Anabella – Rozdział CXXIV

Anabella – Rozdział CXXIV

– O, jesteś, Iza! – zagadnęła Wiktoria, kiedy koleżanka wyszła z zaplecza. – Jak zdrowie?

– A dziękuję! – uśmiechnęła się Iza. – Już dobrze, katar w odwrocie, jakieś resztki smarków mi zostały, ale sytuacja już opanowana. Właśnie wracam na posterunek.

Wiktoria zerknęła na nią spod oka.

– Szef mówił, że masz tajny patent na leczenie kataru w jeden dzień. To jakieś czary-mary?

– Nieee! – parsknęła śmiechem. – Z czarami to nie ma nic wspólnego, po prostu efekt szybkiej reakcji, nauczyła mnie tego babcia. Cytryna, miód, łóżko i dużo odpoczynku, ale trzeba to wdrożyć natychmiast. Ja niestety zareagowałam o kilka godzin za późno. Katar zaczął mi się w poniedziałek rano, ale akurat byłam w podróży, a po powrocie musiałam jeszcze skoczyć na zakupy, więc dopiero po południu mogłam zacząć porządne leczenie. To duża różnica, bo przez to z jednego dnia zrobiły się trzy.

– Ciekawe – pokiwała głową Wiktoria. – Muszę sobie zapamiętać i wdrożyć, jak mnie coś dopadnie. A propos, powinnaś sprzedać ten patent Antkowi, bo jego też już coś bierze. Jakiś sezon na przeziębienia, to chyba przez te ostatnie deszcze i różnice temperatur.

– Zdecydowanie – przyznała Iza. – Strasznie chłodna ta końcówka sierpnia, nie? Wyjątkowo. Nic dziwnego, że choróbska się panoszą. A co jest Antosiowi? – zaniepokoiła się. – Nie wiesz, czy będzie dzisiaj w pracy?

– Nie wiem. Ale wczoraj wieczorem leciało mu z nosa i mówił, że mu zimno, chociaż na sali było gorąco jak w piekle. Więc różnie może być.

– Jeśli się przeziębił, to nie powinien przychodzić do pracy – stwierdziła stanowczo. – Szef nic mi nie wspominał, może sam o tym nie wie, ale ja zaraz zadzwonię do Antka i jeśli jest nie w formie, to każę mu zostać w domu i się leczyć.

– Słusznie – zgodziła się Wiktoria, przyglądając jej się uważniej. – Czekaj, pokaż no… ale masz fajny wisiorek! – dodała, sięgając ręką i ujmując w dwa palce delikatną srebrną ozdobę na jej szyi. – Co to jest? Półksiężyc? Mhm… śliczny!

– Dziękuję – uśmiechnęła się.

– To z prawdziwego srebra?

– Aha. Srebro najlepiej pasuje do tego wzoru.

– Prawda – zgodziła się Wiktoria, puszczając wisiorek i poprawiając jej go na szyi za kołnierzykiem białej bluzki. – Bardzo ładne cacko. Kiedyś też miałam coś takiego i też w srebrze, ale to nie był księżyc tylko czterolistna koniczynka. Szkoda, że ją zgubiłam… No, ale dobra, nie zatrzymuję cię już. Nie wiesz może, kiedy będzie szef?

– Po osiemnastej – odparła rzeczowo. – Ma spotkanie z jakimiś ważnymi klientami, nie chciał powiedzieć przez telefon, o co chodzi, ale będzie na miejscu, koniecznie chce załatwić to osobiście. A ja muszę wysłać Chudego po dostawę – westchnęła, rozglądając się po sali, by wyszukać wzrokiem charakterystyczną sylwetkę ochroniarza. – I to zaraz, póki nie ma za dużo klientów. Nie wiesz, czy już przyszedł?

– Chudy? Nie mam pojęcia – rozłożyła ręce Wiktoria. – Nie widziałam go jeszcze.

– Okej, to gdyby się pojawił, powiedz, że go szukam, okej? Ja idę zadzwonić do Antka, zostawiłam telefon u szefa na biurku.

Wróciła na zaplecze po telefon służbowy, na który dosłownie kilka minut wcześniej, jakby Antek czytał w jej myślach, przyszedł sms z informacją, że nie będzie go w pracy z powodu choroby. Odpisawszy mu na wiadomość, wróciła do baru, gdzie oprócz Wiktorii stały teraz również Ola i Klaudia.

– Iza, nareszcie! – ucieszyły się, ściskając ją po kolei na powitanie. – Zdrowa już jesteś? No! Widać, że patent na szybkie leczenie zadziałał!

– Zadziałał – zgodziła się wesoło Iza. – A szef jest straszny plotkarz, wszystko wam kabluje i teraz cały zespół ma ze mnie bekę!

– Nieprawda – zapewniła ją z powagą Ola. – Żadna beka, przeciwnie, jesteśmy pełni podziwu i zazdrościmy ci takich trików. Musisz koniecznie zrobić nam z tego szkolenie… jak Chudy z samoobrony!

Na ostatnie słowa wszystkie trzy z Klaudią i Wiktorią spojrzały po sobie znacząco i jak na komendę gruchnęły głośnym śmiechem, tak zaraźliwym, że Iza również nie mogła się nie roześmiać.

– Tak, słyszałam o tym – pokiwała głową. – Szkolił już raz Zuzię i nawet miał pomysł, żeby kiedyś przeszkolić nas wszystkie.

– No, ale to już przecież jest postanowione! – zawołała Klaudia. – Nie słyszałaś?

– Jak to?

Na widok jej zdziwionej miny dziewczyny znowu wybuchły śmiechem.

– Polecenie służbowe szefa – wyjaśniła jej Wiktoria. – Nie wiem, czy to Chudy tak go urobił, czy jemu samemu ten pomysł się spodobał, w każdym razie wczoraj zwołał nas i zapowiedział, że wszystkie mamy się przeszkolić z podstawowych chwytów samoobrony. Bo bezpieczeństwo damskiej części ekipy to priorytet, który bardzo leży mu na sercu – wydeklamowała, przedrzeźniając autorytarny ton Majka.

– Jasne! – zaśmiała się Iza. – Priorytet! To ciekawe, bo jak dotąd nigdy nie było o tym mowy!

– No właśnie – pokiwała głową Ola. – Dlatego z góry wiadomo, że to jakaś sztuczka.

– Sztuczka?

– Raczej wygłup – sprostowała pobłażliwie Klaudia. – Stare konie zabawę sobie wymyśliły. Bo wiesz – wyjaśniła Izie – szkolenie ma być tu, na sali, oczywiście w godzinach, kiedy lokal będzie zamknięty. My wszystkie mamy ubrać się na sportowo, Chudy będzie robił za trenera, a szef i reszta chłopaków mają się nam przyglądać.

– Aha! – pokiwała ze śmiechem głową Iza. – Żeby się z nas nabijać?

– To na pewno – zgodziła się wesoło Ola. – Ale szef uzasadnił to dyplomatycznie tak, że cała ochrona na wypadek W powinna znać stopień naszego przeszkolenia, a poza tym on osobiście musi dbać o dobre obyczaje w zespole, więc nie może oddać nas w ręce Chudego bez żadnej kontroli.

– Jasne!

– Pewnie boi się, że Chudy wszystkie nas uwiedzie – zauważyła z powagą Wiktoria, na co koleżanki zareagowały kolejnym wybuchem śmiechu. – Wszystkie po kolei!

– Nooo… ja też się boję! – prychnęła Klaudia. – Chudy to przecież bezwzględny, seryjny uwodziciel, który tylko czeka na taką okazję!

– Nie no, szef doskonale wie, że Chudy ma totalnie wywalone na kobiety – machnęła ręką Wiktoria. – Po prostu pomysł mu się spodobał, bo wywęszył okazję, żeby naszym kosztem zrobić sobie z chłopakami widowisko.

– Wariaci! – pokręciła głową rozbawiona Iza. – A kiedy ma być to szkolenie?

– Nie wiem, jakoś we wrześniu – odparła Klaudia. – Planują kilka razy, bo jedna sesja to za mało. Ale czekaj… mówisz, że to się zaczęło od Zuzki? – spojrzała na nią spod oka. – Chudy już ją szkolił?

– Aha, nakryłam ich kiedyś w składziku, jak ćwiczyli razem. Kiedy weszłam, byli w takiej pokręconej pozycji, że aż mnie zatkało! – zaśmiała się. – Jakby jakiś balet tańczyli! Odetkało mnie dopiero, kiedy Łukasz wyjaśnił, że to tylko chwyty samoobrony.

– Aaa… no proszę! – roześmiała się Wiktoria, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia z koleżankami. – Widzicie, dziewczyny? Może my go jednak nie doceniamy?

– Dobre, dobre! – przyznała Ola. – To już teraz wiem przez kogo będziemy miały na starość obowiązkowe lekcje WF!

– Tak czy inaczej miałaś rację, Klaudia – dodała z uznaniem Wiktoria. – Muszę ci przyznać, że masz nosa, rozpracowałaś to bezbłędnie.

– Ale co? – zapytała przysłuchująca się im ze zdziwieniem Iza.

– Sprawę Zuzki – wyjaśniła jej Wiktoria. – Pamiętasz, co mówiłyśmy o niej a propos szefa?

– Pamiętam – skinęła głową, poważniejąc.

– No to tamta hipoteza to jednak była pomyłka.

– Pomyłka?

– Tak. I Klaudia ją wykryła. Chodzi o to, że…

– Dzień dobry! – przerwało jej powitanie nadchodzącej z głębi sali Zuzi, na co wszystkie cztery aż podskoczyły i umilkły speszone. – O, dzień dobry pani! – ucieszyła się na widok Izy. – Już pani jest!

– Jestem, Zuzieńko – uśmiechnęła się. – Witaj, miło cię widzieć. Dopiero teraz schodzisz ze zmiany? Widziałam w grafiku, że dzisiaj miałaś być tylko do piętnastej.

– Tak, wiem, ale musiałam pomóc pani Lidii – wyjaśniła jej rezolutnie Zuzia. – Tam na końcu klienci strasznie pobrudzili stoliki jakimś tuszem czy atramentem, szorowałyśmy je we dwie chyba z pół godziny. Ale teraz już idę do domu.

– Świetnie – skinęła głową Iza. – Przebierz się i leć, widzimy się jutro. Aha, czekaj… nie wiesz, czy Chudy już przyszedł? Mam do niego sprawę.

– Nie wiem, proszę pani – odparła grzecznie Zuzia, rumieniąc się lekko. – Chyba jeszcze nie, w każdym razie ja go nie widziałam.

– Okej – machnęła ręką Iza. – Może jest w składziku, zaraz sama pójdę sprawdzić. Dzięki, Zuza, biegnij do domu, już cię nie zatrzymuję.

– Tak jest, proszę pani – odpowiedziała, czym prędzej czmychając na zaplecze.

Cztery koleżanki spojrzały po sobie znacząco.

– Uff! – odetchnęła Iza. – W samą porę. Mam nadzieję, że nie zorientowała się, że o niej plotkujemy? Trochę głupio by było. To co mówiłyście o tej pomyłce? – zniżyła głos. – Tylko szybko, bo muszę lecieć szukać Łukasza, robota mi stoi.

– A nie zorientowałaś się jeszcze? – mrugnęła do niej Klaudia. – Nawet przed chwilą to było widać jak na dłoni.

Wiktoria i Ola parsknęły śmiechem.

– Przed chwilą? – zdziwiła się Iza. – Nie rozumiem.

– Pamiętasz, podejrzewałyśmy Zuzę o to, że kocha się w szefie – wyjaśniła jej Wiktoria. – Wszystko na to wskazywało, te jej rumieńce, zmieszane minki i takie tam… Ale okazuje się, że jednak się pomyliłyśmy, a Klaudia jako pierwsza wykryła, gdzie konkretnie był błąd.

– Ach…

– No. Prosta sprawa, pomyliśmy osoby. Rzadko nam się zdarza takie pudło, ale się zdarzyło. A to wszystko przez to, że oni za często łażą razem.

– Oni? Czyli kto?

– Szef i Chudy. Ostatnio wszędzie włóczą się we dwóch. Albo razem ogarniają coś w lokalu, albo jeżdżą coś załatwiać… Jeśli chodzi o męską część ekipy, to Chudy ewidentnie wyrasta na prawą rękę szefa.

– Fakt, Antek po tej akcji z Karolą trochę u niego stracił – zgodziła się Ola. – Zresztą to już nie jest ten sam Antek co kiedyś, jakby mu ktoś wyłączył baterie. Ostatnio ze dwa razy zdarzyło mu się nawalić, a szef tego nie cierpi i woli zdać się na Chudego.

– Otóż to – zgodziła się Wiktoria. – Jak na moje oko, to Antek trzyma się już tylko na słowo honoru, ewidentnie psycha mu siadła. Ale dobra, zostawmy go w spokoju… W każdym razie, wracając do Zuzki – zwróciła się do Izy – to nasza pomyłka z szefem i Chudym polegała na tym, że punkty na rzecz jednego przypisywałyśmy drugiemu. Ja to aż się dziwiłam, że szef nie reaguje, zwykle jak działy się takie akcje, to od razu zmieniał zachowanie, a tu nic. A teraz już wiemy, dlaczego nie musiał reagować. Bo nie chodziło o niego.

– Aha! – zrozumiała wreszcie Iza. – Tylko o Łukasza?

– Dokładnie – uśmiechnęła się Klaudia. – Niniejszym meldujemy szefowej, która dotąd chyba nic nie zauważyła, że nasza mała Zuzka kocha się na zabój w Chudym.

Ola i Wiktoria parsknęły śmiechem częściowo w reakcji na żart Kaludii, a częściowo na widok zaskoczonej miny koleżanki.

– No co się tak dziwisz, Iza? – zaśmiała się Wiktoria. – To już potwierdzone, nasza szpiegowska bojówka nie próżnowała przez ostatni tydzień! Chociaż przyznasz, Klaudziu, że mała ostatnio trochę lepiej się z tym kryje, nie? – zwróciła się do Klaudii. – Nabiera coraz większej wprawy w kamuflażu.

– Może i nabiera, ale nas już nie wykiwa – uśmiechnęła się Ola. – Wystarczy, że raz odkryłyśmy jej sekret.

Iza słuchała szczerze zaskoczona, bo choć bardzo lubiła Chudego, który podobnie jak Tom imponował jej siłą swoich mięśni, nigdy nie wpadłoby jej do głowy, że akurat on mógłby stać się obiektem dziewczęcych westchnień Zuzi. Szef tak, bez wątpienia, ale Chudy? A jednak Klaudia i Wiktoria ewidentnie miały rację! Teraz, będąc już uprzedzona, w ciągu kilkunastu sekund wyciągnęła z pamięci co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście scen z Zuzią w roli głównej, które potwierdzały tezę o jej rodzącym się po cichutku uczuciu do Chudego. Zwłaszcza wymowny obrazek z wieczoru, kiedy pobity podczas interwencji ochroniarz leżał na kozetce w gabinecie szefa, a pilnująca go troskliwie Zuzia z czułością obmywała mu twarz i przykładała na podbite oko lód, kryjąc pod długą grzywką oczy pełne łez. Jej reakcje, kiedy okazywał jej uwagę, jak wtedy, gdy skaleczyła się rozbitym szkłem lub gdy bronił jej przed wściekłym szefem po stłuczeniu słoików z dżemem… Te wszystkie jej rumieńce, które, owszem, zdarzały się też w obecności szefa, ale jednak tylko wtedy, gdy w pobliżu był Chudy lub gdy była o nim mowa… Że też wcześniej tego nie zauważyła i nie skojarzyła!

Odkrycie to z jednej strony przyniosło jej wielką ulgę, głównie ze względu na Majka, nikomu bowiem nie życzyłaby przykrości, jakie w takiej sytuacji czekałyby nieuchronnie i jego, i Zuzię. Jednak, z drugiej strony, czy wybierając na obiekt swych uczuć Chudego, Zuzia miała dużo większą szansę na wzajemność?

– Chociaż ja jej na tym polu szczęścia nie wróżę – zastrzegła Wiktoria, jakby czytając w jej myślach. – Wprawdzie to lepsze niż wzdychanie do szefa, bo to już by był dla niej totalny nokaut i pewnie jak zwykle skończyłoby się własnowolnym wylotem z pracy, ale z Chudym też, moim zdaniem, nic jej nie wyjdzie. Jego te rzeczy kompletnie nie interesują.

– Też tak myślę – przyznała Ola. – Jemu w głowie tylko bójki i techniki walki. Nawet taki Tom już zdążył zgubić serce, a Chudego, jak tu pracuję, jeszcze nigdy nie widziałam oglądającego się za dziewczynami. Wręcz przeciwnie, trzyma się od nich jak najdalej. Pomijam już to, że, przynajmniej jak dla mnie, on jest kompletnie aseksualny – wzruszyła ramionami. – Jako facet w ogóle mi się nie podoba.

– Mnie też – zgodziła się Klaudia. – Za wysoki i za chudy, nomen omen. Ale wiesz, Oleńko, jak to jest… o gustach się nie dyskutuje.

– Fakt – zgodziła się Ola. – Niemniej ja bym na miejscu Zuzi i zresztą każdej z nas nie wchodziła w żadne relacje uczuciowe w pracy. Zwłaszcza że nie tylko Chudy, ale ogólnie nasi faceci z zespołu nie są jakoś szczególnie pociągający… no, może oprócz szefa, ale on jest poza zasięgiem, więc nawet go nie liczę.

– Szef wymiata – uśmiechnęła się Wiktoria. – Pamiętacie, jak tańczył na swoich urodzinach? Laski prawie mdlały z wrażenia.

Na ułamek sekundy przed oczami słuchającej tej rozmowy Izy wyświetlił się gęsty tłum szalejący w świetle kolorowych lamp dyskotekowych, a na jego tle sylwetka Majka ze spoconą, poplątaną czupryną. Po karku przebiegł jej znajomy ciepły dreszcz…

– No, wiadomo – zgodziła się stoicko Klaudia, zerkając dyskretnie na Izę. – Ale szef to szef, on od tych spraw nie stroni, chociaż jeśli chodzi o ekipę, ma swoje zasady. Natomiast Chudy to inna bajka. On jest systemowo nastawiony anty, kobiety toleruje tylko zawodowo i to też do czasu, dopóki nie włażą mu w drogę. Ja tam współczuję Zuzi. Młoda jest i jeszcze strasznie naiwna.

– Powinna poszukać kogoś na zewnątrz, tak jak my wszystkie – podjęła myśl Ola. – Muszę kiedyś pogadać z nią po przyjacielsku i uświadomić jej parę rzeczy. Po pierwsze Chudy jest dla niej za stary, dziesięć lat różnicy to przepaść, a po drugie nasza ekipa nie ma szczęścia do wsobnych związków. Zauważyłyście? Jeszcze chyba nigdy nic się u nas nie skleiło, przynajmniej odkąd ja tu jestem, a nawet jak coś się skleiło, to szybko się rozpadło. Najlepszy przykład Antek i Karola.

– To prawda – zgodziła się Wiktoria. – Więcej było z tego szkód niż zysków. A dlaczego? Bo w pracy trzeba skupiać się na pracy, a nie na amorach. Proste.

– Proste – weszła jej w słowo Iza, spoglądając w stronę drzwi wejściowych, przez które właśnie wtaczała się z hałasem jakaś spora grupka młodzieży. – I dlatego wracajmy do roboty, dziewczyny. Patrzcie, klienci już się złażą. Ja lecę szukać Chudego, muszę go natychmiast wysłać po dostawę. Na szczęście mam pewność, że amory mu w pracy nie przeszkodzą – dodała z przekąsem, na co koleżanki parsknęły śmiechem, posłusznie rozchodząc się na swoje stanowiska.

***

– Dobra, siadaj, wyjaśnię ci to piorunem, zanim przyjdą – powiedział szybko Majk, wskazując Izie brzeg kozetki, a sam sięgając po krzesło. – Chcę, żebyś była na spotkaniu, a potem pomogła mi podjąć decyzję.

Iza posłusznie zajęła miejsce, patrząc na niego z zaintrygowaniem. Szef opadł na krzesło i pochylił się w jej stronę, opierając łokcie o kolana. W całej jego postawie czuć było napięcie i owo specyficzne podminowanie, jakie towarzyszy grze o dużą stawkę.

– Trafia mi się okazja przejęcia w dobrej cenie wynajmu lokalu gastronomicznego na Czechowie – wyjaśnił jej rzeczowo. – Facet, który obecnie prowadzi tam knajpę, jest na granicy plajty finansowej i chyba też ogólnie życiowej, więc nie może dalej ciągnąć interesu. Co za tym idzie, musi szybko pozbyć się wynajmu, a kontrakt trzyma go na sztywno jeszcze przez trzy lata. Właściciel nie godzi się na wypowiedzenie umowy przed czasem, więc w grę wchodzi tylko polubowna zmiana wynajmującego. Od października, najpóźniej od listopada. Jak możesz się domyślić, chodziłoby o to, żebym ja to przejął.

Iza patrzyła na niego zaskoczona.

– Ty? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Ale po co tobie lokal na Czechowie?

– W celach rozwojowych – wyjaśnił jej spokojnie. – Już od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie inwestycja w filię poza centrum miasta, a teraz proszę, okazja trafia się sama. Cena za wynajem jest bardzo korzystna, stawki umowne sprzed pięciu lat, więc czynsz nieduży, a lokal ma sto dwadzieścia metrów, z czego osiemdziesiąt to sala restauracyjna, reszta kuchnia i zaplecze. Byłem tam dzisiaj rzucić okiem, wygląda w porządku, trzeba by tylko zrobić mały remont. Wystarczyłoby odświeżyć kuchnię, łazienki i zmienić wystrój sali, reszta, zwłaszcza instalacje, nie pozostawia nic do życzenia. Lokalizacja też fajna, blisko ronda na Koncertowej, dookoła lokale handlowe i osiedla mieszkalne… To jest zresztą całkiem niedaleko od starego mieszkania Pabla.

– Aha, kojarzę okolicę – pokiwała głową Iza.

– Umowa na trzy lata, do końca tej, którą podpisał obecny najemca, warunki bez zmian – ciągnął Majk. – Zresztą poznamy je w szczegółach za chwilę, jak frajerzy przyjadą do nas na rozmowę. Mają być we dwóch, najemca i właściciel, zaproponowałem, żeby pierwsze spotkanie odbyło się u mnie, i zgodzili się. Pójdziemy z nimi na salę, siądziemy sobie kulturalnie przy którymś stoliku i podamy im kawę z ciastkiem. Zamówisz u Wiki, okej?

– Oczywiście – skinęła głową, patrząc na niego w oszołomieniu. – Ale poczekaj… zaskoczyłeś mnie. Serio chcesz otworzyć na Czechowie filię Anabelli?

– Serio – uśmiechnął się. – A co, nie wyglądam na człowieka, który nie żartuje?

– Owszem, wyglądasz. I właśnie to mnie martwi. Bo mam nadzieję, że nie podejmujesz tej decyzji w ciemno?

W jej głosie zabrzmiała nuta niepokoju. Majk przyglądał jej się przez chwilę z uwagą, a jego oblicze wyrażało coś w rodzaju mieszaniny pobłażania i satysfakcji.

– Na ten moment nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji – zapewnił ją łagodnie. – Ale cieszy mnie twoja czujność i ostrożność, to przejaw profesjonalizmu. Byłaś już u mnie świadkiem kilku mniejszych czy większych wtop i widzę, że umiesz wyciągać z tego wnioski. Na szczęście ja też to potrafię, więc nie bój się, moja dzielna plenipotentko – uśmiechnął się. – Nie jestem aż takim tępym frajerem, żeby rzucać się na główkę w niesprawdzoną, mętną wodę i ryzykować skręceniem karku. Owszem, przyznaję, że podjarałem się tą okazją i jestem naprawdę skłonny z niej skorzystać, ale zapewniam cię, że niczego nie zrobię w ślepo.

– Bogu dzięki – odetchnęła.

– Po raz kolejny widzę, jak głęboko wierzysz w swojego szefa – ciągnął rozbawiony Majk. – Niby ufasz mu w stu procentach, ale jednak wolisz go pilnować, żeby przypadkiem nie strzelił sobie i całej firmie jakiegoś samobója. Ufaj, ale sprawdzaj, święta zasada, co? Zwłaszcza że frajer już nieraz udowodnił, jakim potrafi być bezmyślnym naiwniakiem. Hmm? Zgadłem, elfiku?

Iza odwróciła oczy ze zmieszaniem.

– Oczywiście, że zgadłem! – zaśmiał się, jeszcze bardziej rozbawiony. – Czytam w twoich pięknych oczach jak w otwartej książce! Myślisz sobie, ups… no to mamy kłopoty. Ten stary kretyn znowu coś wymyślił, podniecił się jakąś perspektywą rozwoju i za chwilę wpakuje nas w nowe szambo, z którego długo trzeba będzie się wyciągać.

– Przestań, wcale tak nie pomyślałam! – zaprotestowała z wyrzutem Iza.

– Pomyślałaś – odparł wesoło. – I co najlepsze, masz pełną rację, mały elfie. W biznesie każda inwestycja to jakieś ryzyko, można je oczywiście zminimalizować, ale nigdy nie da się wyeliminować do końca. Oczywiście najważniejsze jest to, żeby nie ulegać emocjom i decyzje podejmować w sposób przemyślany, na chłodno, po wszechstronnej kalkulacji ryzyka i potencjalnych korzyści. Właśnie dlatego chcę, żebyś towarzyszyła mi przy rozmowie z tymi ludźmi – zaznaczył, poważniejąc. – Oraz żebyś zerknęła razem ze mną na papiery, które nam przyniosą.

– Ja? – spojrzała na niego spłoszona. – Ale ja nie znam się na umowach najmu…

– Nie musisz – wzruszył ramionami. – Ja też znam się na tym tylko pi razy drzwi i co z tego? To jeszcze nie ten etap, Izula. Jeśli rzecz dojdzie do skutku, to od strony prawnej i tak umowę sprawdzi nam Pablo, on w tym siedzi od lat i żadnej ściemy nie przepuści, o to się nie martw. Myślę raczej o warunkach, jakie nam zaoferują, i o rzucie oka na całokształt od strony infrastruktury pod gastronomię – wyjaśnił. – Na tym znasz się już tak samo dobrze jak ja, więc może zauważysz coś, na co ja nie zwrócę uwagi? Albo zadasz frajerom jakieś ważne pytanie, o którym ja nawet nie pomyślę? Wiesz, jak to działa. Co dwie głowy to nie jedna, zwłaszcza w interesach.

– Jasne, szefie – szepnęła, starając się odepchnąć od siebie nieprzyjemne wspomnienie, które wbrew jej woli cisnęło jej się na pamięć.

Było to wspomnienie fałszywie uśmiechniętej twarzy Romana Krzemińskiego i jego słów sprzed kilku dni. Od tej pory będę miał przyjemność traktować panią po trosze jako partnerkę w interesach… Czy słowo „interesy”, nawet w ustach najlepszego przyjaciela, już zawsze będzie jej się kojarzyło z tego typu ludźmi?

– I nie bój się, nie zrzucam na ciebie odpowiedzialności za decyzje – zapewnił ją łagodnie Majk. – Od tego jestem ja. To moja firma, więc decyzje, które dotyczą jej rozwoju, będę podejmował sam. Biorę też na siebie konsekwencje ewentualnych błędów.

– Tak, wiem – pokiwała skwapliwie głową. – Ale ja przecież niczego nie kontestuję, Majk, i we wszystkim chętnie ci pomogę. Tylko że… – zawahała się.

– Tylko że? – powtórzył czujnie.

– Powiedz mi, dlaczego ten facet zwrócił się akurat do ciebie? Ja rozumiem, że trafia ci się okazja na korzystny wynajem lokalu, ale przecież to jest zawsze coś za coś. Podpisujesz zobowiązanie na trzy lata, bierzesz po kimś umowę i wrzucasz w to własne, ciężko uharowane pieniądze. Nie mówię, że rozwój firmy to gra niewarta świeczki, bo to zawsze świetna sprawa, ale takie kije często mają dwa końce. Pamiętasz tego typa od cateringu? Tego, przez którego zamykaliśmy kwiecień ze stratą?

– Pamiętam.

– No to sam wiesz, kto maczał w tym palce.

– Tak, wiem – przyznał spokojnie. – Doceniam twoją przenikliwość, mały elfie, dobrze kombinujesz. Ja też od razu pomyślałem o Krawczyku.

Iza, zerknęła na niego spod oka.

– I co? Nie boisz się, że to on za tym stoi?

– Sprawdzę to – zapewnił ją z powagą. – Ten facet, który zbywa najem lokalu, Sajkowski, to nie jest całkiem przypadkowy człowiek, tylko jakiś stary znajomy Asi, żony mojego kumpla Maćka. Zgadali się ostatnio i od słowa do słowa wyszło, że ma kłopoty i musi się pozbyć lokalu, a ponieważ gość jest akurat z mojej branży, to Maciek podał mu telefon do mnie, żeby zapytał z głupia frant, czy nie byłbym zainteresowany przejęciem najmu.

– Aha, w ten sposób – szepnęła nieco uspokojona.

– Więc raczej mała szansa, żeby to był słup naszego kochanego pana Sebastiana – ciągnął Majk, nie spuszczając z niej uważnego wzroku. – Ale masz rację, ostrożności nigdy za wiele i zawsze warto dmuchać na zimne. Tak też będę robił. Co prawda Maćkowi ufam w ciemno, ale on sam nie daje głowy za tego człowieka, za mało go zna, żeby móc za niego poręczyć. Dlatego, chociaż na poważnie rozważam wejście w ten interes, nie podpiszę niczego, co nie będzie w stu procentach prześwietlone przez Pabla. I to nie tylko od strony prawnej, ale też personalnej – zaznaczył. – Nasz pan mecenas ma duże możliwości, jeśli chodzi o sprawdzenie w wiarygodnych źródłach, z kim mamy do czynienia, a tam, gdzie mamy chociaż cień podejrzenia, że macza w tym paluchy frajer Krawczyk, nie pozwolimy sobie nawet na najmniejsze błędy.

– Uff, to dobrze – odetchnęła Iza. – Uspokoiłeś mnie.

– O ewentualnych decyzjach, a zwłaszcza o za i przeciw, pogadamy sobie potem, już na spokojnie – mówił dalej. – Ale najpierw rozmówmy się z tymi frajerami, okej? Mają być za kilka minut.

– Tak jest, szefie – odparła, podrywając się z miejsca. – Zaraz zajmę się kawą, powiem Wice, żeby trzymała ekspres w gotowości. On strasznie długo się rozgrzewa i przecieka, swoją drogą trzeba będzie już niedługo go wymienić.

– Tak, słyszałem – skinął głową Majk, również podnosząc się z krzesła. – Pamiętam i zajmę się tym w przyszłym tygodniu. Mogłbym to załatwić już teraz, ale wolę wziąć fakturę na wrzesień, żebyśmy potem nie musieli śpieszyć się z rozliczaniem.

– O, racja! – przyznała z uśmiechem. – Słuszna strategia.

– Wezmę zresztą do sklepu Wikę, żeby sama wybrała sobie nowy sprzęt i była zadowolona. Tylko Kama będzie musiała zastąpić ją na barze. Ustaw je obie w poniedziałek na popołudniową zmianę, dobra?

– Oczywiście. Zaraz sobie to zapiszę, żeby nie zapomnieć.

Podeszła do biurka i pochyliła się nad blatem, by otworzyć szufladę, w której trzymała zeszyt z grafikami kelnerek i barmanek, a następnie, sięgnąwszy po długopis, naniosła skrupulatnie notatkę na wypełnioną już do połowy tabelkę z przyszłotygodniowymi dyżurami. Majk oparł się ramieniem o szafę i przyglądał się w skupieniu jej zwinnym gestom.

– Iza? – zagadnął cicho, kiedy zamknęła zeszyt.

Podniosła głowę i spojrzała na niego.

– Tak?

– Mogę cię o coś zapytać?

– Jasne – uśmiechnęła się. – O co tylko chcesz.

– Opowiadałaś mi ostatnio o tym lekarzu z Radzynia, który się do ciebie podwalał – podjął ostrożnie. – Jak on się nazywał?

Popatrzyła na niego zdziwiona.

– Szymkiewicz – odparła, podchodząc bliżej i przyglądając mu się podejrzliwie. – Marek Szymkiewicz. Dlaczego o niego pytasz?

– Szymkiewicz – powtórzył w skupieniu. – Nie, nieważne… zastanawiałem się tylko, czy coś mi powie jego nazwisko, ale jednak nie. Zapomnij – machnął ręką. – Tak tylko zapytałem z ciekawości.

– Okej – szepnęła.

Majk zerknął na nią spod oka i znieruchomiał, dopiero teraz zauważywszy w świetle lampki pobłyskujący na jej szyi srebrny drobiazg, niemal całkowicie ukryty pod wysokim kołnierzykiem bluzki. Jego twarz w ułamku sekundy rozpromieniła się jak słońce. Nagle energicznym gestem wyprostował się, oderwał ramię od szafy i odgarnąwszy sobie włosy z czoła, wyciągnął do niej obie ręce.

– A teraz chodź! – rzucił rozkazująco. – Przede mną poważna rozmowa biznesowa, muszę się przygotować psychicznie. Żądam natychmiastowego doładowania elfikową energią!

Iza parsknęła śmiechem i bez wahania podeszła do niego, pozwalając mu ogarnąć się ramionami. O tak. Przyjacielskie doładowanie energii w standardowym trybie terapii. Jak mogłaby mu odmówić tej drobnej przysługi, wiedząc, że to mu naprawdę pomagało? Poczucie bezinteresownego, niezobowiązującego wsparcia ze strony życzliwej osoby potrafi działać istne cuda, a wszak i ona na tym korzystała, czerpała z tego siły jak kwiat ogrzany promieniem słońca… jak wylęgający się z kokonu motyl, który pragnie latać i za chwilę rozwinie skrzydła…

Przylgnąwszy policzkiem do ciepłej piersi Majka odzianej dziś w zwykły niebieski t-shirt, przymknęła oczy, wdychając znajomy zapach, który tak cudownie kojarzył jej się z… właśnie, z czym? Po pierwsze z ojcem z odległego wspomnienia z dzieciństwa… po drugie ze związanym z nim spokojem i poczuciem bezpieczeństwa… a po trzecie… po trzecie chyba z Michałem, a przynajmniej z czymś, co musiało go dotyczyć, skoro sprawiało jej tak nieziemską przyjemność i w taki sposób burzyło w niej krew!… Ach, znowu!… znowu to samo co wtedy!… Znów ta sama obezwładniająca słabość w mięśniach, ten sam przecudowny zawrót głowy… Jakby ktoś wlał w jej żyły rozpalone żelazo! Jakby znów do głowy uderzył jej ten burgund, który tydzień temu pili na jej urodzinach…

– Właśnie tak – zamruczał Majk z twarzą zanurzoną w jej włosy. – Ech, Izulka… co ja bym bez ciebie zrobił, moja mała, księżycowa sanitariuszko? No jeszcze trochę, jeszcze pół minutki… Muszę szybko nałapać prądu, bo zaraz wpadną tu ci frajerzy i nici będą z mojego tankowania… Oho, wykrakałem, o wilku mowa – dodał z niezadowoleniem, podnosząc głowę i niechętnie opuszczając ramiona. – Słyszysz? Już po nas idą.

W istocie za drzwiami, w głębi korytarza rozległy się szybkie, zbliżające się kroki. Zmieszana Iza czym prędzej odsunęła się od niego, na wszelki wypadek odwracając oczy. Jeszcze sekunda, ciche pukanie do drzwi i do gabinetu nieśmiało zajrzała Zuzia.

– Przepraszam, że przeszkadzam, panie szefie – zwróciła się od progu do Majka. – Ale pani Wiktoria kazała mi powiedzieć, że przyszli jacyś dwaj panowie i czekają przy barze. Mówiła, że to pilne.

Majk uśmiechnął się, jak zawsze rozbawiony sposobem, w jaki się do niego zwracała.

– Tak, dzięki, mała – odparł z sympatią. – Wiem, o kogo chodzi. Już lecimy.

Po czym, wskazawszy uprzejmym gestem Izie, by wyszła przed nim na korytarz, sięgnął po swoją skórzaną kurtkę i ruszył za nimi, gestem gospodarza gasząc światło i zamykając za sobą drzwi.

***

– Pani od razu mówi, gdzie to stawiać! – zażądał jeden z mężczyzn, którzy właśnie z mozołem wtaszczyli do przedpokoju wielką, ledwie się w nim mieszczącą szafę pana Szczepana. – Dokładnie, w którym miejscu! Tylko niech się zastanowi, dobrze namyśli i potem nie cuduje, bo jak raz to postawimy, to już suwać nie będziemy!

– Oczywiście – pokiwała głową Iza, wchodząc do salonu i wskazując mu kąt w samym rogu, naprzeciwko jednego z okien. – Tutaj. Ta szafa zawsze stała w tym kącie i to jest jedyne miejsce, gdzie będzie pasowała, więc na pewno się nie rozmyślę. Mogą panowie stawiać. Tutaj gniazdek elektrycznych nie ma, więc poproszę jak najbliżej ściany. Tylko ostrożnie, dobrze? Żeby mi panowie podłogi nie porysowali!

– Spokojna głowa! – prychnął z nutą urazy robotnik. – Nic się nie porysuje, już my się na swoim fachu znamy. Jurek! Władek! Dawać to tutaj, tylko razem!… Stój!… Na próg uważajta, do cholery, ślepi jesteście? I na ściany też!

Po kolejnych kilkunastu minutach wysiłków okraszonych wiązanką siarczystych przekleństw robotnicy zakończyli ustawianie monumentalnej szafy, a także wnieśli do salonu odnowiony stół i krzesła wytapicerowane nowiutką tkaniną w kolorze ciemnego beżu. Po rozliczeniu się z ekipą i podpisaniu dokumentów Iza z ulgą zamknęła za hałaśliwą brygadą drzwi i wróciła do salonu, który od wczoraj, kiedy to inna grupa robotników ułożyła w nim panelową podłogę, zmienił diametralnie swój wygląd. Teraz, gdy stanęły w nim meble, odnowiona w jasnych barwach przestrzeń stała się jeszcze przytulniejsza, zwłaszcza że były to meble z czasów pana Szczepana, mające dla niej ogromną wartość sentymentalną. Dawniej przytłaczająco ciemne, teraz zaś odrestaurowane w kolorze jasnozłotego dębu i ustawione na tle białej ściany, optycznie zdawały się zajmować mniej miejsca niż wcześniej, jakby przez zmianę barwy nabrały lekkości, wciąż zachowując swą dawną przepastną pojemność.

Iza okiem gospodyni otworzyła i obejrzała wnętrze szafy, dwa razy większej niż ta, którą dysponowała na stancji, a nawet większej od tej, która stała w jej pokoju w Korytkowie. Odnowione półki i staromodne wewnętrzne szuflady pachniały jeszcze lakierem, w związku z czym postanowiła na kilka dni zostawić je poootwierane. Następnie odsunęła jedno z krzeseł i usiadła na nim przy wielkim, świeżo lakierowanym stole, którego lśniący blat skojarzył jej się z biurkiem w hotelowym gabinecie Michała. Przed oczy wróciła jej scena z tamtego miejsca – luksusowe biurko z rozłożonym na nim planem domu pod wierzbami. Co robił teraz Michał? Czy był właśnie tam, w tym pokoju? Czy myślał o niej?

Przymknęła na chwilę powieki, starając się przywołać na pamięć obraz jego twarzy i błękitnych tęczówek, które od tylu lat władały jej sercem… Jednak jakoś nie umiała się na tym skupić.

„Ciekawe, ile dokładnie miejsca zostanie między łóżkiem i drzwiami” – pomyślała nagle, otwierając oczy. – „Jeśli postawimy kanapę przy samej szafie, a ta jest dosunięta praktycznie w sam róg, to powinno zostać jeszcze ze czterdzieści albo nawet pięćdziesiąt centymetrów. Aha, to dobrze. Wolalabym, żeby nie stała za blisko drzwi, to by za bardzo przytłaczało przestrzeń przy wejściu.”

Jej spojrzenie padło na ścianę, przy której niebawem miała stanąć zamówiona już kanapa i na której, według planu, miały zawisnąć dwa stare ślubne zdjęcia – pana Szczepana i Hani oraz państwa Wodnickich.

„A pomiędzy nimi jakiś fajny kwiat” – pomyślała, marszcząc z zastanowieniem czoło. – „Może bluszcz? Albo paproć? Coś, co ładnie spływałoby po ścianie i nadawało domowego klimatu… No, ale to jeszcze odległy śpiew przyszłości. Najpierw muszę ogarnąć te zdjęcia, a to też przecież trochę potrwa.”

O ile bowiem fotografię pana Szczepana i Hani miała pod ręką, o tyle ze ślubnego zdjęcia rodziców, które od lat wisiało w korytkowskim salonie, musiałaby zrobić profesjonalną kopię. Nie wyobrażała sobie zabrania stamtąd oryginału, Amelia zresztą i tak by na to nie pozwoliła, należało zatem pożyczyć je tylko i oddać do skopiowania w takim samym rozmiarze jak drugie zdjęcie, a następnie oprawić oba w identyczne ramki.

„Dobra, tym zajmę się na samym końcu” – postanowiła. – „Zresztą może nie ma sensu zabierać tego zdjęcia aż do Lublina? Podróż pociągiem z takim koromysłem jest ryzykowna, nie darowałabym sobie, gdyby coś mu się stało, a w Radzyniu na pewno znalazłby się jakiś fotograf, który by mi to wykonał. Można by tam szybko i bezpiecznie podjechać samochodem Robcia… hmm, muszę pogadać z nimi o tym, jak następnym razem będę w Korytkowie. Tylko kiedy to będzie? Chyba dopiero na Wszystkich Świętych.”

Znów wróciła jej na pamięć twarz Michała, który teraz był w Korytkowie, ale którego długo jeszcze tam nie zobaczy. Już prędzej spotkają się w Lublinie, a trawiastą ścieżkę za stodołą Kulikowej zaczarują sobie innym razem – może właśnie w listopadzie? Oprócz tego poprosi go, żeby poszedł z nią na cmentarz odwiedzić grób rodziców… po cichu przedstawi im go jako… jako…

Myśl zacięła jej się w głowie jak słowa w ustach jąkały, który, choć zna dalszy ciąg swej wypowiedzi, nie jest w stanie jej wyartykułować. Ze zniecierpliwieniem machnęła ręką, odsuwając od siebie tę wizję. Nie, zostawmy to na razie. Widocznie jeszcze nie ma sensu o tym myśleć, jest na to za wcześnie. Hmm, za wcześnie? A może raczej za późno? Ba… któż może to wiedzieć. Czas to takie dziwne pojęcie…

Co to jest czas, Iza? Jaki ma kształt? Linii? Koła? Spirali? A może pętli? Takiej, jaką zakłada się skazańcom na szyję? No właśnie. Pętla na szyi… pułapka…

Drgnęła i czym prędzej podniosła się z krzesła, rozglądając się po wyremontowanym salonie. Był jasny, przestronny, lśniący nowością, jak całe mieszkanie. Lokum, które w ciągu pół roku wyremontowała z własnych środków i które należało tylko do niej – było jej przystanią, oazą, własnym miejscem na ziemi, leżącą w sercu miasta pamiątką po kochanym przyjacielu. Czy taką samą radość sprawi jej niebawem urządzanie domu pod wierzbami? Domu, który nie był jej własnością i w którym zawsze będzie tylko gościem… owszem, gościem zaproszonym, mile widzianym, ale jednak gościem. Jak to ujął Krzemiński?

Mój syn, jako mój następca w interesach, a w przyszłości spadkobierca całego mojego majątku, wniesie wielki wkład w rozwój swojej przyszłej rodziny i to on zapewni jej stabilizację finansową. Pani z wiadomych względów takiego wkładu wnieść nie będzie mogła

Znów zerknęła wokół siebie po odnowionym salonie. Hmm. Co powiedział na ten temat notariusz? Że mieszkanie po panu Szczepanie nawet już wtedy, bez remontu, było warte około stu tysięcy, a po porządnym remoncie będzie warte jeszcze więcej. Ile? Sto pięćdziesiąt? Może nawet sto osiemdziesiąt?… Roman Krzemiński bardzo by się zdziwił, gdyby dowiedział się, że…

„Ech, stop!” – przerwała sobie z niesmakiem. – „To obrzydliwe, zaczynam się zachowywać tak jak on! To mieszkanie oczywiście ma jakąś tam wartość rynkową, ale pieniądze to pestka, przecież najważniejsza jest wartość sentymentalna! Wspomnienia, które się z nim wiążą… te moje z czasów Szczepcia i te jego z czasów, kiedy żyła Hania… Oboje zostawili tutaj cząstkę swojej duszy, a Szczepcio powierzył mi to miejsce, żebym go strzegła. Magiczne miejsce ich dawnego szczęścia… I ja miałabym przekazać je w łapy tego… tego?…”

Zagryzła wargi i stanowczo potrząsnęła głową. Nie, nigdy. Jej mieszkanie po panu Szczepanie nigdy nie stanie się żadnym „wkładem w rozwój przyszłej rodziny” Krzemińskich, choćby nie wiadomo co o tym myślał Michał. Dom pod wierzbami? Jego firma? Hotel w Korytkowie, stacja benzynowa, motel w Małowoli? Samochody, konta w bankach i inne aktywa? Co ją to obchodziło? Jeśli Michał zechce zaprosić ją do swojego życia i ustanowić panią swego domu, to świetnie, ale jego majątek to jego wyłączna własność i nic jej do tego. Jak stary Krzemiński w ogóle śmiał tak do niej mówić? Przecież ona nigdy, przenigdy nie patrzyła na Michała przez pryzmat jego pieniędzy! Kochała go dla niego samego i nie przeszkadzałoby jej ani trochę, gdyby był ubogi jak przysłowiowa mysz kościelna. Ba… wtedy wręcz byłoby jej łatwiej! Przynajmniej jego ojciec nie miałby podstaw do takich komentarzy. A co do mieszkania na Bernardyńskiej…

Podeszła powoli do okna, w którym wciąż jeszcze nie było firanek, i wyjrzała na puste podwórko pomiędzy kamienicami. Co Michał powiedział, kiedy rozmawiali o działce od Andrzejczakowej? Gdybym kiedyś miał robić z tobą intercyzę, to ta działka byłaby pierwszym punktem, który bym tam wpisał… Intercyza. Ha! Wtedy żachnęła się na to słowo, ale to wcale nie było takie głupie…

„I o czym ja myślę?” – skrzywiła się znów z obrzydzeniem. – „Pieniądze, intercyza, wkład finansowy… To tak wygląda romantyczna miłość? Przecież Misio wcale nie jest taki jak jego ojciec! Jest inny i za każdym razem to podkreśla, odcina się mentalnie od rodziców, nie chce, żebym wrzucała go z nimi do jednego worka. Zresztą on też jest manipulowany! Ojciec nie powiedział mu nawet o Krawczyku…”

Wydęła z niechęcią wargi na wspomnienie milionera i sięgnąwszy po odłożoną na parapet torebkę, wyciągnęła z niej telefon, by odszukać w skrzynce nadawczo-odbiorczej korespondencję, jaką prowadziła z nim w ostatnich tygodniach. Na pulpicie powiadomień czekały na nią dwa smsy – oba od Michała.

Cześć, kochanie, co u Ciebie? Ja dzisiaj spędzam dniówkę w Małowoli, ogarniamy z ojcem sprawy firmowe, ale w przyszłym tygodniu już ruszam z Polanami. Myślę o tobie. M.

I drugi, króciutki. Bardzo tęsknię.

Od telefonicznej rozmowy w pociągu Michał codziennie wysyłał jej tego rodzaju smsy, wieczorami nawet po kilka, ona zaś odpowiadała w podobnym tonie. Teraz również, nie chcąc narobić sobie zaległości, odpisała bez zastanowienia.

Dziękuję Misiu, u mnie wszystko w porządku, po staremu. Ja też tęsknię. Iza.

Wysławszy wiadomość, zastanowiła się chwilę i dopisała postscriptum. Kiedy wybierasz się do Lublina? Wiesz już coś o egzaminach?

Pytanie o przyjazd do Lublina w ostatnich dniach stało się dla niej czymś w rodzaju rytuału, wiedziała bowiem, że okazanym w ten sposób zainteresowaniem sprawia mu przyjemność. Niewątpliwie czekał na to spotkanie o wiele niecierpliwiej od niej, zapewnie dlatego że nie był przyzwyczajony do czekania w nieskończoność. Ona natomiast była… o tak! Ona umiała czekać i po tylu latach nawet już jej to zbytnio nie przeszkadzało. Byle mieć przed sobą perspektywę… jakąś sensowną wizję przyszłości… jasną drogę nadziei…

Bo sens życia to coś, bez czego nie da się obyć… Tak jak nadzieja na przyszłość. Jeśli z jakiegoś powodu się je straci, to chyba lepiej od razu położyć się do grobu, ale jeśli się je ma, to zawsze jakoś się pociągnie ten i kolejny dzień…

Ach, dość, dość! Odpisała Michałowi i wystarczy. Teraz musiała zająć się bieżącymi sprawami. Po co w ogóle wyjęła ten telefon? Wszak po to, żeby sprawdzić korespondencję z Krawczykiem. Oto i ona.

Pani Izabello, dziękuję za wiadomość. Poczekam do końca sierpnia, liczę, że mnie Pani nie zawiedzie.

Sierpień co prawda jeszcze się nie skończył, ale jej postanowienie było już podjęte, więc należało to załatwić i mieć jak najszybciej z głowy. Po ostatniej rozmowie z Krzemińskim nie miała już wątpliwości, że pomimo niechęci żywionej względem Krawczyka będzie musiała się z nim rozmówić. Nazbierało się już zbyt wiele powodów, dla których należało to zrobić, po co więc przeciągać to w nieskończoność? Powinna zresztą załatwić jak najszybciej nie tylko to, ale i wszystkie inne trudne sprawy, by przed początkiem roku akademickiego uwolnić od nich głowę i sumienie. Po chwili zastanowienia oraz analizy zobowiązań przewidzianych na najbliższe dni i tygodnie sformułowała smsa Krawczyka.

Szanowny Panie, czy pasuje Panu na spotkanie poniedziałek 7 września? Mogę być u Pana między godziną 10.00 a 11.00. Z poważaniem, Izabella Wodnicka.

Następnie, wysławszy wiadomość, nie zastanawiając się nad nią ani chwili dłużej, odnalazła w kontaktach numer telefonu Zbyszka, by załatwić kolejną sprawę, która wisiała jej nad głową, mianowicie zwrot pieniędzy przekazanych przez Agnieszkę. To również od dobrego tygodnia truło jej sumienie, tym bardziej że trzymanie w szafie na stancji trzydziestu tysięcy złotych samo w sobie nie było sytuacją komfortową.

Cześć, Zbyszek, jesteś teraz w Lublinie? Mam do Ciebie ważną i pilną sprawę. Możemy się spotkać? Iza.

Jako pierwsza przyszła wiadomość zwrotna od Krawczyka.

Doskonale, pani Izabello, data i godzina jak najbardziej mi pasują. Bardzo Pani dziękuję. Dokąd mam wysłać po Panią samochód? Z uniżonym ukłonem, Sebastian Krawczyk.

Iza westchnęła ze zniecierpliwieniem i kręcąc głową, odpisała czym prędzej.

Uprzejmie dziękuję za samochód, ale wolę przyjechać sama. Mam Pana adres na wizytówce, Amarantowa 17. Rozumiem, że aktualny?

Tak, aktualny – potwierdził natychmiast.

W takim razie do zobaczenia 7 września – skonkludowała.

W tym samym momencie do skrzynki trafiła kolejna wiadomość. Michał.

Nie mam jeszcze terminów, w przyszłym tygodniu coś powinno się wyjaśnić. Pewnie druga połowa września. Uschnę do tego czasu, skarbie.

Uśmiechnęła się z pobłażaniem.

„Jasne, uschniesz, Misiu” – pomyślała. – „Dasz radę, spokojna głowa. Ja latami usychałam z tęsknoty za tobą i jakoś to przeżyłam…”

Przerwał jej dźwięk przychodzącego smsa. Krawczyk.

Jak Pani sobie życzy. Zapraszam więc i czekam z niecierpliwością. Kłaniam się. S.K.

„Aha, następny niecierpliwy” – wzruszyła ramionami, wracając do wiadomości od Michała. – „No i co ja mam ci odrzec na takie dictum, Misiu?”

Dźwięk powiadomienia – tym razem odpowiedź od Zbyszka.

Hej, Iza. Ważna i pilna sprawa? Kurde, nie strasz mnie kobieto.

Za chwilę następna wiadomość z jego numeru. Jestem jeszcze poza Lublinem, ale wracam we wtorek 1 września. Możemy się spotkać od razu, jak zjadę na chatę. 18.00 w pizzerii na miasteczku?

Iza zastanowiła się, starając się odgrzebać w pamięci swój grafik przewidziany na wtorkową zmianę w Anabelli, po czym pokręciła głową przecząco i wklepała odpowiedź.

Pizzeria ok, ale 18.00 to dla mnie za późno, pracuję. Może być 16.30?

Jasne – odpisał natychmiast Zbyszek. – Wtorek 16.30. Będę na bank. Do zoba Iza.

„Okej, przynajmniej to załatwię w przyszłym tygodniu” – pomyślała z ulgą, znów wracając do wiadomości od Michała. – „Wymiana drzwi jest w środę, więc nie ma kolizji, pasuje idealnie.”

Po kolejnej chwili zastanowienia wpisała odpowiedź.

To już niedługo, Misiu, czas szybko leci. Daj znać, jak będziesz wiedział coś więcej. Trzymaj się i dbaj o siebie. Iza.

Odczekała kilkadziesiąt sekund, jednak telefon już milczał. Zabrała zatem torebkę z parapetu i jeszcze raz omiótłszy salon pełnym satysfakcji spojrzeniem, wyszła na korytarz, zamykając na klucz stare, przeznaczone do wymiany drzwi wejściowe. Przed oczami mignęła jej scena z wieczoru, kiedy była tu po raz pierwszy i nieśmiało szukała kluczy w kieszeni kurtki pana Szczepana, którego, osłabionego atakiem sercowym, na własnych plecach przytaszczył tu Majk. Ach, cóż to była za przygoda! Czy to możliwe, że nie znali się wówczas, że wszyscy troje byli wtedy dla siebie zupełnie obcymi ludźmi?

Uśmiechnęła się ze wzruszeniem na to wspomnienie, powoli schodząc po schodach. Kiedy dotarła na parter, z torebki dobiegł do jej uszu dźwięk smsa. Zapewne Michał. Cóż… trzeba odebrać. Bez pośpiechu sięgnęła po telefon i aktywowała wyświetlacz. Tak, to on.

Kocham cię. M.

Przez chwilę wpatrywała się w te znaczące słowa, które ostatnio tak często jej wysyłał, po czym z wrażeniem totalnej pustki w głowie wygasiła wyświetlacz i wrzuciwszy telefon do torebki, spokojnym krokiem ruszyła w stronę wyjścia z budynku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *