na to poradzę? Kocham go, więc nie umiem inaczej, to jest silniejsze ode mnie. Boję się wręcz, że to mnie w pewnym momencie przerośnie i jednak nie wytrzymam, zrobię coś głupiego, zawiodę jego zaufanie i będę musiała odejść stąd z podkulonym ogonem jak te wszystkie nieszczęsne kelnerki, które w przeszłości się w nim zakochiwały. Nawet jeśli on sam mnie nie wywali… ba, jestem pewna, że tego by nie zrobił… to i tak honor będzie mi to nakazywał. Honor i zdrowy rozsądek…”
– Dziewczyny, możecie już odgrzewać ślimaki! – rzuciła wesoło do kucharek. – Wszystkie, dobrze? Na razie mamy zamówienie na pięć porcji, ale sytuacja zmienia się dynamicznie, na pewno będą następne. I siedem zup cebulowych poproszę! O, jesteś, Lidziu – dodała na widok wchodzącej do kuchni koleżanki. – A Klaudii jeszcze nie ma?
– Cześć, Iza, nie, nie widziałam jej – odparła Lidia, podając Dorocie karteczkę z zamówieniem. – O co w ogóle chodzi, dlaczego jeszcze jej nie ma? Coś się stało?
– Aha, coś na pewno, tylko nie wiemy co – wtrąciła się Eliza, która, wyjąwszy z lodówki danie ze ślimakami, wstawiła je właśnie do podgrzania. – Niedługo przyjedzie, to wszystko nam opowie. A jak tam twój stały klient, Lidziu? – zagadnęła z niewinną miną, mrugając porozumiewawczo do Izy. – Domówił coś znowu?
– Nie, jeszcze męczy to swoje mięso z sałatką – odpowiedziała spokojnie Lidia. – Jak skończy, to go zapytam. A co?
– Nie, nic, nic! – zaśmiała się Eliza. – Zastanawiam się tylko, co zamówi na końcu. Skoro zaczął od deseru z kawą, a teraz je danie główne, to potem pewnie wjedzie zupa, a na koniec przystawki!
Roześmiały się wszystkie, nie wyłączając Lidii.
– Dobra, Iza, wracaj do nich i przyjdź za dziesięć minut, wcześniej nie da rady – zapowiedziała Dorota. – I weź kogoś do pomocy, przecież siedmiu zup i pięciu porcji ślimaków sama nie uniesiesz.
– Ja pomogę – zadeklarowała się Lidia. – Zaniosę tylko te zamówienia.
– Dzięki, Lidziu – odparła energicznie Iza. – To ja w takim razie zrobię mały przelot po sali i za parę minut się do ciebie zgłoszę.
Wróciwszy na salę, dostrzegła z daleka, że Majk nadal jest zaangażowany w rozmowę z przyjaciółmi, zaś gromki aplauz, jaki chwilę potem dobiegł od strony stołu w sektorze VIP-ów, oraz poruszenie, jakie tam zapanowało, zaświadczyło o tym, że Ania, którą wszyscy po kolei ściskali i całowali, właśnie podzieliła się radosną nowiną z tymi, którzy jeszcze jej nie znali.
„A jej nadal nie ma” – skonstatowała z mimowolną satysfakcją, zmierzając w stronę głównego wyjścia z sali. – „I może już wcale nie będzie? Oby… za to ta znowu przylazła!” – dodała w myśli z niechęcią, zauważywszy w okolicach drzwi postawną sylwetkę Toma, a obok niego dobrze znaną postać Darii. – „A myślałam, że już da mu spokój. No chyba że to właśnie tak wygląda miłość z przeszkodami…”
Skrzywiła się z przekąsem, lecz po chwili przybrała neutralny wyraz twarzy, gdyż Tom, który rozmawiał z Darią, spojrzał w jej stronę i dostrzegł ją. Nim jednak zdążyła się do niego uśmiechnąć, czym prędzej odwrócił wzrok, jakby zmieszany.
„No tak” – pomyślała smutno. – „Pewnie mu głupio, bo wyraźnie odradzałam mu Darię, a on dalej to ciągnie i nie potrafi z tym skończyć… o, są też te dwie!” – zauważyła nieopodal przy stoliku znajome koleżanki Darii. – „Tylko że to przecież nie jest moja sprawa. To jego życie, jego uczucia, nie moje. Co prawda prosił mnie o radę, ale kim ja jestem, żeby mu doradzać? Kolejny dowód na to, że wtrącanie się w cudze życie to nie jest dobry pomysł. Słyszy pani, pani Ziuto?” – zwróciła się butnie do wizji „cyganki”, które czarne oczy mignęły jej przez chwilę w pamięci. – „To nie jest dobra droga. I ja w wiadomej sprawie na pewno nią nie pójdę!”
Narzucający się przy tych słowach obraz twarzy Magdaleny nie dał się łatwo przegonić sprzed oczu, jednak pomogła jej w tym przypadkowa klientka, która zatrzymała ją, by zapytać o jakiś punkt menu, a następnie Zuzia, która obsługiwała sektor D.
– Proszę pani, czy ma pani więcej tych ulotek o chorej dziewczynce? – zapytała. – Bo na niektórych stolikach już nie ma, albo zostało tylko parę.
– Nie, Zuzieńko, niestety więcej nie mam – odparła Iza, mile zdziwiona tą wiadomością. – To już prawie wszystkie poszły?
– Aha. Ludzie pytają, czy to z rekomendacji szefa, a jak słyszą, że tak, to biorą i mówią, że na pewno coś wpłacą.
– Super. Nie mam więcej, wiec niech zejdą po prostu te, co jeszcze zostały, i tyle. Trzeba wam tu coś pomóc?
– Nie, radzimy sobie z panią Olą – zapewniła ją rezolutnie Zuzia, zerkając ukradkiem w stronę drzwi. – Wszystko jest na bieżąco.
Iza pobiegła wzrokiem za jej spojrzeniem i dostrzegła tam wysoką sylwetkę Chudego, który rozmawiał z parą wychodzących już klientów, odpowiadając na jakieś ich pytania. Uśmiechnęła się z rozbawieniem.
– No to świetnie, działajcie – odpowiedziała, kładąc jej na chwilę dłoń na ramieniu. – Jakby trzeba wam było wsparcia, zgłoście u dziewczyn w kuchni. Ja zajrzę jeszcze na chwilę do Antka.
„Prawie wszystkie poszły!” – pomyślała z radością, zerkając na mijane po drodze stoliki, na których rzeczywiście tylko tu i ówdzie leżały jeszcze apele o pomoc ze zdjęciem Karolinki. – „A dzisiaj jest dużo starszych klientów, którzy wyglądają na bardziej nadzianych niż studenci. Oczywiście to, że wzięli ulotki, nie znaczy, że cokolwiek wpłacą, ale jak to mówiła Madi? Gdyby chociaż co pięćdziesiąty wrzucił złotówkę na konto, to już by było coś…”
Antek, którego dzisiejsze zadanie ograniczało się do puszczania francuskiej muzyki w tle, rozmawiał przy konsoli z jakimiś dwiema dziewczynami, zatem Iza upewniła się tylko szybko, czy wszystko jest w porządku, i zawróciła w stronę baru. Był już czas wracać do kuchni i podawać zupę oraz pilotażowe ślimaki po prokuratorsku.
***
– Dobra, Wojtek, nie bądź frajer, skosztuj tylko jednego! – zachęcał przyjaciela Pablo wśród wybuchów śmiechu pozostałego towarzystwa. – Oddaj cesarzowi, co cesarskie, i damy ci z tym spokój! Obiecuję! Jeden kęs i będziesz miał dyspensę od ślimaków nie tylko dzisiaj, ale już do końca życia!
– Potwierdzam! – dodał wesoło Majk. – Po twojej degustacji zostanie tylko nazwa w karcie, ale chrzest bojowy musi być! No, dawaj, stary! Nie daj się prosić! Jeden mały ślimaczek i jesteśmy kwita!
Iza, która z pomocą Lidii przyniosła zamówione dania, zaśmiewała się razem z nimi, podając każdemu jego porcję.
– Nie szkoda ci podłogi? – skrzywił się Wojtek. – Tak pięknie wypastowana, że sam mam opory. Ale jeśli faktycznie wmusicie we mnie to coś – wskazał z obrzydzeniem na stojący przed nim talerz z daniem – to zapewniam cię, że te opory znikną, i narazisz tylko gości na nieprzyjemne widowisko!
– Oj tam, Wojtuś, nie ściemniaj! – machnęła ręką Dominika. – Masz zjeść chociaż jednego i koniec! Nie odpuścimy ci!
– Z podłogą spokojnie damy radę – zapewniła go Iza. – Nie takie rzeczy się tu ogarnia.
Towarzystwo skwitowało to owacją i kolejnym wybuchem śmiechu.
– I widzisz? – zawołał Majk. – Tyle są warte twoje groźby, frajerze! Mój zespół to komandosi, nie boją się żadnych wyzwań! No już! Nie wydziwiaj, tylko wciągaj ślimaka! Dajesz!
– Wojtek, ale to jest bardzo dobre – zapewnił go Jean-Pierre, który zdążył już skosztować dania. – Naprawdę. Spróbuj, to się przekonasz.
– Sorry, ale ja mam polski model żołądka – odparł z przekąsem Wojtek. – Pod tą szerokością geograficzną ślimaków się nie jada.
– Ja też mam polski model, a jem! – skontrował go Pablo, demonstracyjnie pakując sobie do ust wielką porcję przysmaku. – O, zobacz! Aaaaaam!… Pycha! No, teraz ty!
– Czekaj, stary, poleję ci do tego trochę winka – przyszedł Wojtkowi z odsieczą Kajtek, stawiając przed nim pusty kieliszek i sięgając po butelkę z białym winem. – Walniesz ze dwa dla kurażu, znieczulisz się trochę, zamkniesz oczy, łykniesz i… – pstryknął głośno palcami – ani się obejrzysz i będzie po wszystkim!
– Czy ktoś chce jeszcze któreś z dań na ciepło? – zapytała Iza, dając Lidii znak, że jest już wolna. – Zbieram zamówienia!
Złapała przy tym ciepłe, aprobujące spojrzenie Majka, to samo, którym na co dzień w największym tłumie porozumiewali się bez słów, i uśmiechnęła się do niego. Trwało to sekundę, może półtorej, a jednak ta króciutka bezsłowna komunikacja sprawiła, że po plecach przeszedł jej przyjemny prąd. Czy to dlatego, że dziś, jako gospodyni Dnia Francuskiego, bardziej niż zwykle czuła się właściwą osobą na właściwym miejscu?
„Nie tylko pan posiada zdolności prowadzenia telepatycznej rozmowy bez słów, panie Sebastianie” – myślała z humorem, kierując się do kuchni, by zlecić koleżankom podgrzanie zamówionych dań. – „My z Majkiem robimy to od dawna. Może na mniejszą skalę i przy użyciu bardzo prostych środków, ale za to na jawie, a nie we śnie!”
Przy barze wpadła na rozpromienionego jak słońce Kacpra.
– O, cześć, Iza! – ucieszył się chłopak, ściskając ją serdecznie na powitanie. – Mega super, że jesteś! Jak ja cię dawno nie widziałem!
W istocie, jako że od grudnia, na polecenie szefa, ponad połowę swoich godzin realizował na Koncertowej, przygotowując nowy lokal do otwarcia, zarówno on, jak i Lidia na Zamkowej bywali rzadziej, a do tego Kacper ostatnio często mijał się na swoich zmianach z Izą. Ucieszona jego widokiem pociągnęła go ze sobą w korytarz zaplecza, by zagadnąć o bieżącą sytuację, a także o pana Stanisława.
– Stryj pyta o ciebie prawie codziennie – oznajmił jej Kacper, idąc za nią do kuchni. – Wpadnij kiedyś do nas, tylko nie zdziw się, bo w domu remont i wszystko od cholery zakurzone.
– O, cześć, Kacper! – przywitała go Dorota, biorąc z ręki Izy notatkę z zamówieniem. – Mam dla ciebie wałówkę, w tym białym pudełku na dole w lodówce, weźmiesz sobie potem, okej? Nie zapomnij. Tak, Iza, już wstawiam to do podgrzania.
– Dzięki – odparła Iza. – Kiedy po nie wrócić?
– Za jakieś dziesięć minut, nawet za piętnaście.
– Dobra, będę. Czyli już zacząłeś remont na Narutowicza? – wróciła do rozmowy, gdy wraz z Kacprem wycofali się z kuchni na korytarz.
– No – skinął głową z zadowoleniem. – Zaczynam od salonu. Już wszystko mam tam wybebeszone, stryja przenieśliśmy do twojego pokoju, co lepsze meble poupychałem u mnie i w przedpokoju, a te dwie stare szafki z rogu wywaliłem na korytarz, bo na chacie już miejsca nie ma. Zresztą pewnie i tak na śmietnik pójdą, ale na razie nie chce mi się ich taszczyć na dół, może zresztą dechy do czegoś się przydadzą. No i teraz zrywam tynki w dużym pokoju, nowe będę kładł. A najpierw ściankę działową.
– Czyli jednak zdecydowaliście się podzielić salon na dwa mniejsze?
– No. Jak wyniosło się meble, to dopiero widać, jakie to jest, kurde, duże pomieszczenie. Być nie uwierzyła! No to zrobię tam dwa osobne. Wykroję jeden mały pokoik z tym oknem w rogu, Kasia mówi, że to będzie sypialnia, a drugi wyjdzie z tego, co zostanie. Taki niby salon, chociaż po tej przebudowie to on niewiele będzie większy od mojego czy twojego pokoju, nie?
– Wiadomo, ale za to w sumie będą cztery – zauważyła Iza. – Jak pan Stasio zajmie jeden, to dla was zostaną trzy, będzie się gdzie ulokować. A jak plany ślubne? – mrugnęła do niego znacząco. – Macie już jakąś przybliżoną datę?
– Mamy! – rozpromienił się Kacper. – Dziesiąty lipca!
– O, jak konkretnie! – uśmiechnęła się. – To już za pół roku.
– Aha. Niby długo, ale jak sobie policzę, ile mi ten remont zajmie, to pewnie wyjdzie na styk. A skończyć muszę – zaznaczył, podnosząc w górę palec. – Jak mam tam wprowadzić moją księżniczkę, to to musi być pałac, nie? Wszystko odmalowane, nowe meble, gdzie się da, i porządna kuchnia! Ze zmywarką! Byle tylko kasy starczyło – zafrasował się nieco. – Trochę jeszcze mam na koncie, po Nowym Roku Adaś ma mi pożyczyć parę patyków, ale to i tak będzie mało. Od rodziców Kasi nie chcę brać, człowiek honoru jestem, od moich ojców nie pożyczę, bo u nich bida piszczy, stryj też bogaty nie jest… Trzeba będzie kredyt wziąć. No to wezmę! – rozpromienił się znowu. – Co tam! Wezmę i się spłaci, a dla Kasieńki pałac musi być!
– Myślę, że stratny na tym nie będziesz – zauważyła z uśmiechem.
– Oj nie! – zaśmiał się, a oczy zabłysły mu znajomym szelmowskim światełkiem. – O to się nie bój, młoda! To, co ja od Kasieńki dostaję, to… ech! Jakbym miał się jej za to wypłacić, to powinienem wybudować jej prawdziwy pałac! Jak u jakiegoś, kurde, sułtana!
– Z baśni tysiąca i jednej nocy – dopowiedziała wesoło Iza.
– No! Żebyś wiedziała! Na dziesięć pięter i sto pokoi! Z ogrodem na dwa hektary!
– Z basenem i SPA! – zaśmiała się, po czym zamilkła tknięta pewnym pomysłem.
– A tak! Tak, Iza! Dla mojej Kasi wszystko! Zresztą trzy pokoje u stryja to też już coś – stwierdził spokojniej. – I zrobię je na cacy, kuchnię wyposażę tak, że wszystko będzie tam miała. Dobraliśmy się idealnie, ona uwielbia gotować, a ja uwielbiam jeść, hehehe! I wiesz? – dodał ciszej, a w jego głosie zabrzmiało wzruszenie. – Ona już teraz, jak sobie planujemy, co gdzie będzie, to tak się cieszy… jest taka szczęśliwa, że jak na to patrzę, to chce mi się płakać. Ze szczęścia, nie? Kurde, nie wiedziałem nawet, że tak można! A można.
– Cieszę się, że jesteście szczęśliwi, Kacperku – uśmiechnęła się ciepło, pociągając go za ramię w stronę szatni kelnerek. – Chodź ze mną na chwilę, dam ci coś z torebki, dobrze? A powiedz mi, jak pan Stasio znosi ten rozgardiasz remontowy? Nie denerwuje go to?
– A co ma denerwować? – wzruszył ramionami Kacper. – Jeszcze by się wkurzał, jak mu chatę odstawiam na tip-top? Siedzi u siebie i nic nie ględzi, wie, że tak trzeba, i cieszy się, że Kasia będzie u nas mieszkać. Aha, w salonie już mam nowe okna zamówione – przypomniał sobie. – Kasy na to dałem, że uuu!… ale musi być nówka, bo te stare to już śmieć, nieszczelne jak cholera, a do tego korniki ramy nadżarły, w niektórych miejscach normalnie się sypią. W kuchni i u mnie to samo, u ciebie tylko trochę lepiej, ale i tak stryjowi wymienię, a co! Jak już robić, to robić!
– Jasne – zgodziła się, wyciągając z torebki kopertę od Krawczyka i przeglądając uważnie jej zawartość. – Zrobić remont raz a dobrze i mieć spokój na lata. Słuchaj, powiedz stryjowi, że w przyszłym tygodniu postaram się do was wpaść na chwilę, okej? Tylko tak na moment, złożyć mu życzenia przed świętami, ale wpadnę. Dam mu znać smsem, kiedy dokładnie.
– Dobra! – ucieszył się. – Wpadaj, kiedy tylko chcesz, Iza! Najlepiej, żebym i ja wtedy był, to szybko ci pokażę, co już zrobiłem w salonie i jakie są plany, nie ma to jak na żywo… Co to jest? – zdziwił się, gdyż Iza właśnie wręczyła mu dwa kartoniki.
– Karnety do SPA – odparła rzeczowo. – Dla ciebie i dla Kasi, każdy na pięć wejść.
– Do SPA? – zdumiał się. – A co to?
– Nie wiesz, co to SPA?
– No… coś słyszałem. Jakieś wanny z bąbelkami i masaże wodne?
– Coś w tym stylu! – zaśmiała się, chowając z powrotem kopertę i zamykając torebkę. – Relaks w wodzie, masaże, podobno fajna sprawa, przyjemne i odprężające. Nie pytaj o szczegóły, bo sama jeszcze nigdy tam nie byłam, ale wybiorę się. Mam tych karnetów dużo, dostałam w prezencie i nie wykorzystam aż tylu, więc chętnie się podzielę. Daję ci dwa, żebyście mogli pójść razem, na każdy można wejść pięć razy, więc mielibyście pięć takich wspólnych seansów.
– W sensie, że razem w wannie z bąbelkami? – Kacprowi rozbłysły oczy. – Z moją Kasieńką?
– Aha. Możesz jej to dać na gwiazdkę. Nie musisz mówić, że masz ode mnie, niech myśli, że to twój pomysł – mrugnęła do niego porozumiewawczo. – Włóż to tylko w jakąś ładną kopertę, dołóż czekoladki albo jakiś inny drobiazg i będziesz miał gotowy prezent pod choinkę.
– Ooo! – podchwycił z entuzjazmem. – Ty to masz łeb na karku, Iza! A ja się właśnie zastanawiałem, co Kasi pod choinkę kupić, zwłaszcza że z kasą jest słabo przez ten remont… Dzięki, siostra!
Wyściskawszy ją, schował prezent i pobiegł meldować się Chudemu, jednak nim zdążył wyjść z zaplecza, na korytarz wpadła zapłakana, roztrzęsiona Klaudia w towarzystwie Oli i Gosi i rozpinając po drodze zimowy płaszcz, ruszyła w stronę szatni czyli prosto na idącą za Kacprem Izę. Zaskoczony Kacper zatrzymał się przy wejściu na salę i popatrzył na nie z niepokojem.
– Klaudziu, co się stało? – zapytała Iza, zatrzymując ją na środku korytarza i zerkając pytająco na koleżanki, które tylko pokręciły posępnie głowami na znak, że też nic nie wiedzą.
– Chudy – wyszeptała Klaudia. – Jest Chudy?
– Jest, nie widziałaś go? Ostatnio kręcił się przy wejściu i na schodach.
– Nie – pokręciła głową. – Nie widziałam…
W tej sekundzie na zaplecze wpadła Wiktoria, która, widząc minę Klaudii, zostawiła bar pod wodzą Kamili i pobiegła za nią, a zaraz potem Lidia, obie z poważnymi, wręcz wystraszonymi minami. Wszystkie pięć w milczeniu poprowadziły dygoczącą jak w konwulsjach Klaudię do szatni, obejmując ją z dwóch stron i pomagając jej zdjąć z siebie zimowe ubrania. Kacper zawahał się i niepewnym krokiem podążył za nimi.
– Siadaj tutaj – powiedziała z troską Iza, usadzając Klaudię na fotelu pod ścianą. – I mów, co się stało. Jak możemy ci pomóc?
– Chudy – odparła słabo. – Muszę pogadać z Chudym. Powiem wam wszystko, tylko on też musi przy tym być… nie chcę tego powtarzać po pięć razy…
– Dobra, zaraz go zawołamy – odparła stanowczo Iza, wyprostowując się i zerkając na koleżanki. – Gosiu… albo ty, Lidziu… O! Kacper! – dodała, dostrzegłszy przez uchylone drzwi jego czającą się do wejścia sylwetkę. – Chodź tu, mam dla ciebie misję!
– No? W czym pomóc? – podchwycił natychmiast Kacper, zaglądając do środka i spoglądając na Klaudię. – Co jej się stało?
– Leć po Chudego! – nakazała mu Iza. – Sprowadź go tu piorunem, powiedz, że ma przyjść natychmiast. A potem idź do szefa, jest na VIP-ach, i powiedz mu dyskretnie, że mamy problem na zapleczu. Miałyśmy tam dostarczyć dania na ciepło dla gości, niech wie, będzie opóźnienie. No, leć!
Kacper nie dał sobie dwa razy powtarzać i rzucił się pośpiesznie do wykonania zadania, podczas gdy dziewczyny otoczyły Klaudię, przysiadając na sąsiednich krzesłach albo przykucając obok jej fotela, zaś Ola stanęła przy niej i uspokajająco gładziła ją po włosach.
– To coś z Bartkiem? – zapytała łagodnie po dłuższej chwili ciszy.
Klaudia pokiwała tylko głową twierdząco z twarzą ukrytą pod zasłoną rozpuszczonych w bezładzie włosów.
– Macie chusteczki higieniczne? – chlipnęła.
Lidia natychmiast wyszarpnęła z kieszeni fartuszka paczkę chusteczek i podała jej. Klaudia nerwowym gestem wyjęła jedną i podniósłszy do twarzy, głośno wydmuchała nos.
– Co on ci zrobił? – zapytała z niepokojem Wiktoria.
– Jeszcze nic – odparła drżącym głosem, drugą chusteczką ocierając sobie oczy. – Ale boję się… Teraz serio żałuję, że się w to mieszałam…
– W co? – zapytała w napięciu Gosia.
W tym momencie na korytarzu rozległy się przyśpieszone kroki i do szatni kelnerek wszedł Chudy w towarzystwie Tyma i Zuzi. Miny całej trójki odzwierciedlały najwyższe zaniepokojenie.
– Kacper mówił, że mam przyjść – rzucił od progu Chudy. – Mówił, że chodzi o Klaudię, to wziąłem też Tyma i małą… Klaudia, co się stało? – dodał, przykucając u jej stóp przy fotelu i zaglądając jej w twarz. – Znowu coś z Bartoszem?
– Aha – pokiwała głową Klaudia. – Znowu… gnojek jeden…
Choć z trudem łapała powietrze i głos jej drżał, widać było, że ze wszystkich sił stara się uspokoić. Chudy zerknął na Tyma, potem na Izę, wreszcie na Zuzię, po czym znów przeniósł wzrok na Klaudię, która, wytarłszy sobie jeszcze raz oczy zgniecioną chusteczką, podniosła wreszcie głowę i ukazała wszystkim wymiętą, zaczerwienioną od płaczu twarz. Nim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, zza drzwi dobiegł odgłos kolejnych zbliżających się kroków i do zatłoczonego już mocno pomieszczenia wpadł jak burza szef w towarzystwie Kacpra.
– Co tu się dzieje? – zapytał, przyglądając się z poważną miną Klaudii. – Klaudia? Co się stało? Jakieś nieszczęście?
– Milena zniknęła – odpowiedziała cicho lecz wyraźnie Klaudia. – Razem z córką. Bez śladu.
– Milena? – powtórzył Kacper. – Jego żona?
– Tak – pokiwała głową Klaudia, nabierając mocno powietrza w płuca.
– Ale jak to zniknęła? – zapytała zdezorientowana Wiktoria. – Co to znaczy: zniknęła? Może gdzieś wyjechała? Jaki to ma związek z tobą?
– Taki, że była u mnie policja – oznajmiła nieco już spokojniejszym głosem Klaudia. – A potem zabrali mnie na komisariat i wałkowali przez kilka godzin.
– Policja? – szepnęła Ola.
Wszyscy zebrani popatrzyli po sobie ze zgrozą.
– Nie mów, że bydlak coś jej zrobił – powiedział Chudy, patrząc na nią ponuro.
Klaudia pokręciła głową.
– Nie wiem… ale chyba dopuszczają taką opcję.
– Cholera! – mruknął Majk.
– Powiedzieli ci to?
– Tak wprost to nie. Ale przez kilka godzin przepytywali mnie na temat Bartka, pytali o każdy najmniejszy szczegół, mam już od tego w mózgu sieczkę. Pytali też o Milenę, w sumie głównie o nią, zwłaszcza o to, kiedy ostatnio ją widziałam, jak się zachowywała i tak dalej. Podobno od półtora tygodnia nie ma z nią kontaktu, zniknęła razem z dzieckiem i nikt nie wie, gdzie jest. A telefon zostawiła w domu.
– Ups – szepnęła Lidia.
– A ty co o tym myślisz? – zapytała ostrożnie Iza. – Bartek mógł maczać w tym palce?
– Moim zdaniem, mógł – odparła stanowczo Klaudia. – Rzecz w tym, że to jej matka, a nie Bartek, zgłosiła sprawę na policję. On chyba nie miał takiego zamiaru. Alibi niby ma, przez tydzień był w delegacji w Warszawie, ale przecież mógł wrócić na parę godzin w środku nocy i nikt by tego nawet nie zauważył.
– No tak – zgodził się Chudy. – Ale to już chyba policja będzie sprawdzać?
– Mam nadzieję. Ale martwię się o Milenę. Pamiętasz, Iza, jak pytałaś, czy on jej czymś nie szantażuje? – spojrzała na nią znacząco. – Ja to sobie od razu przypomniałam, jak policjant zadał mi dzisiaj to samo pytanie, i aż mnie zmroziło. Bo serio tak mogło być. Najpierw ją szantażował, a potem… Boję się, że coś im zrobił… jej i dziecku – wyszeptała ze zgrozą. – To jest przecież psychopata, słusznie go tak nazwałaś, Wika… Jak sobie przypominam różne rzeczy, to dopiero teraz widzę, co się za tym mogło kryć, i aż mi zimne ciary po plecach idą. A najbardziej boję się, że przyjdzie też do mnie i zrobi ze mną to samo co z Mileną – dodała z rozżaleniem, kryjąc twarz w drżących dłoniach. – Oni go nawet nie aresztowali, bo nie mają za co… A jak to naprawdę on? Będzie chciał się pozbyć świadków, a ja jestem najbardziej niewygodna! Poza tym nienawidzi mnie…
Rozpłakała się na nowo urywanym, nerwowym płaczem. Zgromadzeni wokół niej wymienili milczące, poważne spojrzenia, a Ola znów zabrała się za delikatne gładzenie jej po włosach.
– Boję się wracać do domu – ciągnęła przez łzy Klaudia, nie podnosząc głowy. – Dzisiaj na pewno tam nie wrócę, muszę tu zostać. Mogę nawet spać tutaj – wskazała na podłogę. – Bo jak on przyjdzie do mnie w nocy? Zaczai się na klatce albo gdzieś po drodze… Niewykluczone zresztą, że dorobił sobie klucze… Tyle razy u mnie był, nocował… mógł je wziąć, zawsze leżą na szafce w przedpokoju, wyjść rano, dorobić i odłożyć. A teraz przyjdzie po cichu i ich użyje… Nie wiem, ja już chyba mam jakąś paranoję…
Wszyscy słuchali w milczeniu, przyglądając jej się ze współczuciem.
– Miejmy nadzieję, że to tylko twoja nadinterpretacja i fałszywy trop – odezwał się Majk. – I że ta Milena i jej córka odnajdą się szybko całe i zdrowe. Nie denerwuj się tak, Klaudia, trzeba myśleć racjonalnie. W końcu zeznania na policji już złożyłaś, więc gdyby to była sprawka frajera i chciałby się ciebie pozbyć, pomyślałby o tym wcześniej. Teraz już musztarda po obiedzie, skoro gliny mają go na celowniku, to pewnie będą obserwować. Jakby przyszedł do ciebie w nocy i bez uprzedzenia, mieliby jak na talerzu dowód, że koleś coś kombinuje, więc nie sądzę, żeby się tak wystawiał. No, ale wiadomo, że stres jest – przyznał współczująco. – I lepiej dmuchać na zimne. Chudy, jakieś pomysły? Jak możemy w tym momencie pomóc Klaudii?
– A właśnie, Łukasz! – przypomniała sobie Klaudia, podnosząc zapłakaną twarz i patrząc na niego przez łzy. – Muszę ci coś powiedzieć! Policja przyjdzie w tej sprawie i do ciebie. Przepraszam… Pytali o detektywa, który się tym zajmował, musiałam podać im twoje nazwisko.
Chudy wzruszył lekko ramionami.
– Bardzo proszę, żaden problem – odparł spokojnie. – Papiery mam czyste, a jak trzeba im coś dodatkowo wyjaśnić, to chętnie pomogę. Nie wiem, co można zrobić, szefie – zwrócił się z odpowiedzią do Majka. – Chyba tylko jakieś wsparcie psychologiczne, ale to już nie ja, bo ja się na tym nie znam. Generalnie to ja ci się, Klaudia, nie dziwię, że się zdenerwowałaś – dodał lojalnie. – Ale mnie, tak jak szefowi, to się niezbyt zgrywa. Gdyby Bartek był w to zamieszany i chciał usunąć świadka… a wiadomo, że ty byłabyś w tej sprawie kluczowa… to zrobiłby to wcześniej, właściwie od razu. Jeszcze zanim rodzina zauważyła cokolwiek i sprawa zaginięcia została zgłoszona na policję.
– Też tak myślę – przyznała Wiktoria. – Policja na pewno wie, co robi.
– Powiedzieli, że nie dadzą mi ochrony, bo na razie nie ma do tego powodu – dodała ponuro Klaudia. – Mam im tylko raportować, gdyby coś się działo, na przykład gdyby Bartek próbował się ze mną kontaktować czy coś takiego. Tylko że łatwo im mówić… ja się i tak boję. Nawet jak nic się nie stanie, to teraz nie wiem, ile czasu będę żyła jak na minie… Ech… niepotrzebnie w ogóle się w to mieszałam…
Łzy znów popłynęły jej po policzkach. Zuzia podeszła cichutko i stanąwszy po drugiej stronie fotela niż Ola, dołączyła do gładzenia jej po włosach i ramieniu na znak wsparcia.
– Niepotrzebnie mówiłam to Milenie – ciągnęła z żalem Klaudia. – Trzeba było to zostawić, nie wtrącać się w ich życie… kopnąć gnojka w tyłek i niechby sobie robił, co chce… Zachciało mi się altruizmu, walki o prawdę… no to teraz mam za swoje!… Nawet nie mogę wrócić do domu!
Iza słuchała tych słów zmrożona, mimo woli odnosząc je do własnej sytuacji.
„Otóż to, pani Ziuto” – pomyślała drętwo. – „Sama pani widzi…”
– Poczekaj, Klaudia, nie nakręcaj się – zatrzymał ją łagodnie Majk. – Wiadomo, że dzisiaj mocno się zestresowałaś, w takich sytuacjach wyobraźnia działa, a czarne scenariusze lecą jak lawina, ale to przecież nie może zdezorganizować ci życia. Co to znaczy, że nie możesz wrócić do domu? To przecież absurd. Ja oczywiście nie bronię ci nocować tutaj – zastrzegł. – W gabinecie jest miejscówa do spania i jakbyś potrzebowała dzisiaj awaryjnie się zalogować, to nie ma problemu. Ale chyba sama widzisz, że na dłuższą metę to nie ma sensu, hmm? Nie będziesz przecież tygodniami koczować poza domem.
– Boję się tam wracać – szepnęła Klaudia. – A najgorsze te klucze…
– Możesz dzisiaj przenocować u mnie – zaoferowała się Gosia.
– Albo u mnie – dodała Wiktoria. – Ewentualnie dzisiaj u Gosi, a jutro u mnie, no problem.
– I co? – zapytał z przekąsem Majk. – Będzie tak nocować u was kątem po kolei, aż się sprawa nie wyjaśni? Może policja szybko znajdzie tę Milenę i sytuacja się unormuje, taką mam nadzieję, ale jeśli nie? Co będzie, jak to potrwa miesiącami?
– No właśnie nie wiem – westchnęła Klaudia. – Może faktycznie przesadzam, ale naprawdę się boję…
– Poczekaj, Klaudia! – odezwał się stanowczo Tym, który, oparty ramieniem o ścianę przy drzwiach, do tej pory przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu, nie odrywając oczu od roztrzęsionej dziewczyny. – Bez paniki, trzeba to załatwić krok po kroku. Zacznijmy od kluczy. Boisz się, że Bartek mógł je sobie po cichu dorobić? Dla mnie to raczej mało prawdopodobne, ale skoro się tego boisz, to trzeba to od razu wyeliminować. Musimy jak najszybciej wymienić ci zamki.
– Tak jest – zgodził się Majk.
Klaudia podniosła głowę i spojrzała na Tymka z uwagą połączoną z nutą nadziei.
– Racja, nie pomyślałam o tym. Tylko kiedy? Dzisiaj przecież sobota, nie znajdę już ślusarza o tej porze… w dodatku w weekend…
– Znajdziemy – zapewnił ją spokojnie Tym. – Są pogotowia ślusarskie na telefon, awaryjne otwieranie drzwi itepe, buli się za to trochę, ale coś za coś, nie? Na pewno mają na stanie jakieś zamki, dałoby się dogadać. Jak chcesz, mogę się tym zająć. Za pół godziny kończę swoją zmianę i jestem wolny.
– Dobry pomysł, Tymoteusz – przyznał Majk. – Wymiana zamków da Klaudii komfort psychiczny, trzeba to zrobić od ręki. Olej dokańczanie zmiany, zwalniam cię, chłopaki sobie poradzą, a ty zacznij działać już teraz. Dzwoń i umawiaj się ze ślusarzem, weź najszybszą możliwą usługę, a kosztami się nie przejmuj, oddam ci kasę. Zaliczymy to Klaudii na poczet premii – uśmiechnął się do dziewczyny, która słuchała ich z pełną nadziei i już o wiele spokojniejszą miną. – Wydajny pracownik musi czuć się bezpiecznie, mieć spokojną głowę, a przede wszystkim wysypiać się we własnym łóżku.
– Mhm – Chudy również pokiwał aprobująco głową. – Racja, szefie, a tobie, Tym, brawo za przytomność, bo ja sam też nie pomyślałem o zamkach. Klaudia, on dobrze gada, to jest najlepsze, co w tej chwili można zrobić. Daj mu klucze do mieszkania i adres, podskoczy i załatwi ci te zamki jeszcze dzisiaj, zanim skończysz zmianę.
– Okej – szepnęła Klaudia, sięgając po odrzuconą na podłogę torebkę. – Dzięki, Tymek.
– Nie ma za co – zapewnił ją ciepło Tym. – Załatwię ci to w ciągu dwóch godzin, a po robocie, jak chcesz, mogę odwieźć cię do domu i odstawić pod same drzwi.
Ola, Gosia i Wiktoria, choć przejęte sytuacją, spojrzały po sobie, nie mogąc powstrzymać lekkiego, porozumiewawczego uśmieszku. Klaudia, która właśnie wygrzebała z torebki klucze do mieszkania, podniosła na Tyma pełne wdzięczności spojrzenie.
– Serio? Odwieziesz mnie?
– A co za problem? – wzruszył ramionami. – Jak się boisz wracać sama, to będziesz mieć obstawę. Może i nauczyłaś się czegoś na szkoleniach z samoobrony – dodał żartem, zerkając na Chudego – ale w sytuacji podbramkowej i tak zawsze lepiej mieć przy sobie wytresowanego goryla.
– Świetna oferta, Tym – podchwycił Majk, postępując ku niemu i kładąc mu uroczyście dłoń na ramieniu. – Niniejszym, do czasu wyjaśnienia przez policję sprawy Mileny i Bartka, mianuję cię osobistym gorylem Klaudii!
– Tak jest, szefie! – zasalutował Tym, wyprężając się na baczność.
Towarzystwo parsknęło śmiechem, jednak szybko umilkło wobec powagi sytuacji.
– Dzięki, Tymek – powtórzyła Klaudia, podając mu drżącą dłonią klucze. – Zaraz ci powiem, który jest do którego zamka. I podam ci adres.
– Weź peugeota – polecił mu tonem organizatora Majk. – Kluczyki są u mnie w szufladzie w biurku. I słuchajcie, koniec tego zgrupowania, musimy wracać do roboty. Chudy i Kacper, wy już lećcie na salę, okej? Ja zaraz też przyjdę pomóc. A ty, Klaudia, nawet nie myśl o stawaniu dzisiaj do roboty – zaznaczył. – Posiedź tu sobie i ochłoń, ale na sali mam cię dzisiaj nie widzieć, jasne? Odrobisz kiedy indziej.
– Otóż to – podchwyciła stanowczo Iza. – Właśnie miałam to mówić. Szef ma rację, Klaudziu, nie możesz iść na salę w takim stanie, jesteś całą roztrzęsiona. Jeszcze oblejesz kogoś kawą albo coś.
– Okej… prawda – westchnęła Klaudia.
– Niech jedna z was z nią zostanie – polecił Majk, zwracając się do kelnerek i Wiktorii – a reszta wraca na salę. Klaudia, pogadamy o tym jeszcze potem, na spokojnie. I nie martw się, na pewno nie zostawimy cię z tym samej.
– Dziękuję, szefie.
– To ja mogę zostać z Klaudią – zgłosiła się Ola.
– Okej – zgodziła się Iza, kierując się energicznie w stronę drzwi. – Ty zostań, a my, dziewczyny, wracamy piorunem na salę i stajemy do pracy, już pewnie mamy tam niezłe tyły!