Anabella – Rozdział CXXV

Anabella – Rozdział CXXV

– Ciocia! – powtórzył z radością mały Edzio, wskazując paluszkiem na Izę.

– Tak, Edi, ciocia Iza – uśmiechnęła się Lodzia. – Dawno jej nie widziałeś, co?

– Zaza! – zaświergotał wesoło chłopczyk. – Ciocia Zaza!

Siedząca na fotelu Iza z zachwytem przyglądała się jego prześlicznej, roześmianej buzi i całej postaci stojącego stabilnie na nóżkach rocznego dziecka, które, jak się przekonała, nie tylko umiało już chodzić bez podparcia, ale również coraz więcej zaczynało mówić.

– Tak jest, proszę pana, jestem ciocia Zaza – potwierdziła z powagą. – A pan to kto?

– Edi! – odparł dumnie chłopiec. – Edi pan!

Iza i Lodzia roześmiały się z tej rezolutnej odpowiedzi, świadczącej o tym, że zrozumiał każde słowo. Edzio zawtórował im swym perlistym dziecięcym śmiechem, po czym znienacka, błyskając figlarnie ciemnymi oczkami, podbiegł do matki i z całej siły pociągnął ją za warkocz.

– Ach, ty łobuzie! – oburzyła się Lodzia, natychmiast łapiąc go za rączkę, by uwolnić z niej włosy. – Co to ma znaczyć?! Tak się nie bawimy! Puszczaj w tej chwili! Nie wolno!

Mały Edzio roześmiał się łobuzersko, jeszcze mocniej zaciskając paluszki.

– A chcesz dostać banana? – zapytała podstępnie Lodzia.

– Banana! – zawołał z radością chłopiec, natychmiast rozluźniając uścisk i całkowicie tracąc zainteresowanie jej warkoczem. – Mama da!

– Tak, mama da – uśmiechnęła się, podnosząc się z fotela i podając mu rękę, którą chętnie chwycił. – Tobie banana i soczku, a cioci herbatki z malinami. Chodźmy do kuchni, Izunia, woda już pewnie dawno się zagotowała.

Iza posłusznie podniosła się z fotela i ruszyła za nimi, ostrożnie omijając leżące na podłodze liczne pudła, w które Lodzia od kilku dni pakowała różne sprzęty i ubrania. Państwo Lewiccy byli bowiem w trakcie przeprowadzki ze swojego starego mieszkania w bloku do nowego, w pełni już wykończonego domu na Lipniaku, dokąd stopniowo przewozili rzeczy codziennego użytku.

– Meble mamy nowe, bo te się nie nadawały – wyjaśniła Lodzia, kiedy Edzio z piskiem radości zabrał się za konsumpcję swojego ulubionego banana. – Są dostosowane rozmiarem do tego małego mieszkanka, więc tam by nie pasowały.

– I co z nimi zrobicie? – zaciekawiła się Iza, obserwując, jak Lodzia nalewa wrzątku do szklanego dzbanka z herbatą malinową.

– Zostaną tutaj. Pablo i tak na razie nie planuje sprzedawać Milenijnej, myśleliśmy o wynajmie, bo takie mieszkanie mogłoby się świetnie sprawdzić jako stancja dla studentów, ale na razie musimy ogarnąć się z tym wszystkim. Taka przeprowadzka to jest jednak skomplikowana operacja logistyczna.

– Prawda – przyznała Iza, z rozbawieniem zerkając na usadzonego na krzesełku Edzia, który z wielkim smakiem, mlaskając i mrucząc coś pod noskiem, rozprawiał się z bananem. – Mnie też to niebawem czeka, chociaż na mniejszą skalę, bo jestem sama i swoje rzeczy ze stancji zgarniam za jednym zamachem do dwóch czy trzech walizek. A wy macie cały sprzęt domowy, naczynia i tak dalej… całe gospodarstwo!

– Oj tak! – uśmiechnęła się Lodzia, stawiając przed nią kubek i nalewając jej herbaty. – Aż nie mogę uwierzyć, że przez dwa lata tyle się tego nazbierało. Cały majdan! Wybacz, że dzisiaj herbata w takim brzydkim kubku, ale niestety moje eleganckie porcelanowe filiżanki już pojechały na Lipniak. To mówisz, że ty też przeprowadzasz się niedługo? – zerknęła na nią z zaciekawieniem. – Jak ci idzie remont?

– Już kończę – oznajmiła z satysfakcją, zanurzając usta w pachnącej herbacie. – Przedwczoraj kładli mi podłogę w salonie. Zdecydowałam się jednak na panele, wiesz? Uznałam, że są praktyczniejsze niż parkiet, bo w razie czego łatwiej będzie je wymienić.

– Aha – podchwyciła Lodzia. – I jakie wybrałaś?

– Takie jasne, w podobnym kolorze jak płytki w łazience.

– Ach, pamiętam! Ależ się za nimi nabiegałyśmy, co? Za to efekt musi być genialny.

– Zobaczysz – uśmiechnęła się. – Następna parapetówa będzie u mnie, oczywiście, jak już dokończę wszystko, ale zapraszam już teraz. Wczoraj po południu wreszcie mogłam sprowadzić z powrotem meble… no wiesz, te odnowione po Szczepciu, szafę, stół i krzesła. Resztę dokupię nowych, tylko muszę idealnie dobrać kolor, więc czekałam, aż przyjadą tamte, żeby mieć z czym porównać. Po niedzieli przywiozą mi też ze sklepu moją zamówioną kanapę i salon będzie względnie urządzony, zostanie tylko montaż mebli kuchennych. No i jeszcze drzwi… też są zamówione, wstawią mi je pod koniec przyszłego tygodnia. Tak czy inaczej w połowie września powinnam być już na etapie zwożenia rzeczy i wyposażania kuchni.

– Ach, tak szybko? – zdziwiła się Lodzia. – Czyli zdążysz się wprowadzić jeszcze we wrześniu, przed początkiem roku akademickiego?

– Muszę. Potem już nie będę miała ani minuty czasu, trzeci rok to przecież nie żarty. A wy jak? – mrugnęła do niej. – W nowym domu już pewnie wszystko urządzone na tip-top?

– Praktycznie wszystko – zgodziła się Lodzia. – Do końca sierpnia przewieziemy resztę rzeczy stąd i będziemy już mieszkać tylko tam. Bo na razie jeszcze kursujemy między jednym domem a drugim – wyjaśniła jej. – Czasem śpimy tam, czasem jeszcze tutaj, zależy, jak wypadnie. Ja zresztą bardzo lubię to mieszkanko – uśmiechnęła się, rozglądając się po kuchni, w której również na podłodze i blatach stały kartonowe pudła z różnymi przedmiotami przygotowanymi do przeprowadzki. – Pablo chyba trochę mniej, ale i tak na razie go nie sprzeda. Obiecał mi, że zrobi to dopiero, jak tamten dom nabierze co najmniej tyle samo pięknych wspomnień co ten.

– Ach! – uśmiechnęła się Iza. – Więc to o to chodzi… Ale to raczej długo nie potrwa, Lodziu. Jesteście tak cudowną rodzinką, że zadomowicie się tam piorunem i za kilka miesięcy będziecie mieć już cały pakiet najpiękniejszych wspomnień!

Mówiąc to, zerknęła na Edzia, który pracowicie konsumował banana, od czasu do czasu wycierając umazane nim rączki w koszulkę.

– Dziękuję ci, kochana – odparła ciepło Lodzia. – Ja też mam taką nadzieję. Magiczne miejsca tworzą ludzie, którzy w nich mieszkają, więc gdzie będą moje dwa kochane łobuzy, tam i ja będę szczęśliwa.

Iza pokiwała głową i przechyliwszy się ponad stołem, z porozumiewawczym uśmiechem uścisnęła jej dłoń, po czym znów podniosła do ust kubek z herbatą.

– Tak czy inaczej, pamiętaj o naszej imprezie – podjęła po chwili Lodzia neutralnym tonem. – Sobota piątego, godzina osiemnasta.

– Pamiętam, Lodziu. Mam to zapisane w telefonie złotymi zgłoskami.

– Aż złotymi? – zaśmiała się. – No to super, tak trzymać! Jeśli chodzi o dojazd, to z autobusami u nas kiepsko, zwłaszcza w soboty, ale Majk obiecał mi już, że zabierze cię ze sobą oplem. Bardzo chętnie się zgodził, ja zresztą myślę, że to celowe! Jak mój mąż zacznie polewać gościom to swoje belgijskie piwo, to Majkowi jak nic w drodze powrotnej przyda się trzeźwy kierowca!

Roześmiały się obie, kiwając z rozbawieniem głowami.

– Będzie też Ania – dodała ciszej Lodzia. – Sama, bez Tosi i Jean-Pierre’a.

– Ach, sama? – szepnęła Iza, czując w piersi mocniejsze bicie serca.

– Tak, Jean-Pierre nie mógł teraz wziąć urlopu, a Tosia ma szkołę. Co prawda Ania teoretycznie mogłaby wziąć ją ze sobą, ale mówi, że to się nie opłaca. Po prostu nie chce jej męczyć, bo podróż będzie krótka i bardzo intensywna, a to dla takiego dziecka zawsze duży wysiłek.

– Na długo przyjeżdża? – zapytała cicho.

– Wpadnie do Lublina tylko na dwa dni. W piątek ląduje w Warszawie, posiedzi trochę u rodziców, w sobotę będzie u nas na imprezie, a w niedzielę już musi wracać. Nie składał jej się zbytnio ten wyjazd, ale uparła się, że koniecznie musi zobaczyć nasz wykończony dom, no i swojego chrześniaka – zerknęła z uśmiechem na kończącego banana Edzia i aż złapała się za głowę na widok jego usmarowanej koszulki. – Aj! Ale żeś się pan upartolił, panie Edi! To tak dżentelmen je banana?

Edzio spojrzał na nią bystro i roześmiał się w głos, najwyraźniej ubawiony jej niezadowoloną miną. Lodzia uśmiechnęła się do niego i machnęła ręką.

– No, kończ, kończ, skarbie – powiedziała ciepło. – Jak zjesz, to umyjemy rączki i buzię, a koszulka pójdzie do prania. Tu już nie ma czego ratować.

Chłopiec posłusznie włożył do buzi ostatni kawałek banana, po czym, obejrzawszy z uwagą umazane rączki, najspokojniej w świecie znów wytarł je w koszulkę, a następnie w spodenki. Iza obserwowała go z rozbawieniem i szczerym podziwem.

„Jak dorośnie, będzie z niego kawał niezłego skubańca” – pomyślała. – „A jaki przystojniak! Już teraz to widać. Hmm… czyli Ania będzie tu tylko dwa dni?…”

– A wracając do Ani – podjęła Lodzia, jakby czytając w jej myślach – to ona bardzo chce się zobaczyć też z tobą. W wiadomej sprawie – spojrzała na nią znacząco, schylając się nad Edziem i wycierając mu rączki papierowym ręcznikiem. – No, pokaż, panie kierowniku, wytrzemy te łapki, napijesz się soczku i pójdziemy się przebrać. Ech… kto to widział tak się uciapać!

– Są jakieś nowe wieści? – zapytała cicho Iza, której na wspomnienie sprawy Victora jak z automatu zrobiło się ciężko na sercu.

– Nie wiem – pokręciła głową Lodzia. – Ania nic nam o nim nie mówiła, chyba chce pogadać bezpośrednio z tobą.

– Rozumiem – szepnęła.

Lodzia zerknęła na nią spod oka.

– Majk obiecał Pablowi, że pojedzie po nią na lotnisko. Pablo chciał sam, ale akurat w piątek czwartego września wypada mu seria ważnych spotkań i nie może się zerwać, a pociągiem nie chcemy Ani fatygować. Ma przywieźć dla Pabla jakieś unikatowe belgijskie piwo w prezencie od Jean-Pierre’a i jeszcze jakieś rzeczy dla rodziców, więc walizkę będzie miała strasznie ciężką. Trzeba zapewnić jej męską pomoc.

– Oczywiście – skinęła głową Iza.

– Majk mówił ci już o tym?

– Nie, jeszcze nie, ale podejrzewam, że niebawem powie. Na pewno będzie chciał, żebym na ten dzień przejęła jego obowiązki w firmie.

„Okruszki szczęścia” – mignęło jej w głowie, a na sercu spoczął jeszcze jeden ciężki głaz. – „Będzie miał ją dla siebie na całe dwie godziny podróży z Warszawy. W sam raz, żeby na kilka miesięcy nałapać słońca. Albo kolejnego doła… ech…”

Lodzia, która widocznie myślała o tym samym, znów zerknęła na nią znacząco, ale nic nie odpowiedziała, dyskretnie pozostawiając ów delikatny temat w zawieszeniu. Podawszy synkowi rozcieńczony sok jabłkowy w kubeczku niekapku, wyciągnęła go z krzesełka i obie z Izą zaprowadziły go na mycie do łazienki, a następnie do sypialni na zmianę ubranek.

– No! – powiedziała z satysfakcją, kiedy przewinięty i przebrany w czyste rzeczy chłopiec stanął przed nimi ze swym łobuzerskim uśmiechem na buzi. – Teraz wyglądasz jak człowiek, a nie jak jakiś bananowy potwór!

Na te słowa Edzio roześmiał się perlistym, dziecięcym śmiechem, najwyraźniej doceniając żart, na co Lodzia schyliła się nad nim i z czułością ucałowała go w główkę pokrytą uroczymi złotymi loczkami.

– A teraz idź do swojego kącika pobawić się trochę, dobrze, Edi? Mama i ciocia muszą chwilę porozmawiać. Wiesz co? Mam pomysł! Poszukaj swoich ulubionych zabawek i przyniesiesz pokazać je cioci, dobrze?

– Ta! Cioci! – zgodził się chętnie chłopiec i chwiejnym krokiem rocznego dziecka, które wciąż jeszcze uczy się stabilnie chodzić, podążył do kącika z zabawkami wygospodarowanego dla niego w rogu sypialni, która, podobnie jak wszystkie inne pomieszczenia w domu, obecnie była zastawiona przeprowadzkowymi pudłami. – Lota! Cioci lota!

– Ależ spryciarz z niego! – stwierdziła z uznaniem Iza, siadając obok Lodzi na brzegu łóżka, skąd obie mogły mieć na oku bawiące się dziecko. – Co prawda nie znam się na tym za bardzo, ale wydaje mi się, że wyjątkowo szybko się rozwija. Ma dopiero roczek, a wszystko rozumie i już tyle mówi!

– Prawda – uśmiechnęła się z dumą Lodzia. – Rozwija się cudownie, bystrzak z niego, cwaniak i totalny bandzior. Po tatusiu. Ma po nim nie tylko te kochane oczka, ale też inteligencję i szubrawczy charakterek, przez co obaj nieźle dają mi popalić. Ale i tak jakoś sobie z nimi radzę – zapewniła ją wesoło. – Jako jedyna kobieta w domu muszę trzymać tych łobuzów twardą ręką!

Znów roześmiały się obie.

– Pablo od samego urodzenia bardzo dużo do niego gada – ciągnęła wyjaśniającym tonem Lodzia, podając Izie przyniesiony z kuchni kubek ze świeżo dolaną herbatą. – Wszystko mu tłumaczy, wymądrza się po swojemu na każdy możliwy temat, a Edi słucha go jak zaczarowany. Z początku niewiele rozumiał, zwłaszcza że Pablo mówi do niego dorosłym językiem, a nie po dziecięcemu. Ja sama miałam wątpliwości, czy powinien tak robić, ale teraz widać, że to przynosi spektakularne efekty.

– Spektakularne – przyznała Iza, uśmiechając się do Edzia, który właśnie wracał do nich, trzymając w ręce plastikowy samolot-zabawkę realistycznie wykonany w barwach Polskich Linii Lotniczych. – A co pan tutaj ma, panie Edi?

– Lota! – odparł z dumą chłopiec, wyciągając ku niej rękę z zabawką.

– Ach, samolot! Jaki piękny! Skąd go masz?

– Buka Maka – oznajmił z powagą Edzio.

– Od wujka Majka – przetłumaczyła Lodzia, widząc pytające spojrzenie Izy.

– Ach, od wujka Majka! Wspaniały samolot! I co, latasz nim sobie?

– Ta! – skinął głową. – Lota!

Mówiąc to, przesunął samolotem przed oczami Izy, naśladując rączką jego lot.

– Pięknie, Edi – pochwaliła go matka. – Cioci bardzo się podoba twój samolot.

– Bardzo – potwierdziła Iza. – I w dodatku ma świetnego pilota.

– Lota! – ucieszył się Edzio. – Edi lota!

– A może teraz poćwiczysz starty i lądowania? – zaproponowała mu Lodzia.

– Ta! – zgodził się natychmiast.

Odszedł kilka kroków dalej, usiadł na zastawionym pudełkami dywanie i ustawił na nim zabawkę, po czym sprytnym ruchem rączki przesunął ją najpierw po podłodze, a następnie w powietrzu, imitując ruch odrywającego się od ziemi samolotu.

– Pięknie! – zawołała Iza. – Brawo, panie pilocie!

– Edi lota – potwierdził Edzio. – Buuu… lota!

Samolot wylądował z głośnym pomrukiem, po czym znów oderwał się od ziemi. Iza pokręciła głową, zerkając z uznaniem na Lodzię.

– Jest niesamowity! – szepnęła z podziwem.

– Mój mały pilot – uśmiechnęła się Lodzia, nawet nie próbując kryć dumy z synka. – Majk już tak go zmanipulował, że nie zdziwię się, jak kiedyś naprawdę nim zostanie. No, niech się bawi… Teraz samolot będzie startował i lądował z pięćdziesiąt razy, zanim mu się znudzi! Powiedz mi, co u ciebie, Iza – dodała, zniżając głos. – Jak sprawy z tym chłopakiem? Coś się między wami zmieniło, ułożyło?

– Tak – uśmiechnęła się delikatnie, podnosząc do ust kubek z herbatą i upijając niewielkiego łyka. – Chyba tak… Na razie jeszcze tkwimy w zawieszeniu, ale wszystko jest na dobrej drodze. Problem w tym, że w czasie mojego urlopu tyle się działo, że nie mieliśmy za dużo czasu na spotkania, a teraz, kiedy byłam na chrzcinach siostrzenicy, też nie zdążyliśmy się zobaczyć. Ale nadrobimy to – zaznaczyła. – Misio ma niedługo przyjechać na kilka dni do Lublina i wtedy zobaczymy się na dłużej.

– Bardzo chciałabym go poznać – odparła Lodzia, zerkając na nią spod oka. – To oczywiście nie jest napraszanie się, bo jeśli sprawy pójdą po waszej myśli, to i tak prędzej czy później go poznam, ale… no cóż, nie ukrywam, że zżera mnie ciekawość – uśmiechnęła się. – Ktoś, kogo nasza Iza kocha od dzieciństwa, nawet jeśli w przeszłości zrobił parę błędów, musi być wyjątkowym człowiekiem.

Iza odpowiedziała jej uśmiechem, odwracając wzrok i wbijając go w swój kubek z herbatą. Wyjątkowość Michała od kilkunastu lat nie budziła w niej wątpliwości, lecz czy była to właśnie taka wyjątkowość, jakiej oczekiwała przyzwyczajona do najwyższych standardów Lodzia? Zresztą… czemu miały służyć takie szumne słowa?

– Oczywiście nie chcę cię wypytywać, bo to są delikatne sprawy – podjęła ostrożnie Lodzia, widząc zmianę na jej twarzy. – Ale wiedz, że trzymam za ciebie kciuki. Sposród osób, które znam, rzadko kto zasługuje na szczęście tak bardzo jak ty, a jednocześnie rzadko kto jest taki twardy w postanowieniach.

– Ależ ja tego nie odbieram jako wypytywania, Lodziu – zapewniła ją łagodnie. – Po prostu zastanowiło mnie to, co powiedziałaś… ta wyjątkowość.

– Człowiek, którego kochamy, zawsze jest wyjątkowy – odparła z powagą Lodzia. – Jeśli nie dla innych, to przynajmniej dla nas.

– No tak, to prawda – zgodziła się. – Tak jak Romeo był wyjątkowy dla Julii, a ona dla niego. A jednak finalnie ponieśli porażkę.

Lodzia spojrzała na nią zaskoczona.

– Romeo i Julia?

– Aha – uśmiechnęła się, pociągając kolejnego łyka herbaty. – Ostatnio dużo o nich myślałam. Ale wcale nie o ich romantycznym uczuciu, tylko bardziej o tym, dlaczego, pragmatycznie rzecz ujmując, im się nie udało.

– To przecież nie była ich wina – zauważyła nadal zdezorientowana Lodzia.

– A czyja?

– Noo… czynników społecznych. Głównie rodzinnego konfliktu.

– Otóż to.

Na dłuższą chwilę zapadła cisza przerywana jedynie Edziowym buczeniem startującego i lądującego samolotu. Lodzia przyglądała jej się badawczo swymi ślicznymi oczami w kolorze niezapominajek.

– Czyli jednak nie udało wam się tego naprawić? – zapytała w końcu.

– Ależ udało się – uśmiechnęła się z pobłażaniem Iza. – Wręcz sama jestem zdziwiona, jak szybko można było zażegnać tak daleko posunięty konflikt. Misio wykonał tu naprawdę herkulesową pracę, doprowadził do tego, że jego rodzice sami przyszli nas przeprosić. A my oczywiście przyjęliśmy te przeprosiny.

– O! – ucieszyła się Lodzia.

– Tak… Co prawda wiem, że Robert i Mela zrobili to tylko ze względu na mnie, ale fakt pozostaje faktem. Nasze zwaśnione rody pogodziły się do tego stopnia, że Mela zaprosiła nawet rodziców Misia na chrzciny naszej Klary. To nam wprawdzie trochę zaburzyło atmosferę na imprezie, bo ich środowisko znajomych i nasze to dwa inne obozy, skłócone ze sobą od lat, ale ogólnie nie było tak tragicznie. W każdym razie lody zostały przełamane.

– To chyba dobrze, prawda? – zapytała Lodzia, obserwując ją badawczo.

– Dobrze, bardzo dobrze. O to przecież walczyliśmy. Przynajmniej od tej strony unikniemy powtórki z Romea i Julii! – parsknęła śmiechem. – Misiowy plan naprawy stosunków udał się znakomicie. Tyle że widzisz, Lodziu… to jest tylko złudzenie. Pozory.

– Jak to?

– Po prostu. Ja dla rodziców Misia nigdy nie będę prawdziwym członkiem rodziny, tak samo jak oni nigdy nie będą nimi dla mnie. Jego ojciec wystarczająco jasno dał mi to do zrozumienia, co zresztą nawet mnie cieszy, bo wcale nie mam ochoty się z nimi integrować. Nie znoszę tego faceta, jego żony też.

– Ach…

– No niestety – wzruszyła ramionami. – Nic na to nie poradzę. Zresztą wiem doskonale, że dla nich to obecne zawieszenie broni i fałszywie słodkie uśmieszki to też tylko atrapa, potrzeba chwili. Robią to wbrew sobie, bo nie chcą narazić się Misiowi, ale gdyby tylko mogli, utopiliby nas w szklance wody. Zwłaszcza mnie i Roberta. Co prawda teraz, ze względu na pewne okoliczności zewnętrzne, o których wolałabym nie mówić – skrzywiła się lekko – ojciec Misia widzi we mnie potencjał biznesowy do wykorzystania, więc chwilowo zyskałam u niego kilka punktów. Jednak to długo nie potrwa, bo ten potencjał istnieje tylko w jego wyobraźni i niebawem sam się o tym przekona. Ja zresztą nie na takich fundamentach chciałabym budować.

– Jasne – odparła cicho Lodzia. – Rozumiem, Izunia. To przykre.

– Pamiętasz, jak mówiłam ci, że Misio wspomniał mi o intercyzie? – podjęła z nutą smutnego rozbawienia Iza. – To było wtedy, kiedy rozmawialiśmy o naszej drugiej szansie.

– Aha, pamiętam.

– Tak zupełnie znikąd z tym wyskoczył, bez sensu, aż byłam w szoku, bo nigdy bym się nie spodziewała takich matrymonialnych aluzji w jego ustach. A teraz już wiem, a przynajmniej podejrzewam, skąd to się wzięło. Co prawda nie sądzę, żeby jego rodzice explicite stawiali taki warunek, bo akurat Misio jest na takie rzeczy odporny i potrafi im się przeciwstawić. Ale już sam fakt, że o tym wspomniał, świadczy o atmosferze, jaka w ich domu panuje wokół spraw finansowo-majątkowych. Oczywiście nie mówię, że dbanie o swoje interesy jest złe – zaznaczyła. – Ja sama zresztą też mam zamiar o nie zadbać, gdyby przyszło co do czego, pod tym względem na szczęście wyrosłam już z idealizmu. Ale to jest takie sprzeczne z moimi dawnymi wizjami, marzeniami… takie rozczarowujące…

Lodzia pokiwała głową z poważną miną, po czym ostrożnie sięgnęła po jej dłoń i uścisnęła ją w milczeniu. Iza odwzajemniła jej uścisk, spokojnie dopijając swoją herbatę, a następnie odstawiła kubek na szafkę przy łóżku.

– Jego ojciec powiedział mi wprost, że nie spodziewa się, żebym była w stanie wnieść do jego rodziny jakiś znaczący wkład majątkowy – podjęła w zamyśleniu. – Więc w kontekście tego, z jakimi dziewczynami próbowali swatać Misia w przeszłości… bogatymi, z dzianych rodzin, z biznesowymi układami… aluzja była oczywista, a ja poczułam się jak Kopciuszek. Jak jakiś darmozjad i żebraczka, którą oni w swojej łaskawości będą raczyli utrzymywać.

– Ech, nie przesadzaj, Iza – zaprotestowała Lodzia. – Jaka znowu żebraczka?

– Matka Misia tak nazwała kiedyś moją mamę – odparła Iza, zagryzając wargi. – A jego ojciec w innych okolicznościach coś podobnego powiedział do Roberta. Nie chcę i nie będę im tego wypominać, ale zapomnieć nie mogę… nie umiem.

Lodzia popatrzyła na nią zmrożona.

– No to faktycznie, nie zazdroszczę ci – przyznała ze współczuciem. – To okropne, kto to w ogóle widział mówić takie rzeczy? Żebraczka? Co za prostactwo… Ale ty chyba nie bierzesz tego na serio do siebie, co, Izunia? – dodała ciepło. – Po pierwsze jesteś dopiero na studiach, a masz już przeogromne doświadczenie i kompetencje w różnych dziedzinach, to przecież też jest majątek! A po drugie masz w Lublinie własne mieszkanie, w dodatku świeżo po remoncie. To nie jest wcale takie nic!

– Nie jest – zgodziła się swobodnie Iza. – Wprawdzie dla nich taka kawalerka to pewnie śmiech na sali, ale obiektywnie ma swoją wartość, a dla mnie jest ogromnym majątkiem. Nie tylko materialnym, również sentymentalnym – podkreśliła. – Oczywiście dla ojca Misia to nie ma żadnego znaczenia, bo on sentymentów nie uznaje, a dla pieniędzy przehandlowałby własną duszę. Tyle że on nic nie wie o moim mieszkaniu na Bernardyńskiej, nie mówiłam o nim nawet Misiowi i na razie nie mam zamiaru się tym przed nim chwalić.

– Nie powiedziałaś mu o Bernardyńskiej? – zdumiała się Lodzia.

– Nie. Nawet za bardzo nie było okazji. Głównie mówiliśmy o domu, który on sam buduje niedaleko Korytkowa i w tej kwestii zasięga moich rad. O domu pod wierzbami – dodała wyjaśniająco. – To taki zaczarowany zamek, który książę z bajki buduje dla swojej przyszłej rodziny, aby mogła żyć w nim długo i szczęśliwie.

– Ach! – uśmiechnęła się Lodzia. – I ty oczywiście będziesz w nim królową!

– Nie mówmy o tym na razie, Lodziu – odparła wymijająco. – Co ma być, to będzie, ja wolę nie dzielić zawczasu skóry na niedźwiedziu i nie zapeszać, życie już mnie tego skutecznie oduczyło. Mówię tylko, jak wygląda sytuacja.

– Jak na moje oko, Izunia, ona wygląda całkiem nieźle – zauważyła łagodnie Lodzia. – Oczywiście pomijając te brzydkie komentarze jego rodziców, ale tym się nie przejmuj, kochanie… Rodzina to tylko rodzina, jej się nie wybiera. Przecież najważniejsze jest to, jak do sprawy podchodzi twój Misio, a widać, że podchodzi do niej bardzo poważnie.

– Chyba tak – zgodziła się bez przekonania.

– Opowiesz mi coś więcej o tym domu pod wierzbami? On go już buduje?

– Prawie. Ma zacząć we wrześniu, na razie robi utwardzony dojazd, bo działka jest jeszcze niezagospodarowana i kiedy pada deszcz, na drodze robi się straszne błoto.

– Aha, rozumiem. I mówisz, że rosną tam wierzby?

– Tak – uśmiechnęła się. – Piękne stare wierzby, na które mają wychodzić okna sypialni. Wymarzony widok przez okno, zwłaszcza rano, kiedy wstanie się z łóżka i odsuwa się zasłony, żeby wpuścić słońce, zanim pójdzie się zrobić poranną kawę. Tym bardziej, że okna sypialni będą wychodzić na wschód.

Wyświetlając sobie w pamięci architektoniczny plan rozłożony na luksusowym biurku Michała, opowiedziała Lodzi o koncepcji domu w Polanach, a także o samej działce i rosnących na niej drzewach.

– Te wierzby i dębowy lasek robią cały efekt, nadają temu miejscu duszę, trochę tak jak te wasze brzózki na Lipniaku. Ogólnie to bardzo piękna okolica, na trasie między Korytkowem a Małowolą zdecydowanie jedna z najładniejszych. Kiedy Misio przysłał mi mmsem zdjęcia wierzb, od razu wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę, więc z czystym sumieniem doradziłam mu, żeby kupił tę ziemię. I myślę, że finalnie będzie zadowolony z tej decyzji.

Lodzia dopiła swoją herbatę, odstawiła kubek na szafkę obok kubka Izy i zerknęła na nią znacząco.

– On będzie zadowolony? A ty?

– Ja też oczywiście – odparła swobodnie. – Ale to jego dom, jego inwestycja i jego decyzje. Ja mu tylko doradzam, kiedy o to prosi.

– Przecież nie prosi cię o to bez powodu – zauważyła Lodzia. – Wiem, że nie chcesz dzielić skóry na niedźwiedziu, jak to ujęłaś, ale dla mnie nie ma wątpliwości, po co on to robi. Mój Pablo też miał taki sam pomysł z budową domu, jeszcze zanim cokolwiek między nami zaszło. Od początku z diabelskim błyskiem w oku nawijał mi o jakichś planach, które chce mi pokazać, a dopiero potem okazało się, że chodziło o plany domu na Lipniaku, bo tę działkę miał już od dawna, tylko długo nic z nią nie robił. To była z jego strony taka sugestia, znak, że myśli o mnie poważnie. Mężczyźni chyba po prostu tak reagują, nie zawsze potrafią wyrażać uczucia wprost, ale ich gesty i działania mówią same za siebie – uśmiechnęła się. – A u twojego Misia to jest ewidentne. Jak jeszcze dodać do tego te wszystkie jego zabiegi dyplomatyczne, naprawianie relacji rodzinnych…

– Tak – westchnęła Iza, a jej twarz znów oblekła chmura. – Ale powiem ci, Lodziu, że te relacje rodzinne i konieczność liczenia się z nimi to coś okropnego. To tak kompletnie nie pasuje do tej naiwnej wizji romantycznej miłości, o jakiej marzy się od wczesnej młodości! Niby takie niesnaski rodzinne nie powinny mnie obchodzić, Romeo i Julia raczej się tym nie przejmowali, ale cóż… wiadomo, jak skończyli. A ja niestety nie umiem od tego abstrahować. To, co czuję względem tych ludzi… rodziców Misia… psuje mi całą radość i zatruwa krew, nie mówiąc już o tym, że przez to mam wyrzuty sumienia.

– Wierzę ci – odparła smutno Lodzia, zerkając na bawiącego się wciąż na dywanie Edzia. – Majk zawsze powtarza w żartach, że nie ma w życiu nic gorszego od teściowej. Żarty żartami, ale chyba niestety coś w tym jest i obawiam się, że akurat w twoim przypadku to się może sprawdzić. Bo żeby nazwać kogoś żebraczką… to już świadczy samo za siebie – skrzywiła się z niesmakiem. – Ja osobiście mam cudownych teściów i bardzo doceniam to szczęście, ale nie łudzę się, że każdy je ma, a twój przykład pokazuje, jak dużo prawdy jest w tym, co się mówi na ten temat. Wiem, że nie chcesz jeszcze rozważać tego w takich kategoriach – dodała na widok jej niechętnej miny – ale zaprzeczać oczywistościom też nie ma sensu, a co do rodziców Misia, to, jak już mówiłam, po prostu się nimi nie przejmuj. Jeśli on naprawdę cię kocha, zadba o to, żeby ci nie dokuczali.

– To na pewno – zgodziła się bez wahania. – Jego to denerwuje jeszcze bardziej niż mnie, więc przynajmniej od tej strony nie mam się czego bać. A w ogóle to przepraszam cię, Lodziu, że uderzam w takie smętne tony – dodała, zerkając na nią ze zmieszaniem. – Ostatnio ciągle biję się z myślami, a rzadko z kim mogę porozmawiać tak szczerze jak z tobą.

Lodzia natychmiast objęła ją ramieniem i przytuliła do siebie serdecznym gestem.

– Od tego przecież jestem, kochana – powiedziała ciepło. – I cieszę się, kiedy mogę choć odrobinę ci pomóc. Odkąd opowiedziałaś mi o twoim Misiu, dużo o was myślę i trzymam za ciebie kciuki, bo gorąco wierzę, że takie dobre serce jak twoje nie może się pomylić. A zresztą… pamiętasz, jak ty pomagałaś mi w najtrudniejszych chwilach? – dodała ciszej, a blask jej oczu przybladł na chwilę jak płomień świecy przygaszony podmuchem wiatru. – Nigdy ci tego nie zapomnę, zwłaszcza tej jednej rozmowy, kiedy tak szczerze powiedziałaś mi wszystko, co wiedziałaś, a potem tego, co wygarnęłaś Pablowi. Gdyby nie ty, to… ech, nawet nie chcę już o tym myśleć! – wzdrygnęła się. – I tak do końca życia zapamiętam tę traumę. Sama wiesz, że nie ma nic gorszego niż taki ból… tego rodzaju… więc jeśli między tobą a Misiem od tej strony wszystko dobrze się układa, to relacje z rodzicami są naprawdę nieistotnym szczegółem.

– Tak, to prawda – przyznała nieco spokojniej Iza. – Masz rację, Lodziu. Widzisz… ja ostatnio mam w głowie taki mętlik, że już sama nie rozumiem, co się ze mną dzieje. Męczy mnie to strasznie, więc ciągle szukam źródła tego dziwnego stanu zakręcenia i wydaje mi się, że te zwalone relacje rodzinne są jednym z nich. Ale dobrze mówisz, że raczej nie jedynym i nie najważniejszym. Sama już nie wiem – westchnęła. – Majk twierdzi, że czuję się taka zagubiona dlatego, że za dużo rzeczy spadło mi na głowę w jednym czasie. I chyba ma rację… bo to jest w sumie jedyne sensowne wytłumaczenie.

– Rozmawiałaś o tym z Majkiem? – zapytała ostrożnie Lodzia, a w jej oczach błysnęło światełko zaciekawienia. – W ramach tej waszej… jak ty to nazwałaś?… terapii złamanych serc?

– Aha – skinęła głową. – Dokładnie tak. Znalazł dla mnie trochę czasu w moje urodziny i to był dla mnie najpiękniejszy prezent, bo…

– Jak to? – przerwała jej ze zgrozą Lodzia. – Miałaś jakoś niedawno urodziny? I nic nie powiedziałaś?

– Przepraszam – uśmiechnęła się. – Raczej nie chwalę się tym, dopóki nie urządzam imprez urodzinowych, a do tej pory, poza małymi rodzinnymi uroczystościami z Melą i z Robciem, nigdy ich nie urządzałam. Może teraz to się zmieni, skoro mam własne mieszkanie, ale…

– Kiedy masz te urodziny? – przerwała jej znowu Lodzia.

– Dwudziestego sierpnia.

– Ach… dwa dni po Edziu! – pokiwała głową, zerkając na synka, wciąż pochłoniętego bez reszty zabawą samolotem. – A ja o niczym nie wiedziałam i nawet nie mogłam złożyć ci życzeń! Niedopuszczalne! Nie mogę sobie darować, że nigdy cię o to nie zapytałam… A Majka normalnie uduszę! – dodała groźnym tonem. – Kwasiarz jeden! Wiedział, że zbliżają się urodziny Izy i ani słówkiem nam nie pisnął!

– Nie duś go! – zaprotestowała żartobliwym tonem Iza. – Chcesz mnie pozbawić super szefa i świetnego miejsca pracy?

Lodzia również parsknęła śmiechem, ale zaraz potem na nowo spoważniała.

– Tak czy inaczej ochrzanię go za to – oznajmiła stanowczo. – Na drugi raz będzie pamiętał, że takie informacje o Izie to dla mnie i Pabla bardzo ważna rzecz. Tak czy inaczej, Izunia, przyjmij ode mnie życzenia urodzinowe – dodała, obejmując ją obydwoma ramionami i przytulając do siebie. – Spóźnione bo spóźnione, ale jak najszczersze. Życzę ci oczywiście zdrowia i szczęścia… takiego prawdziwego, bez tych smutnych domieszek. Niech ta twoja pogmatwana sytuacja wyjaśni się raz a dobrze i niech nic już cię nie męczy. Niech Misio…

– Dziękuję, Lodziu – przerwała Iza, odwzajemniając jej uścisk. – Wiem, co chcesz powiedzieć… dziękuję.

Lodzia posłusznie zamilkła w pół słowa i spojrzała na nią badawczo spod oka, jakby chciała odszukać na jej obliczu ślady ukrytych myśli. Jednak naturalnie bladawa, od zawsze niezwykle dla niej fascynująca twarz Izy nie wyrażała teraz żadnych emocji.

– Czyli rozmawiałaś z Majkiem o Misiu… – wróciła do tematu. – I jak on się na to zapatruje?

– Dość średnio. Z nim w ogóle ciężko się rozmawia na ten temat, bo on Misia za bardzo nie lubi. Ani Misio jego.

– Ach, czyli oni się znają! – zdumiała się Lodzia.

– Tylko z widzenia – wyjaśniła spokojnie. – Mieli kiedyś małe spięcie w Anabelli, jeszcze zanim ja przyjechałam na studia do Lublina. Poszło o jakiś dopalacz i rzecz otarła się o policję, co do tej pory mnie dziwi, bo Misio nigdy nie wchodził w narkotyki. To musiał być jednorazowy wyskok, w każdym razie do tej pory nie lubi za to Majka, a Majk… Majk nawet go nie pamiętał, przypomniał sobie dopiero, jak zobaczył go w rozmowie ze mną. Tak naprawdę zna go tylko z moich opowieści i ta jego niechęć do niego to w sumie moja wina, bo sama nakreśliłam mu jego obraz w dosyć ciemnych barwach. To było w czasie, kiedy jeszcze między nami było źle, a ja już nie miałam nadziei… w czasach tamtej Sylwii, z którą potem Misio miał się zaręczyć.

– Rozumiem – pokiwała głową Lodzia. – I wtedy Majk uprzedził się do niego?

– Chyba tak. Chociaż muszę przyznać, że bardzo szanuje moje uczucia i stara się być obiektywny, więc kiedy nie może powiedzieć na jego temat nic pozytywnego, to po prostu nie mówi nic. Najczęściej zostawia to mojemu sumieniu. Podkreśla, że ufa osądowi mojego serca.

– Ma rację – szepnęła.

– Może ma, może nie ma – westchnęła Iza. – Ja sama nie ufam własnemu sercu, więc co dopiero ktoś, kto patrzy na to z zewnątrz? W każdym razie ja wiem, że Majk za Misiem nie przepada, więc nawet w trybie terapii nie jest nam łatwo o nim rozmawiać, zawsze przy tym temacie wisi między nami w powietrzu coś ciężkiego. Coś, czego nie ma, kiedy rozmawiamy w drugą stronę, czyli o nim i o jego uczuciach do… no wiesz.

– Tak, wiem – odparła cicho Lodzia. – Rozumiem. Często o tym rozmawiacie?

– Dość często. Chociaż ostatnio bardziej ogólnie, na takie tematy życiowo-filozoficzne, a nie konkretnie o niej. Wiadomo, że nie ma takiej potrzeby, bo w jego przypadku sytuacja nie zmienia się od lat i nigdy się nie zmieni. Zresztą u mnie do pewnego momentu też tak było i dopiero ostatnio nastąpił nagły zwrot – dodała w zamyśleniu. – Tak nagły, że sama jeszcze nie mogę się z tym ogarnąć.

– Wierzę ci – pokiwała głową Lodzia. – W takiej sytuacji faktycznie trudno się dziwić, że masz mętlik w głowie. Hmm… czyli Majk nie lubi Misia? – zastanowiła się. – Powiem ci szczerze, że tym mnie trochę zbiłaś z tropu, bo akurat w sprawach oceny ludzi Majkowi ufam jak rzadko komu.

– Ja też – przyznała smętnie Iza.

– Ale skoro on zna Misia tylko z widzenia, to wiadomo, że zdanie na jego temat, tak jak sama powiedziałaś, wyrobił sobie tylko na podstawie twoich słów – ciągnęła żywo Lodzia. – A ty przecież opowiadałaś mu o nim, kiedy miałaś do niego żal, więc wiadomo… zwłaszcza że Majk tak bardzo cię lubi i ceni… W takim razie musimy poczekać, aż pozna Misia bliżej, bardziej osobiście, a to przecież tylko kwestia czasu, prawda? Kiedy już wszystko się ułoży, przedstawisz mu go i jestem pewna, że wtedy całkowicie zmieni zdanie.

Iza uśmiechnęła się leciutko, bynajmniej nie podzielając entuzjazmu przyjaciółki.

– Może – odparła bez przekonania. – Ale to jest akurat mój najmniejszy problem, Lodziu.

– No tak, no tak – zgodziła się szybko Lodzia, jakby zawstydzona. – Masz rację, rzecz nie w tym, co Majk myśli o Misiu, tylko w tym, żebyś ty w końcu mogła być szczęśliwa… Tak bardzo ci tego życzę, kochana! Miałam wielką nadzieję, że w te wakacje już wszystko się wyjaśni i ułoży, a tu, jak widzę, ciągle jeszcze piętrzą się przeszkody. Jak myślisz, długo to jeszcze potrwa?

– Mam nadzieję, że już niedługo – odparła w zamyśleniu. – Sama nie wiem… ja chyba po prostu jestem tym wszystkim zmęczona. Po rozmowie z Majkiem, a teraz z tobą coraz bardziej dochodzę do wniosku, że te problemy rodzą się tylko w mojej głowie i że nie tylko doszukuję się ich tam, gdzie de facto ich nie ma, ale że wręcz sama je sobie wymyślam. Gdybym jeszcze wiedziała, po co to robię… Tak czy inaczej dziękuję ci za słowa wsparcia i za to, że mnie wysłuchałaś, Lodziu – dodała z wdzięcznością, ściskając jej dłoń. – To jest zawsze taka ulga, kiedy można się wygadać komuś zaufanemu! Nawet jeśli robi się po tym lżej tylko na jakiś czas, to przecież dobre i to…

Przerwał jej nagły pisk Edzia, który poderwał się z podłogi, uderzając w głośny płacz. Wystraszone dziewczyny natychmiast skoczyły na równe nogi.

– Co się dzieje, Edi? – zapytała Lodzia, podbiegając do synka i schylając się nad nim z niepokojem. – Skarbie, co się stało?

– Loooota! – zawył z rozpaczą chłopiec, wyciągając ku niej obie rączki.

W jednej z nich trzymał swój samolot, a w drugiej kawałek białego plastiku, który, jak wykazał szybki ogląd zabawki, okazał się być ułamanym fragmentem skrzydła.

– Ach, skrzydło się odłamało! – skonstatowała z mieszaniną ulgi i współczucia Lodzia. – Pokaż, kochanie… ojej, faktycznie, zepsuło się…

Jej słowa sprawiły, że Edzio uderzył w jeszcze większy ryk.

– Loooootaaaa!

– Ale nie płacz, skarbie – ciągnęła z perswazją matka. – Nie ma o co tak rozpaczać, to skrzydło powinno dać się przykleić. Jak tatuś wróci z pracy, poprosimy go, żeby naprawił ci samolot, dobrze?

Edzio natychmiast przerwał płacz i spojrzał na nią z nadzieją.

– Tata lota? – upewnił się, wciąż jeszcze pochlipując, lecz już bez krzyku.

– Tak, tatuś naprawi samolot. Poszuka dobrego kleju i przyklei skrzydło. Na razie położymy go tutaj, dobrze? – dodała, kładąc zabawkę oraz fragment odłamanego plastiku na jednym z krzeseł. – Dzisiaj samolot już bardzo długo latał i jest zmęczony, a do tego miał wypadek, więc teraz musi odpocząć. Tak?

– Ta! – zgodził się Edzio, a jego ciemne oczka rozbłysły uśmiechem przez łzy. – Lota pać!

– Mhm, samolot idzie spać – uśmiechnęła się Lodzia, zerkając z rozbawieniem na przysłuchującą się im Izę. – A jak się zbudzi, zabierzemy go na naprawę skrzydła. Pomożesz tatusiowi?

– Ta! – ucieszył się już całkiem rozpogodzony chłopiec. – Tata Edi lota!

– Tak jest, tata i Edi razem naprawią samolot. Ale najpierw samolot musi się przespać, a Edi w tym czasie zje obiadek. Może tak być, proszę pana?

Edzio pokiwał główką twierdząco.

– Tylko najpierw wytrzemy nosek – dodała Lodzia, sięgając do kieszeni dżinsów po chusteczkę i wycierając nią spłakaną buzię synka. – No pokaż… ojoooj, ależ łzy się polały! No już. Teraz samolot idzie spać, a my biegniemy z ciocią do kuchni przygotować obiadek, okej? No, chodź, skarbie… hop!

Mówiąc to, schyliła się nad dzieckiem i z niemałym trudem dźwignęła je na ręce, po czym wraz z Izą, która w gospodarskim odruchu zebrała z szafki przy łóżku kubki po herbacie, udała się do kuchni, omijając po drodze rozstawione na podłodze pudła. Przez kolejny kwadrans obie skupiły się na pracach kuchennych – Lodzia na odgrzewaniu przygotowanego zawczasu obiadu dla synka, zaś Iza na bieżącym zmywaniu zabrudzonych naczyń. Dopiero kiedy chłopiec został nakarmiony warzywną zupką i drobiowym pulpecikiem z kaszą, a następnie zajął się piciem owocowej herbatki, zdając się zupełnie zapomnieć o zapsutym samolocie, mogły wrócić do przerwanej rozmowy.

Jednak zawstydzona rosnącym w duszy przekonaniem, że sama sobie na siłę wymyśla problemy, Iza nie chciała już kontynuować dywagacji na temat Michała. Tę sprawę trzeba było po prostu zostawić biegowi wypadków i pozwolić, by mgła, o której mówiła pani Ziuta, we właściwym czasie sama opadła, odsłaniając przed nią drogę ku szczęściu. Drogę, która zapewne powiedzie ją do domu pod wierzbami… no bo gdzieżby indziej?

– Tak czy inaczej pamiętaj, że ja bez przerwy trzymam za was kciuki – podsumowała Lodzia, uroczym ruchem ręki odrzucając na plecy swój piękny blond warkocz. – Zobaczysz, że z rodziną jeszcze wszystko się ułoży, byle między wami dwojgiem było dobrze. Pamiętasz, jak jeszcze niedawno zastanawiałaś się, czy w ogóle dać Misiowi drugą szansę? Dzisiaj przecież nie żałujesz, że mu ją dałaś, co? – mrugnęła do niej porozumiewawczo.

– Oczywiście że nie – odparła szybko Iza.

Szybko, zbyt szybko… tak szybko, żeby nie mieć czasu się nad tym zastanawiać.

– No właśnie – uśmiechnęła się Lodzia. – I to jest najlepszy dowód na to, że idziesz dobrą drogą. Przecież serca na dłuższą metę nie da się oszukać, ono zawsze na koniec powie prawdę, po prostu trzeba dać się ponieść intuicji. Majk ma pod tym względem świętą rację… A właśnie, a propos Majka – przypomniała sobie, zerkając na nią z wahaniem i zniżając głos. – Mogę cię o coś prosić, Izunia?

– Jasne – szepnęła.

– Słuchaj… nie mówimy tego głośno, ale obie wiemy, że przed nim ciężki czas. I obie wiemy, z jakiego powodu, prawda?

Iza pokiwała głową w milczeniu. Ach, ten znajomy głaz na sercu! Mimo wszystko nie lubiła o tym rozmawiać za plecami Majka, czuła się wtedy jak duchowa zdrajczyni, mimo że Lodzia należała do najżyczliwszych mu osób na świecie. Ale może to i lepiej, że zmieniła temat? Jeden i drugi był dla Izy niewygodny, ale ten przynajmniej nie angażował jej bezpośrednio. Chyba.

– Wiadomo, że on jest świetnym aktorem, więc to, że nie pokazuje pewnych emocji na zewnątrz, nie znaczy, że nie czuje ich wewnątrz – ciągnęła Lodzia. – Ale my dwie znamy jego tajemnicę, więc nas nie oszuka. Do rzeczy. Chodzi mi o wsparcie dla niego. Ty widujesz go codziennie, więc łatwiej będzie ci pomagać mu, jeśli będzie tego potrzebował, ale ja też chciałabym w razie czego się w to włączyć. W sensie włączyć Pabla – wyjaśniła jej.

– Pabla? – zdziwiła się Iza.

– Aha. Oczywiście bez wymieniania imion… jej imienia… bo to mógłby zrobić tylko sam Majk, a wiadomo, że on tego nie zrobi. Ale tak ogólnie. Majk to najlepszy kumpel Pabla, znają się od dzieciństwa i latami byli nierozłączni, więc Pablo na pewno wiedział o… o tamtym. Owszem, teraz może nie zna aktualnej sytuacji, w tej sprawie nadal wisi między nimi niedomówienie, co jest zresztą w pełni naturalne i uzasadnione. Jednak wydaje mi się, że Pablo tak czy inaczej mógłby mu się przydać. W takich sytuacjach facet potrzebuje czasem męskiej rozmowy z zaufanym przyjacielem, tak jak my, kobiety, potrzebujemy wygadać się przyjaciółce o rzeczach, które z mężczyznami ciężko się porusza.

– To fakt – zgodziła się Iza.

– Wiem, że Pablo by tego chciał. Był taki szczęśliwy, kiedy którejś nocy w górach przegadali z Majkiem kilka godzin jak za dawnych lat… Siedzieli z piwem na łące prawie do rana, wygoniła ich dopiero spadająca rosa – uśmiechnęła się. – Nie mam pojęcia, o czym gadali, i nawet nie chciałabym wnikać w ich męskie sekrety, ale widziałam, ile to dla niego znaczyło. Kiedyś powiedział mi, że gdyby trzeba było, to dla Majka poszedłby nawet do piekła bić się z diabłami, więc jestem pewna, że w trudnej chwili mógłby być dla niego wielkim wsparciem. Od dawna martwi mnie ten klincz… to, że z wiadomego powodu Majk nie może pogadać o tym z Pablem w pełni otwarcie i dusi to w sobie. Bogu dzięki, że ma ciebie, że w ogóle przed kimś się otworzył… ale jednak wieloletni kumpel to wieloletni kumpel. Facet. Tego ani ty, ani ja nie jesteśmy w stanie mu zastąpić.

– Prawda – przyznała z zastanowieniem Iza. – To zresztą w pewnym sensie nie fair, że na przykład ja wiem o tej sprawie więcej niż Pablo. Wiadomo, że to dlatego że jestem osobą z zewnątrz, a Pablo jest w to implikowany w bardzo niewygodny sposób, ale jednak fakt pozostaje faktem. Tyle że to jest autonomiczna decyzja Majka – zaznaczyła. – To on decyzuje, komu, co i ile chce powiedzieć. Nam nic do tego, Lodziu.

– Ależ oczywiście, Iza! – podchwyciła Lodzia. – Nawet by mi do głowy nie przyszło w cokolwiek się wtrącać, a tym bardziej puszczać przed Pablem farbę na ten temat! Zresztą dwa lata temu obiecałam Majkowi, że zachowam to dla siebie, i słowa dotrzymuję, z tobą mówię o tym tylko dlatego, że ty też wszystko wiesz, nawet więcej ode mnie. Majk już nigdy potem ze mną o tym nie rozmawiał… nigdy, ani razu, tak jakby sam chciał zapomnieć o tamtej chwili słabości, kiedy odkrył przede mną karty. Zwierza się tylko tobie. Oczywiście nie pisnęłam mu ani słówka o naszych rozmowach – zaznaczyła. – Ale jestem ci ogromnie wdzięczna za to zaufanie, bo dzięki temu obie możemy coś dla niego zrobić.

– No, okej… Tylko w jaki sposób miałabyś włączyć w to Pabla?

– W sposób delikatny i dyplomatyczny – odparła stanowczo. – Już ja się tym zajmę, odpowiednio pogadam z bandziorkiem, muszę tylko wiedzieć kiedy, bo sama mogę coś przegapić. Stąd moja prośba do ciebie, Iza. Chodzi mi o sygnał z twojej strony.

– Sygnał?

– Tak. Jesteś najbliżej Majka, codziennie spotykasz go w pracy. Gdybyś widziała, zwłaszcza w najbliższych tygodniach, że ma jakiegoś doła…

– Rozumiem – szepnęła Iza. – Dobrze, Lodziu. Dam znać.

– Dziękuję ci.

Na chwilę w kuchni zapadła cisza przerywana tylko siorbaniem Edzia, który właśnie kończył pić swoją herbatkę. Ach, to serce!… to nieszczęsne serce! Trzepoczące się rozpaczliwie w piersi jak bijący skrzydłami ptak, którego ktoś uwięził w ciasnej, żelaznej klatce… Kubeczek nagle z hukiem spadł na podłogę, a dźwiękowi temu zawtórowało marudne kwękanie chłopca, który ziewnął teraz szeroko, obiema piąstkami trąc zmęczone oczka.

– Mama! Bata!

– Tak, kochanie – poderwała się Lodzia, schylając się nad nim, by wyjąć go z krzesełka. – Herbatka spadła, ale nic się nie stało. No już… ależ jesteśmy zmęczeni, co? Obiadek zjedzony, to teraz idziemy zmienić pieluszkę i spać.

– Edi pać! – zgodził się chętnie Edzio.

– Zostaniesz jeszcze trochę u nas, Iza? – zagadnęła Lodzia, zwracając się do przyjaciółki, która w międzyczasie podniosła z podłogi upuszczony kubeczek i odstawiła go na stół. – Proszę… jeszcze chociaż pół godzinki, co? Zaraz położymy Edika do łóżeczka, a jak zaśnie, to zrobimy sobie jakąś dobrą kawę, hmm? Ekspres mam jeszcze tutaj, nie zdążyłam go spakować. No? Co ty na to?

– Ciocia Zaza – stwierdził niemrawo usadowiony na maminych rękach Edzio, wyciągając paluszek w stronę Izy, a drugą rączką znowu trąc przymykające się już sennie oczko. – Zaza…

– Tak, Edziulku, ciocia Zaza – potwierdziła wesoło Iza. – Zostanę, oczywiście, że zostanę, Lodziu. Ta kawa zapowiada się zbyt kusząco… Zresztą dzisiaj mam czas aż do siedemnastej, a już tak dawno u was nie byłam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *