Anabella – Rozdział CCXIX
Luksusowa rezydencja Krawczyka tonęła w ciężkiej zimowej mgle, bo choć w końcówce stycznia na kilka dni wróciły mrozy, dziś znów temperatura podniosła się, a zimne powietrze przesyciło się nieprzyjemną wilgocią. Budynek, którego oddalone od frontowego wejścia skrzydła były ledwo widoczne zza owej szarej zasłony, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej sprawiał ponure wrażenie jakby złowrogiego, nawiedzonego zamczyska, a efekt ten wzmagał się, gdy weszło się do środka.
Na wielkim holu na parterze świeciły się tylko niektóre boczne kinkiety na ścianach, które skojarzyły się dziś Izie ze średniowiecznymi pochodniami wieszanymi na ścianach, a za wielkim przeszkleniem na przeciwległej ścianie od wejścia, gdzie znajdowały się drzwi do ogrodu, majaczyły pierwsze rzędy drzew i krzewów skąpane w gęstej, nadającej im fantastyczne kształty mgle. Jeśli dodać do tego nierozmowną, surową gospodynię w służbowej czarno-szarej sukience, która w milczeniu prowadziła ją schodami na pierwsze piętro, oraz przeszkloną z góry na dół klatkę schodową zalaną ponurym światłem pochmurnego dnia, trudno było nie poczuć na własnej skórze przytłaczającej atmosfery tego miejsca. Zwłaszcza dziś, w zimowy dzień o nieprzyjemnej aurze, dom ów wydawał się szczególnie pusty, obcy, niemal wrogi.
„Nie wiem, jak ci ludzie mogą tu mieszkać” – myślała ze współczuciem Iza, podążając bez słowa za prowadzącą ją kobietą. – „Niby luksusowy pałac, ale tak tu dziwnie, pusto, nieprzyjemnie… Gdybym miała tu pracować, po miesiącu dostałabym chyba pomieszania zmysłów.”
Przypomniała sobie zeszłotygodniową rozmowę z Majkiem, podczas której, przy okazji kolejnej sesji podsumowania terapii, wróciła epizodycznie sprawa propozycji pracy, jaką już niemal dwa lata temu otrzymała od Krawczyka. W głuchej ciszy, na tle której rozlegał się tylko szelest jej własnych kroków na dywanie korytarza (gospodyni szła praktycznie bezszelestnie w swych podbitych filcem eleganckich kapciach), usłyszała swój własny głos tłumaczący Majkowi tamtą sytuację.
Propozycja była bardzo kusząca, więc wahałam się na poważnie, czy jej nie przyjąć. I właściwie tylko tamta twoja prośba o terapię powstrzymała mnie i ostatecznie przeważyła…
Prawda! Gdyby nie Majk i terapia złamanych serc, której wówczas tak stanowczo i niespodziewanie od niej zażądał, była przecież skłonna przyjąć atrakcyjną płacowo ofertę milionera. Jej sytuacja materialna była wtedy bardzo słaba, Amelia i Robert też dopiero zaczynali odbijać się od dna, praca u Krawczyka byłaby więc dla niej finansowym eldorado. Tylko jakim kosztem nerwów i psychiki?
„Kolejny punkt dla ciebie, promyczku” – pomyślała z czułością, wspominając twarz Majka. – „Nawet wtedy, zupełnie niechcący i przypadkiem, uratowałeś mnie od jednego z najgłupszych błędów w moim życiu.”
– Proszę.
Gospodyni przystanęła i otworzyła przed nią drzwi jadalni. W przeciwieństwie do holu, klatki schodowej i korytarza pomieszczenie to było bardzo jasno oświetlone, żywa kaskada ciepłego światła wręcz buchnęła na nią, gdy tylko uchylone zostało skrzydło drzwi. Kontrast między martwą, pustą atmosferą na zewnątrz a ożywionym wnętrzem jadalni potęgował fakt, że w pomieszczeniu było obecnych kilka osób z obsługi, które krzątały się wokół elegancko nakrytego, zastawionego najróżniejszymi przystawkami stołu, czyniąc najwyraźniej ostatnie przygotowania do obiadu. Zamieszanie to, choć dyskretne i przyciszone, skutecznie przytłumiło cichy głos gospodyni przy drzwiach, skutkiem czego wejście Izy pozostało praktycznie niezauważone. Tylko znana jej z poprzednich wizyt pani Alina zerknęła w jej kierunku i skinęła jej grzecznie głową na powitanie, szkicując na ustach lekki, służbowy uśmiech.
Krawczyk, widoczny z półprofilu, siedział na swoim wózku inwalidzkim przy jednym z wysokich okien, które sięgały aż do podłogi jadalni, i zamyślonym wzrokiem wpatrywał się w osnute mgłą gałęzie drzew, na których z głośnym krakaniem co jakiś czas lądowały wielkie czarne gawrony. Iza, która ostatni raz widziała go już prawie dwa miesiące temu, oceniła, że na pierwszy rzut oka niewiele się w jego wyglądzie zmieniło, może tylko to, że jego włosy, na czubku głowy coraz mocniej przerzedzone, na skroniach miały jeszcze więcej srebrnych nitek niż poprzednim razem. Nie wyglądał na swoje czterdzieści dwa lata, wydawał się co najmniej o dekadę starszy, a po atrakcyjnym, zabójczo przystojnym mężczyźnie o wysportowanej sylwetce, jakim poznała go dwa lata wcześniej, dziś w wyniku ciężkiej choroby pozostało jedynie wspomnienie.
Zgodnie z obietnicą, był sam, bez Sylwii ani Eweliny, co Iza skonstatowała od samego progu z wielką ulgą. Przez głowę przebiegła jej myśl, że o ile w ich towarzystwie szykowany właśnie obiad byłby straszną męczarnią, o tyle z samym Krawczykiem zje go nawet z przyjemnością.
– O, dzień dobry! – ucieszyła się pani Gabriela, która właśnie weszła do jadalni, niosąc zapasowe serwety w kolorze śnieżnobiałym. – Już pani jest!
Słowa te dotarły do uszu gospodarza, bowiem natychmiast poruszył się i obróciwszy za pomocą przycisku wózek od okna ku wnętrzu pomieszczenia, wyszukał wzrokiem Izę i powitał ją z daleka przyjaznym ruchem ręki, a jego zamyślona twarz rozpogodziła się i ożywiła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
– Witam, pani Izabello! – powiedział, podjeżdżając ku niej wózkiem. – Jakże się cieszę, że panią widzę!
– Ja również – uśmiechnęła się Iza.
W kilku krokach skróciła dzielący ich jeszcze dystans i kiedy wózek milionera zatrzymał się tuż przed nią, spontanicznym gestem pochyliła się nad nim, wyciągając na powitanie rękę. Krawczyk chętnie ujął jej dłoń, lecz zamiast uścisnąć, podniósł do ust i z namaszczeniem musnął wargami.
„Jak zawsze dżentelmen” – pomyślała z humorem, ale i mimowolną sympatią, cofając rękę.
– Witam panią i zapraszam od razu do stołu – ciągnął z ożywieniem milioner. – Pani Alino, proszę wskazać naszemu gościowi miejsce. I można przynieść już aperitif.
– Tak jest.
– Mam nadzieję, że na początek nie pogardzi pani lampką wyśmienitego szampana? – zagadnął, kiedy wraz z Izą zajęli nakryte miejsca przy stole. – Pamiętając, że poprzednim razem zażyczyła pani sobie właśnie szampana, sprowadziłem na dziś najlepszy gatunek, jaki tylko da się zdobyć na rynku, również tym nieoficjalnym. Oczywiście oryginalny, prosto z Szampanii, z limitowanej serii manufakturowej.
– Skoro tak, to nie mogę odmówić – odparła ciepło Iza. – Tamten, który piłam u pana poprzednim razem, był tak znakomity, że nawet trudno mi sobie wyobrazić coś jeszcze lepszego.
Krawczyk uśmiechnął się z satysfakcją, dając jej znak, żeby poczekała, to zaraz się przekona, lecz swoim zwyczajem zawiesił rozmowę do czasu, aż obsługa wykona swoje obowiązki i opuści pomieszczenie. Wkrótce wniesione zostały dania na gorąco w zakrywanych szklanych brytfankach oraz butelka odpowiednio schłodzonego szampana najwyższej jakości, którego zaserwowała do kieliszków pani Alina. Wykonawszy to zadanie, kobieta ukłoniła się grzecznie, ogarnęła jeszcze wzrokiem stół, sprawdzając, czy niczego nie brakuje, i wyszła, zabierając ze sobą pozostałe koleżanki.
– Zapraszam, pani Izo – powiedział uroczyście Krawczyk, podnosząc w górę kieliszek, gdy tylko za obsługą zamknęły się drzwi. – Pani zdrowie!
Iza chętnie podniosła kieliszek i zanurzyła usta w wykwintnym trunku, przyglądając się spod oka gospodarzowi. Z bliska, jak zauważyła, wyglądał gorzej niż z daleka, zwłaszcza jeśli chodzi o twarz o ziemisto-żółtawym odcieniu cery, z bardzo wyraźnie zaznaczonymi zmarszczkami w kącikach oczu i sinymi oczodołami. Jednak oczy patrzące z głębi tych oczodołów były żywe, o przytomnym spojrzeniu, również ruchy mężczyzny zdały jej się o wiele bardziej pewne i skoordynowane niż poprzednim razem, co w ogólnym rozrachunku skłoniło ją do stwierdzenia, że mimo wszystko w stanie jego zdrowia nastąpiła pewna poprawa.
– Jak pani widzi, spełniłem pani życzenie i podejmuję panią sam – zaznaczył. – Bez obecności mojej narzeczonej.
Iza zmieszała się.
– Tak… dziękuję panu. Mam nadzieję, że pani Sylwia miewa się dobrze?
– A tak, owszem, miewa się znakomicie – zapewnił ją spokojnie, odstawiając na stół kieliszek z szampanem, w którym ledwo umoczył usta. – Obecnie skupia się na wyposażaniu mieszkania w centrum, które zakupiłem dla niej zgodnie z pani sugestią. Proszę się nie martwić, pani Izo – uśmiechnął się na widok jej lekko skrzywionej miny. – Ona nie ma pani tego za złe, wręcz przyznała, że to był znakomity wybór, i jest bardzo usatysfakcjonowana, zwłaszcza jeśli chodzi o lokalizację. W urządzaniu mieszkania odnajduje ogromną przyjemność, a ja oczywiście nie żałuję środków, żeby mogła spełnić każdą swoją fanaberię, nawet te najbardziej luksusowe. Wychodzę z założenia, że im bardziej luksusowo wykończy ten lokal, tym lepiej, oczywiście jak zawsze mam w tym swój cel… No, ale o tym innym razem, dziś na to nie pora. Proszę się częstować – zachęcił ją ruchem ręki i sam także przysunął się na swoim wózku trochę bliżej do stołu, manipulując ustawieniami fotela, by przyjąć jak najwygodniejszą pozycję.– Oczywiście nie zapominajmy, że te przystawki to dopiero początek.
Iza chętnie zabrała się za nakładanie na talerz niewielkich porcji różnych wykwintnych smakołyków, których w istocie było na stole tak wiele, że nawet tylko kosztując każdy rodzaj, bez problemu najadłaby się samymi przystawkami.
– Widzę, że jest pan w całkiem niezłej formie – zauważyła ostrożnie, obserwując, jak lekko drżącymi dłońmi nakłada sobie na talerz niewielką porcję brokułu w galarecie. – I bardzo mnie to cieszy. Domyślam się, że wdrożone leczenie nadal panu służy?
– Niewątpliwie tak – przyznał uprzejmie Krawczyk. – Jest pewien postęp, aczkolwiek nie we wszystkich aspektach można mówić o sukcesie medycyny. De facto w tym najważniejszym względzie bliżej temu leczeniu do porażki niż do sukcesu, ale najważniejsze jest, że na planie doraźnym czuję się całkiem nieźle. Dziękuję za dobre słowo, pani Izabello. Proszę się częstować, niech się pani nie krępuje. Może odrobinę tego łososia z cytryną? Kosztowałem, rozpływa się w ustach, więc jeśli lubi pani rybę…
– Tak, bardzo lubię, chętnie. Powiedział pan „bliżej do porażki”? – spojrzała na niego z niepokojem znad paterki z łososiem. – Czy wolno zapytać dlaczego?
Milioner uśmiechnął się nieznacznie, po czym z widocznym skupieniem i wysiłkiem włożonym w opanowanie drżenia dłoni, odstawił na miejsce swoją salaterkę.
– Ależ oczywiście, pani wolno wszystko. Nawet to, czego nie wolno innym – zaznaczył nieco pobłażliwym tonem. – Przed lekarzami nie mam tajemnic co do stanu zdrowia, a pani przecież jest lekarzem mojej duszy.
– Ech… niech pan nie przesadza – pokręciła głową skonfundowana. – Do takiej roli nigdy nie pretendowałam i nie pretenduję, zwłaszcza że dawno mnie już tu nie było.
– Dawno, to prawda – zgodził się pogodnie. – Ale to w niczym nie przeszkadza, w zupełności wystarcza mi obecna częstotliwość naszych spotkań, wręcz leczenie, jakie pani wdrożyła, wymaga czasu na refleksję. To nie jest tabletka, którą można połknąć, popić wodą i zaczekać na efekty.
– Nie wdrożyłam żadnego leczenia, używa pan zbyt górnolotnych słów. Po prostu rozmawiamy i jeśli rozmowa ze mną panu pomaga, to bardzo się cieszę, ale nie nazywajmy tego leczeniem. To raczej wspólne błądzenie po omacku po manowcach filozofii życia… że tak to ujmę.
– Ach! – parsknął śmiechem Krawczyk. – Wyborne! I kto tu używa górnolotnych słów! No i widzi pani? Już zdążyła pani mnie rozbawić, nie mówiąc już o tym, że sama pani obecność tutaj poprawia mi humor. Bardzo czekałem na pani wizytę. Proszę, może tego serka ze świeżymi ziołami? A do tego grzaneczkę z masłem czosnkowym, hmm?
Iza posłusznie nałożyła sobie niewielką porcję wskazanych przystawek.
– A wracając do mojego stanu zdrowia i porażki medycyny – podjął milioner – to cóż… Od naszego ostatniego spotkania właściwie niewiele się zmieniło, poza tym, że czuję się dużo lepiej i mniej trzęsą mi się ręce, jak pani zapewne zdążyła już zauważyć. Ale za tym niestety nie idzie poprawa wyników, tutaj jest, powiedziałbym, wręcz przeciwnie.
– Wręcz przeciwnie? – powtórzyła z niepokojem.
– Tak, wyniki badań laboratoryjnych i obrazowych nie tylko nie poprawiły się, ale nawet się pogorszyły. I to znacznie. Moi lekarze są tym zaskoczeni… nie samym pogorszeniem się wyników, bo tego właśnie się spodziewali, tylko tym, jak dalece kontrastuje to z moją zewnętrzną formą.
– No właśnie – szepnęła zdziwiona.
– A jest ona, jak pani słusznie zauważyła, całkiem niezła. Co prawda nie ma szans na to, żebym podniósł się i stanął na nogach, mam świadomość, że to by się mogło dla mnie bardzo źle skończyć, dlatego nawet nie próbuję, ale poza tym czuję się naprawdę dobrze. Powiedziałbym, że w porównaniu do lata czy wczesnej jesieni wręcz rewelacyjnie. Wróciła mi częściowo sprawność mięśni, zwłaszcza chwytu, kręgosłup wydaje się mocniejszy, gdyż mogę o wiele dłużej siedzieć bez wysiłku, nie spędzam już trzech czwartych doby w łóżku i co najważniejsze, mogę pracować. Wczoraj na przykład spędziłem prawie siedem godzin za biurkiem i na telefonie i przez ten czas ani razu nie kładłem się do łóżka. Owszem, kosztowało mnie to dużo wysiłku i było ryzykowne, ale fakt, że udało mi się przepracować cały dzień, przyniósł mi wielką satysfakcję, a dzisiaj, jak widać, nie odczuwam żadnych konsekwencji tej nieostrożności. Tymczasem wyniki badań jednoznacznie wskazują na to, że mój stan systematycznie się pogarsza.
– To rzeczywiście dziwne – pokręciła z niedowierzaniem głową Iza.
– Mówiąc krótko, z punktu widzenia medycznego umieram, jednak zupełnie tego nie czuję – podsumował Krawczyk, odkrajając z namaszczeniem kawałek brokułu w galarecie i relatywnie pewnym gestem niosąc go na widelcu do ust. – Przeciwnie, moje samopoczucie wskazywałoby raczej na to, że wracam do zdrowia. Oczywiście jako racjonalista bardziej wierzę wynikom badań medycznych, jednak ta cząstka idealisty, która była gdzieś głęboko we mnie zakopana i którą pani oraz Józefina wyciągnęły na wierzch po trosze wbrew mnie samemu, mimo wszystko trzyma mnie przy nadziei. Co więcej, mam wrażenie, że ta nadzieja jest coraz silniejsza, wręcz tym silniejsza i bardziej uporczywa, im mniej mam obiektywnych podstaw do tego, żeby ją żywić. Widzi pani, do czego mnie pani doprowadziła, pani Izo? – uśmiechnął się znad talerza. – Sam się temu dziwię, ale nie ukrywam, że dobrze mi z tym. Zwłaszcza z tą nadzieją wbrew rozumowi. Nigdy bym nie przypuszczał, że to jest aż tak przyjemne uczucie… samo w sobie warte przeżycia, choćby finalnie miało się okazać bezpodstawne i zakończyć się definitywną katastrofą.
– Ja wcale nie uważam, że jest bezpodstawne – odparła Iza. – Nadzieję zawsze warto mieć, a poza tym…
Urwała w pół słowa, gdyż na słowo nadzieja, jak na zawołanie, przed oczami znów wyświetliła jej się twarz Majka. Czy nie zaprzeczała właśnie temu, co sama czuła? Ależ nie! Przecież i na dnie jej serca wciąż tlił się nikły płomyczek, który nie zagaśnie, dopóki… płomyczek, któremu na imię było nawet nie tyle nadzieja co… ech! Jeszcze jedno zakazane słowo. Rozczarowanie…
– Poza tym właśnie to, że dzieją się z pana zdrowiem takie dziwne, wręcz paradoksalne rzeczy, uznałabym za najsolidniejszą podstawę do nadziei – ciągnęła, pośpiesznie porzucając ową niedokończoną, zakazaną myśl. – Zdziwienie lekarzy to w tym przypadku, moim zdaniem, jak najlepszy znak.
Krawczyk pokiwał powoli głową z wyraźną satysfakcją.
– Owszem… pewnie pani nie uwierzy, ale dokładnie o tym samym pomyślałem. Im bardziej lekarze kręcą nosami, tym więcej we mnie przekory i motywacji do walki, bo mam wrażenie, że w tej niekompatybilności badań i mojego samopoczucia kryje się jakaś nadrzędna metoda, że to jest coś… hmm… – odchrząknął z lekkim zażenowaniem.
– Coś nadprzyrodzonego? – domyśliła się.
– Tak to nazwijmy – zgodził się. – Choć chyba wolałbym w tym miejscu słowo metafizycznego. Jak pani wie, nie przepadam za nim, podobnie jak za słowem wiara, niemniej tak, dokładnie o to chodzi. Co prawda wciąż nie zapominam, że równie dobrze można nadać temu wyjaśnienie stricte naukowe, mówić o zbawiennej roli autosugestii, samoleczenia umysłem i tak dalej, ale ja w rozmowie z panią, a nawet we własnych myślach, wciąż wolę pozostać przy teorii… hmm… metafizycznej. Po pierwsze po doświadczeniach, jakie na własnej skórze przeżyłem podczas naukowo niewytłumaczalnego kontaktu z Józefiną, przyzwyczaiłem się do tej interpretacji na tyle, że nie tylko przestała mnie odrzucać, ale wręcz coraz bardziej mnie urzeka. A po drugie… cóż. Może w moich ustach to zabrzmi absurdalnie i mało wiarygodnie, ale na etapie, na którym obecnie się znajduję, opcja metafizyczna ma dla mnie tę przewagę nad opcją racjonalną, że potencjalnie daje większe szanse na pełny sukces. Sukces, który nawet medycy ważą się niekiedy nazywać cudem. Bo mnie już tylko cud może uratować, pani Izabello – zaznaczył, sięgając po miseczkę z ryżem z warzywami. – A cud to przecież kategoria metafizyczna, czyż nie?
– Tak… metafizyczna par excellence.
Krawczyk zerknął na nią znad talerza, na który całkiem sprawnie nałożył sobie odrobinę potrawy.
– Cieszę się, że dziś od razu przeszliśmy do rzeczy – uśmiechnął się porozumiewawczo. – Dzięki temu nie muszę podejmować wysiłków retorycznych, żeby skierować naszą rozmowę na tor, który najbardziej mnie interesuje i który jest głównym celem moich spotkań z panią. Jak podkreśliłem, jest pani lekarzem mojej duszy, a przed lekarzem nie ukrywa się kluczowych informacji… oczywiście jeśli chce się, aby leczenie było skuteczne.
Iza pokręciła tylko głową ze zmieszaniem i pochyliła się nad swoją sałatką.
– Niemniej musi pani przyznać, że od naszego pierwszego spotkania we wrześniu zrobiłem na tym planie znaczące postępy – ciągnął pogodnym tonem milioner. – Jak widać, nie wzdragam się już na przykład przed użyciem słowa dusza. Co prawda pewnie wciąż rozumiem je nieco inaczej niż pani, ale myślę, że jest to rozumienie o tyle zbliżone, że zakłada przynajmniej częściowy komponent metafizyczny. W istocie przestałem wykluczać hipotezę, według której świadomość człowieka potrafi wykraczać poza sferę materialną, tego w zasadzie jestem pewien, moje wątpliwości budzi tylko kwestia tak zwanego życia po życiu, bo w to najciężej jest uwierzyć takiemu sceptykowi i ateiście jak ja. Ale nawet tego nie wykluczam w sposób kategoryczny – zaznaczył, odkładając na chwilę nóż i podnosząc w górę nieco drżący palec. – Tylko całkowity głupiec tkwi w uporze, ignorując fakty, a moje osobiste doświadczenia w tym zakresie uznaję za niepodważalne fakty, w przeciwnym razie musiałbym z miejsca założyć, że zwariowałem. Tymczasem ja bynajmniej nie czuję się wariatem.
– Bo nie jest pan nim – zapewniła go z przekonaniem Iza. – To by zresztą było zbyt wygodne założenie.
– Prawda? – podchwycił. – Diagnoza choroby psychicznej, chociaż skrajnie nieprzyjemna, byłaby dość prostym rozwiązaniem dla moich duchowych rozterek, przede wszystkim nie wymagałaby ode mnie podejmowania wysiłków na planie intelektualno-ideologicznym. Ot, człowiek zachorował i od tego dostał bzika, musi więc brać na to jakieś leki i tyle. Taka zresztą była moja pierwsza, czysto racjonalistyczna hipoteza i gdybym konsekwentnie trzymał się tej wersji, zapewne już od pół roku byłbym pod opieką psychiatry, do którego pomimo oporów w końcu bym się zgłosił. Na szczęście udało mi się skonsultować to z panią, a przede wszystkim, co było dla mnie najtrudniejsze, otworzyć się przed panią na tyle, żeby opowiedzieć o moich przeżyciach z pogranicza rzeczywistości pozamaterialnej. Rzeczywistości, co do której dziś nie wykluczam już, że jest nie tylko pozamaterialna, ale i w jakimś sensie nadprzyrodzona… A niech to! – pokręcił głową z zażenowaniem. – Gdybym rok temu słuchał tego, co teraz wygaduję, nie mógłbym uwierzyć, że to naprawdę ja. Tak czy inaczej rozmowa z panią, osobą zarekomendowaną mi we śnie przez Józefinę, a zwłaszcza intersubiektywne wnioski, do których razem doszliśmy, kazały mi porzucić hipotezę o chorobie psychicznej. I muszę podkreślić, że jestem pani za to nieskończenie wdzięczny, pani Izabello. Z dzisiejszej perspektywy, po kilku miesiącach intensywnych przemyśleń i walki z samym sobą, oceniam, że wejście na metafizyczny teren, którego wcześniej się bałem, było i jest doświadczeniem niezwykle ubogacającym… otwierającym nowe perspektywy… w pewnym sensie kluczowym nie tylko dla mnie jako człowieka dotkniętego śmiertelną chorobą, ale również dla mnie jako człowieka w tym ogólnym znaczeniu istoty myślącej.
– Tak, na pewno – szepnęła z aprobatą Iza.
– W liście, który wysłałem do pani w sierpniu, pisałem, że to jest dla mnie sprawa życia i śmierci, i tak rzeczywiście było. Było i nadal jest, chociaż dzisiaj patrzę już na to trochę inaczej… zresztą może to jest właśnie kwintesencja tego idealistycznego postępu, jaki się we mnie dokonał? – uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem. – W każdym razie dziś dzięki pani jestem na etapie, kiedy moja walka o życie i zdrowie… bo o to będę walczył do końca, nie poddam się do ostatniej minuty, choćby wszyscy lekarze świata położyli na mnie przysłowiowy krzyżyk… kiedy moja walka o zdrowie nie jest już tak chaotyczna i rozpaczliwa jak na początku, ale pozwala mi na coraz większą dozę filozoficznego dystansu. I wie pani co? Jest mi z tym niezwykle dobrze. Jeśli mam umrzeć w ciągu najbliższych dwóch lat, a wszystkie wyniki badań medycznych wciąż na to wskazują, to scenariusz, jaki obecnie zdaje się rozgrywać, jest dla mnie całkiem satysfakcjonujący. Umrzeć w dobrym samopoczuciu, najlepiej na stanowisku, w trakcie pracy, tak, żebym nie czuł, że umieram. W sytuacji, w jakiej się znajduję, uważam to za rozsądny kompromis.
– A ja cały czas wierzę, że pan całkowicie wyzdrowieje – odparła z przekonaniem.
– Dziękuję, pani Izo. Ja też mam momenty, kiedy wierzę w to niemal bez zastrzeżeń, choć zaraz potem przychodzą takie, kiedy nie wierzę w to wcale. Medycyna nie daje mi na to żadnych szans i z punktu widzenia racjonalistycznego tu właściwie nie ma dyskusji, tyle że dla mnie ta dyskusja właśnie tutaj się zaczyna. Tak czy inaczej, abstrahując od wyników badań medycznych, poprawę, jaką od września systematycznie odnotowuję na planie samopoczucia, wiążę z decyzją, którą podjąłem na początku, zaraz po pierwszej wizycie Józefiny, i która dotyczy świadomego i dobrowolnego zapuszczenia w niebezpieczny teren zjawisk pozamaterialnych. De facto to nie była moja inicjatywa – zaznaczył, nakładając porcję ryżu na widelec – raczej zostałem do tego zaproszony, a moja decyzja polegała tylko na tym, że to zaproszenie przyjąłem, choć jako zatwardziały racjonalista mogłem z góry je odrzucić. Niemniej przyjąłem je i powiem pani, że cokolwiek by się nie wydarzyło, jakkolwiek nie zakończyłaby się moja historia, nie żałuję tego ani trochę. Wręcz jestem przekonany, że bez tego dawno bym już nie żył.
– To bardzo odważna hipoteza – zauważyła Iza.
– Owszem – pokiwał głową, niosąc do ust porcję ryżu. – Ale tu akurat nie mam wątpliwości. Pamięta pani, jak opowiadałem o pierwszej wizycie Józefiny i o tym, jak położyła mi na brzuchu swoją zimną rękę, a ja natychmiast poczułem się zdrowy? To było niesamowicie przyjemne uczucie, zwłaszcza w moim ówczesnym stanie, przeżyłem wtedy coś w rodzaju chwilowego powrotu do życia i zdrowia, a to doświadczenie stało się dla mnie najskuteczniejszą motywacją do walki na warunkach, jakie mi postawiła. Nawet jeśli te warunki wydawały mi się skrajnie trudne, a w niektórych punktach wręcz niemożliwe do zaakceptowania.
– Ale zaakceptował je pan i podjął pan tę rękawicę – uśmiechnęła się.
– Tak jest – odwzajemnił jej uśmiech. – Oczywiście to by nie było możliwe bez pani jako mojego zaufanego łącznika pomiędzy dwoma wymiarami, z których jeden był wtedy dla mnie czarną przepaścią bez dna. Ale wrócę jeszcze do tamtego uczucia pełni zdrowia, jakie zafundowała mi Józefina. Zrobiła to zapewne nie po to, żeby sprawić mi przyjemność, ale po to, żeby pokazać mi, że odzyskanie zdrowia jest możliwe, i przez to jaśniej uświadomić mi, o co toczy się gra. Przyznaję, że to jej się udało – podkreślił z uznaniem. – A teraz, kiedy już dawno wszedłem na tę drogę i jak mniemam, robię na niej postępy, nadzieja, którą wtedy mi dała, staje się tym silniejsza, im bardziej ona nadal ją podsyca.
– Podsyca? W jaki sposób? – zaciekawiła się Iza. – Widział pan ją znowu?
– Niestety nie. Ale robi to tak, że od czasu do czasu, przez kilka, kilkanaście a niekiedy nawet kilkadziesiąt minut, daje mi odczuć to, co czułem wtedy – wyjaśnił Krawczyk. – Tę samą pełnię zdrowia, sił energii… krótko mówiąc, wszystko to, co straciłem w chorobie i o odzyskaniu czego marzę jako o największym szczęściu. Tak jakby nie chciała dać mi zapomnieć, że to jest możliwe. Oczywiście jest to z jej strony dość perfidna gra, bo nie podała mi żadnych reguł, jedynie kilka luźnych wskazówek, a do tego dochodzą te nieszczęsne wyniki badań, które jasno dowodzą, że to nie jest prawdziwe uleczenie. Wręcz jestem gotów się założyć, że wtedy, za pierwszym razem, kiedy przyłożyła mi rękę do brzucha, to zadziałało dokładnie w taki sam sposób, czyli że, chociaż poczułem się całkowicie zdrowy, wcale zdrowy nie byłem. Gdyby w tamtym momencie lekarze zrobili mi badania, okazałoby się, że w moim organizmie obiektywnie nic się nie zmieniło, a poczucie pełni zdrowia i przypływu energii było wrażeniem czysto subiektywnym.
– To możliwe – przyznała Iza. – Ale to i tak nie zmienia faktu, że takie rzeczy raczej się na co dzień nie zdarzają.
– Zgadza się. W dodatku fakt, że to się powtarza dość często i czasami trwa całkiem długo, nie tylko podsyca we mnie nadzieję na cud, ale przede wszystkim daje mi namiastkę powrotu do normalności. Oczywiście chciałbym wyzdrowieć całkowicie, czyli w sposób potwierdzony z punktu widzenia medycznego, i będę o to walczył, ale jeśli okaże się, że to jednak niemożliwe, to i tak obecny układ mnie urządza. Gdyby jeszcze tylko udało mi się dojść do stanu, w którym mógłbym stanąć na nogi… przejść chociaż kilka kroków…
Opuścił rękę z widelcem i zapatrzył się w resztki ryżu na talerzu, a jego twarz przybrała wyraz rozmarzenia.
– Bardzo mi tego brakuje, pani Izo – wyznał ciszej. – Takiego zwykłego przejścia o własnych siłach choćby kilku metrów, przespacerowania się na własnych nogach po ogrodzie… Być może nawet byłbym w stanie to zrobić, ale zważywszy na ryzyko połamania kości, które, jak wskazują badania, mogą nie utrzymać ciężaru ciała, nie mam odwagi próbować. Po prostu boję się stracić to, co mam teraz, i znów wylądować w łóżku w pozycji bezwzględnie leżącej.
– Rozumiem – pokiwała ze współczuciem głową Iza.
– Tak czy inaczej nadzieja na cud, chociaż w tej sytuacji irracjonalna, nie opuszcza mnie, a wręcz się umacnia – ciągnął milioner. – Te powtarzające się fazy wyśmienitego samopoczucia, fakt, że coraz lepiej panuję nad drżeniem mięśni i coraz dłużej wytrzymuję w pozycji siedzącej, to dla mnie dowód na to, że Józefina jest gotowa dotrzymać słowa, o ile oczywiście spełnię jej warunki. Gdyby jeszcze jasno je określiła… – skrzywił się. – Ale to nic, ja i tak walczę i będę dalej walczył, może zresztą właśnie o to chodzi, żeby nie było za łatwo.
– Bez wątpienia – zgodziła się Iza. – Jeśli coś jest zbyt łatwe, to zwykle znaczy, że jest niewiele warte.
– Owszem, w dużym uproszczeniu można to tak ująć i sądzę, że Józefina przyjęła wobec mnie modus operandi bazujący na takim właśnie założeniu. Postawiła przede mną skrajnie trudne zadanie, ale jednocześnie dała mi czas na gruntowne przemyślenie jego kolejnych etapów i dostosowanie się do sytuacji na tyle powoli i stopniowo, że nie było to dla mnie szokiem niemożliwym do zniesienia. Poza tym dała mi do pomocy duchową przewodniczkę – skłonił jej się z szacunkiem ponad blatem stołu – która prowadzi mnie za rękę przez kolejne poziomy tej gry, nawet jeśli sama polega wyłącznie na swojej intuicji idealistki. Nie wiem, jak to działa, ale działa, a ja poddaję się tej fali z coraz większą ufnością, do tego stopnia, że nie załamują mnie nawet te koszmarne wyniki badań. Po prostu liczę na cud – podsumował spokojnie. – Zwłaszcza że ten cud został mi w pewnym sensie obiecany, jeśli tylko uda mi się spełnić warunki.
Iza pokiwała tylko głową, świadoma tego, że rozmowa wchodzi na trudny teren, po którym ona sama wolała kroczyć z najwyższą ostrożnością. Warunki postawione Krawczykowi przez panią Ziutę… Jakże nie lubiła o tym myśleć!
– Tyle że tu jest właśnie pies pogrzebany – westchnął milioner. – Bo jeśli chodzi o te warunki, to ja ciągle błądzę we mgle. Nie zliczę godzin, jakie spędziłem na myśleniu o tym, analizowaniu, ważeniu argumentów, a i tak nadal poruszam się do przodu… bo ufam, że jednak do przodu, nie wstecz… całkowicie po omacku. Co gorsza, nie mam innego wyjścia, zwłaszcza że od tamtego listopadowego snu, o którym pani opowiadałem, Józefina nie pojawiła się już więcej, nie dała mi żadnego sygnału, więc nawet nie miałem okazji o nic ją zapytać, czy poprosić o kolejne wskazówki. Pewnie i tak by mi ich nie dała – machnął ręką i odłożył widelec na talerz. – Znowu mówiłaby takimi ogólnikami jak „stuprocentowa wierność sobie” czy też „bycie sobą”, a mnie to niewiele daje, bo jestem człowiekiem konkretnym i jako taki potrzebuję konkretów. Dlatego cieszę się, że do pomocy w interpretacji mam panią. I jak dotąd wydaje mi się, że nasza współpraca przynosi dobre owoce.
– Ja też się cieszę – odparła ostrożnie.
– Jak pani na pewno pamięta, ostatnią wskazówką Józefiny, która wprawiła mnie w niemałe zakłopotanie, był ten cały… hmm… dinozaur – spojrzał na nią znacząco. – Jednocześnie był to jeden z niewielu konkretów we wszystkim, co mówiła od początku, dlatego założyłem, że to musi być naprawdę ważne.
Iza skinęła głową, ze wszystkich sił starając się wygasić pchający jej się przed oczy obrazek z listopadowego spotkania z Magdaleną na dworcu w Warszawie. Dinozaur. Owszem, ale przecież nie mogło chodzić o to! To były tylko klocki lego, a że akurat z dinozaurem… Zbieg okoliczności, nic więcej.
– Interpretacja prospektywna, jaką pani mi wówczas podsunęła, była bardzo przekonująca – ciągnął Krawczyk. – I nie tylko znacząco mnie uspokoiła, ale również skierowała moje poszukiwania w konkretną stronę, w dodatku w taką, gdzie rzeczywiście mogę być w pełni sobą. Zatem teoretycznie wszystko się zgadza.
– No właśnie! – podchwyciła z ulgą Iza. – Miał pan na to jakiś pomysł, prawda?
– Tak, i nadal uważam, że to jest dobry trop, chociaż poszukiwanie dinozaura na tym polu jest trudniejsze, niż sądziłem. Ale zacznijmy od początku. Józefina powiedziała mi… czy też przekazała w trybie bezsłownym… że aby w pełni wyzdrowieć, będę musiał kupić największego dinozaura. Racjonalnie nie ma w tym żadnego sensu, ale zakładając, że jest to tylko metafora, na początek skupiłem się nie na samym dinozaurze, a na słowie kupić. I teraz, jeśli mogę, chciałbym to z panią przedyskutować, żeby uzyskać, że tak powiem, wnioski intersubiektywne.
– Dobrze – szepnęła.
– Gdzie się kupuje różne rzeczy, pani Izo?
– No… w sklepie – odparła nieco zbita z tropu. – Albo na targu. Ogólnie na rynku, w różnych placówkach handlowych… Zależy zresztą, co chce się kupić.
– Otóż to. A gdzie można kupić takiego, dajmy na to, dinozaura?
– Zależy, co rozumiemy przez słowo dinozaur – odparła ostrożnie. – Na pewno nie chodzi o żywe zwierzę, bo takie już nie istnieją, tylko o coś, co je przypomina. To może być na przykład jakaś figurka… zabawka dla dzieci… maskotka…
Krawczyk skrzywił się z niezadowoleniem.
– Myśli pani, że Józefinie chodziłoby o maskotkę albo zabawkę dla dzieci? – zapytał nieco pobłażliwym tonem. – To by nawet nie była metafora, zresztą jak to by się miało do mnie? Dzieckiem już nie jestem, potomstwa nie posiadam, a maskotek nie lubię i nigdy nie lubiłem. Poza tym ona jasno powiedziała: „największego”, a przecież dinozaur sam w sobie, jako zwierzę jest największy, więc ja to interpretuję jako coś ponadprzeciętnego, ponadwymiarowego, wręcz będącego szczytem moich możliwości.
– Jakich możliwości?
– Finansowych oczywiście – wyjaśnił spokojnie.
Iza skrzywiła się i z trudem powstrzymała się od wywrócenia oczami, to jednak i tak nie miałoby znaczenia, gdyż milioner nie patrzył teraz na nią, lecz błądził wzrokiem gdzieś za znajdującym się za jej plecami oknem.
„On jest jednak niereformowalny” – pomyślała z przekąsem, ale i z nutą żalu. – „Niby robi postępy w rozwoju duchowym, rozprawia filozoficznie o rzeczywistości pozamaterialnej, a i tak nadal wszystko sprowadza do pieniędzy. Po prostu ręce opadają.”
Jednak z drugiej strony ta interpretacja, choć irytująca, była dla niej bezpieczna, więc po co miałaby ją krytykować? Zwłaszcza że jeszcze nie wiedziała, o co mu dokładnie chodzi.
– To był trop, który od razu przyszedł mi do głowy – podjął Krawczyk, odrywając wzrok od zamglonych gałęzi drzew za oknem i znów przenosząc go na nią. – Głównie dlatego, że Józefina kazała mi być sobą, a ja właśnie w obszarze, o którym mowa, czuję się najlepiej i najswobodniej. Od razu więc pomyślałem, że pod metaforą kupowania dinozaura kryje się po prostu jakaś inwestycja, ale nie w przedmiot, który kupuje się w zwykłym sklepie czy na targu, tylko w coś o wiele większego. Największego. W końcu największe rzeczy kupuje się na największym targu, czyż nie?
– No… tak – zgodziła się dla świętego spokoju Iza. – Tylko nie do końca rozumiem, co pan ma na myśli. Jaki targ jest dla pana największy?
– Giełda – odparł z przekonaniem, a w jego oczach zapaliły się znajome ogniki.
– Ach, giełda…
– Tak, zdecydowanie. Od razu o tym pomyślałem, a już sam fakt, że to mi tak spontanicznie przyszło do głowy, kiedy powiedziała pani o prospekcji, jest dla mnie sygnałem, że idę w dobrą stronę. Co prawda z początku sądziłem, że to będzie o wiele łatwiejsze, niż okazało się w praktyce, ale daleki jestem od tego, żeby się poddać, zwłaszcza że, jak sama pani dzisiaj podkreśliła, rzeczy zbyt łatwe nie mają prawdziwej wartości.
– Czyli chce pan szukać największego dinozaura na giełdzie? – upewniła się. – W sensie zakupu jakichś ważnych akcji, papierów wartościowych? Proszę wybaczyć, ale nie znam się na tym, więc nie wiem, czy dobrze rozumiem.
– Tak, właśnie o tym myślałem. O zakupie pakietu kontrolnego akcji jakiejś wielkiej firmy, którą z racji swojej pozycji na rynku można by nazwać największym dinozaurem. Wielkiej już teraz albo przynajmniej mającej potencjał, żeby stać się wielką – zaznaczył z gorączkowym entuzjazmem, który ogarniał go niemal zawsze, kiedy mówił o pieniądzach i interesach. – Właściwie to najbardziej przemawia do mnie ta druga opcja, ponieważ najlepsze inwestycje to takie, gdzie inwestor trafnie ocenia potencjał podmiotu, którego akcje nabywa, zanim jeszcze ten zdąży się rozwinąć. Jeśli przewidzi się to prawidłowo i postawi na, jak to się mówi, właściwego konia, wkład szybko zwraca się z ogromną przebitką. Rzecz w tym, że nawet najbardziej złożone analizy potencjału firmy nie gwarantują sukcesu, sytuacja na rynku może zmienić się dynamicznie pod wpływem różnych czynników i tak naprawdę taka inwestycja to w rodzaj gry w ruletkę, zwłaszcza gdy wykłada się na nią znaczące środki. Jednak gdyby Józefina podpowiedziała mi tego dinozaura…
„Aha, rozumiem” – pomyślała z przekąsem Iza, starając się zachować kamienną twarz. – „Sądzi pan, że moce nadprzyrodzone będą panu pomagać w zarabianiu dużej kasy? Bardzo ciekawa interpretacja.”
– Hipoteza ta przekonuje mnie tym bardziej – ciągnął Krawczyk – że to by się bardzo spójnie wpisywało w podjętą przeze mnie ostatnio politykę inwestowania w firmy u progu rozwoju. Co prawda na ten moment to nie są dinozaury, a jedynie małe płotki – uśmiechnął się z pobłażaniem – w dodatku bez pakietów kontrolnych, z udziałem jedynie na poziomie jednej czwartej akcji, gdyż względy, które mną kierują, nie są czysto finansowe… ale kto wie? Może właśnie o to chodzi?
Iza, która słuchała tego wywodu z mimowolną niechęcią, jaką zawsze napawały ją jego dywagacje na temat in-te-re-sów, na słowa o „jednej czwartej akcji” drgnęła i wyprostowała się na krześle w zaalarmowaniu. Jedna czwarta czyli dwadzieścia pięć procent… małe płotki… Czy to mógł być tylko zbieg okoliczności? A jeśli Rolski…
– Jednak o ile w tych drobnych przypadkach kryterium doboru inwestycji jest dla mnie jasne, o tyle, jeśli chodzi o „największego dinozaura”, nadal nie mam punktu zaczepienia – podkreślił milioner. – Oczywiście nie znaczy to, że nie podjąłem wszelkich możliwych kroków, żeby ten punkt znaleźć, przeciwnie, pracuję nad tym z moim asystentem finansowym Tomaszem już od dobrych sześciu tygodni. Na początek zleciłem mu sporządzenie wielopoziomowej analizy danych z obecnego stanu giełdy, również pod kątem potencjału rozwojowego firm, a ponieważ to niewiele wniosło do sprawy, trzy tygodnie temu przełamałem się i kazałem mu… hmm… dosłownie kazałem mu szukać w tych danych dinozaura – zniżył z zażenowaniem głos. – Jakiegokolwiek śladu, czegokolwiek, co mogłoby się kojarzyć z tym motywem, choćby w najbardziej metaforyczny sposób. Może pani sobie wyobrazić, jak trudne było dla mnie samo sformułowanie tego zlecenia… Co prawda nie wtajemniczałem go w nic z tych rzeczy, o których rozmawiam tylko z panią, ale to i tak było dla mnie bardzo ciężkie doświadczenie.
– Na pewno – przyznała w roztargnieniu Iza.
„A jeśli to jednak on stoi za inwestycjami Rolskiego?” – plątało jej się gorączkowo po głowie. – „Jest tylko jeden sposób, żeby się tego dowiedzieć: zapytać go o to wprost. Nie skłamałby mi przecież, nawet Madi mówiła, że pomimo swoich wad jest człowiekiem prawdomównym…”
– Na szczęście Tomasz to człowiek zaufany i w pełni mi oddany, który nie zadaje zbędnych pytań i nie podważa tego, co mówię, tylko robi, co do niego należy. We dwóch przeanalizowaliśmy wszystko, co tylko dało się przeanalizować, i niestety nie znalazłem żadnej jednoznacznej wskazówki… mówiąc obrazowo, ani śladu dinozaura.
– I jak pan to interpretuje? – zapytała ostrożnie Iza.
„Zapytać, czy nie zapytać?” – dywagowała w tle. – „Może lepiej cicho siedzieć, żeby go nie prowokować? A z drugiej strony niby zawsze lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć.”
– Dobre pytanie – uśmiechnął się lekko Krawczyk, zerkając na jej pusty talerz i sięgając po leżący obok jego dłoni pager. – Zaraz na nie odpowiem, ale… czy nie je już pani przystawek? Ja też nie – dodał, widząc, że kręci przecząco głową. – W takim razie pozwoli pani, że poproszę o zaserwowanie nam dań na ciepło, sądzę, że moja obsługa już dawno czeka z nimi w blokach startowych.
***
– Jak pani smakuje ten homar? – zagadnął Krawczyk, przerywając milczenie, które zapadło w jadalni po wyjściu obsługi. – Czy powinienem przekazać pani Danucie, że stanęła na wysokości zadania, czy raczej sugerowałaby pani, żeby zgłosić jej jakieś zastrzeżenia?
– Ależ absolutnie, żadnych zastrzeżeń! – odparła stanowczo Iza, z przyjemnością konsumując delikatne danie. – Jest przepyszny, a ten sos to mistrzostwo świata! Co prawda nie jestem ekspertką, bo homara jem dzisiaj po raz pierwszy w życiu, ale trudno mi wyobrazić sobie, że można by było przyrządzić go jeszcze smaczniej.
– Hmm – uśmiechnął się z satysfakcją Krawczyk, również kosztując odrobinę przysmaku. – Ja natomiast jadłem go nieraz, dlatego mam porównanie i cóż… zgadzam się z panią, jest znakomity. Proszę nałożyć sobie też sałatek, najlepiej każdej po trochu. Wszystkie są dobrane tak, by pasowały smakowo do dania głównego.
– Dziękuję, bardzo chętnie.
– A wracając do naszego przerwanego wątku – podjął, poważniejąc – pytała mnie pani o to, jak interpretuję brak jakichkolwiek śladów dinozaura w papierach giełdowych. Jest to de facto pytanie, nad którym myślę intensywnie od kilku dobrych dni, i nie ukrywam, że mam swoje wnioski, ale najpierw pozwoli pani, że zapytam o to samo panią. Czy uważa pani, że idąc tą drogą, czyli szukając największego dinozaura wśród potencjalnych inwestycji na giełdzie, mylę się i kieruję swoje wysiłki w ślepą uliczkę? Tylko szczerze, pani Izo – zastrzegł. – Pamięta pani naszą umowę, prawda? Szczerość ponad wszystko.
Pokiwała głową, skupiając się na dokładnym co do milimetra odcięciu nożem upatrzonego kawałka homara. Musiała odpowiedzieć mu na to pytanie w taki sposób, żeby nie skłamać, a jednocześnie nie wpakować się na jakiś niebezpieczny teren. Zwłaszcza że ten Rolski… A co, jeśli?…
– Tak, pamiętam – odparła cicho. – I jeśli mam być z panem szczera, to powiem tak. Nie wiem, czy to jest rzeczywiście dobry trop, zwłaszcza że nie znalazł pan na to żadnego namacalnego dowodu, ale z drugiej strony nie mogę też powiedzieć, że na pewno pan się myli. Przeciwnie, chociaż nie mam na ten temat ani pewności, ani nawet intuicyjnego rozeznania, proszę mi wierzyć, że chciałabym, żeby miał pan rację. Wręcz będę bardzo mocno trzymać za to kciuki.
– O – zdziwił się Krawczyk, nakładając sobie na talerz odrobinę zielonej sałaty i jeszcze jedną niewielką porcję homara. – Tego, przyznam, się nie spodziewałem. Sądziłem raczej, że jako idealistka i przeciwniczka mojego podejścia materialistycznego, będzie pani zdecydowanie sceptyczna wobec takiej hipotezy.
– Bo jestem sceptyczna – zaznaczyła Iza. – W tym sensie, że trochę trudno mi uwierzyć, żeby pani Ziuta, mówiąc o dinozaurze, miała na myśli inwestycję finansową… ale bynajmniej nie uważam, że ta koncepcja nie ma sensu. Biorąc pod uwagę pana profil charakterologiczny, doświadczenie, znajomość rynku, umiejętności inwestycyjne i tak dalej, nie wydaje mi się to wcale wykluczone. Być może właśnie chodzi o to, żeby wykorzystać to w jakimś dobrym celu.
Krawczyk rozpromienił się natychmiast.
– Otóż to, pani Izabello! Otóż to! – podchwycił z satysfakcją. – Dokładnie tak miałem zamiar argumentować i odpierać pani zarzuty, ale widzę, że rozumiemy się o wiele lepiej, niż myślałem. Nie wyobraża sobie pani nawet, jak bardzo mnie to cieszy!
– Chciałabym, żeby ta hipoteza okazała się słuszna również ze względu na pana długie poszukiwania i rozmyślania o warunkach czy też, jak pan to nazwał, regułach gry – podjęła Iza. – Gdyby trafił pan w dziesiątkę z tym dinozaurem na giełdzie, gdyby to faktycznie o to chodziło, to byłby dla pana ogromny krok naprzód na drodze do odzyskania zdrowia. Bo ja też jestem przekonana, że może je pan odzyskać tylko w trybie nadzwyczajnym poprzez spełnienie warunków, jakie postawiła panu pani Ziuta. I chciałabym, naprawdę z całego serca, szczerze bym chciała, żeby to się panu udało. Po tym, co pan już osiągnął, ile granic pan przekroczył, biorąc pod uwagę te wszystkie trudne wnioski, do jakich pan doszedł, uważam, że w pełni pan na to zasługuje.
Krawczyk słuchał jej jak wyroczni z bladą twarzą promieniejącą jak słońce i oczami lśniącymi żywym blaskiem w sinych oczodołach.
– Oszczędza mi pani dużo czasu i wysiłku, pani Izabello – podsumował z satysfakcją. – Sądziłem, że będę musiał długo panią przekonywać, a tymczasem widzę, że dosłownie czyta pani w moich myślach. Bez pani akceptacji nie szedłbym dalej w tę stronę – zaznaczył. – A na pewno miałbym co do tego o wiele większe opory, ponieważ w mojej sytuacji nie ma czasu na ślepe uliczki. I tak w jedną już się wpakowałem, ale cóż… to było wliczone w ryzyko i zostanie w odpowiednim czasie rozwiązane – na jego twarzy pojawił się na chwilę ów zimny, lekko drwiący uśmiech, który Iza znała u niego z czasów sprzed choroby. – Jak mówiłem od początku, we wszystkich moich poszukiwaniach zastrzegam sobie prawo do weryfikacji i ufam, że Józefina to prawo mi przyznaje… wręcz nie może mi go nie przyznać, skoro żąda, abym był w pełni sobą. Niemniej w przypadku dinozaura chciałbym uniknąć błądzenia, a pani akceptacja, w dodatku tak spontaniczna i niewymuszona, to dla mnie znakomity prognostyk, znak, że jestem na dobrym tropie.
Iza uśmiechnęła się tylko i znów pochyliła się nad talerzem, starając się stłumić w sobie nieprzyjemne poczucie, że jednak coś robi źle. A jeśli rzeczywiście kierowała tego człowieka w ślepą uliczkę? Mimo wszystko, jakich win nie miałby na sumieniu, ufał jej, a nie ma chyba nic gorszego, niż zawieść czyjeś zaufanie. A z drugiej strony – skąd mogła wiedzieć, czy ta uliczka rzeczywiście była ślepa? Skoro „cyganka” nie chciała dać Krawczykowi wyraźnych wskazówek, to dlaczego ona miałaby się wtrącać i podważać interpretacje, które on sam uznawał za słuszne?
Nagle przed jej oczami, jakby w odpowiedzi, mignęła twarz pani Ziuty, poważna, z miną wyrażającą niezadowolenie i dezaprobatę. A potem znowu przez ułamek sekundy obraz małego pudełeczka z klockami lego w dłoni Magdaleny.
„Nie!” – zaprotestowała stanowczo. – „Nie ma takiej opcji. Poza tym to nie jest żadna wskazówka, tylko głupie, absurdalne skojarzenie!”
Krawczyk, który, również zatopiony w myślach, przez chwilę jadł w milczeniu, odłożył teraz sztućce na talerz i sięgnął po przygotowaną obok szklankę wody.
– W takim razie, skoro co do pryncypiów jesteśmy zgodni – podjął – wyłożę pani moją koncepcję dotyczącą dinozaura i tego, czego w tym kontekście może chcieć ode mnie Józefina. Otóż, choć obawiałem się, że pani mnie o to posądzi, nie jestem tak głupi, żeby zakładać, że przedstawicielka rzeczywistości pozamaterialnej namawiałaby mnie na poważną inwestycję giełdową tylko po to, żeby przysporzyć mi okazji do pomnożenia majątku.
„To dobrze” – pomyślała z mimowolną satysfakcją Iza. – „Właśnie o to pana posądzałam, cieszę się, że niesłusznie. Jednak czegoś się pan nauczył.”
– Nie, to odpada – stwierdził stanowczo milioner. – Gra toczy się o moje życie i zdrowie, nie o pieniądze, których i tak mi nie brakuje, i jestem tego w pełni świadomy. Długo zastanawiałem się, jaki w tym może być haczyk, bo jakiś na pewno jest… Ale wróćmy do pani pytania o to, jak interpretuję fakt, że w papierach giełdowych nie znaleźliśmy z Tomaszem ani śladu dinozaura. Otóż tutaj, jak sądzę, sprawa jest akurat bardzo prosta, najzwyczajniej w świecie trzymam się zasugerowanego mi przez panią założenia, że dinozaur to na razie tylko wskazówka na przyszłość, projekcja tego, co dopiero ma się wydarzyć. Krótko mówiąc, nawet jeśli na ten moment w papierach go nie ma, może się tam pojawić w każdej chwili, a ja dzięki temu mogę zachować czujność, żeby jak najszybciej go namierzyć i zacząć działać, kiedy tylko przyjdzie na to czas.
– Rozumiem. Brzmi to całkiem spójnie.
– Dziękuję – uśmiechnął się. – Proszę mi wierzyć, że spędziłem naprawdę wiele godzin na rozmyślaniu o tym i analizowaniu wszelkich wariantów oraz związanych z nimi za i przeciw. To było dość frustrujące, niemniej, zważywszy na użyty przez Józefinę czasownik kupić, trzymałem się hipotezy, według której owego dinozaura powinienem szukać wśród inwestycji giełdowych. Ewentualnie wśród firm, których jeszcze nie ma na giełdzie, ale mają potencjał rozwojowy, jakichś obiecujących start-upów… czy ja wiem? To mnie nadal trochę frustruje, ale mimo wszystko liczę na wskazówkę, która pojawi się w tak zwanym swoim czasie. Tak czy inaczej przyjąłem hipotezę, że chodzi o ten rodzaj dinozaura, natomiast doskonale rozumiem, że na tym jeszcze nie koniec. Jak pani słusznie zauważyła, trudno zakładać, że Józefinie chodziło o samą inwestycję, to by było dla mnie za proste, zwłaszcza w sytuacji, gdybym dostał jasną wskazówkę, w co należy zainwestować. Przestałem więc dociekać, w co, ale zacząłem zadawać sobie filozoficzne pytanie po co?
– I do jakich wniosków pan doszedł?
– Uznałem, że muszę potraktować to jako zachętę do nauki altruizmu.
– Ach! – zdziwiła się. – Naprawdę?
– Domyślam się, że brzmi to w moich ustach zabawnie, może nawet głupio – przyznał milioner. – Ale po prostu nie widzę innej opcji. Bo jeśli przyjąć idealistyczny punkt widzenia, jaki, zakładam, przyjmuje Józefina, do czego innego mogłaby posłużyć taka inwestycja? Kupić dinozaura, zrobić na tym interes życia i zyskać gigantyczne środki, ale nie dla siebie, tylko dla innych. Zamienić się w filantropa, świętego Mikołaja, dobrego wujaszka Sama z Ameryki czy innego Robin Hooda, a w zamian odzyskać zdrowie. Rozumie pani. Deal. Ja daję z siebie wszystko, wykorzystuję mój potencjał inwestycyjny i zasoby finansowe, żeby ustrzelić właściwego dinozaura, czyli de facto robię to, co umiem najlepiej, po czym oddaję zyski z inwestycji dla potrzebujących, czyli robię tak zwany dobry uczynek. A tamta strona w zamian daje mi to, czego nie da się kupić za pieniądze, czyli życie i powrót do zdrowia. Co pani o tym myśli, pani Izo? W moim przekonaniu, tylko przy takim założeniu ta koncepcja nabiera spójności.
Iza pokiwała głową z uznaniem, zaskoczona ale i ucieszona takim postawieniem sprawy. To się naprawdę logicznie kleiło! Zwłaszcza że, gdyby interpretacja Krawczyka była słuszna, to by jej pozwoliło zignorować tamto głupie skojarzenie z klockami lego i zwolniłoby ją z wyrzutów sumienia.
– Tak – przyznała. – Ja też uważam, że to ma sens. Nie ukrywam, że w pierwszej chwili, kiedy znowu zaczął pan mówić o pieniądzach, czułam opór, ale jeśli przyjmuje pan takie założenia… Jako idealistce nie może mi się to nie podobać – uśmiechnęła się.
Krawczyk odwzajemnił jej uśmiech, po czym odsunął się nieco od stołu wraz z wózkiem, układając się w wygodniejszej pozycji w fotelu i odchylając nieco w tył jego oparcie, by znaleźć się w pozycji leżącej.
– Proszę wybaczyć… siedzę już dość długo i muszę trochę odciążyć kręgosłup, ale pani niech się tym nie przejmuje i kontynuuje jedzenie. Tak, pani Izabello… To, o czym mówię, w moim przekonaniu byłoby satysfakcjonujące dla wszystkich stron, utwierdza mnie w tym chociażby pani reakcja, która jest o wiele bardziej otwarta i przychylna, niż się spodziewałem. Ponadto, jak wspomniałem, skłania mnie do tego fakt, że w tego rodzaju inwestycjach o profilu przynajmniej częściowo altruistycznym mam już pewne doświadczenie. Na razie jeszcze niewielkie, zwłaszcza że skala tych inwestycji jest nieskończenie mniejsza i bynajmniej nie chodzi o bezinteresowną misję świętego Mikołaja, ale w kontekście dinozaura uważam to za…hmm, powiedzmy, za argument wzmacniający.
Iza zerknęła na niego czujnie. Znów przypomniała jej się żółta karteczka z listą nazwisk w jego drżącej dłoni… logicznie niezrozumiałe inwestycje Rolskiego… nadpłacony kredyt Roberta i Amelii…
– Inwestycje o profilu altruistycznym? – zapytała ostrożnie. – Co pan ma na myśli?
Uśmiechnął się, odchylając głowę na oparcie wózka i za pomocą przycisków ustawiając platformę, na której opierał nogi, w pozycji pozwalającej mu wygodnie je wyprostować.
– Drobiazgi – machnął ręką. – Na tym polu, jak pani może się domyślić, jestem całkowitym nowicjuszem, więc nie mogę pochwalić się wielkimi osiągnięciami, być może część z tych inwestycji to krew w piach, ale i tak cieszę się, że podjąłem tego rodzaju kroki. W kontekście Józefiny i dinozaura sprawia mi to podwójną satysfakcję… Oczywiście przesłanki były tu zupełnie inne, ale z potencjalnym dinozaurem te moje mini-inwestycje łączy fakt, że nie są całkowicie bezinteresowne. Bo ja, pani Izo, nawet w ciężkiej chorobie, nawet walcząc o życie, nie potrafię być całkowicie bez-in-te-re-sow-ny – wyskandował z lekkim przekąsem. – I mam nadzieję, że Józefina bierze tę granicę pod uwagę.
– Mini-inwestycje? – szepnęła Iza.
Korciło ją niemiłosiernie, żeby zapytać o Rolskiego i w końcu rozwiać swe wielomiesięczne wątpliwości, wykluczyć tę dręczącą hipotezę… ale czy powinna w ogóle zwracać uwagę Krawczyka na tę sprawę? A jeśli on zacznie się tym interesować i przez to komuś zaszkodzi? Nie chodziło przecież tylko o Roberta i Amelię, ale i o kilka innych firm z okolicy. A z drugiej strony dziwnym trafem ich właściciele w większości figurowali na tamtej żółtej liście… Mańczak też tam był, ale kiedy w rozmowie z nią milioner go wykluczył, ostatecznie nie znalazł się w gronie beneficjentów, tak samo jak Krzemińscy. A teraz ten dyskurs o altruizmie i mini-inwestycjach… Czy to naprawdę mógł być tylko zbieg okoliczności?
– Tak – uśmiechnął się znowu z wyraźnym rozbawieniem Krawczyk. – Zainwestowałem sobie ostatnio w kilka drobiazgów, oczywiście nieprzypadkowych, bo ja nigdy nie działam przypadkowo. Zostały one bardzo starannie wyselekcjonowane według ściśle określonych kryteriów, choć tak naprawdę zależało mi głównie na dwóch, a tylko na jednym bezwzględnie, ale wybrałem ich więcej, żeby, jak to się mówi, stworzyć zasłonę dymną. I ma się rozumieć, dopiąłem swego – podsumował z nieskrywaną satysfakcją. – Co z tego będzie dalej, trudno powiedzieć, na wielkie zyski nie liczę, zwłaszcza że wziąłem tylko po dwadzieścia pięć procent… ale kto wie? W biznesie wszystko jest możliwe. Na razie wystarczy mi poczucie, że wykonałem plan i w jakimś stopniu spłaciłem swój dług, a przy tym naprawdę wyśmienicie się bawiłem.
Iza patrzyła na niego zmrożona. Dwadzieścia pięć procent… zasłona dymna… dług!
– Dług? – zapytała cicho. – Jaki dług?
– Wielki dług wdzięczności – wyjaśnił swobodnie, przymykając oczy – wobec osoby, która nigdy nie chce niczego ode mnie przyjąć, zwłaszcza pieniędzy. A ponieważ ja jestem człowiekiem upartym, kiedy ktoś stawia mnie pod ścianą, nie poddaję się, tylko zaczynam kombinować. Ale zostawmy to już, pani Izo – machnął lekko ręką. – Tak czy inaczej, jak wspomniałem, nie są to inwestycje całkiem bezinteresowne i chcę podkreślić z całą mocą, że dinozaur, o którym mówiła Józefina, też by taki nie był, bo ja nie znoszę bezmyślnego rozdawnictwa. Jeśli zrobiłbym na tym interes, to zysk tylko w części, co najwyżej w połowie, poszedłby bezpośrednio na tak zwany cel charytatywny, a druga połowa musiałaby dalej pracować i generować kolejne zyski. Oczywiście za każdym razem część oddawałbym altruistycznie innym po to, żeby Józefina była ze mnie zadowolona, w końcu walczę o życie… ale nie byłbym sobą, gdybym dopuścił do wyczerpania i wyschnięcia źródła. To się nazywa re-in-wes-ty-cja – podkreślił. – I tego stanowczo bym dopilnował, naturalnie z korzyścią dla wszystkich. Inwestycja, która pracuje, opłaca się nie tylko inwestorowi, ale i beneficjentom jego altruistycznych gestów, czyż nie?
– Tak – szepnęła bezradnie, czując, że kręci jej się w głowie.
– Mam nadzieję, że Józefina zaakceptuje taki układ… o ile oczywiście nie mylę się w interpretacji dinozaura – sposępniał nieco – bo na to nadal nie mam żadnej gwarancji. Nie je już pani, pani Izo? – zagadnął, otwierając oczy i podnosząc głowę, by zerknąć na stół. – W takim razie może zadzwonimy po deser?
Musiała go zapytać! To była jedyna okazja, potem trudno będzie do tego wrócić, a ona musiała mieć pewność! Już ją prawie miała.
– Nie, proszę poczekać – zatrzymała go, gdyż sięgał już po swój pager. – Czy mogłabym o coś pana zapytać? A propos tego, co powiedział pan przed chwilą o tych mini-inwestycjach… Przepraszam, bo może mylę się i to, co powiem będzie nie na miejscu… ale muszę.
Krawczyk odłożył pager na stół i znów zagłębił się w fotelu wózka, podnosząc nieco oparcie, by lepiej ją widzieć.
– Oczywiście, pani Izabello. Już raz mówiłem, że pani wolno zapytać mnie o wszystko. Jeśli będzie to zbyt kłopotliwe, najwyżej nie odpowiem, jednak takich rzeczy potencjalnie jest bardzo niewiele… cóż, słucham.
– Czy zna pan… czy mówi panu coś nazwisko Arkadiusz Rolski? – zaryzykowała, czując się w tym momencie jak człowiek, który na oślep rzuca się w przepaść.
Krawczyk uśmiechnął się z rozbawieniem.
– Długo pani to zabrało – zauważył. – Biorąc pod uwagę pani spostrzegawczość i inteligencję, spodziewałem się, czy też raczej obawiałem, że wpadnie pani na to znacznie szybciej.
Iza zerwała się z krzesła.
– A więc to pan! – wykrzyknęła, nie umiejąc powstrzymać wybuchu emocji. – A jednak!
– Spokojnie, pani Izo, bez nerwów – odparł ciepło Krawczyk, zachęcającym ruchem dłoni wskazując jej, by usiadła. – Przyznaję, że nie byłem wobec pani całkowicie szczery, jednak to nie było kłamstwo, a jedynie przemilczenie. Gdyby zapytała mnie pani o to wprost, nie uchylałbym się od odpowiedzi. Owszem, to by znacząco skomplikowało mój plan, mogłoby mi nawet częściowo pomieszać szyki, ale byłem na to gotowy. Na szczęście wariant B, który miałem w zanadrzu, nie był potrzebny, a dziś, kiedy umowy są już podpisane, możemy porozmawiać o tym w pełni komfortowo i niezobowiązująco.
– Więc to pan… – powtórzyła bezradnie Iza, opadając z powrotem na krzesło.
– A cóż to zmienia? – wzruszył lekko ramionami. – Nie musi pani niczego się obawiać. Przeciwnie, wiedząc, skąd wzięła się oferta pana Arkadiusza dla pani siostry i szwagra, tym bardziej może pani spać spokojnie. Zważywszy na szacunek i sympatię, jakimi panią darzę, żadnej z osób, z którymi zostały podpisane umowy… nota bene za pośrednictwem pana mecenasa Giziaka, co, przyzna pani, było dyplomatycznym majstersztykiem – uśmiechnął się z satysfakcją – żadnej z tych osób nie stanie się z mojej strony krzywda, przeciwnie, mogą liczyć na moje stałe wsparcie. Najlepszą gwarancją tego jest pani osoba, ponieważ wszystko, co zrobiłem przy pomocy pana Arkadiusza w Korytkowie, Małowoli, Suchej Woli i okolicy, zrobiłem ze względu na panią, w ramach spłaty długu wdzięczności. No, poniekąd również po to, żeby w pośredni sposób dopiec panu Romanowi Krzemińskiemu, ale o to mniejsza. Takie tam stricte osobiste porachunki.
Iza słuchała go wciąż wstrząśnięta, ze świadomością, że gdyby wiedziała wcześniej… Przecież teraz, kiedy umowy z Rolskim były podpisane, to i tak była musztarda po obiedzie! Krawczyk doskonale o tym wiedział, był taki zadowolony z siebie, ponieważ intryga z Rolskim powiodła się perfekcyjnie i teraz miał ich wszystkich w garści! Choć z drugiej strony dwadzieścia pięć procent udziałów to nie był pakiet kontrolny i jak sam przyznawał, nie miał tu żadnej gwarancji zysku. Więc może w sumie rzeczywiście to był tylko jego pokrętny pomysł na spłacenie rzekomego długu wdzięczności wobec niej? Kreatywna akcja w jego niepowtarzalnym stylu… A niech go! Przeczuwała to przecież od początku!
– Dlaczego pan nic mi o tym nie powiedział? – pokręciła głową.
– Powiedziałbym, gdyby pani zapytała. Słowo honoru, że niczego bym wtedy nie ukrywał. Ale nie zapytała pani.
– Nie zapytałam – westchnęła. – I teraz żałuję, bo wiele razy miałam na to ochotę. Domyślałam się… właściwie od samego początku miałam intuicję, że to pan stoi za tym Rolskim. Ale nie odważyłam się postawić panu tego pytania.
– Dlaczego? – zdziwił się Krawczyk. – Chyba nie boi się mnie pani, pani Izo?
– N… nie – odparła z wahaniem. – Raczej nie. Ale jednak, zważywszy na różne doświadczenia z przeszłości…
– Rozumiem – pokiwał głową. – Nie zasłużyłem jeszcze na pani zaufanie. To mnie zresztą wcale nie dziwi, niektóre aspekty mojego zachowania wobec pani były karygodne i chociaż dziś tego żałuję, wiem, że takich rzeczy nie da się zmazać tak łatwo, a być może wcale. Pamiętam, jak kiedyś, mówiąc o uczuciach względem mnie, wymieniła pani tylko jedno… pogardę. Podejrzewam, że od tamtej pory, nawet jeśli na zewnątrz okazuje mi pani tolerancję i życzliwość, niewiele się w tym względzie zmieniło. Niemniej zapewniam panią, że należy pani do tego niewielkiego… bardzo niewielkiego, wręcz kameralnego grona osób, na których przychylności kiedykolwiek w życiu naprawdę mi zależało. Nie śmiałbym używać w tym kontekście szumnego słowa przyjaźń, już dawno wyrzuciłem je ze swojego słownika razem ze słowem miłość, ale gdybym miał je przywrócić, byłaby pani pierwszą osobą, którą zaliczyłbym do kategorii przyjaciół. To, co zrobiła pani dla mnie przez ostatnich kilka miesięcy, jest nieocenioną przysługą, za którą musiałem w jakiś sposób okazać pani wdzięczność, a ponieważ nie mogłem zrobić tego bezpośrednio, postanowiłem kontynuować to, co wszcząłem już w sierpniu, mianowicie wesprzeć biznes prowadzony przez pani rodzinę. Uznałem przy tym, że najlepiej będzie zrobić to systemowo.
– Jasne – burknęła Iza.
– Przyznaję, że w lecie działałem z zupełnie innymi zamiarami niż później – zaznaczył lojalnie – i nie ukrywam, że wówczas myślałem raczej o zemście. Proszę mi to wybaczyć, pani Izabello. Byłem wówczas człowiekiem u progu śmierci, który po długiej śpiączce odzyskał przytomność i odkrył, że jego ciało jest w stanie tragicznym, a następnie dowiedział się od lekarzy, że zamiast skupić się na szybkim powrocie do zdrowia i dalej cieszyć się życiem, powinien raczej zacząć planować szczegóły własnego pogrzebu. Ponieważ jestem człowiekiem czynu, nawet z poziomu łóżka, załamany i ledwo żywy, musiałem działać, a jedną z najlepszych motywacji do działania jest właśnie zemsta. Jednak potem pojawiła się Józefina i wlała we mnie nadzieję, następnie udało mi się porozmawiać z panią i wówczas wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, a że w przypadku działań o charakterze finansowym motywacja niekoniecznie wpływa na ich naturę, łatwo mogłem to skorygować i skierować te działania w odpowiednią stronę. Kontakt z panem Arkadiuszem, który już w lecie uruchomiłem w celu zemsty, posłużył mi do celu wręcz przeciwnego, a przez to nasza współpraca jeszcze bardziej rozkwitła. Oczywiście odbywa się ona w odpowiednim zabezpieczeniu prawnym – zaznaczył – które zapewnia mi nad jego działaniami pełną kontrolę i sprawczość.
– Czyli pan Arkadiusz Rolski jest tylko pańskim słupem – podsumowała ponuro Iza. – Trzeba przyznać, że rozegrał pan to po mistrzowsku, ten człowiek był prześwietlany na wszystkie możliwe strony przez wiele osób z mojego otoczenia, a i tak nikomu nie udało się wykryć jednoznacznych powiązań z panem. Gdybyśmy je wykryli, bez względu na pana argumenty o długu wdzięczności i tak dalej, mój szwagier na pewno nie podpisałby tej umowy.
– Ale ją podpisał – uśmiechnął się z nieskrywanym rozbawieniem milioner.
– Niestety. Podpisał i teraz pytanie, co dalej. Dysponuje pan jedną czwartą udziałów w majątku firmowym mojej siostry i szwagra, moich koleżanek z kliniki weterynaryjnej w Suchej i jeszcze kilku innych osób z okolicy. Jest to oczywiście dla nich opłacalne, zastrzyk środków finansowych, jakich pan im udzielił, daje im możliwość rozwoju i realnego zaistnienia na rynku, a koszt jednej czwartej udziałów i spłaty tego w dywidendach w jakimś nieokreślonym czasie nie wydaje się wygórowany. Przed podpisaniem umów wałkowaliśmy to milion razy i nikt nie znalazł kruczka… Ale może znowu pana nie doceniliśmy?
Krawczyk roześmiał się serdecznie.
– Ależ nie! – zapewnił ją wesoło. – Tym razem idzie pani w przeciwną stronę i wręcz mnie pani przecenia. Nie znaleźli państwo w tych umowach żadnego kruczka z tego prostego powodu, że go tam nie ma. Jest tak, jak zostało zapisane, bez żadnych podstępów. Jeśli ktoś miałby stracić na tych inwestycjach, to będę to tylko i wyłącznie ja, bo to ja wykładam środki w ciemno. Owszem, dwadzieścia pięć procent udziałów to dla mnie swego rodzaju gwarancja bezpieczeństwa, ale tylko w przypadku, gdy firmy będą działać i latami generować przyzwoite zyski. Z tych, które upadną… a wybaczy pani, ale w teorii mogą upaść wszystkie… na mocy tych umów nie wyciągnę nic, nawet nie uzyskam zwrotu zainwestowanego kapitału. Jest to zatem dla mnie ryzyko, jednak podjąłem je świadomie – podkreślił. – Celowo kazałem wprowadzić do umów ten zapis, ponieważ tym razem paradoksalnie nie zależało mi na pieniądzach.
– Chciałabym panu wierzyć – westchnęła nieco uspokojona tymi zapewnieniami Iza. – Podjął pan ogromny trud, nie tylko finansowy, ale też koncepcyjny, żeby uknuć tę intrygę i przeprowadzić ją w tak skuteczny sposób. Nie mogę sobie darować, że nie zapytałam pana o tego Rolskiego wprost, mimo że miałam podejrzenia, ale cóż… Pytanie tylko, jak ja to teraz powiem mojej rodzinie.
– Nie musi pani nic mówić – wzruszył ramionami Krawczyk. – Wręcz wskazane byłoby, żeby zachowała pani tę informację dla siebie. Nie zakładam, że pani siostra czy szwagier są skłonni do rozpowiadania takich rzeczy, ale wie pani, jak to jest… czasem powie się coś komuś w tajemnicy, ten ktoś nie utrzyma języka za zębami, a plotki, jak wiadomo, potrafią rozchodzić się szybciej niż światło, zwłaszcza w małych miejscowościach.
– Prawda – szepnęła Iza.
Natychmiast wyobraziła sobie, jak Amelia w największej tajemnicy mówi o tym Dorocie, a na drugi dzień dziwnym trafem huczy o tym całe Korytkowo. Jak by na to nie spojrzeć, w tym punkcie stary wyjadacz Krawczyk miał absolutną rację.
– Podważenie autorytetu pana Arkadiusza, mogłoby okazać się dalece niekorzystne dla firm, które podpisały z nim umowy – ciągnął. – Zwłaszcza gdy na stole pojawi się moje nazwisko, które, jak już nieraz zauważyłem, budzi nie zawsze pozytywne reakcje i emocje – uśmiechnął się z pobłażaniem. – Mnie osobiście to nie przeszkadza, nawet wręcz przeciwnie, ale w tym przypadku pełna dyskrecja wydaje mi się najlepszym wyborem. Dotychczas, przede wszystkim ze względu na panią i pani komfort psychiczny, bardzo dbałem o to, by w żaden sposób nie kojarzono mnie z firmą państwa Staweckich, i teraz również zalecałbym pani tego nie zmieniać. Po co zresztą psuć nerwy siostrze i szwagrowi? Wystarczy, że pani o wszystkim wie, oni nie muszą. Niech inwestują sobie ze spokojną głową, rozwijają firmę, a gdyby coś miało pójść nie tak, będzie pani wiedziała, do kogo się zwrócić, żeby im dyskretnie pomóc. Razem zawsze znajdziemy jakieś rozwiązanie – spojrzał na nią porozumiewawczo. – Ja mam pieniądze, pani ma mój szacunek i zaufanie… czego trzeba więcej?
Iza pokręciła głową bez przekonania.
– Z mojej strony tym ludziom nic nie grozi, o to proszę się nie martwić – zapewnił ją spokojnie Krawczyk. – Gwarancją ich bezpieczeństwa jest pani, a mój kaprys z inwestycjami na Podlasiu, pomijając częściową spłatę długu wdzięczności wobec pani, ma swoją wartość dodaną również na gruncie mojej walki o życie, więc de facto nie zależy mi na tym, żeby to niszczyć, wręcz przeciwnie. Czy to panią uspokaja, pani Izabello?
– Częściowo – westchnęła Iza. – I tak nie ma sensu tego drążyć, na tym etapie nic nie da się z tym zrobić… Jednak chcę, żeby pan wiedział na przyszłość – dodała żywiej – że nie pochwalam takich sposobów działania. Zwłaszcza odwdzięczania mi się za coś, co wcale nie jest jakąś wielką zasługą, poprzez implikowanie w to mojej rodziny i przyjaciół. Niech pan więcej takich rzeczy nie robi, bardzo pana o to proszę.
– Przyjmuję pani prośbę do wiadomości – skinął z powagą głową Krawczyk. – Tak czy inaczej mleko już się rozlało, musi pani pogodzić się z tą formą wdzięczności z mojej strony, a na ewentualne reklamacje i zażalenia będę otwarty w trybie ciągłym. Czy w związku z tym możemy pominąć już ten wątek?
– Możemy – skinęła głową zrezygnowana.
– Pytam, ponieważ, zanim zadzwonię po deser, chciałbym dokończyć jeszcze w dwóch słowach ten poprzedni. Wyszliśmy, jak pani pamięta, od mojego dinozaura i kwestii altruizmu, czy też, jak to się pięknie mówi, działań charytatywnych. Otóż, jak wspomniałem, mikro-inwestycje na Podlasiu dały mi ogląd tego, w jaki sposób można by te działania zorganizować tak, by i wilk był syty, i owca cała. Nie ukrywam też, że poczułem w tym kontekście pewien nieznany mi dotąd rodzaj satysfakcji, a to również jest dla mnie argumentem za koncepcją, którą pani przedstawiłem. Tak czy inaczej myślę, że kiedy na horyzoncie pojawi się ten dinozaur, będę gotowy do działania nie tylko pod względem finansowo-konceptualnym, ale też mentalnym, zwłaszcza że pani, jak zrozumiałem, daje mi na to zielone światło – skłonił się uprzejmie w jej kierunku, sięgając to swój pager. – Dziękuję, pani Izo. I jak pani myśli, teraz już chyba możemy zamówić sobie ten deserek, hmm?